niedziela, 17 marca 2019

Kobieca piątka

Nazwa imprezy: Dzień Kobiet na Sportowo
Czas: 9 marca 2019, start o 11:00, sobota.
Miejsce: Biała Podlaska, „Zielona Galeria”
Dystans: ok. 4750 m.
Trasa: Wszystko po chodniku wzdłuż ulicy i kawałek po parkingu przy Galerii.
Pogoda: około 6-8 stopni, słonecznie, silny wiatr.
Uczestnicy: 80 osób (41 mężczyzn, 39 kobiet)
Mój czas: 00:18:00
Miejsce OPEN: 9


Zdjęcie: Słowo Podlasia

Wrażenia

To już trzecia „piątka” w ciągu trzech tygodni po Wiązownej i Biegu Tropem Wilczym. Trasa znana, przy „Zielonej Galerii” w Białej Podlaskiej. Ekipa w tym roku była mocna, co zauważyłem odbierając pakiet startowy. Nie liczyłem, że uda się wygrać jak ostatnio.

Silnie wiało, ale w pierwszej połowie bardziej w plecy, niż z przodu. Pomimo tego zacząłem spokojnie. 4:00, potem 3:42 na km. Do przodu wyskoczyła silna grupa z Białorusinami i kilkoma mocnymi zawodnikami z okolicy. Zamykałem pierwszą dziesiątkę. Biegłem swoje słuchając muzyki. Tym razem piosenką biegu był instrumentalny cover starego przeboju Italo Disco „Buona Sera Ciao Ciao”. Dobrze nadawała tempo.

Na ostatnich kilometrach wiatr spowalniał, było też lekko pod górkę. Rywale byli blisko przede mną, lecz nie potrafiłem ich dogonić. Wbiegłem na metę z czasem równo 18 minut. Miejsce OPEN 9 na 80. Średnie tempo biegu wg kalkulatora Danielsa to 3:47 na km.

Porównanie z ubiegłym rokiem, gdzie na tej samej trasie uzyskałem czas 00:17:32 pozwala obliczyć, że tym razem byłem wolniejszy o blisko pół minuty. Wyraźnie widać regres mojej formy. Końcówka pierwszej dziesiątki to wynik nie tylko słabszej dyspozycji wynikającej z mniejszej ilości treningów, ale też mocniejszej niż zwykle ekipy. W tamtym roku czas 00:17:32 wystarczył, aby wygrać. Gdybym w tym roku pobiegł tak samo, czyli w 00:17:32, byłbym dopiero 6-ty. Zwycięzca biegu, Grigorij Svitich z Brześcia wykręcił czas 00:15:48.

Fajnie było. Po biegu poszedłem jak w roku ubiegłym, do „Zielonej Galerii”. Z biegu na Dzień Kobiet bez kwiatka nie wracam. Oczywiście doniczkowego. W tamtym roku kupiłem aloes i skrzydłokwiat. Oba kwiaty pięknie wyrosły. W tym roku zdecydowałem się na owadożerną muchołówkę. Wiosna tuż tuż, zobaczymy jak się sprawi, gdy obudzone ciepłem owady zaczną mi fruwać po pokoju.


niedziela, 3 marca 2019

Pamięci żołnierzy tragicznych

Nazwa: Tropem Wilczym. VII Bieg Pamięci Żołnierzy Wyklętych
Data: 3 marca 2019, niedziela. Start o godz. 12:40
Miejsce: Biała Podlaska, start i meta na ul. Prostej.
Trasa: bieg uliczny, asfalt. Dystans 5 km.
Warunki: Sucho, pochmurno, zimno: ok. 5 stopni powyżej zera.
Wystartowało: zawodników:147
Uzyskane miejsce i czas: Czas: 00:18:41 (brutto), miejsce 10 OPEN, 9 wśród mężczyzn.
Numer startowy 095


Krótko o historii

1 marca 1951 roku w więzieniu mokotowskim w Warszawie wykonano wyrok śmierci na siedmiu konspiratorach usiłujących przeciwstawić się zawłaszczeniu Polski przez komunistycznego dyktatora Stalina oraz jego sowieckich, polskich oraz żydowskich pomagierów. Strzałem w tył głowy zabici zostali: podpułkownik Łukasz Ciepliński „Pług”, prezes IV Zarządu Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, Adam Lazarowicz, Mieczysław Kawalec, Józef Batory, Franciszek Błażej, Józef Rzepka i Karol Chmiel. Najbardziej znanym z nich jest pierwszy z wymienionych, Łukasz Ciepliński, skazany na 5-krotną karę śmierci. Zachowały się jego grypsy czyli potajemne, krótkie wiadomości pisane z więzienia do rodziny. Jeden z grypsów pisany do malutkiego syna datowany na 20 stycznia 1951 brzmiał:

„Odbiorą mi tylko życie. A to nie najważniejsze. Cieszę się, że będę zamordowany jako katolik za wiarę świętą jako Polak za Polskę niepodległą i szczęśliwą. Jako człowiek za prawdę i sprawiedliwość. Wierzę dziś bardziej niż kiedykolwiek, że Idea chrystusowa zwycięży i Polska niepodległość odzyska a pohańbiona godność ludzka zostanie przywrócona. To moja wiara i moje wielkie szczęście. Gdybyś odnalazł moją mogiłę, to na niej możesz te słowa napisać. Żegnaj mój ukochany. Całuję i do serca tulę. Błogosławię i Królowej Polski oddaję. Ojciec.”

 
Podpułkownik Ciepliński powiedział współwięźniowi, że przed egzekucją będzie trzymał w ustach medalik i po tym będzie można poznać miejsce Jego pochówku. Niestety grobu tego, podobnie jak grobów ofiar wielu innych UB-eckich zbrodni, do dziś nie odnaleziono.

Data egzekucji Łukasza Cieplińskiego i jego kompanów stała się w wolnej Polsce symboliczną datą upamiętniającą żołnierzy podziemia antykomunistycznego w Polsce działającego w latach 1944-1963. Przypadkowo 1 marca to także data urodzin Antoniego „Bohuna” Szackiego, dowódcy Brygady Świętokrzyskiej NSZ, która walczyła na ziemiach polskich z Niemcami, z komunistami, a następnie wycofała się na Zachód uwalniając po drodze więźniów z obozu koncentracyjnego w Holiszowie w Czechach. O „Bohunie” Szackim można posłuchać audycji w Polskim Radiu [LINK].

Wrażenia z biegu

Dobrze mi się biegło. Tydzień temu w Wiązownej miałem średnie tempo 3:46 to dziś uznałem, że mogę się starać biec tempem około 3:40, nie szybszym. Zabrałem tym razem muzykę na uszy, piosenką biegu była „Night in Torino” Parov Stelar. Zacząłem spokojnie, już nie 3:30 jak poprzednio, tylko lekko. Staranniej pilnowałem zegarka i tempa biegu. Muzyka fajnie dyktowała tempo, nie męczyłem się już tak oddechowo. W pierwszej połowie biegu ktoś tam koło mnie biegł, potem zrobiło się luźno. Trudniejsze były tylko te momenty, gdzie było lekko pod górkę i gdzie wiało. Tam zwalniałem o ok. 10 sekund na kilometrze.


W drugiej połowie biegu widziałem ze sto metrów przede sobą jak pierwsza dziewczyna cięła się z jakimś Białorusinem i ostatecznie go wzięła. Marzyło mi się przez moment, że padnie On i moim łupem. Trochę słabł, lecz niestety i ja nie miałem sił na przyśpieszenie. Wbiegłem na metę bez walki z kimkolwiek na finiszu. Czas 18:41 jest o 6 sekund lepszy niż tydzień temu. Nie skaczę z tego powodu pod niebiosa bo pamiętam, jak w 2016 roku, na tym samym biegu w Białej miałem czas 17:50. Z tej perspektywy regres mojej formy jest aż nazbyt widoczny. Z miejsca zamykającego pierwszą dziesiątkę OPEN jestem zadowolony, gdyż mam wrażenie, że w tym roku obsada bialskiej edycji biegu „Tropem Wilczym” była znacznie mocniejsza, niż w latach poprzednich.

Fajnie spędzona niedziela. Dziękuję organizatorom i sponsorom biegu.

Wyniki są na stronie Time2go, w zakładce "wyniki" [LINK]

P.S. Jeśli lubicie audiobooki to z okazji święta możecie pobrać dowolny audiobook za darmo ze strony Fundacji wolnedzwieki.pl. Są tam audiobooki patriotyczne, historyczne i przygodowe, głównie powstałe w Polsce międzywojennej. Wspomnienia Piłsudskiego, Dmowskiego, Hallera, Sławoja-Składkowskiego, oraz powieści przygodowe „polskiego Karola Maya” - A.F. Ossendowskiego. Przy zakupie należy użyć kodu rabatowego tropemwilczym2019.

piątek, 1 marca 2019

Wiązowska 5-tka – oddechu brak

Nazwa: Wiązowska 5-tka w ramach 39. Półmaratonu Wiązowskiego
Miejsce: Wiązowna pod Warszawą
Data: 24 lutego 2019, niedziela, start o 12:15
Trasa: bieg uliczny na 5 km, 100% asfalt
Warunki: idealne, ok. 5 stopni, sucho, bezwietrznie, słonecznie
Zawodnicy: wystartowało 881 zawodników
Mój wynik: czas 18:47 (netto), miejsce OPEN 92, wśród mężczyzn 84, w kat. M40 12

Zdjęcie: Aktywni Węgrów

Wrażenia


Podobno, gdy ktoś chce rywalizować w Grand Prix Traktu Brzeskiego to w Wiązownej bardziej opłaca się pobiec 5 km bo półmaraton jest mocniej obsadzony. To pobiegłem 5 km. Warunki trafiły się świetne ale cóż, gdy się słabo trenuje i złapało od lata ze 4 kg ciałka. Cudów nie będzie.

Pobiegłem robić swoje. Start był nerwowy bo na czele blisko tysiąca ludzi na 5 km mało się nie zabiłem o jakieś dwie babcie. Są strefy startowe, byli poustawiani „zające” z balonikami na określony czas, dlaczego babcie poszły na sam przód – tego nie rozumiem. Dla ładnej fotki? Ale przecież to i niebezpieczne dla babci, bo grozi stratowaniem i niebezpieczne dla szybszych zawodników ustawionych za nimi.

Dane z Datasport pokazują, że pierwsze 2 km pobiegłem jako tako. Tempo 3:39 to w moim obecnym stanie super. Zerkałem na Ambita, momentami pokazywał 3:30. Biegłem na 82 pozycji. Pewnie za szybko zacząłem bo w drugiej połowie wyraźnie zwolniłem. Ambit pokazywał 3:50 - 4:00. Bardzo słabo. Nie mogłem złapać oddechu, walczyłem z zimnym powietrzem zatykającym gardło. Widziałem przed sobą dużego faceta, na oko z ewidentną nadwagą a ja nie mogłem go dogonić. I nie dogoniłem. Mało tego, jeszcze mnie na ostatnich 2 kilometrach wyprzedzano, dziewczyny też. Zgroza.

Gdyby patrzeć tylko wynikowo to byłoby słabo ale wyjazd ogólnie był bardzo fajny. Cieszę się, że wystartowałem. Po powrocie sprawdziłem wyniki półmaratonu i aby uzyskać podobną punktację do Grand Prix (czyli ok. 92 miejsca i 12 w kat. wiekowej) musiałbym pobiec poniżej 1:25, co wydaje się do osiągnięcia, nawet przy obecnym niedotrenowaniu. Chyba równie dobrze jak piątkę mogłem pobiec półmaraton, może nawet ciut więcej bym na tym ugrał.


niedziela, 24 lutego 2019

O konsekwencjach młodzieńczej głupoty

Fiodor Dostojewski – Zbrodnia i kara (Biblioteka Akustyczna 2018)
Audiobook, czas 21 godz. i 4 min., czyta Filip Kosior.


Dwa tygodnie temu minęła kolejna rocznica śmierci rosyjskiego powieściopisarza Fiodora Dostojewskiego. Poniżej trochę o „Zbrodni i karze”, którą ostatnio przesłuchałem.

O treści krótko bo pewnie większość ją zna. W końcu to szkolna lektura. Akcja dzieje się w 1865 roku, w Petersburgu, latem, w ciągu 2 tygodni (z wyjątkiem epilogu). Główny bohater to Rodion Raskolnikow, były student prawa który dokonuje zbrodni (ros. prastuplienije) a następnie zmaga się z jej konsekwencjami i karą (ros. nakazanije).

Normalnie byłby to zwykły kryminał jakich wiele jednak autor, Fiodor Dostojewski uwypuklił moralne aspekty zbrodni, jej motywy oraz konsekwencje psychiczne po jej popełnieniu. Zbrodniarz Raskolnikow początkowo nie budził we mnie sympatii: ot, młody, nawiedzony buntownik, inteligentny, dosyć wykształcony, odrzucający konserwatywne zasady: religię, tradycyjną etykę. Iluż mamy takich dziś, 150 lat później, postępowych, przekonanych że wiedzą lepiej niż „starzy ramole”? Ten uważa, że ludzie dzielą się na hołotę („wszy”) i ludzi właściwych, których nie obowiązują zasady moralne. Ci lepsi, dla wielkich czynów mogą poświecić życie „ludzkich wszy”. Imponują mu wielcy zdobywcy pokroju Napoleona czy Cezara.

Podział społeczeństwa na podludzi i nadludzi kojarzy się z filozofią Nietzschego oraz ze znacznie późniejszym hitleryzmem. Niebezpieczne to dyrdymały mogące mieć katastrofalne skutki. Podobnie zresztą jak zapatrzenie w wybitnych zdobywców, których od kilku tysiącleci rodzi Ziemia: Aleksandra Wielkiego, Cezara, Czyngis-chana, Napoleona, Hitlera, Lenina i Stalina.

Raskolnikow kisi się w swojej brudnej norze, nie pracuje więc ma dużo czasu na myślenie, nie pracuje i nie ma pieniędzy więc narasta w nim frustracja, przychodzi bunt, pycha (chcę być człowiekiem, nie „wszą”) i pomysł na zbrodnię. Zbrodnię popełnia ale choć wcześniej napisał racjonalny artykuł naukowy o psychice zbrodniarza to w momencie, gdy sam ją popełnia traci głowę. Dochodzi do zderzenia teorii z praktyką. Sytuacja wymyka się spod kontroli. Skołowany zbrodniarz-amator nie zostaje pochwycony na miejscu tylko szczęśliwym dla niego przypadkiem.

Dalsze wydarzenia pokazują, że zbój nie jest taki do końca zły. Ma wspaniałą matkę i siostrę, mądrego przyjaciela; poznaje kobietę (prostytutkę) z którą mógłby żyć: skromną, sponiewieraną przez życie i pomimo swojej profesji: uczciwą. I jego, i ją łączy grzech. Raskolnikow w kilku kolejnych sytuacjach sprawdza się jako odważny i wrażliwy człowiek. Aż żal, że wszystko mogłoby się dobrze ułożyć, gdyby nie wdepnął w parszywą zbrodnię.

Motyw nastoletniej kurtyzany Soni jest dosyć ciekawy. Sprzedaje ciało na ulicy ale nie dla zabawy i łatwych pieniędzy ale z musu. Aby utrzymać rodzinę. Dziewczynka jest jednocześnie religijna i ostatecznie to ona ma największy wpływ na przemianę Raskolnikowa, na jego dobrowolne przyznanie się do winy, na pokorne poddanie się karze (8 lat Syberii) a ostatecznie też na odrzucenie swoich buntowniczych poglądów i przyjęcie perspektywy na świat bliskiej Sonii.

Autor powieści, Fiodor Dostojewski był zesłany na Syberię i tam miał styczność ze zbrodniarzami odbywającymi kary m.in. za morderstwa. To podobno zainspirowało go do napisania „Zbrodni i kary”. Według słuchanej ostatnio przeze mnie audycji radiowej o Dostojewskim był to człowiek wielce oczytany w literaturze religijnej, oczywiście wg. obrządku prawosławnego. Dał temu wyraz m.in. wrzucając do treści cytaty z Pisma Świętego, gdy Sonia czyta mu Biblii fragment o Łazarzu. Ciekawe też, że podobno w książce niewiele jest miejsca na przypadkowość. Np. nazwisko „Raskolnikow” jest znaczące: w j. rosyjskim „raskolnik” znaczy tyle co odszczepieniec, rozłamowiec, heretyk. Sonia, czyli Zofia to z greckiego Sophia co oznacza „mądrość”. Podobnie jak imiona i nazwiska nieprzypadkowe są też kolory „odmalowane” werbalnie w książce [LINK do audycji]

W książkach starych interesują mnie różne zapomniane słowa. I w tym wydaniu są takie, według przekładu Czesława Jastrzębca-Kozłowskiego. Na przykład kilkukrotnie pojawia się słowo „traktiernia” oznaczające dawniej podrzędną restaurację.

Ulubiona postać z książki? Sędzia Porfiry Pietrowicz. Dialogi pomiędzy nim a Raskolnikowem to jak na połowę XIX w. mistrzostwo świata. Tak go podchodzi, tak go załatwia znienacka. Niezobowiązująca rozmowa o niczym a tu nagle – łubudu – „fanga” (słowna) w nos. Raskolnikow się wścieka, „pan mnie podejrzewa! pan mnie oskarża! pan nie ma dowodów!!”. Świetne.

Polskich czytelników czy też słuchaczy zainteresują pewnie motywy polskie w „Zbrodni i karze”. Pojawiają się bodaj trzykrotnie. W rozmowie chyba z Porfirym jest rozmowa o tym, że za granicę mógłby czmychnąć Polak, nie Rosjanin. Na stypie u Marmiładowej są wśród gości jacyś „Polaczkowie”. Goście to niezbyt sympatyczni choć zdecydowanie trzecioplanowi. W końcowej części imprezy wszyscy trzej „Polaczkowie” potrafią jednak stanąć po właściwej stronie i pogonić kanalię Łużyna. W epilogu pojawia się wspomnienie o polskich więźniach politycznych na Syberii, którzy z wyższością traktowali więźniów-kryminalistów. Według autora niesłusznie. Odniosłem wrażenie, że Dostojewski przedstawił Polaków trochę z góry i chyba niezbyt ich lubił. Może za te wszelkie problemy, które przysparzali „mateczce Rosiji”? Pamiętajmy, że data wydania książki to rok 1866 – tuż po upadku powstania styczniowego. W późniejszych latach Polacy, tak jak Żydzi byli wielokrotnie zamieszani w działania wywrotowe w Rosji.

A właśnie, Żydzi: ich obraz jest zdecydowanie gorszy, niż obraz Polaka. Żyd to bogaty sknera - dusigrosz (przysłowie: „kochajmy się jak bracia ale liczmy się jak Żydzi”), zwykle handlarz, o twarzy zakwaszonej zrzędliwym smutkiem. Słowo „Żyd” stawia Dostojewski obok takich określeń jak szpicel, spekulant, błazen. Bogata lecz podstępna łajza Łużyn, zaliczywszy kolejne niepowodzenia w staraniach o rękę siostry Raskolnikowa Duni zarzuca sobie zbytnie skąpstwo pytając sam siebie: „i przez co u diabła tak zżydziałem?".


Audiobook jest ładnie wydany przez warszawską Bibliotekę Akustyczną. Kolory czerwone, trochę „cepeliowe”. Na podstawie wydania książkowego z Wydawnictwa W.A.B., Warszawa 2018. MP3 zajmuje 587 MB i podzielone jest na 109 odcinków. Lektor Filip Kosior dobrze czyta. To młody aktor, po szkole teatralnej, grywający w serialach. Nic mu zarzucić nie można.

Równocześnie ze słuchaniem audiobooka oglądałem film. Jest kilka ekranizacji „Zbrodni i kary”, ja znalazłem w Internecie starą, rosyjską wersję w reżyserii Kulidzanowa. Film czarno biały, z 1970 roku. Trwa 3 godziny i ma klimat. Dobrze oddaje treść lecz jako, że powstał w państwie komunistów to pominięto motywy religijne, istotne w książce.

Książka podobnie jak „Lalka” Prusa, ponadczasowa. Ma niezaprzeczalne walory edukacyjne. Dobrze, że jest w kanonie lektur.

wtorek, 19 lutego 2019

Skorpion 2019 – edycja wssysssająca

Dane podstawowe

Nazwa: XVIII Ekstremalna Impreza na Orientację „Skorpion”
Data: 16 luty 2019, sobota, start godz. 8:00 rano
Miejsce: Skierbieszów koło Zamościa
Teren: Skierbieszowski Park Krajobrazowy, Działy Grabowieckie usiane wąwozami.
Dystans 50 km.
Zasady: 25 Punktów Kontrolnych (PK), limit 16h. Kolejność punktów dowolna
Mapy: kolorowe, 1:50:000, z czasów późnego Gierka
Pogoda: kilka stopni powyżej zera. Śnieg i lód tylko miejscami, dużo błota.
Wyposażenie obowiązkowe: kompas, latarka, apteczka, odblaski.
Startujących: 57
Ukończyło w limicie: 8 mężczyzn i 1 dziewczyna


I

Wyjechałem z Wisznic o 4:30 rano bo do miejsca startu było tylko ok. 130 km. Gdy zaczęło dnieć obserwowałem warunki za oknem. Mgliście, gdzieniegdzie połacie starego śniegu. Pola na pewno bardzo rozmiękłe po niedawnej odwilży. Powietrze bardzo wilgotne co z pewnością będzie miało wpływ na odczuwalność chłodu. Jeszcze przed wyjazdem czytałem optymistyczne prognozy pogody, że w weekend ma być w Polsce wyjątkowo ciepło, plus 10 stopni. Rozważałem nawet ograniczenie ubrania na górę do długiego rękawa i koszulki. Nie, jednak za zimno i zbyt wilgotno – zdecydowałem. I dobrze zdecydowałem, bo na trasie wcale za ciepło nie było.

II

7:30 rano, sobota szykujemy się do startu. Wtem przybiega pierwszy z szesnastu uczestników trasy 100 km, która wystartowała wczoraj o 20:00 wieczorem. Marcin Hippner, obecnie ścisła czołówka orienterskich setek robił pierwszą połowę w blisko 12 godzin. Mówi, że jest przerąbane: mnóstwo błota, do tego mgła. Budowniczy trasy, Paweł Szarlip też nie mydli nam oczu na odprawie, że będzie lekko.

Nie jest to nic niezwykłego bo „Skorpiony” błotne lub śnieżne bywają stosunkowo ciężkie. Martwi mnie co innego. Otóż chcąc maksymalnie odchudzić wyposażenie zabrałem najmniejszą posiadaną latarkę: ratowniczą Petzl E-lite. Chodziło o to tylko, aby spełnić wymagania formalne odnośnie wyposażenia obowiązkowego. Ile ja mogę robić taką pięćdziesiątkę? Sześć, może osiem godzin jak będzie ciężej. Do nocy od startu jest ok. 9 godzin więc w ogóle nie brałem pod uwagę możliwości, że będę szukał punktów jeszcze po nocy. Do czasu oczywiście, jak spotkałem Marcina. Skoro on pierwsza pętlę robił 12h, fakt że nocą a więc trudniej, to jeśli ja swoją będę robił załóżmy 10h to może być niewesoło. Może być tak, że ostatnich punktów będę szukał po zmroku, z mikro latarką na głowie, macając drzewa w jakimś wąwozie. Zagrałem trochę ryzykownie z tą latarką ale cóż, innej nie zabrałem. Postanowiłem nie rozwodzić się za dużo nad ewentualnymi punktami stowarzyszonymi (mylnymi PK stojącymi w pobliżu tych właściwych) tylko bić co jest i lecieć dalej. Byle zdążyć przed zmrokiem.

III
 
Po starcie wytyczyłem kolejność podróżowania przez kolejne PK i ruszyłem. Wybrałem wariant odwrotny od narzucającej się numeracji a więc najpierw PK 22, potem, PK 21, PK 20 i tak dalej. Wejście w środek od północy i zahaczenie o PK 11 gdzie miała być woda i gorąca herbata.

Dwa pierwsze punkty weszły gładko nawigacyjnie. Przy jednym widziałem stowarzysza, na którego się nie nabrałem. Tuż za mną podążali dwaj chłopcy, jeden to kolega orientalista znany mi z imprez w naszej okolicy, drugi to Tomasz Duda, przyszły zwycięzca. Teren okazał się trudny do biegania i już na pierwszych kilometrach musiałem zrewidować założenia odnośnie tempa poruszania. Droga pod górę, na drodze czasem lód a zwykle błoto śliskie i grząskie. Jeszcze gorzej było na zaoranych i zabronowanych polach, gdzie mokra ziemia szybko oblepiała buty przez co albo drastycznie obniżała tempo, albo zupełnie wybijała z głowy bieganie. Paradoksalnie najlepsze warunki panowały w lesie bo tam było najmniej błota i mało śniegu oraz lodu. Niestety na całej trasie pięćdziesiątki lasów było niewiele.

IV

Przy PK 20 ukrytym kilkaset metrów w głębi lasu trafił mi się błąd nawigacyjny. Zaczęło się od tego, że dotarłem do lasu drogą przesuniętą o sto czy dwieście metrów na północ od tej, na której chciałem być. Konsekwencją tego było minięcie się z drogą prowadzącą na punkt w głąb lasu. Poleciałem kilkaset metrów na północ, za daleko. Chłopcy pobiegli za mną. Wróciliśmy do lasu i tam się rozdzieliliśmy. 


Nie wiedząc dokładnie, gdzie jestem natrafiłem na punkt na początku wąwozu. Tak myślałem, że niebezpiecznie jest go podbijać, że, może to być stowarzysz a nie punkt właściwy. Jak dziś pamiętam, że miał kod „DU”. DU - jak „DUPA”. Lampion zdawał się krzyczeć do mnie: „podbijesz mnie, będziesz DUPA”. No ale ja bym takiego pięknego stowarzysza nie podbił? Nie może to być. Paweł Pakuła ze Skorpionów bez stwarzysza nie wraca. Ręka mi trochę drżała ale podbiłem. Tłumaczyłem sobie, że czas leci, nie będę rozkminiać zbyt długo, czy to aby nie stowarzysz bo nie chcę szukać ostatnich punktów na macanego. Biję co jest i lecę dalej. Po podbiciu wybiegłem do drogi na krawędzi lasu i zdałem sobie sprawę, że do tej krawędzi było ze 150 metrów. Za blisko drogi. A zatem na pewno nie był to właściwy punkt, lecz stowarzysz. Plując sobie w brodę wróciłem jednak z powrotem do lasu, znalazłem dosyć szybko drugi lampion, usytuowany bardziej w głębi i go podbiłem. Też nie byłem na 100 procent pewien, czy nie stowarzysz ale był bardziej prawdopodobny niż ten pierwszy bo usytuowany w głębi lasu.

V

Przez kolejne pięć punktów biegłem sam, nie widząc obu chłopaków. Zmitrężyłem trochę czasu przy PK 20 i domyślałem się, zresztą słusznie, że chłopaki są gdzieś przede mną. Biegłem swoje, dużo też idąc. Skracałem drogę gdzie mogłem tnąc na przełaj po miedzach i zaoranych polach. Punkty wchodziły raczej gładko, większych błędów nie popełniałem. Moment przy punkcie wyglądał zwykle podobnie: albo podbicie lampionu na skraju zarośli oznaczających początek wąwozu albo zejście po stromym zboczu do wąwozu, znalezienie właściwego rozwidlenia i podbicie punktu.  Przy PK 19 zaskoczył mnie jakiś nie zaznaczony na mapie, ogrodzony sad i musiałem się wysilić, aby go ominąć. Gdy przebiegałem przez Zalesie krzyczy do mnie coś miejscowy gospodarz. Psy szczekają, dobrze nie słyszę, ale pewnie będzie ochrzan, że spokój mu zakłócam. Podbiegam bliżej i słyszę: „Biegacie na azymut? Ja też kiedyś biegałem!”. O, jak sympatycznie się zrobiło. Pozdrowiłem gospodarza i poleciałem dalej.

VI

Przy PK 23 zaliczyłem drobną wtopkę wybiegając z lasu za bardzo na północ i przechodząc rów nie po tym mostku, którym chciałem, ale takim przy rozlewisku, kilkaset metrów na północ. Dobiegając do PK 23 zobaczyłem chłopaków, których ścigam. Od tego momentu zbliżałem się do nich coraz bardziej. Kolejne 5 punktów wchodziło gładko, na PK 24 już wyprzedziłem chłopaków, których jednak nie potrafiłem zgubić. Nie miałem siły, aby w tym błocie przycisnąć, konkurenci trzymali się ciągle w zasięgu wzroku, tuż za mną. Nie widziałem czy prowadzę czy nie bo widziałem też przede sobą inne ślady, może zawodników z innych tras, może z mojej. Poza tym cześć mogła robić wariant w odwrotną stronę.

VII

PK 11 był punktem z ogniskiem, zapasem wody i gorącą herbatą. Szybko tylko dolałem wody i poleciałem dalej bo chłopcy byli tuż, tuż. Zostało 10 PK do mety. Po drodze do PK 10 jeden ze ścigających mnie został lekko w tyle, aby odpocząć. Tomasz Duda był ciągle bardzo blisko. PK 10 podbiliśmy razem i od tego momentu, przez kolejne 9 punktów aż do mety szliśmy i biegliśmy razem.

Dwie głowy i dwoje par oczy zamiast jednej nie zawsze dają przewagę. Zdarzały nam się błędy. PK 9 przestrzeliliśmy, musieliśmy wybiec z wąwozu do wsi Franciszków i jeszcze raz do niego wejść, we właściwe rozwidlenie. Tu dołożyliśmy kilkaset metrów. PK 8 też zaliczyliśmy nie do końca poprawnie ale trochę po łuku. Znowu kilkaset metrów nadłożyliśmy. 


Ostatnim punktem, gdzie dołożyliśmy sobie może kilometr i kilkanaście minut był PK 6. Początek wąwozu na zboczu, w dużym lesie. Trudno nam było znaleźć go od góry więc po kilku próbach zaproponowałem, aby zejść na dół do skraju lasu i poszukać tego wąwozu. W ten sposób go namierzyliśmy. Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy wybiegaliśmy z lasu w stronę mostu w Zabytowie. Na skraju lasu spotkaliśmy grupkę z naszych zawodów, może z trasy 20 km. Siedzieli sobie na trawce na skraju lasu, podziwiając widoki. I tak też można.


VIII

Zostało pięć ostatnich punktów. PK 5 poszedł gładko pomimo tego, że zaskoczyła nas niezaznaczona na mapie, asfaltówka. Bałem się PK 4 i PK 3 bo były w głębi lasu i gdyby były z nimi kłopoty, mogłaby zapaść noc. Jednak poszły szybko i sprawnie. Potem jeszcze dłuższy przelot do PK 2, podbicie pobliskiego PK 1 i biegiem do bazy.

Nie ścigaliśmy się na końcówce. Ja nie miałem już siły ani ochoty dla Tomka uciekać a on wiedział, że mam co najmniej jednego stowarzysza, więc może wbiec ze mną na metę a i tak będzie do przodu. Kończąc już tylko myślałem o ciepłym prysznicu i pysznym daniu obiadowym, jakie zawsze czeka na uczestników Skorpiona.

Dotarliśmy na  metę o godzinie 17. Czas pokonania trasy: 9 godzin, wg. organizatorów jeden z najdłuższych czasów zwycięzców pięćdziesiątki, w historii Skorpiona. Dlaczego aż tyle? Trudna, błotna trasa, sporo przewyższeń bo 1600 metrów i trasa wydłużona w mojej ocenie do ok. 60 kilometrów, zamiast 50. Ja wcale na to nie narzekam, cieszę się, że udało mi się ukończyć przed zmrokiem, bez potrzeby sięgania po latarkę. Bawiłem się świetnie.

Dziękuję organizatorom i sponsorom „Skorpiona”

IX

Podium TP 50

1. Tomasz Duda    9:00 h
2. Paweł Pakuła    9:10 h (10 min. kary za poprawionego stowarzysza)
3. Adam Michalski     12:37 h

Panie

1. Anna Hołdakowska     14:02 h

niedziela, 3 lutego 2019

MiG-iem po lesie

Nazwa zawodów: XI Mistrzostwa Gminy Garbów w Marszach na Orientację
Data: 17 listopada, sobota
Miejsce: Wola Przybysławska koło Lublina
Formuła zawodów: rogaining, 20 PK, 90 minut.
Mapa: 1:10.000, czarno-biała, częściowo aktualizowana.
Startujących w kategorii TS (seniorzy) – 11
Mój wynik: 1 miejsce, 4750 punktów, 20 PK zaliczonych w tym 2 stowarzysze.
Czas na trasie: 77 minut.
Pogoda: sucho, bez śniegu, słonecznie, lekki mróz. Dobre warunki do biegania.

Wrażenia

Już miałem nie startować, tylko biegać dla siebie, co trzeci dzień. W bieganiu chyba szczyt możliwości mam za sobą, 41 lat na karku. Jest tyle innych aktywności, fajnych; takich, w których wiek nie działa wbrew tobie.

Już w październiku powoli odpuszczałem ale skusiłem się jeszcze na małe zawody w biegu na orientację, które współorganizuje Sławomir Juraszewski, kolega z Lublina. Miałem coś załatwić w Lublinie więc w sumie było po drodze.

Przyjechałem, pogoda była świetna. Las piękny, jesienny. Słonecznie. Start był interwałowy. Dostałem mapę, zaplanowałem przebieg i poleciałem. Wariant wybrałem chyba dobry, żadnego punktu dłużej nie szukałem. Generalnie fajnie się biegło. Znowu poczułem ten „flow” gdy się leci po lesie, po przebieżnym lesie - to jeszcze fajniej, mapa się zgadza, punkty stoją a ja jeszcze mam moc, potrafię w miarę szybko biec.

Zamiast po 1,5 godziny przybiegłem wcześniej po 1:17. Miałem wszystkie punkty ale i dwa stowarzysze: niepoprawnie wziąłem PK 21 i PK 34. W wyniku końcowym liczyła się przede wszystkim liczba punktów a nie czas dlatego czekałem w niepewności, czy ktoś nie przybiegnie po mnie i nie będzie miał kompletu, bez błędów. Nie było kogoś takiego. Wygrałem.

Było to wszystko na tyle fajne, że postanowiłem jeszcze przez jakiś czas regularnie trenować. Może nie do takich wyryp jak Łemkowyna 150 km bo na to nie mam czasu ale biegi na 10-50 km – jak najbardziej. Jednak fajne to jest i ciężko jest zrezygnować z biegania.