piątek, 9 stycznia 2026

Ultramaraton „Piekielna Pętla” – pierwsze ultra od pięciu lat

 

Dlaczego znowu wystartowałem

Tak, wiem. Zarzekałem się, że już tych długich biegów uprawiać nie będę, że po kilkunastu latach mam już dość. Jestem zmęczony, starzeję się. Bardziej zależy mi na ściganiu na SUP-ie na bardzo długim dystansie. Przyszła jednak ładna, mroźna zima, posypało śniegiem. W ostatnich miesiącach biegałem po 100-200 km w miesiącu: niezbyt dużo, ale wystarczająco, aby jakiś maraton albo krótki ultramaraton przebiec. Kusiło mnie coś górskiego i niezbyt długiego. Góry są wszak piękne, a nie byłem w nich w ostatnim czasie. Z Białej Podlaskiej najbliższe góry wznoszą się w Świętokrzyskiem. W święto Trzech Króli (6 stycznia wtorek) zaplanowano tam cykliczną imprezę biegowo-rowerową: Ultra CK Maraton. Były trzy trasy, w tym 2 biegowe: dłuższa „Piekielna Pętla” o dystansie 51 km i około 1500 m+ oraz krótsza „Czarci Oddech” o dystansie 15 km. Wybrałem tę dłuższą szacując, że powinienem dać radę ukończyć. W wyborze tych właśnie zawodów pozytywnym aspektem był wygodny dojazd. Z Białej Podlaskiej do Kielc istnieje w miarę tanie (ok 120 zł w obie strony) połączenie kolejowe via Warszawa. Nocleg zamówiłem w położonym rzut kamieniem od linii startu Hotelu „Maraton” (cena: 130 zł za pokój jednoosobowy). W sumie cały wyjazd, wliczając dojazd, nocleg i opłatę startową zmieścił się w kwocie poniżej 500 zł, a zatem do zaakceptowania. Przygotowałem sprzęt, prowiant i w poniedziałek po południu wyszedłem z plecakiem na stację PKP.


Przygotowanie do startu

W Kielcach byłem wieczorem w poniedziałek. Po przejściu około 3-4 km z PKP do Hotelu, lekturze do poduszki poszedłem spać. Nocą i nad ranem temperatura sięgała -7 stopni Celsjusza. Leżała cienka, kilkucentymetrowa warstwa białego puchu. Miało być pochmurno, lecz prawie bezwietrznie. Po 6 rano zjadłem lekkie śniadanie i ubrałem wyposażenie. Na dół buty La Sportiva z wkrętami w podeszwie i stuptutami INOV-8, spodnie Dobsom zimowe. U góry T-shirt sportowy Columbia, długi rękaw z merino i czerwona bluza Columbia. Na szyi wind-stoper, na głowie zimowy buff, rękawiczki polarowe i Garmin na nadgarstku. Plecak biegowy Camelbak, w nim wyposażenie obowiązkowe: latarka-czołówka, folia NRC, telefon, zapasowa kurtka wiatrówka od Columbii i skarpety, chusteczki higieniczne, mini kamera sportowa, 2 żele, do picia Kubuś Play i 2/3 softflaska z wodą.  W sumie wyposażenie miałem niezbyt ciężkie. W większości był to mój stary, wielokrotnie sprawdzany sprzęt. Miałem wrażenie, że może za dużo zabrałem picia, wszak na trasie co 10-15 km miał być bufet z piciem i żywnością. Dodatkowej kurtki i skarpet normalnie bym nie brał, ale że długo nie biegałem 50 km  to nie wiedziałem, czy nie „spuchnę” w połowie i nie będę musiał iść. Albo czy buty lub skarpety nie skasują mi stóp. Była możliwość zostawienia rzeczy na przepaku lecz  darowałem sobie. To miał być w miarę żwawy wyścig, nie ma co bawić się w przepaki.

Po odebraniu numeru startowego (402), pozostawieniu plecaka w depozycie wysłuchaliśmy odprawy. Na trasę miało wybiec około 110 osób. Poruszać się mamy za czerwonymi strzałkami, w drodze powrotnej oznaczonymi dodatkowo odblaskami, to dla tych – którzy będą robić część trasy po zmroku. Jeszcze zdjęcie przed bramą startową i byłem gotowy.


Ruszamy!

Osób na starcie nie za dużo. Część ma kije, ja startuję bez nich. Większość zabrała biegowe plecaki. Ruszam truchcikiem. Tuż za halą sportową skręcamy do lasu, do miejskiego parku. Na razie płasko lub lekko pod górkę. Wszyscy biegną spokojnie, i ja też w tempie około 6:00 na kilometr. Takie spokojne wybieganie. Dosyć szybko zaczynam czuć, że kostnieje mi twarz od mrozu. Cóż, dużo gadał po drodze nie będę. 

Trasa od początku prowadzi przez las, zaczynamy się wspinać pod górkę. Po pierwszych kilometrach czuję, że tu nie warto już biec, więc przechodzę w marsz. Wspinamy się na Pasmo Posłowickie, którym – jak sądzę będziemy biec grzbietem. Czyli aby do góry, potem tylko na grzbiecie niewielkie windy góra-dół. Jesteśmy na grzbiecie i już zaczynają się ładne widoki – stok w dół na lewo, stok w dół na prawo. Jest górka Biesak (377 metrów n.p.m.). Biegniemy grzbietem porośniętym lasem. Trzeba uważać na korzenie i kamienie, częściowo lub całkowicie skryte pod śniegiem. 

Pasmo kończy się i zbiegamy do Słowika. Jest tu stromy zbieg do trasy 762, którą pokonujemy niewielkim tunelem pod powierzchnią. Za chwilę przebiegamy mostkiem nad rzeczką Bobrzą. Pomimo mrozu i śniegu nie jest zamarznięta. Już oceniam, że fajnie byłoby ją popłynąć na SUP-ie. 

Za Słowikiem zaczyna się kolejne pasmo – Zgórskie. Znowu pagórki i górki porośnięte lasem. Przejście trasy S7 i zaraz strome podejście pod górę. Nie pamiętam już które. Stawka się rozciągnęła. Muszę uważać na podłoże bo suche liście wymieszane są z suchym śniegiem, nie do końca wiadomo po czym się stąpa. Zwłaszcza na zbiegach trzeba uważać. Widzę czasem 2-3 osoby przed sobą. Jakiś biegacz - na oko 60-letni - wyprzedza mnie i nieźle ciśnie. Staram się trzymać jego tempo wpatrując drętwo w łydki. Potem doganiam młodą brunetkę, ma fajnie pokryte szronem, ciemne brwi. Widać, że mróz jest i działa. Już około 20-tego kilometra zaczynam czuć dystans i czuć pagórki. Myślę o oszczędzaniu sił, dlatego tylko naprawdę łagodne podejścia biegnę. Wszystkie bardziej strome – idę. Słucham swojego organizmu. Woda którą zabrałem do softflaska zaczęła zamarzać zamieniając się w mokry śnieg. Wylewam ją, aby mi nie ciążyła. Zostaje tylko 2/3 butelki „Kubutka”.

Kolejny odcinek, aż do skałek w rezerwacie przyrody Góra Zalejowa a potem jaskini Piekło jest w miarę płaski. Tu w zasadzie bieg przez kilka kilometrów przypomina nie tyle bieg górski ile leśny crossowy. Fajnie, bo można odpocząć, nabijać szybko kilometry. Już przebiegliśmy ponad 20 kilometrów, jeszcze kilka i będzie półmetek. Nie mogę się go doczekać, bo wyraźnie już czuję zmęczenie. Biegnę, aby tylko biec. Skałki w rezerwacie są fajne. Tu i ówdzie widać jaskinie, jakieś niebezpieczne dziury. Miejscami jest trudniej technicznie na tyle, że organizator pozostawił biegaczom liny asekuracyjne. Ładnie to wszystko wygląda, jakiś biegacz koło mnie zatrzymuje się i nagrywa relację telefonem. Przy jaskini Piekło czai się fotograf. Chcę przebiec koło niej lecz obsługa mówi, że trzeba wbiec do wnętrza i wyjść dziurą zaraz na lewo. OK, to już wiem skąd nazwa biegu – „Piekielna Pętla” – od tej właśnie jaskini i stojących w pobliżu drewnianych rzeźb różnych piekielnych potworków.

Za Piekłem wracamy powoli do Kielc, drogą bardzo podobną do tej, którą przybiegliśmy. Znowu odcinek kilku kilometrów względnie łatwego, bardziej leśnego niż górskiego terenu, potem, na ostatnich 15 kilometrach znowu górki. Czasem biegnę nie widząc nikogo. Na pierwszym bufecie mówiono mi, że jestem 22 na 110. Potem kilku wyprzedziłem ale i mnie wyprzedzano. Jeden mijany skarżył się, że wysiadło mu kolano. Cóż, szkoda chłopa. Nie wiem czy skończył. Na kolejnym punkcie pomiarowym informują, że jestem w pierwszej 20-stce. Aha, czyli jest nieźle. Przypominam sobie jak przed przyjazdem czytałem, że w ubiegłorocznej edycji startował tu od nas z Białej Rafał Pajdosz. Zrobił trasę w 6 godzin i przybiegł 7 OPEN. Wiem, że jestem obecnie słabszy od Rafała czyli powinienem przybiec tak myślę, w 7 godzin, może 6:30. Bycie w pierwszej 20-stce na 110 nie będzie złe. Aby tylko jeszcze przebiec te cholerne, ostatnie pagórki. 

Zmuszam się, by biec truchtem wszystko co płaskie lub ledwie, ledwie pod górkę. Żele zjadłem, jeden na 20-stym, drugi na 35 kilometrze. Picia też nie mam, bazuję na tym co dają w bufetach na trasie. A bufety są zaopatrzone nieźle. Są banany, ciastka, ciepła zupa, herbata kawa i cola. Biorę kawę, biorę herbatę. Z doświadczenia wiem, jak bardzo ciepłe picie podnosi morale podczas zawodów na mrozie. Naprawdę, działa to super. Ostatni punkt gastronomiczny jest na 42 kilometrze. 9 kilometrów przed metą. Wyprzedziłem „niebieskiego” ale ten dogonił mnie na punkcie i nie zatrzymując się popędził dalej. Jak się potem okazało już go nie dogoniłem, przybiegł przede mną kilka minut i był z mojej kategorii wiekowej. 

Ostatnie kilometry. Zrobiłem te ostatnie kilka wind góra-dół po stromych, pokrytych luźną śniegowo-liściastą masą zboczach. Na szczęście nigdzie nie wywinąłem orła. Teraz wiem, że już tylko głównie zbieg do Kielc. O – jest wyciąg narciarski, bawią się rodziny z dziećmi. Trasa nasza znowu trzy-kolorowa, czyli jesteśmy blisko mety. Jakiś starszy pan patrzy na mnie i mówi, że teraz będzie ostro. Jakie ostro - przecież już tylko w dół, po szlaku. Jest stromo, jest trochę hopek dla MTB, ale w końcu jest park. Widzę masę biegaczy pnących się pod górę. To piętnastka ruszyła, a miała ruszyć o 14:00-tej. Mówią, że meta za 2 km. Czyli jestem na trasie ponad 6 godzin. To mnie uskrzydla. Ostatnie kilometry już biegnę ciesząc się, że to koniec mordęgi. Wpadam na metę z czasem 6:18:12. Miejsce 17 OPEN na 110, wśród mężczyzn 16. W kategorii wiekowej miejsce 9 na 36. Było 5 DNF-ów, ukończyło według listy wyników 87 mężczyzn i 19 kobiet, ostatni robili trasę prawie 10 godzin.


Jak było? 

Fajnie. To raczej impreza lokalna, nie żaden festiwal z rozmachem. Trasa dobrze oznaczona. Dwa razy miałem momenty zawahania, ale zaraz odnalazłem oznaczenia i nie było większych strat czasowych. Bufety są trzy, dobrze zaopatrzone. Więcej nie trzeba. Trasa jest w połowie, może w maksymalnie 2/3 łagodnie górska, reszta to bieg trailowy leśny. Opłata startowa poniżej 200 zł uważam, że jest akceptowalna. Jak wyglądało zakończenie – nie wiem bo nie widziałem, miałem wkrótce pociąg powrotny do Warszawy i do Białej Podlaskiej.

Cieszę się że tu przyjechałem, że dystans pokonałem, dałem radę. Wynik myślę adekwatny do mojej aktualnej formy. Tyle nabiegałem, na ile mnie było stać. Udało mi się nie zaliczyć wywrotki, nawet buty i skarpety miło mnie zaskoczyły – żadnych obtarć, żadnych odcisków. Są oczywiście zakwasy, ból nóg, pleców i tyłka. Cóż - to i piękno ale i ból biegów ultra.

Brak komentarzy: