
Znowu Warszawa. To już moja trzecia. Poranne przygotowania dosyć pospieszne. Śniadanie na 2,5 godziny przed startem w postaci kanapek a marmoladą. Do tego herbata. Całość obficie zapijam wodą. Wychodzę z domu, metrem do Centrum i jestem prawie na miejscu. Gdy dochodzę do biura zawodów jest pół godziny do startu. Trochę późno. Pędzę po agrafki do przypięcia numeru startowego. Przebranie w holu biblioteki i jestem prawie gotowy. Do startu 15 minut, na zewnątrz tłum maratończyków i kandydatów na maratończyków. Do tego rodzina, znajomi, kibice. Usiłuję dopchać się do pierwszej strefy, tam gdzie kręci się zając z balonikiem opisanym „3:00”. Tak, chcę złamać magiczną trójkę. Mój poprzedni wynik uzyskany wiosną tego roku w Krakowie to 3:12. Jestem dobrej myśli. Może nawet zbyt dobrej. Trójka padnie jak nic. Przez chwilę rozważam nawet czy nie pobiec szybciej niż zając na 3:00. Czy aby grupa na trójkę nie będzie mnie spowalniać? Jak pobiegnę szybciej to może osiągnę niezły wynik w Powarade Challenge? To taka dodatkowa konkurencja, kto lepiej poprawi życiówkę. Jest o co walczyć - nagrodą są bilety lotnicze na wybrany maraton europejski w przyszłym roku. Z pewną siebie miną opowiadam o planach koledze poznanemu na forum maratonypolskie.pl. Wersję bardziej optymistyczną jednak odpuszczam. Nie ma co szarżować. Pogoda nie jest najlepsza, zapowiadają słońce i 21 stopni. Trochę ciepławo. Poza tym zobaczymy w trakcie. Jeśli rzeczywiście poczuję się wyjątkowo dobrze to ucieknę grupie na 30 bądź 35 kilometrze. Do przodu oczywiście. No dobra, starczy tych rozważań. Teraz tylko plany trzeba wcielić w życie. Nic prostszego. Chwilę się rozgrzewam potem odpoczywam. Spiker – wodzirej zaczyna odliczać. Ostatnie sekundy, poszli!
Bieg
Początek jak to początek jest lekki, łatwy i przyjemny. Biegniemy ulicami Starego Miasta całkiem żwawym tempem, ale bez wielkiego wysiłku. Na wynik 3:00 musimy utrzymać tempo 4:15 na kilometr. Początek pokonujemy trochę wolniej, przyśpieszymy później. Trasa kluczy uliczkami w kierunku południowym, do Śródmieścia, przez ścisłe centrum stolicy by następnie skierować biegaczy Mostem Gdańskim na drugi brzeg Wisły. Mija piąty kilometr, dziesiąty, piętnasty. Trzymam się z tyłu grupy na 3:00. Trochę się przerzedziło, nie jest tak tłoczno jak na początku. Podziwiam prowadzącego nasz zespół zająca. Starszy pan, siwiutki, chudzielec. Przebiera nogami wyjątkowo sprawnie. Ponoć bardzo doświadczony biegacz, startował w maratonach na wszystkich kontynentach.
Kończę myślenie o zającu, bo coś mi tu przestaje pasować. Już nie jest tak lekko jak na początku, robi się podejrzanie ciężko. Jeszcze nie ma półmetka a ja czuję, że przy każdym następnym kilometrze wkładam w bieg coraz więcej wysiłku. Samopoczucie dużo gorsze niż na takim samym etapie w Krakowie. Niedobrze, oj, niedobrze. Niedaleko mostu Poniatowskiego mijamy półmetek. Na zegarku godzina i 29 minut. Biegniemy zgodnie z planem. Tylko moja moc daleka jest od założeń. Myśl o nieukończeniu biegu poniżej 3 godzin z mało prawdopodobnej robi się coraz bardziej realna. Dochodzi jedenasta, słońce coraz odważniej przygrzewa. W nerce mam butelkę Powarade, strasznie nie lubię tego słodkiego dziadostwa. Butelek z wodą jednak nie było. Zmuszam się by regularnie popijać Wiem, że inaczej padnę z odwodnienia. Tracę siły, coraz trudniej nadążyć za grupą. Zmęczenie sprawia, że przestaję myśleć o kibicach patrzących na moją niepoprawną politycznie koszulkę. 23 lub 25 kilometr. Dla mnie moment decydujący. Wtedy właśnie zając 3:00 zaczyna odbiegać a ja się poddaję. Czuję, że nie wytrzymuję tempa, więc z bólem serca zaczynam biec swoim, o pięć, dziesięć sekund wolniejszym. Grupa się oddala, najpierw pięćdziesiąt, potem sto metrów. Już wiem, że trójki nie złamię. Biegnę jeszcze w miarę przyzwoitym tempem przez 2 lub 3 kilometry. Potem coraz wolniej i wolniej. Tempo spada do 4:30 potem do 4:40 na kilometr. Myślałem, że przejście do dużo wolniejszego biegu pomoże, że potruchtam do mety bez zatrzymania. Niestety, nadal jest coraz gorzej. Na tyle gorzej, że około 28 kilometra muszę przez chwilę przejść. Malutką chwilę. Ze sto, dwieście metrów. Ale spuchłem, niech to dźwiczki. A przed startem zastanawiałem się czy tempo na 3:00 nie będzie dla mnie za wolne. „Durniu ty” – myślę sobie. Czuję jakby ktoś wyłączył prąd, nie mam za grosz mocy. Po chwili znowu truchtam, ale z dużym wysiłkiem. Dobiegamy do Mokotowa, tam pętla i nawrót w stronę Centrum. W oczach mam żal i smutek. Oczyma wyobraźni widzę jak dochodzi mnie grupa na 3:15, potem na 3:30. A może zejść z trasy, nie kończyć biegu? Skoro życiówka nie padnie to po co się męczyć? Dla medalu? Dla dystansu? Wiem, że jestem w stanie przebiec maraton, nie muszę tego udowadniać. Mógłbym zejść z trasy mniej wyczerpany i przygotować się do maratonu w Poznaniu za dwa tygodnie. Chyba jednak potruchtam do końca. Dwa tygodnie do Poznania to za mało by poprawić formę. Nie da rady. Trzeba walczyć do końca. Truchtam więc dalej, tempem około 4:50 na kilometr, czasem szybciej. Jeszcze kilkakrotnie i na krótko przechodzę w marsz. Najczęściej przy punktach odżywiania. Trzydziesty siódmy kilometr. Po kilku kilometrach marszobiegu czuję, że wracają siły. Niewiele, ale szczyt kryzysu mam chyba za sobą. Jestem już pogodzony z porażką chcę tylko dobiec. Mijam organizatora Rzeźnika, pytam o zawody w przyszłym roku. Nie sile się już na żadne solidne tempo, byle potruchtać do mety. Czterdziesty kilometr, na zegarku jest punkt dwunasta. Gdybym łamał trójkę właśnie teraz wbiegałbym na metę. Przede mną jeszcze dwa kilometry. Może jednak będzie życiówka? Niewieka, ale zawsze. Zawsze to krok do przodu. Mobilizuję się na ostatnich kilometrach, wszelkie spacery odkładam na bok. Na mecie pospaceruję sobie do woli. Jesteśmy znowu na Starym Mieście, kluczymy brukowanymi uliczkami. Gdzie ta meta? Ostatnie kilkaset metrów, kilka zakrętów, wbiegam na Krakowskie Przedmieście. Ostatkiem sił prostuję sylwetkę by kończąc nie wyglądać jak ofiara losu. Lekko przyśpieszam i mijam ostatnią bramkę. Zegar pokazuje 3 godziny i 10 minut. Chwilę później dostaję SMS-a ze szczegółowymi informacjami. Czas 3:11:00 brutto, 3:10:53 netto. Miejsce ogólnie 150, w kategorii wiekowej M30: 68. Wygrał Etiopczyk Gelane Etana Teshome z czasem 2:12:03. Deptał mu po piętach Adam Draczyński (2:12:56). Trzecie i czwarte miejsce także zajęli Polacy (Giżyński i Karczmarek). Wszystkich zgłoszonych było około 4000, ukończyło 3166. Uczucia mam mieszane, ale najważniejsze, że wreszcie koniec. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie i idę się przebrać.
Przyczyny porażki
Nie wiem, dlaczego ale źle mi się biega w Warszawie. Zawsze mam tam krzyż Pański; za każdym razem, kiedy startowałem w stolicy umierałem na trasie. Zawsze jest za gorąco. Nigdy jeszcze nie przebiegłem warszawskiego maratonu od początku do końca. Poznań – tak, Kraków – tak , Cork – tak, Warszawa - nie. Nie jest to oczywiście wina organizatora, lecz moja. Gdzieś popełniłem błąd. Chyba zlekceważyłem to trójkołamanie. Myślałem, że będzie łatwiej. Co gorsza nie wiem gdzie dokładnie leży źródło porażki. Raczej nie byłem przetrenowany. Pamiętałem by nie forsować się na tydzień przed zawodami. Najbardziej prawdopodobne jest moje niedotrenowanie. Podszedłem do startu na luzie, biegałem jak zazwyczaj. Miesiąc przed startem pojechałem na tydzień do Mołdawii i nie ćwiczyłem wcale. Potem trenowałem około pięciu dni w tygodniu. Może było tego za mało? Nie wiem. Innymi przyczynami porażki mogło być niewłaściwe odżywianie i niesprzyjająca pogoda. Czytam właśnie na forum maratonypolskie pl, że Jerzy Skarżyski w przeddzień startu odradzał życiówki. Będzie za gorąco – mówił. Być może wszystko po trosze sprawiło, że nie udało mi się złamać trzech godzin i wejść do bardziej elitarnego grona amatorów zaawansowanych. Cieszę się jednak i z tej drobnej poprawy - tych dwóch minut, które udało mi się uszczknąć z życiowego rekordu. Nie jest to progres, jakiego się spodziewałem, ale lepsze to niż zastój albo regres. Lepszy rydz niż nic – mawiają, trochę mi jednak szkoda tej trójki. Póki co muszę się obejść smakiem. A miało być tak pięknie, wywiady miały być…
Intencja
Wspomniałem wcześniej o niepoprawnej politycznie koszulce. Już wyjaśniam, o co chodzi. Otóż w maratonach, biegach ulicznych biorą czasem udział ludzie, którzy swój wysiłek poświęcają jakiejś idei. Biegną na przykład dla chorego dziecka, dla wsparcia czegoś, kogoś, w podzięce za coś. I ja także znalazłem sobie intencję, której chciałem poświęcić start. Od jakiegoś czasu sporo czytuję o przemianach kulturowych, społecznych i religijnych w Europie. Szczególnie interesują mnie rosnące wpływy Islamu. Problem wydaje się bardzo poważny i może mieć daleko idące konsekwencje w przyszłości.
Polskie media za wyjątkiem nielicznych (konserwatywnych) zdają się nie widzieć problemu. Środowisko „Gazety Wyborczej” przekonuje, że przyjęcie Turcji do UE jest koniecznością, inaczej ten sześćdziesięciomilionowy muzułmański kraj wpadnie w ręce radykałów. Inne czasopisma regularnie produkują mniej lub bardziej tendencyjne artykuły, często odpowiednio zakamuflowane (by nie budzić podejrzeń zamiast słowa muzułmanin używa się pojęcia Arab lub jeszcze ogólniej imigrant). Przykładem niech będzie promujący islamizację artykuł, który przeczytałem w „Przeglądzie” p.t.
„Wpuśćcie ich!” (
nota bene wydany 11 września, w ósmą rocznicę ataku na WTC). Autor (Łukasz Wójcik) już w tytule nie pozostawia złudzeń, co do wymowy tekstu. Na kilku stronach dowodzi, jak zbawienny dla gospodarki jest swobodny przepływ siły roboczej pomiędzy państwami rozwiniętymi i rozwijającymi się. Same plusy po prostu, gospodarka idzie jak burza. Jeśli argumenty racjonalne nie wystarczą autor bierze czytelnika na litość dołączając do tekstu zdjęcie biednych, nielegalnych imigrantów więzionych za kratkami na jednej z greckich wysp (a więc muzułmanów). Serce się kraja. Irytują mnie takie i podobnie płytkie artykuły. Autor analizuje tylko jedną stronę problemu, wygodną dla udowodnienia swojej tezy. Pozostałe, mniej wygodne - przemilcza. Nawet, jeśli gospodarka odniosłaby rzeczywiście korzyść (co moim zdaniem jest wątpliwe biorąc pod uwagę kryzys obecnie nam panujący i wysokie bezrobocie) a napływ imigrantów pracujących za niższe stawki nie doprowadziłby do napięć społecznych to są jeszcze inne strony. Dlaczego Łukasz Wójcik nie zastanowił się, jaki wpływ migracja muzułmanów do Europy będzie miała na kulturę (a w zasadzie jej ograniczenie bo to lub tamto muzułmanów obraża), na demografię (Ponoć w Holandii imię Mohammed jest najpopularniejszym dla nowo narodzonych dzieci. W Wielkiej Brytanii jest na drugim miejscu. We "francuskim" mieście Marsylia 60 % noworodków to pociechy muzułmańskie), na prawo (W niektórych miastach UE wprowadza się już łagodniejszą wersję szariatu – islamskiego prawa), na bezpieczeństwo (Nie trzeba nikogo przekonywać, że najniebezpieczniejsze dzielnice to te zamieszkałe przez imigrantów.
Vide przedmieścia Paryża), na religijność (W zubożonej duchowo Europie Islam ma piękne pole do działania), na zagrożenie terroryzmem (tu chyba wyjaśniać nic nie muszę) czy wreszcie na politykę (Nikt chyba nie łudzi się, że imigranci przyjadą, popracują i wyjadą. Trzeba im będzie prędzej czy później nadać prawa polityczne. Bardzo za tym optują socjaliści, bo to ich przyszły elektorat. Ponoć Włosi rozważali nawet nadanie praw politycznych imigrantom nielegalnym).
Dlaczego nie rozważa się wymienionych przeze mnie stron? Nie nadają się do poparcia z góry założonej tezy? Nie podoba mi się takie widzenie sprawy. Mam odmienne zdanie. Nie lubię Islamu jako religii a właściwie ideologii. Nie podoba mi się jej agresywny, nietolerancyjny i antydemokratyczny charakter. Nie podoba mi się jej ogromny wpływ na politykę. Nie popieram islamskiego stosunku do kobiety, uboju zwierząt według reguł „halal” (powolne uśmiercanie w pełni świadomego zwierzęcia poprzez upuszczenie krwi). Nie podoba mi się, że ludzie, którzy przybywają do Europy wierzą świętej księdze, która głosi „Nie okazujcie słabości wobec wroga. Nie zachęcajcie go do pokoju. Szczególnie, jeśli macie przewagę. Zabijajcie niewiernych gdziekolwiek są. Oblegajcie ich, zwalczajcie za pomocą wszelkich zasadzek” [cytat z Koranu]. Islam jako ideologia me wiele cech wspólnych z totalitaryzmami jak komunizm czy faszyzm a te nigdy mnie nie pociągały. Podoba mi się demokracja, wolność słowa, wolność w kulturze. Podoba mi się dużo bardziej pokojowa religia, jaką jest Chrześcijaństwo. Podoba mi się tolerancja i dlatego jestem nietolerancyjny wobec nietolerancyjnych. Brzmi to jak przeciwieństwo, ale ma sens. Uważam, że to nasza bolączka, słaby punkt. Że w swoim umiłowaniu tolerancji posunęliśmy się za daleko. „Zachód sam sobie wmówił, że powinien być tolerancyjny względem większości nietolerancyjnych sił naszej planety. To szczyt oszustwa, które zwolennikom dżihadu udało się bardzo dobrze zinstrumentalizować” – mówi prof. Walid Phares, specjalista od dżihadu. Ja też tak uważam.
Zanim ktoś nazwie mnie rasistą i homofonem chciałbym wyjaśnić, że nie jestem zwolennikiem przemocy. Uważam, że należy wprowadzić takie zmiany prawne, które uniemożliwią rozprzestrzenianie się tej niebezpiecznej ideologii. Pewnie, że nie jest tak, że każdy muzułmanin to zabójca, który tylko czyha by wbić nam nóż w plecy. Znam muzułmanów, pracowałem z nimi. Nie mam żadnych personalnych urazów i mogę się z nimi przyjaźnić. Co nie zmienia mojego zdania, że z globalnego punktu widzenia islamizacja jest bardzo groźna. Nie wierzę, że wpływ kultury europejskiej zneutralizuje islamski radykalizm. Mohammed Atta, przywódca bojowników, którzy zaatakowali WTC nie był na wpół dzikim Arabem, który dopiero, co przybył do Europy i nie zdążył wpaść w podziw. Był magistrem architektury wykształconym na niemieckim uniwersytecie. Podobnie zamachowcy z Londynu. Uważam, że dzięki dużo większej dzietności oraz napływowi nowych imigrantów Islam może szybko urosnąć w siłę (obecnie w UE żyje 20 milionów muzułmanów). Wtedy wykorzystując demokrację będzie mógł zmienić inne dziedziny życia nie zważając na miejscową tradycję, której zresztą nigdy nie szanował. Będzie to ciche przejęcie, podbój bez jednego wystrzału. Taka jest pesymistyczna, ale przez wielu uważana za prawdopodobną wizja przyszłości Europy. Boję się takiej wizji, myślę, że przy braku przeciwdziałań jest realna.
Na szczęście Zachód powoli zaczyna się budzić, szkoda, że z ręką w nocniku. Alarmują nie tylko Chrześcijanie, ale i ateiści. Lewica wspierająca islamizację przeżywa kryzys najpoważniejszy od dziesięcioleci, tamuje się napływ nowych imigrantów, odsyła do domu nielegalnych. Powstają międzynarodowe organizacje takie jak
SIOE („Stop Islamization of Europe”). Tylko czy nie jest za późno? Albo czy nie skończy się jakąś rewolucją, wybuchem przemocy na ulicach? Nie wiem, ale przyszłość jest strasznie ciekawa. Być może napisałem właśnie kompletne bzdury. Być może koszulkę, w której biegłem maraton z napisem „Stop islamizacji Europy” (w wersji polskiej i angielskiej) wyrzucę do kosza i będę się jej wstydził. Mam nadzieję, że tak się stanie i czarne wizje się nie sprawdzą. Jeśli za kilka dziesięcioleci (czy aby dożyję?) okaże się, że niepotrzebnie trąbiłem na alarm to będzie to jedna z najprzyjemniejszych pomyłek w moim życiu.