niedziela, 12 lutego 2012

III Półmaraton Komandosa


Biegi na dychę już były, maratony zaliczyłem, biegi ultra uliczne i górskie też. Były już biegi na orientację, ultra na orientację i roganing. Trzeba spróbować czegoś nowego. A może tak biegi militarne? Są w Polsce różne maratony komandosa, maratony twardziela i podobne. Biegnie się w mundurze, wojskowych butach, z plecakiem 10 kg a czasem i z bronią. Niewielu cywilów ma skompletowane takie wyposażenie toteż biorą udział w tych biegach głównie przedstawiciele służb mundurowych: od jednostek specjalnych poczynając, przez zwykłych żołnierzy, po BOR, policję, wszelkie służby wartownicze i na strażakach kończąc. Oczywiście w grupie startujących zaplącze się zwykle i grupka cywili. W tym roku i ja byłem jednym z nich. Wyczytałem, że w Warszawie odbędzie się Półmaraton Komandosa.

Najpierw pod wpływem emocji zapaliłem się by reprezentować swojego pracodawcę: Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Start jest w Warszawie, więc blisko, dystans półmaratonu a więc nie tak strasznie i dobrze na początek. Poza tym pracując w muzeum wojska mam do czynienia z różnymi fascynatami militariów, może uda mi się pożyczyć niezbędne wyposażenie, którego mi brakuje. Potem jak już trochę ochłonąłem zacząłem się wahać: przede wszystkim trząsłem tyłkiem, że złapię jakąś kontuzję. 10 kilogramów na plecach, ciężkie buciory i biec mocnym tempem to musi być eksploatujące i nieprzyjemne dla stawów, zwłaszcza dla kręgosłupa. Takie biegi nie dość, że mogą być kontuzjogenne to jeszcze zabijają szybkość. Poza tym kompletowanie wyposażenia szło mi opornie. Udało mi się od życzliwego kolegi pożyczyć mundur, czapkę i plecak, od drugiego pas ale ciągle nie miałem podstawy: butów. Już się wahałem czy się nie wycofać i tydzień później nie pojechać na mojego ulubionego Skorpiona. Ostatecznie zdecydowałem się pobiec. Roztrąbiłem już w Muzeum, że biegnę, nawet do dyrektora pismo napisałem. Głupio się teraz wycofywać. Trzeba wypić to piwo, którego sobie naważyłem. Półtorej tygodnia przed startem od kolegi odkupiłem używane buty „desanty”. On w nich chodził przez 6 tygodni na jakimś obozie. Znajomi mnie ostrzegali, że się w nich zarżnę, bo ciężkie i niewygodne, ale cóż. Takie mam, więc w takich pobiegnę. Do plecaka wrzuciłem dwa 3 – kilogramowe ołowiane ciężarki od pasa balastowego do nurkowania, zawinąłem w starą karimatę by nie obiły pleców i uzupełniłem książkami „Chrestomatia Staropolska” i Bear Grylls „Szkoła Przetrwania”. Wyszło równo 10 kg. W sobotę 11 lutego spakowałem wszystko i pojechałem do Wojskowej Akademii Technicznej.


Stoimy na starcie. Osób 162. Warunki fajne, mrozik około -10, słonecznie, ścieżki Kampinoskiego Parku Narodowego, po których będziemy biec pokryte ubitym śniegiem i lodem. Organizator kapitan Liśniewski ostrzegał, że jest bardzo ślisko. Powkręcałem więc znowu wkręty w podeszwy, po sześć na but. Jeszcze krótkie przypomnienie zasad, przemówienie generała z WATu i lecimy. Przed nami dwie pętlę po mniej więcej 10 km. Nigdy w takim biegu nie biegłem, więc zaczynam asekuracyjnie; startuję z końca stawki i luźnym tempem. Robimy rundkę po stadionie, potem z kilometr po ulicy i wbiegamy w leśne ścieżki. Trasa jest oznaczona strzałkami, na zakrętach stoi obsługa wskazująca drogę. Początek jest dosyć tłumny. Po jakimś kilometrze zaczynam przyśpieszać i systematycznie wyprzedzać. Przesuwam się do pierwszej połowy stawki. Tempo takie sobie, jest ciężkawo, ale nie za bardzo. Plecak na szczęście dobrze leży i nie uwiera. Buty też nie dokuczają. Biegnę tak przez dłuższy czas, stawka się przerzedziła. Trochę już jestem zmęczony, czekam zakończenia pierwszej pętli gdy nagle patrzę - tabliczka: 6 km. Kurdę, dopiero!? Toż to jeszcze szmat drogi, ale ten czas wolno leci. Patrzę na zegarek: 30 minut biegniemy. Trochę mi psycha siadła i na następnych paruset metrach wyprzedziły mnie ze trzy osoby.

Podjadam czekoladkę schowaną w kieszonce i biorę się w garść. Doganiam chłopaków, kluczymy gdzieś po kampinoskich ścieżkach, miejscami są jakieś gałęzie, pościnane krzaki, pieńki, wyschnięte rowy. Dobiegamy do nasypu, zza którego dochodzą strzały. Pewnie strzelnica wojskowa. Potem czeka nas jeszcze bieg wokół uczelnianego toru przeszkód, obok jakichś okopów i dobiegamy do stadionu. Kapitan Liśniewski jako komentator sportowy dopinguje i podgrzewa atmosferę. Jest pierwsza pętla, na zegarku 52 minuty. Jak utrzymam tempo szykuje się czas 1:40 – z hakiem. Zwycięzca z zeszłego roku miał 1:41. W myślach dzielę już skórę na niedźwiedziu i liczę na pierwszą dziesiątkę. Nagle ktoś z obsługi sprowadza mnie na ziemię. Ponoć jestem koło 20 miejsca. Dopiero? Ależ czołówka przygrzała. No dobra, trzeba przebiec jeszcze jedną rundkę. Teraz biegniemy w czterech: ja, dwóch zielonych w mundurach i jeden ubrany cały na czarno od stóp do głów i jeszcze z czarnym plecakiem. Strażak jakiś, ale na razie dostał ode mnie roboczą ksywę „Ninja”. Biegnę z tyłu, chłopaki z 10 metrów przede mną. Na drugiej pętli obsługi na zakrętach już nie ma, trzeba patrzeć na strzałki. Chłopaki na dwóch zakrętach zapędzają się w ścigackim amoku nie w tę ścieżkę, muszą wracać kilkanaście metrów, dzięki czemu wychodzę na czoło grupy. Potem mnie doganiają, czasem wyprzedzamy się na trasie i zmieniamy w kolejności. Podjadam jeszcze jedną czekoladkę. Jest ciężko. Nie, nie z powodu plecaka czy dystansu. Od początku drugiej połowy walczę z butami. Ależ cholery obcierają. Bolą palce, bolą też pięty i to w takim miejscu, gdzie się nie spodziewałem. Teraz, co krok to ból. Zaczynam krzywo stawiać lewą nogę by złagodzić nieprzyjemne doznania. Biegnę może nie bardzo szybko, ale i nie wolno. Trzeba do mety jakoś dobiec, choćby po to by jak najszybciej ściągnąć te pierdzielone trepy. Z naszej czwórki ktoś wymięka, doganiamy też kogoś przed nami. Wyprzedziłem „Ninję”, teraz biegnę obok jakiegoś innego ściganta w zielonym mundurze. Tylko my dwaj. Przebiegamy znowu koło toru przeszkód, zielony kolega biegnie parę metrów z tyłu. Widzę kogoś przed sobą, ale jest daleko. Nie dojdę go. Wbiegam na stadion, jeszcze tylko rundka dookoła i meta. Jakiś kibic krzyczy: „Dawaj, Dawaj! Goni cię!”. Przyśpieszam goniąc, co sił w nogach, rzucam wszystkie rezerwy do walki by mnie zielony nie dogonił. Sto metrów przede mną dogania mnie i wyprzedza „Ninja”! Walczę, mam siłę, ale On jest po prostu szybszy. Wbiega na metę kilka metrów przede mną. Czas: 1:45:43. Miejsce 16. Średnie tempo: 5 minut na kilometr. Chwilę później jakaś pani z „Gazety Stołecznej” słysząc, że jestem z Muzeum Wojska Polskiego przeprowadza ze mną wywiad. Ponoć ma coś być o półmaratonie w poniedziałkowym wydaniu gazety. Potem przy „herbatopoju” spotykam chłopaka, z którym się ścigałem na trasie a który przybiegł kilka minut za mną. Mówi do mnie mniej więcej tak: „O stary, w „Józefach” biegłeś, szacun! Ja tam walczyłem, ale jak zobaczyłem, że ktoś mnie w takich buciorach wyprzedza to odpuściłem”. Rzeczywiście, buty jak się okazało miałem nietypowe i niewielu miało takie jak moje. Ogromna większość to ludzie lepiej wyposażeni lub bardziej doświadczeni w biegach militarnych; poubierali sprytnie lekkie buty taktyczne „Magnum” lub zamszowe buciki pustynne. Z tego co się wywiedziałem po biegu są lekkie i wygodne. Po powrocie do domu ściągnąłem buty, poobklejałem plastrami stopy w miejscach, gdzie zdarłem skórę i wrzuciłem z ciekawości buty na wagę. Para waży 2,1 kg. Ponad kilogram jeden but (rozmiar około 46). Ja pierniczę!


W tym roku Półmaraton Komandosa był szybszy niż w poprzednim, czołówka znacznie wyśrubowała czasy i poprawiła wyniki. Wspomniałem powyżej, że w zeszłym roku zwycięzca miał wynik 1:41:52. W tym roku uczestników było więcej, trasa była trochę inna i przyjechali mocniejsi biegacze. Zwycięzca przybiegł z czasem 1:26:44. Był nim nie byle kto bo Błażej Brzeziński, Mistrz Polski w maratonie 2011 (Wynik z Dębna – 2:14:16) i srebrny medalista Mistrzostw Polski w półmaratonie 2010 (wynik z Piły – 1:05:06). A myślałem, że elita w takich biegach nie startuje bo i niezdrowo i zabijają prędkość. Widać się myliłem. Wracając do siebie samego i mojego startu: poszło jako tako. Czas niezły miejsce mogłoby być lepsze. Cieszę się, że doświadczyłem startu w biegu militarnym, ale nie wiem czy jeszcze kiedyś w podobnym wystartuję. Jeśli znowu mnie podkusi to przede wszystkim będę musiał zmienić buty na lżejsze; w „Józefach” vel „desantach” na pewno już startować nie zamierzam.


P.S. Na imprezie była grupka osób, która biegła charytatywnie. Zbierali środki na leczenie Urszuli Laseckiej – Sytczyk, 28-letniej dziewczyny; żony i matki trzyletniego chłopca. Załapała złośliwe choróbsko, czerniaka przerzutowego. Można to wyleczyć, ale jest to bardzo drogie. Może ktoś chciałby pomóc, więc podaję linka, pod którym znajduje się więcej informacji i numer konta.


[link] do strony z informacją o leczeniu Urszuli

[link] do strony Półmaratonu Komandosa

[link] do działu poświęconego imprezie na serwisie maratończyk.pl (tam też galeria Doroty Świderskiej)


(za jakość zdjęć przepraszam, wysiadł mi ostatnio Canon G9 i robiłem zdjęcia komórką)


Plan trasy

piątek, 10 lutego 2012

Moje bieganie 2011



DATA

NAZWA

DYSTANS

RODZAJ

CZAS

MIEJSCE

8 stycznia

Zimowe Biegi Górskie (Falenica)

10 km

Bieg górski, trailowy

49:10

55 na 255

16 stycznia

XVIII Bieg Chomiczówki

15 km

Bieg uliczny

01:01:35

86 na 873

21 stycznia

Ełcka Zmarzlina

100 km

PMnO

-----------

nieukończony

5 luty

Grand Prix Warszawy (Kabaty)

10 km

Bieg trailowy, płasko

40:46

16 na 232

12 luty

XV Zima na Pradze BnO Park Tour

4 km

BnO

26:49

6 na 17

12 luty

VI Bieg Wedla

9 km

Bieg liniowy po alejkach parkowych

34:47

14 na 259

18 luty

X Skorpion

100 km

PMnO

16:20

4 na 32

2 kwietnia

Zimowe Biegi górskie (Falenica)

10 km

Bieg górski, trailowy

39:38

11 na 194

10 kwietnia

38 Maraton Dębno

42 km

Maraton uliczny

03:03:44

57 na 806

21 maja

Puchar Maratonu Warszawskiego

10 km

Bieg trailowy, płasko

41:07

27 na 403

4 czerwca

II Bieg Siedleckiego Jacka

10 km

Bieg uliczny

38:01

6 na 160

4 czerwca

45 Wojtka

45 km

BnO

-----------

nieukończony

12 czerwca

XX Jubileuszowy Półmaraton Mleczny

21 km

Bieg uliczny

1:23:07

18 na 163

2 lipca

Trail Verbier – St. Bernard

110 km

Bieg górski, trailowy

20:19:05

42 na 300

17 lipca

IV Trail Half-Marathon

21 km

Bieg trailowy

1:27:15

4 na 113

29 lipca

II Rajd Konwalii

100 km

PMnO + kajaki

15:47

2 na 13

25 września

33 Maraton Warszawski

42 km

Bieg uliczny

4:29:50

Pacemaker na 4:30

8 października

XII Bieg Sobiborski

12.83 km

Bieg liniowy, uliczno-trailowy

50:45

6 na 53

14 października

Harpagan H-42

100 km

PMnO

----------

nieukończony

22 października

Grand Prix Warszawy (Kabaty)

10 km

Bieg trailowy, płasko

37:22

12 na 270

6 listopada

6 Radomski Maraton Trzeźwości

42 km

Maraton uliczny, częściowo trailowy

2:59:59

13 na 179

23 listopada

„Warszawa Nocą” – biegaj z mistrzem

2,7 km

BnO

-----------

nieklasyfikowany

17 grudnia

X Nocna Masakra

100 km

PMnO

14:53

4 na 54


W 2011 roku zaliczyłem 23 starty w tym 5 setek, z których 2 nie ukończyłem a 3 ukończyłem. Do tego 3 maratony i 2 półmaratony. Dużo bo 9 biegów na 10 km i krótszych. Średnio wypadają prawie dwa starty na miesiąc. Niby sporo, lecz z drugiej strony jest tam dużo biegów krótkich mogących być traktowane jako mocne treningi. Z całego roku najbardziej cieszy mnie chyba w miarę udany start w Trail Verbier - St. Bernard. Piękny bieg, piękna trasa, piękne warunki. To moja impreza roku 2011. Na pudle w 2011 roku stanąłem raz, podczas II Rajdu Konwalii. Bardzo pozytywnie zakończył się też Półmaraton Mleczny w Korycinie: poprawiłem życiówkę w pólmaratonie o ponad 2 minuty, z 1:25 na 1:23:07. Niestety pomimo prób nie udało mi się poprawić życiówek na innych dystansach: ani na setce, ani w maratonie, ani na 10 kilometrów. Niespodziewanie udany był koniec 2011 roku, gdy z jednej strony wyrównałem życiówki w maratonie i na 10 kilometrów (2:59 na maratonie w Radomiu i 37:22 na dyszce w Kabatach) a z drugiej zaliczyłem bardzo przyjemny i dobry czasowo pieszy maraton na orientację „Nocna Masakra” w Dębnie. A myślałem, że po zejściu z trasy jesiennego Harpagana nic przyjemnego już mnie w tym roku nie spotka. Rok ten był jednak nieco gorszy ni poprzedni; w 2010 miałem więcej udanych startów. Niestety w 2011 roku dopadły mnie różne kontuzje i choróbska. Najpierw jakieś przeciążenie wiosną spowodowane przejściem na asfalt i zbyt dużą intensywnością treningów, potem półpasiec, który uniemożliwił mi start w biegu 12h w Rudzie Śląskiej i wreszcie w sierpniu rwa kulszowa, przez którą pożegnałem się ze startem w Biegu Siedmiu Dolin. Szkoda, bo oba te biegi były dla mnie ważne i liczyłem na dobry w nich występ. Trudno. Nie ma co jednak narzekać, kilka fajnych startów było, życiówka w pólmaratonie poprawiona, jedno pudło zaliczone.


Można sparafrazować słynną sentencję księdza Twardowskiego i powiedzieć: „Śpieszmy się cieszyć z dobrej formy, ze zdrowia i z udanych startów. Tak szybko odchodzą”.


Więc się cieszę i nie narzekam. Rok 2011 pomimo paru nieprzyjemnych przygód był fajny. Oby tak dalej a najlepiej jeszcze lepiej.


Film


Na zakończenie, by zapomnieć trochę o nękających nas ostatnio mrozach film z treningu w Lesie Kabackim w Warszawie. Nagrany kamerką Go Pro Hero w początkach października 2011. „Smakowałem” wtedy LSD – Long, Slow Distance.


czwartek, 9 lutego 2012

Koszulka i getry firmy Columbia - test


Znowu testy sprzętu. Tym razem oddychająca koszulka Columbia Trail Pro II Crew oraz getry Columbia Speed Trek II Tight. Koszulka jest bardzo fajna bo bardzo miękka, trochę jak bawełniana ale w przeciwieństwie do bawełnianych oddycha. Getry również w porządku aczkolwiek nie na obecne mrozy; najlepiej na temperaturę kilka stopni powyżej zera. Polecam. Testy obu produktów opublikował portal jak-biegac.pl



poniedziałek, 30 stycznia 2012

Ełcka Zmarzlina 2012


Z opóźnieniem, nudna i długa, ale jest: relacja z pieszego maratonu na orientację na 100 kilometrów „Ełcka Zmarzlina 2012 – TRAIL.PL”. Poszło mi a właściwie nam, bardzo dobrze czym już się chwaliłem. Kto chce doczytać szczegóły zapraszam do relacji. Ukazała się na portalu biegajznami.pl


Link poniżej:


Ełcka Zmarzlina 2012 - relacja


Strona zawodów


Zdjęcie: Rafał Galicki


sobota, 28 stycznia 2012

Test dwóch bluz firmy Columbia


Relacji z testów sprzętu ciąg dalszy. Tym razem testy bluz Columbia Fluid Run Half Zip i Optimus Long Sleeve Half Zip. Obie całkiem dobrze nadają się do biegania, trenuję w nich na zmianę prawie codziennie, zabieram też na zawody. Test opublikował portal biegajznami.pl


piątek, 27 stycznia 2012

Kurtka Columbia Baseplate Jacket - test


Znowu relacja z testów sprzętu, tym razem na warsztat wziąłem lekką wiatrówkę formy Columbia - Baseplate Jacket. Oprócz paru drobiazgów to całkiem fajny sprzęt, polecam.

Pełny opis wrażeń z półrocznego użytkowania Baseplate Jacket zamieścił portal Bieganie.pl