wtorek, 11 lipca 2017

Tatarski bieg w Studziance - fotorelacja

Po „Jaszczurze”, jeszcze tego samego dnia pojechałem na „VI Tatarską Piatkę” – bieg na 5280 metrów po polnych drogach w Studziance koło Łomaz. Z Wisznic bardzo blisko.

Nie, nie biegłem. Miałem dosyć biegania po poprzednim dniu. Tym razem bawiłem się w fotoreportera. Pogoda dopisała, do tego pobliskie, malownicze pola stworzyły całkiem ładną scenerię.

Zapraszam do oglądania zdjęć i relacji.


[Studzianka – crossem w wiosce polskich Tatarów]


Jaszczur – Kresowe Bagna

W tym roku biegam głównie krótkie biegi krótkie bo nie czuję się na siłach, aby biegać dłuższe. Ale gdy mam pieszy maraton na orientację prawie pod domem, tylko 50 km od Wisznic – żal nie skorzystać.  Tym bardziej, że wyścigi z mapą i kompasem w garści ciągle bardzo lubię.

Pojechałem w końcu na ten „wyścig”, który z wyścigiem miał tak naprawdę niewiele wspólnego. Pierwszy raz byłem na „Jaszczurze” a jest to maraton trochę specyficzny. Dlaczego – o tym w poniższej relacji.

A. Skoczyński i R. Trocha - zwycięzcy TP 50
 Finalnie sklasyfikowano mnie na 7 miejscu z około 34 zawodników z mojej trasy. Tylko 34, aż tak kameralnie? – zapyta ktoś. Tak, mało było osób ale było fajnie. Co ciekawe ujęto mi punkty za rzeczy nie związane stricte ani z bieganiem, ani z orientacją w terenie. Poległem na przykład przy określeniu gatunku drzewa. Różnorakie pomyłki przy punktach kontrolnych lub zadaniach były tam bardzo powszechne. Nawet organizator się pomylił bo pozamieniał opisy punktów a nawet nie pamiętał ile ich dokładnie ustawił w terenie. Sprawiło to, że przynajmniej ja zrobiłem trochę dodatkowych kilometrów.

O pomyłki i szukanie lampionu w trzcinach tam, gdzie go nie było nie mam pretensji bo po pierwsze, jak to mówią: "errare humanum est" a po drugie organizator ostatecznie zachował się bardzo uczciwie, bo nie ujmował ludziom punktów za to, co sam narozrabiał. 

Ogólnie bawiłem się dobrze i generalnie na luzie. „Jaszczur” to w moim odczuciu impreza bardziej turystyczna niż sportowa i jeśli jeszcze będzie kiedyś niezbyt daleko, to chętnie znowu wezmę udział.

Tymczasem zapraszam do relacji opublikowanej na portalu Festiwal Biegowy.

[Jaszczur – Kresowe Bagna. Relacja]

niedziela, 2 lipca 2017

Bałtów zdobyty – relacja z Hunt Run

Ukończona wczoraj, górska przeszkodówka Hunt Run rozgrywana na dystansie 12 km przyniosła mi dużo wrażeń a na mecie też satysfakcję. Ukończyłem na piątym miejscu na około stu z grupy „Elite”. Biorąc pod uwagę aktualną dyspozycję myślę, że nie jest to zły wynik. Czas 1:43:07. Relacja z tego biegu wraz z dużą ilością zdjęć została opublikowana na portalu Festiwal Biegowy. Zapraszam.

[LINK] do relacji


wtorek, 27 czerwca 2017

Dycha w Platerowie – po raz trzeci

Fot. Tomasz Pojawa, Anna Pawłowska-Pojawa
Startów w lokalnych, krótkich biegach ciąg dalszy. Tym razem 10 km w mazowieckim administracyjnie a kulturowo bardziej podlaskim Platerowie. Byłem tu już kilka razy. Pierwszy start w 2013 roku: dwukrotnie na pudle, wywalczone dwa pucharki. Czas 36:38. Drugi start był w 2016 roku, w słońcu i mega-upale 33 stopnie. Czas 39:29, miejsce 18 OPEN.

Tegoroczny start był czasowo drugi ale biorąc pod uwagę fakt, że pogoda była znośna (pochmurno, 24 stopnie) to był start najsłabszy. Pobiegłem dosyć równo, po średnim tętnie widać, że się nie obijałem a pomimo to czas 39:15 jest daleki od satysfakcjonującego. Miejsce 32 OPEN na 415 i 7 w kategorii M40 też pokazuje, jak daleko jestem od wyników z przed kilku lat. Cóż, mniej się trenuje to i takie wyniki są. Zaskoczenia nie ma. A obsada jak na mały Platerów była całkiem przyzwoita. Pierwsza czwórka przybiegła poniżej 33 minut. Nawet taki Przemek Dąbrowski, guru długodystansowego biegania w Białej Podlaskiej choć już w Białej nie mieszka, miał się z kim pościgać.

Zadowolony jestem z tego biegu bo życiówki nie oczekiwałem, choć przyznam, że liczyłem bardziej na wynik 38 minut z małym haczykiem. Wyszło minutę gorzej. Trudno. Biegło się w każdym razie fajnie – mocno ale bez kryzysów, puchnięcia pod koniec. Znowu na ostatnich kilometrach wyprzedziłem kilku co świadczy, że na szybkości tracę ale siła i wytrzymałość ciągle jeszcze jest moim atutem.

Napisałem foto-relację dla Festiwalu Biegowego do której dołączyłem krótki wywiad z Andrejem Starzynskim (drugi na mecie, czas 31:16). Zapraszam.

[LINK] do foto-relacji.



piątek, 16 czerwca 2017

Dyszka tu, połówka tam czyli moje podwórkowe starty w rodzinnych stronach

 II Majowy Bieg „Na Wisznicką Milę”

Zdjęcie: Gmina Wisznice
Proszę, jak to bieganie się rozwija – Wschód Polski pod względem ilości imprez biegowych był zawsze w tyle za częścią zachodnią ale i tu czas nie stoi w miejscu. W moich Wisznicach wystarczyło, abym wyszedł 500 metrów od domu i już mam imprezę biegową na różnych dystansach, w sumie na 133 uczestników. Fakt, że to zawody typowo „podwórkowe”: w biegu na 10 km wystartowały ledwie 22 osoby w tym 4 kobiety, po polnych drogach, bez żadnych chipów do pomiarów czasu ani nawet numerów startowych. Każdy miał jedynie w kieszeni karteczkę z nazwiskiem. Ale jest: pierwsza „dycha” w Wisznicach.

Osobom niewtajemniczonym wyjaśnić należy jeszcze nazwę imprezy. Dlaczego piszę, że pierwsza „dycha” skoro impreza ma numer „2”? Ponieważ w ubiegłym roku bieg główny „Wisznickiej Mili” zorganizowany został na dystansie 5 km. Druga sprawa – „wisznicka mila”. Czyżby był jakiś lokalny, wisznicki system miar, w którym mila miałaby 10 km? Skąd. Bieg główny miał dystans 10 km natomiast przed nim wystartowały biegi krótsze: dla dzieci i młodzieży. Był też bieg na 1609 m czyli właśnie na współczesną milę anglosaską. Dziwić trochę może, odniesienie do obcego na tych terenach, anglosaskiego systemu miar a nie do bliższego nam, stosowanego w dawnej Rzeczypospolitej. U nas w XVI-XVIII wieku mile przecież też były: polskie, litewskie czy ruskie. Ich długość zmieniała się w zależności od rodzaju i czasów wahając w przedziale około 5500 – 8500 metrów.

Jak się biegło? Meta była w centrum Wisznic zaś biegaczy wywieziono dwoma busami na linię startu, na polne peryferia Dubicy – sąsiedniej miejscowości. Wystartowaliśmy na sygnał drąc po żużlowej a następnie polnej drodze, robiąc po drodze jedną pętlę. Warunki łatwe nie były: słońce, około 25 stopni, prawie żadnego cienia, piasek na drodze zwykle sypki. Z powodu gorąca mazgaił się nie będę. „Jest zima to musi być zimno” – tłumaczył pani kierowniczce palacz w „Misiu” [Miś – kotłownia]. Teraz „jest lato to musi być gorąco” – tak możemy sparafrazować misiową sentencję. Trzeba być na upał przygotowanym nawet, gdy ktoś – tak jak ja – go nie lubi. Fortunnie dało się na trasie schłodzić: dwukrotnie przebiegaliśmy obok punktu z wodą. Inny czynnik pozytywny to taki, że wiejący dosyć silny wiatr dmuchał najczęściej w plecy.

Rywalizacja przebiegła w zasadzie zgodnie z moimi przedstartowymi przewidywaniami. Przed wyścigiem spotkałem znajomego ucznia z lokalnego liceum, Rafała Klimka. Przypuszczałem, że z nim przegram bo jest ode mnie szybszy. Im krótszy wyścig, tym mniejsze mam z Nim szanse. Biega zwykle do 5 km więc mogłem się łudzić, że na ostatnich kilometrach biegu na dychę spuchnie i zwolni. Rzeczywiście, trochę zwolnił ale nie na tyle, aby dać się dogonić. Przybiegł trzeci (38:15).

Przyjechał też Marek Jaroszuk z Łomaz z którym zawsze przegrywam dyszki i piątki. Marek, piłkarz lokalnej drużyny, utalentowany biegacz – amator znany w regionie, w dłuższych biegach nie startuje. Ten przybiegł drugi (37:18).

No i był jeszcze jeden biegacz, dla mnie nieznajomy – czarny koń wyścigu. Po ubraniu, startówkach na nogach, bardzo szczupłej sylwetce wyczułem biegowego charta. Nie pomyliłem się: Dawid Kwiatkowski z Lublina wygrał rywalizację z wynikiem 35:29.

A ja? Cóż, z czasem 38:57 przybiegłem czwarty. Zacząłem po 3:42, potem na tym piachu i słońcu nieco spuchłem i biegłem po 4:00. W niezłym stanie wbiegłem na metę tracąc do poprzedzającego Rafała 42 sekundy. Oczywiście, że był to bieg na „własnym boisku” i chciałem się przed wiszniczanami pokazać z jak najlepszej strony. Cudotwórcą jednak nie jestem. W ciągu ostatniego roku VDOT spadło mi z 58 na 55 i osiągam adekwatne do tego stanu wyniki. Z kim miałem wygrać to wygrałem, z kim miałem przegrać to przegrałem. Niespodzianek nie było.

A sam bieg był świetnym treningiem przed innymi, większymi imprezami. Jeśli tylko będę mógł to za rok znowu wystartuję.

4. Maestrocafe Półmaraton Chełmski

Chełm leży 80 km od moich Wisznic a zatem strony nie wydają się "rodzinne", ale rodzinnymi są. Tam mieszkały moja śp. babcia i śp. mama, gdy uciekły z Wołynia przed widłami i siekierami. Tam jeszcze dziś żyje część mojej rodziny. W młodości wielokrotnie przyjeżdżałem do Chełma, chętnie jeżdżę i dziś, choć już znacznie rzadziej. Miasto na pagórkach pełne starych kamienic i brukowanych ulic, stary cmentarz, babcia kochająca zwierzęta, karmiąca gołębie na parapecie swojego okna, z którego widać gmach PKWN - tak mi się kojarzy Chełm.
 
Biegłem tu już kiedyś połówkę - pierwszą edycję (2014). Półmaraton okazał się dosyć upalny, mocno pagórkowaty na pierwszych kilometrach i słabo obsadzony. Miłym zaskoczeniem było dla mnie 3 miejsce OPEN na 228, choć uzyskany czas nie był żadną rewelacją (01:21:36). Z resztą przez większość wyścigu biegłem drugi, dałem się wyprzedzić na końcówce [LINK do relacji].
 
W tym roku pojechałem na czwartą edycję. Co się zmieniło? Przede wszystkim trasa. Start z miejskiego parku, całkiem ładnego, mającego dobrą infrastrukturę i potencjał do bycia bazą zawodów biegowych. To zdecydowanie plus. Do tego trasa - stała się bardziej miejska. Pierwotna wersja prowadziła bardziej po obrzeżach miasta, nad Zalewem „Żółtańce”. Obecna wersja wiodła biegaczy głównie po mieście a że miasto leży na pagórach, to i tych podbiegów było jakby więcej (wg. organizatora +/- 140 metrów).
 
 
 
Był to mój pierwszy półmaraton w tym roku, po różnych problemach z czasem do treningu więc nie zamierzałem kozaczyć. Pierwotnie miałem pobiec w tempie ok 3:50 na km. Gdy zobaczyłem w dniu zawodów upał i bezchmurne niebo przesunąłem poprzeczkę zakładanego tempa na 4:00 na kilometr. Ostatecznie postanowiłem pobiec jeszcze trochę inaczej: na tempo i tętno. Z badań robionych w ubiegłym roku wyszło mi, że powyżej tętna 179 uderzeń na minutę przekraczam próg anaeobowy co z kolei powoduje, że przy dłuższym takim biegu muszę się zadziabać. Wobec tego zdecydowałem biec w granicach 3:50-4:00 i pilnować, aby nie przekroczyć tętna 179 HR.
 
Co wyszło w praktyce z takiego biegu "na zaciągniętym hamulcu"? To, czego się można spodziewać: Bieg w miarę lekki, bez kryzysów ale i bez świetnego czasu. Początkowy etap rywalizacji mocno mnie zaskoczył. Na pierwszych kilometrach widziałem prowadzącego, który biegł wolno, niewiele szybciej ode mnie. Na oko nie szybciej niż 3:40 na km. Młody, szczupły, szybki - przyszły zwycięzca biegu (01:17:08). Oglądał się za siebie pewnie zdziwiony, że nikt go nie goni i nie zmusza do biegu szybciej. Za nim grupka kilku osób, potem ja, gdzieś pod koniec pierwszej dziesiątki. Już na początku widać było, że poziom rywalizacji nie będzie tu wysoki lecz wybitnie amatorski.
 
Biegłem swoje starając się mniej trzymać tempo a bardziej płynnie reagować na zmianę pochyłości terenu, to zwalniając na podbiegach, to wracając do szybkiego tempa na zbiegach. Na jednym ze stromych podbiegów na brukowanej uliczce w centrum miasta zwolniłem wyraźnie. Wykorzystało to chyba pięciu biegaczy, którzy mnie wyprzedzili spychając poza pierwszą dziesiątkę zawodników. Był to może 4, może 5 kilometr trasy. Po cichu liczyłem, że chłopcy robią tu błąd cisnąc ostro pod górę i zapłacą za to na końcowych kilometrach. Tak mi podpowiadało doświadczenie z biegów górskich i ultra i jak się zdaje miałem rację. Wszystkich lub prawie wszystkich tych, co mnie wyprzedzili wyprzedziłem ja, w drugiej połowie trasy.
 
Zdjęcie: Sto kolorów kuchni
Stopniowo wymijałem puchnących lecz nie w szaleńczym tempie. Biegłem asekuracyjnie, trzymając się planu nie przekraczania bariery 179 HR. W okolicach 14 kilometra zacząłem być coraz bardziej zmęczony, tętno zaczęło rosnąć a ja, aby nie szaleć w strefie tętna 180 i wyższym musiałem zwolnić.
 
Przez długi czas, na ostatnich kilometrach widziałem 2 chłopaków biegnących może 200, może 400 metrów przede mną. Byli blisko, pewnie były szanse się z nimi pościgać ale zbyt asekuracyjny bieg sprawił, że przyśpieszyłem dopiero na ostatnich setkach metrów, zbyt późno. Chłopcy biegli razem co zapowiadało, że na finiszu będą się ścigać o 4-5 miejsce i włączą sprint biegnąc "w trupa". Efekt był więc taki, że przybiegłem tuż za nimi uzyskując czas 01:24:45, 6 miejsce OPEN na 265 i pierwsze w kategorii M40.

 
Zrobiłem fotorelację z tego biegu dla Festiwalu Biegowego [LINK do relacji]
 

wtorek, 16 maja 2017

Extreme Power Run II - relacja

Zdjęcie: Andrzej Jędryczkowski
Krótka przeszkodówka. Już tu biegłem w zeszłym roku, turystycznie. Przeszkody trudne nie były. Teraz chcę pobiec mocniej - kontuzji żadnej nie mam, za to chętkę na ściganie.  Pomimo, że jest całkiem ciepło na nogach mam INOV-8 X-Talon 212, wyżej spodenki zakrywające kolana, koszulę z długim rękawem, buffa i robocze rękawiczki. Wszelkie otarcia, zadrapania które niewątpliwie na trasie złapię niepotrzebnie podkopią morale dlatego warto się zabezpieczyć.

Startuję w drugiej, 40-osobowej grupie, 6 minut po pierwszej. Pierwsze kilkadziesiąt metrów po piachu jak na plaży, potem wąski podbieg na stromą skarpę. Łukasz pogrzał pierwszy jak z procy, ja gdzieś szósty czy ósmy. Niby wiem, że zaraz będzie wąskie gardło ale nie chciałem startować sprintem w kopnym piachu aby zbyt szybko nie spalić cennych zapasów energii. Strażacy polewają wodą z węża, ziemia się spod nóg obsuwa, nie ma jak wejść. Popycham plecy kolesia przede mną, ten nie ma jak przyśpieszyć bo przed nim utknęła jakaś panna. Te kilka sekund straty wydają się minutami. Piaszczysty stopień, na który staję obsuwa się spod nóg. Jakoś w końcu się gramolę. Teraz bieg.

Następna przeszkoda: podłużnie ułożona sterta opon. Najszybciej można zrobić ją przy brzegu, nie środkiem. Bieg, bieg, wyprzedzam kolejne osoby. To już pewnie pierwsza trójka mojej grupy. Rundka z wiaderkiem piachu - na szczęście lekkie jest. Nie szarpię się aby niepotrzebnie nie stracić zbyt dużo sił. Równowaga wysiłkowo-oddechowa to podstawa. Teraz czołganie pod oponami i już 3-metrowa ścianka z opon. Lecz co widzę!? Gość przede mną zamiast przejść górą jak Pan Organizator przykazał daje szczupaka w szparę pomiędzy oponami. A szelma! Pytam fotografa stojącego przy przeszkodzie czy zrobił zdjęcie temu, który oszukiwał. Zapamiętałem numer - odpowiada. Nabuzowany adrenaliną i ostrą rywalizacją obiecuję sobie zgłosić na mecie zagrywkę nie fair i piętnować oszusta ale potem zawodnika wyprzedzam (chyba jego), schodzi ze mnie ciśnienie i macham ręką. W końcu to nie wyścig o złote kalesony.
 

Następne przeszkody idą gładko: fajny lecz za krótki mostek linowy, kołowrotki, niskie ścianki strażackie. W końcu są przeszkody wilgotne: pierwszy, bardzo fajny, chybotliwy mostek na pływających pośród szuwarów beczkach. Mało tam brakuje, abym się skąpał. Mam ten komfort, że biegnąc w czubie nie muszę ani przed mostkiem stać, ani nikogo popędzać. Przelatuję go w pełnym biegu. Wkrótce po nim pierwsze zmoczenie - czołganie w piasku i w kałuży. Od tej pory suchy nie jestem.

Już wcześniej zacząłem doganiać pojedynczych maruderów z pierwszej grupy, teraz jest ich coraz więcej. Skok przez ciągnikową przyczepę. Na mijance widzę znajomych z pierwszej grupy. Zdają się nie być daleko. Oddech ciężki ale regularny. Powinien wychodzić mocny II zakres. Pulsometru nie wziąłem bo nie było potrzeby a poza tym bałem się go uszkodzić.

W świeżym wykopie piasku skaczemy po hałdach, wdrapujemy na skarpę i już witamy ze znajomą a pamiętną z zeszłego roku przeszkodą - kanałem z wodą. Wskakuję doń, teraz już po szyję. Brrr.., zimna! Woda już od początku głęboka a nie coraz głębsza, jak przed rokiem. I jakoś tak się dziwnie pieni. Czy ktoś tu czegoś dolał?!

Poślizg przy wyjściu, znowu bieg, tym razem do lasku. Znowu upodlenie w piachu i igłach - czołganie pod oponami. Tak tu właśnie jest: najpierw cię zmęczą, potem utarzają w piasku, umoczą w wodzie tylko po to, aby za chwilę znowu wytarzać i później znowu zmoczyć. Na końcu dadzą medal i  każą się cieszyć. Ach te biegi, gdzie tu rozsądek?

No, zostało już mniejszość dystansu. Łechtam się myślą, że przynajmniej ze swojej grupy jestem pierwszy. Potem, gdy obejrzę zdjęcia okaże się, że guzik - był chyba co najmniej jeden chłopak, którego nie dogoniłem.

Znowu zbiegamy nad wodę i znowu pływający mostek - "mostek Andrzeja". Pikuś w porównaniu z tym na beczkach - tamten był bardziej chybotliwy. Dalej worki z piaskiem i rundka dookoła. Standard.

Lecimy w krzaki, już teraz blisko mety. Są kibice, jest piach i pofałdowany teren. Teraz dwie ścianki: jedna pionowa z chwytami wspinaczkowymi - łatwa, ale czasu trochę zabiera. Druga to pamiętna Bestia Koali z zeszłego roku. Pochyła, śliska i z liną. Oj mieli z nią niektórzy problemy. I ja się na nie nastawiam bo może być wyślizgana i namoczona przez pierwszą grupę. Nie, idzie gładko.

Jest ślizgawka - zjazd w śliskim korytku z płynącą wodą - będzie zabawa! A guzik. Zaczynam na brzuchu dla lepszego rozpędu aby w połowie przekręcić się na plecy co by mieć lepszą pozycję do wstania. Te moje przekombinowane manewry sprawiły, że się w połowie ślizgawki zatrzymałem. Oj, słabo! Czyżby za dużo słodkości i za ciężki tyłek? Trzeba na dietę.

Czołganie pod siatką napawa mnie myślą, że jak w przyszłości wyłysieję, to oskarżę o to organizatora: bo to przez tą siatkę, która tarła mi czubek głowy, prawie do zapału. Dalej jest czołganie pod drutem kolczastym i wyjście do góry przez tunel z opon. Dla patyczaka takiego jak ja nie jest to łatwe bo nogi się nie mieszczą ale jakoś wychodzi. Do mety jeszcze tylko ze trzy przeszkody i kilkaset metrów - Finisz!

Nieco wcześniej mijałem jednego z orgów, który spytał mnie w locie, czy trasa dobrze oznaczona. Bardzo dobrze odparłem zasapany bo rzeczywiście do tego momentu była zrobiona świetnie. Zero wątpliwości, gdzie biec. Ale w tym momencie przechwaliłem.

Biegniemy w lasku pod górę, tam taśma zawieszona w poprzek. Gdzie teraz?! AAAAAA!!!! Jeszcze kilka osób się kręci, szukamy oznaczeń. Lecą sekundy, zegar się nie zatrzymuje. Natalia Korszeń z Horodyszcza, ta z którą startowałem w parze w podobnym biegu w Orzyszu też z nami jest [LINK do relacji]. AAAAA!!! Czas!!! Dobiega jeszcze kilka osób. Szukamy, szukamy, mijają kolejne sekundy, już chyba i minuta. Może druga. AAAAA!!!

Ze mnie już schodzi powietrze a w jego miejsce wchodzi rezygnacja. No rzesz, człowiek walczy o każdą sekundę a tu taki klops. Dlaczego nie przeanalizowałem trasy i nie przeszedłem jej przed startem?! Pluję sobie w brodę.

W końcu ktoś mówi: to chyba rowem, w lewo. Biegniemy przez las, rowem, choć żadnych taśm tam nie ma. Zbiegamy w stronę mety. Mówią, że tu trzeba pod górę, zbiec z tej skarpy i jeszcze ścianka Pro Gymu. Dobra, robimy ją, ja już na pół gwizdka, bo nie chce mi się walczyć o sekundy, gdy tyle ich przed chwilą straciłem bezsensownie.

Ścianka idzie sprawnie. Teraz kilkumetrowy rów z wodą. Fajny on, wisi nad nim ażurowe ogrodzenie, kilkanaście centymetrów nad lustrem wody. To taka przeszkoda typu klaustrofobiczno-podtapiającego: nie za bardzo jest gdzie łapać oddech więc albo dajesz nura przez całość na brzuchu, albo przesuwasz się na plecach  twarzą tuż przy siatce. Planowałem dać nura ale wszyscy krzyczą: "na plecach!, na plecach!" No to dobra, jestem mało asertywny - kładę się na plecy. Woda trochę zalewa twarz, boję się że mi się wleje do nosa. Cholera, wiedziałem, że jednak trzeba było nurkiem - myślę w połowie drogi. Teraz już nie będę zmieniał koncepcji bo znowu przekombinuję.

Ostatnia prosta: skok przez malutki rowek z ogniem i meta!

Czas 31:07, miejsce 7 na 186. Zwycięzca, Aliaksandr Aniskevich gość z białoruskiego Brześcia miał czas 27:23. Ładnie poleciał.
 
Dzięki Time 2 Go i "Biała Biega" - zabawa była świetna. I naprawdę duży szacunek za ułożenie tych wszystkich przeszkód. Mnóstwo roboty!
 
[LINK do mojej foto-relacji dla Festiwalu Biegowego]