środa, 3 października 2018

Biegowy weekend


II Jesienny Bieg po Zdrowie Pamięci Krzysztofa Jurkitewicza

Sobota. Lokalny bieg crossowy na 6 km poświęcony pamięci naszego zmarłego kolegi-biegacza. To pierwszy z dwóch biegów zaplanowanych na weekend. Oba potraktowałem treningowo, jeszcze w piątek normalnie trenując. Większość kończącego się tygodnia dodatkowo przechorowałem więc tym bardziej na wiele nie liczyłem. Ot, mocniejsze treningi połączone z wyjazdem w bliskie okolice i spotkaniem ze znajomymi. Zapowiadały się tym fajniej, że pogoda – około 14 stopni, sucho, słonecznie – wróżyła przyjemne bieganie.

Start i meta zawodów mieściły się w Holi koło Białej Podlaskiej. W biegu wystartowały 63 osoby. Tempo ustaliłem zupełnie na czuja, gdyż pękł mi pasek od Ambita i poruszałem się bez zegarka. Chyba musiałem zacząć szybko, gdyż Marka Jaroszuka, mocnego kolegę z Łomaz, ostatecznie drugiego widziałem przez pół dystansu.

Zdjęcie: Rafał Kozak bialskieforum.pl
Trasa uformowana była w pętlę i tylko na początku oraz na końcu prowadziła po asfalcie. Większość dystansu pokonywało się biegnąc po lesie, po w miarę płaskiej drodze. Była dobrze oznaczona, także tabliczkami co kilometr. Na początku zajmowałem czwartą pozycję. Prowadzenie od pierwszych metrów pewnie objął faworyt, Sylwester Jaciuk reprezentujący klub z Siedlec, przyszły zwycięzca (wynik na mecie 20:28 przy dystansie ok. 6300 metrów).  Drugi biegł wspomniany wcześniej Marek (wynik 22:10). Na trzecią pozycję wyskoczył jakiś młody chłopak (kat. wiekowa M20), w koszulce z napisem „Sokół” więc nazwałem Go roboczo „Sokołem”. Podziwiałem jak biegł bardzo lekko, bez żadnego widocznego wysiłku stąd biegnąc tuż za nim pożegnałem się w myślach z pierwszą trójką. Gdzieś jednak w połowie trasy, gdy minęliśmy ćwiczących w lesie „terytorialsów”, szybki młodzian zaczął zwalniać i pozwolił się wyprzedzić. Cóż – skorzystałem. Być może nieborak coś przekombinował z jedzeniem lub złapała go kolka gdyż wbiegając dużo później na metę, już poza pierwszą dziesiątką, trzymał się za brzuch.

Ukończyłem finalnie trzeci z czasem 23:15. W swojej kategorii wiekowej M30-45 byłem drugi. Kalkulator Danielsa podaje, że musiałem trzymać średnie tempo w okolicach 3:41. W takich warunkach w zupełności mnie to zadowoliło. Do dekoracji niestety nie zostałem gdyż byłem umówiony w Białej Podlaskiej. Bardzo przyjemne zawody.

I Cross Nadbużański


Dzień następny: niedziela.  Ze znajomymi biegaczami z Wisznic jadę na bieg krosowy nad Bugiem, w okolice malowniczych Serpelic i Mielnika, gdzie ledwie dwa tygodnie wcześniej biegłem krótkie ultra. Co dokładnie nas spotka, nie wiemy, gdyż jest to pierwsza edycja. Z mapy wynika, że pobiegniemy tym razem lewobrzeżnym Bugiem, w drugiej połowie bardziej po lesie. Nie przyjrzałem się dobrze mapce – gdybym to zrobił, nie byłbym zaskoczony pagórkami w podserpelickim lesie, które przecież dobrze znam. Wielokrotnie byłem w tej okolicy podczas obozów survivalowych z młodzieżą. Dystans nie jest okrągły, wynosi około 14 km i 300 metrów. Po drodze, w Zabużu i Serpelicach przewidziano dwa punkty żywieniowe. 


Rano, w biurze zawodów i na mecie przy „Gas System” w Hołowczycach jest chłodno i wietrznie. Gdy nas w końcu wywożą autobusem do docelowego miejsca startu robi się ciepło, słonecznie i przestaje wiać. Czekamy aż dojedzie drugi autobus z biegaczami i zawodnikami Nordic Walking. Okolica jest dzika i malownicza. Obok starorzecze Bugu, na wodzie pływają łabędzie. W krzakach siedzi jakiś wędkarz. Na drugim brzegu trzciny i wierzby. Las powoli zmienia płaszcz, z zielonego na złoty. Piękne miejsce.

Ludzie się rozgrzewają, robią pamiątkowe zdjęcia, inni cichcem wymykają się w krzaki, w wiadomym celu. Choć w biegu bierze udział tylko 50 osób, to konkurencja jest tym razem mocniejsza, niż we wczorajszym biegu w Holi. Znowu jest Sylwester Jaciuk, który najpewniej wygra. Jest też nie znany mi ale ponoć mocny Marek Mitrofaniuk. Obaj reprezentują kluby z Siedlec. No i Łukasz Baranow z pobliskiego Platerowa, który dwa tygodnie wcześniej dołożył mi ponad 4 minuty na Ultramaratonie Nadbużańskim (52 km). Czyli pierwszą trójkę mam raczej poza zasięgiem. Ciekawe kto jest jeszcze mocny, a kogo nie znam. Rozglądam się, czy z krzaków znowu nie wychynie gdzieś Jacek Chruściel, który chyba lubi zapisywać się w ostatniej chwili. Nie, jednak nie ma.

Startujemy około 12:20, z dwudziestominutowym poślizgiem. Staram się nie zacząć za mocno więc biegnę gdzieś na 10 pozycji. Trasa to droga po nadbużańskich łąkach. Pierwsza trójka: Jaciuk, Mitrofaniuk i Baranow to pierwsza liga. Biegną za prowadzącym quadem i po kilku kilometrach już ich nie widać. Ja z czasem wyprzedzam kilku, i dołączam do kolejnej dwójki. To wyższy, mocniej zbudowany Marek Szymański oraz drobny Mateusz Klebanowski. Obaj są młodzi, kategoria wiekowa do 35 lat. Razem, we trzech, biegniemy jako druga liga przez większość dystansu zmieniając się co jakiś czas na prowadzeniu. 

Zdjęcie: Gminna Biblioteka Publiczna w Sarnakach

Na nadbużańskich polach czasem mocniej powieje jednak ogólnie jest zupełnie znośnie. Tuż przed Serpelicami odbijamy od rzeki w prawo i lecimy do lasu. Zaczynają się podbiegi. Dobrze je znam, wiem kiedy się kończą więc zwalniam wyraźnie tempo, aby się nie zadziabać i nie przejść w marsz. Gdzieś na tym etapie odchodzi mi do przodu Marek Szymański. Już go nie widzę. Trzymam się za plecami Klebanowskiego. Wkrótce skręcamy w lewo i rozpoczynamy zbieg łagodną, leśną drogą do Serprelic. Tam, na punkcie odżywiania kubek wody na siebie i znowu podbieg, na kalwarię. Jest tu trochę grząskiego piachu. Trasa jest dobrze oznaczona biało-czerwonymi taśmami, nie ma ich jakoś przesadne dużo lecz ani razu nie mam wątpliwości, gdzie biec. Na skrzyżowaniach stoją strażacy i kierują biegaczy we właściwą stronę.

W lesie na szczycie pagórka doganiam po raz ostatni i zrównuję się z Klebanowskim. Chyba go zmordował podbieg bo trochę zwolnił. – Dajesz młody, jak wybiegniemy z lasu powinno już być widać metę – mobilizuję konkurenta. Wybiegamy i rzeczywiście, widać dmuchaną, pomarańczową bramę przy „Gas System”. Tu, na ostatnim kilometrze młody Mateusz zbiera resztki sił i odskakuje mi na 100 metrów do przodu. Już go nie dogonię.

Docieram do upragnionej mety jako 6 zawodnik OPEN na 50. Czas 59:08. Bieg wygrał Sylwester Jaciuk (00:52:36), drugi był Marek Mitrofaniuk (55:07), trzeci Łukasz Baranow (55:39), czwarty Marek Szymański (57:33), piąty poprzedzający mnie Mateusz Klebanowski (58:51). Cała piątka przede mną to biegacze młodzi, z kategorii wiekowej do 35 lat. W konsekwencji wygrałem kategorię wiekową M36-50. Koleżanka, Ania Chustecka z Wygody podobnie jak dzień wcześniej w Holi, także i tu przybiegła pierwsza wśród Pań (1:11:36).

Ze znajomymi czekamy ponad dwie godziny na zakończenie. W międzyczasie kibicujemy biegaczom, potem „nordicowcom”, objadamy się smacznymi ciastkami, ciepłą grochówką, jabłkami; zapijamy gorącą herbatą. Dzielimy się uwagami o sprzęcie, gratulujemy sobie, obgadujemy plany startowe i co kogo, gdzie i jak długo boli. Jest dużo czasu na pamiątkowe zdjęcie przy mecie, nawet takie z wyskokiem.

Debiut nowej, kameralnej, lokalnej imprezy biegowej w okolicach Białej Podlaskiej wypadł bardzo dobrze. Gratuluję organizatorom.



poniedziałek, 1 października 2018

Mieć Szmergla na punkcie ultra (Ultramaraton Nadbużański 2018)

Zdjęcie: Ultramaraton Nadbużański
Dwa tygodnie temu uczestniczyłem w pierwszej edycji biegu ultradystansowego na południowym Podlasiu: PGE Ultramaratonie Nadbużańskim. Fotorelację z niego opublikował portal festiwalbiegowy.pl Zapraszam do oglądania zdjęć, przeczytania tekstu wprowadzającego, w tym wywiadu z dwoma najlepszymi zawodnikami. Poniżej jeszcze kilka zdań o oczekiwaniach oraz przebiegu mojego wyścigu.

[LINK DO RELACJI]

Osobiste doświadczenia

Dlaczego pojechałem do Mielnika i jakie miałem oczekiwania? Mielnik jest blisko, ledwie 30 kilometrów od mojego miejsca pracy. Nowy ultramaraton miał zostać rozegrany w zasadzie w „naszej” okolicy dlatego uznałem, że mnie, jako ultrasa nie może tam zabraknąć. Ponadto dystans trasy „Szmergiel” wynoszący 52 km był fajny, pasował na pierwszy bieg na początek nowego sezonu.

Swój wynik na mecie szacowałem na jakieś cztery godziny. Miałem nadzieję na miejsce na pudle, gdyż z zawodników, których widziałem jakiś czas wcześniej na liście startowej kojarzyłem tylko braci Baranow z Platerowa, Tomasza i Łukasza. Marzyło mi się może drugie, może trzecie miejsce. Gdy w przeddzień zawodów przeprawiłem się ręcznie „napędzanym” promem, przez Bug w Zabużu i dotarłem do miejsca noclegowego w szkole w Mielniku, okazało się, że czekają tam już zawodnicy niepośledniej klasy. Poznałem Damiana Walczaka, debiutanta w ultra ale legitymującego się życiówką w półmaratonie poniżej 1:10. Po biurze zawodów  kręcił się podobnie niedoświadczony w ultra ale równie zabójczo szybki na krótszym dystansie Krzysztof Żebrowski. – No ładnie – pomyślałem. – Mocna ekipa przyjechała. Takim nie podskoczę.

Tuż po starcie biegłem w czołówce lecz dosyć spokojnie. Założyłem średnie tempo na taki dystans w granicach 4:15-4:30 i tego się trzymałem. Było chłodno, trasa lekko crossowa, krótki odcinek nawet ścieżką po bezdrożu. Był też odcinek asfaltowy jednak zdecydowana większość prowadziła po leśnych i polnych drogach.


Pierwsza trójka wyróżniała się na tle pozostałych możliwościami szybkościowymi i wkrótce znikła mi z oczu. Wyprzedziłem kilku i myślałem przez dłuższy czas, że biegnę czwarty, za dwoma wymiataczami od krótkich dystansów z ulicy i Łukaszem Baranowem. Dopiero na mecie dowiedziałem się, że oprócz tej trójki biegł przede mną jeszcze Jacek Chruściel z Międzyrzeca, zawodnik mocniejszy ode mnie, z którym przegrywam prawie zawsze.

Trasa była bardzo dobrze oznaczona a i pierwszy punkt kontrolny ustawiony w okolicach 19 kilometra był suto zaopatrzony. Przeżyłem tam jednak chwilę grozy, gdy zorientowałem się, że nie ma niegazowanej wody. Nie trawię wody gazowanej podczas zawodów, przekonałem się kiedyś o tym m.in. na Biegu 7 Dolin. – No to jestem załatwiony – pomyślałem. Na szczęście nie było tak źle. Woda była tylko lekko gazowana i tym razem nie wywołała żadnych atrakcji.

W drugiej połowie trasy miałem jeszcze na początku kogoś kilkaset metrów za sobą. Jakaś czarna koszulka, ale był na tyle daleko, że nie wiedziałem, kto to. W każdym razie mobilizował mnie, aby nie odpuszczać. Na ostatnich 20 kilometrach zacząłem odczuwać mocne tempo biegu, tym bardziej, że temperatura się podniosła i wyszło słońce. Myślę, że było około 20 stopni a dla mnie coś takiego plus słońce to za dużo. Zacząłem się przegrzewać. Połowę tej wody, którą brałem do softflasków wylewałem na głowę aby się schłodzić. Pojawiły się na tym etapie także większe pagórki. Wbiegałem na nie ledwo co. Szczególnie ciężki był łagodny lecz długi podbieg po białej, kamienistej drodze, w słońcu, przy kopalni kredy. Walczyłem, aby tam nie przejść w marsz.  Tempo na płaskim spadło do przedziału 4:30-5:00 na kilometr. Na drugim i trzecim punkcie żywieniowym były znajome dziewczyny, które mi kibicowały. Byłe tak zmordowany i skupiony na uzupełnieniu wody i jak najszybszym wyjściu z punktu, że nawet ich nie zauważyłem. Dopiero na mecie dowiedziałem się, że były.

Na końcówce biegłem obok zawodników z krótszych tras. Kilka kilometrów przed metą mówiono mi, że ten przede mną jest niedaleko, żebym go gonił. Nie miałem już sił, chciałem tylko zmieścić się w czasie poniżej 4 godzin. Wychodziło, że powinienem zdążyć na styk.

Zdążyłem, jeszcze z zapasem. Przybiegłem z czasem 3:57:52 netto. Byłem 5 na 143. W kategorii wiekowej „doświadczenie” (39+) byłem pierwszy więc mogłem chwilę pobłyszczeć na podium. Przede mną przybiegli: Krzysztof Żebrowski (3:27:46), drugi Damian Walczak (3:33:15), trzeci Jacek Chruściel (3:47:40), czwarty Łukasz Baranow (3:53:40). Szóstego, Grześka Józefczyka odsadziłem o ponad 10 minut (4:09:53).

Podium kategorii wiekowej "doświadczenie" 39+

Bardzo udany bieg: lokalny, nie za długi i niezbyt techniczny, polno-leśny, z dobrze oznaczoną trasą i dobrze zaopatrzonymi punktami. Taki jak lubię. Tylko tę wodę niegazowaną mogliby następnym razem załatwić i będzie super. 

[LINK] do strony zawodów

wtorek, 11 września 2018

Mniej biegania, więcej malowania

W wakacje biegałem mniej, zrobiłem roztrenowanie. Mając więcej czasu bawiłem się w inne hobby, które mnie zawsze pociągało, a na które nie starczało mi zwykle czasu. Malowanie na płótnie. Zacząłem od obrazów łatwych i na małym formacie. Proste pejzaże malowane farbami akrylowymi z pomocą zdjęcia lub tutoriala. Potem przeniosłem się na większy format. Poniżej zdjęcia czterech obrazków, które namalowałem w ostatnich dwóch miesiącach.

Pierwszy, mały obrazek. Zielawa w Wisznicach, zimą, za cmentarzem
2. Pejzaż z jeziorem w górach (z tutoriala)
3. Stary kościół w Wisznicach zimową nocą
4. Wisznice, dom, w którym mieszkam.

sobota, 8 września 2018

Castorian Extreme Race - Udany debiut

Tydzień po nieudanych dla mnie Mistrzostwach Polski w biegach przeszkodowych w Ząbkach pod Warszawą miałem kolejny bieg, też przeszkodowy. Nosił tajemniczą nazwę Castorian Extreme Race. Dlaczego tajemniczą? Bo o ile "extreme race" potrafię sobie przetłumaczyć, to nie wiem, co oznaczać może owo słowo "Castorian" - czyżby chodziło o znanego z mitologii greckiej Kastora, jednego z dwóch braci herosów, brata Polluksa? Możliwe, wszak obaj byli opiekunami żeglarzy i żołnierzy.

Kastor i Polluks: Bliźnięta, Argonauci, herosi

Zastanawiając się nad nazwą wyścigu przy okazji uświadomiłem sobie, że język angielski wdziera się do biegów przeszkodowych szczególnie natrętnie. Dodaje szyku i międzynarodowego charakteru, a słowo "extreme" powoduje ciarki i jeży włosy na plecach niejednego Janusza żyjącego pomiędzy Bugiem a Odrą. Runmageddon, Hunt Run, Survival Race, Armageddon Challenge, Spartan Race, Barbarian Race, Extreme Power Run, Castorian Extreme Race. Czy ktoś zdecydowałby się skrzywdzić organizowaną przez siebie imprezę, swoje wypieszczone dziecko chrzcząc je ordynarną wręcz nazwą typu: Cycowski Bieg Przeszkodowy, Przez płoty i krzaki - szalony wyścig w gminie Sarnaki lub na przykład  Wiosenny Bieg Błotny po Złotą Podwiązkę? Wątpię. A może z nazewnictwem wyścigów będzie tak jak z imionami dzieci? Wpierw zachłyśnięcie się nowym, chrzczenie pociech imionami Ariel, Kewin, Sandra a po jakimś czasie powrót do polskich imion tradycyjnych typu Jan, Piotr, Krzysztof itp. Zobaczymy, niezbadane są wyroki mody.

Impreza miała mieć swoją pierwszą edycję i stanowić pierwszy, wstępny (TRIAL) bieg z całego cyklu wyścigów. Dystans krótki, tylko 4 km, przeszkód 20 czyli niezbyt dużo. Miejsce zawodów - Czemierniki koło Radzynia Podlaskiego - też zachęcało mnie do startu. W końcu od Wisznic to niecałe 50 kilometrów. Postanowiłem wziąć udział w debiutującej imprezie choć wahałem się do ostatniego dnia przed startem. Spuchnięta po zewnętrznej stronie kostka prawej stopy nie pozwalała mi szybko biec przez dłuższy czas. Nadwerężyłem ją tydzień wcześniej na Mistrzostwach Polski OCRA Poland. Zdecydowałem, że pomimo tego te 4 kilometry spróbuję pokonać, będę jednak ostrożnie zeskakiwał z wszelakich przeszkód. Pokusa startu była tym większa, że zapisanych zawodników nie było zbyt dużo, zapowiadane przeszkody w niczym nie przypominały tych trudnych, poznanych niedawno na Mistrzostwach OCRA. Była zatem szansa, na wysoką pozycję.

Na miejsce startu położone na północ od miejscowości na jakichś polach graniczących z dużym lasem dotarłem z pomocą wskazówek usłużnych miejscowych. Było gorąco i słonecznie, chyba około 27 stopni. Liczyłem, że tuż po starcie wpuszczą nas w bagno, które schłodzi i ograniczy negatywny wpływ wysokiej temperatury. Okolice startu i mety wyglądały jak mały festyn. Strażacy przygotowali prowizoryczną sadzawkę wypełnioną pieniącą się wodą. Czekała na dzieci i umorusanych finisherów. Była mała gastronomia, było piwo. Była zadaszona scena a nawet Policja prezentowała swój sprzęt i pozwalała dzieciom robić z nim zdjęcia. Znalazło się kilku znajomych, wśród nich moi byli uczniowie z wisznickiego liceum. Chłopcy wyrośli, jeden trafił do wojska. Fajnie było znowu ich zobaczyć.

Bieg miał trzy oddzielne klasyfikacje: start indywidualny kobiet i mężczyzn, albo w 3-osobowej drużynie. Razem z 43 osobami wybrałem start indywidualny. Większość spośród wszystkich 158 zawodników startujących w imprezie wybrała opcję drużynową. 

Organizatorzy nie przywiązywali zbyt dużej wagi do wypuszczenia zawodników o czasie zgodnym z podanym wcześniej harmonogramem. Pierwsza fala, w której byłem i ja wyruszyła z bodaj półgodzinnym poślizgiem. Nigdzie mi się nie spieszyło więc nie narzekałem. Przed startem miałem jeszcze pół godziny, które wykorzystałem na poznanie początku i końcówki wyścigowej pętli.


zdjęcie: Tygodnik lokalny Wspólnota Radzyńska (24wspolnota.pl)

Pierwsza przeszkoda: opony otrzymane na starcie trzeba było przetargać jakieś 100-200 metrów i wrzucić na pakę samochodu. Pobiegłem wyprzedzony przez wielu, lecz umyślnie. Nie chciałem się zagotować na pierwszych setkach metrów. 

Kolejną przeszkodą, bardziej widowiskową niż sprawiającą jakikolwiek kłopot był płonący na polu rów, który należało przeskoczyć. Potem czołganie pod drutem kolczastym w piachu zlanym wodą. Na tym etapie wszedłem już do pierwszej piątki, szybko się czołgałem lecz niezbyt fachowo. Co rusz zaczepiałem koszulką bądź sterczącą bezwstydnie w górę rzycią o kolczasty drut. Na mecie miałem w związku z tym dodatkowe wywietrzniki w tylnej części ubrania.

Zdjęcie: Piotr Fil

Przeskoczyliśmy przez bele słomy i wskoczyliśmy do lasu. Tam ścieżka wyłożona była oponami, kluczyła zakrętasami, prowadziła to w górę, to w dół, przez pagórki ale, że była dobrze otaśmowana z obu stron to problemu ze znalezieniem trasy nie było. W trakcie przesunąłem się na trzecią pozycję. Wybiegłszy na chwilę na polanę od razu pokonałem pochyłą ściankę ze zwisającą liną. Miała powierzchnię z nieheblowanych desek a zatem bardzo przyczepną. Widziałem, że inni wbiegali na nią nawet bez pomocy liny.


Po kolejnym dłuższym biegu po lesie dobiegłem do przeszkody zwanej "polonista". Dwóch pierwszych już tam było. Był to ni mniej ni więcej tylko autentyczny nauczyciel j. polskiego, który siedział sobie w środku lasu za stolikiem i zadawał zawodnikom pytania dotyczące literatury, słownictwa, gramatyki. Błędna odpowiedź, tak jak w przypadku wszystkich innych przeszkód "kosztowała" zawodnika 20 karnych "burpees" (padnij - powstań). Chłopak przede mną ma "wymień Trylogię Sienkiewicza". Banał - pomyślałem - ja też takie chcę. Wybrałem pytanie pierwsze z listy: "Obcokrajowiec w formie żeńskiej, rzeczownik, może być inny wyraz". Myślę 5 sekund. - Cudzoziemka! - Tak! Leć dalej.



Na następnych kilkuset metrach biegliśmy po leśnej drodze. Pojawiające się przeszkody były łatwe lecz jedna o dziwo sprawiła mi trudność. ściankę strażacką o wysokości ok 150 cm przeskoczyłem łatwo, magiel z opon też nie był niczym trudnym, podobnie plątanina lin pod którymi najwygodniej było się po prostu przeczołgać. Były też dwie drewniane szpule od kabli. Mała, a za nią duża. Nie mogłem się bez rozbiegu wgramolić na tę większą. W końcu jakoś mi się udało, ale chyba za trzecią próbą. Wstyd.


Kolejna przeszkoda: liny. Należało się wspiąć po grubej linie na wysokość około 3 metrów i dotknąć belki. Klasyka rockn'rolla na biegach przeszkodowych. Byłem zadyszany, wyprzedziłem niedawno chłopaka przede mną i wskoczyłem na drugie miejsce. Do lin czułem respekt pamiętając, że na Mistrzostwach tydzień temu, będąc już zmęczonym miałem problem z wejściem po linie na 4 metry. Postanowiłem przezornie odpocząć przez kilka sekund, uspokoić oddech. Odpocząłem, wspiąłem się, lecz znowu spadłem na trzecie miejsce gdyż kolega tuż za mną nie bawił się w żadne głupie przestoje pod linami.

Zdjęcie: Piotr Fil

Dobiegliśmy w końcu do jakiegoś wyrobiska, gdzie wydobywano piasek. Tam trasa prowadziła to w dół stromej skarpy, to znowu pod górę; dalej znowu w dół. Dużo piachu i stromo. Lubię to. Na skarpie czekali dopingujący kibice. Z piachu wbiegaliśmy w szuwary i do płytkiego bagienka, gdzie woda nie sięgała nawet do pasa. Podobno były tu zatopione jakieś betonowe kloce, które w zamyśle organizatorów miały pomagać zawodnikom, a których ja się obawiałem. Wyobraziłem sobie uderzenie nogą w niewidoczną pod wodą betonową przeszkodę i założyłem, że nie będzie to nic przyjemnego. Szczęśliwie w nic nie uderzyłem.


Po wyjściu z wody biegłem tuż za drugim zawodnikiem. Nie mogłem Go wyprzedzić, gdyż szuwarowa ścieżka była zbyt wąska. Udało się to na szerszej, leśnej drodze. Wskoczyłem ponownie na drugie miejsce. Kilkaset metrów dalej dostrzegłem zawodnika przede mną. Dojść go nie miałem już siły. Sterał mnie upał oraz ciągły bieg po pagórkowatym terenie i krętych ścieżkach w lesie. Tempo mi spadło. Postanowiłem bronić zajętej pozycji, nie mając nawet świadomości, że biegnę drugi. Myślałem, że przed tym, którego przed sobą widziałem, jest jeszcze ktoś. 

zdjęcie: Piotr Fil

Pozostały ostatnie przeszkody. Pierwsza z nich była najtrudniejsza z całej trasy. To drewniana, pionowa ścianka o wysokości 2,7 metra, której nie można było pokonać z wykorzystaniem metalowych podpórek po bokach. Szczęśliwie nie miała zupełnie gładkiej powierzchni, czasem deska wystawała na zewnątrz o centymetr. Metodą na nią było wbiegnięcie z rozpędu, zahaczenie butem o wystającą deskę i wybicie się w górę, tak, aby sięgnąć górnej krawędzi. Gdy to wyszło, było się już w domu. Podciągnięcie i przejście na drugą stronę. Rozmyślnie piszę "przejście" a nie "przeskok", gdyż ciągle pamiętałem o mojej sponiewieranej stopie. Nie szalałem tu, nie zeskakiwałem, lecz ostrożnie schodziłem. Wysoką ściankę pokonałem dopiero za drugim razem. Ostrożnie ją przeszedłem, podobnie jak ustawioną dalej pionową ściankę - "pajęczynę". Kolega przede mną zniknął mi z pola widzenia. 



Tunel podziemny z błotem wewnątrz był krótki i nie miał ślepego korytarza. Ciekawa ostatnia przeszkoda to jakby magiel vel porodówka z dwoma rzędami opon lecz umieszczonymi nad rowem wypełnionym wodą. Rzuciłem się tam szczupakiem i być może właśnie tam rozbiłem czoło. Nie pamiętam jak to się stało, krwawiącą ranę zauważyłem dopiero na mecie.



Wyścig ukończyłem z czasem 25:01 minut brutto. Byłem drugi. Zwycięzca, Marcin Lewicki, jak się potem okazało przeszkodowiec z Płocka, weteran różnych Runmageddonów, uczestnik tegorocznych Mistrzostw Europy OCR w Danii, przybiegł niecałą minutę wcześniej (24:06). Cały bieg w wersji indywidualnej ukończyło 44 zawodników. Wśród Pań najlepsza była Beata Chruściel z czasem (30:44). Najszybszą drużyną okazały się Dzikie Borsuki z Łukowa (27:01).



Jak wypadł debiut Castorian Extreme Race? W moim odczuciu bardzo dobrze. Trasa bardzo dobrze oznaczona, na całości otaśmowana. Kibiców, jak na bieg na obrzeżu małej miejscowości było całkiem sporo, może i więcej, niż na wspomnianych już Mistrzostwach Polski. Teren, w którym rozgrywały się zawody też był dużo ciekawszy, niż ten na Mistrzostwach. Oczywiście poziom zawodników to już co innego; w Czemiernikach nie było nikogo choćby zbliżonego możliwościami do braci Sobierajskich czy Piotra Łobodzińskiego. Ci wygraliby tu specjalnie się nawet nie wysilając. Także przeszkody były znacznie prostsze i co za tym idzie dużo łatwiejsze. Nie było żadnych combosów, ringów i innych przemyślnych przeszkód dla wspinaczy charakterystycznych dla wyścigu "Hand-Power Race". Bieg w Czemiernikach to typowy biegowo-szuwarowo-oponowo-czołganiowy OCR. Faworyzował biegaczy a nie wspinaczy, badał głównie wydolność a nie siłę rąk i mocny chwyt dlatego pomimo obolałej kostki mogłem w nim zająć drugie miejsce.

Praktycznie wszystko mi się w nim podobało, dlatego - o ile będę miał taką możliwość - chętnie wystartuję w kolejnej edycji.

[Strona biegu]

[Film na You Tube]


Więcej zdjęć ze startu drużynowego zamieściłem na swoim profilu Facebook "Paweł Pakuła"

niedziela, 2 września 2018

Mistrzostwa Polski OCRA Poland – na tarczy

OCRA Poland czyli w wolnym tłumaczeniu polskie Stowarzyszenie Wyścigów Przeszkodowych (Obstacle Course Racing Association) organizowało w dniach 24-26 sierpnia Mistrzostwa Polski w biegach przeszkodowych (OCR). Lubię OCR-y, startowałem w nich nie raz, w tych słabiej obsadzonych potrafiłem nawet bywać wysoko. Gdy dowiedziałem się o Mistrzostwach Polski mających mieć miejsce w Ząbkach pod Warszawą, niewiele myśląc, zapisałem się. Z trzech opcji: bieg na 3 km, bieg na 15 km i drużynówka wybrałem bieg na 15 km. Jestem biegaczem długodystansowym więc logiczne, że im dłuższy dystans, tym mam większe szanse ze sprinterami. Będzie bieganie po krzakach, będzie błoto, czołganie, liny, szuwary, opony, skoki przez ścianki itp. Dużo startujących i dużo kibiców – w końcu to prawie Warszawa a nie jakaś prowincja. Tak myślałem. Zapłaciłem niemałe 270 złotych za grupę ELITE i czekałem kilka dni, do startu.

Tuż przed zawodami zacząłem się niepokoić. Na profilu Facebook organizator zaczął ujawniać przeszkody. „Pająk”, jakieś konstrukcje metalowe z łańcuchami. Nie jestem mocny w rękach, proporcje ciała mam bliższe dla tyranozaura (tj. małe łapki – wielki tyłek) niż orangutana. Zaczynałem podejrzewać, że dla mnie walka toczyć się będzie nie o miejsce w czołówce, a o ukończenie.

Gdy przyjechałem w sobotę na miejsce ciemne chmury gromadzące się nad moim startem pociemniały jeszcze bardziej. Prawie żadnych kibiców, zawodników może kilkunastu, jeszcze w biurze zawodów nie mieli mnie na liście opłaconych. Na stadionie obok przemyślne konstrukcje – combosy zbudowane z rurek, lin, obręczy (ringów) nawilżane były przez lekko padający deszczyk. Przyjrzałem się temu: wszystko na siłę rąk i korpusu, jakbym był na zawodach Street Workout. Dla siłaczy, dla wspinaczy ze ścianek wspinaczkowych pewnie pestka. Dla mnie – typowego biegacza – duże wyzwanie.

Na miejscu przepisałem się z grupy ELITE do kategorii wiekowej. Gdy ledwie kilkunastoosobowa grupa najszybszych wystartowała poleciałem za nimi. Chciałem zobaczyć, jakie są przeszkody poza stadionem. Okazało się, że trasa wbiega do lasu i robi tam niewielką pętlę. Tylko 3 km. Znaczy to, że aby zrobić dystans 15 km trzeba ją pokonać 5-krotnie. Nudno. Większość przeszkód, oprócz banalnych kilku pierwszych badała siłę rąk. Słabo się w tym widziałem i uznałem, że w tych warunkach sukcesem będzie nie ukończenie zawodów, lecz ukończenie pierwszej z pięciu pętli, czyli przejście wszystkich przeszkód. Bieganie nie miało tu za bardzo znaczenia o czym przekonałem się obserwując biegnącą wolno czołówkę. Służyło tylko do odpoczynku pomiędzy trudnymi przeszkodami.

W południe startowała mogą grupa wiekowa (M40) plus okoliczne grupy wiekowe. Wszystkich było kilkunastu. Z mężczyzn z mojej grupy wiekowej było chyba trzech, w tym jeden Anglik. Było tak kameralnie, że wystarczyło tylko (aż) ukończyć aby załapać się na podium. Obok mnie stała Patrycja Bereznowska, rekordzistka świata i Mistrzyni Polski w czasowych biegach ultra. Miała jakąś opaskę na ramieniu. Zaczepiona powiedziała, że ma kontuzję barku i raczej odpuści przeszkody, tylko sobie pobiega.
 
Przebieg zmagań

Wystartowaliśmy i zaczęliśmy od rzeczy łatwych. Krótki bieg z workiem z piaskiem, skok przez bele słomy, wybiegamy poza stadion, trochę ulicą i skręt do lasku. Dopiero trzecia przeszkoda bardziej wymagająca: Pochyła ścianka z liną. Coś jak Bestia Koala z Extreme Power Run tylko chyba wyższa. Była mokra i śliska od deszczu ale wbiegłem na nią i łatwo się wspiąłem za pierwszym razem chwytając sprawnie linę. Nie miałem rękawiczek co pozwalało mi sprawniej chwytać lecz w przyszłości groziło większymi odciskami i obtarciami. Po drugiej stronie nie miała drabinki tylko równie pochyłą ściankę. Chciałem się zsunąć przodem do kierunku biegu czyli tyłem do ścianki. Niestety posłuchałem obsługujących wolontariuszy i zsunąłem się brzuchem do ścianki, tyłem do kierunku biegu. W efekcie poddałem staw skokowy mocnemu obciążeniu. Dziś, 5 dni po zawodach mam opuchliznę na kostce, mogę jedynie wolno truchtać i nie wiem, czy wystartuję za dwa dni w Castorian Extreme Race – kolejnym biegu przeszkodowym.

Po ściance kolejna przeszkoda w lesie: lina zawieszona na wysokości głowy, rozpięta pomiędzy drzewami. Trzeba było nią przejść zawieszonym pod spodem, trzymając się rękoma i nogami. Proste. Biegłem cały czas na końcu wraz z jakąś dziewczyną, chyba bywalczynią siłowni albo ćwiczącą crossfit. Tak sobie rozmawialiśmy truchtając, ja cały czas bez pośpiechu, z założeniem że super byłoby przejść wszystkie przeszkody.

Piąta przeszkoda to „ninja”. Bałem się jej, bo z opowieści wydawała się trudna do przejścia. Coś jak trzy liny zawieszone w rzędzie, które trzeba przejść skacząc z jednej na drugą z tą różnicą, że zamiast lin były zawieszone metalowe rurki. Pierwszy raz coś takiego robiłem i udało się za pierwszym razem. Koleżanka, której imienia nie znam utknęła na chwilę więc pobiegłem dalej sam.

Przeszkoda szósta to pająk – „spider obstacle”. Organizator umieścił film z jego przejścia na profilu facebook. Obawiałem się solidnych problemów bo znowu przeszkoda opierała się na silę rąk. Trzeba było wspiąć się po linie około metra, przeskoczyć na położoną ukośnie drabinkę, przejść nią od spodu w dół, potem na drabinkę ułożoną ukośnie w górę i skończyć schodząc po linie. Zdjęcie przeszkody jest poniżej. W każdym razie pierwszy raz był nieudany. Wspiąłem się po linie ale przechodząc z liny nie sięgnąłem szczebla drabiny i spadłem. Za drugim razem udało się przejść, choć z ułatwieniem, odpoczynkiem pośrodku. 

"Pająk". Zdjęcie Agata Dudek

Po „pająku” miałem już zmęczone, zgrabiałe ręce. Przeszedłem jeszcze prostą, siódmą przeszkodę polegającą na przejściu wzdłuż rurki będąc zawieszonym na rękach.

Przy przeszkodzie ósmej spędziłem już około 15 minut. Co to było? Prosta rzecz – lina. Dosyć gruba ale bez węzłów. Trzeba się było po niej wspiąć i klepnąć w belkę zawieszoną na wysokości ok. 4 metrów. Próbowałem z dziesięć razy. Normalnie zrobiłbym to za pierwszym ale miałem już zmęczone ręce. Podchodziłem, próbowałem, odpadałem. Odpoczynek minuta – i kolejna próba. Mijający mnie inni zawodnicy podpowiadali, że kluczem jest właściwe zaplecenie nóg wokół liny. Próbowałem, raz mi szło, innym razem lina uciekała mi spod nóg. W końcu, chyba za 10 razem się udało. Poszedłem dalej nawet nie starając się biec.

Przeszkoda dziewiąta – dla mnie ostatnia – „low ringi”. Metalowy combos z zawieszonymi dosyć nisko (ok. 1 metr nad ziemią) elementami na łańcuchach. Były to: ukośna rurka, pionowa krótka rurka, ring, metalowa kulka, ring, opona, ring, ring, odwrócone T z rurek, duży ring. Miało to długość kilku metrów, które trzeba było przejść bez dotykania ziemi i klepnąć w znajdujący się na końcu dzwoneczek. Początek szedł mi dobrze, zwykle do momentu, gdy z ringów trzeba było przerzucić nogi do środka opony. Tu zwykle odpadałem. Wracałem na początek przeszkody, odpoczywałem kilka minut i podchodziłem ponownie. Nie wiem ile razy, tak na pewno ponad godzinę. Pomyślcie – „bieg”, w którym ktoś przez godzinę stoi w jednym miejscu. Mijali mnie poznani na zawodach inni zawodnicy: Jakiś chłopak, angol z mojej grupy wiekowej, który po chyba trzecim okrążeniu chwalił mi się odciskami na rękach i cieknącą z nich krwią mówiąc z uśmiechem „first blood”. Patrycja Bereznowska odpuściła przeszkody i tylko biegała sobie okrążenia aby nabić 15 km. Ja nie widziałem sensu w takim bieganiu bez przeszkód więc uparcie stałem przy moich „low ringach” usiłując je zaliczyć. Kilkakrotnie minęła mnie też późniejsza zwyciężczyni wśród kobiet Małgorzata Szaruga. Widząc niezdarę, która stoi cały czas nie mogąc pokonać przeszkody dwa razy pokazała mi, jak przejść. Tłumaczyła, aby zawieszać się na ringach nie dłońmi, lecz na stawie łokciowym. Że tak jest łatwiej. Rzeczywiście, łatwiej było, robiłem tak jak mi doradzała. Z czasem przeszedłem już za oponę, już byłem nawet na ostatnim ringu, machałem nogą i ręką w odległości 10 cm od dzwoneczka, którego dźwięk oznaczałby zaliczenie przeszkody. I guzik. Nie dałem rady. Byłem już zbyt styrany poprzednimi przeszkodami.

Na "low-ringach". Zdjęcie Emilia Pergoł

Po niecałych 2 godzinach, obolałych rękach i nogach, pokonaniu w tym czasie dystansu ok. 2,5 km odpuściłem ten „bieg”. Oddałem opaskę. Nie pokonałem nawet jednego, z planowanych 5 okrążeń. Objadłem się jeszcze na punkcie żywieniowym, wziąłem prysznic w bazie i z jakimś poznanym kolegą – dobrą duszą – pojechałem na dworzec Warszawa Wschodnia.

Podsumowując

Jak było? Mieszane mam uczucia. Było trudno, ale ja lubię jak jest trudno. Było trochę smutno, bo niska frekwencja wśród kibiców i zawodników. Dziwna sprawa, jak na bieg prawie w Warszawie. Trasa wymagająca, fajne combosy, ale z drugiej strony bardzo to wszystko było mało urozmaicone. Pętla tylko 3 km, w mało atrakcyjnym terenie. Praktycznie wszystkie przeszkody faworyzowały ludzi ze zdolnościami wspinaczkowymi. W konsekwencji ten „bieg przez przeszkody” nie był dla mnie biegiem, lecz „marszem pod przeszkodami”. Ludzie tam truchtali pomiędzy przeszkodami lub szli, ci z czołówki też. Bieganie było elementem drugorzędnym.

Najważniejszym i decydującym elementem było wspinanie i poruszanie się pod przeszkodami, za pomocą głównie rąk. Było to wszystko trudne dla biegaczy, a łatwe dla ludzi parających się na wysokim poziomie wspinaczką skałkową, boulderingiem, kalisteniką czy pole dance. Można było nie być wcale biegaczem a mając silne ręce ukończyć i zająć wysokie miejsce. Natomiast niezły biegacz-amator ze słabo wyćwiczonymi rękoma nie miał szans przejść tych przeszkód. Ja zrezygnowałem na pierwszym okrążeniu ale byli też tacy, którzy rezygnowali mając zrobione trzy okrążenia. Po prostu mieli już zbyt wymęczone ręce, na dokręcenie jeszcze dwóch kółek. Uważam, że nazywanie zawodów takich jak w Ząbkach „biegiem” jest mylące. Zamiast skrótu OCR proponuję dla podobnych imprez nazwę nieco inną a wg mnie trafniejszą: HPR – „Hand-Power Race”. Organizatorzy, szukając zawodników da takich imprez powinni obrać nieco inny target: reklamować się na miejskich ściankach wspinaczkowych i na siłowniach. Może wtedy frekwencja też się poprawi.

Być może jeszcze kiedyś wystąpię w podobnych zawodach „Hand-Power Race”, ale wpierw muszę porządnie poćwiczyć ręce na drążkach, na siłowni. Pomimo wszystko cieszę się, że spróbowałem, choć nic nie osiągnąłem i boli mnie kostka u nogi. Jestem bogatszy o doświadczenie.

Tymczasem w najbliższym czasie będę wybierał OCR-y biegowo-szuwarowo-oponowo-czołganiowe. Czyli te łatwiejsze.

P.S. Słabo znam środowisko dynamicznie rozwijających się biegów przeszkodowych w Polsce ale z tego co się dowiedziałem są w kraju dwa konkurujące ze sobą stowarzyszenia aspirujące do organizowania Mistrzostw Polski. Pierwsza to OCRA Poland organizująca Mistrzostwa w Ząbkach, na których byłem. Druga organizuje Mistrzostwa Polski OCR w Gdyni w dniach 8-9 września. Wieść niesie, że impreza warszawska jest bardziej siłowa na ręce a uboga biegowo i frekwencyjnie, robiona - jak to ktoś określił - „pod Sobierajskich” (polscy znakomici przeszkodowcy). Konkurencyjna impreza w Gdyni ma się charakteryzować znacznie wyższą frekwencją i bieganie będzie tam dużo bardziej znaczącym elementem. Która z tych organizacji wygra rywalizację i zdobędzie serca fanów OCR? Pokaże przyszłość.

niedziela, 12 sierpnia 2018

„Piekielna piętnastka” – na początek sezonu

Ciężko się wraca do treningów oraz do zawodów po prawie pięciu tygodniach roztrenowania. W tym czasie biegałem ledwie 3 razy, przed i w trakcie „Biegu pod Prąd”. Odpoczywałem sobie wcale nie żałując, że w tych letnich upałach ani nie trenuję, ani nie startuję. Od początku sierpnia biegam znowu.

Ekipa z Wisznic i Wygody. Ania (w środku) - 2 m-ce wśród Pań
Oczywiście zacząłem powoli, spokojnie. Nie minął tydzień od powrotu a już znajomi, wiszniccy biegacze oderwali mnie od błogiego szlachtowania goblinów (Gothic II Noc Kruka) i namówili do startu w biegu ulicznym na 15 km w Kodniu. Trochę się wahałem bo miał być jak zwykle upał ale dzień przed startem zdecydowałem, że pomimo tego pojadę. Wpisowe tylko 30 złotych, z możliwością wpłaty na miejscu w dniu startu. Na cuda nie liczyłem ale na mocny trening jak najbardziej. Stwierdziłem, że w takich warunkach sam nie zmusiłbym się aby pobiec 15 km w II/III zakresie a na zawodach będę zmuszony.

Bieg ma długą tradycję, tegoroczna edycja była dziewiętnastą z kolei. Nie miał jednak licznej obsady. Na starcie stanęła nieco ponad setka zawodników. Zaczęliśmy o 13 w centrum Kodnia, przy bazylice św. Anny. Chmury na zmianę to zasłaniały, to odsłaniały słońce. Termometr wskazywał około 30 stopni.  Warunki dla każdego takie same lecz – o czym się już nie raz przekonałem – to nie znaczy, że wszystkim równo dadzą się we znaki. Ja należę do tych, którym upał zwykle „dokopuje” bardziej ale w tym przypadku nie przejmowałem się. Postanowiłem robić swoje.

Początek to dwie pętle, mniejsza i większa, po centrum Kodnia. Zrobiło się tu małe zamieszanie bo część czołówki chciała zaraz po starcie zrobić najpierw mniejsze koło, zaś prowadzący bieg motocykl pojechał robić większe. Wszystko trwało tylko sekundy, ostatecznie nikt się nie zgubił i nie zrobił autorskiego wariantu trasy.

Wybiegliśmy z Kodnia, w stronę Kopytowa, gdzie po ok. 8 kilometrach mieliśmy zawrócić. Biegłem w okolicach 10-12 miejsca, w tempie ok. 3:55 na kilometr. Czułem się w miarę dobrze ale na początku tak zwykle jest. Już po ok. 4-5 kilometrach zaczęło mnie zginać. Tempo spadło, najpierw do 4:10, potem do 4:20 na kilometr. Wyprzedziły mnie ze 4 osoby, w tym prowadząca wśród kobiet Białorusinka. Usiłowałem się trzymać tuż za nią ale skąd – nie dałem rady.

W pobliżu Kopytowa zauważyliśmy, że chmurzy się i wieje coraz bardziej. Zrobiłem „agrafkę” rozpoczynając powrót do Kodnia. Pozdrawialiśmy się z innymi biegnącymi z naprzeciwka, w stronę Kopytowa. Biegłem dalej swoje po ok. 4:20 będąc przekonanym, że pewnie tak już doczłapię do mety. Dalej przed sobą, może 200 metrów miałem ze 3 osoby, blisko za sobą nikogo.

W drodze powrotnej, 5 kilometrów przed metą zaczęło padać. Najpierw nieśmiało, potem co raz bardziej. Wkrótce przyszła ulewa, że było aż siwo. W butach chlupało, byłem przemoczony do suchej nitki. Mój papierowy kapelusz błagał o zmiłowanie. Ale dla mnie były to warunki super. Piękne chłodzenie! Po kilometrze odżyłem, jak gdybym dopiero zaczynał wyścig. Przyśpieszyłem do pierwotnego tempa, 3:55 na kilometr. Zacząłem gonić poprzedzających mnie zawodników. I dogoniłem. Dwie osoby wyprzedziłem na ostatnich 2 kilometrach. Jedną była pierwsza dziewczyna z Brześcia, biegnąca pewnie na miejsce ze sporą przewagą nad drugą a zatem pewnie nie mająca żadnej potrzeby, aby biec szybciej. 


Gdy wbiegałem na metę, zupełnie przemoczony, akurat przestawało padać. Ciekawe, że ci biegacze wolniejsi, z drugiej połowy stawki o deszcz w ogóle nie zahaczyli. Wracając do Kodnia dziwili się wielkim kałużom rozlanym po ulicy. Przecież 40 minut wcześniej biegli tą samą ulicą i było sucho jak pieprz. Jak widać, kto chciał ukończyć na sucho, temu nie opłacało się śpieszyć.

15 km ukończyłem z czasem 1:01:51. Średnie tempo pewnie gdzieś 4:05. Miejsce zająłem 10 OPEN na 103. W swojej kategorii wiekowej byłem 4 na 22.

Fajny, tradycyjny bieg uliczny w mojej okolicy. Dobry trening i pogodowe atrakcje podczas biegu. Cieszę się, że pojechałem.

Strona Biegu [TUTAJ]