wtorek, 20 września 2016

Bieg 7 Dolin – piąte podejście

Zdjęcie: festiwalbiegowy.pl
Zwariowałem. Dwa tygodnie po zrobieniu 142 km i 8000 podejść zapisałem się na Bieg 7 Dolin na 100 km. Już po powrocie z Chamonix obiecywałem sobie, że w góry na razie przestanę jeździć, dopóki mieszkam tu, gdzie mieszkam, gdyż nie jestem w stanie przygotować się należycie. Nie mam tu żadnej górki.

A jednak podkusiło mnie, aby do Krynicy pojechać. Raz, że czułem się nadzwyczaj dobrze; dwa, że zwyczajnie miałem ochotę w Krynicy pobiegać. Zdawałem sobie sprawę, że pewnie nic nie nabiegam, bo słaba forma, bo UTMB, bo upał, ale akceptowałem to.

Pojechałem i z bólem oraz przygodami, ale w ukończyłem. Czas 12:29, miejsce 49. Szału nie ma. Co się działo, jak się biegło – o tym można przeczytać w relacji, która ukazała się na portalu festiwalbiegowy.pl Zapraszam.

[LINK] do relacji

niedziela, 18 września 2016

UTMB 2016 – powrót bez tarczy

Zdjęcie: MainDru
Wyjazd przyjemny, obfitujący we wrażenia. Wynik sportowy słaby: nie dotarłem do mety. Zrezygnowałem w Triencie, na 142 kilometrze i ostatnim odcinku w Szwajcarii. Po 28 godzinach walki na 28 kilometrów przed metą. Dlaczego? O tym w relacji, która ukazała się na portalu festiwalbiegowy.pl

[LINK] do relacji

Po lekturze zapraszam też do obejrzenia filmu zawierającego ujęcia z trasy. Film w pełni amatorski, kręcony mini-kamerą. Ścieżka dźwiękowa nie mogła być inna, jak tylko hymn UTMB: „Conquest of paradise” Vangelisa.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Bieg Szlak Trafi – relacja

Ostatni mój bieg przed UTMB – pojechałem na Bieg Szlak Trafi do Parchatki. Gdzie ta Parchatka jest? Koło Puław. W zasadzie wygląda jak dzielnica Puław, gdy jechałem do biura zawodów od strony Kazimierza Dolnego to musiałem wjechać do samych Puław, aby trafić do Karczmy „Parchatka” usytuowanej u podnóża lessowych pagórów. Miałem wynająć sobie jakiś pokój w miejscowości, ale że byłem późno i w samej Parchatce reklam „pokoje do wynajęcia” nie znalazłem to przespałem się dyskretnie na parkingu, w namiocie koło samochodu. Bałem się, czy od pobliskich chaszczy nie załapię jakichś parchów, skądś ta nazwa musiała się przecież wziąć. Ale nie. Pobudka o 3 w nocy, o 4 w nocy (było jeszcze ciemno) wyjazd na zamek do Kazimierza Dolnego i o 5 rano start na dystansie 57 km. Muszę przyznać, że same ruiny jak i panorama na zakole Wisły o brzasku wyglądały urokliwie. Naprawdę, trudno o lepsze miejsce na start. Tylko następnym razem klucz do toalet powinni organizatorzy załatwić, aby biegacze tuż przed startem nie musieli nawozić i podlewać okolicznych zarośli. W sumie drobiazg, ale do poprawy.


A jak trasa i sam bieg? Byłem pełen obaw, jak mi się będzie biegło, bo K-B-L wyszedł słabo. Pulsometr wariował, szybko się zagotowałem. Tu do sprawy podszedłem ostrożnie. Te dwa tygodnie pomiędzy K-B-L a Parchatką biegałem bardzo mało. Dałem sobie dużo czasu na odpoczynek.

Zacząłem spokojnie z założeniem, że będę patrzył na wskazania pulsometru a zwłaszcza na tętno. To ustawiłem jako główną wyświetlaną wartość. Bałem się, że na lekkim truchcie znowu poszybuje pod 180 ale nie. Po pierwszym kilometrze rzeczywiście skoczyło do 179, ale potem spadło i kręciło się wokół 150-160. Pod koniec zaczęło rosnąć, lecz wtedy już miałem prawo być zmęczony. Średnie z całego biegu wyszło 160, szczytowe 191 na końcówce.


Oczywiście druga sprawa na ile można wierzyć mojemu Ambitowi. Dystans miał być 57 km, a ten naliczył 55,39 km; podejść miało być ponad 600 a mi wyszło ponad 1000. Spalonych kalorii 3599. Biegliśmy często wśród wąwozów, więc wskazania Ambita mogą być tym bardziej niedokładne.

No właśnie, wąwozy. Dwa słowa o samej trasie. Jest fajna. Bardzo dobrze oznaczona. Nigdzie się nie pomyliłem. Ani razu nie miałem wątpliwości, gdzie biec. Nigdzie się nie krzyżuje, nie trzeba biegać dwa razy po tym samym odcinku. I często jest malowniczo. Nie raz biegliśmy wewnątrz wąwozów po lessowej drodze lub – co było mniej przyjemne – po drodze z betonowych płyt. Asfaltu prawie nie było. Sporo było też biegania po polnych drogach wśród łąk i pól.


Tak wyglądała większość trasy, ale to mniejszość jest ciekawa. Te przełajowe rodzynki, które od czasu do czasu się zdarzały. A to rozlany strumień, który trudno było przejść suchą nogą, a to jakieś błota, a to zielsko po pas. W tym i pokrzywy. Zdrowotnym smaganiem pokrzyw po odsłoniętych kolanach nie przejmowałem się bardzo. Bardziej bałem się kleszczy. Tu łąki, zielska a my przez to brniemy. W poniedziałek idę na badania krwi sprawdzić czy aby nie mam boreliozy. O tym postanowiłem jeszcze przed Parchatką, ale w trakcie zawodów pomyślałem, że jeśli jeszcze boreliozy nie mam to po tym biegu będę miał na bank. Dziś tuszę, że może jednak nie. Może panikowałem. Po biegu obejrzałem się dokładnie i nie znalazłem na sobie żadnego robala.

Te łąki, trawy i chaszcze nie byłyby tak nieprzyjemne gdyby nie to, że zbiegało się przez nie stąpając po koleinach. A takie zarośnięte trawą nierówności są bardzo słabo widoczne. Coś jak ostatni zbieg na długiej trasie Chudego Wawrzyńca. Kilka razy zbiegając po takich wertepach wykręciłem boleśnie stopę, aż zastanawiałem się czy czegoś nie uszkodziłem. Chyba nie. Do mety dobiegłem bez bólu.

Inne atrakcje oprócz wody i gęstej trawy to dna wąwozów. Fajne były te po 40 kilometrze. Strumień, błoto, zwalone konary. Kamienie. I trzeba się przez to przedzierać. Tak, przedzierać, bo więcej to miało wspólnego z biegiem przeszkodowym, niż z zwykłym bieganiem. Ja bynajmniej nie narzekam. Mi się podobało. Lubię techniczne odcinki. Ten też był fajny, nawet szkoda, że taki krótki. Komu opis nie wystarczy niech zajrzy na film, który kręciłem w trakcie biegu.

Ostatnia sprawa: ścigańsko. Wystartowało niecałe 100 osób, niby niewiele. Przed startem nie wertowałem listy startowej w poszukiwaniu strasznych nazwisk, więc nie wiedziałem, kto mocny przyjechał. Biegłem swoje w miarę równo, jak się okazało, że pulsometr nie wariuje a ja czuję się dobrze to potem coraz szybciej, na płaskim trzymając poniżej 5.00 na kilometr.

Gdzieś chyba w połowie trasy jeden z wyprzedzanych biegaczy powiedział mi, że na czele biegnie Dominika i mocno ciśnie. Dominika Stelmach. Dziewczyna, która ostatnio odnosi sukces za sukcesem, ma ode mnie życiówki lepsze na każdym dystansie. I to ostatnio robione. Stówa po ulicy w 8:01, połówka uliczna w 1:16. Na TUT Gedyminas uciekł jej tylko na 15 minut. Była tam druga OPEN. Dominika jest w gazie i nie miałbym z nią szans.

Z opowieści na mecie wyłaniał się taki obraz, że w prowadzącej grupie była Dominika i kilku chłopaków. Ci pewnie próbowali trzymać Jej tempo a ona ich po kolei gotowała. Jednego po drugim. W końcu na 45 kilometrze została sama i tak wbiegła na metę z kilkunastominutową przewagą nad następnym. Szatan nie kobieta.


Sam biegłem konsekwentnie i w miarę równo. Pilnowałem odżywiania. Nie miałem żadnych kryzysów. Stopniowo przesuwałem się w klasyfikacji. Ostatniego z zawodników, finalnie trzeciego wśród mężczyzn Maćka Łukasiewicza wyprzedziłem na ostatnim punkcie odżywiania 10 kilometrów przed końcem. To mocny chłop z „Warszawiaky”, do którego najlepszych wyników nie mam się co porównywać. Dycha w 34:30, maraton w 2:41. Musiał popełnić jakiś błąd, że dał się dogonić dla takiego jak ja. A może po prostu lepiej się czuje na ulicy i nie ma doświadczenia w ultra. Nie wiem. Na mecie okazało się, że do Dominiki straciłem 17 minut, ale do drugiego tylko 3. Na dłuższej prostej mógłbym go pewnie zobaczyć i przyśpieszyć. Niestety nie widziałem i nie przyśpieszyłem.


W sumie jestem wynikiem tego biegu mile zaskoczony. Słabo mi ostatnio idzie, nieregularnie trenuję, szybko tracę siły. Myślałem, że i tu mi nie wyjdzie a wyszło całkiem nieźle. Wręcz zupełnie dobrze. Budzi to jakąś pozytywną iskierkę nadziei przed UTMB, ale nie łudzę się – słabszy jestem w tym roku niż w poprzednich dwóch, przeto cudów w Chamonix nie oczekuję.


A bieg w Parchatce jak najbardziej polecam. Nie tylko, że to województwo lubelskie a więc moje. Po prostu: organizacja bardzo dobra, trasa wśród wąwozów ciekawa. Tak myślę, że Piotrek Dymus mógłby tam napstrykać sporo fajnych zdjęć. Jeśliby oczywiście pogoda dopisała. Dystans ultra, ale na tyle krótki, że dla lepiej wytrenowanego długodystansowca zupełnie niekasujący. No i bardzo dobry pomysł na pierwsze, pseudo-górskie ultra. Kto chce wyjść poza dystans maratonu – polecam Bieg Szlak Trafi.

Zapraszam do urywków filmowych, które kręciłem podczas biegu. Zrobiłem też foto-relację, dla Festiwalu Biegowego. Link do niej jest [TUTAJ]. Dużo bardziej profesjonalną relację z biegu zrobiła Beskid.tv. Zdybali i mnie na mecie - "gwiazdorzę" od 4:23 filmu. Polecam obejrzeć całość bo ujęcia są ładne. [LINK] do relacji filmowej Beskid.tv

wtorek, 26 lipca 2016

K-B-L 110 km – relacja

Pojechałem na Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich do Lądka Zdroju. Trasę ponad 100 km ukończyłem w miarę sprawnie, ale z wynikiem dalekim od satysfakcjonującego. 49. miejsce na 205 startujących. Ukończyło 184. Czas 15 godzin, 51 minut. Dla porównania rekord trasy ustanowiony przez Krystiana Ogłego wynosi 11 godzin i 41 minut.

Co popsułem? Na samym biegu nic. Załatwiłem się bez mydła jeszcze na kilka dni przed startem. Przypuszczalnie byłem przemęczony lub chory i w takim stanie pojechałem na zawody. Spuchłem już po pierwszej kwarcie trasy. Potem ścigańsko odpuściłem, cieszyłem się widokami i bieganiem po górach. Nawet przespałem się na 60 kilometrze w namiocie blisko 2 godziny.

Szczegóły zawarłem w relacji opublikowanej właśnie przez portal festiwalbiegowy.pl. Zapraszam.

[LINK] do relacji
[LINK] do strony zawodów

A poniżej krótki film kręcony mini-kamerą, zawierający urywki z trasy. Niestety nie do końca jeszcze umiem obrabiać pliki filmowe, więc tym razem bez nagranych wypowiedzi. Może poprawię się następnym razem.

wtorek, 12 lipca 2016

Co do sekundy

Zdjęcie: Fundacja "W te pędy"
Nazwa biegu: V Tatarska Piątka
Data i miejsce: 10.VII.2016 Studzianka
Godzina startu: 16:30
Dystans: 5280 metrów
Nawierzchnia: polna droga, dwie pętle.
Pogoda: ciepło ale pochmurno.
Liczba zawodników: 98 osób
Mój numer startowy: 53
Mój czas i miejsce: czas 19:37, miejsce 6 OPEN
Zwycięzca: Yassine Mhimda (16:55)

Mój drugi start w Studziance koło Łomaz. Bardzo blisko Wisznic, krótki, szybki bieg organizowany przez Łukasza Wędę - historyka i animatora kultury prężnie działającego w okolicy.  Nazwa biegu nawiązuje do ciekawych dziejów wsi zamieszkałej dawniej przez Tatarów pełniących służbę wojskową dla Rzeczypospolitej. Start i meta umiejscowione były w pobliżu miejsca, gdzie jeszcze na początku XX wieku stał meczet. Dziś Tatarów już tu nie ma, pozostał mizar, trochę zdjęć i historia. Więcej o Tatarach w Studziance napisałem w relacji z 2013 roku [LINK].

Zawody w Studziance są typowo amatorskie: zwykła polna droga, trasa o nietypowej długości, liczba startujących biegaczy nie przekracza setki. Dużo pucharków, statuetek i kategorii ale żadnych wypasionych nagród mogących skłonić do startu łowców drogich gadżetów czy pieniędzy.

Z roku na rok coś poprawia się tu na lepsze. Od początku zaletą jest niepowtarzalny, lokalny koloryt z tatarską tradycją, piknikiem rodzinnym, zabawami łuczniczymi i kuchnią. W ostatnich trzech latach przyjeżdża do Studzianki egzotyczny zawodnik Yassine Mhimda - profesjonalny biegacz z Maroka. Co roku jest w nieodległej Białej Podlaskiej i najwyraźniej polubił bieg w Studziance bo chętnie tu startuje. Pisałem już o nim w zeszłorocznej fotorelacji dla Festiwalu Biegowego [LINK]. W zakończonej właśnie, piątej edycji novum był elektroniczny pomiar czasu.

W niedzielę pobiegłem w Studziance po raz drugi. Był to kolejny start będący treningiem szybkiego tempa i okazją do pościgania się. Przygotowany byłem bardzo średnio bo tak się złożyło, że w przeddzień uczestniczyłem z zjeździe absolwentów mojego wisznickiego liceum. Szkoła obchodzi w tym roku 70-lecie istnienia a ja ukończyłem ją równo 20 lat temu. Było spotkanie z dawnymi szkolnymi znajomymi, niekiedy poznawanie się bardziej po plakietce z imieniem i nazwiskiem niż po wyglądzie; potem dużo jedzenia, trochę picia i tańce do 5 rano.

I weź tu potem startuj w biegu na piątkę. Szczęście godzina startu wyznaczona została na 16:30 zdążyłem więc i pospać i ochłonąć nieco po balandze.

Pogoda była niezła: pochmurno, dosyć ciepło ale nie upalnie. Zacząłem mocno i pierwszy kilometr wyszedł koło 3:36. Wyprzedziłem ze dwóch i wskoczyłem na 6 pozycję. Przede mną biegł Pan Stubiński, mocny strażak z Piszczaca z którym ostatnimi czasy przegrywam. Po pierwszym okrążeniu nie był daleko. Zamyślałem, aby Go dogonić ale niestety sił na to nie starczyło. W drugiej połowie zacząłem słabnąć, tempo spadło a poprzedzający mnie konkurent zaczął się oddalać. Szczęśliwie i ten za mną mnie nie doszedł.

Dobiegłem 6 OPEN z czasem 19:37. Zająłem 3 miejsce w kategorii wiekowej M31-44 ale że nagrody się nie dublują to stanąłem na najwyższym stopniu podium bo dwaj pierwsi byli nagrodzeni w OPEN. Byłem też trzecim zawodnikiem z powiatu, po Marku Jaroszuku i Leszku Stubińskim.

Z ciekawości porównałem niedzielny bieg z wynikami II Tatarskiej Piątki z 2013 roku. Wtedy wystartowało 80 osób. Ja, jeszcze wymęczony ledwie tydzień po biegu ultra TVSB dobiegłem 5 OPEN. Czas 19:37, identyczny jak w tym roku. Co do sekundy.

Najlepsi z powiatu bialskiego: I - M.Jaroszuk, II - L. Stubiński, III - P.Pakuła, IV- D. Kuczewski

niedziela, 10 lipca 2016

W górach treningowo

Sromowce Niżne 1998 r.
Naprawdę nie pamiętam kiedy po raz ostatni byłem w górach turystycznie. Zawsze weekend: szybki dojazd, mniej lub bardziej udane zawody, obolały powrót. Tym razem było inaczej. Sobek i Sapcia - przyjaciele, z którymi mieszkałem kiedyś w Warszawie namówili mnie na trzydniowy wypad w góry. Wybór padł na Pieniny. Dawno tam byłem, chyba ostatnio wtedy, gdy zaraz po liceum pojechałem tam z kolegą na kilka dni. Pamiętałem, że są Trzy Korony, zalew, dwa fajne zamki, że można spłynąć Dunajcem, że jest miejscowość o dziwnej nazwie "Sromowce" i tyle.

Dzień 1

Bazą wypadową była Szczawnica, konkretnie schronisko "Orlica". Pierwszy dzień był typowy: od rana ładna, nawet upalna pogoda więc plecak na plecy i marsz w pobliskie góry. Przyjaciele nie są specjalnie biegowi więc mieliśmy chodzić po najbardziej popularnych wierzchołkach i popularnymi szlakami.

Na Trzech Koronach. 1998 r.

Wyszliśmy ze schroniska, za chwilę przeprawa przez Dunajec i już pniemy się pod górę niebieskim szlakiem na Sokolnicę. Fotka tu, fotka tam, fotka na szczycie. Podziwianie widoków. Od czasu do czasu coś nagram kamerką. Łatwo się domyśleć, że wkrótce nogi zaczęły mnie świerzbić. Nie no - ja nie mogę sobie tak po górach chodzić:  trzeba biegać. Odtąd już czekałem tylko podejścia aby na nie wbiec. Cieszyłem się, że po powrocie do schroniska nie będę już musiał robić treningu, bo trening będę miał zaliczony. W ten sposób chodząc i biegając zaliczyliśmy Sokolnicę, Trzy Korony i zeszliśmy do Sromowców Niżnych skąd wróciliśmy wypożyczonymi za kilkanaście złotych rowerami. Zrobiliśmy pieszo około 8 kilometrów. Dzień pierwszy był udany.

Dzień 2

Dopiero drugiego dnia wpadłem na pomysł, aby wbiec gdzieś na czas. Może ze schroniska "Orlica" na pobliską Palenicę (719 m. n.p.m.)? Niedaleko, według informacji dla turystów godzina drogi, kilkaset metrów w górę. Wymyśliłem, że wbiegnę sobie jak najszybciej na Palenicę na której jeszcze nigdy nie byłem i po niebieskim szlaku, którego nie znałem. Takie moje prywatne, mini-FKT (Fastest Known Time - najszybszy znany czas).


Niestety albo stety - w niedzielę lało.  Przyjaciele zostali w schronisku czekając aż przestanie a ja tymczasem przyszykowałem rajtki i buty do szybkiego "zdobycia" Palenicy. Jeszcze tylko krótkie nagranie przed schroniskiem, fotka, odpalenie Ambita i rura!

Zapowiadana wielka "rura" okazała się wąską "rurką" i tylko przez pierwszy odcinek. Potem zrobiło się stromo więc przeszedłem w szybki marsz ubarwiony głośnym sapaniem. Wyżej było jeszcze gorzej bo ścieżka przy wyjściu na polany była ziemna a nie kamienista, czyli po deszczu - błotna. W Trailrocach 255 ślizgałem się na niej tak, że chwytałem drzewek aby wejść wyżej. 

Tempo mi spadło ale jakoś się wgramoliłem. Poleciałem dalej niebieskim szlakiem wpatrzony pod nogi z myślą, że Palenica już tuż, tuż. 

Niestety, jak to często u mnie, coś się musiało skaszanić. Wgramoliłem się na jakiś skalny wierzchołek, chyba Szafranówkę (742 m. n.p.m.) i skrętu na Palenicę nie zauważyłem. Mapy ze sobą nie wziąłem więc biegłem dalej. Kilometry mijały. Deszcz siąpił ale biegło się w miarę przyjemnie bo chłodno a szlak prowadził grzbietem. Postanowiłem dobiec do jakiegoś charakterystycznego miejsca aby zmierzyć czas. 

Po ponad czterdziestu minutach zatrzymałem się pod schroniskiem "Pod Durbaszką". Ubłocony bo raz oczywiście zdążyłem się wykotłować, do tego mokry od deszczu. Ale szczęśliwy. Znowu fotka, znowu dwa słowa do kamery. Zamówiłem gorącą herbatę i ciepły budyń. Świetna sprawa. Bardzo mi się w tych górach podoba. Lecisz na trening, łoisz górę, dobiegasz do schroniska gdzie zamawiasz sobie coś ciepłego i wracasz z powrotem. Na moim Polesiu tylko wbiegnę do lasu i zaraz orbituje wokół mnie chmara gzów, komarów i innego świństwa. Tu jakoś tego nie ma. Świetne warunki do biegania. Aż nurtowała mnie myśl, aby w górach zamieszkać.

No ale miało być FKT, super-mega-wypasiony czas Pakuły. Co pokazał Ambit? Dystans: Dystans "Orlica" - schronisko pod Durbaszką - 7.40 km, czas 46:22, podejść 559 m, zbiegów 182 m, średnie tętno 162.


Fajny trening zrobiony. Wróciłem do schroniska już luźnym truchtem. Potem, gdy przestało padać zrobiłem jeszcze raz tą samą trasę z przyjaciółmi, trekingowo. Doszliśmy nawet trochę dalej, na szczyt Wysokiej (1050 m. n.p.m.). Przeszliśmy w sumie ponad 13 km.

Dzień 3

Wyjechaliśmy ze Szczawnicy w stronę Warszawy planując po drodze zaliczyć Gorczański Park Narodowy i Turbacz (1310 m. n.p.m.). Start od Kowańca, dzielnicy Nowego Targu i wejście na szczyt zielonym szlakiem. Dla turystów trasa powinna zająć około 2 godzin. Oczywiście i tu postanowiłem wbiec jak najszybciej i w schronisku poczekać na przyjaciół. Byłem już trochę podmęczony dwoma dniami w górach, szlaku znowu nie znałem ale byłem na miejscu więc trzeba korzystać. Zacząłem spod kościoła p.w. Matki Boskiej Anielskiej w Kowańcu, może z 200 metrów obok zaczynał się zielony szlak. Znowu fotka, kamerka i bieg.


Początkowy kilometr czy dwa to asfalt łagodnie idący pod górę. Potem kawałek stromego, kamienistego szlaku, gdzie przeszedłem w marsz. Reszta trasy, aż na sam szczyt to w większości wygodna, górka droga wijąca się pod górę na tyle łagodnie, że można ją powoli biec. Tak też robiłem. Truchtałem w słońcu na szczyt Turbacza, miejscami, przy bardziej stromych fragmentach przechodząc w marsz. Raz lekko zmyliłem trasę ale nie nadłożyłem więcej niż 100 metrów. 

W końcu jest schronisko i stąd już rzut kamieniem na szczyt. W słońcu, zziajany zmierzyłem sobie czas. Dane z Ambita: Dystans 8.01 km, podejść 659 m, zejść 11 m, czas 51:32, średnie tętno 163.


I znowu świetny trening zrobiony, znowu, żałuję, że tu nie mieszkam. Wydaje mi się, że mógłbym tak codziennie wbiegać i zbiegać z góry choć zdaję sobie sprawę, że pewnie by mi się to po jakimś czasie znudziło. Poszedłem do schroniska na zasłużoną zupę z serem i grzankami. 

Przy bufecie spotkałem ultrasa Piotra (pozdrawiam!) który jak się okazało także biegł przez Turbacz ale czerwonym szlakiem. Okazało się, że jest supportem dla Państwa Grzelaków (pozdrawiam także!), którzy chwilę później też na Turbacz dotarli a robią właśnie GSB (Główny Szlak Beskidzki - ponad 500 km). Tak po 30-40 kilometrów dziennie, zależnie od pogody, treningowo przed UTMB. 

Pewnie zobaczymy się w sierpniu w Chamonix.