sobota, 1 czerwca 2019

Roztoczańska 13 – dla mnie pechowa

Rogaining 8-godzinny w pagórkowatym terenie opodal Kraśnika. Rodzaj bieg/marszu na orientację polegającego na znalezieniu jak największej liczby punktów oznaczonych na mapie. Limit zwykle jest długi: kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt godzin. Punktów również kilkadziesiąt. Można się nachodzić, nabiegać, a i tak wszystkiego się nie zbierze. Zabawę dodatkowo komplikuje różna wartość punktów: jedne są tanie, inne, zwykle te dalej położone bądź trudno dostępne są cenniejsze. Mapę dostaje się odpowiednio wcześniej tak, że można dokładnie zaplanować trasę jeszcze przed startem. Wygrywa ten, kto w danym limicie czasu zbierze punktów najwięcej.

Pewne doświadczenia w rogainingu już mam. Startowałem w nim kilka razy, m.in. na Litwie oraz w Mistrzostwach Czech i Polski w górach, na trójstyku Polski, Czech i Słowacji. Nie jest to typ imprezy na orientację szczególnie u nas popularny dlatego chętnie zapisałem się na rogaining niezbyt niedaleko od moich Wisznic, w Kraśniku koło Lublina. W tym roku odbyła się 7 edycja imprezy. Byłem dwa tygodnie po Maratonie Lubelskim, może nie w pełni zregenerowany, ale chciałem spróbować powalczyć, ile dam radę. Zapisało się bodaj kilkadziesiąt osób a zatem impreza miała mieć charakter kameralny.

Mapa główna
Na trasie – część biegowa

Biorę mapę, pisakiem planuję trasę. Fajnie byłoby zebrać wszystko, punktów jest pewnie z 50. Przypuszczalnie się nie uda, ale rysuję wariant taki, jakby się miało udać. Osiem godzin - sporo czasu. Najwyżej na końcówce utnę część punktów i je zostawię. Chcę lecieć najpierw dół – zachód, potem zachodnim krańcem po cenne punkty na górze, a na końcu wyzbierać punkty niedaleko bazy. W tym te w lesie, tanie za 2 punkty każdy, oznaczone na dodatkowej mapie 1:20.000. W tymże lesie jest punkt uzupełnienia wody oraz strzelanie z Paintballa, za które można złapać kilka dodatkowych punktów. Trochę za daleko ta woda – martwię się – ale co tam, jakoś dobiegnę.

Wychodzę z bazy nieśpiesznie, kilka minut po wszystkich. Nagle bzzzz.... i bach! Coś mnie dziabnęło w odsłonięty kark. Pszczoła, już się wije w przedśmiertnych konwulsjach na chodniku bo wbijając żądło wyrwała też część własnego tułowia. Od razu przypomina mi się Kilian Jornet, ikona ultra-długich biegów górskich, który wystartował w UTMB lecz zaraz zszedł z trasy bo słabo się czuł. Tłumaczył, że tuż przed startem użądliła go pszczoła i bardzo osłabiła. Czy i ze mną tak będzie? Na razie trochę swędzi ale cieszę się że nie użądliła z przodu. Za darmo mnie dziabnęła, przecież nic jej nie zrobiłem. Pięknie się zaczyna, czyżby prognostyk na resztę rajdu?

Zaczynam od spokojnego truchtu doookolnym, lecz wygodnym, asfaltowym wariantem przez Wyżnicę do PK 34. Jestem na miejscu, szukam punktu. Z mapy głównej wynika, że powinien być tuż przy miejscu, gdzie kończy się asfalt i jest skrzyżowanie. Może 50 metrów stąd. Czeszę krzaki, brodzę w pokrzywach, przeskakuję jakiś strumyk. Nic. Mija 10 minut, idę, sprawdzę dalej. Jest punkt dalej, w krzakach. Dopiero wtedy sprawdzam na dodatkowej mapce z rozświetleniami punktów. Według rozświetlenia stoi poprawnie. Mój błąd, ze patrzyłem tylko na mapę główną. Punkt wydawał się na tyle łatwy, że nie raczyłem spojrzeć na rozświetlenia. Wydaje mi się że PK 34 był nieprecyzyjnie naniesiony na mapę główną. Z niej wynika, że powinien być ok. 50 metrów od skrzyżowania, tymczasem jak sprawdziłem na Google Maps po powrocie, punkt stał ok. 130 metrów od skrzyżowania. Dla mnie od razu wtopa i ok. 12 minut straty na „tanim” punkcie (wyjaśnienie: punkty dawane są za dziesiątki: przykładowo za PK 34 mam 3 punkty, a za PK 85 8 punktów).

Lecę do pobliskiego PK 33. Też „tani” punkt ale organizator ostrzegał, że jest w trudnym terenie. Jest nad rzeczką Wyżnicą, i wg mapy nie ma do niego drogi. Liczę, że mapa 1:50:000 wszystkiego nie pokazuje i jest choć ścieżka. Ładuję się na ten punkt, można biec tylko początkowo. Potem pokrzywy i trzciny. Punkt jest łatwo umieszczony lecz w terenie, który uniemożliwia bieganie i bardzo spowalnia. Podbijam go i lecę na zachód, do PK 86. Cofać się głupio bo wyjdzie strasznie dookolnie. To tnę wprost, wzdłuż rzeczki. Jakoś przejdę. 

Rozświetlenia i opisy

Niestety, im dalej w „las”, tym jest gorzej. Pokrzywy po pas, trzciny po szyję. Nie ma tu kompletnie, żadnej ścieżki. Totalna dzicz. Pluję sobie w brodę, że w ogóle poszedłem po ten punkt. Zegarek pożyczony od brata na czas zawodów wydał krótkie piknięcie. Oznaczało ono, ze minęła godzina od startu. Godzina, a ja jestem w środku jakiegoś trzcinowiska, nogi mam dokumentnie wysmagane pokrzywami bo cienkie spodnie „Dobsomy” przed nimi nie chronią; na koncie mam ledwie 6 punktów z dwóch „tanich” PK. Ale kaszana. Pociesza jedynie to, że przedzierając się przez trzciny widzę przed sobą świeże ślady. Wkrótce doganiam dwoje zawodników torujących drogę wśród trzcin, mężczyznę i kobietę. „Cieszę się, że nie tylko ja sfrajerzyłem idąc po ten PK 33” – mówię na dzień dobry. Potwierdzają moje wrażenia, że nie warto było w ogóle się tu pchać.

Lecę do PK 86. „No, limit wtop już wyczerpany, teraz będzie dobrze. Łatwy punkt przy ulicy, a za aż 8 punktów” – myślę. Dobiegam w okolicę, patrzę, już jakiś chłopak z rozpaczą czesze krzaki. I nic. Czytamy opis: „Punkt 20 m na pn. wschód od zatoczki”. Pech chce, że w pobliżu jest duży zbiornik wodny więc patrzymy na pobliskie jeziorko, - Hmmm..., gdzie ta zatoczka? Czyżby znowu organizator coś nieprecyzyjnie ustawił? – dumam. Czeszemy las przy ulicy 10 minut. W końcu nadbiega ktoś trzeci, krzyczy, że jest. Podbijam, wybiegam i patrzę, że tu z ulicy jest lekki zjazd, taka „zatoczka” ale uliczna, nawet bez poszerzonego asfaltu. Krzyczę do tego, który ze mną rozpaczliwie szukał punktu, że to chodziło o „zatoczkę” na drodze. Widzę jeszcze, jak z oddali zamaszyście klepie się w czoło. Zrozumiał.

„Kiedy ja w końcu, normalnie, bez problemów podbiję jakiś punkt na tym rajdzie?” – zastanawiam się truchtając pod górkę przez Wyżniankę, do PK 44. No, pierwszy wszedł jako – tako, bez straty czasowej. Dalej pagórkowata droga wśród pól, błoto po niedawnych deszczach klei się do podeszew butów. PK 61 – łatwo ustawiony, dobrze ustawiony a i tu zaliczam wtopę. Tak jak w większości przypadków całkowicie z mojej winy. Po prostu biegnę w jego kierunku drogą równoległą zamiast właściwą. Przestrzeliwuję ze 300 metrów, muszę wracać. Czas, czas, czas...

Na punkcie 62 „za młynem” tracę z 5 minut bo szukam rzeczywiście za młynem, lecz trochę z innej strony. W wiosce Mikuszewskie popełniam strategiczny błąd, który zaważy na dalszej części rajdu. Przebiegam koło otwartego sklepu i... nie uzupełniam płynów. Myślę o tym, mam już niewiele wody ale decyduję się zaryzykować i uzupełnić płyny w Skorczycach lub Leszczynie, za 6 kolejnych punktów, kilkanaście kilometrów biegu.

Kolejne punkty (63,81,92,85,93) podbijam łatwo bo są proste, położone na skraju lasu. Ich wysoka waga – głównie ósemki i dziewiątki - wynika wyłącznie z dużej odległości od bazy rajdu, nie z trudności w odnalezieniu. Po drodze zaczyna mnie suszyć. Wypijam ostatnie krople wody. Słońce niemiłosiernie praży. Jest może ze 20 stopni w cieniu, w słońcu zapewne więcej. Znowu zapomniałem kapelusza lub choćby czapki z daszkiem. Dałem się nabrać na prognozę pogody, która wspominała coś o zachmurzonym niebie. A figa z makiem. Takie warunki, plus brak wody to dla mnie prawie zawsze kaplica. Są biegacze, najczęściej drobni i niscy, którym gorąco i słońce nie przeszkadza. Mnie, wysokiego i ciężkiego, rozkłada to dosyć szybko. Dlatego w upale – a dla mnie upał zaczyna się od 20 stopni + słońce -  staram się nie rywalizować: po co mam dawać konkurentom fory?

Punktem załamania był PK 72. Bardzo łatwy, w polu, mała górka z której wybierają piasek. Przy drodze. Jakoś, nie wiem jak, źle obliczyłem czas dotarcia do niego, przestrzeliłem go o kilkaset metrów. Musiałem wracać. Wracam do niego piechotą. Żar leje się z nieba. Obok jeździ ciągnik i smrodzi opryskami. Po 4 godzinach od startu nie chce mi się już biegać. Widzę, że to nie będzie mój dzień ani moje zawody.

Na trasie – część piesza

Decyduję iść pieszo do Skorczyc, złapać 54 i 73. Tam w sklepie uzupełnić wodę i może jeszcze pobiegać. Jak nie znajdę sklepu to po prostu sobie iść w kierunku bazy, podbijając po drodze punkty, które będą blisko. Rywalizację już odpuszczam.

Nawet na głupim przejściu do Skorczyc, z PK 72 na południowy wschód, ładuję się w jakiś las, gdzie gubię drogę. Tnę na przełaj, przez pola. Tracę czas i siły. Jak nie idzie, to nie idzie. W Skorczycach sklep jest, ale zamknięty. Wiem, że mogę żebrać o wodę u lokalsów ale jakoś mi się nie chce. Zagadani gospodarze mówią, że jest sklep w Popkowicach, ale dodają: „O Panie, to daleko, ze 4 kilometry”.

Docierając do PK 72 spotykam Hiubiego, przyszłego zwycięzcę. Krótka wymiana wrażeń, Jemu w przeciwieństwie do mnie idzie znakomicie. Chwali organizatora, że w końcu dobrze ustawia punkty. Szczęście też mu sprzyja, bo nawet jak coś stało źle to i tak przypadkowo na ten punkt wszedł. Patrząc na Hiubiego w spodenkach zastanawiam się, jak on te pokrzywy i chaszcze czesze w gołych nogach. Ja mam całe nogi zsiekane przez pokrzywy. Jeśli prawdą jest, że oparzenia pokrzyw działają leczniczo, to po powrocie będę niewątpliwie najzdrowszym człowiekiem w Wisznicach. A może on wybierał te punkty, i te przeloty, gdzie chaszczy nie było?

Na drodze przed Popkowicami ścieżki moje i Hiubiego rozchodzą się. On poleciał na południe, ja poszedłem do Popkowic licząc, że znajdę tam jakiś otwarty jeszcze sklep. Nie znalazłem, ale też nie dotarłem do centrum. Uznałem, że uzupełnienie płynów na dwie godziny przed limitem zawodów i tak mnie nie uratuje i niczego nie zmieni.

Skręcam w kierunku lasu, tego z mapą 1:20:000 i masą drobnych punktów. Już teraz strasznie chce mi się pić. Jestem tak odwodniony, że znalazłszy leżące przy drodze łodygi rabarbaru, które jakiś gospodarz najpewniej wiózł i zgubił, odzieram ze skórki i wysysam kwaśny miąższ. Przynosi to chwilową ulgę.

Odnalazłszy się na mapie 1:20:000 biorę po drodze bez problemów punkty po drodze do bazy: B, C i D. Ostatnie punkty, już na mapie głównej, to PK 32 i PK 31. Ten PK 32, za jakimiś betonowymi zbiornikami, jest tak skitrany, w że gdyby nie wydeptana przez innych zawodników ścieżka, to pewnie pół godziny bym go szukał. - Na pewno żaden uczciwy człowiek w takie miejsca nie zagląda – myślę wracając.

Mapa 1:20.000
Z ostatnim punktem, PK 31 też mam problemy, bo nie chciało mi się spojrzeć na rozświetlenie i doszedłem do przepustu od przeciwnej strony. Do bazy dotarłem ok. 17 minut przed limitem czasu. Idąc po drodze policzyłem zaliczone PK i liczbę uzyskanych z nich punktów. Wyszło mi 19 PK a liczba punktów - chyba 101. Podobno pełne wyniki są na stronie pmno.pl ale gdzie - nie mam pojęcia. Zwycięzca, Hubert Puka miał punktów ponad 130, drugi w kolejności sto-kilkanaście. Ja ze swoimi 101 jestem gdzieś pewnie pod koniec pierwszej dziesiątki na około 50-ciu zawodników.

Ogólne wrażenia

Rajd ogólnie fajny, wart polecenia. Ma swoją specyfikę, którą trzeba wziąć pod uwagę. Budowniczy trasy nadaje punktom wagę patrząc głównie na odległość od bazy, ewentualnie skrajność położenia na mapie. Stąd punkty w drugim końcu mapy były banalne i cenne, tyle że odległe. Punkty niedaleko bazy (np. PK 33 i PK 32) były tanie, i jeszcze umieszczone w taki sposób, że ich branie było czaso i energo-chłonne. Zupełnie się nie opłacało ich dotykać. Część z tych punktów kojarzyła mi się z „jaszczurową” imprezą, gdzie budowniczy również lubi wpuszczać zawodników w takie zapomniane przez Boga i ludzi miejsca.

Najlepsi z wszystkich tras

Fajnym elementem zawodów są też nagrody. Kolega wylosował dla żony piękny, damski rower. W czasie losowania stałem tuż obok, widać prawie w epicentrum „strefy szczęścia”. Tak blisko, a jednak nie ja. A co tam, może sprawiedliwie, bo przecież nie mam żony.

W bazie zawodów stoi wypchany dzik, kończący zawody są też częstowani pieczonym dzikiem. Wiem, ze nie wszyscy startujący w wyścigach na orientację pochwalają te elementy utożsamiając je z promowaniem kultury łowieckiej, której się sprzeciwiają. Dobrze, że organizator dla wegetarian przygotował posiłek alternatywny: pierogi ruskie. Je właśnie poddałem konsumpcji zamiast dzika, były bardzo smaczne.

Na mój słaby wynik złożyło się szereg czynników. Chyba najbardziej poległem na wariancie zaczynając zbierać punkty od przeciwnej strony, niż ta, gdzie był punkt z wodą i paintball, do którego ostatecznie nie dotarłem. Do tego władowałem się kompletnie bez sensu w punkty tanie i ciężko dostępne. Nawet na wejściu w niektóre łatwe punkty popełniałem błędy nawigacyjne. Zabrałem stanowczo za mało wody jak na taki dzień. Dwa półlitrowe i nawet nie wypełnione do końca softflaski. Nie uzupełniłem picia we wsi, gdzie miałem ku temu okazję. Pogoda była stanowczo nie pode mnie. No i w końcu wytrenowanie fizyczne, które jest u mnie coraz słabsze. W momencie gdy piszę ten tekst trwają właśnie zawody DYMnO na Mazowszu. 50 km na orientację. Byłem na nie zapisany, opłacony, ale nie pojechałem. W tym tygodniu, tak jak w tygodniu przed Roztoczańską 13 biegałem tylko 2 razy. Pochłaniały mnie różne ważne sprawy osobiste. Podliczyłem kilometraż z maja – tylko 260 kilometrów. Niewątpliwie mógłbym pojechać i ukończyć to DYMnO, ale z takim przygotowaniem byłbym poza czołówką. Uznałem, że nie warto.

Kącik historyczny. Piątek trzynastego – czy wiesz, dlaczego jest pechowy?

Przekonanie, że dzień piątek trzynastego przynosi pecha powiązane jest z wydarzeniem w średniowieczu, gdy aresztowano przedstawicieli zakonu templariuszy. Templariusze byli pierwszym zakonem rycerskim powstałym w Ziemi Świętej, w okresie wypraw krzyżowych. Zgodnie ze statutem opiekowali się pielgrzymami, modlili się i walczyli z poganami. Z czasem zakonnicy ci zgromadzili wielkie bogactwa i uchodzili wręcz za bankierów władców.

Dobra doczesne, jak to w życiu bywa, budzą często zazdrość i pożądanie u bliźnich. Ówczesny król Francji, Filip IV Piękny mający akurat irytujące pustki w skarbcu postanowił położyć łapę na bogactwach templariuszy. Zainspirowany przez doradcę, rycerza-kanalię Wilhelma de Nogaret zmusił swojego totumfackiego, papieża Klemensa V będącego w tzw. niewoli awiniońskiej u króla Francji, aby ten oskarżył templariuszy o herezję.

Spalenie templariuszy. Wyobrażenie z manuskryptu z XV wieku

Właśnie w piątek 13 października 1307 roku aresztowano przywódców templariuszy, z wielkim mistrzem Jacobem de Molay na czele. Oskarżono ich o czyny będące obrzydliwościami w oczach Boga, m.in. o homoseksualizm i oddawanie czci bożkowi Bafometowi (przypuszczalnie chodzi tu o Mahometa). Aresztowani zakonnicy byli torturowani. Wielki mistrz Jacob de Molay został poddany ciężkiej próbie wiary i silnego charakteru. Pod wpływem tortur to przyznawał się do zmyślonych zarzutów, to potem je odwoływał.

Gdy 18 marca 1314 z rozkazu Filipa IV Pięknego palono go na stosie, ten tuż przed śmiercią odwołał swe przyznanie się do winy a na sprawców nieszczęścia templariuszy rzucił klątwę i wezwał na Sąd Boży. Według podań miał krzyknąć.

„Papieżu Klemensie, królu Filipie, rycerzu Wilhelmie! Nim rok minie spotkamy się na Sądzie Bożym!”

Faktycznie upadły rycerz Wilhelm de Nogaret od roku już nie żył. Papież Klemens V i król Francji Filip IV Piękny zmarli wkrótce w tajemniczych okolicznościach, nie przeżywszy nawet roku od spalenia Jacoba de Molay.

W 2001 roku odnaleziono zaginiony od setek lat protokół z przesłuchania templariuszy. Według niego byli oni niewinni (Pergamin z Chinon)

Audycja radiowa Polskiego Radia o tym wydarzeniu [LINK]
Artykuł w "Rzeczypospolitej" [LINK]
Salve Regina - jedna z popularnych pieśni templariuszy [LINK]

środa, 29 maja 2019

IV Bieg na Wisznicką Milę

Ostatnia sobota 18 maja przebiegła w Wisznicach pod znakiem sportowej rywalizacji. Odbył się tam cykl wyścigów dla biegaczy i chodziarzy znany jako „Bieg na Wisznicką Milę”.

Tegoroczna, czwarta edycja charakteryzowała się kilkoma nowościami. Bazę zawodów przeniesiono z centrum miejscowości w okolice Gminnego Ośrodka Kultury na Wygodzie, gdzie znajduje się teren rekreacyjny oddany do użytku w ubiegłym roku, w ramach zrealizowanego projektu „Rozwój infrastruktury usług społecznych w Gminie Wisznice”. Po raz pierwszy w historii biegu zastosowano elektroniczny pomiar czasu. Zapewniła go bialska firma Time2Go. Także trasa głównego biegu i marszu Nordic Walking na 6 km została nieco zmodyfikowana, choć przebiegała w tym samym regionie, co w latach ubiegłych. Biegacze i chodziarze rywalizowali w wyścigu głównie po polnych drogach pomiędzy Dubicą a Wygodą. Ścigali się w pięknej scenerii, mknąc wśród pól, obsadzonych akurat kwitnącym, intensywnie żółtym rzepakiem.

Zdjęcie: A. Turski, Time2Go
Frekwencja dopisała. W biegach i w marszu wzięło udział w sumie ponad stu uczestników. Bieg główny na 6 km ukończyło 52 uczestników, Marsz Nordic Walking na tym samym dystansie 46 uczestników. W biegach dziecięcych i młodzieżowych na 100m, 400m, 600m i 1600m wystartowało tylko po kilku zawodników. Szkoda, że tylko tylu - jak na miejscowość wielkości Wisznic, z dwoma szkołami, to stanowczo za mało.

Trasa biegu głównego oznaczona została biało czerwoną taśmą a na asfalcie strzałkami narysowanymi kredą. Na zakrętach i skrzyżowaniach rywalizujących kierowały we właściwą stronę ustawione tabliczki ze strzałkami oraz wolontariusze i strażacy. Dzięki temu nikt nie pomylił drogi. Na pierwszym i piątym kilometrze znajdował się punkt z wodą. Wielu uczestników z niego skorzystało pomimo krótkiego dystansu. Organizatorzy obawiali się deszczu lecz dzień zawodów okazał się gorący i parny. Upalna pogoda utrudniła wielu uczestnikom bieg na maksimum możliwości.

W biegach dla dzieci pełniłem m.in. rolę "pachołka" do obiegnięcia. Zdjęcie: Gmina Wisznice
Zziajanych „finisherów” czekały na mecie brawa kibiców, pamiątkowe medale oraz woda i posiłek, dostarczony przez Zajazd „Awangarda”. Najlepsi w kategoriach OPEN, wiekowych i z Gminu Wisznice otrzymali pamiątkowe puchary.

Zwycięskim biegaczem na dystansie głównym okazał się Rafał Klimek z Wisznic, obecnie student bialskiego AWF-u, reprezentant MKS „Żak” Biała Podlaska. Przybiegł na metę z czasem 00:22:10. Najlepszą biegaczką została Katarzyna Biernat z Janowa Podlaskiego, która przybiegła równo trzy minuty po zwycięscy.

Wśród chodziarzy zwycięzcą został Dariusz Mackiewicz z Kodnia kończąc wyścig z czasem 00:37:36. Pierwsza wśród Pań przyszła Anna Adamska z Radzynia Podlaskiego (00:44:48).

Pełne wyniki znajdują się na stronie Time2Go, w zakładce "wyniki".

Ja sam zająłem miejsce ostatnie uzyskując czas 00:56:11 na 6 km. Biegłem szybko tylko przez pierwsze dwa kilometry, z aparatem w ręku. Potem zatrzymałem się i robiłem zdjęcia biegaczom, następnie chodziarzom. Zależało mi, by wspomóc głównych organizatorów a nie na rywalizacji. Zrobione zdjęcia udostępniłem na swoim szkolnym profilu Facebook - „Paweł Pakuła”. Moje wrażenia zostały wykorzystane w relacji „Super Podlasiaka”. Dużą galerię zdjęć udostępniła też na Facebooku Gmina Wisznice.

poniedziałek, 13 maja 2019

7. Maraton Lubelski – po raz pierwszy na wynik

W niedzielę zakończył się 7. Maraton Lubelski. Był tradycyjnie trudny, z powodu ciepłej, słonecznej pogody i dosyć pagórkowej trasy. To mój trzeci start w lubelskim maratonie i pierwszy, który biegłem na wynik. Dwie poprzednie edycje biegłem jako pacemaker lub fotograf, z aparatem w ręku. Tym razem, choć w formie nie najlepszej, postanowiłem pobiec na maksimum możliwości.

Chciałem zakręcić się koło 3 godzin, najlepiej „złamać trójkę”. Z racji trudnej trasy założyłem, że bazowym tempem nie może być 4:10-4:15 jak na szybkich trasach, lecz 4:05-4:10. Niestety, upał zrobił swoje. Zabrałem z domu kurtkę przeciwdeszczową a jak na złość trafił się pierwszy gorący dzień od dłuższego czasu. Tuż przed startem żałowałem, że zamiast kurtki nie zabrałem letniego kapelusza.

Pierwszą połowę pobiegłem dobrze, półmetek mijałem w 01:29 i kilka sekund. Większość drugiej połowy też biegłem w miarę znośnie. Pomagały w tym dosyć gęsto rozstawione punkty odżywiania, gdzie brałem wyłącznie wodę, którą piłem i którą się obficie polewałem.

Niestety, nie utrzymałem tempa na końcówce. Na ostatnich 5 kilometrach zwolniłem z 4:15 do 4:30 na kilometr. Na tym gdzieś etapie wyprzedził mnie siwiutki starszy Pan z kategorii M50. Finalnie był 10 OPEN. Zdążyłem mu tylko wysapać „szacunek” i że cieszę się, że nie jest z mojej kategorii wiekowej.

Linię mety przekroczyłem z czasem 03:01:16 brutto. Wynik ten dał mi 11 miejsce OPEN na 660. W kategorii wiekowej byłem 4 ale, że zwycięzca był również z tej kategorii a nagrody z pierwszych 6 OPEN i z kategorii wiekowych nie dublują się, to zgarnąłem pucharek, dyplom i nagrodę za 3 miejsce w kategorii M40+.

Moja fotorelacja z biegu ukazała się na portalu festiwalbiegowy.pl. Zapraszam.

[LINK] do relacji

czwartek, 2 maja 2019

Castorian Extreme Race – druga edycja jeszcze lepsza

Start. Zdjęcie: Słowo Podlasia
Niecały rok temu wziąłem udział w pierwszej edycji Castorian Extreme Race – krótkiej przeszkodówce niedaleko moich Wisznic. Wyścig wyszedł udany zarówno organizacyjnie jak i dla mnie samego – zająłem w nim 2 miejsce OPEN na 44 zawodników. Czas: 25 minut, zwycięzca był niecałą minutę szybszy.

Po dobrych wrażeniach, w tym roku zapisałem się ponownie. Impreza się rozrosła: do krótkiej trasy 4 km (Trial) w wersji indywidualnej i zespołowej dodano także 8 – kilometrową (Challenge). Doszły nowe przeszkody, którymi organizatorzy straszyli uczestników na Facebooku, kilka dni przed startem. Na drugą edycję zapisało się dużo więcej biegaczy, nie przyjechał jednak zwycięzca z zeszłego roku.

Challenge 8 km

Niestety, ciepły dzień. Słońce świeci. Dla mnie trochę za gorąco na ściganie. Rozgrzewka i rozciąganie. Godzinę przed startem spróbowałem jeszcze głównej, nowej przeszkody – combosa z podwieszonymi na łańcuchach ruchomymi elementami, które miały w przyszłości chwytać moje ręce: metalową drabinką, rurką i kilkoma ringami. Słabe mam ręce i przeszkody to nie moja domena, jednak tu dałem radę. Dobra nasza: na końcówce biegu będę już zmęczony, ręce też będą spracowane ale jest szansa, że to przejdę.

Bierzemy po oponie i wchodzimy do drewnianej stodoły, z której wydobywa się dym i dochodzi głośna muzyka. W środku światła, dym, DJ – klimat trochę jak z dyskoteki - mordowni, gdzie za złe spojrzenie można już nie wrócić do domu. Odliczają sekundy do startu i z oponami lecimy kilkaset metrów. Wrzucamy opony na pakę samochodu i bieg po leśnej drodze, do pierwszej przeszkody. Nie prowadzę, ale jestem w pierwszej dziesiątce zawodników.

Kolejne przeszkody nie zaskakują: są łatwe i znane z poprzedniej edycji. Skok przez rów wypełniony wodą – najlepsi podobno to przeskoczyli, ja nie więc stopy już mam mokre. Potem czołganie pod drutem kolczastym, mur z bel słomy, opony na ziemi, niewysokie drewniane murki, wielkie drewniane szpule. Ścieżka otaśmowana wyraźnie z obu stron wije się w pagórkowatym terenie w lesie. Przesuwam się na piątą pozycję.

Zdjęcie: Słowo Podlasia

Dobiegamy w końcu do czegoś nowego i ciekawego. Trzeba wejść na drzewo, na wysokość ok. 3 metrów. Z jednej strony drzewa przyczepione są klamry-stopnie, z drugiej jest lina. Większość wchodzi po stopniach zaś schodzi liną. Najlepsi podobno wykorzystali jedynie linę – weszli po niej i zeszli. Pomimo, że jestem piąty trochę się przy tej przeszkodzie korkuje. Po pomyślnym pokonaniu trasa prowadzi nas na podmokłe łąki. W grząskim rowie błoto prawie ściga mi but więc muszę się zatrzymać i go ponownie nałożyć.

W dalszym etapie jest znowu las i kolejne przeszkody. Gruba lina i zadanie wspięcia się po niej na wysokość ok. 3 metrów. Ostatnie miesiące ćwiczyłem trochę na siłowni ProGym w Białej, między innymi wspinanie po linie, dzięki czemu mogę ją teraz zrobić bez przystanku i bez problemu. Czołganie w „wyżymaczce” pod oponami trochę brudzi, nieco spłaszcza, ale jest łatwe. Ścianka z łańcuchów też. Pojawia się w końcu zalana kopalnia piasku ze zjeżdżalnią do wody. Po zaliczeniu przymusowego nurkowania to brodzimy, to wspinamy się na piaszczyste skarpy, aby zaraz z nich zbiec; trochę biegniemy stromym piaszczystym zboczem. To zbocze jest fajną nowością, podobnie jak paintball, gdzie trzeba strzelić kilka razy do celu.

Zdjęcie: Słowo Podlasia

Jest też znane z poprzedniej edycji zadanie na wiedzę, dawny „polonista”. Dobiegam do punktu, wolontariusze mówią: „Na wyspach Bergamutach...” – i trzeba dokończyć. „Mieszka kot w butach” – odpowiadam bez głębszego zastanowienia, bo coś mi się z kotem w butach kojarzy. Przebój ten wydaje mi się jednak starszy niż prehistoryczna „Lambada” więc dobrze słów nie pamiętam. „Podobno jest kot w butach” - poprawiają wolontariusze i widzę, że wahają się, czy uznać moją odpowiedź. Pomagam im podjąć pozytywną decyzję i po usłyszeniu werdyktu lecę dalej.

Biegnę już na 4 pozycji gdy trafiam w końcu na „kamień” – wysoką, ponad 2 metrową drewnianą ściankę, która była największą trudnością poprzedniej edycji. Wtedy ją pokonałem umiejętnie zaczepiając się stopą o występ deski w dolnej części ścianki. Pamiętam, że bocznymi podpórkami pomagać sobie nie było można dlatego i tu tę pomoc wykluczam. Próbuję teraz tak samo jak wcześniej, jednak spadam. Cofam się, próbuję jeszcze raz. Już ręka smyrgnęła górną krawędź ale znowu spadłem. Trudno, robię 20 „padnij powstań”. Strasznie długo to leci, z żalem widzę kątem oka, jak chłopak, którego niedawno wyprzedziłem dobiega do ścianki, pokonuje ją i znowu jest przede mną. Przyszłość pokaże, że za chwilę znowu go wyprzedzę  i owe karne „padnij powstań” nie będzie miało żadnego wpływu na zajęte miejsce, jedynie na czas pokonania przeze mnie trasy.

Końcówka. Prosta pochyła ścianka ze zwisającymi na niej linami, podziemny tunel wypełniony błotem, bieg w lasku, korytko z wodą i zawieszonymi nad taflą wody oponami. Łatwo do tego wejść a ciężej wyjść gdyż folia wyściełająca korytko jest śliska.

Ostatnia przeszkoda – combos „małpi gaj” – jak go niektórzy nazywają. Przed startem uspokojenie oddechu, skok na drabinkę, potem na rurkę. Ślizgają mi się mokre i zapiaszczone dłonie na metalu, gdy jednak sięgam do ringów jest lepiej. Te są z drewna a zatem nie takie śliskie. Ciężko, ale przechodzę za pierwszym razem.


Na metę wbiegam jako trzeci zawodnik z mojej fali, czas 44:17. Niedługo po moim przybyciu zobaczę, jak na metę wbiega Jacek Chruściel z Międzyrzeca, zawodnik mocniejszy ode mnie biegowo. Startował w drugiej fali, chyba 10 minut po naszej a zatem skoro wbiegł niedaleko po mnie to zapewne nie tylko zdecydowanie wygrał swoją falę ale i wyprzedził mnie. Tak też było. Pierwsi trzej pokonali trasę w zbliżonym czasie 40 minut z hakiem. Ja zająłem miejsce czwarte na 47. Piąty zawodnik, z Łukowa, wbiegł ponad 2 minuty po mnie.

Trial drużynowy 4 km

Już się umyłem w sztucznym basenie wypełnionym pianą, już zrzuciłem upiaszczone i mokre rajtki, skarpety i buty, Już przebrałem się w suche ciuchy, już podjadłem poczęstunek, dla zawodników, którzy ukończyli zawody, już czekałem na zakończenie. Wtem podchodzą do mnie dwaj chłopcy – Tomek i Rafał - i pytają czy to ja byłem czwarty bo szukają zawodnika do teamu. Trochę się waham bo to dwaj najlepsi zawodnicy biegu. Młode chłopaki z Lublina i Chełma, ambitni, trenujący, dobrze radzący sobie na trudnych przeszkodach. Dołożyli mi blisko 4 minuty i jak z nimi pobiegnę to boję się, że będę zakałą drużyny. Zgadzam się w końcu, bo w sumie, dlaczego nie spróbować? Zgłaszamy i opłacamy Super team złożony z zawodników 1,2 i 4 miejsca z długiej trasy. Nazwę wymyśla kolega, bynajmniej nie groźną ani agresywną: „Poziomki”.

"Poziomki". Od lewej: Rafał, Tomek i ja.
Przed startem uprzedziłem, że jestem przede wszystkim biegaczem i na przeszkodach mogę mieć problemy. Uzgodniliśmy, że mam biec ile fabryka dała a jak będę miał problem na przeszkodzie, to mi pomogą.

W praktyce bieg okazał się dla mnie łatwiejszy, niż się spodziewałem. Po kilku godzinach słońce trochę zaszło, zrobiło się jakby chłodniej. Dla mnie warunki dużo lepsze. Przeprosiłem się z mokrymi ciuchami, co też działało pozytywnie bo chłodząco. Dzięki temu mogłem biec w wyższym tempie, niż za pierwszym razem. Wyprzedziłem wszystkich z 2 fali, z której i my wystartowaliśmy i zacząłem wyprzedzać ostatnich z fali pierwszej.

Na krótszej trasie organizatorzy oszczędzili zawodnikom część trudniejszych przeszkód. Nie było wspinaczki po linie, nie było listwy z chwytami na ręce. Ze wspinaczkowych przeszkód pamiętam  sznurkową drabinkę, ściankę drewnianą i łańcuchową oraz „małpi gaj” na końcu. Do niego właśnie, tuż przed metą dobiegłem jako pierwszy z naszej drużyny. Zgodnie z podpowiedzią wysuszyłem uprzednio ręce o piasek i słomę. Skokiem przeszedłem drabinkę, metalową rurkę, kilka ringów i... spadłem. Ześlizgnęła mi się ręka na ostatnim ringu. A niech to! Na szczęście reguły mówią, że członkowie drużyny mogą sobie pomagać. Zaraz za mną dobiegł Rafał, pokonał sam combosa a następnie wrócił i zrobił mi pod nogi podpórkę ze swoich ramion. Z Jego pomocą za drugim razem pokonałem przeszkodę. Chwilę po mnie pokonał ją Tomek - trzeci zawodnik z naszego „poziomkowego” zespołu. Super się zgraliśmy, idealnie bo praktycznie równocześnie pokonaliśmy ostatnią przeszkodę.

Wbiegliśmy na metę z czasem 00:26:45. Wygraliśmy kategorię drużynową. Drugi zespół, którego się przed startem trochę obawiałem, Red Lion Club z Międzyrzecza Podlaskiego miał czas 00:29:23.

Polecam

To był przyjemnie spędzony dzień. Lokalna impreza a bardzo dobrze zorganizowana. Dziękuję organizatorom, sponsorom biegu oraz kolegom Tomkowi i Rafałowi, którzy zaprosili mnie do swojej drużyny.

[LINK] do galerii na Słowie Podlasia

[LINK] do strony zawodów

niedziela, 24 marca 2019

VII Cross Maraton Jana Kulbaczyńskiego – „Ale wygwizdów!”

Tak pomiędzy Bogiem a prawdą to przywołane powyżej tytułowe zdanie, które usłyszałem od jednego z biegaczy, gdy walcząc z frontowym wiatrem zbliżał się do mety miało nieco bardziej wulgarną formę. Można ją sobie dopowiedzieć i będzie ona najbardziej krótko i najbardziej celnie oddawała panujące w tym roku warunki.

Zdjęcie: materiały organizatora na profilu Facebook

Bieg ten od kilku lat organizuje Jan Kulbaczyński - kodeński weteran maratonów. Kiedyś biegał królewski dystans w okolicach 2:40. Dziś robi to już nie tak szybko jak w latach 80-tych czy 90-tych, lecz nadal z wielkim zapałem. Liczba pokonanych przez Niego maratonów zbliża się powoli do 200. Maraton Kulbaczyńskiego prowadzi po polnych i leśnych drogach, w równinnym terenie. Jest po drodze kilka kilometrów asfaltu, zwłaszcza w położonym tuż nad Bugiem Kodniu, gdzie biegacze muszą obowiązkowo przebiec po parku przed Sanktuarium Matki Bożej Kodeńskiej. Uczestników zwykle nie było wielu – kilkadziesiąt osób. Przeważnie biegacze z okolic, od kilku lat przyjeżdża też mocny skład z klubu biegowego „ Biegający Świdnik”.

Cechą charakterystyczną kodeńskiego maratonu są trudne warunki pogodowe. Połowa marca to najczęściej przełom zimy i początek wiosny. Największa szansa, że trafimy na błoto pozostałe po niedawnych roztopach. Można też trafić na pogodowego psikusa tak jak w roku ubiegłym. Była już niby wiosna, ale traf chciał, że dosłownie na kilka dni przyszła wtedy potężna śnieżyca. Akurat w terminie maratonu. Część trasy była wtedy na gwałt odśnieżana pługiem a start został przesunięty o godzinę.

Jest to bieg maratoński najbliżej mojego miejsca zamieszkania i jest to jeden z powodów,  dla których chętnie tu startuje. Biegłem w nim już trzy razy. Pierwszym razem przybiegłem drugi, poniżej 3 godzin, za Piotrem Kuryło. Było wtedy dosyć solidne błoto. Rok temu byłem w na tyle dobrej formie, że udało mi się wygrać. Czas nędzny, 3:15, ale trzeba wziąć poprawkę na fakt, że miejscami nie biegłem, lecz szedłem po łydki w śniegu. To była właśnie ta edycja tuż po śnieżycy i z silnym wiatrem.

W tym roku na bieg przyjechała mocna ekipa, co już na kilka dni przede startem zapowiadali organizatorzy. Podkręcali w ten sposób emocje. Padł też rekord frekwencji, po raz pierwszy liczba uczestników przekroczyła 100. Około 80-ciu startowało w biegu głównym, maratońskim, ale był też dodatkowy półmaraton biegowy i Nordic Walking. Zapowiadała się ciekawa rywalizacja. Cieszyłem się na nią, choć nie byłem dobrze przygotowany. Miały być jednak trudne warunki: trochę błota i silny wiatr. Zapowiadało to, że bieg po raz kolejny będzie miał charakter przede wszystkim siłowy, nie szybkościowy. Wszyscy już od początku dostaną „mass slow” mówiąc „heroes’owym” językiem. Dla mnie to duży bonus. Jest to drugi powód, po bliskości, dla którego lubię tu startować.

WYŚCIG

Deszcz lekko kropi, wiatr silny wieje. Temperatura kilka stopni powyżej zera. Pochmurno. Większość „zabunkrowana” w długie spodnie, część w kurtki. „Szacun Paweł” – mówią patrząc, że ja w krótkich spodenkach i bez kurtki. Aż w końcu zacząłem wątpić, czy powziąłem dobrą decyzję startując na lekko. Nie no, nie będę się zawijał w długie legginsy. Ma być tempo poniżej 4:30, będzie siłowo, na pewno się mocno zgrzeję. Muszę być na lekko. 6 żeli do kieszeni, ostre dicho na uszy, taki douszny „PAINKILLER” i lecimy.

Zacząłem spokojnie, coś tam sobie ustawiałem jeszcze w mp3. Po kilkuset metrach przyśpieszyłem do docelowego tempa, które miało oscylować pomiędzy 4:00 a 4:30, w zależności od warunków. Po ostatnich „piątkach” wiedziałem, że poleciała mi szybkość, ale liczyłem, że siła nie tak bardzo. Początek biegło się dobrze. Lekko, jeszcze widziałem czołówkę biegnącą za prowadzącym ją konnym jeźdźcem. Wiało raczej w plecy to kilometry leciały w tempie po 4:00-4:05. Błota nie było aż tak dużo, jak się obawiałem. Generalnie klawo.


Dopiero około 6 kilometra, gdy trasa skręciła gwałtownie pod wiatr na otwartej przestrzeni pod Zahorowem zobaczyłem, co się będzie działo. Już wiedziałem, że powrót pod wiatr, w takich warunkach to będzie katorga. Miałem nadzieję na jak największą ilość lasu, który osłoni od wiatru.

Kilometry do Kodnia mijały spokojnie. Biegłem swoim tempem samotnie, słuchając muzyki. Podjadałem żele. Zajmowałem 7 pozycję przez ¾ dystansu maratonu. W Kodniu nawrotka po parku i tradycyjnie łyk ciepłej herbaty od życzliwej młodzieży stojącej wytrwale na punkcie odżywczym. Dziękuję! Lecę dalej, poza Kodeń. Na 23 kilometrze miała być „agrafka” czyli nawrót 180 stopni i droga powrotna. Świetna to okazja by podpatrzeć, jak daleko wyprzedza mnie pierwszych sześciu, i jak daleko jest pogoń za mną.

Okazało się, że biegniemy mniej więcej w równych odstępach, co kilkadziesiąt - kilkaset metrów. Prowadził nieznany mi chłopak, blond-brodacz. Trzeci biegł Jacek z Międzyrzeca. Czwarty poznany tuż przed startem Karol z Radomia, który - jak sam mówił – wygrał ostatnio jakiś ultramaraton w Górach Świętokrzyskich. Potem jeszcze dwie nieznane mi osoby. Za mną biegł Artur ze Świdnika, zwycięzca jednej z poprzednich edycji i Rafał z Białej. Na samym czele oczywiście jeździec a tuż za nim... pies z wywieszonym jęzorem. Czy przebiegł cały maraton za jeźdźcem tego nie wiem. Bardzo możliwe.

Powrót był ciężki lecz na szczęście nie tak ciężki, jak się obawiałem. Nie miałem żadnej ściany. Może dlatego, że nie starałem się walczyć zawzięcie o precyzyjne utrzymanie założonego tempa. Gdy na otwartej przestrzeni wiał wiatr w twarz a było jeszcze pod górkę, to zwalniałem. Kilkanaście kilometrów od mety łatwo było przeholować tak, że musiałbym potem iść. Biegłem po 4:40 na kilometr.

Miłym akcentem ostatnich kilkunastu kilometrów były dwie ofiary, które udało mi się „pożreć”. Pierwszy biegacz zbliżał się do mnie powoli acz nieubłaganie. Jeszcze biegł, ale tempo mu spadło bardziej, niż moje. Minąłem go na punkcie odżywczym na 10 km przed metą. Kolejny, którego spotkałem wydawał się jeszcze bardziej sterany. Ten, pod wiatr już nie dał rady biec. Miejscami szedł. Wyprzedziłem go na 6 kilometrze przed metą przeskakując na 5 miejsce. Ostatnie kilometry i dla mnie były bardzo ciężkie. Tempo spadło mi do 5:00-5:10 na kilometr. Kilkaset metrów przed sobą widziałem Karola, który biegł nie szybciej niż ja a zatem pewnie też miał kryzys. Nie byłem Go w stanie dogonić i ostatecznie wbiegłem niecałe 2 minuty za Nim.

Miejsce piąte na 83, czas 3:07:47. Taki wynik w takich warunkach przed startem brałbym w ciemno. Pobiegłem chyba na maksimum swoich aktualnych możliwości. Nie popełniłem żadnego błędu ubraniowego. Wziąłem jeden żel za dużo, gdyż wróciłem z jednym nie zaczętym. Przegrałem z biegaczami ewidentnie mocniejszymi od siebie.

Wygrał Damian Świerdzewski ustanawiając rekord trasy: 2:49:08. Niby w płaskim maratonie to żaden wynik, ale gdy się weźmie pod uwagę, że ten sam biegacz kilka miesięcy temu pobiegł dychę w 32 minuty a życiówkę na dychę ma 31 minut, to sobie można wyobrazić, że warunki były ciężkie, skoro biegacz tej klasy pobiegł „tylko” 2:49.

Dwie minuty za zwycięzcą, czyli w 2:51 przybiegł przedstawiciel świdnickiej ekipy, Artur Jendrych. Nazwisko to znają polscy ultrasi z sensacyjnego zwycięstwa w ostatnim Łemkowyna Ultra Trail 150 km. Jendrych wygrał też krynickiego Iron Runa. Trzeci przybiegł znajomy biegacz, Jacek Chruściel z Międzyrzeca Podlaskiego. O ile ja się z wiekiem cofam, to Jacek formę ma chyba coraz lepszą. Biega ostatnio dychy w 35 minut. To też m.in. trzeci zawodnik na ostatnim Maratonie Lubelskim. U Jana Kulbaczyńskiego wykręcił wynik 3:02. Wspomniany już Karol był czwarty z wynikiem 3:06:11.

Miło mi było ścigać się z tymi wszystkimi biegaczami, miło mi było przyjechać na bieg, powalczyć na tyle, ile miałem sił. Potem w świetnej atmosferze i przy pysznym posiłku integrować się w szkolnej stołówce. Cieszę się z zajętego miejsca i z całokształtu. Cieszę się, że biegaczka z mojej gminy, nasza Pani Doktor Anna Chustecka pozamiatała wygrywając rywalizację wśród kobiet (3:43:37). To była dobrze spędzona sobota.

TOP 6 OPEN

Prognoza meteo


niedziela, 17 marca 2019

Kobieca piątka

Nazwa imprezy: Dzień Kobiet na Sportowo
Czas: 9 marca 2019, start o 11:00, sobota.
Miejsce: Biała Podlaska, „Zielona Galeria”
Dystans: ok. 4750 m.
Trasa: Wszystko po chodniku wzdłuż ulicy i kawałek po parkingu przy Galerii.
Pogoda: około 6-8 stopni, słonecznie, silny wiatr.
Uczestnicy: 80 osób (41 mężczyzn, 39 kobiet)
Mój czas: 00:18:00
Miejsce OPEN: 9


Zdjęcie: Słowo Podlasia

Wrażenia

To już trzecia „piątka” w ciągu trzech tygodni po Wiązownej i Biegu Tropem Wilczym. Trasa znana, przy „Zielonej Galerii” w Białej Podlaskiej. Ekipa w tym roku była mocna, co zauważyłem odbierając pakiet startowy. Nie liczyłem, że uda się wygrać jak ostatnio.

Silnie wiało, ale w pierwszej połowie bardziej w plecy, niż z przodu. Pomimo tego zacząłem spokojnie. 4:00, potem 3:42 na km. Do przodu wyskoczyła silna grupa z Białorusinami i kilkoma mocnymi zawodnikami z okolicy. Zamykałem pierwszą dziesiątkę. Biegłem swoje słuchając muzyki. Tym razem piosenką biegu był instrumentalny cover starego przeboju Italo Disco „Buona Sera Ciao Ciao”. Dobrze nadawała tempo.

Na ostatnich kilometrach wiatr spowalniał, było też lekko pod górkę. Rywale byli blisko przede mną, lecz nie potrafiłem ich dogonić. Wbiegłem na metę z czasem równo 18 minut. Miejsce OPEN 9 na 80. Średnie tempo biegu wg kalkulatora Danielsa to 3:47 na km.

Porównanie z ubiegłym rokiem, gdzie na tej samej trasie uzyskałem czas 00:17:32 pozwala obliczyć, że tym razem byłem wolniejszy o blisko pół minuty. Wyraźnie widać regres mojej formy. Końcówka pierwszej dziesiątki to wynik nie tylko słabszej dyspozycji wynikającej z mniejszej ilości treningów, ale też mocniejszej niż zwykle ekipy. W tamtym roku czas 00:17:32 wystarczył, aby wygrać. Gdybym w tym roku pobiegł tak samo, czyli w 00:17:32, byłbym dopiero 6-ty. Zwycięzca biegu, Grigorij Svitich z Brześcia wykręcił czas 00:15:48.

Fajnie było. Po biegu poszedłem jak w roku ubiegłym, do „Zielonej Galerii”. Z biegu na Dzień Kobiet bez kwiatka nie wracam. Oczywiście doniczkowego. W tamtym roku kupiłem aloes i skrzydłokwiat. Oba kwiaty pięknie wyrosły. W tym roku zdecydowałem się na owadożerną muchołówkę. Wiosna tuż tuż, zobaczymy jak się sprawi, gdy obudzone ciepłem owady zaczną mi fruwać po pokoju.