piątek, 2 lutego 2018

IV. Zimowy Maraton Bieszczadzki – szybki i rekordowy

Myślałem, że będzie inaczej. Że będzie trochę górskich ścieżek, strome zbiegi, śnieg po kolana. A tymczasem nic z tych rzeczy. Było szybko i łatwo technicznie. Pogoda dopisała: pogodnie i kilka stopni na plusie. Trasa w większości pokryta ubitym i ujeżdżonym śniegiem pozwała na szybkie bieganie. Suma podbiegów wynosiła około 750 metrów lecz podbiegi te nie były mocno odczuwalne i nie były trudne. Wszystko to stworzyło bardzo dobre warunki dla 798 biegaczy, którzy stanęli na linii startu wydłużonego do 44,6 km „maratonu”.

Zdjęcie: Magdalena Bogdan
 Na bieg do Cisnej pojechałem z Iryną, koleżanką z Tarnopola, która startuje w biegach ulicznych i miała spróbować jak to jest w długim biegu górskim. Nocleg w Bacówce od Honem i o 7 rano  naładowani energią i ubrani na lekko byliśmy na linii startu. Zabraliśmy tylko wyposażenie obowiązkowe plus żele. Żadnych plecaków.

Początek był od razu szybki. Dobrze mi się biegło więc trzymałem tempo około 4:05 na kilometr licząc, że po paru kilometrach, jak skręcimy w górskie drogi z większą ilością śniegu to zwolnię i sobie odpocznę. Tymczasem kilometry leciały a trasa nadal była zdatna do szybkiego biegania. To biegłem szybko gdzie się tylko dało, oczywiście pod górkę zwalniając do 5:00 a nawet 5:30 na kilometr. Starałem się uważać też na tętno, trzymać je w okolicach 170 ale nie przekraczać 175. Jako, że nie zabrałem żadnego picia to korzystałem z wszystkich punktów z napojami, oprócz ostatniego. Na 4 km przed metą już nie było sensu gdziekolwiek się zatrzymywać.

 I tak leciały kilometry. Biegłem z początku około 15-17 pozycji, z czasem przeskoczyłem o 5-6 pozycji. Świetnie się czułem i nie miałem żadnych kryzysów. No, jeden tylko miałem, chwilowy, na drugim punkcie odżywiania. Wpadłem tam jak burza i chcę pić. Pytają mnie – z prądem czy bez prądu? – Bez – odpowiadam, może zbyt cicho. No i biorę od razu wielki łyk, a tam – z prądem! I tak kilka sekund trzymam to w ustach z wybałuszonymi oczami nie wiedząc, czy wypluć czy przełknąć. A wszyscy patrzą. W końcu jakoś przełknąłem. – K...wa, z prądem była! – wykrzykuję na odchodne.

Od 27 kilometra, miejsca gdzie stał zielony namiot organizatora i gdzie krzyżowała się trasa było już trudniej. Tu podłoże stanowiła luźna „kasza śniegowa” trochę ślizgająca się pod nogami. Chcąc nie chcąc, chyba wszyscy biegli tu wolniej. I ja też zwolniłem.

Po kilku kilometrach pojawił się zbieg do karczmy „Brzeziniak” – jedyny krótki, bardziej techniczny element trasy. Wpadłem weń szybko omal się nie wywróciwszy, wypiłem z dwa kubeczki i widząc, że jakiś konkurent bawi w środku wybiegłem czym prędzej aby być przed nim. Następne metry to fragment pola, gdzie biegło się pod wiatr i robiło coraz bardziej stromo. To w tym miejscu jedyny raz, na krótki czas przeszedłem w marsz.

A potem był już tylko zbieg do mety. Z naprzeciwka biegło i szło pełno ludzi, którzy dopiero zmierzali do „Brzeziniaka”. Pozdrawialiśmy się i kibicowaliśmy sobie wzajemnie. Minąłem się też z Iryną, która niestety nie mając doświadczenia w biegach górskich nie znała dobrze trasy i gdy na skrzyżowaniu dróg na 27 kilometrze ktoś z obsługi skierował ją w dół do mety to ona pobiegła. Straciła w ten sposób około 18 minut, nadłożyła blisko 4 kilometry gdyż po 2 kilometrach wróciła pod górę. Przepadła szansa na zwycięstwo lub co najmniej drugie miejsce wśród kobiet. Do 27 kilometra prowadziła i czuła się bardzo dobrze. Wielka szkoda.

Na ostatnich kilometrach wyprzedziłem jeszcze jedną osobę i w końcu dobiegłem do torów. Pozostał ostatni odcinek o długości kilometra. Słabo się biegło po nierównej nawierzchni wzdłuż torów ale jakoś dałem radę. Miałem moment zawahania w miejscu, gdzie tory krzyżują się z asfaltem prowadzącym do centrum w Cisnej, ale ostatecznie pobiegłem dalej torami i to był dobry kierunek. Już chwilę później zobaczyłem metę. Wbiegłem na ją spokojnie gdyż ani mnie nikt nie gonił ani przed sobą nie widziałem żadnego zawodnika. Tak, jakbym biegł samotnie.

Zdjęcie Magdalena Bogdan
Wynik 3:20:25 dał mi 11 miejsce na 798 uczestników maratonu. W kategorii wiekowej M40 byłem 5 n 233 ale, że pierwszych dwóch nagrodzono w OPEN to zgarnąłem kolejną, bardzo ładną statuetkę z wilkiem za 3 miejsce w kategorii. Jestem z tego wyniku bardzo zadowolony. Uważam, że jak na moje możliwości pobiegłem dobrze. Czy popełniłem jakiś błąd, który bym dziś zmienił? Wiedząc, że trasa będzie tak łatwa technicznie i że będzie przypominała bieg uliczny może ubrałbym jeszcze lżejsze buty aby biec jeszcze szybciej. Może.

A bieg wygrał świetny Bartosz Gorczyca. Minąłem się z Nim, gdy wracał z „Brzeziniaka” a ja dopiero do niego biegłem. Nikogo za nim nie widziałem, biegł samotnie po zwycięstwo. Osiągnął czas 2:51:52 i ustanowił rekord trasy. Brawo.

Wśród Pań pierwsza przybiegła Paulina Wywłoka (3:28:58), która od 27 kilometra prowadziła i prowadzenia nie oddała do samej mety. Gratuluję.

niedziela, 14 stycznia 2018

Krótki wpis o książkach - Na tropie zbrodni


Gilbert Keith Chesterton - Człowiek, który był Czwartkiem. audiobook, wydawnictwo "Aleksandria" 2010, czas 7 godzin i 21 minut, czyta Eryk Wróbel. 


Staroświecki kryminał - pierwsze wydanie: 1908 rok. Są to czasy w których postrachem - tak jak dziś terroryści islamscy - byli anarchiści i rewolucjoniści. Bali się ich głównie wielcy ówczesnego świata, gdyż próbowali w sposób radykalny obalić stary porządek konserwowany przez bogaczy, książąt, królów i cesarzy. Co robili? Na przykład podrzucali delikwentowi bombę do karocy czy też faszerowali go znienacka ołowiem wystrzelonym z ukrytego za pazuchą rewolweru. Takie zamachy dokonywane przez anarchistycznych radykałów,  rewolucjonistów lub niepodległościowców niejednokrotnie się udawały. Ba, także Polacy odegrali w nich niepoślednią rolę. Wymienię choćby zamach na cara Aleksandra II w roku 1881 dokonany przez polskiego rewolucjonistę Ignacego Hryniewieckiego, udaremniona próba zamachu na cara Aleksandra III z 1887 roku, w którą zamieszani byli bracia Piłsudscy czy zabójstwo Prezydenta USA Williama McKinleya z 1901 roku dokonane przez polskiego emigranta, zwolennika anarchizmu Leona Czolgosza. O kilkanaście lat późniejsze zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda w Sarajewie dokonane tym razem przez serbskiego nacjonalistę z "Czarnej Ręki" - Gavrilo Principa - jest dobrze znane bo przyniosło dalekosiężne skutki dla całego świata.


W tych czasach gorącej walki ideologicznej starego z nowym powstał kryminał Chestertona. Jest to rzecz jasna książka na miarę swojej epoki. Nie ma tu zatrważającej zbrodni i soczystego opisu zmasakrowanego ciała młodej dziewczyny znanej z frymarczenia swym wstydem, którą jacyś okultyści postanowili porwać a następnie ukrzyżować. Coś takiego moglibyśmy znaleźć we współczesnych retro-kryminałach Marka Krajewskiego. Tu jest inaczej.

Jest Anglia na początku XX wieku. Są dystyngowani panowie, lokaje, kapelusze, honor, maskarada i pojedynki. Główny bohater nazywa się Gabriel Syme (czyt. Sajm). To gentleman, poeta, człowiek honorowy i elegancki, zatrudniony w charakterze tajnego pracownika Scotland Yardu. Rolę czarnego charakteru odgrywa budzące grozę sprzysiężenie Centralnej Rady Anarchistów planujące zbrodnie i przewroty. Anarchistów jest siedmiu, każdy zakonspirowany pod pseudonimem nazwy jednego z dni tygodnia. I już mamy wyjaśnienie tytułu: nasz główny bohater, wtyka Policji w przestępczym światku anarchistów zostaje przyjęty do grona jako "Czwartek". Szefem fanatyków jest tajemniczy i budzący grozę także potężną posturą "Niedziela". Rolą Syme'a jest rozbicie od środka niebezpiecznej organizacji.

Tyle wstępu. Dalszego biegu wydarzeń a tym bardziej zakończenia zdradzać nie zamierzam. Napiszę tylko, że słuchając audiobooka spodziewać się należy wielu zaskakujących zwrotów akcji przybierających niejednokrotnie zabawną formę.

Kryminał Chestertona byłby być może jednym z wielu i nie byłby tak znany gdyby właśnie nie Chesterton. Otóż pisarz ten, jednocześnie dramaturg i filozof, konwertyta z anglikanizmu na katolicyzm w swoich książkach opisując na przykład kryminalną zagadkę przy okazji "sprzedaje" czytelnikowi swoje przemyślenia na tematy społeczne, ekonomiczne, polityczne i religijne. Sporo w tym wszystkim filozofii a jako, że Chesterton znany jest jako pisarz katolicki, podobnie jak jego rodak J. R.R. Tolkien przeto dziwić się nie należy, że jest lubiany i ceniony zwłaszcza w kręgach katolickich. Ciekawe, że cytaty z jego książek są nadal żywe i dziś trafiają na przykład do tworów popkultury takich jak... gry komputerowe. Poniżej jako przykład screenshot z cyberpunkowej gry „Deus Ex”, którą kiedyś ukończyłem.



Mnie osobiście bawił przesłuchany kryminał ale jeszcze bardziej zainteresowała postać autora a zwłaszcza jego poglądy ekonomiczne. Chesterton, syn londyńskiego kupca jest współtwórcą teorii dystrybucjonizmu będącego czymś pośrednim, pomiędzy socjalizmem a kapitalizmem. Dystrybucjonizm opiera się w skrócie na prywatnej własności, funkcjonowaniu całej masy drobnych wytwórców, rzemieślników oraz dużej samorządności.

Przyznam w tym miejscu otwarcie, że na współczesnej ekonomii się nie znam, nie prowadziłem firmy i o finansach mogę trochę dyskutować co najwyżej z perspektywy historycznej lub zdroworozsądkowej. Nie zamierzam tu nikogo przekonywać ani nawracać na jedynie słuszny pogląd gdyż nie mam tu doświadczenia ani pełnego przekonania, co tak naprawdę jest słuszne.

Chestertonowski dystrybucjonizm jest według mnie pozytywnie interesujący choć może nazbyt utopijny oraz anachroniczny z dzisiejszego punktu widzenia. Nie wyobrażam sobie jak miałyby powstawać np. komputery jeśli nie siłą potężnych, międzynarodowych korporacji. Stawianie na nauczanie domowe zamiast powszechnego chyba też byłoby dziś trudne do przyjęcia. Trudno się dziwić, idee mają już sto lat. Musiałyby być w niektórych miejscach zmodyfikowane. Ale poza tym jest ciekawie. Dystrybucjonizm z jednej strony potępia komunizm i socjalizm - w moim odczuciu te ideologie oprócz tego, że są zwyczajnie ekonomicznie nieefektywne (patrz przypadek np. ZSRR, NRD a RFN a ostatnio Wenezuela) to jednocześnie promują miernotę i nieróbstwo prowadząc do pogłębiania społecznych patologii (na przykład dziedziczne bezrobocie). Z drugiej strony dystrybucjonizm sprzeciwia się plutokracji czyli rządom finansowych magnatów, którzy koncentrując w swych rękach lwią część kapitału wykorzystują przy tym masy zadłużonych w bankach pół-niewolników, bojących się utraty pracy i zabezpieczeń socjalnych. Sporo się ostatnio mówi o niebezpiecznej potędze wielkich korporacji więc temat jest jak najbardziej na czasie. W ten sposób omawiana filozofia ekonomiczna nabiera cech idei mogącej przyciągać zwolenników z zupełnie różnych środowisk. Wydaje się być atrakcyjna zarówno dla zwolenników ekonomicznej lewicy walczącej z bezdusznymi korporacjami i magnatami tego świata jak również dla ekonomicznej prawicy niechętnej upaństwawianiu, nadmiernym regulacjom i ograniczaniu prywatnej inicjatywy.

Mi się te idee wydają ciekawe tym bardziej, że nie przekonywał mnie nigdy ani proponowany np. przez Korwina-Mikkego skrajny liberalizm prowadzący do olbrzymiego rozwarstwienia społecznego ani równający w dół socjalizm. Dźwięczą mi w uszach słowa wybitnego rodaka Chestertona, premiera Wielkiej Brytanii Winstona Churchilla który podobno przemawiając w 1945 roku w Izbie Gmin trafnie zauważył: 

"Naturalną wadą kapitalizmu jest nierówny podział bogactwa. Naturalną zaletą socjalizmu jest równy podział biedy".

Zostawiam tu linka do artykułu przybliżającego poglądy Chestertona w sprawach ekonomii. Kogo temat interesuje niech sam wyrobi sobie zdanie. Jego obserwacje wydają się tym bardziej ciekawe, że z perspektywy blisko 100 lat które minęły możemy napisać, że wiele prognoz okazało się nadzwyczaj trafnych.

Audiobook, jest krótki, trwa ponad 7 godzin. Treść podzielono na 35 odcinków. Lektor, Eryk Wróbel to profesjonalny aktor teatralny. Czyta poprawnie, choć nie jakoś wybitnie.

Polecam.

Fragmentu powieści posłuchać można w radiowej „Dwójce”. Czyta Wiktor Zborowski [LINK – Poznajcie człowieka, który był „Czwartkiem”].

Agata Christie, Niespodziewany gość, Spotkanie w Bagdadzie, Dom nad kanałem, A.B.C, Morderstwo odbędzie się..., Pora przypływu, Randez-vous ze śmiercią, Tajemnicza historia w Styles, Morderstwo na plebanii, Zło czai się wszędzie, Trzecia lokatorka, Wydawnictwo OMEGA, cop. 2009. Czytają: Wojciech Malajkat, Marcin Hycnar, Maciej Słota, Artur Dziurman.



Christie – cesarzowa kryminału. Któż o niej nie słyszał? Osiemdziesiąt powieści na koncie, do tego opowiadania, sztuki teatralne. Miliard wydanych książek po angielsku, drugi miliard tłumaczony na sto języków. To robi wrażenie. Aż trudno uwierzyć, że pod względem wydawniczej popularności ustępuje tylko Biblii i Szekspirowi. Z biogramu wynika, że autorka miała ciekawe życie, choć niekoniecznie usłane różami. Porzucenie przez męża i rozpad małżeństwa, czasowa utrata pamięci, potem wyjazd na Bliski Wschód, uwiedzenie o 14 lat młodszego archeologa i towarzyszenie mu na wykopaliskach. Ten archeologiczny epizod w biografii Christie sprawia, że już czuję do niej sympatię.

W Polsce kryminały Brytyjki były i są nadal bardzo popularne choć miały kiedyś pod górkę gdyż podpadły ludowym cenzorom. Książki Agaty Christie podobnie jak omawiane w poprzednim wpisie Karola Maya w 1951 roku wpisano na komuszy „wykaz książek podlegających niezwłocznemu wycofaniu” z bibliotek. Znowu nie rozumiem dlaczego. Jest to literatura staroświecka, burżuazyjna, owszem, ale nie ma tam treści jawnie antysocjalistycznych. W każdym razie dziś ponownie możemy się cieszyć kreowanymi przez Christie historiami. 

Wersje dźwiękowe jej kryminałów wydało między innymi krakowskie Wydawnictwo OMEGA. Po nie właśnie sięgnąłem. Wersja rozprowadzana przez OMEGĘ jest bardzo ładna: to mini-książeczka z płytą CD zawierającą pliki mp3. W książeczce znajdziemy: biografię autorki, streszczenie powieści, sylwetki głównych bohaterów, bibliografię Cristie oraz biogram lektora. 

Zawartość dźwiękowa płyt zazwyczaj nie odstaje wysokim poziomem od papierowego opakowania. Powieści czytane są przez profesjonalnych aktorów teatralnych, użyczających także swych głosów w dubbingowanych filmach. W jednym tylko przypadku trafiłem na lektora, który czytał z przesadną egzaltacją i miejscami brzmiał komicznie (Morderstwo na plebanii). Bardzo fajnym elementem są dźwiękowe dżingle – krótkie podkłady dźwiękowe z podobną do używanej w filmach muzyką orkiestrową. Pojawiają się one na początku i  końcu rozdziału lub w decydujących momentach, to potęgując wrażenie tajemniczości, to znowu dodając dramatyzmu finałowej scenie.

Treść to staroświecki kryminał, a więc bez znanych z dzisiejszej literatury makabry, zboczeń, wulgarności i nieogolonych detektywów z problemem alkoholowym i małżeńskim. Akcja dzieje się zwykle w dosyć ograniczonym środowisku. Zwykle około ośmiu osób, służba, wytworne panie i gentlemani. Są tajne skrytki, tajemnicze obrazy, trucizny, zaszyfrowane wiadomości. Nagle okolicą wstrząsa zbrodnia. Tym, kto szuka sprawcy jest zwykle albo wścibska babcia – panna Marple albo belgijski, wąsaty detektyw – Herkules Poirot. 

Cała zabawa w kryminałach Agaty Christie polega na rozwiązaniu zagadki – kto zabił? Autorka jest tu chytra niczym żmijka. Warto oczywiście zadać sobie powtarzane w takich przypadkach pytanie „Cui bono?” ale i tak wytypować sprawcę wcale nie jest łatwo. Na pewno należy zwrócić baczną uwagę na kwestię pieniędzy, gdyż często to one są motorem zbrodni.

Po pierwszych kryminałach, gdy trochę już poznałem styl Christie wymyśliłem swój sposób na przebiegłą Brytyjkę, który poniżej podam. Trzeba robić tak: słuchasz początku kryminału. Czekasz do momentu, gdy autorka wyprowadzi na scenę wszystkich aktorów dramatu i każdego przedstawi. Wtedy spośród wszystkich poznanych wybierasz sobie osobę najmniej prawdopodobną i ją obstawiasz jako sprawcę. Nie daj się odwieść i trzymaj obstawionej postaci kurczowo: Chrisie będzie w trakcie narracji wodziła kościstym paluchem po scenie sugerując: „to ten!”, „nie, to ten!”, „a może jednak ten?”. Ostatecznie jest spora szansa, że owym szukanym czarnym charakterem okaże się ten początkowo najmniej podejrzany.

Jest to jakiś sposób ale sukcesu nie gwarantuje. Miałem po wielokroć tak, że obstawiałem tego lub tą, a finałowej sceny słuchałem już z mało inteligentną miną dowiadując się, że oto jednak zabił ktoś zupełnie inny. Babcia Christie znowu wystrychnęła mnie na dudka.

Kryminały z OMEGI mają jeszcze trzy plusy o których warto wspomnieć. Pierwszy to czas. Książka jest dosyć krótka: 5-8 godzin. Jest duża szansa, że przesłuchasz ją zanim zacznie cię nudzić. Gdy biegałem więcej kilometrów lubiłem zabrać Agatę Christie na długie wybieganie. Bywało, że jak trafiłem na krótszą książkę to przesłuchiwałem całość w ciągu jednego treningu. Idealnie.

Plus drugi: sporo kryminałów Christie jest zekranizowanych. Po ukończeniu książki (A.B.C., Morderstwo odbędzie się..., Zło czai się wszędzie) znajdowałem w Internecie ekranizację i zagłębiałem się w historię jeszcze raz, tym razem głównie ciesząc oczy scenografią i np. modą z epoki. Niestety, kinowe wersje są często nie tylko skrócone lecz też istotnie zmienione w porównaniu do książkowego pierwowzoru, co bywa irytujące.

Cena – też jest zachęcająca. Co prawda cena okładkowa to 24,90 ale w Internecie można kupić dużo taniej. Ja kupowałem swoje książki w taniej książce „Dedalus” która jest np. w Warszawie na Chmielnej. Jeden kryminał po 8 zł. Warto!

Plusów dodatnich mają kryminały Christie jak widać sporo, czy są jakieś plusy ujemne? Czasem miałem problem z połapaniem się, kto jest kim. Działo się tak wówczas, gdy autorka w stosunkowo krótkim czasie wyprowadzała na scenę 8-10 osób i przedstawiała je. Wtedy nie raz się gubiłem a niestety audiobook nie jest tak wygodny jak książka, gdy trzeba cofnąć się o kilka akapitów aby coś sprawdzić lub sobie przypomnieć.

Minus drugi: zdarzają się fragmenty mało wiarygodne. Na przykład przypadkowe spotkania na irackiej pustyni albo w ludnym niczym kolonia mrowisk Bagdadzie. Albo dokonywanie zbrodni z jednoczesnym wmówieniem komuś innemu, że to on je dokonuje. Nie wiele jest takich miejsc ale znalazłbym kilka, powiedzmy trochę naciąganych.

To jednak drobne mankamenty, które nie rzutują na ogólnie bardzo dobrą ocenę audiobooków Agaty Christie. Polecam.

C.D. chyba N.

środa, 10 stycznia 2018

Ultra-opowieści


Relacja zdjęciowa dostępna jest [tutaj]. 

Relacja filmowa na stronie Biała24 [tutaj]

Dziękuję "Przez Pryzmat" za zaproszenie a wszystkim gościom za przybycie.

czwartek, 4 stycznia 2018

Sylwester na biegowo

Nazwa: XXIII Bieg Sylwestrowy Nałęczów – Sao Paulo
Miejsce: Nałęczów, park zdrojowy.
Data: 31 grudnia 2017/1 stycznia 2018
Start: niedziela, godzina 23:55
Dystans: 6 km, 4 pętle po 1500 m.
Atest: nie
Podłoże: alejki parkowe, mostki drewniane, krótki podbieg po gruncie.
Suma podbiegów: 36m
Warunki: wilgotno ale ciepło, 6 stopni na plusie.
Miejsce OPEN: 8 na 73
Miejsce w kat. M40: 1 na 10.
Zwycięzcy: Andrej Starzynski (18:58) i Iryna Masnyk (UKR) (24:22)

Wrażenia

Bieg organizuje Stanisław Marzec, legenda biegania na Lubelszczyźnie. Z wyglądu niepozorny ale prawdziwy biegowy wymiatacz. Były mistrz świata w biegach przełajowych. Zrobiłem z nim kiedyś krótki wywiad [LINK]. W nazwie biegu występują dwie miejscowości – Nałęczów i Sao Paulo. Dlaczego Nałęczów to wiadomo, a dlaczego Sao Paulo? W brazylijskim Sao Paulo, w 1925 roku odbył się pierwszy taki bieg sylwestrowy. Jadąc nastawiałem się raczej na przyjemnego Sylwestra i krótką wycieczkę niż na wielkie bieganie. To było raczej dodatkiem.

Z celebrytą Bolkiem Prusem. Zbrązowiał, jak mnie poznał.
Nałęczowska impreza to – jak się przekonałem – zawody w starym stylu. Symboliczna opłata startowa, zapewniony nocleg w dawnym szkolnym internacie, ręczny pomiar czasu a kolejność na mecie ustalana wg karteczek, które każdy biegnący winien oddać sędziom po ukończeniu biegu. Średnia wieku zawodników jakby wyższa niż na typowych biegach ulicznych. Brak wypasionych pakietów startowych, pamiątkowych koszulek, napojów POWERADE, itp. Ale nagrody finansowe i rzeczowe dla najlepszych w OPEN i kategoriach wiekowych. Medal jest rozdawany zawodnikom jeszcze przed startem. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. Kameralna, przyjazna atmosfera. Po zawodach impreza sylwestrowa z posiłkiem. Nałęczowski bieg, pod względem klimatu przypominał mi nieco etapówkę w Zamościu [LINK].

Zdjęcie: naleczow.net
Biegło się dobrze. Było ciepło i nie było ślisko, czego się obawiałem. Nie wiedziałem jakie będzie podłoże. Zabrałem X-Talony 212 i nie był to zły wybór, choć równie dobrze mogłem zabrać startówki szosowe. Najpierw odespałem ze 3 godziny, następnie wychodząc do pobliskiego parku na start ubrałem na górę dwie warstwy na długi rękaw. Na miejscu okazało się, że jest na tyle ciepło, że choć grudzień i północ, to można pobiec w jednym, długim rękawie. 

Trasa była dobrze oznaczona zawieszonymi regularnie faworkami. Nie było z tym problemów, zwłaszcza, że z pętlą zapoznałem się jeszcze przed startem. Na trasie jeden krótki podbieg na skarpę, ze dwa mostki a poza tym asfalt. W miarę równy. Jako, że była sylwestrowa północ to z trasy biegu zapamiętałem dwie sceny. Pierwsza: para młodych ludzi całuje się przy trasie składając sobie życzenia na Nowy Rok. Druga a właściwie drugie, bo było ich wiele: Fajerwerki! Strzały! Rozbłyski! Cały dźwiękowy i wizualny festiwal. Odgłosy wybuchów skojarzyły mi się z warszawskim Biegiem Powstania Warszawskiego [LINK], gdzie organizator budował klimat walczącej Warszawy nadając z głośników dźwięki wybuchów i terkot karabinów maszynowych.

Siły rozłożyłem w miarę równo, bieg był krótki i bez kryzysów. Nie ścigałem się z nikim na końcówce. Ani nie widziałem nikogo, kogo mógłbym dojść, ani ten za mną nie był blisko. Z wyniku ciekawe jest to, że gdy wbiegłem na metę okazało się, że wyprzedziło mnie dwóch zawodników z kategorii M50 ale nikt z M40. Taki szczęśliwy dla mnie zbieg okoliczności.

Zdjęcie: naleczow.net
Wśród tych szybkich dwóch 50-latków był Marek Dzięgielewski – Mistrz Europy Weteranów w Lekkiej Atletyce, który w sierpniu 2017 mając 55 lat pobiegł 10.000 metrów w 33 minuty i 56 sekund. To także złoty medalista Mistrzostw Świata Weteranów w Biegach Górskich. Osobiście bardzo lubię czytać o takich „polskich Marco Olmo” jak Stanisław Marzec czy Marek Dzięgielewski. Te historie zwykłych ludzi, a jednak Mistrzów Świata mnie inspirują. Pozytywnie nakręcają. Zwłaszcza, gdy myślę, że mając 40 lat to już nie ma co, że trzeba rzucić te bieganie. A jednak okazuje się, że można. I do wymiatania w biegach górskich też góry nie są niezbędne. Marek Dzięgielewski jest z płaskiego Mazowsza zaś Stanisław Marzec z Nałęczowa. 

Bieg wygrał Andrej Starzynski, mocny biegacz często wygrywający biegi na wschodzie Polski. Uzyskał wynik 00:18:58. W ogóle w tym roku ponoć obsada była wyjątkowo mocna gdyż 5 pierwszych pokonało trasę szybciej, niż zeszłoroczny zwycięzca.

M40

poniedziałek, 1 stycznia 2018

2017 - podsumowanie roku


DATA
NAZWA
DYSTANS
RODZAJ
CZAS
MIEJSCE
26 luty
V Bieg Pamięci Żołnierzy Wyklętych „Tropem Wilczym”
5 km
Bieg uliczny
00:27:43
113 na 138
(nie ścigałem się - ITBS)
9 kwietnia
Czwarta Dycha do Maratonu
10 km
Bieg uliczny
00:38:05
47 na 1677
22 kwietnia
Piszczac Orienteering
Ok. 17-18 km
Bieg na orientację
02:09:00
1 na ok. 50
13 maja
Extreme Power Run II
6 km
Bieg przeszkodowy
00:31:07
7 na 185 (zgubiłem trasę)
21 maja
II Majowy Bieg na „Wisznicką Milę”
10 km
Bieg liniowy, głównie polna droga
00:38:57
4 na 22
28 maja
4. Maestrocafe Półmaraton Chełmski
21 km
Bieg uliczny
01:24:47
6 na 294
25 czerwca
VIII Krynica Vitamin Biegiem Przez Platerów
10 km
Bieg uliczny
00:39:15
32 na 412
1 lipca
Hunt Run
12 km
Bieg przeszkodowy
01:43:07
14 na 1280
(5 na 81 w grupie ELITE)
8 lipca
Jaszczur – Kresowe Bagna
50 km
Bieg na orientację
10:45:00
6 na 22
28 lipca
Südtirol Ultra Skyrace (Włochy)
120 km
marszobieg górski - skyrunning
24:29:52
22 na 196
26 sierpnia
II Ekstremalny Bieg Międzyrzeckich Jeziorek
5 km
Bieg przeszkodowy
00:21:39
2 na 53
31 sierpnia – 3 września
XXX Bieg Pokoju Pamięci Dzieci Zamojszczyzny
100 km w 4 etapach
Etapowe ultra po ulicy
07:10:50
5 na 72
7 października
V Hyunday Ultramaraton Bieszczadzki
53 km
Bieg górski ultra
05:16:26
15 na 423
20 października
Harpagan H-54
100 km
Pieszy maraton na orientację
10:54:42 na półmetku
46 na 162
DNF
28 października
II Nocny Bieg Pamięci Bohaterskich Lotników Podlasia
10 km
Bieg uliczny
00:38:30
9 na 187
11 listopada
5. PKO Bieg Niepodległości
10 km
Bieg uliczny
00:38:01
47 na 1488
19 listopada
2 Dycha do Maratonu (lubelskiego)
10 km
Bieg uliczny
00:38:07
33 na 1392
25 listopada
II Cross u Radziwiłłów – Andrzejki na sportowo
6 km
Bieg krosowy
00:22:29
2 na 105





Najpierw kilometry. W 2017 roku przebiegłem około 2400 km, co daje około 200 w miesiącu. Dokładnie rok temu smuciłem się, że nabiegałem jedynie 3500 km, czyli niecałe 300 w miesiącu [LINK]. W tym roku jak widać jest jeszcze słabiej. 200 km w miesiącu to połowa tego, co biegałem w swoich najlepszych czasach, cztery lata temu. Ma to oczywiste przełożenie na uzyskiwane przeze mnie wyniki. Miesiące w których biegałem najmniej to luty - 58 km, maj - 170 km; najwięcej biegałem w drugiej połowie roku: październik - 299 km, grudzień - 321 km. Powód tego biegowego opuszczenia się? Głównie brak czasu spowodowany pracą w dwóch szkołach, na 1,5 etatu. Do tego jeszcze na początku roku męczył mnie ITBS.

Jak trenowałem? Głównie wybiegania po polnych i leśnych drogach. Mniej w tym akcentów, niż w zeszłym roku a więc treningi mniej treściwe. Często stosowałem zły i kontuzjogenny trening „szarpany”: nie miałem czasu jednego dnia, to drugiego chciałem nadrobić i biegałem podwójną dawkę. W dzienniczku treningowym powstaje wtedy sito: trzy, pięć treningów rozrzuconych w tygodniu. Brak regularności, systematyczności. Prawie całkowicie odpuściłem podbiegi, jedynie trochę podbiegałem na bieżni mechanicznej w ProGym Club w Białej Podlaskiej, gdzie czasami chodzę po pracy. Jak jest noc, podła pogoda i nie chce mi się tłuc z latarką po lesie. Rower i basen odpuściłem całkowicie.

Zawody. Tych było niemało bo 18, tyle samo co w zeszłym roku. Ukończonych 17. Całkiem spora liczba, dająca średnio 1,5 startu na miesiąc. W typach zawodów widać wyraźne przesunięcie na biegi „krótkie”. One dominowały. Dystanse od 5 km do 21 to aż 13 spośród 18 wszystkich biegów. Dlaczego tak? Po prostu wiedząc, że nie jestem w formie, brak mi kilometrażu nie porywałem się na jakieś wielkie wyrypy aby się na nich skasować, nie wiadomo w imię czego. Więc startowałem sobie głównie w krótkich, niezobowiązujących zawodach ciesząc się bieganiem. Często były to wyścigi tanie i blisko Wisznic. Chętnie startowałem na przykład w „biegach” przeszkodowych, które dostarczają więcej emocji i zabawy, niż zwykły bieg uliczny. Było ich 3, o jeden więcej niż w ubiegłym roku. 

Biegi ultra które mnie najbardziej interesują to jedynie 5 imprez. Spośród nich 4 ukończyłem. Dwa marszobiegi górskie: najdłuższy Südtirol Ultra Skyrace (120 km) i znacznie krótszy Ultramaraton Bieszczadzki (53 km). Trafiła się też jedna, uliczna etapówka i jeden dłuższy maraton na orientację.

Sukcesy? Główny mój tegoroczny sukces to uporanie się z ITBS i brak jakichkolwiek większych dolegliwości czy kontuzji. Trenowałem mało, owszem, ale to z braku czasu a nie dlatego, że bolało mnie to i owo. Bardzo to pozytywne.

Sukcesów na zawodach zbyt wielu nie było. Coś tam czasem nabiegałem, dostałem pucharek stanąłem na podium ale wynikało to raczej ze słabej obsady zawodów, ze szczęśliwego ułożenia się zawodników według kategorii wiekowych, a nie z mojej dobrej formy czy dobrego czasu.

Za umiarkowany sukces uznaję na przykład Südtirol Ultra Skyrace – doba na trasie, 22 miejsce. Bieg z kryzysami, umieraniem i zmartwychwstaniem jak za starych, dobrych czasów początkującego ultrasa, ale w sumie fajny. Piękne Bolzano, świetna trafiła się pogoda. 

Ultramaraton Bieszczadzki – też nie mogę narzekać. Miejsce 15, czas bez rewelacji, ale bieg równy, bez kryzysów, podium w kategorii wiekowej i jak na moją obecną formę dobry wynik.

Cieszę się też bardzo z zamojskiej etapówki. 5 miejsce OPEN i nawet jakieś pieniądze udało się wygrać. Świetne cztery dni biegania i imprezowania a każdy następny etap szedł mi coraz lepiej.

Dobrze wspominam także te kameralne, lokalne biegi, w których załapałem się na podium. Wygrana w Piszczac Orienteering, drugie miejsce w Ekstremalnym Biegu Międzyrzeckich Jeziorek i w Crossie u Radziwiłłów, oraz pierwsze miejsce w kategorii M40 w półmaratonie chełmskim. Wiem, że mało osób i w ogóle koniec świata ale zawsze to fajnie być np. drugim za zwycięzcą.

Wtopy. Tych wbrew pozorom nie było zbyt dużo. Na pewno na pierwszym miejscu postawić muszę jesiennego Harpagana. Jedyny tegoroczny DNF, całkowicie z mojej winy. Pojechałem bez formy i bez przekonania. Robiłem błędy nawigacyjne i wyposażeniowe. Nic mnie nie usprawiedliwia, po prostu nieudany start.

Inne wtopy trudno mi wskazać. Owszem, czwarta czy piąta dziesiątka zawodników w biegu na dychę i czas w okolicach 39 minut to nie jest to, co „tygrysy” lubią najbardziej i do czego są przyzwyczajone. Niedawno „tygrysy” biegały w 36 minut. Ale to wszystko wynika z treningów więc trudno oczekiwać szybkiego biegania nie robiąc stosownego treningu. O te bieganie dyszek nie mam do siebie pretensji.

W sumie sukcesów spektakularnych nie osiągnąłem, życiówek nie poprawiłem, ale nie było źle. Forma trochę spadła, ale jeszcze biegam. Bez kontuzji, co najważniejsze. I ciągle w szeroko rozumianej czołówce amatorów. Dlatego nie narzekam lecz się cieszę i 2017 rok będę wspominał umiarkowanie dobrze.

Dane roczne z Ambita. Niepełne, brakuje części treningów.