niedziela, 20 maja 2018

Co tam trasa organizatora – my wolimy po swojemu, czyli weekend pomyłek

III. Extreme Power Run

- A może na Extreme stworzymy drużynę? – zaproponował Grzesiek, gdy jechaliśmy tydzień wcześniej na krótki bieg crossowy do Ryk [LINK do relacji]. Rzeczywiście, nie był to zły pomysł. Przedtem wspomniałem, że w związku z szykującym się upałem będę rezygnował z pobiegnięcia lubelskiego maratonu na wynik. A jeśli nie będę go biegł na wynik, to mogę sobie pozwolić, aby dzień wcześniej, w sobotę za tydzień, wziąć udział w intensywnym a krótkim biegu. I właśnie na niego zbieraliśmy drużynę.

Start biegu. Żółto-czerwony strój - Białorusin Zdjęcie: Biała24
Tym krótkim biegiem o groźnie brzmiącej nazwie „Extreme Power Run” miała być 6-kilometrowa przeszkodówka (zwana czasem z angielska OCR-em), rozgrywana na terenie dawnej kopalni piasku w Woskrzenicach pod Białą Podlaską. Bieg ten nie był dla mnie nowością. Po zeszłorocznym starcie, w którym się w sumie dobrze bawiłem pozostał mi jednak pewien niedosyt, gdyż na ostatnim etapie pomyliłem trasę. Może nie tyle pomyliłem, ile wraz z innymi skonsternowanymi dobiegłem do miejsca, gdzie oznaczenia się po prostu... kończyły. Wyglądało to tak, jakby organizatorowi na końcu zwyczajnie zabrakło taśmy [LINK do relacji]. Efektem był postój, strata czasu i w konsekwencji spadek w ostatecznym rankingu na 7. miejsce spośród 186 zawodników. Uzyskany czas: 31:07. W tym roku miałem nadzieję pobiec lepiej: już bez nieplanowanych przygód i rozwiązywania zagadek w stylu „którędy teraz biec???”.

Zgłosiłem się. Tym razem nie tylko indywidualnie ale też drużynowo. W skład drużyny biegaczy-amatorów z Wisznic i okolic wszedłem ja, miejscowi lekarze - Ania i Grzegorz Chusteccy oraz najmłodsza pociecha, była uczennica wisznickiego liceum – Natalia Korszeń, która zechciała dołączyć do naszej paczki. Natalia w liceum trenowała bieganie. Jeszcze dziś pamiętam, jak na wisznickim stadionie kręciliśmy razem „tysiączki”, pod okiem obecnego dyrektora szkoły. Potem nawet wystartowaliśmy w dwuosobowym zespole, w dosyć długiej i stosunkowo trudnej przeszkodówce „Bieg Tygrysa” w Orzyszu zajmując przyzwoite miejsce [LINK do relacji]. To co nas wszystkich łączyło, to pochodzenie z jednej gminy więc na poczekaniu wymyśliłem mało oryginalną nazwę zespołu: „Gmina Wisznice Runnig Team”.

Dzień startu, 12 maja, był słoneczny i ciepły. Bezchmurne niebo, około 22 stopni – może nie upalnie ale jak na mój gust i tak trochę za ciepło. Nie przejmowałem się tym jednak. Po pierwsze dlatego, że bieg był krótki, więc zagotować się nie zdążę, a poza tym zaraz na wczesnym etapie znajdowała się przeszkoda wodna. Znaczyło to, że olbrzymią większość trasy pokonamy na mokro. Mi to pasowało.

Pomny zeszłorocznych problemów z oznaczeniem trasy postanowiłem zwiedzić jej początek który wydawał mi się najbardziej pogmatwany. Przeszedłem trasę oglądając pierwsze 12 spośród wszystkich 26 przeszkód, do chybotliwego mostku na wodzie, z którego trzeba było wskoczyć do wody. Zwracałem uwagę zwłaszcza na te, nieznane mi wcześniej „przeszkadzajki”. Niektóre, np. wejście ok. 1,5 metra po konopnej linie wydawały się kłopotliwe i zastanawiałem się, jak to z nimi będzie. Na szczęście organizator zostawił tu furtkę – w przypadku problemów z przeszkodą dopuszczał możliwość wykonania w zastępstwie 15 pompek. Dla mnie ten bieg to przede wszystkim wyścig dlatego już stając na starcie wiedziałem, że z tej „pompkowej” alternatywy w paru miejscach skorzystam.

Plan trasy. Zdjęcie: Organizator

Największą nowością tegorocznej edycji były kajaki. Należało do nich dobiec, wsiąść, dopłynąć do pobliskiej wysepki i wrócić. Razem jakieś 150-200 metrów. W zastępstwie można było odstać 3 minuty i zrobić 15 pompek. Przy tej przeszkodzie część nastawionych bardziej na ściganie niż na rekreację zawodników zaczęła kalkulować, czy nie lepiej odstać karne 3 minuty, zamiast spinać się w kajaku. Byłem jednym z tych, którzy na starcie wybrali opcję „3 minuty + 15 pompek”.

Wystartowaliśmy. Ja w tej pierwszej grupie zwanej „Elite”. Była ona ograniczona do 20 osób i złożona z ludzi legitymujących się dobrymi wynikami z poprzednich edycji lub innych, podobnych biegów. Z naszego, wisznickiego zespołu w grupie „Elite” była jeszcze Natalia. Grzesiek z Anią startowali w którejś z kolejnych, w sumie chyba 7 „fal” puszczanych w odstępach 5-minutowych. Wszystkich startujących, którzy później ukończyli bieg było 251.

Na początku nie wydarłem wcale z kopyta. Start w kopnym jak na plaży piachu, pod górkę, wbieg na skarpę polewaną przez strażaków z węża. Łatwo się tu już z miejsca zagotować, a po co? Pierwsza ścianka, zbieg znowu do wyrobiska, wskok do wody i już jestem cały mokry. Znowu pod górę, ścieżka oznaczona dobrze taśmą kluczy po jakichś zaroślach. Dobiegłem do przeszkody z liną do wspinania - od razu krzyczę „robię 15 pompek!”. Pompowanie i bieg dalej. Utrzymuję się około 8-10 pozycji. Wkrótce potem czołganie pod drutem kolczastym, kolejna ścianka, przyjemny a efektowny ślizg na brzuchu w korytku wodnym, znowu piach i bieg. Komin z opon – trzeba wejść dołem, wyleźć górą. Niby proste ale dla mnie, człowieka o posturze „węgorza” jakoś sprawia to trudność. Po dwóch nieudanych próbach nie chcę tracić czasu i krzyczę znowu: „robię 15 pompek!”.

Dobiegam za innymi do kajaków a tam... chaos! Jedni właśnie się gramolą do kajaka, inni już w nim płyną ale gdzieś.. w poprzek, zamiast wprost do wyspy! Może nie wiedzą gdzie dokładnie mamy dopłynąć?! Nie chcę brać udziału w tym rozgardiaszu więc krzyczę wcześniej przygotowaną formułkę: „czekam 3 minuty i robię 15 pompek”. Już mam się schylać do pompek gdy zawodnik stojący obok mnie woła: „dawaj, płyniemy we dwóch!!” Mało jestem asertywny, daję się szybko namówić koledze choć w mojej głowie, w tych ułamkach sekund, kłębią się wątpliwości, czy możemy płynąć razem. Niby kajaki dwuosobowe, reszta fal miała płynąć po dwóch ale organizator na odprawie „zalecał” dla elity, aby płynąć pojedynczo. – Czy nie będzie dyskwalifikacji, czy to nie szachrajstwo? – myślę. Niby tylko „zalecenie”, sztywnego zakazu nie było. Sprawnie ściągamy kajak na wodę. Jeszcze się wkurzam, bo tu mi zawracają głowę nakładaniem jakiegoś kapoka. Już na wodzie. „Lewa-prawa, lewa-prawa” – nadaję rytm przypominając sobie rajdy przygodowe DYMnO z Jaśkiem, sprzed kilku lat, gdzie też bywały etapy kajakowe. Szybko przepływamy obok kierujących się w różne strony kajakarzy. Nie bardzo wiadomo, gdzie dokładnie do tej wyspy dopłynąć. Zawracamy tuż przed wyspą a ja mam znowu wątpliwości, czy nie trzeba dopłynąć do samego brzegu, dotknąć lądu. No nic, już wiosłujemy z powrotem. Kajak dobija do brzegu, wychodzę z niego, zrzucam kapok i... zaczynam prowadzić w wyścigu.

Dziwne to dla mnie uczucie, na tak krótkich biegach. Biegnę pierwszy. Tylko ja, trasa oznaczona taśmami, wijąca się wśród drzewek ścieżka prowadząca po skarpie pod górę, to znowu ze skarpy w dół. Trasa jest dobrze oznaczona. Schodzą z dosyć męczącej, pionowej „pajęczynki” zauważam, że goni za mną dwóch. Jeden, ten niski to zdaje się Białorusin.

Następne przeszkody to między innymi rundka z obciążeniem w postaci kartonowej paczki, „magiel” czyli czołganie pod oponami, czołganie w błocie pod sznurkową pajęczynką i pływający mostek. Cieszę się, że tu biegnę pierwszy bo nikt przede mną nie zdążył owego mostku uszkodzić. Nie dochodzi on na drugi brzeg więc trzeba wskoczyć do wody.  – Chlup – i...o, głęboko! Lekko zdziwiony gramolę się na drugi brzeg.

W drugim etapie, po przeciwnej stronie kopalni nie ma ani dużo kibiców, ani dużo przeszkód. Jedną z nich jest rowek wypełniony wodą, przykryty zadaszeniem. Trzeba przyznać, że niewiele tu przestrzeni do oddychania zostawiono. Było trudniej i bardziej strasznawo, niż pierwotnie myślałem. Ciągle jeszcze prowadzę ale widzę kątem oka, że Białorusin skraca do mnie dystans. Domyślam się, że czeka mnie pożarcie; szczęście, że nie widać trzeciego zawodnika. – Najwyżej będę drugi – myślę. W pewnym momencie zrównujemy się. Biegniemy kawałek razem, nawet trochę współpracujemy. Nie ma żadnego rozpychania się łokciami. Zdyszany pytam go, czy biegł tu w zeszłym roku bo w poprzednie edycje też wygrał jakiś Białorusin. To chyba jednak nie ten. W końcu staje się to, na co się zanosiło - rywal wyprzedza mnie i zyskuje jakieś 20 metrów przewagi. Nie ma w tym momencie we mnie jakiejś nadzwyczajnej woli walki: konkurent jest minimalnie szybszy na przelotach i jestem już pogodzony z tym, że go nie prześcignę. Pokornie biegnę drugi. Pionowa ścianka z opon to dla mnie znak, że do mety został już mniej niż kilometr. Wskazuje na to także wrzawa kibiców, którą coraz głośniej słyszymy.

Końcówka: robimy przedostatnią ściankę zwaną „bestia Koala”. Zostały dwie ostatnie przeszkody. I wtedy zaczyna się „przygoda”. Do tej pory trasa była wyraźnie wytyczona jedną, a najczęściej dwiema taśmami tworzącymi „tor”, którym się poruszaliśmy. Biegniemy, patrzę: Białorusin stoi i wykrzykuje nerwowo w swoim języku „gdzie teraz?! Gdzie trasa!?” Dobiegam do niego, rzeczywiście dziwnie: tym razem nie ma braku taśm – jak w zeszłym roku, lecz jest ich nadmiar. Nasz tor po którym się poruszaliśmy przegradza w poprzek taśma; jesteśmy jakby wpuszczeni w kanał, z którego nie ma wyjścia. Z trzech stron taśmy, tylko z tyłu nie ma. Nie mam wtedy w głowie planu trasy, choć może powinienem mieć. Wiedziałbym, że trzeba tu zbiec w dół, do wyrobiska, do dwóch ostatnich przeszkód. Później dowiemy się, że po prostu w porę nie przewieszono jednej taśmy i nie utworzono dla nas przejścia ponieważ gdy kończyliśmy to ostatnie fale biegaczy dopiero startowały. Zrobiono tymczasową „przegrodę” aby ci startujący nie pomylili się nie pobiegli pod prąd, lecz nie zdążono jej przewiesić przed naszym przybyciem.

Nabuzowani adrenaliną, zmęczeni, zdyszani, pod presją czasu i rywalizacji nie myślimy logicznie. Zamiast zbiec w dół biegniemy dalej prosto. Robimy kolejną ściankę. Jest mocno obsmarowana błotem, jakby przebiegło po niej stado dzików więc zapala mi się lampka, że to ścianka z początku wyścigu. Białorusin wciąż przede mną i już biegnie w las, gdzie zapraszają go do... wspinania po linie. – Nie, tu już byliśmy, na pewno źle biegniemy! – teraz jestem pewien. Krzyczę na Białorusina, aby wracał za mną. Zbiegamy do wyrobiska. Białorusin wkurzony; ja raczej zniechęcony. W głowie myśl – nie no, znowu, powtórka z rozrywki. Dwa razy brać udział w zawodach i dwa razy pomylić trasę na końcówce. Teraz to już uczciwie zasłużyłem na tytuł „Janusza Woskrzenic”.

Na dole robimy dwie ostatnie przeszkody, przybiegając pod nie z przeciwnej strony. Ścianka i bardzo ciekawa, nurkowo-podduszająca „wietnamska przeprawa”. Na metę wbiegam za Grigorijem – bo tak się ów Białorusin nazywał – jako 6. zawodnik z czasem równo 33 minuty. Okazało się, że tylko my dwaj prowadzący wyścig straciliśmy na tej niefortunnej końcówce. Przed następnymi zdążono poprawić taśmę i ci pobiegli poprawnie. Zwycięzcą biegu został Wiktor Waszczuk z Międzyrzeca Podlaskiego (00:31:24), drugi był kolega Grigorija z Białorusi i zeszłoroczny zwycięzca biegu – Aleksandr Aniskewicz (00:31:31), trzeci  Paweł Gregorczuk (31:41).

Organizatorzy zachowali się bardzo fair biorąc na siebie część winy związanej z oznaczeniem trasy oraz dając mi oraz Grigorijowi nagrody pocieszenia. Oczywiście z samej rywalizacji jestem zadowolony umiarkowanie; nie ukrywam, że liczyłem na wyższe miejsce. Trudno. Pomylenie trasy się zdarza, znam to dobrze z terenowych biegów górskich, w których takie przygody bywają. To nie bieg uliczny, na którym takich przygód nie ma. No - właściwie prawie nigdy nie ma – patrz relacja na końcu tego tekstu, z 6. Maratonu Lubelskiego.

Na dekoracji drużyny niestety zabrakło Natalii. Żyje, ale musiała wcześniej wracać. Zdjęcie: Izabela Dragan

Bardzo miłym zaskoczeniem podczas dekoracji było dla mnie zwycięstwo w kategorii drużynowej. Spośród ośmiu 4-osobowych drużyn to właśnie nasza, sklecona naprędce na dwa dni przed startem „Gmina Wisznice Runners Team” okazała się najszybsza. Byłem szczerze zaskoczony podobnie jak mój kolega i koleżanki z drużyny. Organizatorzy donosili przed startem o 3 zgłoszonych drużynach z AWF-u, - Nie no, na pewno nam dołożą – myślałem. Ostatecznie wystartowały tylko dwie, być może trzeci skład, może ten najlepszy z jakichś powodów nie dojechał lub nie ukończył i dzięki temu to nam przypadło zwycięstwo.

Pomimo przygód – fajnie było. Impreza organizowana jest w idealnym miejscu w okolicy: z mnóstwem piachu, wody, skarp, podejść, krzaków. Niektóre przeszkody - np. etap kajakowy, te trudniejsze ścianki, wietnamska przeszkoda, ślizgawka – są pomysłowe i ciekawe. Jak na niewielkie zawody na 300 osób to jest to wszystko robione całkiem ambitnie. I to za stosunkowo niewielkie pieniądze, o połowę mniejsze, niż w konkurencyjnych biegach. Kto chciałby narzekać na wpisowe to niech sobie porówna: woskrzenicki Extreme – 6 km – opłata najniższa 60 zł; podobny, bardziej znany bieg Hunt Run – 6 km – opłata najniższa 117 zł; Runmageddon Rekrut – 6 km –opłata najniższa  129 zł.

Pewne rzeczy na Extreme można by dopracować. Na pewno skonkretyzować zasady na kajakach: czy tylko pojedynczo, czy tylko we dwoje; do którego konkretnie miejsca trzeba dopłynąć, może jakoś „odhaczyć” zaliczenie wyspy u wolontariusza, który będzie na niej stał? Może pomyśleć o jakimś jedzeniu/piciu dla obecnych? Pewien kolega słusznie zauważył, że gdyby w pobliżu stanął ktoś z obwoźnym sklepikiem z jedzeniem/piciem, to świetnie by się to sprzedawało. No i trochę dopracować to oznaczenie trasy, może nawet ją uprościć, aby tacy zakręceni jak ja, już się więcej nie gubili. Organizatorzy dwoili się i troili bo mieli niedobór rąk do pracy. Wyraźnie brakowało wolontariuszy. Domyślam się, że ułożenie całej trasy, otaśmowanie, ustawienie przeszkód jest bardzo pracochłonne. To zapewne z tego powodu następny Extreme odbędzie się za dwa lata, w 2020 roku. Może w związku z tym warto następnym razem pomyśleć o podniesieniu wpisowego, aby byli ludzie, którzy ustawią sprawnie przeszkody a potem pomogą zabezpieczać zawody. Nie wiem jak inni ale ja wolałbym dopłacić ze 30 zł wpisowego a mieć kompetentną obstawę trasy na przeszkodach i w newralgicznych punktach.

Szkoda, że następna edycja dopiero za dwa lata. Mam nadzieję w niej wystartować, choćby po to aby po raz pierwszy zrobić trasę bez „babola”. Obiecałem sobie, że już następnym razem przyjadę ze 3 godziny wcześniej, obejdę całość i nauczę trasy na pamięć. Ukończę bieg bez pomyłki a dzierżony tytuł „Janusza Woskrzenic” bez żalu oddam komuś innemu.

Wyniki biegu dostępne są na stronie Time2Go w zakładce "wyniki" [LINK]. Tam też filmy i galeria zdjęć z imprezy.

6. Maraton Lubelski – treningowo

Tak jak zapowiedziałem wcześniej, maraton w Lublinie miałem pobiec na wynik czasowy lecz zniechęcony pogodą postanowiłem odpuścić. Słabo znoszę upał. Uznałem, że inwestowanie formy w bieg, który pochłonie dużo sił, a który da mi pewnie rezultat gorszy o 10-15 minut od tego, jaki uzyskałbym w dobrych warunkach, zwyczajnie mi się nie opłaca. Tyle teraz tych maratonów, lepiej poczekać na lepszą pogodę a tu, skoro już opłaciłem, pobiec treningowo.

Na trasie. Zdjęcie: Przemysław Gąbka/Dariusz Miącz

Tak zrobiłem. Mało tego: dla Festiwalu Biegowego obiecałem fotorelację dlatego zabrałem ze sobą aparat na bieg i biegłem z aparatem w ręku robiąc po drodze zdjęcia. Było ciekawie także dlatego, że trasa była zupełnie nowa. Zawierała w sobie dwie pętle wokół Zalewu Zemborzyckiego. Uważam ją za bardziej przyjazną biegaczom, niż stara trasa po tłocznych ulicach lubelskich, którą raz kiedyś biegłem. Niestety po biegu okazało się, że wszyscy pierwszy kilometr pobiegli nieco inaczej, co spowodowało skrócenie dystansu o ok. 400 metrów. Błąd ludzki, za który organizator przeprosił. Szkoda i organizatora, któremu niewątpliwie jest przed biegaczami bardzo głupio, i samych biegaczy, którzy nabiegali „życiówki” a później okazało się, że nie mogą być oficjalnymi „życiówkami” z powodu niewymiarowej trasy.

Nieautoryzowany (zapewne) punkt nawadniający z... piwem!

Tak biegłem zatrzymując się co jakiś czas i robiąc zdjęcia. Było przyjemnie choć teraz myślę, że z tempem jak na trening trochę przesadziłem. Zamiast spokojnie przeczłapać w 4 godziny podchwyciłem atmosferę zawodów i przybiegłem w 3:16. Cóż, stało się, będę się regenerował dłużej.

Tutaj [LINK] do mojej relacji i zdjęć z 6. Maratonu Lubelskiego

wtorek, 8 maja 2018

Krótki cross w krainie sera

Zdjęcie: Dark Side Runners
Nazwa imprezy, z której relację piszę jest dosyć szumna i długa: „VI. Otwarte Mistrzostwa Polski Biegusiem.pl w biegach przełajowych”. W praktyce jest to niewielka lecz sympatyczna klubowa impreza, organizowana w części na prywatnej posesji zwanej Ranczo „Kozia Górka”, opodal Ryk. Tak, tych Ryk, w której od 90 lat funkcjonuje spółdzielnia mleczarska. Firma ta - co bardzo miłe - angażuje się w promowanie aktywności fizycznej. Sam mam jakieś gadżety od spółdzielni, które dostałem na jednym z biegów.

Same zawody to – jak wspomniałem – niewielka impreza na około 200 zawodników. Bieg przełajowy na nietypowym dystansie 8600 metrów, tworzącym pętlę po pobliskim, lekko pagórkowatym terenie. Podłoże, po którym się biegło było często suchym, kopnym piachem co w połączeniu ze słoneczną i ciepłą pogodą (ponad 20 stopni) sprawiło, że na rozwijanie zawrotnych prędkości nie było tu co liczyć.

Pozostało zatem ściganie. Już 200 metrów od startu ci najszybsi zaliczyli drobny błąd skręcając w lewo, zamiast w prawo. Ci biegnący za nimi zaczęli krzyczeć i zawracać, przez co pechowcy nadłożyli jedynie kilka metrów. Ta drobna przygoda pozwoliła mi cieszyć się przez krótki czas prowadzeniem biegu.

Faworyci wrócili szybko na swoje miejsce a mnie pozostało wrócić na swoje. Biegłem w pierwszej dziesiątce, nawet chwilę rozmawiając ze znajomym Jaromirem. Na drugim kilometrze przekroczyliśmy przejazd kolejowy – szczęśliwie pociąg przejechał minutę wcześniej i nie musieliśmy się zatrzymywać. Opcja „zatrzymanie i czekanie na przejazd pociągu” była jak najzupełniej prawdopodobna o czym przypominał organizator przed startem.

Na 3 i 7 kilometrze była woda. Raczej się nią polewałem niż piłem, zbyt krótki to dystans, aby uzupełniać płyny. Na ostatnich kilometrach, biegłem w towarzystwie dwóch młodszych chłopaków. Jeden z M20, drugi z M30. Tasowaliśmy się, zmienialiśmy na prowadzeniu. Kilometr przed metą M20 nie wytrzymał tempa i odpadł, pozostał mi jeden bezpośredni konkurent. Myślę – „za ostatnim zakrętem, 200 metrów przed metą przyśpieszę do sprintu, ile dam radę”. Tak zrobiłem lecz tak samo zrobił też konkurent. I okazał się szybszy. Wygrał ze mną o 2 sekundy. Z rozmowy na mecie wynikło, że dychę biega w 35 minut i czterdzieści parę sekund więc przegrałem z lepszym od siebie. Wstydu nie ma.

W OPEN byłem 6 na 163, czas 00:32:33. Wygrał Dawid Kubiec z czasem 00:30:20. W kategorii wiekowej M40 byłem drugi. Impreza zakończyła się poczęstunkiem oraz losowaniem nagród. Co ciekawe, i z czym się spotkałem pierwszy raz – losy zrzucał z nieba przelatujący nad ranczem samolot. Były ukryte w małych cukierkach. Trzeba było widzieć te dzieci, które pędziły w miejsce, gdzie spadał deszcz cukierków, niczym manna z nieba. Pocieszny widok.

Przyjemny, treningowy bieg, w ładnym miejscu i przyjemnej atmosferze. Polecam.

Pełne wyniki [TUTAJ]

Galeria na profilu Facebook Dark Side Runners

niedziela, 29 kwietnia 2018

Wielka Prehyba - Mistrzostwa Polski w Długodystansowym Biegu Górskim

Autor zdjęcia: Jacek Deneka

Parametry
 
Miejsce: Szczawnica
Dystans 43 km
Suma podejść: 1925 m.
Limit: 9 godzin
Pogoda: gorąco, ok. 26 stopni, słonecznie, sucho.
Startujących: ok 600. Ukończyło w limicie 553.
Zwycięzca: Marcin Świerc - czas 3:26:46
 
Część I - Radosna
 
Byłem w Szczawnicy już kilkukrotnie ale na zawodach biegowych po raz pierwszy. Miejscowość piękna, zadbana, góry ładne, tylko ta pogoda niepokoiła. Nóż mi się w kieszeni otwierał, gdy kilka dni przed startem zaglądałem na portale pogodowe. Dwa, trzy dni przed startem - pogoda umiarkowana: 19-20 stopni, w dniu startu – tarach! - 26 stopni. Dzień po starcie znowu umiarkowana: 19-20 stopni. Cóż za złośliwość natury.
 
Przyjechałem do Szczawnicy przed północą. Nocleg na podłodze w szkole. Start rano o 9, z nad potoku Grajcarek. Ludzi dużo, startujących i kibiców. Ustawiam się gdzieś w 3-4 linii. Tylu tu mocarzy, że nie ma się co wychylać do przodu. Skupiam się na swoim planie, na "robocie", która jest do zrobienia. Minuta przed startem, stoję w bezruchu a zegarek pokazuje tętno 103. Serce już czuje, co się święci.
 
I poszło. Początek deptakiem nad potokiem, prawie płasko. Czas na spokojny rozruch. Nie chcę zacząć tu za szybko ale nie chcę tu też zamarudzić i zostać z tyłu. W górach bycie z tyłu oznaczać może trudne przeciskanie się na wąskich ścieżkach, w dalszym etapie wyścigu.


 Nie jest źle. Jest fajnie - słonecznie, ale jeszcze nie za gorąco. Czuję się dobrze co nie jest niczym dziwnym zważywszy, że to pierwsze kilometry. Raźno podchodzę ze Szczawnicy (430 m. n.p.m.) pod Dzwonkówkę (1000 m n.p.m.), w kierunku schroniska na Przechybie (1150 m n.p.m.). Co bardziej płaskie odcinki - podbiegam. Delektuję się nie tylko samą obecnością w tym miejscu, na tym wydarzeniu, ale też towarzystwem. Co rusz spotykam dawno niewidzianych przyjaciół i znajomych. Jeden Krzysiek, drugi Krzysiek, Piotrek, z którym robiłem Rzeźnika. Nawet znani ze słyszenia biegacze z mojego regionu. Zacne towarzystwo i aż chce się z nimi biec. Napieramy ramię w ramię, ja czasem wyprzedzę na podejściu, ktoś mnie weźmie na zbiegu, tasujemy się, mijamy. Mijają też kolejne kilometry.
 
Część II - Światła
 
Do Schroniska na Przechybie (13,5 km) docieram z czasem 1:22:56 jako 33 zawodnik. Tylko woda i lecę dalej. Nadal czuję się dobrze, choć niepokoi trochę wysokie tętno. A tymczasem słońce się ośmiela i grzeje coraz mocniej. Główne podejście mam już za sobą, wydaje się, że zostały tylko niewysokie "pryszcze". Na razie są łagodne górki i szeroka droga, a nawet kilka metrów po śniegu. W końcu osiągamy najwyższy szczyt biegu: Radziejową (1268 m), którą znam z robionego kilkukrotnie Biegu 7 Dolin. Stromy, również znany mi nieźle zbieg z tej górki i do drugiego punktu - Bacówka na Obidzy (23 km) dobiegam jako 32 zawodnik z czasem 2:13:43. Jest tu krótka "agrafka" - dobieg i nawrót po tej samej trasie. Za mną i przede mną znowu znajome chłopaki. Ktoś krzyczy w moją stronę coś o biegaczach z Podlasia. Kto to był - nie zdążyłem poznać. Biegnę jeszcze żwawo ale już czuję, zbliżające się osłabienie.
 
Cześć III - Bolesna
 
No i stało się - w końcu spuchłem. Kryzys dopadł mnie około 30 kilometra. To pięć kilometrów przed ostatnim punktem odżywczym. Żar leje się z nieba, nogi zrobiły się miękkie, czuję, że nie mam siły. Łykam przedostatni żel. Na łagodnych nawet podejściach przechodzę w marsz. Koledzy pouciekali do przodu a ja modlę się tylko, aby nie robić siary i nie iść piechotą na płaskim i na zbiegach. Biec świńskim truchtem, ale biec. No i jakoś biegnę, wlokę się do tego punktu. Na ścieżce robi się tłoczno, pełno ludzi wokół mnie, chyba z krótkiej trasy - Chyżej Durbaszki (trasa 20 km). Gdzieś tu "pyknęła” mnie Ewa Majer. Krzychu, który tu kiedyś biegł mówił mi, że na tym etapie jest sporo wrednych, stromych górek. I rzeczywiście: ścieżka wąska, jakieś korzenie, zwalone drzewa. Krótko ale stromo w dół, krótko ale stromo pod górę. Ciężko się tu rozbujać, niby nigdzie się nie potykam, ale nie chcę ryzykować "szczupaka" po skałach. Zbiegam umiarkowanie szybko, bez szaleństw ale i bez przesadnej asekuracji. Teraz myślę już tylko o schronisku pod Durbaszką położonym na 33 kilometrze. Byłem tam kiedyś z przyjaciółmi, znam ostatni etap trasy. Łagodne, trawiaste łączki jak w bajce o Shreku, głównie w dół. Nawet w tym skwarze powinny być przyjemne.
 
Cześć IV - Chwalebna
 
Jest Durbaszka (850 m n.p.m.) i jestem tu 32. Ludzie siedzą, jedzą, piją. Ja znów: tylko wodę, ostatni żel i do mety. Ostatnie 10 km, głównie zbiegi. Muszę wytrwać. Biegnę niestety wolno ale cieszę się, że w ogóle biegnę i na podejściach nie muszę odpoczywać. Z boku znowu widać piękne, ośnieżone szczyty Tatr. Ależ bajkowa sceneria. Chwilo, trwaj! Z błogiego zamyślenia wybudza mnie idący z naprzeciwka Mikołaj z „Ultra”, mobilizuje, abym gonił do mety. To gonię. Jeszcze parę krótkich, stromych górek i zaczyna się zbieg do Szczawnicy. Na tym etapie byłem już święcie przekonany, że dotrę na metę czysty i suchy. Ale nie. Organizator na ostatnie kilometry trasy nawiózł błota i pokrył nim naszą ścieżkę. Że też mu się chciało.
 
Deptak w Szczawnicy. Usiłuję zebrać ostatki sił, spożytkować wszelkie pozostałe paliwo, wbiec na metę możliwie szybko. Kończę jako 31 zawodnik z czasem 4 godziny, 18 minut 26 sekund. Średnie tempo całości: 6:01 na km. Już w następnych sekundach odbieram od wolontariuszy wodę i wlokę się do potoku. Zimnego, czystego, orzeźwiającego potoku. Natychmiast ściągam buty i moczę nogi. Zdaje się, że słyszę syk i parę unoszącą się z nad kończyn. Chłodzę twarz, ręce, popijam wodę. Ależ o tym marzyłem. Tak odpoczywając liczę straty: dwa paznokcie poszły, obtarcie skóry na pięcie i jeden odcisk. Trudno. Obtarcie czułem już kilkanaście kilometrów przed metą ale nie chciałem tracić czasu na zatrzymywanie i naklejanie plastra.

Z Rafałem Bielawą, specjalistą od biegów ultra w wersji XXXL

Powrót następnego dnia rano, po drodze jeszcze zwiedzanie pałacu Lubomirskich i Potockich w Łańcucie. Pogoda znów piękna, wiosna w rozkwicie, w dawnym ogrodzie magnackiej rezydencji efekt się jeszcze potęguje. Robię sobie "Dzień Dziecka" i dwukrotnie zaglądam do pobliskiej lodziarni po wafel z bitą śmietaną. A co, zasłużyłem.
 
Łańcut

Dwa dni później, już w domu ciągle schodzę po jednym schodku, trzymając się ściany lub barierki. Oj, nie dobrze. Tylko 43 km a tak mnie sponiewierało. Widać za mało trenuję, może za mały kilometraż? Nogi osłabły i źle to wróży na długie tegoroczne wyrypy, na które się nieopatrznie pozapisywałem. Trzeba chyba zwiększyć kilometraż ale na siłowni, gdzie sobie biegam na bieżni dwa dni w tygodniu ciężko mi wytrwać dłużej niż godzinę. Okropnie nudno.
 
Czy podczas biegu w Szczawnicy popełniłem błędy? Sprzętowe, żywieniowe - chyba nie. Zdaje mi się, że wszystko zagrało. Być może błędem było zbyt szybkie tempo na początku. Po czymś takim można się spodziewać, że w drugiej połowie będzie "dętka". Ale z drugiej strony wiedziałem, że w południe będzie upał a w takich warunkach "dętka" mnie nie minie. Jestem przekonany, że w upale spuchłbym niezależnie od tego, czy początek zrobiłbym wolniej, czy szybciej. Niestety, słabo znoszę wysokie temperatury. Dla mnie powyżej 20 stopni to już upał. W Szczawnicy upał był i mnie osłabił, lecz nie było aż tak źle, jak się obawiałem.
 
Myślę, że przetrwanie szczawnickiej patelni zawdzięczam po części paradoksalnie... kiepskim warunkom do trenowania pod góry, jakie mam u siebie. Niestety, okolice Białej Podlaskiej są płaskie jak stół do bilardu. Od zimy wszystkie podbiegi byłem zmuszony robić na mechanicznej bieżni. W siłowni jest z natury dosyć ciepło więc gdy tak zlany potem zachlapywałem konsolę i parkiet pod bieżnią, to trochę się przyzwyczaiłem do wyższych temperatur oraz niedostatku świeżego powietrza. W efekcie, gdy stanąłem na starcie szczawnickiego biegu byłem może słabo przygotowany do podbiegów i zbiegów, ale jako tako oswojony z temperaturą i duchotą. Takie to chyba szczęście w nieszczęściu.
 
Kończąc dziękuję organizatorom – cały szczawnicki festiwal był świetnie zorganizowany.
 

środa, 11 kwietnia 2018

IV Dycha do Maratonu - relacja

W niedzielę ukończyłem bieg na 10 km w Lublinie. Impreza znana, na starej trasie nad Zalewem Zemborzyckim. Moją foto-relację dla Festiwalu Biegowego można pooglądać klikając na link poniżej.

[Relacja z IV Dychy]

A jak mi się biegło? Nietypowo. Zrobiło się ciepło, 20 stopni, dla mnie już gorąco. Postanowiłem pobiec bez zegarka, na samopoczucie. Na pierwszych kilometrach plan uległ jednak zmianie. Dostrzegłem dwóch, współpracujących ze sobą biegaczy w identycznych koszulkach z napisem „Lubelski Biegacz Elite”. Chłopcy drobni, chudzi, wyglądający na ścigantów. – Tak ze 35-36 minut pewnie polecą – pomyślałem.

Zdjęcie: Grzegorz Skulimowski

No to zrobiłem z nich sobie pacemakerów. Uznałem, że utrzymam się za nimi jak się da, a jak się nie da to wtedy odpuszczę. I tak przebiegłem... cały dystans. O dziwo z lekko zaciągniętym hamulcem bo ten kolega, co biegł przede mną nie biegł jakoś bardzo szybko. Miałem rezerwy i mogłem go wyprzedzić ale bałem się szarżować a potem zdychać na końcówce. Biegłem sobie spokojnie za „Lubelskim Biegaczem Elite”, na podbiegach zwalniałem ja, potem go doganiałem. Kilkaset metrów przed metą przyśpieszyliśmy. Miałem jeszcze sporo rezerw. Wbiegłem na linię mety dziwnie mało zmęczony z czasem 37:22 brutto. Czas przyzwoity, miejsce 25 na 1553, którzy ukończyli. W kategorii M40+ byłem 4 na 334. W pierwszej szóstce OPEN trafił się jeden z M40+ a nagrody się nie dublują dlatego na dekoracji mogłem stanąć na trzecim stopniu podium.

Z jednej strony czuję lekki niedosyt bo wydaje się, że mogłem pobiec szybciej. Z drugiej strony cieszę się, że jest to moja najszybsza „dycha” od dłuższego czasu (dokładnie od 2 lat) i że wydaję się wracać do dobrej formy, gdy biegałem 10 km w 36:XX minut. Oby.

A już za niedługo Wielka Prehyba – poważniejszy start bo Mistrzostwa Polski w Długodystansowym Biegu Górskim (43 km). Nie wiem co mnie czeka oprócz lania od mocnej obsady, bo nie znam trasy i nigdy w Biegach w Szczawnicy nie startowałem. Zobaczymy co będzie, jestem nastawiony pozytywnie.

Zdjęcie od: Łukasz Węda

sobota, 24 marca 2018

Maraton Jana Kulbaczyńskiego - prawdziwie zimowy

Nazwa imprezy: VI Cross Maraton Jana Kulbaczyńskiego po Ziemi Piszczackiej i Kodeńskiej
Czas: 17 marca 2018, start o 10:00, sobota.
Miejsce: Połoski, koło Białej Podlaskiej
Dystans: ok. 42.195 m.
Trasa: głównie terenowa, po polnych i leśnych drogach, kilka km po asfalcie w Kodniu. Trasa od 10 do 32 km odśnieżona przez pług. Na trasie sporo zasp śnieżnych, przez krótki odcinek do połowy łydki i nie dało się biec.
Pogoda: Tuż przed dniem startu nastąpiło załamanie pogody: śnieżyca i mróz, musiałem wykopywać w śniegu wyjazd z podwórka. około minus 6 stopni, silny wiatr, słonecznie.
Uczestnicy: 60 osób ukończyło.
Mój czas: 3:15
Miejsce OPEN: 1


Zdjęcie Bogdan Korniluk / Gwalbert Krzewicki (Radio Biper)

W Lubelskiem inaczej niż jest w reszcie kraju,
tam za pasem wiosna, tu iście zimowa zjawiła się pogoda,
porywisty wiatr, atak śnieżycy,
rezygnować z zawodów? Zwyczajnie szkoda!

Maraton Jana Kulbaczyńskiego miał mnie teraz minąć,
ostatnie dwa weekendy to były wyścigi,
biegać tak co niedzielę, mało odpoczywać,
źle by to wpłynęło, na moje wyniki.

Śnieżyca jednak przyszła i bardzo kusiła,
będzie walka nie z błotem, lecz zaspami śniegu,
zgłosiłem się do zawodów, odśnieżyłem podwórko,
dotarłem do Połosek, gotowy do biegu.

W szkolnej bazie  biegacze, Są też i kijkarze,
szykujemy ubrania, stuptuty, żele,
start jest sprzed kościoła, ksiądz kropi kropidłem,
uroczystość na wsi, prawie jak w niedzielę.

Sześćdziesięciu ruszyło, początek ulicą,
wkrótce skręt na prawo, w  ośnieżoną drogę,
stopa skręca pod śniegiem, jest bardzo nierówno,
łatwo o upadek i stłuczoną nogę.

Wkrótce znowu asfalt, las jakiś, Zahorów,
Wciąż jestem tu pierwszy,
prowadzę od początku,
reprezentant Wisznic i biegacz tutejszy.

Na siódmym kilometrze,
najtrudniejsza przeprawa,
tu śniegu jest po łydki, zaspa goni zaspę,
zamiast biec – maszeruję, kończy się zabawa.

Nieco dalej jest punkt,
dadzą jeść, pić i - ola Boga!
koniec tego marszu można już biec szybciej,
jechał tędy ciągnik, odśnieżona jest droga!

W Kodniu kółko po parku,
wolontariusz częstuje,
krótki odcinek asfaltem,
Policja trasy pilnuje.

Biegniemy znów polną drogą,
na szczęście odśnieżoną,
na otwartym terenie śniegiem szybko zawiewa,
biały puch kryje wszystko, stopy w śniegu toną.

Wkrótce jest agrafka,
„piątka” z gościem z obsługi,
jest nawrót do mety,
został odcinek i znany, i długi.


Fragment trasy. Zdjęcie: Marcin Brojek
Z naprzeciwka biegną koledzy,
pozdrawiam, lecz nie zamierzam czekać,
kilkaset metrów za mną goni „Świdnik”,
też solidny biegacz, muszę mu uciekać.

W Kodniu zakręt w prawo,
przez pola, przez las, znowu w śniegu,
kilometrów trzydzieści, nogi już zmęczone,
w zaspach brnę powoli, zwalniam nieco biegu.

Teraz nie cztery piętnaście, a dziesięć sekund wolniej,
nie mam już tej świeżości biegowego rajdowca,
za mną i przede mną przestrzeń, konkurencji nie widać,
tak chyba wygląda, „Samotność długodystansowca”.

Znów znajome zaspy, te pod Zahorowem,
otwarte pole, wiatr dmie w twarz, prawie zamraża,
wkrótce las, wieś, pole,
dwa kilometry przed metą przeganiam ostatniego „kijkarza”.

Kończę wyścig swobodnie, z czasem trzy-piętnaście,
lekko wbiegam na finisz nic nie zagrożony,
były zaspy, wiatr, trudne warunki,
wygrałem maraton, jestem bardzo zadowolony.


 Zdjęcie: Mirosław Laskowski
[Relacja i galeria zdjęć w Radio Biper]

[Relacja i galeria w Słowie Podlasia]

[Relacja filmowa Radia Biper]

poniedziałek, 12 marca 2018

Wygrać zawsze miło

Nazwa imprezy: Dzień Kobiet na Sportowo
Czas: 10 marca 2018, start o 11:05, sobota.
Miejsce: Biała Podlaska, „Zielona Galeria”
Dystans: ok. 4750 m.
Trasa Wszystko po chodniku wzdłuż ulicy i kawałek po parkingu przy Galerii.
Pogoda: około 6-8 stopni, słonecznie, wiatr średni.
Uczestnicy: 69 osób (26 mężczyzn, 43 kobiety)
Mój czas: 17:32
Miejsce OPEN: 1

Wrażenia

Treningowy start w lokalnych, małych zawodach; przedmuchanie 6 dni po Półmaratonie Wiązowskim. Nie przygotowywałem się do tego biegu. W czwartek na siłowni w ProGym poćwiczyłem mocno mięśnie dwugłowe i pośladkowe tak, że w dniu startu miałem mocne zakwasy. Piątek też był biegany a dodatkowo wieczorem wylądowałem na domówce u koleżanek.

Zdjęcie:Andrzej Jędryczkowski

Zaraz po starcie czułem, jakbym biegł na szczudłach lub drewnianych nogach. Tuż za mną biegło kilku. Zegarek rozładował mi się tuż przed startem, więc nie wiedziałem, jak szybko biegniemy. Wydawało mi się że wolno. Zdziwiony, że nikt się nie wysuwa na prowadzenie mówię do chłopaków „wyprzedźcie mnie”. Nikt się jednak nie zdecydował. Biegliśmy zwartą, chyba 4-osobową grupą. Równym tempem. Po powrocie policzyłem na kalkulatorze Danielsa, że było to ok. 3:41 na kilometr.

Chłopcy trzymali się tuż za mną przez większość dystansu, do 4 kilometra. Ostatnie kilkaset metrów przed metą przyśpieszyłem bo wiedziałem, że jak ja nie przyśpieszę, to ci przyczajeni za moimi plecami zrobią to za mnie. Niespodziewanie dałem radę wygrać. Miałem szczęście, że nie przyjechali mocni amatorzy z okolicy, którzy z łatwością by mnie pokonali.

Dziękuję organizatorom: Klubowi Biegacza Biała Biega oraz firmie Time2Go, a także sponsorowi: „Zielonej Galerii”. Po biegu, kupiłem sobie za podarowany bon zakupowy m.in. dwa kwiaty: aloes i skrzydłokwiat. Nie znam się na kwiatach ale te podobno oczyszczają powietrze i działają zdrowotnie na organizm. Pamiętam, jak trener Wilczek polecał mi aloes na kontuzje. Dla biegacza to chyba dobry zakup.

Zdjęcie: Andrzej Jędryczkowski