Maratony, półmaratony, dziesiątki. Wszystko to staje się coraz popularniejsze; startującym od przynajmniej kilku lat powszednieje z czasem. Większość z długo oczekiwanych krajowych startów przestaje być ekscytującym przeżyciem. Zaczyna niebezpiecznie zbliżać się do rutyny, być zimną kalkulacją, pozbawioną oczekiwanych emocji walką o życiówkę. Amatorzy tacy jak ja usiłują uniknąć tej przykrej strony na różne sposoby. Startują na luzie (imprezy tzw. towarzyskie), w ciekawych miejscach (wyjazdy zagraniczne), w zawodach o nietypowej formule (np. podziemna sztafeta w Bochni, bieg katorżnika w Lublińcu). Jeszcze inni starają się spojrzeć poza znany horyzont, sięgnąć tam gdzie nieznane. Wydłużyć dystans i pobiec dalej i dłużej niż kiedykolwiek przedtem. Swój sportowy rozwój kierują w stronę biegów ultradystansowych, czyli wszystkich dłuższych niż klasyczny maraton (42 km).
Także i mi przestały wystarczać klasyczne, uliczne biegi długodystansowe. Już dużo wcześniej zainteresowałem się marszobiegami na orientację. Kilka miesięcy temu z powodzeniem wystartowałem w Biegu Rzeźnika [relacja]. Był to bieg na dystansie ultra (78 km) rozgrywany po trasie górskiego szlaku. Teraz przyszła kolej na inny niezbadany przeze mnie rejon: bieg ultra rozgrywany w całości po ulicy. Niewiele jest takich biegów w Polsce toteż wielkiego dylematu z wyborem nie miałem. Zgłosiłem się do udziału w jubileuszowym dwudziestym piątym supermaratonie w Kaliszu.
Kaliski supermaraton ma długą tradycję. Rozgrywany jest od lat na terenie pobliskich gmin Stawiszyn i Blizanów. Głównym organizatorem jest Kaliskie Towarzystwo Sportowe Supermaraton Kalisz, współorganizatorami miejscowe władze. Zasadniczy dystans biegu wynosi 100 kilometrów, limit 13 godzin. Start ma miejsce o 6 rano na rynku w Stawiszynie. Po 10 kilometrach uczestnicy trafiają do Blizanowa w okolicach którego należy pobiec 6 pętli po 15 km. Biegacze o słabszej kondycji mogą zakończyć rywalizację na 55, 70 i 85 kilometrze. Wcześniejsze zejście z trasy równa się nieukończeniu zawodów. Bieg posiada licencję International Association of Ultra Runners i jest notowany w międzynarodowym kalendarzu imprez tej organizacji. Z tegorocznych zmian należy wymienić wprowadzenie dodatkowych klasyfikacji. Jubileuszowej edycji supermaratonu towarzyszyły Mistrzostwa Polski Kobiet i Mężczyzn w Biegu na 100 km, oraz Mistrzostwa Polski Weteranów na 100 km. Do startu zgłosiło się wyjątkowo liczne grono 170 biegaczy.
Do Kalisza dojechałem późnym wieczorem w przeddzień zawodów. Po szybkiej rejestracji, odebraniu pakietu startowego pojechaliśmy podstawionym autobusem do podkaliskiego Blizanowa. Tam, w zespole szkół zorganizowano bazę zawodów. Na miejscu czekała już część uczestników, którzy następnego dnia, jeszcze przed świtem wyruszą w bardzo długą drogę. Część po raz kolejny, podobno połowa po raz pierwszy. Dało się zauważyć zarówno dobry humor jak i przedstartowe napięcie. Nie dziwiła stosunkowo wysoka średnia wieku uczestników supermaratonu.
Obudziłem się przed piątą rano, już lekko obolały. Odwykłem od snu na karimacie. Za oknem ciemna noc. Śniło mi się, że zawody były łatwe, dobiegłem w dobrej formie zdziwiony, że to już koniec. Proroczy sen czy żart króla snów mający zwiastować coś zupełnie przeciwnego? Nie było sensu zastanawiać się dłużej, czas pokaże. Niepokoiła pogoda, prognozy zapowiadały lekki deszcz. Z obawą wyjrzałem za zewnątrz. Bardzo wilgotno, sporo kałuż, ale na szczęście nie padało. Byłoby świetnie gdyby taka pogoda wytrzymała do wieczora. Po posiłku, przygotowaniu stroju na start i na zapas, wysmarowaniu wrażliwych miejsc sudocremem byłem gotowy do drogi. Zrobiłem jeszcze zdjęcie stóp na pamiątkę. Któż wie, jak będą wyglądać na mecie. Po piątej rano autobus wywiózł nas do oddalonego o 10 kilometrów Stawiszyna. Na tamtejszym rynku rozgrzewka, ostatnie przygotowania, przedstartowe zdjęcia. Dominowali Polacy, ale był też biegacz z Ukrainy, był Hiszpan. Kibiców prawie żadnych, co nie dziwi zważywszy na bardzo wczesną godzinę. Tuż przed szóstą wysłuchaliśmy ostatnich uwag organizatora. Strzał z rewolweru dał sygnał do startu. Ruszyliśmy. Przed nami 100 kilometrów po asfalcie.
Taktykę na pokonanie tego dystansu przyjąłem bardzo ostrożną. Niewiele ostatnio trenowałem, co z jednej strony martwiło gdyż mogło oznaczać niedotrenowanie. Z drugiej strony przynajmniej miałem pewność, że wypocząłem należycie. Już od początku przyjąłem taktykę Gallowaya, polegającą na regularnym przerywaniu biegu marszem. Taki sposób pokonania trasy jest bardzo ekonomiczny i polecany zwłaszcza słabiej wytrenowanym zawodnikom. Rozpocząłem bardzo wolnym truchtem i już od pierwszego kilometra, co jakiś czas na krótko przechodziłem w marsz. Chciałem bardzo powoli i łagodnie wprowadzić organizm w stan wzmożonego wysiłku. Trzeba dodać, że okoliczności także nie zachęcały do szybkiego tempa. Biegliśmy wąską, mało uczęszczaną asfaltową drogą. Wokół jeszcze ciemna noc, dodatkowo mgła. Przy szybkim biegu mógłbym z łatwością wpaść w jedną z wielu kałuż a przemoczenie butów już na początku wyścigu to ostatnie, na co miałem ochotę. Truchtałem, zatem spokojnie ślimaczym tempem i szybko znalazłem się w ogonie stawki.
Po dobiegnięciu do Blizanowa wkroczyliśmy na zasadniczą część trasy: piętnastokilometrową pętlę pomiędzy miejscowościami Blizanów – Jarantów – Brudzew. Do pokonania sześć razy. W każdej z wymienionych miejscowości oddalonych mniej więcej o pięć kilometrów znajdował się punkt z napojami i żywnością. Zaopatrzenie było dobre. Dzieci z miejscowych szkół podawały ciepłą herbatę (świetnie się sprawdzała w ten chłodny, październikowy dzień), wodę, izotonik, słodycze, kanapki. Ponadto kibicowały i umilały zawodnikom bieg puszczając muzykę disco polo. Na skrzyżowaniach dróg stali strażacy. Klimat był specyficzny, nawet we mgle nie sposób było się zgubić.
Jak wyglądała trasa? Muszę przyznać, że nie była zbyt atrakcyjna turystycznie ale dobrze pasowała do długodystansowego biegu. Tylko kilkukilometrowy fragment przy Blizanowie pokonywaliśmy przy większym ruchu, w okolicach Godziątkowa skręcaliśmy w lewo, w mniej uczęszczaną i trochę ubłoconą asfaltową drogę. Następnie bieg wśród pól, dookoła mgła, w oddali widać i słychać Jarantów. „... ♫ ... Chciałbym ci powiedzieć, że ja lubię często kłamać, chciałbym ci powiedzieć, że ja serca lubię łamać ... ♪... ” param, param (Boys - Chciałbym). Za wsią biegliśmy znowu kilka kilometrów do niewielkiej miejscowości Lipe. Zapamiętałem ją z łagodnego podbiegu kończącego się w centrum wsi, tuż przed drewnianym kościółkiem z połowy XVIII wieku. Gdzieniegdzie w podwórkach stały dzieci wytrwale machające biegnącym. Ogólnie kibiców wielu nie było. Dalej po lewej stronie mijaliśmy jakiś zbiornik wodny, potem przez niewielki las, obok współczesnego cmentarza i wbiegaliśmy do Brudzewa. Tu także dzieci jak tylko mogły pomagały biegającym. Były gorące powitania, była herbata, były kanapki. Była oczywiście i muzyka. „... ♫ .. Rzeki przepłynąłem, góry pokonałem, wielkim lasem szedłem, nocy nie przespałem, żeby ciebie spotkać... ♪... ” tralalalala (Fanatic - Rzeki przepłynąłem). Wąsaty strażak pilnował pętelki gdzie trzeba wykonać nawrót i skierować do Blizanowa. Ten fragment także prowadził mało uczęszczaną drogą przez wśród uprawnych pól, łąk, zabudowań (Janków). Był tam jeden większy podbieg na którym zwykle przechodziłem w marsz. W Blizanowie meldowaliśmy się sędziom i rozpoczynaliśmy kolejną pętlę.
Po pierwszych kilku kilometrach, jeszcze przed Blizanowem, mięła nas czołówka. Prowadził młody zawodnik z Ukrainy biegnący bardzo mocnym tempem (ponoć zaczął tempem 3:50 na km). Z dużą stratą podążali za nim Polacy. Gdy w końcu po dziesięciu kilometrach dotarłem do Blizanowa miałem, czas 1:04. Pierwszą dziesiątkę pobiegłem więc bardzo wolno. Stwierdziłem wówczas, że rozgrzewkę czas zakończyć. Miałem jeszcze dużo energii po nienaturalnie wolnym początku, nogi rwały się do walki. Wstał świt, biegło się wygodniej bez strachu o nieoczekiwaną kąpiel w kałuży. Na pierwszej pętli spokojnie przyśpieszyłem do tempa normalnego truchtu. Powoli i systematycznie wyprzedzałem kolejnych uczestników. O Gallowayu oczywiście nie zapominałem. Co pięć kilometrów, przy punktach odżywiania robiłem krótkie przerwy na marsz i posiłek. Tym sposobem pierwszą pętlę, pokonałem w 1:19 zaś drugą w 1:15. Po czterdziestu kilometrach byłem co najwyżej lekko znużony. Dyskomfortu w butach nie czułem, stopy miały się dobrze, nastrój psychiczny także.
Trudniej zrobiło się po półmetku. Okrążenie trzecie i czwarte także przebiegłem ale już w większym trudem (trzecia pętla 1:15, czwarta 1:22). Tak jak poprzednio robiłem przerwy przy punktach odżywiania, oraz na większych podbiegach. Na czterdziestym drugim kilometrze zdublował mnie Evgenij Glyva. Ukrainiec ciągle prowadził, ale widziałem wyraźnie, że tempo miał wolniejsze. Był widoczny przez następne kilka kilometrów, oddalał się zatem dosyć powoli.
Ostatnie dwie pętle to już była walka i zaciskanie zębów. Miałem za sobą ponad sześć godzin biegu. Stopy, choć obute w dobrze amortyzowane buty o małym przebiegu (150 km) zaczęły protestować. Twardy asfalt dawał się we znaki, czułem też odciski powstałe na dużych palcach. Widoki oglądane na trasie były przyjemne przez pierwsze dwie pętle. Widząc je po raz piąty i szósty czułem obojętność. Bieg dawno utracił charakter przyjemnej przebieżki, jedyne co mnie interesowało to utrzymanie się w biegu. Tempo nie było istotne. Truchtałem wolno (piąta pętla 1:26, szósta około 1:30) robiąc przerwy coraz częściej, zwłaszcza na ostatniej pętli. W krótkich chwilach marszu szybko dawało o sobie znać przenikliwe zimno co mobilizowało do ponownego biegu. Wcześniej zostałem zdublowany kilku kolejnych zawodników z czołówki, na ostatnich kilku kilometrach i ja wyprzedzałem kolejne osoby. Tuż przed metą sprawnie minąłem jeszcze pięć truchtających osób, myśląc że poprawię swoją pozycję. Okazało się że byli dopiero na piątym okrążeniu czego ja nie wiedziałem. Nieświadomie pomogli mi w mobilizacji na końcówce i uzyskaniu lepszego wyniku. Wbiegłem na metę o 15:11, po 9 godzinach i 11 minutach od startu. Zająłem szesnaste miejsce na około 170 osób które wystartowały. Zaskoczeniem było drugie miejsce w kategorii wiekowej M30 (30 – 35 lat, wyższe roczniki to już kategorie weterańskie) i miejsce na pudle. Organizator witający biegaczy na mecie z uśmiechem zaproponował mi strzelenie jeszcze jednego okrążenia ekstra ale stanowczo odmówiłem. Obolały i wygłodniały ale w dobrym humorze pokusztykałem na posiłek, masaż oraz ciepły prysznic.
Z wszystkich startujących pełen dystans 100 km pokonało 110 osób. Przez lwią cześć wyścigu prowadził Evgenij Glyva ale nie wygrał. Kilka kilometrów przed metą doszedł go polski amator Paweł Szymandera z Torunia i na mecie wyprzedził o ponad minutę. Wynik zwycięzcy 7:17:24, wynik gościa z Ukrainy 7:18:40. Evgenij pewnie nie oddałby łatwo prowadzenia ale nie był świadomy, że przegrywa. Myślał, że mijający go Szymandera ma do pokonania jeszcze jedno okrążenie. Cóż, taki urok wyścigów na pętlach. Czasem nie wiadomo kto przed nami a kto za. Trzecie miejsce zajął startujący w ramach mistrzostw Polski Andrzej Baran (7:27:31). Pierwsza wśród kobiet Iwona Żukowska zeszła poniżej dziesięciu godzin (9:36:46).
Zwykle po zawodach publicznie besztam siebie za błędy takie czy owakie. Tym razem jakoś nie znajduję powodów. Jestem zadowolony z debiutu i mam wrażenie, że nie popełniłem większych błędów. Świadomy swojej niezbyt mocnej formy wybrałem ostrożną taktykę. Rozpocząłem bardzo spokojnie, regularnie przerywałem bieg krótkimi odcinkami marszu. Pilnowałem by regularnie jeść i uzupełniać płyny. Ubrałem się stosownie do pogody, nie było za gorąco, w końcówce nawet lekko chłodno. Buty przyprawiły mnie o odciski dopiero na końcówce. Myślę, że z taką formą jaką miałem uzyskałem niezły wynik. Być może była szansa na złamanie dziewięciu godzin ale teraz nie ma co gdybać. Także same zawody były w porządku. Co prawda w mojej opinii liniowe ultra po asfalcie jest wyraźnie nudniejsze niż orienterskie setki w których startowałem i odbiega od wymarzonego ideału (bieg bez powtarzania okrążeń, po urozmaiconej, ciekawej turystycznie trasie) ale nie ma co narzekać. Taki bieg – ideał kosztowałby z pewnością dużo więcej a impreza w okolicach Kalisza to najbardziej znany klasyczny bieg na 100 km w Polsce. Świetnie, że nasz sztandarowy supermaraton zyskał niedawno bardziej światową rangę a wyniki na nim uzyskane są notowane w międzynarodowym rankingu biegów ultradystansowych [DUV - Ultramarathon Statistik]. Kto wie, czy za rok nie wystartuję ponownie. Kończąc dziękuję organizatorom za świetną zabawę, sprawną organizację i życzliwą atmosferę. Szczególne podziękowania należą się uczniom miejscowych szkół oraz strażakom którzy w ten chłodny dzień wytrwale sterczeli od świtu do zmierzchu kibicując i pomagając biegaczom.
Sobibór. Wioska na Polesiu Lubelskim położona w niewielkiej odległości od lewego brzegu Bugu. Wokół park krajobrazowy, rozległe lasy, rezerwaty przyrodnicze. Przebiega tam linia kolejowa z Chełma do Włodawy. Miejsce byłoby dobrym do wypoczynku i rekreacji gdyby nie tragiczna historia, którą kryje. W czasie II Wojny Światowej istniał w Sobiborze niemiecki obóz zagłady. W ramach „akcji Reinhard” hitlerowcy (30) z pomocą ukraińskich strażników (150) urządzili w nim miejsce, gdzie na masową skalę mordowano ludność pochodzenia żydowskiego z Polski, Czech, ZSRR i Europy Zachodniej. Więźniowie przywożeni byli pociągami w bestialskich warunkach. Wielu poniosło śmierć zanim dotarli na miejsce. Inni wysiadając z wagonów widzieli bramę obozu z napisem „SS – sonderkommando” – przedsionek piekła na Ziemi. Mężczyźni byli oddzielani od kobiet i dzieci. Wszyscy musieli oddać kosztowności, następnie rozebrać się. Kobietom obcinano włosy. Z czasem wszyscy przechodzili do Lager III – części obozu, w której mieściły się komory gazowe. Przerażonym więźniom opowiadano o konieczności dezynfekcji jednak większość miała świadomość, co ich czeka. Po zamknięciu komory wpuszczano do wewnątrz tlenek węgla (uzyskiwany ze spalin silnika radzieckiego czołgu t-34). Zabijał w ciągu 20 minut. Komory gazowe pozwalały zamordować 600 osób jednocześnie. Później rozbudowano je podwajając wydajność. Po uśmierceniu zwłoki wyciągano, dokładnie przeglądano w poszukiwaniu ukrytych kosztowności, następnie zakopywano w masowych mogiłach bądź palono. Przeżywali tylko nieliczni zatrudnieni do prac obozowych. Obóz w Sobiborze istniał od wiosny 1942 roku do października 1943 roku. Zlikwidowano go po wybuchu powstania i ucieczce części więźniów. Szacuje się, że w Sobiborze śmierć poniosło około 250 tysięcy ludzi.
Dziś niewiele zostało śladów po tragedii. Zaraz po ucieczce więźniów hitlerowcy zlikwidowali i zniszczyli obóz by zatrzeć ślady. Pozostały głównie masowe groby i wspomnienia tych, co przeżyli. Od 1993 roku funkcjonuje na miejscu Muzeum Byłego Hitlerowskiego Obozu Zagłady w Sobiborze będące filią Muzeum Pojezierza Łęczyńsko – Włodawskiego.
Jedną z form uczczenia pamięci ofiar Holokaustu oraz edukacji historycznej jest Bieg Sobiborski organizowany od lat we Włodawie przez Miejski Ośrodek Sportu i Rekreacji. W tym roku zorganizowano jego dziesiątą edycję. Zawody składają się z biegów towarzyszących, w których rywalizują dzieci na krótszych dystansach oraz biegu głównego na dystansie 12 kilometrów. Start jest bezpłatny.
Zdecydowałem się na udział w biegu głównym. W sobotę 10 października wyjeżdżam do Włodawy. Szybka rejestracja, odebranie numeru startowego i czekam na autobus, który ma nas wywieść na miejsce startu. Pogoda całkiem dobra, trochę chłodno, ale słonecznie. Autobusem dojeżdżamy do Sobiboru. Przed niewielkim drewnianym budynkiem muzeum przygotowujemy się do startu i rozgrzewamy. Zawody będą raczej kameralne, wszystkich zawodników jest około czterdziestu. Są faworyci – goście z Ukrainy, są głównie miejscowi amatorzy, jest kilku niepełnosprawnych. Przed startem składamy kwiaty przed pomnikiem ofiar obozu zagłady. Jeszcze ostatnie kilka minut na koncentrację i tuż po dwunastej organizator daje sygnał gwizdkiem. Starujemy. Kilkaset metrów za wsią zbiegamy z asfaltu na leśną drogę. Mamy nią przebiec około 4 kilometrów, potem znowu wrócimy na twardą nawierzchnię. Planuję pobiec przyzwoitym jak na moje amatorskie możliwości tempem około 4 minut na kilometr. Początkowo idzie nieźle. Pierwszy kilometr 3:57, drugi, 4:01, trzeci tak jak pierwszy, czwarty 3:54, piąty sekundę wolniej, szósty identycznie. Dobrze się biegnie po lesie, nie wieje, nawierzchnia jest w miarę twarda i mało wyboista. Trzymam się grupy biegnącej moim tempem, dwie dziewczyny i kilku młodych chłopaków. Ukraińcy pobiegli dużo szybciej, już ich nie widać. Przyklejany numer startowy zaraz zgubiłem, poza tym wszystko zgodnie z planem. Niestety w drugiej połowie zacząłem zwalniać. Wybiegliśmy ponownie na asfalt, potem przy wsi Orchówek na odkryty teren gdzie nieco wiało. Nie potrafię utrzymać tempa w okolicach 4 minut. Siódmy kilometr 4:05, ósmy 4:04, dziewiąty - o zgrozo - 4:40. Nie czuję, że aż tak zwolniłem, czyżby oznaczenie kilometra było niedokładne? Początkowo tak właśnie pomyślałem. Grupa przede mną oddala się o jakieś 100 metrów. Dziesiąty kilometr podobnie źle - 4:38. Biegnę już 41 minut i 11 sekund a więc tempo o dwie minuty wolniejsze niż bym chciał. Nieco przyśpieszam dopiero na ostatnich dwóch kilometrach. Jedenasty kilometr 4:12. Wbiegamy do Włodawy. Ostatni kilometr to zwykle czas gdzie można przyśpieszyć, dać z siebie wszystko i urwać ze trzydzieści sekund. Nie tym razem jednak. Biegnąc przez Włodawę w stronę stadionu, mamy do pokonania spory podbieg. Daje się we znaki, nie ma gdzie przyśpieszać. Grupę na tempo 4:00, która mi uciekła ciągle widzę przed sobą, ale nie jestem w stanie dojść. Ostatni kilometr pokonuję w 4:31, wbiegam na metę z wynikiem 49:54. Jestem dziesiąty na 35 osób startujących w biegu głównym nie licząc kilku niepełnosprawnych. Pierwsze trzy miejsca zajęli biegacze z Ukrainy. Ponoć najlepszy uzyskał czas w granicach 42 minut. Nie ma jeszcze oficjalnych wyników. Po biegu organizatorzy częstują uczestników grochówką, gorącą herbatą, ciastkami. Wręczają pamiątkowy medal i dyplom. Mogę wracać do domu.
Bieg Sobiborski to dobrze zorganizowane, kameralne zawody, jedne z nielicznych rozgrywanych w środkowo - wschodniej Polsce. Trasa jest urozmaicona, dobrze oznaczona. Kibiców niewielu. Jedyny drobny minus to odklejające się numery startowe. Tradycyjne przypinanie agrafkami jest chyba pewniejsze. Ze swojego wyniku zadowolony nie jestem, ale i nie narzekam bardzo. Mniej ostatnio trenuję a na zawodach wszystko wychodzi jak na spowiedzi. Cudów nie oczekiwałem i cudów nie było. Cieszy mnie pierwsza połowa, pierwsze sześć kilometrów, które pobiegłem zgodnie z założeniami, tempem poniżej 4 minut na kilometr. Druga wyszła dużo gorzej, znacznie wolniej. Średnie tempo trzymane przeze mnie przez cały dystans to 4:09. Chciałbym 10 sekund szybciej. Nie wyszło. Trudno. Może rzeczywiście czas już najwyższy na roztrenowanie.
P.S. Wiadomość z ostatniej chwili. Ten sam tekst ukazał się także na portalu maratonypolskie.pl. Grzegorz, uczestnik biegu który skomentował relację uświadomił mi, że dystans był w rzeczywistości większy. Według jego Garmina trasa liczyła 12.830 kilometrów. Przykładowo dziesiąty kilometr był o 500 metrów dłuższy. To by wyjaśniało spory spadek mojego tempa w drugiej połowie biegu.
Znowu Warszawa. To już moja trzecia. Poranne przygotowania dosyć pospieszne. Śniadanie na 2,5 godziny przed startem w postaci kanapek a marmoladą. Do tego herbata. Całość obficie zapijam wodą. Wychodzę z domu, metrem do Centrum i jestem prawie na miejscu. Gdy dochodzę do biura zawodów jest pół godziny do startu. Trochę późno. Pędzę po agrafki do przypięcia numeru startowego. Przebranie w holu biblioteki i jestem prawie gotowy. Do startu 15 minut, na zewnątrz tłum maratończyków i kandydatów na maratończyków. Do tego rodzina, znajomi, kibice. Usiłuję dopchać się do pierwszej strefy, tam gdzie kręci się zając z balonikiem opisanym „3:00”. Tak, chcę złamać magiczną trójkę. Mój poprzedni wynik uzyskany wiosną tego roku w Krakowie to 3:12. Jestem dobrej myśli. Może nawet zbyt dobrej. Trójka padnie jak nic. Przez chwilę rozważam nawet czy nie pobiec szybciej niż zając na 3:00. Czy aby grupa na trójkę nie będzie mnie spowalniać? Jak pobiegnę szybciej to może osiągnę niezły wynik w Powarade Challenge? To taka dodatkowa konkurencja, kto lepiej poprawi życiówkę. Jest o co walczyć - nagrodą są bilety lotnicze na wybrany maraton europejski w przyszłym roku. Z pewną siebie miną opowiadam o planach koledze poznanemu na forum maratonypolskie.pl. Wersję bardziej optymistyczną jednak odpuszczam. Nie ma co szarżować. Pogoda nie jest najlepsza, zapowiadają słońce i 21 stopni. Trochę ciepławo. Poza tym zobaczymy w trakcie. Jeśli rzeczywiście poczuję się wyjątkowo dobrze to ucieknę grupie na 30 bądź 35 kilometrze. Do przodu oczywiście. No dobra, starczy tych rozważań. Teraz tylko plany trzeba wcielić w życie. Nic prostszego. Chwilę się rozgrzewam potem odpoczywam. Spiker – wodzirej zaczyna odliczać. Ostatnie sekundy, poszli!
Bieg
Początek jak to początek jest lekki, łatwy i przyjemny. Biegniemy ulicami Starego Miasta całkiem żwawym tempem, ale bez wielkiego wysiłku. Na wynik 3:00 musimy utrzymać tempo 4:15 na kilometr. Początek pokonujemy trochę wolniej, przyśpieszymy później. Trasa kluczy uliczkami w kierunku południowym, do Śródmieścia, przez ścisłe centrum stolicy by następnie skierować biegaczy Mostem Gdańskim na drugi brzeg Wisły. Mija piąty kilometr, dziesiąty, piętnasty. Trzymam się z tyłu grupy na 3:00. Trochę się przerzedziło, nie jest tak tłoczno jak na początku. Podziwiam prowadzącego nasz zespół zająca. Starszy pan, siwiutki, chudzielec. Przebiera nogami wyjątkowo sprawnie. Ponoć bardzo doświadczony biegacz, startował w maratonach na wszystkich kontynentach.
Kończę myślenie o zającu, bo coś mi tu przestaje pasować. Już nie jest tak lekko jak na początku, robi się podejrzanie ciężko. Jeszcze nie ma półmetka a ja czuję, że przy każdym następnym kilometrze wkładam w bieg coraz więcej wysiłku. Samopoczucie dużo gorsze niż na takim samym etapie w Krakowie. Niedobrze, oj, niedobrze. Niedaleko mostu Poniatowskiego mijamy półmetek. Na zegarku godzina i 29 minut. Biegniemy zgodnie z planem. Tylko moja moc daleka jest od założeń. Myśl o nieukończeniu biegu poniżej 3 godzin z mało prawdopodobnej robi się coraz bardziej realna. Dochodzi jedenasta, słońce coraz odważniej przygrzewa. W nerce mam butelkę Powarade, strasznie nie lubię tego słodkiego dziadostwa. Butelek z wodą jednak nie było. Zmuszam się by regularnie popijać Wiem, że inaczej padnę z odwodnienia. Tracę siły, coraz trudniej nadążyć za grupą. Zmęczenie sprawia, że przestaję myśleć o kibicach patrzących na moją niepoprawną politycznie koszulkę. 23 lub 25 kilometr. Dla mnie moment decydujący. Wtedy właśnie zając 3:00 zaczyna odbiegać a ja się poddaję. Czuję, że nie wytrzymuję tempa, więc z bólem serca zaczynam biec swoim, o pięć, dziesięć sekund wolniejszym. Grupa się oddala, najpierw pięćdziesiąt, potem sto metrów. Już wiem, że trójki nie złamię. Biegnę jeszcze w miarę przyzwoitym tempem przez 2 lub 3 kilometry. Potem coraz wolniej i wolniej. Tempo spada do 4:30 potem do 4:40 na kilometr. Myślałem, że przejście do dużo wolniejszego biegu pomoże, że potruchtam do mety bez zatrzymania. Niestety, nadal jest coraz gorzej. Na tyle gorzej, że około 28 kilometra muszę przez chwilę przejść. Malutką chwilę. Ze sto, dwieście metrów. Ale spuchłem, niech to dźwiczki. A przed startem zastanawiałem się czy tempo na 3:00 nie będzie dla mnie za wolne. „Durniu ty” – myślę sobie. Czuję jakby ktoś wyłączył prąd, nie mam za grosz mocy. Po chwili znowu truchtam, ale z dużym wysiłkiem. Dobiegamy do Mokotowa, tam pętla i nawrót w stronę Centrum. W oczach mam żal i smutek. Oczyma wyobraźni widzę jak dochodzi mnie grupa na 3:15, potem na 3:30. A może zejść z trasy, nie kończyć biegu? Skoro życiówka nie padnie to po co się męczyć? Dla medalu? Dla dystansu? Wiem, że jestem w stanie przebiec maraton, nie muszę tego udowadniać. Mógłbym zejść z trasy mniej wyczerpany i przygotować się do maratonu w Poznaniu za dwa tygodnie. Chyba jednak potruchtam do końca. Dwa tygodnie do Poznania to za mało by poprawić formę. Nie da rady. Trzeba walczyć do końca. Truchtam więc dalej, tempem około 4:50 na kilometr, czasem szybciej. Jeszcze kilkakrotnie i na krótko przechodzę w marsz. Najczęściej przy punktach odżywiania. Trzydziesty siódmy kilometr. Po kilku kilometrach marszobiegu czuję, że wracają siły. Niewiele, ale szczyt kryzysu mam chyba za sobą. Jestem już pogodzony z porażką chcę tylko dobiec. Mijam organizatora Rzeźnika, pytam o zawody w przyszłym roku. Nie sile się już na żadne solidne tempo, byle potruchtać do mety. Czterdziesty kilometr, na zegarku jest punkt dwunasta. Gdybym łamał trójkę właśnie teraz wbiegałbym na metę. Przede mną jeszcze dwa kilometry. Może jednak będzie życiówka? Niewieka, ale zawsze. Zawsze to krok do przodu. Mobilizuję się na ostatnich kilometrach, wszelkie spacery odkładam na bok. Na mecie pospaceruję sobie do woli. Jesteśmy znowu na Starym Mieście, kluczymy brukowanymi uliczkami. Gdzie ta meta? Ostatnie kilkaset metrów, kilka zakrętów, wbiegam na Krakowskie Przedmieście. Ostatkiem sił prostuję sylwetkę by kończąc nie wyglądać jak ofiara losu. Lekko przyśpieszam i mijam ostatnią bramkę. Zegar pokazuje 3 godziny i 10 minut. Chwilę później dostaję SMS-a ze szczegółowymi informacjami. Czas 3:11:00 brutto, 3:10:53 netto. Miejsce ogólnie 150, w kategorii wiekowej M30: 68. Wygrał Etiopczyk Gelane Etana Teshome z czasem 2:12:03. Deptał mu po piętach Adam Draczyński (2:12:56). Trzecie i czwarte miejsce także zajęli Polacy (Giżyński i Karczmarek). Wszystkich zgłoszonych było około 4000, ukończyło 3166. Uczucia mam mieszane, ale najważniejsze, że wreszcie koniec. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie i idę się przebrać.
Przyczyny porażki
Nie wiem, dlaczego ale źle mi się biega w Warszawie. Zawsze mam tam krzyż Pański; za każdym razem, kiedy startowałem w stolicy umierałem na trasie. Zawsze jest za gorąco. Nigdy jeszcze nie przebiegłem warszawskiego maratonu od początku do końca. Poznań – tak, Kraków – tak , Cork – tak, Warszawa - nie. Nie jest to oczywiście wina organizatora, lecz moja. Gdzieś popełniłem błąd. Chyba zlekceważyłem to trójkołamanie. Myślałem, że będzie łatwiej. Co gorsza nie wiem gdzie dokładnie leży źródło porażki. Raczej nie byłem przetrenowany. Pamiętałem by nie forsować się na tydzień przed zawodami. Najbardziej prawdopodobne jest moje niedotrenowanie. Podszedłem do startu na luzie, biegałem jak zazwyczaj. Miesiąc przed startem pojechałem na tydzień do Mołdawii i nie ćwiczyłem wcale. Potem trenowałem około pięciu dni w tygodniu. Może było tego za mało? Nie wiem. Innymi przyczynami porażki mogło być niewłaściwe odżywianie i niesprzyjająca pogoda. Czytam właśnie na forum maratonypolskie pl, że Jerzy Skarżyski w przeddzień startu odradzał życiówki. Będzie za gorąco – mówił. Być może wszystko po trosze sprawiło, że nie udało mi się złamać trzech godzin i wejść do bardziej elitarnego grona amatorów zaawansowanych. Cieszę się jednak i z tej drobnej poprawy - tych dwóch minut, które udało mi się uszczknąć z życiowego rekordu. Nie jest to progres, jakiego się spodziewałem, ale lepsze to niż zastój albo regres. Lepszy rydz niż nic – mawiają, trochę mi jednak szkoda tej trójki. Póki co muszę się obejść smakiem. A miało być tak pięknie, wywiady miały być…
Intencja
Wspomniałem wcześniej o niepoprawnej politycznie koszulce. Już wyjaśniam, o co chodzi. Otóż w maratonach, biegach ulicznych biorą czasem udział ludzie, którzy swój wysiłek poświęcają jakiejś idei. Biegną na przykład dla chorego dziecka, dla wsparcia czegoś, kogoś, w podzięce za coś. I ja także znalazłem sobie intencję, której chciałem poświęcić start. Od jakiegoś czasu sporo czytuję o przemianach kulturowych, społecznych i religijnych w Europie. Szczególnie interesują mnie rosnące wpływy Islamu. Problem wydaje się bardzo poważny i może mieć daleko idące konsekwencje w przyszłości.
Polskie media za wyjątkiem nielicznych (konserwatywnych) zdają się nie widzieć problemu. Środowisko „Gazety Wyborczej” przekonuje, że przyjęcie Turcji do UE jest koniecznością, inaczej ten sześćdziesięciomilionowy muzułmański kraj wpadnie w ręce radykałów. Inne czasopisma regularnie produkują mniej lub bardziej tendencyjne artykuły, często odpowiednio zakamuflowane (by nie budzić podejrzeń zamiast słowa muzułmanin używa się pojęcia Arab lub jeszcze ogólniej imigrant). Przykładem niech będzie promujący islamizację artykuł, który przeczytałem w „Przeglądzie” p.t. „Wpuśćcie ich!” (nota bene wydany 11 września, w ósmą rocznicę ataku na WTC). Autor (Łukasz Wójcik) już w tytule nie pozostawia złudzeń, co do wymowy tekstu. Na kilku stronach dowodzi, jak zbawienny dla gospodarki jest swobodny przepływ siły roboczej pomiędzy państwami rozwiniętymi i rozwijającymi się. Same plusy po prostu, gospodarka idzie jak burza. Jeśli argumenty racjonalne nie wystarczą autor bierze czytelnika na litość dołączając do tekstu zdjęcie biednych, nielegalnych imigrantów więzionych za kratkami na jednej z greckich wysp (a więc muzułmanów). Serce się kraja. Irytują mnie takie i podobnie płytkie artykuły. Autor analizuje tylko jedną stronę problemu, wygodną dla udowodnienia swojej tezy. Pozostałe, mniej wygodne - przemilcza. Nawet, jeśli gospodarka odniosłaby rzeczywiście korzyść (co moim zdaniem jest wątpliwe biorąc pod uwagę kryzys obecnie nam panujący i wysokie bezrobocie) a napływ imigrantów pracujących za niższe stawki nie doprowadziłby do napięć społecznych to są jeszcze inne strony. Dlaczego Łukasz Wójcik nie zastanowił się, jaki wpływ migracja muzułmanów do Europy będzie miała na kulturę (a w zasadzie jej ograniczenie bo to lub tamto muzułmanów obraża), na demografię (Ponoć w Holandii imię Mohammed jest najpopularniejszym dla nowo narodzonych dzieci. W Wielkiej Brytanii jest na drugim miejscu. We "francuskim" mieście Marsylia 60 % noworodków to pociechy muzułmańskie), na prawo (W niektórych miastach UE wprowadza się już łagodniejszą wersję szariatu – islamskiego prawa), na bezpieczeństwo (Nie trzeba nikogo przekonywać, że najniebezpieczniejsze dzielnice to te zamieszkałe przez imigrantów. Vide przedmieścia Paryża), na religijność (W zubożonej duchowo Europie Islam ma piękne pole do działania), na zagrożenie terroryzmem (tu chyba wyjaśniać nic nie muszę) czy wreszcie na politykę (Nikt chyba nie łudzi się, że imigranci przyjadą, popracują i wyjadą. Trzeba im będzie prędzej czy później nadać prawa polityczne. Bardzo za tym optują socjaliści, bo to ich przyszły elektorat. Ponoć Włosi rozważali nawet nadanie praw politycznych imigrantom nielegalnym).
Dlaczego nie rozważa się wymienionych przeze mnie stron? Nie nadają się do poparcia z góry założonej tezy? Nie podoba mi się takie widzenie sprawy. Mam odmienne zdanie. Nie lubię Islamu jako religii a właściwie ideologii. Nie podoba mi się jej agresywny, nietolerancyjny i antydemokratyczny charakter. Nie podoba mi się jej ogromny wpływ na politykę. Nie popieram islamskiego stosunku do kobiety, uboju zwierząt według reguł „halal” (powolne uśmiercanie w pełni świadomego zwierzęcia poprzez upuszczenie krwi). Nie podoba mi się, że ludzie, którzy przybywają do Europy wierzą świętej księdze, która głosi „Nie okazujcie słabości wobec wroga. Nie zachęcajcie go do pokoju. Szczególnie, jeśli macie przewagę. Zabijajcie niewiernych gdziekolwiek są. Oblegajcie ich, zwalczajcie za pomocą wszelkich zasadzek” [cytat z Koranu]. Islam jako ideologia me wiele cech wspólnych z totalitaryzmami jak komunizm czy faszyzm a te nigdy mnie nie pociągały. Podoba mi się demokracja, wolność słowa, wolność w kulturze. Podoba mi się dużo bardziej pokojowa religia, jaką jest Chrześcijaństwo. Podoba mi się tolerancja i dlatego jestem nietolerancyjny wobec nietolerancyjnych. Brzmi to jak przeciwieństwo, ale ma sens. Uważam, że to nasza bolączka, słaby punkt. Że w swoim umiłowaniu tolerancji posunęliśmy się za daleko. „Zachód sam sobie wmówił, że powinien być tolerancyjny względem większości nietolerancyjnych sił naszej planety. To szczyt oszustwa, które zwolennikom dżihadu udało się bardzo dobrze zinstrumentalizować” – mówi prof. Walid Phares, specjalista od dżihadu. Ja też tak uważam.
Zanim ktoś nazwie mnie rasistą i homofonem chciałbym wyjaśnić, że nie jestem zwolennikiem przemocy. Uważam, że należy wprowadzić takie zmiany prawne, które uniemożliwią rozprzestrzenianie się tej niebezpiecznej ideologii. Pewnie, że nie jest tak, że każdy muzułmanin to zabójca, który tylko czyha by wbić nam nóż w plecy. Znam muzułmanów, pracowałem z nimi. Nie mam żadnych personalnych urazów i mogę się z nimi przyjaźnić. Co nie zmienia mojego zdania, że z globalnego punktu widzenia islamizacja jest bardzo groźna. Nie wierzę, że wpływ kultury europejskiej zneutralizuje islamski radykalizm. Mohammed Atta, przywódca bojowników, którzy zaatakowali WTC nie był na wpół dzikim Arabem, który dopiero, co przybył do Europy i nie zdążył wpaść w podziw. Był magistrem architektury wykształconym na niemieckim uniwersytecie. Podobnie zamachowcy z Londynu. Uważam, że dzięki dużo większej dzietności oraz napływowi nowych imigrantów Islam może szybko urosnąć w siłę (obecnie w UE żyje 20 milionów muzułmanów). Wtedy wykorzystując demokrację będzie mógł zmienić inne dziedziny życia nie zważając na miejscową tradycję, której zresztą nigdy nie szanował. Będzie to ciche przejęcie, podbój bez jednego wystrzału. Taka jest pesymistyczna, ale przez wielu uważana za prawdopodobną wizja przyszłości Europy. Boję się takiej wizji, myślę, że przy braku przeciwdziałań jest realna.
Na szczęście Zachód powoli zaczyna się budzić, szkoda, że z ręką w nocniku. Alarmują nie tylko Chrześcijanie, ale i ateiści. Lewica wspierająca islamizację przeżywa kryzys najpoważniejszy od dziesięcioleci, tamuje się napływ nowych imigrantów, odsyła do domu nielegalnych. Powstają międzynarodowe organizacje takie jak SIOE („Stop Islamization of Europe”). Tylko czy nie jest za późno? Albo czy nie skończy się jakąś rewolucją, wybuchem przemocy na ulicach? Nie wiem, ale przyszłość jest strasznie ciekawa. Być może napisałem właśnie kompletne bzdury. Być może koszulkę, w której biegłem maraton z napisem „Stop islamizacji Europy” (w wersji polskiej i angielskiej) wyrzucę do kosza i będę się jej wstydził. Mam nadzieję, że tak się stanie i czarne wizje się nie sprawdzą. Jeśli za kilka dziesięcioleci (czy aby dożyję?) okaże się, że niepotrzebnie trąbiłem na alarm to będzie to jedna z najprzyjemniejszych pomyłek w moim życiu.
No proszę, w mojej małej i spokojnej miejscowości dzieją się ciekawe rzeczy. Wczoraj zaskoczyła mnie wiadomość o wykopaliskach prowadzonych przez grupę archeologów wewnątrz remontowanego kościoła filialnego pod wezwaniem św. Jerzego i Wniebowzięcia NMP. Nie pamiętam by za mojego życia Wisznicach prowadzono wykopaliska, tym chętniej wybrałem się na zwiedzanie.
Kościół, o którym mowa położony jest w centrum miejscowości na niewielkim wyniesieniu górującym nad rzeczką Zielawą. To dawna cerkiew unicka wymurowana w końcu XIX wieku, później zamieniona na świątynię katolicką. Budynek od dawna nie był używany, pusty w środku, (jeśli mnie pamięć nie myli zniszczony przez pożar) był sporadycznie konserwowany i czekał na lepsze czasy. Ostatnio znalazły się środki (projekt unijny) umożliwiające restaurację świątyni. W trakcie prac ziemnych odkryto resztki fundamentów starszych budowli oraz pochówki szkieletowe. Dziś w kościele prowadzone są niewielkie badania ratunkowe budzące zainteresowanie miejscowej ludności.
Na miejscu spotkałem kilkuosobową grupę archeologów z Lublina oraz przybywających, co chwila „turystów”. Wykop wewnątrz niewielkiej świątyni nie był zbyt głęboki, na oko nie przekraczał 1,5 metra. Na bardzo suchym piasku leżało kilkanaście dobrze zachowanych ludzkich szkieletów. W zachodnim skrzydle dało się zauważyć fragmenty kamiennej posadzki W pozostałych częściach nieprzypadkowo ułożone duże kamienie wskazywały na istnienie fundamentów wcześniejszych budowli. Niestety kierownika wykopalisk (Mieczysław Bienia) nie zastałem, o krótkie oprowadzenie po miejscu badań poprosiłem młodą Panią archeolog (niestety nie pamiętam nazwiska. W ogóle żałuję, że nie przyszło mi do głowy by robić notatki. Miałbym pewniejsze informacje a tak muszę zaufać pamięci). W świetle jej relacji sprawa wygląda następująco. W trakcie badań pod podłogą dawnej cerkwi odkryto kamienne fundamenty wcześniejszych świątyń – dwóch drewnianych cerkwi. Miały one nietypową orientację i zostały częściowo zniszczone przez późniejszą zabudowę. Wewnątrz natrafiono na chrześcijańskie pochówki (32). Szkielety były raczej ubogo wyposażone. Znaleziono przy nich trochę monet, fragment fajki, strzępek ubrania, pierścionki, paciorki. Zachowały się ślady trumien (skoble). Cmentarzysko podzielone było na części - w jednej chowano osoby młode (są szkielety dzieci), w innej starsze. Ciekawostką jest szkielet wyjątkowo wysokiej osoby. Znalezione zabytki pozwalają datować odkrycie na XVI – XVIII wiek. W tym okresie osada w Wisznicach należała do rodu Sapiehów i posiadała prawa miejskie. Było to miasto tylko z nazwy, tak naprawdę Wisznice miały podobnie jak wiele podobnych miasteczek bardzo wiejski charakter. Znaczny procent mieszkańców stanowiła ludność pochodzenia żydowskiego. W trakcie badań natrafiono ponadto na fragmenty ceramiki wczesnośredniowiecznej (XI wiek), co wskazuje, że początki osadnictwa na terenie dzisiejszych Wisznic są znacznie starsze niż pierwsze wzmianki pisane.
W ciągu kilku następnych dni prace mają zostać zakończone. Planowane jest udostępnienie najciekawszych zabytków zwiedzającym, zorganizowanie wystawy. Znakomita inicjatywa mogąca przyczynić się do promocji miejscowości. Otworzę tu pewien nawias. Kilka lat temu doszły mnie słuchy, że podczas prac ziemnych odkryto drewnianą studnię, ale archeologów nie poinformowano. Bano się wstrzymania prac, konieczności przeprowadzenia badań archeologicznych na koszt inwestora, opóźnienia inwestycji. Jest to przypadek częsty i niestety spotykany wszędzie. Wielka szkoda. Badania mogłyby rzeczywiście opóźnić prace, ale rezygnacja z nich to nieodwracalne zniszczenie informacji historycznych o regionie. Nie chodzi tu jedynie zabytki, gdyż same zabytki bez odpowiedniej dokumentacji niewiele powiedzą. Profesjonalnie zorganizowane wykopaliska poszerzają wiedzę, promują miejscowość, mogą stać się jej wizytówką, wspomóc rozwój turystyki. Szkoda, że z tej okazji się nie korzysta, że tak wiele zabytków przepada. Kto wie, może wykopaliska w dawnej cerkwi zwrócą uwagę mieszkańców na wartość znalezisk? Może staną się zaczątkiem jakiejś małej wystawy stałej, niewielkiego regionalnego muzeum? Świetnie by było.
Na Picasaweb jest kilkanaście zdjęć, które udało mi się na szybko zrobić dzięki uprzejmości Pani archeolog.
Jakiś czas temu siedząc w pracy słuchałem radia. Była to popularna „zetka”. Nie słucham tej stacji podobnie jak nie oglądam telewizji. Drażnią mnie reklamy. Wyjątki robię dla wiadomości – tych akurat posłuchać lubię. Tamtego dnia moją uwagę przykuła ich struktura. Pierwsza podana przez „radio ZET” informacja dotyczyła pogryzienia przez psa. Nie wchodząc w szczegóły chodziło o to, że gdzieś w Polsce pies pogryzł dziecko. Kilkuletnią dziewczynkę. Pogryzł – zaznaczam, nie zagryzł. Zastanowił mnie ten news. Jak to możliwe, że z tak błahej sprawy media uczyniły wiadomość dnia? Jak to możliwe, że podano ją jako pierwszą, najważniejszą a dopiero po niej nastąpiły informacje polityczne, gospodarcze, kulturalne, sportowe? Sprawa pogryzienia przez psa jest rzeczywiście bardzo przykra, ale może ona stanowić sensacje na skalę jednej wsi. Ewentualnie jeszcze dwóch okolicznych. Ale robić z tego wiadomość dnia w dużej, ogólnopolskiej stacji radiowej? Czy naprawdę tego dnia nie zdarzyło się na świecie nic ważniejszego?
Wówczas skomentowałem to krótko. Jak tak dalej pójdzie to niedługo zaczną w wiadomościach mówić o tym, że gdzieś w Polsce przykładowy Zenek kopnął w tyłek Wieśka. I zrobią z tego sensację dnia. Można sobie żartować, ale tak naprawdę sprawa jest poważna. Kilka dni później przypadkowo wpadała mi w ręce „Rzeczpospolita”. Moją uwagę zwrócił artykuł pióra Piotra Skwiecińskiego (byłego prezesa PAP) zatytułowany „W awangardzie medialnego postępu”. To bardzo dobry tekst dotyczący problemu, o którym wspomniałem powyżej. Nie będę go specjalnie komentował ani streszczał gdyż na szczęście jest w całości dostępny w Internecie. Polecam do przeczytania. Poniżej link do artykułu.
Po przeczytaniu można się zastanowić, kto ponosi winę za taki stan rzeczy. Media? Politycy? Czytelnicy i telewidzowie? Nie wiem na pewno, przypuszczalnie wszyscy po części. Wydaje się, że głównym winowajcą jest niekontrolowany kult pieniądza. Media już dawno zrzuciły maseczkę apolityczności. W nosie mają obiektywne przedstawienie różnych opcji, najczęściej jawnie i bez zażenowania wspierają jedną ze stron. Podobnie rzecz się ma z ideałami. Dawny system przypisywał mediom różne cele, między innymi komunistyczną indoktrynację społeczeństwa. Zaletą było to, że pieniądz nie stanowił głównego celu, czasopisma i telewizja nie stanowiły maszynki do produkcji banknotów. Dziś jest inaczej. Dominują media prywatne, które jak każda firma ma jeden cel – zarobić. Zamknąć rok możliwie największym zyskiem. Nie ważne jak. Liczy się oglądalność i liczba sprzedanych egzemplarzy. Ideały? misja? działalność kulturalna? edukacyjna? My chcemy zarobić. Służymy też do zdobycia bądź utrzymania władzy. Żeby zarobić i sprzedać jak najskuteczniej najlepiej celować w tych, których jest najwięcej. Przypodobać się przeciętności, szarej masie. Ewentualnie tym najgłupszym – nimi łatwo się steruje i dobrze na nich zarabia. Stąd na przykład „Fakt” żerujący na najprymitywniejszych instynktach i uprzedzeniach ma taką poczytność. Mało tego, jest nieraz cytowany jako autorytet przez inne, zdawałoby się poważniejsze media. Na tym zboczu pełnym czasopism, telewizji turlających się w stronę dna jest jeszcze kilka ostańców starających się utrzymać poziom. Są jeszcze państwowe media, w których pieniądz nie jest panem i władcą. Gdzie reklamy nie ma wcale lub przynajmniej nie jest puszczana w trakcie programu. Takie, które celują wysoko, proponują wyższą kulturę lub jakąkolwiek kulturę. Choćby wspominana niedawno Dwójka. W „Epiku” w dużych miastach można dostać ciekawe, ambitne czasopisma, niestety najczęściej drukowane w małym nakładzie. Bardzo ciekawe rzeczy można znaleźć w Internecie będącym jednocześnie śmietnikiem i Biblioteką Aleksandryjską, na razie w niewielkim stopniu cenzurowanym. To jednak mniejszość. Kult pieniądza będący efektem oddania, czego się da w ręce prywatne sprawia, że społeczeństwo jest coraz bardziej upupiane (Wiem, że to słowo pochodzące od Gombrowicza ma inne znaczenie, ale jakoś wyjątkowo mi tu pasuje). Przykre. Myślę, że tej niekorzystnej tendencji mogą zaradzić silne media publiczne. Maksymalnie apolityczne i nienastawione na zysk. Państwo nie powinno zrzucać odpowiedzialności za wychowanie społeczeństwa, oddawać go w ręce prywatne. Powinno wobec obywateli pełnić misję: edukować, promować kulturę, dobre wzorce, obyczaje, patriotyzm. Powinno wspierać swoją niezależność, m.in. przez utrzymanie własnych mediów będących nie tylko maszynką do robienia pieniędzy i dostarczającą obywatelom rozrywki typu teleturnieje oraz telenowele (jak w dawnym Rzymie: „chleba i igrzysk”). Pewnie, że państwowe media kosztują ale ich działalność powinna być jednym z filarów państwa, podobnie jak utrzymanie administracji i resortów siłowych. Prywatne media nie udźwigną tej misji bo tak jak pisałem są zwykle nastawione na zysk (stąd właśnie tytułowa tabloidyzacja) oraz władzę. Ponadto trudniej wymusić na nich apolityczność. Mają przecież jakiegoś właściciela (niekoniecznie polskiego) a ten jakieś poglądy polityczne. I pomyśleć, że są w Polsce ludzie głoszący, że publiczne media są zbędne. Że wystarczą prywatne. Straszne.
Tak mi się skojarzyło, gdy przeczytałem regulamin nowego pieszego maratonu na orientację na 100 kilometrów. 33 Punkty Kontrolne (PK) na takim dystansie to dwa razy więcej niż na typowej setce. Do tego mapy w różnych skalach, w wersji do biegów na orientację i zwykłe; punkty kontrolne do odnalezienia w kolejności ustalonej, cześć w kolejności dowolnej (scorelauf). Formuła bardzo podobna jak Rajdu na Orientację „Dymno”, w którym niedawno miałem przyjemność uczestniczyć. Tylko dystans prawie dwa razy dłuższy. Nawigator kojarzony był do tej pory przede wszystkim jako rajd przygodowy (ściganie na długim dystansie na różne sposoby: pieszo, rowerem, na rolkach, wykonując po drodze zadania specjalne. Ale to pewnie wszyscy wiedzą). W tym roku organizator (Tomek Radomiński) postanowił rozszerzyć formułę zawodów o dwie nowe dyscypliny: pieszy maraton na orientację na dystansie 50 i 100 kilometrów. Termin (1 sierpnia) wyjątkowo mi odpowiadał, niewielka odległość od Warszawy też (powiat miński). Najbardziej jednak kusiły te 33 punkty kontrolne i różne skale map. Widać było wyraźnie, że ta setka dedykowana jest bardziej nawigatorom, mniej dla tzw. łydkowców, (czyli zawodników mocnych biegowo, ale słabiej radzących sobie z mapą i kompasem). Od dwóch miesięcy znacznie mniej trenowałem i kondycyjnie nie czułem się mocny. Pasowały mi zawody bardziej eksponujące sprawną nawigację wobec możliwości kondycyjnych. Zgłosiłem się. Razem ze mną 52 osoby (po dwie w drużynie) na rajd przygodowy, 14 osób na maraton pieszy 100 km i 21 osób na połówkę (50 km pieszo). Na setkę jak widać niewielu i znaczna część to początkujący. Przypuszczalnie dlatego, że to pierwsza edycja a wyniki nie będą liczone do Pucharu Polski w Pieszych Maratonach na Orientację.
W piątek, prosto po pracy dojechałem do miejscowości Mrozy leżącej niedaleko Mińska Mazowieckiego. Z Warszawy ledwie godzina drogi, szczęśliwie nie zdążyłem zmęczyć się podróżą. W bazie zawodów zostawiłem rzeczy (Szkoła Podstawowa w Mrozach), do startu wyznaczonego równo o północy pozostało kilka godzin. Z Maćkiem Więckiem (kolega a jednocześnie najgroźniejszy rywal uzyskujący ostatnio rekordowe wyniki. Zostałby pewnie Człowiekiem Roku w orienterskich setkach A.D. 2009 gdyby ktoś taki konkurs zorganizował) wybraliśmy się na przedstartowy posiłek. Z mojej strony miał być makaron, ale kolega namówił mnie na pizze na dwóch. Trochę ryzykowne zagranie, taka turecka pizza, ale jeśli przytrafi mi się wyjątkowo słaby wynik będę miał alibi. Powiem, że Maciek załatwił mnie pizzą jeszcze przed startem. Piszę to oczywiście półżartem, jak się później okazało posiłek w pizzeri nie wpłynął negatywnie na mój wynik. Przynajmniej tego nie odczułem.
Godzina 23 wieczorem. Zdrzemnąłem się kilka godzin, za chwile ma być odprawa. W jednej z sal organizator i budowniczy trasy wyjaśnia wątpliwości, nieścisłości, napomina o mogących pojawić się trudnościach. Chwilę później szykujemy się do wyjścia, bo za chwilę start. O północy wychodzimy przed szkolę, szczerzymy zęby do wspólnego zdjęcia i kilka minut później ruszamy. Zaczęło się.
Punkt Kontrolny 1 (drzewo w starej żwirowni) leży niedaleko na południowy zachód od miejscowości. Truchtamy małą grupką już od startu, za torami zaczynają się pagórki. Trzymam się raczej z tyłu, na podbiegach przechodzę w marsz. Po drodze jakiś miejscowy pijany dureń wykrzykuje coś agresywnie w naszą stronę. Nie zwracamy uwagi. Na jednym ze skrzyżowań odbijam autorskim wariantem w prawo, inni biegną prosto. Po rozdzieleniu truchtam samotnie kilkaset metrów, potem polna droga i już jestem gdzieś przy punkcie. W świetle latarki powoli wypatruję lampionu, na razie nie widać. Stoję przed jakąś ciemną jamą, to pewnie ta wspomniana w opisie stara żwirownia, punkt musi być gdzieś poniżej. Schodzę w dół, nad brzeg zbiornika wodnego. Jest lampion, przy nim organizator i fotografowie. Przybiegłem jako pierwszy. Podbijam kartę i wychodzę czym prędzej ze żwirowni kierując do PK 2. Można powiedzieć Agaetis Byriun – po islandzku „dobry początek” (Taki tytuł nosiła jedna z płyt Sigur Ros).
Wychodząc na dwójkę mam chwilowe problemy z orientacją. Grupka biegaczy już dobiega do PK 1, nie tracąc czasu ruszam dalej, zaraz mnie dojdą. Truchtam polną drogą na południe, potem skręcam do lasu, w kierunku Skwarnego. Organizator wspominał coś, że wejście na punkt najkrótszym wariantem może być trudne. Kusi mnie wariant od północy – dłuższy, ale pewniejszy. Świadomie przebiegam jedno ze skrzyżowań, nieco dalej powinno być inne, którego szukam. Nie ma. Szkoda czasu, wracam do pierwotnego, najkrótszego wariantu. Tracę kilka minut. Biegnąc przez wieś widzę przed sobą światło czołówki innego biegacza. To Maciek - wystarczyło kilka minut mojego zawahania by przejął prowadzenie. Truchtamy chwilę w milczeniu, kilkadziesiąt metrów od siebie. Później Maciek niknie gdzieś z przodu, znowu jestem sam. Nieco dalej ponownie tracę czas. Nie jestem pewien jednej z dróg wchodzących do lasu. Cofam się, sprawdzam. To jednak ta. Po chwili znajduję wąską, wijącą się wśród podmokłych terenów przecinkę. Truchtam schylając co chwila głowę przed gałęziami i konarami. Ambonę myśliwską (nasz PK 2) znajduję bez pudła. Podbijam kartę i ruszam dalej. Maćka ani śladu, nie wiem czy jest za mną czy przede mną.
PK3 – tu nie było żadnych problemów. Punkt leży przy szerokiej leśnej drodze. Przecinkami i dróżkami leśnymi docieram do głównej drogi i biegnąc po niej jak po sznurku docieram do lampionu. Szybkie podbicie karty i w drogę.
Kolejny punkt sam w sobie trudny nie był, ale stal się początkiem poważnych nawigacyjnych problemów. Gładko docieram w jego pobliże, już mam rozglądać się za zbiornikiem wodnym w lesie gdzie powinien stać lampion. Nie zdążyłem. PK 4 sam mnie znalazł. Z samochodu, na który się natknąłem ktoś wychodzi i podbija mi kartę. To organizatorzy rajdu, nie zdążyli jeszcze ustawić punktu, szukają miejsca by zamocować lampion. Jestem pierwszy, którego spotkali, czyli chwilowo znowu jestem przed Maćkiem. Nie tracąc czasu truchtam dalej. Teraz zaczyna się etap nocnego scorelaufu, 6 PK do podbicia w dowolnej kolejności na mapie 1:15.000. Nie ma chwili do stracenia, trzeba biec, podbijać. No tak, tylko gdzie ja właściwie jestem? Usiłuję przejść na nawigowanie na nowej mapie. Coś mi nie pasuje, ale truchtam dalej. Czas nagli. Kilkaset metrów dalej skrzyżowanie, które nigdzie mi nie pasuje. W tył zwrot i powrót do punktu wyjścia. Sprawdzam drugą drogę - też nie pasuję. Cenne minuty uciekają. Stoję w końcu na skrzyżowaniu, na którym jestem już po raz trzeci. Kurcze, no gdzie ja właściwie jestem? Przy mnie jak byk stoi tablica z planem okolicy i strzałką „stoisz tu i tu”. Czy jest ktoś, kto mając takie wskazówki nie potrafi się zlokalizować? Mi się to zdarzyło. Dopiero po dłuższej chwili doznałem olśnienia, skojarzyłem budynki obok z jakimś domem opieki społecznej zaznaczonym na mapie. Układanka powoli zaczęła pasować. Teraz już bez przeszkód dobiegłem do właściwego skrzyżowania leśnych dróg i podbiłem kartę. Punkt 4A z głowy.
Niestety na tym punkcie problemy się nie kończą. Punkt 4B (pień sosny przy jakiejś piaskowni. Postanowiłem zaliczać wszystkie punkty scorelaufu zgodnie z alfabetem) napsuł mi krwi niewiele mniej niż poprzedni. Znowu nie mogę go zlokalizować. Biegnąc nocą po lesie trafiam na jakąś wielką piaszczystą dziurę w ziemi. Czyżby ta cholerna piaskownia? Szukam od strony gdzie powinien stać lampion. Nie ma. To pewnie nie ta piaskownia, choć na mapie jest w tej okolicy tylko jedna. Znowu kręcę się po jakichś skrzyżowaniach, usiłuję ustalić swoją pewną pozycję. Już nie truchtam, raczej maszeruję. Na twarzy mam uśmiech, który bynajmniej nie oznacza, że jest mi wesoło. To oznaka rezygnacji, czarnowidztwa i niechęci do walki. Maciek pewnie już daleko, a ja się tu męczę i męczę każdy punkt. Jeśli tak pójdzie dalej to ten scorelauf zajmie mi resztę nocy.
Po dłuższym czasie udaje mi się dojść, na którym ze skrzyżowań jestem. Znajduję poszukiwaną piaskownię, podbijam wymęczony punkt 4B i kieruję do następnego. Niewiele dalej migają światełka latarek. To grupka biegaczy szuka lampionu, który właśnie podbiłem. Udzielam ogólnych wskazówek i zmykam dalej, mogą mnie zaraz dogonić.
W drodze na punkt 4C dzwoni telefon. To Maciek. Pyta czy podbiłem już 4E, bo on nie może znaleźć. A więc jest dwa punkty przede mną, musiałem zmitrężyć sporo czasu na początku scorelaufu. Wyjaśniam, że jestem sporo za nim, jednocześnie przyśpieszam tempo. Chcę się zmobilizować i wychodzi całkiem nieźle. Z biegu i bez problemów podbijam 4C, biegnę do 4D (skrzyżowania leśnych dróg). Znowu dzwoni Maciek. Ciągle nie może znaleźć 4E, pewnie ktoś go zwinął. Będzie dzwonił do organizatora, że punktu nie ma i leci dalej. Ok., jak nie ma to nie ma, przynajmniej nie będę tracił cennego czasu. 4D wchodzi znowu łatwo, nie przerywając dobrej passy zbliżam się do punktu widmo – 4E. W krzakach migają światła latarki. Maciek! A jednak nie poddał się i dalej zawzięcie szuka punktu. Zaczynamy szukać razem. Tu nie ma, tam nie ma. Po chwili postanawiam namierzyć się precyzyjnie na punkt od końca leśnego rowu. Zegarek wskazuje, że punkt powinien być jeszcze 11 – 14 sekund dalej niż tam gdzie szukamy. Biegnę jeszcze trochę, wchodzę w gęstsze krzaki i jest! No.., choć to mi się udało. Podbijam, wołam Maćka i proszę by zadzwonił do organizatora, że PK 4E jednak stoi. Sam ruszam przodem, łudzę się nadzieją, że jeszcze zdołam umknąć koledze.
Niestety, tak dobrze nie ma. W drodze do kolejnego punktu Maciek siedzi mi na ogonie. Przebiegamy przez odcinek podmokłego lasu, trasą wyznaczoną jako odcinek specjalny dla uczestników rajdu przygodowego. Wody pełno, nogi zapadają się w grząskim gruncie. Jakoś udaje mi się wydostać z mokradeł suchą stopą (prawie). Wybiegamy na kolejną leśną drogę. Nieco rozkojarzony przestałem liczyć przebytą odległość. Chwila zawahania, Maciek po raz kolejny mnie wyprzedza, tym razem ostatecznie. Truchtam za nim na razie niewiele mając straty. Bez problemów podbijamy lampion 4F ustawiony na szczycie leśnego pagórka. To ostatni punkt nocnego scorelaufu. I dobrze. Mam już tej mapy serdecznie dosyć, tęsknię, za lepiej mi znaną pięćdziesiątką.
Punkt Kontrolny 5 to spora górka w lesie położona tuż przy niewielkiej osadzie (Julianów). Odnalezienie właściwej drogi problemów nie sprawia, zaczyna świtać. Zza płotów miejscowych gospodarstw głośno ujadają psy. Przed punktem Maciek mija mnie wracając tą samą drogą. Biegnie na kolejny punkt. Wtedy jeszcze nie wiem, że widzę go na trasie po raz ostatni. Spotkamy się dopiero na mecie.
Docieram w pobliże piątki i tam znowu jakieś rozkojarzenie. Kręcę się chwilę po wzgórzu zanim znajduję lampion. Dużo tu nie straciłem, może kilka minut, ale i tak szkoda. Trochę idąc, trochę biegnąc zmierzam dalej. W końcu wychodzę z lasu na polne dróżki rozciągnięte pomiędzy wsiami. Wczesnym świtem robi się dużo przyjemniej, chwila jakby trochę magiczna. Truchtając powoli polną drogą oglądam ślady Asicsów Maćka pięknie odbite na piasku. Pod nosem nucę fragment „… riding in the morning sun…” – ścieżki dźwiękowej do reportażu PETZL’a z UTMB 2004. PK 6 (przepust) położony jest w otwartym terenie, więc kłopotów ze znalezieniem nie ma. Maszerując i truchtając po polnych pagórkach docieram do niewielkiego lasu i położonego w nim pagórka. Punkt umieszczony na szczycie nie sprawia kłopotów. Po podbiciu karty wybiegam na północ w kierunku wsi Siodło i dalej prosto na zachód, w stronę PK 8. Ten punkt kontrolny (pień tuż przy brodzie) także znajduję bez wysiłku, ale to dopiero cisza przed burzą. Zaczynam swój najgorszy odcinek pierwszej pętli: drogę z PK 8 do PK 9.
Sprawa wydawała się prosta, punkt 9 nie leżał w jakimś trudnym miejscu. Ot, na skraju lasu (ruiny wieży obserwacyjnej na górce). Drogę do niego postanowiłem pokonać „skrótem”, który kosztował mnie dodatkowe kilkadziesiąt minut. Jak to spartaczyłem? Po mistrzowsku. Najpierw zamiast biec szeroką drogą na zachód do Piaseczna poszedłem dróżką biegnącą bardziej na północ. Byłby to może dobry wariant gdyby trawa była wykoszona. Tymczasem droga była pięknie zarośnięta, co przy porannej rosie sprawiło, że nie tylko nie mogłem biec, ale i po chwili buty miałem kompletnie przemoczone. Zły i mokry wydostałem się w końcu z owej drogi wierząc, że nic gorszego już mnie nie spotka. Przytruchtałem dalej w tym samym kierunku w stronę dużego lasu chcąc leśnymi drogami, przez dużą polanę wejść na PK od wschodu. Plan w sumie zły nie był, tyle, że po raz wtóry nie przewidywał fatalnej przebieżności. Klucząc wśród drzew po coraz bardziej zarośniętej jeżynami drodze miałem nietęgą minę. Było coraz gorzej a ja nie chciałem się wycofać wierząc, że tuż, tuż jest ulica Podskwarne –Cegłów. Nic z tego. Zarośla gęstniały a do ulicy daleko. W końcu zacząłem kluczyć po lesie już nie koniecznie we właściwym kierunku. Skakałem przez jakieś zarośnięte leśne grządki, przez chaszcze, jeżyny – byle się wydostać z niegościnnego miejsca. Przy dużym wysiłku wyszedłem w końcu na drogę prowadzącą skrajem lasu, w kierunku Podskwarnego. Stamtąd najłatwiejszym wariantem dotarłem do lampionu i podbiłem ostatni punkt pierwszej pętli. Pozostało tylko dotarcie do mety oddalonej o kilka kilometrów. Już nic nie kombinując dobiegłem do najbliższej ulicy i dalej truchtając na zbiegach, idąc na podbiegach zbliżałem do Mrozów. Nastrój miałem nie wesoły po świeżej nawigacyjnej wpadce, warunki też się pogorszyły. Wstał dzień i słońce zaczęło przygrzewać. Jeszcze niezbyt mocno, ale południe zapowiadało się upalnie. Bukłak świecił pustką, dobrze, że woda skończyła się tuż przed półmetkiem. Zmęczony dobiegłem do szkoły w Mrozach (7:42). Uczestnicy rajdu przygodowego i pieszej pięćdziesiątki właśnie szykowali się do wyjścia na trasę. Ponoć Maciek był 50 minut wcześniej (6:55), „wpadł jak po ogień” i pomknął na drugą pętlę.
W bazie uzupełniam zaopatrzenie (woda, żywność) i zmieniam kompletnie przemoczone trailowe New Balance na prawie „nie śmigane” szosowe Brooks. Jak się później okazało był to strzał w dziesiątkę. Po przygodach z przedzieraniem po krzakach i przemoczeniem stóp postanawiam zmienić taktykę. Tym razem możliwie najmniej wariantów na przełaj, więcej przelotów dłuższych, ale po pewnych, dobrze przebieżnych drogach. Po wyjściu z bazy z przyjemnością truchtam po asfalcie a później szeroką polną drogą w kierunku PK 11. Lekkie, czyste i suche buty – to jest to. Od razu czuję się lepiej. Do punktu biegnę w kierunku wschodnim, potem leśną drogą odbijam na północ. Przy punkcie (most nad rowem) tłoczy się jakaś zgraja ludzi ubranych podobnie do mnie. To uczestnicy rajdu i pięćdziesiątki; punkty kontrolne, które mamy podbić pokrywają się. Po zaliczeniu jedenastki zaczynamy scorelauf drugiej pętli. 8 Punktów Kontrolnych do podbicia (11 A – 11 H), mapa 1:22.000. Ciekawie się zrobiło, biegnę w sporej grupce innych uczestników imprezy. Chwilowo znikła „samotność długodystansowca”. Ludzi jest tylu, że bardzo łatwo wsiąść do któregoś z tramwajów. Mam ochotę na psychiczny odpoczynek, więc pierwsze dwa punkty truchtam za Andrzejem Krochmalem (organizator DYMnO). Oba lampiony znajdujemy i podbijamy bez problemu. W drodze na jedenastkę odłączam się od Andrzeja i przyłączam do innej grupki rajdowców. Podejrzanie długo i mozolnie idziemy wzdłuż leśnego strumienia. Punktu nie ma. Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy ze skali mapy. Byłem święcie przekonany, że mapa ma skalę 1:15.000. W regulaminie tylko taka skala scorelaufu jest wspomniana. Nie zauważyłem, że tu jest inaczej. Po dłuższym przedzieraniu po krzakach (a miałem tego unikać) dochodzimy we końcu do źródełka i odnajdujemy lampion. No.., starczy tego dobrego. Teraz biorę sprawy w swoje ręce. Dalej już samodzielnie biegnę na 11D. Próbuję najkrótszym wariantem po drodze a później na przełaj po dobrze przebieżnym lesie. Nic z tego. Mapa mi nie pasuje, pewnie przez tę skalę. Spotykam jakąś mieszaną dwójkę, która widać niepewna położenia pyta mnie gdzie jest północ. Nie mają kompasu? Jacyś amatorzy – myślę sobie, pewnie pierwszy raz na rajdzie. Dopiero na mecie dowiedziałem się, że owa dwójka to zespół Speleo Salomon, zwycięzcy zawodów. Kompasu nie mieli, bo go zgubili na początku rajdu. Widać nawet najlepszym się zdarza.
Po jakichś kilkunastu minutach błądzenia udaje mi się zlokalizować i dłuższym a pewnym wariantem namierzyć PK 11D. Kolejne 4 punkty zaliczyłem już bez problemów. Po drodze spotykałem innych uczestników zawodów, z innych tras. Trochę rozmawiamy trochę biegniemy, trochę idziemy. Przyjemnie jest, mam wrażenie, że atmosfera wyścigu gdzieś znikła. Po gładkim zaliczeniu 11H mogłem w końcu wydostać się z lasu i przesz groblę wśród stawów hodowlanych przy Gołębiówce wyjść na otwartą przestrzeń. Koniec scorelaufu.
Droga do dwunastki wiedzie otwartą przestrzenią, przez dwie wsie. Punkt umiejscowiony pod mostem kolejowym znajduje się łatwo. To znaczy łatwo dojść w jego pobliże a podbić? Podbić nieco trudniej. Trzeba w butach bądź boso wejść do płytkiego rowu i wzdłuż niego wejść pod most. Nie protestowałem. Powoli zaczynał się upał, woda był przejrzysta, chłodna. Na dnie żółty piasek. Zdejmuję buty i przyjemnie chłodząc stopy brodzę po piaszczystym dnie. Fajny pomysł z takim umieszczeniem punktu. Podbijam kartę i ruszam dalej.
Do trzynastki w większości truchtam nieco okrężną, ale dobrze przebieżną drogą przez Sosnowe. We wsi miejscowi gospodarze pytają mnie czy wiem, aby gdzie jestem. Oczywiście, że wiem, upewniają mnie tylko, że jestem na dobrej drodze. Most na Kostrzyniu jest niedaleko na południe. Dobiegam do lampionu, w towarzystwie dwójki uczestników rajdu. Punkt umieszczony pod mostem jest słabo widoczny, ale łatwiej dostępny. Przynajmniej nie stoi w wodzie.
PK 14 od strony nawigacyjnej jest bardzo łatwy. Wystarczy truchtać wzdłuż rzeczki. Dokucza natomiast co innego: upał. Jest południe, biegnę po drogach wśród łąk. Słońce pali, ani skrawka cienia. Pluje sobie w brodę, że nie zabrałem czapeczki z daszkiem lub choćby chustki jakiejś. Jeszcze tu udaru dostanę i będzie. Ratuję się jak mogę, chlapię się na szybko wodą mijając rowy, większe kałuże. Woda brudna i obrzydliwa, ale tej pitnej z bukłaka mi szkoda. Podbijam czternastkę i lecę w kierunku Kostrzynia. Staję nad brzegiem rzeczki - kładki czy mostu ani śladu. Nie ma rady trzeba forsować. Rzeczka szeroka nie jest, w zasadzie to raczej duży rów. Ściągam buty i na bosaka przeprawiam na drugą stronę. Było płytko, ledwie po kolana. Tylko woda bardzo brudna. Na przeciwnym brzegu biegnę powoli do zabudowań (Zamoście) i z stamtąd na południe. Plan „A” jest dosyć ryzykowny (przewiduje dotarcie na punkt najkrótszą drogą, przez mokradła obok rezerwatu. Za wsią staję na skraju lasu. Jakieś chaszcze wielkie, jakiś rów bagnisty. Z lasu jakby dochodzi radosny chichot milionów komarów. Już na mnie czekają. Nie mam ochoty pakować się do tej dżungli, tym bardziej, że nie mogę znaleźć poszukiwanej leśnej drogi. Pytam starszą panią czy jest tu droga prowadząca przez las. „Panie, tam takie bagna, że się pan tam utopisz!” - odpowiada. No dobra, zniechęciła mnie skutecznie. Odwracam się na pięcie, wracam do wsi. Kłania się plan „B” Postanawiam wejść na punkt od północnego zachodu. Znowu klnę, bo tracę czas, nadkładam drogi. Okrężną, ale wygodną drogą dochodzę do lasu. Chwile później mam poważne problemy. Po raz kolejny nie mogę się zlokalizować. Chodzę po skrzyżowaniach - tu nie pasuje, tam też nie. Niby powinienem się cofnąć z lasu i namierzyć jeszcze raz, ale za każdym razem wierzę, że już teraz to jest ta właściwa droga. Niestety nie jest. Tracę w ten sposób około pół godziny. Udaje mi się w końcu zlokalizować i dotrzeć na leśne wzgórze. Jest lampion, można podbić kartę. Wkurzają mnie te błądzenia, wtopy nawigacyjne, które co chwila zaliczam. Ciekawe gdzie jest Maciek? Przede mną jeszcze cztery punkty. Ciekawe czy już jest na mecie czy jeszcze biegnie. Wyciągam telefon i dzwonię. Maciek właśnie podbił ostatni PK i truchta do mety. Przede mną jeszcze 4 PK, nie mam szans, będzie kilka godzin straty. Trudno. Trzeba przynajmniej tę końcówkę jakoś godnie pokonać, by różnica czasowa była jak najmniejsza.
Ciekawie, że chwilowa rozmowa z Maćkiem wpłynęła na mnie bardzo pozytywnie. Wiedziałem, że będę miał dużą stratę, ale postanowiłem powalczyć o możliwie dobry wynik. Od tego czasu truchtam już większość dystansu, i nie popełniam żadnych nawigacyjnych pomyłek. Biegnąc przez Borki widzę jakąś babcię krzątającą się przy studni. Proszę o wodę, do schłodzenia, do picia. Co za ulga. Sympatyczna babcia zaczyna opowieść o synach, o wnuczkach. Dziękuję uprzejmie i uciekam zanim babcia się rozkręci i każe wysłuchać historii życia. Może innym razem.
PK 16 (górka w lesie) wchodzi z biegu. Potem truchtem przez las w stronę PK 17 (koniec zarośniętego nasypu). Wybiegam z lasu, następnie skok przez rów melioracyjny, kawałek łąką i podbijam lampion. Z siedemnastki do osiemnastki - sprawnie i szybko. PK 18 to kolejny punkt pod mostkiem, w wodzie. Znowu przyjemne schłodzenie stóp, ubieram buty i truchtam w stronę ostatniego punktu. Wybieram wariant bardzo okrężny, przez Trojanów i Guzew. Ponoć nieopłacalny, ale przebieżność zapowiadała się dobra. W jednej z wsi znowu częstuje się wodą, bo słońce smali bez litości. Tym razem od uczynnego gospodarza podlewającego ogródek. Człowiek chciał mi jeszcze przynieść gazowany napój i coś do jedzenia, ale podziękowałem. Nie było czasu. Jeszcze ostatni punkt i meta. A na niej gorący posiłek i piwko. Prawie obśliniłem kompas na myśl o tym, co mnie czeka na mecie. Trochę przytruchtałem trochę przeszedłem (teren bardzo pagórkowaty) przez obie wsie. Niedaleko przed punktem minąłem wracającego Andrzeja Krochmala, który walczył na trasie 50 km. Nieświadomie go nastraszyłem pomagając uzyskać lepszy wynik (Andrzej myślał, że rywalizujemy na tym samym dystansie i na końcówce mocno się zmobilizował). Szybkie podbicie lampionu i kieruje się do upragnionej mety. Utrzymuję starą taktykę: na podejściach idę, na zbiegach i po płaskim biegnę. Ostatni etap: kilka kilometrów asfaltową drogą po lesie truchtam w całości. Napędza mnie radość na myśl o czekającej tuż tuż mecie. Droga się dłuży, ale w końcu jest! Jestem drugi. Czas 16 godzin i 42 minuty. Maciek wyprzedził mnie o dwie i pół godziny.
Podsumowanie? Krótko będzie, bo w zasadzie nie ma nad czym się rozwodzić. Nawigator to kolejne przyjemne zawody, w których warto wziąć udział. Podobała mi się organizacja, teren, usytuowanie punktów, nagrody, bardziej rozbudowana niż na typowych setkach nawigacja. Bardziej rozbudowana to nie znaczy trudna: punkty nie były jakoś specjalnie pochowane. Po prostu było ich dużo. Lubię też te tzw. szybkie setki; tak naprawdę, nie wiem, które bardziej. Cieszy, więc różnorodność podobnych, dostępnych w Polsce imprez. To, co się ze mną działo na trasie trochę mnie zaskoczyło. Miałem nadzieję, że braki kondycyjne nadrobię nawigacją a tymczasem to nawigacja kulała najbardziej. Kilkakrotnie wybrałem ryzykowne warianty, które się nie opłaciły. Fizycznie, wbiegając na metę byłem mniej wyczerpany niż np. na Roztopach. Chciałem dorównać Maćkowi, choć znając jego formę wiedziałem, że nikłe mam szanse. Mógłbym go dogonić tylko w przypadku gdyby dużo błądził (mogłem na to liczyć, bo Maciek pierwszy raz biegał na mapach do BnO). Tymczasem mój główny konkurent nawigował lepiej (z wyjątkiem problemów przy 4E) i w ładnym stylu zrewanżował się za Roztopy. Gratuluję Maćkowi i wszystkim, którzy ukończyli. Dziękuję organizatorom, za dobrą imprezę.
P.S. Na mapach poniżej niebieskimi kropkami zaznaczyłem swoje przebiegi. Zdjęcia pożyczyłem ze strony zawodów.
Poprzedni opis wydał mi się ostatnimi czasy zbyt nadęty stąd go zmieniam. Jakiś wstęp wypada jednak zostawić, choćby po to by się przedstawić. Nazywam się Paweł Pakuła. Mieszkam w małej miejscowości we wschodniej Polsce. Mam swoje różne mniejsze i większe hobby, którym bardzo chętnie poświęcam czas. O nich właśnie jest ten blog. W ostatnich latach najwięcej frajdy sprawiają mi sporty biegowe oraz starty w zawodach. Większość wpisów traktuje o długodystansowych biegach i ekstremalnych imprezach na orientację. Zahaczę nieraz o tematykę turystyczną, sporadycznie pojawią się recenzje płyt muzycznych, książek i innych rzeczy z szeroko pojętej działki kulturalnej. Zapraszam i życzę miłej lektury. Będzie mi bardzo miło, jeśli komukolwiek cokolwiek się tu spodoba.
Kończąc chciałbym prosić o niewykorzystywanie zamieszczonych tu materiałów bez mojej wiedzy i zgody.