wtorek, 16 maja 2017

Extreme Power Run II - relacja

Zdjęcie: Andrzej Jędryczkowski
Krótka przeszkodówka. Już tu biegłem w zeszłym roku, turystycznie. Przeszkody trudne nie były. Teraz chcę pobiec mocniej - kontuzji żadnej nie mam, za to chętkę na ściganie.  Pomimo, że jest całkiem ciepło na nogach mam INOV-8 X-Talon 212, wyżej spodenki zakrywające kolana, koszulę z długim rękawem, buffa i robocze rękawiczki. Wszelkie otarcia, zadrapania które niewątpliwie na trasie złapię niepotrzebnie podkopią morale dlatego warto się zabezpieczyć.

Startuję w drugiej, 40-osobowej grupie, 6 minut po pierwszej. Pierwsze kilkadziesiąt metrów po piachu jak na plaży, potem wąski podbieg na stromą skarpę. Łukasz pogrzał pierwszy jak z procy, ja gdzieś szósty czy ósmy. Niby wiem, że zaraz będzie wąskie gardło ale nie chciałem startować sprintem w kopnym piachu aby zbyt szybko nie spalić cennych zapasów energii. Strażacy polewają wodą z węża, ziemia się spod nóg obsuwa, nie ma jak wejść. Popycham plecy kolesia przede mną, ten nie ma jak przyśpieszyć bo przed nim utknęła jakaś panna. Te kilka sekund straty wydają się minutami. Piaszczysty stopień, na który staję obsuwa się spod nóg. Jakoś w końcu się gramolę. Teraz bieg.

Następna przeszkoda: podłużnie ułożona sterta opon. Najszybciej można zrobić ją przy brzegu, nie środkiem. Bieg, bieg, wyprzedzam kolejne osoby. To już pewnie pierwsza trójka mojej grupy. Rundka z wiaderkiem piachu - na szczęście lekkie jest. Nie szarpię się aby niepotrzebnie nie stracić zbyt dużo sił. Równowaga wysiłkowo-oddechowa to podstawa. Teraz czołganie pod oponami i już 3-metrowa ścianka z opon. Lecz co widzę!? Gość przede mną zamiast przejść górą jak Pan Organizator przykazał daje szczupaka w szparę pomiędzy oponami. A szelma! Pytam fotografa stojącego przy przeszkodzie czy zrobił zdjęcie temu, który oszukiwał. Zapamiętałem numer - odpowiada. Nabuzowany adrenaliną i ostrą rywalizacją obiecuję sobie zgłosić na mecie zagrywkę nie fair i piętnować oszusta ale potem zawodnika wyprzedzam (chyba jego), schodzi ze mnie ciśnienie i macham ręką. W końcu to nie wyścig o złote kalesony.
 

Następne przeszkody idą gładko: fajny lecz za krótki mostek linowy, kołowrotki, niskie ścianki strażackie. W końcu są przeszkody wilgotne: pierwszy, bardzo fajny, chybotliwy mostek na pływających pośród szuwarów beczkach. Mało tam brakuje, abym się skąpał. Mam ten komfort, że biegnąc w czubie nie muszę ani przed mostkiem stać, ani nikogo popędzać. Przelatuję go w pełnym biegu. Wkrótce po nim pierwsze zmoczenie - czołganie w piasku i w kałuży. Od tej pory suchy nie jestem.

Już wcześniej zacząłem doganiać pojedynczych maruderów z pierwszej grupy, teraz jest ich coraz więcej. Skok przez ciągnikową przyczepę. Na mijance widzę znajomych z pierwszej grupy. Zdają się nie być daleko. Oddech ciężki ale regularny. Powinien wychodzić mocny II zakres. Pulsometru nie wziąłem bo nie było potrzeby a poza tym bałem się go uszkodzić.

W świeżym wykopie piasku skaczemy po hałdach, wdrapujemy na skarpę i już witamy ze znajomą a pamiętną z zeszłego roku przeszkodą - kanałem z wodą. Wskakuję doń, teraz już po szyję. Brrr.., zimna! Woda już od początku głęboka a nie coraz głębsza, jak przed rokiem. I jakoś tak się dziwnie pieni. Czy ktoś tu czegoś dolał?!

Poślizg przy wyjściu, znowu bieg, tym razem do lasku. Znowu upodlenie w piachu i igłach - czołganie pod oponami. Tak tu właśnie jest: najpierw cię zmęczą, potem utarzają w piasku, umoczą w wodzie tylko po to, aby za chwilę znowu wytarzać i później znowu zmoczyć. Na końcu dadzą medal i  każą się cieszyć. Ach te biegi, gdzie tu rozsądek?

No, zostało już mniejszość dystansu. Łechtam się myślą, że przynajmniej ze swojej grupy jestem pierwszy. Potem, gdy obejrzę zdjęcia okaże się, że guzik - był chyba co najmniej jeden chłopak, którego nie dogoniłem.

Znowu zbiegamy nad wodę i znowu pływający mostek - "mostek Andrzeja". Pikuś w porównaniu z tym na beczkach - tamten był bardziej chybotliwy. Dalej worki z piaskiem i rundka dookoła. Standard.

Lecimy w krzaki, już teraz blisko mety. Są kibice, jest piach i pofałdowany teren. Teraz dwie ścianki: jedna pionowa z chwytami wspinaczkowymi - łatwa, ale czasu trochę zabiera. Druga to pamiętna Bestia Koali z zeszłego roku. Pochyła, śliska i z liną. Oj mieli z nią niektórzy problemy. I ja się na nie nastawiam bo może być wyślizgana i namoczona przez pierwszą grupę. Nie, idzie gładko.

Jest ślizgawka - zjazd w śliskim korytku z płynącą wodą - będzie zabawa! A guzik. Zaczynam na brzuchu dla lepszego rozpędu aby w połowie przekręcić się na plecy co by mieć lepszą pozycję do wstania. Te moje przekombinowane manewry sprawiły, że się w połowie ślizgawki zatrzymałem. Oj, słabo! Czyżby za dużo słodkości i za ciężki tyłek? Trzeba na dietę.

Czołganie pod siatką napawa mnie myślą, że jak w przyszłości wyłysieję, to oskarżę o to organizatora: bo to przez tą siatkę, która tarła mi czubek głowy, prawie do zapału. Dalej jest czołganie pod drutem kolczastym i wyjście do góry przez tunel z opon. Dla patyczaka takiego jak ja nie jest to łatwe bo nogi się nie mieszczą ale jakoś wychodzi. Do mety jeszcze tylko ze trzy przeszkody i kilkaset metrów - Finisz!

Nieco wcześniej mijałem jednego z orgów, który spytał mnie w locie, czy trasa dobrze oznaczona. Bardzo dobrze odparłem zasapany bo rzeczywiście do tego momentu była zrobiona świetnie. Zero wątpliwości, gdzie biec. Ale w tym momencie przechwaliłem.

Biegniemy w lasku pod górę, tam taśma zawieszona w poprzek. Gdzie teraz?! AAAAAA!!!! Jeszcze kilka osób się kręci, szukamy oznaczeń. Lecą sekundy, zegar się nie zatrzymuje. Natalia Korszeń z Horodyszcza, ta z którą startowałem w parze w podobnym biegu w Orzyszu też z nami jest [LINK do relacji]. AAAAA!!! Czas!!! Dobiega jeszcze kilka osób. Szukamy, szukamy, mijają kolejne sekundy, już chyba i minuta. Może druga. AAAAA!!!

Ze mnie już schodzi powietrze a w jego miejsce wchodzi rezygnacja. No rzesz, człowiek walczy o każdą sekundę a tu taki klops. Dlaczego nie przeanalizowałem trasy i nie przeszedłem jej przed startem?! Pluję sobie w brodę.

W końcu ktoś mówi: to chyba rowem, w lewo. Biegniemy przez las, rowem, choć żadnych taśm tam nie ma. Zbiegamy w stronę mety. Mówią, że tu trzeba pod górę, zbiec z tej skarpy i jeszcze ścianka Pro Gymu. Dobra, robimy ją, ja już na pół gwizdka, bo nie chce mi się walczyć o sekundy, gdy tyle ich przed chwilą straciłem bezsensownie.

Ścianka idzie sprawnie. Teraz kilkumetrowy rów z wodą. Fajny on, wisi nad nim ażurowe ogrodzenie, kilkanaście centymetrów nad lustrem wody. To taka przeszkoda typu klaustrofobiczno-podtapiającego: nie za bardzo jest gdzie łapać oddech więc albo dajesz nura przez całość na brzuchu, albo przesuwasz się na plecach  twarzą tuż przy siatce. Planowałem dać nura ale wszyscy krzyczą: "na plecach!, na plecach!" No to dobra, jestem mało asertywny - kładę się na plecy. Woda trochę zalewa twarz, boję się że mi się wleje do nosa. Cholera, wiedziałem, że jednak trzeba było nurkiem - myślę w połowie drogi. Teraz już nie będę zmieniał koncepcji bo znowu przekombinuję.

Ostatnia prosta: skok przez malutki rowek z ogniem i meta!

Czas 31:07, miejsce 7 na 186. Zwycięzca, Aliaksandr Aniskevich gość z białoruskiego Brześcia miał czas 27:23. Ładnie poleciał.
 
Dzięki Time 2 Go i "Biała Biega" - zabawa była świetna. I naprawdę duży szacunek za ułożenie tych wszystkich przeszkód. Mnóstwo roboty!
 
[LINK do mojej foto-relacji dla Festiwalu Biegowego]

niedziela, 7 maja 2017

Krótki wpis o książkach 2016 - klasyka

Trzydzieści sześć. Tyle audiobooków udało mi się przesłuchać w 2016 roku. Wchłaniałem je głównie podczas treningów biegowych i podróży. Do tego tylko trzy książki tradycyjne, nie licząc podręczników, z których uczę historii. Dużo to czy mało? Trudno powiedzieć. Dla statystycznego Polaka, który czyta jedną książkę rocznie pewnie dużo; dla nałogowych „czytaczy” pewnie cienizna. W zdumienie wprawił mnie niedawno wywiad z pewnym mądralą, nieżyjącym już dziennikarzem sportowym, który wspominając studenckie lata mówił tak:

"Jak zacząłem studiować na uniwersytecie, to jednocześnie pracowałem w tygodniku „Piłka nożna”, miałem żonę, małe dziecko i 12 metrów kwadratowych na nas troje. Przez cały dzień pracowałem, studiowałem albo zajmowałem się dzieckiem. W nocy rozkładałem na kwadratowej wannie, bo inna się tam nie mieściła, deskę z płyty paździerzowej. Kładłem na niej książki i się uczyłem. Mniej więcej tak jak w XIX wieku, czyli niby krok wstecz, ale czytałem 3 książki w jedną noc. W związku z tym rocznie czytałem ich 1000". [LINK do całego wywiadu]

Wyobraziłem sobie codzienność Pawła Zarzecznego - bo z nim był ów wywiad - i zacząłem się zastanawiać, jak On czytał te książki, że dał radę wchłonąć trzy w jedną noc, prawie codziennie? Do tego praca, studia, żona, dziecko? Może były to nowelki pokroju "Janka Muzykanta"? A jeśli normalne książki, to w takim razie kiedy ten człowiek spał?! Dla mnie niepojęte.

Cóż, istnieją widać biblio-herosi albo ludzie, którzy zerwali z nałogiem spania. Ja spać lubię i się cieszę ze swoich trzydziestu paru zaliczonych lektur. Cieszę się też, że rozwija się rynek książek w formie audiobooków i e-booków. E-booki w naszym kraju to około 5% ogółu książek; dla porównania: w USA - 20%.  Książki dźwiękowe są wyraźnie mniej popularne; wersja audio stanowi 1% lub jeszcze mniej rynku książek w Polsce. Pozytywne jest to, że rynek audiobooków dynamicznie się rozwija i ma bardzo dobre perspektywy. Znaczna jego część to bajki dla dzieci ale wydaje się też coraz więcej poważniejszej literatury.

Dostrzeżono na przykład, że jedną z grup, w których audiobooki cieszą się sporym wzięciem są... biegacze. Tacy jak ja i być może Ty czytelniku. No proszę, kto by pomyślał, że rozwój mody na bieganie, ale na pewno też np. na pokrewne Nordic Walking, będzie w jakiś stopniu korespondował z rozwojem książki dźwiękowej. Świetnie. [LINK do audycji radiowej: Coraz więcej młodych osób sięga po e-booki i audiobooki].

Poniżej trochę luźnych wrażeń z wybranych lektur zeszłorocznych. Dobór i komentarze, jak to zwykle u mnie - tendencyjne. Dominują zmurszałe starocie, dziś raczej niemodne, pisane często archaicznym językiem. Mi ostatnio właśnie takie się podobają. Może przez system wartości i światopogląd popularny w czasach np. "Belle Epoque", może to zawodowe, historyczno-archeologiczne skrzywienie każe mi lubić lub choć szanować to, co dawne? A może po prostu się starzeję? Nie wiem.

Henryk Sienkiewicz, Trylogia, książka audio, Wydawnictwo STORYBOX, 5 CD, czyta Mieczysław Voit, czas 117 godzin i 53 minuty. Cena 35,95 zł.

Sienkiewicz. Przeczytałem i przesłuchałem kilka Jego książek. Ubiegły rok obchodzono w Polsce  jako "Rok Henryka Sienkiewicza" z okazji 100 rocznicy śmierci noblisty. Tym chętniej po Niego sięgnąłem. Pierwotnie myślałem, że pisarz jest szanowany ale głównie w kontekście historycznym. Że współcześnie jest traktowany przez czytających Polaków jak obiekt muzealny i raczej niewielu do niego zagląda. Tymczasem bardzo się zdziwiłem, czytając raport ze stanu czytelnictwa w Polsce z 2016 roku, gdzie Sienkiewicz okazał się najbardziej popularnym autorem. Niestety, zaraz po nim jest w rankingu pewna tłusta Brytyjka, autorka przygód Greya. [LINK do: Wyniki badań czytelnictwa w Polsce w 2016 roku].

Nie zamierzam się tu oczywiście wygłupiać i pisać swojej własnej, 1001 recenzji "Trylogii"; każdy ją jeśli nie czytał to przynajmniej widział ekranizację. Zwrócę jedynie na jej wydanie audio.

Kupiłem wersję w kartonowym pakiecie, w którym całość zmieszczono na pięciu krążkach CD. Szczerze pisząc nie jest to ładne wydanie, w podobnym kartoniku kupuję kawę „Inkę” i myślę, że Sienkiewicz zasługuje na coś ładniejszego. Ponoć to wersja samochodowa, mniejsza, bardziej poręczna. Może. Ja wolę wersję w klasycznym pudełku plastykowym na CD/DVD lub digipak, nie kartonowym dlatego po przesłuchaniu zaraz to wydanie sprzedałem chcąc je zamienić na klasyczną wersję z tego samego wydawnictwa.

Sienkiewicza się lubi lub nie lubi; jedni Go będą chwalić inni ganić. Mi się generalnie podobał, z kilku względów. Po pierwsze i najbardziej oczywiste: przygody bohaterów w wykreowanym świecie, choć mają ponad sto lat, nadal potrafią wciągnąć i budzić emocje. Po drugie język: „Trylogia” to kopalnia różnych fajnych starych słów i całych zwrotów, których nikt dziś nie używa. Do tego trochę łaciny i ukraińskiego. Lubię to archaiczne słownictwo, pewnie niektórzy zauważyli, że chętnie je wplatam do czegoś, co sam piszę, bawiąc się nowymi słowami niczym "starymi-nowymi klockami" przy budowie pisanego "zamku".

Trzecia, mocna rzecz to lektor - świetny Mieczysław Voit. Aktor teatralny i filmowy, niestety już nieżyjący. Znamy go choćby z ekranizacji "Krzyżaków", gdzie wcielił się w rolę zakonnego komtura oraz z ekranizacji "Faraona" gdzie zagrał postać Samentu - kapłana złego boga Seta. Na marginesie dodam, że i "Faraona" słuchałem w audiobooku z tego samego wydawnictwa i też mi się podobał. Świetny traktat o władzy i mechanizmach rządzenia; o idealnym i pragmatycznym podejściu do zarządzania państwem oraz ludźmi.

Wracając do „Trylogii”: Voit czyta świetnie, z ładnym, charakterystycznym dla aktorów starego pokolenia akcentem. Dobrze oddaje emocje, stopniuje napięcie. W moim odczuciu Jego interpretacja niewiele ustępuje profesjonalnemu słuchowisku w wykonaniu wielu aktorów. To na pewno mocja strona „Trylogii” ze STORYBOX.

Zostawmy na chwilę naszego wieszcza i pochylmy się jeszcze nad charakterystyczną cechą niektórych książek awanturniczo-przygodowych epoki sienkiewiczowskiej.

W wielu książkach XIX i początku XX wieku elementem budzącym niesmak może być lekkie przejście nad tematem zabijania i śmierci ludzi. Mamy przykładowo czułego kochanka, który przychodzi do pięknej kobiety i scena jest prawie romantyczna. Prawie, bo ów amant ma u boku szablę, która jeszcze dobrze nie obeschła z krwi piętnastu ludzi, niedawno przezeń zasieczonych. Takie przedstawienie wydarzeń występuje nie tylko w literaturze fikcyjnej ale i w źródłach historycznych. Czytałem niedawno fragment wspomnień oficera niemieckiego Karla Litzmanna, który w relacji z wojny francusko pruskiej 1870 roku, wizytując pole bitwy zachwyca się widokiem całych oddziałów, które leżały pokotem w wąwozie koło Mars la Tour. Żołnierze i konie rozstrzelani zostali przez mitraliezy będące przodkiem CKM-ów, trup leżał na trupie a oficer wzruszony wzdychał nad bohaterstwem i piękną śmiercią żołnierzy. Czytając takie fragmenty można miejscami odnieść wrażenie, że wojna i związane z nią zabijanie traktowane było jak ciekawa bohaterska przygoda, prawie równie niewinna jak mecz w piłkę.

Trzeba pamiętać, że jest to duch tamtej epoki, duch który ludzi współczesnych może razić. Wszyscy ci bohaterowie nie wiedzieli jeszcze co ich czeka, nie domyślali się potęgi karabinów maszynowych i dział z oporopowrotnikiem, które zbiorą krwawe żniwo podczas nadchodzących wielkich wojen. Na początku pierwszej z nich szturmy podejmowali ochotnicy. Ci szybko się skończyli bo przeprowadzili na pobliskie cmentarze. Następnych „chętnych” do szturmu na gniazda CKM-ów i okopy przeciwnika wyznaczano już na siłę. My, ludzie przełomu XX i XXI wieku uczeni o tragicznych doświadczeniach pierwszej i drugiej wojny światowej jesteśmy dużo bardziej wrażliwi i bardziej świadomi ogromu zła i cierpień, które wojna z sobą niesie.

Wracając do Sienkiewicza: i w jego "Trylogii" trup ściele się gęsto. Trudno aby było inaczej, skoro głównymi bohaterami są żołnierze a i czasy niespokojne. Autor nie serwuje nam jednak lekkiej opowiastki o „wesołej wojence” ale zdaje się ubolewać nad okrucieństwami wojny domowej, bezsensem kłótni i rozlewem krwi, zwłaszcza krwi bratniej: w jednym państwie i pomiędzy chrześcijanami. Przykładem tego są dwa ładne a wzruszające fragmenty; pierwszy to wspomnienie Pana Muszalskiego o Dydiuku, drugie to opowieść księdza Kamińskiego zawarta w „Panu Wołodyjowskim”. Bohater opisując wojny z kozakami wspomina czas, gdy jeszcze księdzem nie był lecz zwykłym, prostodusznym i naiwnym żołnierzem. Dla lepszego zobrazowania pozwolę sobie fragment zacytować:

[Postępowanie z jeńcami – P.P.] „Dragon ciął i ściął... Przyprowadzono drugiego, ten to samo: „Przez tego Chrystusa miłosiernego pomiłuj!" A ja znów: „Po szyi go!" To samo z trzecim, czwartym, piątym; było ich czternastu, a każdy mię przez Chrystusa zaklinał... Już i zorze zgasły, gdyśmy skończyli. Kazałem ich położyć kręgiem koło stóp krzyża... Głupi ! Myślałem, że tym widokiem Syna Jedynego udelektuję, oni zaś ruchali czas jakiś to rękami, to nogami, czasem rzucił się który jako ryba z wody wyjęta, ale krótko tego było; niebawem wigor opuścił ich ciała i leżeli wianuszkiem cicho. Że to już ciemność uczyniła się zupełna, postanowiłem zostać na nocleg, chociaż ognisk nie było z czego rozpalić. Noc Bóg dał ciepłą, więc moi ludzie radzi pokładli się na derach, ja zaś poszedłem sobie jeszcze pod krzyż, u nóżek Chrystusowych zwyczajne pacierze odmówić i miłosierdziu jego się polecić. A myślałem, że modlitwa moja tym wdzięczniej zostanie przyjęta, że mi- dzień zeszedł w pracy i w takich uczynkach, które za zasługę sobie po czytywałem.

[...]

Jak to długo trwało, nie wiem, ale po owym czasie, uspokoiwszy się nieco, znów rzeknę: „Panie, Panie! przeczżeś wśród zatwardziałych Żydowinów naukę twoją świętą opowiadał? Żebyś był z Palestyny do naszej Rzeczypospolitej przyszedł, pewnie nie bylibyśmy cię na krzyż przybijali, ale wdzięcznie przyjęli, wszelakim dobrem obdarzyli i indygenat ci dali dla tym większego twojej boskiej chwały pomnożenia. Czemuś tak nie uczynił, o Panie?" Rzekłszy podniosłem oczy ku górze (we śnie to zawsze było, pamiętajcie acaństwo) i cóż widzę? Oto Pan nasz spogląda na mnie surowie, brwi marszczy i nagle wielkim głosem tak odrzecze: „Tanie teraz wasze szlachectwo, bo je czasów wojny szwedzkiej każdy łyk mógł kupić; ale mniejsza z tym! Warciście siebie wzajem i wy, i hultajstwo, a jedni i drudzy gorsiście od Żydowinów, bo wy mię tu co dzień na krzyż przybijacie... Zalim to nie nakazał miłości nawet dla nieprzyjaciół i przebaczania win, a wy, jakoby wściekłe zwierza, wnętrzności targacie sobie wzajem. Na co ja patrząc mękę nieznośną cierpię. Ty zaś sam, któryś mnie chciał odbijać, a potem do Rzeczypospolitej zapraszał, cóżeś uczynił? Oto trupy tu naokół krzyża mego leżą i krew obryzgała mu podnóże, a przecie byli między nimi niewinni, pacholęta młode, albo ludzie zaślepieni, którzy rozgarnięcia nijakiego nie mając za innymi jako głupie owce poszli. Miałżeś nad nimi miłosierdzie, sądziłżeś ich przed śmiercią? Nie! Kazałeś ich wszystkich pościnać i jeszcześ myślał, że mnie tym ucieszysz. Zaprawdę, co inszego jest karcić i karać, tak jako ojciec syna karze, tak jako starszy brat młodszego karci, a co inszego mścić się, sądu nie dawać, miary w karaniu i okrucieństwie nie znać. Do tego już doszło, że na tej ziemi wilcy miłosierniejsi od ludzi, że tu trawy krwawą rosą się pocą, wichry nie wieją, ale wyją, rzeki łzami płyną i ludzie do śmierci ręce wyciągają mówiąc: „Ucieczko nasza!..„

Panie! - zawołałem - zali oni lepsi od nas? Kto największe okrucieństwa czynił? Kto pogan sprowadzał?...

Miłujcie ich nawet karząc - odrzekł Pan - a wówczas bielmo spadnie z ich oczu, zatwardziałość ustąpi z serc i miłosierdzie moje będzie nad wami. Inaczej przyjdzie nawała tatarska i łyka nałoży wam i im - i nieprzyjacielowi będziecie musieli służyć w umartwieniu, w pogardzie, we łzach, aż do dnia, w którym pokochacie się wspólnie. Jeśli zaś miarę w zawziętości przebierzecie, tedy nie będzie ani dla jednych, ani dla drugich zmiłowania i poganin posiędzie tę ziemię na wieki wieków!


Ładne te fragmenty skłaniają do myślenia a przemieszane z historiami prostych miłostek czynią sienkiewiczowską „Trylogię” głębszą, wartościową i aktualną także dzisiaj.

Niestety, do tej dużej beczki miodu dostała się też łyżeczka dziegciu. Jest nim błąd w zapisie plików mp3, który zauważyłem bodaj dwukrotnie. Przykładowo w "Ogniem i Mieczem" w cz. 2 odcinek 11 i 12 są identyczne. Brakuje właściwej części 12. To moment, gdy Wołodyjowski z Zagłobą spotykają w karczmie Bohuna, który wkrótce zostaje usieczon. Na moich płytach tych kilku minut brakowało, musiałem przeczytać z Internetu te 3 czy 4 brakujące strony i mogłem dopiero wtedy słuchać dalej. Nie wiem, czy to tylko w moim pechowym egzemplarzu ten błąd wystąpił, czy tak jest we wszystkich. Drobna w sumie sprawa ale jednak do poprawy.

Polecam, mi się podobało.

Henryk Sienkiewicz, Listy z Afryki, Wydawnictwo MOST, Warszawa 2016, książka tradycyjna, 194, [1] s., wstęp Piotr Jaroszyński. cena: 29 zł.

Po ukończeniu „Trylogii”, Sienkiewicz wybrał się w podróż do Afryki. Wycieczkę sfinansowało mu warszawskie "Słowo". Miał nabrać weny na nowe książki, odpocząć. W końcu 1890 roku pisarz wsiadł na statek i udał się do Zanzibaru - dziś Tanzania w południowo-wschodniej Afryce. Miały być egzotyczne przygody, miało być polowanie na dużego zwierza w dzikich ostępach. Skończyło się na przyśpieszonym powrocie po ledwie dwóch miesiącach podróży. Przyczyna rejterady? Febra. Sienkiewicz nabawił się jej podczas podróży po buszu i sytuacja stała się na tyle poważna, że musiał wracać w kierunku wybrzeża. 

Z podróży tej noblista pozostawił 23 listy, znane jako "Listy z Afryki". Mam właśnie przed sobą ich nowe wydanie z 2016 roku, pierwsze od blisko 70-ciu lat. Wcześniej wydano je w latach 50-tych, potem odłożono do lamusa. Dlaczego? Bo w ludowej Polsce były niepoprawne politycznie. A jak już niektórzy wiedzą, gdy coś jest niepoprawne politycznie, to ciągnie mnie do tego jak muchę do..., jak pszczołę do miodu.

Sienkiewicz opisuje wrażenia z podróży i piękno afrykańskiej przyrody. Jego opowiastki są miejscami zabawne, na przykład gdy opisuje przemierzanie dzikiej krainy:

„Kałuża z wodą do picia, znajduje się w Kikoce, natomiast woda w niej trąci utopionym kotem, jest zaś barwy i gęstości czekolady. Błogosławiłem swój pomysł zakupienia i zabrania w drogę kilkudziesięciu butelek wody sodowej. Była ona wprawdzie prawie ciepła, ale przynajmniej nie miała nic wspólnego ani z czekoladą, ani z kotem.” (s. 136)

Podróż statkiem pełnym dzieci też miała dla Sienkiewicza niezapomniany urok:

Dzieci są wszędzie, plączą się pod nogami, włażą pod krzesła, włażą na kolana tym, którzy by chcieli czytać lub rozmawiać, kręcą się, wiercą, płaczą, śmieją się krzyczą, ściągają maty z krzeseł, słowem, panują wszechwładnie i okrutnie. [...] Z krzesłami – rozpacz! Wybrałeś sobie miejsce cieniste, rozkoszne, przylepiłeś bilet na krzesełku i myślisz, że ci go nikt nie zajmie. Gdzie tam! Ledwieś się ruszył, siadło pięcioro; wróciwszy nie znajdziesz nie tylko biletu, ale i krzesła – a raczej znajdziesz je gdzieś w kącie, o sto kroków dalej, na drugim końcu statku. [...] Utrapienie bywało z nimi takie, że ludzie o powiększonych śledzionach wpadali chwilami w rozpacz i pewno niejednemu przychodziło do głowy, iż król Herod był to jednak wielki król i wielka postać dziejowa, niesłusznie przez historię sponiewierana.” (s. 187-188)

Czytając inny fragment możemy snuć podejrzenia, że gdyby nasz Sienkiewicz urodził się 100 lat później, biegałby z nami po górach. Żyłkę do ścigania niewątpliwie miał:

„Przełożony ojciec Korman jest to człowiek lat czterdziestu kilku, jasnowłosy, drobny, bardzo chudy, o twarzy zmęczonej, na której widoczne są ślady febry. Pochodzi on również jak o. Enderlin i jak większość misjonarzy z Alzacji. [...] W ogóle jednak czuje się zdrów i chodzi po górach (o czym się kosztem własnych nóg później przekonałem) – jak antylopa.[...]
 
Popamiętam tę wyprawę długo, albowiem jak żyję, nie widziałem człowieka chodzącego tak po górach jak o. Korman. Zdawało mi się, że ma skrzydła. Zaledwie zobaczyłem go u stóp wzgórza, już był na jego wierzchu. Dziki królik [murzyński kacyk – P.P.] leciał również, jakby go wiatr gnał. [...] Przyszło mi do głowy zmęczyć ojca Kormana i jego dzikiego przyjaciela, i w tym celu począłem biec naprzód jeszcze prędzej od nich, ale gdy upłynęła jedna godzina, potem druga, a ich moje wysiłki zdawały się tylko podniecać, dałem za wygraną i zetknąwszy się z nimi w otwartym miejscu, oświadczyłem kategorycznie, że nie mając ani ich filigranowej postawy, ani skrzydeł, nie pójdę w ten sposób dalej. 
 
Zresztą taki pochód na złamanie szyi był rzeczą dla polowania wprost szkodliwą, albowiem człowiek, niemogący tchu złapać ze zmęczenia, musi chybić do każdej zwierzyny, choćby strzelał blisko.”

Bardzo ciekawe są zaobserwowane na miejscu lokalne stosunki pomiędzy rasami, narodami, wyznawcami religii i kolonizatorami oraz tubylcami. Autor nie bawi się tu w delikatność tylko pisze z autopsji to, co z widzi i odczuwa.  Przykładowa historia, trochę śmieszna a trochę smutna, to opis wspólnej podróży statkiem z haremem sułtana Zanzibaru. Sienkiewicz rad byłby sobie ten harem bliżej obejrzeć, cóż jeśli nie bardzo mógł:

Bywało tak gorąco, że mimo podwójnego dachu  z żaglowego płótna piekliśmy się po prostu na pomoście jak na patelni. Ale nasz los był jeszcze godzien zazdrości, w porównaniu z losem haremu. Ach, nieszczęśliwy harem! Od chwili wyjazdu z Adenu nie ukazał się ani razu na pokładzie, a kabinkę opuszczały te panie jedynie wówczas... Nie! Podobno wcale jej nie opuszczały! Jedna tylko młoda, może czternastoletnia i, mówiąc bez nawiasu bardzo ładna Murzynka siadywała wieczorami z nargilą (fajka wodna- P.P.) na podłodze korytarza, przed drzwiami kabinki. [...] Ta siedząc nisko, skulona, wyglądała w ciasnocie korytarza jak dziki, osowiały ptak zamknięty w klatce. [...]
 
Bywało, że bawiliśmy się, spuszczając na sznurku z pokładu pomarańcze i butelki z wodą sodową, naprzeciw okienka kabinki zajmowanej przez harem. Okienko otwierało się wówczas, przez otwór wysuwały się białe lub czarne ramiona i chwytały kołyszący się przedmiot z pewną zwierzęcą skwapliwością. Kapitan był niestrudzony w tej zabawie; pewnego razu chciał spuścić w ten sposób doktora, który się mocno o to obraził” (s. 45) 

W innych miejscach Sienkiewicz podziwia umiejętności pływackie tubylców i afrykańską sztukę fryzjerską a w innym pięknie wykonaną broń Somalijczyków. Chwali ich też za inteligencję i przemyślność. Murzynów Suahili przedstawia jako pracowitych, przedsiębiorczych i stosunkowo pojętnych mężczyzn o pięknej sylwetce. Niektórych swoich służących lubi bardziej i się z nimi zaprzyjaźnia. Kiedy jednak coś mu się nie podoba wprost o tym pisze. Na przykład mieszkańcy Suezu pozostawili na nim wrażenie jak najgorsze:

„Tłum Arabów i Murzynów jeszcze brudniejszy, wrzaskliwszy i bardziej natrętny niż w innych miastach egipskich. Jest to zbiór najbardziej zakazanych figur, jakie zdarzyło mi się spotkać gdziekolwiek w świecie. Arabowie wydają się malowniczo nawet w łachmanach, ale każdy z nich ma coś takiego w twarzy, jakby dwa dni nie jadł. W ich gwałtownych ruchach i natarczywości, przechodzącej wszelką miarę, tkwi jakaś gorączka głodowa. Trudno z początku zdać sobie sprawę, dlaczego tak się dzieje.” (s. 27)

I takie właśnie subiektywne a szczere spostrzeżenia wydają mi się jedną z głównych zalet tej książki. Dziś, w dobie narzucanej poprawności politycznej oraz autocenzury coraz trudniej o takie. „[Dziś] takich książek nikt nie ma prawa pisać. Gdyby ktokolwiek zechciał przyjąć słownictwo, opis, system wartości Sienkiewicza [stosowany wobec mieszkańców Afryki - P.P.] byłby zniszczony w ciągu paru chwil" - mówi uczestnik dyskusji w radiowej „Trójce” na temat nowego wydania "Listów" [LINK]. I pewnie ma sporo racji.

Inne ciekawe spostrzeżenia dotyczą niewolnictwa. Okazuje się, że w Afryce funkcjonowało i funkcjonuje ono w najlepsze, i to bez udziału białego człowieka a nawet wbrew jego zakazom. Tak jak w średniowiecznej Europie handlem niewolnikami zajmowali się często Żydzi (choć nie oni jedyni) [LINK do artykułu: Słowiańscy niewolnicy żydowskich kupców], tak w Afryce Murzynami przez całe stulecia, w najlepsze handlowali Arabowie. Z obserwacji Sienkiewicza zawartych w „Listach” wynika, że proceder ten trwa nadal. Są Murzyni, którzy mają swoich Murzynów, są Arabowie, którzy też mają swoich Murzynów. Ba, w głębokim buszu żyją nawet lokalni kacykowie – ludożercy. W tym kontekście bardzo pozytywnie przedstawiona jest działalność misji katolickich, które oprócz zadań duszpasterskich, sądowniczych oraz edukacyjnych podejmowały się wykupu Murzyniątek z rąk handlarzy.

Z historii wiemy, że w ciągu wieków przehandlowano jako niewolników 20-25 milionów Murzynów, oraz ponad milion białych. Tak – biali nie tylko kupowali niewolników ale i sami byli niewolnikami, rzadko się o tym mówi. Arabowie z północnej Afryki handlowali nimi podobnie jak Murzynami z tą jednak różnicą, że biali, jako „białe złoto” byli dużo cenniejsi [LINK do audycji w „Dwójce”: Zapomniana historia białych niewolników]. Porwani nieszczęśnicy byli siłą nawracani na islam. Niewolnictwo zostało zniesione dzięki działalności białych chrześcijan w XIX stuleciu. Nie udało się go jednak szybko wyplenić. Ciekawą informację obrazującą trudną z nim walkę znalazłem w jednym z licealnych podręczników do historii i społeczeństwa. Otóż jedną z przyczyn buntu tubylców przeciw Anglikom w Egipcie i Sudanie w końcu XIX wieku znanym jako powstanie Mahdiego były narzucane przez Europejczyków zmiany kulturowe, takie jak zakaz niewolnictwa. Lokalsi bronili instytucji niewolnictwa bo istniało ono tam od stuleci i było po prostu naturalną gałęzią gospodarki.

I takie są właśnie sienkiewiczowskie „Listy z Afryki”; ciekawe, zabawne, w pewnych kręgach mocno niepoprawne gdyż burzące równie prymitywny co fałszywy obraz białego człowieka jako tego, który niczym najgorszy zbir płynie do Afryki a następnie po plaży ugania się z siatką za żyjącymi w błogiej idylli tubylcami. Było jak widać różnie.

Sięgając po "Listy" Sienkiewicza pamiętać należy, że nie jest to jedyny obraz stosunków afrykańskich lecz taki, który my biali Europejczycy chcielibyśmy widzieć. Ten bardziej pozytywny. Pamiętać należy także o czarnych kartach kolonizacji, których było bez liku. Z okazji ustanowienia 2017 roku rokiem Josepha Conrada warto sięgnąć po "Jądro Ciemności". Ja sam zamierzam je w tym roku przesłuchać, bo albo go nie czytałem, albo czytałem a już nic nie pamiętam. Audiobook jest też dostępny w wydawnictwie STORYBOX. W "Jądrze" znajdziemy podobno opis okrucieństw jakich dopuszczali się afrykańscy żołnierze dowodzeni przez Belgów w Kongo - gigantycznym prywatnym folwarku króla Leopolda II. Za niedostarczenie w wymaganym czasie naturalnych surowców (kauczuk i kość słoniowa) ucinano tubylcom ręce, nogi lub mordowano. Jeśli dane szacujące liczbę ofiar rządów Leopolda II w Kongo na 5-15 milionów są prawdziwe to znaczy to, że było to bestialstwo w niczym nie ustępujące tym dokonanym przez europejskich dyktatorów znanych z kart XX-wiecznej historii. Dokonano tych zbrodni w państwie rządzonym przez białych ludzi z chrześcijańskiego kraju i to także europejska spuścizna w Afryce.

Kongo: mężczyzna nad odciętą dłonią i stopą swojej córki
Jedyne, co mi się w „Listach z Afryki” nie podobało, a w zasadzie nie podobało mi się w postępowaniu samego Sienkiewicza to sprawa polowań. Nie potrafię zrozumieć, jak można jechać do Afryki po to, aby strzelać do hipopotamów kąpiących się spokojnie w rzece, krokodyli czy choćby ptaków. Ponoć autor kiepskim był myśliwym i wielkich trofeów nie zdobył (krokodyl, jadowity wąż i papugi) ale sam fakt, że usiłował sprawia, że w moich oczach traci część sympatii.

Karol May, Ród Rodrigandów, t. I-VIII, 8 CD, Agencja Artystyczna MTJ, seria „Klub Książki Czytanej”, cop. 2011. Czyta Ryszard Nadrowski.

Można nazwać kogoś ulubionym pisarzem z dzieciństwa a przeczytać tylko jedną jego książkę pomimo istnienia wielu innych? Można. Tak właśnie jest ze mną i z Mayem. Wszyscy kojarzą Niemca jako autora historii o Dzikim Zachodzie, z Winnetou i Old Shatterhandem w rolach głównych. Tymczasem ja w młodości nie czytałem żadnej książki o tych dwóch bohaterach. Pamiętam jak przez mgłę, że zacząłem oglądać jakąś ekranizację z Winnetou, ale już gdy byłem dzieckiem wydała mi się dziecinna i do książek się zniechęciłem. Ostatecznie przeczytałem tylko opasłą serię Ród Rodrigandów, i to kilkukrotnie. Może dlatego, że nie jest to typowa książka o Dzikim Zachodzie. Zanim jednak do niej przejdę i do jej wydania audio jeszcze kilka słów o autorze i losach jego twórczości bo to historia nie mniej ciekawa.

Zacznę od tego o czym pewnie większość słyszała, że Karl Friedrich May był to niemiecki krętacz i złodziejaszek. W młodości kradł, oszukiwał,  składał nieobyczajne propozycje żonie właściciela mieszkania, gdzie wynajmował pokój i dlatego go wyrzucono. Oszust i gorszyciel za swoje występki przesiedział w mamrze w sumie 10 lat. Tam w myślach podróżował poza kraty i za namową więziennego kapelana zaczął pisać książki.  Ukazywały się wpierw w czasopismach najgorszego sortu i z czasem przyniosły mu olbrzymi sukces. May miał talent równie wielki jak fantazję i zdolność improwizowania. Swoich bohaterów umieszczał w miejscach egzotycznych, w których nigdy nie był ale robił to na tyle umiejętnie, że całość wyglądała zupełnie wiarygodnie.

Z czasem zyskał zagorzałych krytyków ale i rzeszę wielbicieli. Do fascynacji Mayem przyznały się takie osobistości jak fizyk Albert Einstein, marksiści Karl Liebknecht i Ernst Bloch oraz... Adolf Hitler. Ten ostatni fan przyniósł mu najwięcej kłopotów. Podobno austriacki bibliofil i twórca zbrodniczej ideologii tak dobrze wspominał książki Maya, że w czasie II wojny światowej zalecał swoim oficerom jego lektury i czerpanie z nich inspiracji do konstruowania zasadzek i podstępów w prawdziwej wojnie.

Karol May
Ów kontrowersyjny wielbiciel sprawił, że po II wojnie światowej autorowi przypięto łatkę „pisarza Hitlera”. W Polsce, w czasach głębokiego stalinizmu (1951) trafił na „socjalistyczny indeks autorów zakazanych”. Wydano go ponownie legalnie dopiero w 1988 roku i te właśnie wydania mam. Dziwi mnie trochę ta niełaska u socjalistów, bo z tego co Maya znam to nie znajduję tam treści mocno kontrowersyjnych. Wręcz przeciwnie. Na przykład Indianie przedstawieni są zwykle jako ludzie honorowi; pewnie po części ten popularny obraz szlachetnego Indianina tkwi w naszej świadomości do dzisiaj. W „Rodzie Rodrigandów” pojawia się Benito Juarez, meksykański Indianin, Zapoteka, przywódca ludowej rewolty przeciwko przysłanemu z Europy cesarzowi Maksymilianowi i jest on także przedstawiony pozytywnie: jako bardzo surowy ale jednocześnie sprawiedliwy przywódca. Europejska lewica go lubiła – pewien włoski socjalista nazwał swojego syna Benito właśnie na cześć ludowego rewolucjonisty broniącego Meksyku przed europejskim imperializmem. Inna sprawa, że ów syn gdy dorósł został wpierw lewicowym dziennikarzem a później twórcą pierwszego faszystowskiego państwa ale to już inna historia. W każdym razie nie wińmy za to Benito Juareza.

A teraz do samej książki. „Ród Rodrigandów”, pierwotnie pod tytułem „Leśna Różyczka” to opasła, dziewięciotomowa powieść brukowa z wczesnego etapu twórczości Maya. Polska edycja liczy około 2000 stron, wiedeńska blisko 3500. Opowiada historię dziejącą się w połowie XIX  wieku na przestrzeni blisko dwudziestu lat. Napisałem powyżej, że nie jest to typowa historia o Dzikim Zachodzie. Dlaczego? Bo po pierwsze dzieje się początkowo w Meksyku, ale potem też w Hiszpanii, w Niemczech, na tropikalnej wyspie i w Afryce. Po drugie Indian nie ma tam aż tak wielu, jedynie pierwszy tom jest bardziej klasyczny bo występują w nim i Indianie, i myśliwi z prerii i potężny skarb Miksteków. Dalsze tomy to w zasadzie opis kryminalnej intrygi pasującej do powieści detektywistycznej; intrygi która dotknęła hiszpański ród Rodrigandów, właścicieli olbrzymiego majątku.

W młodości czytywałem tę serię równie chętnie, jak oglądałem Robin Hooda. Na tym się wychowałem. Z sentymentu zachowałem stare książki do dziś, niektóre już bez okładek. Niedawno zauważyłem, że jest wersja w audiobooku. Obawiałem się, że ulubiona niegdyś lektura dziś wyda mi się bardzo infantylna. Pierwszy tom rzeczywiście trochę był – mamy tam kryształowych bohaterów, piękne, rumieniące się co chwila piękne damy oraz jednolicie czarne charaktery: hrabiego-kanalię oraz bezwzględnych Komanczów. Następne tomy, tam, gdzie intryga się rozwija a akcja przenosi się do Europy są już mniej egzotyczne a bardziej kryminalne. I pomimo upływu lat nadal wciągają i przysparzają świetnej rozrywki. Zagłębiłem się ponownie w losy indianina Bawolego Czoła, niemieckiego lekarza Karola Sternau, pirata morskiego Enrique Landoli oraz podstępnych sekretarzy Rodrigandów, braci Cortejo (czyt. Korteho) i kończąc nie żałowałem poświeconego czasu. Wiadomo, to XIX wieczna lektura przygodowa wiec to nie Sapkowski. Styl epoki był inny, mniej wulgarny i sprośny a bardziej delikatny i z tym trzeba się liczyć. Uważam jednak, że także dziś „Ród Rodrigandów” może być świetną rozrywką. I to pomimo tego, że podobno tłumaczenie, które w Polsce mamy jest uproszczone, okrojone (o bagatela 1400 stron!) i znacznie ustępuje oryginałowi.

Wersja audio wydana jest w plastikowych, kwadratowych boksach i graficznie zupełnie estetycznie. Każdy z 8 tomów to ok. 7-8 godzin słuchania. Lektor Ryszard Nadrowski szału nie robi ale czyta poprawnie. Nie odrzuca. Szkoda tylko, że do lektury pisanej z takim rozmachem geograficznym nikt nie dorobił mapy. A przydała by się, podobna jak mapa załączona do „Władcy pierścieni”.

Polecam.

[LINK] do ciekawej audycji w Polskim Radiu: Karol May - Twórca legendy Dzikiego Zachodu. Wśród zaproszonych do studia gości jest dr Jan Witold Suliga, Dyrektor Muzeum Etnograficznego w Warszawie, miłośnik książek Maya.

Homer – Iliada, Wydawnictwo MTJ, seria „Klub Książki Czytanej”. Cop. 2010, czas 10 godzin i 49 minut, czyta Paweł Niczewski.


Klasyka starożytnej literatury, nigdy przeze mnie nie czytana. Wiedziałem oczywiście podstawowe fakty: kiedy dzieje się akcja, kto z kim się pobił i jak ta piękność miała na imię; jacy są główni bohaterowie, gdzie leży Troja czyli tytułowy Ilion. Znałem Iliadę mniej więcej tak, jak się zna lekturę czytając pobieżnie opracowanie a nie książkę.

Sięgnąłem po Iliadę chcąc nadrobić zaległości ze szkoły, może natchniony trochę kryminałami Marka Krajewskiego, gdzie klasykę starożytną po prostu wypada znać. Treść jest ciekawa umiarkowanie. Wierszowana więc obawiałem się, że mnie nie zainteresuje i będę co rusz odpływał myślami tracąc wątek. Tak jednak nie było. Blisko 11 godzin słuchania zeszło mi może bez wypieków na twarzy ale i bez bólu. Nadal uważam, że to co wierszowane to raczej trzeba poznać w oryginale a nie w tłumaczeniach ale akurat tłumaczenie „Iliady” w wykonaniu Franciszka Ksawerego Dmochowskiego wydało mi się całkiem zgrabne.

Niektóre fragmenty budziły zainteresowanie większe: różne przemyślne podstępy, a to bogowie oglądają zmagania i wspomagają raz jedną stronę raz drugą. Do tego ciekawe opisy zwyczajów, strojów no i ładny zachwyt nad Heleną:

Ci postrzegłszy Helenę, że na wieżę wchodzi,
Rzekli cicho do siebie: „Dziwić się nie godzi,
Że Grek i Troja bronią przez tyle lat czyni
O takową niewiastę: istna z niej bogini!
Ale chociaż jest taka, niech do domu płynie,
Niech przez nią miasto nasze z potomstwem nie ginie”


Przesłuchanie książki wyprowadziło mnie z błędu, w którym tkwiłem a do którego się tu przyznam. Otóż nie znając treści, a wiedząc jak Troja została zdobyta myślałem, że owa historia ze sławnym koniem trojańskim jest właśnie w „Iliadzie”. No bo gdzieżby indziej? Przecież „Odyseja” opisuje podróże Odyseusza po Morzu Śródziemnym. A tymczasem guzik: w „Iliadzie” nic o koniu trojańskim nie ma, jest właśnie w „Odysei”. Iliada kończy się historią pojedynku Achillesa z Hektorem oraz pogrzebem tego ostatniego.

Dźwiękowa adaptacja „Iliady” jest umiarkowanie dobra. Paweł Niczewski czyta dobrze, z zaangażowaniem. Cała treść podzielona jest na 24 odcinki trwające od 18 do 43 minut. Pudełko z płytą wygląda w miarę estetycznie, podobnie jak te zawierające „Ród Rodrigandów”. Jest 2 razy grubsze niż zwykły digipak.

Niezłe.

Na stronie Polskiego Radia dostępna jest audycja o Iliadzie, z której dowiedzieć się można między innymi o Homerze - czy był ślepy czy był może zakładnikiem; o mieście Ilion, którego nazwa pochodzi od jego założyciela – Ilosa; oraz trochę od odkryciu i wykopaliskach na miejscu dawnej Troi. [LINK do audycji: Wojna trojańska - fakty i mity]

J.R.R. Tolkien – Hobbit, czyli tam i z powrotem. Muza S.A. 2016, przekład Maria Skibniewska, czyta Marian Czarkowski, czas 10 godzin i 36 minut.

Klasyka fantastyki. Film był już oglądany ale chciałem też przeczytać książkę. Do kupna audiobooka zachęciło mnie także bardzo estetyczne wydanie w digipaku (projekt Krzysztofa Krawca).

Mile się zaskoczyłem, gdy płytę z „Hobbitem” wrzuciłem do komputera. Uruchamia się wtedy automatycznie plansza z informacjami o książce, o autorze, o długości poszczególnych odcinków i o innych książkach wydawnictwa MUZA S.A. Ładnie to wygląda. Tylko jeszcze mapa krain by się przydała.

Książkę przesłuchałem całą, w dwa dni. Akurat we wrześniu jechałem samochodem z Wisznic do Krynicy na Bieg 7 Dolin i pierwszą połowę przesłuchałem w jedną stronę, drugą wracając. Jakie wrażenia? Marian Czarkowski czyta poprawnie ale miejscami jak bajkę dla dzieci przez co całość nabiera infantylnego charakteru. Zdarza się trochę humoru, czasem wiersze lub piosenki. Książka ma niewątpliwe walory dydaktyczne.

W sumie może być, choć poleciłbym bardziej dla młodszych miłośników fantastyki, starszym raczej w ramach zapoznania się z klasyką.

C.D. chyba N.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Piszczac Orienteering

Łaty na butach. Testu w lesie i bagnie nie przetrwały..
Miałem tu nie jechać. Nie dlatego, że nie chciałem. Chciałem, ale miałem zaplanowane szkolenie nauczycielskie. Szkolenie mi odwołali to mogłem się w ostatniej chwili wybrać do Piszczaca. Tak blisko Wisznic, dystans tylko 12 km a więc można przelecieć choćby treningowo; świetna okazja do pobiegania po lesie z kompasem. Wpisowe tylko 10 zł. Żal nie skorzystać.

Impreza zapowiadała się na bardzo kameralną, niszową i taka w istocie była. Baza w szkole w wiosce Zalutyń koło Piszczaca, w środku około 50 osób. Dużo dzieci, większość z pewnością pierwszy raz bierze udział w podobnej zabawie. Znajoma Ela, z którą kiedyś jechaliśmy na RDS-a uświadomiła mi, że organizator to ten od „Pucharu Jaszczura”. Nigdy jakoś nie miałem okazji w „Jaszczurach” startować więc nie bardzo wiedziałem, jaką mają specyfikę i czego do końca się spodziewać. Po nazwach kolejnych „jaszczurzych” imprez domyślałem się, że ich organizator to miłośnik dzikich ostępów i plemiennych czasów; może też literatury fantasy. Spotkany na żywo, z wyglądu do tego wyobrażenia całkiem pasował.

Trasę wybrałem najdłuższą z możliwych czyli 12 km z 20 PK. Połowa z nich na kolorowej mapie 1:20.000, reszta na wycinkach hipsometrycznych, które należało dopasować do pustych miejsc na mapie. Kolejność dowolna ale zalecana była taka, jaka narzucała się z układu punktów tworzących pętlę.

Start był interwałowy, mnie puszczono o 10:55. Wybierałem głównie przeloty drogami. Punkty podbiłem sprawnie i szybko, oprócz tych, których nie podbiłem sprawnie i szybko. A mianowicie: Gszósty w kolejności punkt, ten w tunelu pod torami. Przestrzeliłem go i musiałem wracać ze 150 m. PK 4 – patrzę, gdzieś tu musi być. Oglądam, drzewo, drzewo, drzewo, ambona, drzewo, drzewo. Nie ma, biegnę dalej. Może za wcześnie szukam. Kręcę się z 5 minut. W końcu uświadamiam sobie – ambona! – pewnie w ambonie schował lampion. I rzeczywiście, był tam, wystarczyło wspiąć się po drabinie. PK F – punkt na wysokiej skarpie nad Zielawą. Tu straciłem najwięcej, chyba z 15 minut. Lampion był przyczepiony do dużego drzewa i stał jak byk. Kręciłem się wokół i go nie zauważyłem. Nie wiem jakim cudem. Jakieś zaćmienie umysłu. J i C – punkty pod koniec trasy. Podbiłem dwa stowarzysze bo z tej mapy hipsometrycznej nie bardzo potrafiłem ustalić położenie punktów. Dostałem za nie po 60 punktów zamiast 100. Na szczęście dla mnie nikt nie miał stowarzyszy mniej.

I tak to było. Trochę popluskałem się w wodzie, wchodziłem do wody pod mostkiem pod wiaduktem, dwa razy na ambony myśliwskie, widziałem może z 10 saren, prawie wszystko przebiegłem po lesie, tylko początek i końcówkę po otwartej przestrzeni. Pogoda dopisała, było chłodno ale bez deszczu.

Wróciłem po 2 godzinach i 9 minutach od startu. Wyszło mi na pewno więcej niż 12 km bo miałem jeszcze ze 3 PK do mety gdy rozładował mi się Ambit. Ostatnie jego wskazania to prawie 15 km. W sumie zrobiłem pewnie ok. 17-18 km. Za 18 PK poprawnych + dwa stowarzysze dostałem 1920 punktów i wygrałem w swojej „wielce licznej” kategorii liczącej aż 6 drużyn (drużyny liczyły od 1 do 4 osób lub psów – była dziewczyna z pięknym psem).

Fajnie było, świetny trening biegowy i orientacji. Pierwszy raz biegałem na mapach ze zdjęciem hipsometrycznym. Szkoda, że tak mało osób przyjechało, impreza tania, na wskroś amatorska ale przyjemna, niezbyt wymagająca a bardzo rzadko odbywają się takie w naszych stronach.

Następna będzie Roztoczańska 13 w okolicach Kraśnika. Fajnie się zapowiada, niestety ja mam wtedy wycieczkę szkolną. Potem w sierpniu jest jakaś impreza na orientację w okolicach Włodawy. Trzeba śledzić profil na FB OrientLiga.Lubelska lub stronę „Pucharu Jaszczura”.




poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Budzę się z zimowego snu

Zdjęcie: Maraton Lubelski
Próbuję trochę trenować. Przeprowadziłem się do Białej Podlaskiej przez co odpadły mi codzienne dojazdy do pracy: nużące i pochłaniające czas. Już w miarę regularnie biegam choć nie tyle co w czasach lepszości (bo „świetności” to chyba za duże słowo). Przebudowuję też trening dostosowując go do posiadanych warunków czasowych i terenowych. Chciałbym, aby było krócej a szybciej; starty raczej w krótkich biegach. Usiłuję też zrzucić 3 kg dodatkowego sadła, które mi się przez zimę odłożyło.

Tropem Wilczym – 26 luty

 
To był dla mnie bieg turystyczno-krajoznawczy. Na zaliczenie i bez ścigania. Uznałem, że nie będę się ścigał bo raz, że jestem słabo przygotowany a dwa – akurat przyplątał mi się znowu ITBS. Na szczęście mam już z nim doświadczenie, wiem jak przepędzić szelmę więc po 2-3 tygodniach pożegnałem przypadłość sprawnie i bez żalu. Na wspomnianym biegu jeszcze mi doskwierała. Przebiegłem go sobie truchtem zwiedzając nową trasę (5 km), dopingując uczniów z mojej szkoły i robiąc im zdjęcia. Na mecie dostałem medal, ciepły posiłek i podsumowanie wyniku: czas 27:43, miejsce 113 na 138.

Czwarta Dycha – 9 kwietnia

Mój pierwszy bieg na wyścigi w tym roku i pierwszy, na którym sklasyfikowano mnie w kategorii M40. Zgroza. Dziadzieję i jest to chyba nieuniknione. Trasa dobrze znana, szybka i wielokrotnie biegana: Zalew Zemborzycki pod Lublinem. Pogoda dobra. Nie bardzo wiedziałem, na co mnie aktualnie stać więc pomny doświadczeń z poprzednich dych, gdy głowa chciała więcej niż mogły nogi, gdy na ostatnich kilometrach puchłem, gdy wyciągałem wynik powyżej 38:30 – tym razem postanowiłem spokojnie. Zacząć asekuracyjnie.

Wystartowałem po 3:55 z myślą, że jak na połowie będzie dobrze to przyśpieszę. Ponadto pierwszy etap był pod wiatr więc tym bardziej nie kalkulowało się szarżować. Na pierwszych kilometrach słyszałem za sobą zająca i prowadzoną przez niego bandę celującą w złamanie 40 minut. Kilometry leciały, było dobrze. Za połową przyśpieszyłem do 3:45, w porywach 3:40. Wyprzedziłem kilku znajomych, kilku innych puchnących i na końcówce miałem jeszcze rezerwę sił na sprint przez co udało mi się wygrać finisz (z Bujakiem przegrałem).

Wynik 38:05 brutto, 38:01 netto. Nie powala, ale ostatnie dwa starty w Lublinie były o co najmniej jeden pacierz gorsze wiec cieszę się, że choć regres został zatrzymany. Miejsce 47, w kategorii 11. Trzeba pamiętać, że tym razem wystartowało mrowie ludzi. Ukończyło 1677 osób. Rekord jak na lubelskie dyszki. Dobrze, że organizator wprowadził strefy czasowe, szersze miejsce startu i pacemakerów przez co nie czuje się tak zatłoczenia trasy.

[LINK] do foto-relacji dla Festiwalu Biegowego

Następny bieg? Krótka przeszkodówka w okolicy: Extreme Power Run II (13 maja). Była biegana towarzysko już w zeszłym roku. Tym razem chciałbym ją wziąć na szybko, a nie turystycznie.

piątek, 27 stycznia 2017

Rok 2016 - bieganie - podsumowanie

DATA
NAZWA
DYSTANS
RODZAJ
CZAS
MIEJSCE
30 stycznia
V (zimowy) Bieg Tygrysa
30 km
Terenowy bieg przeszkodowy w zespołach 2-osobowych
04:08:27
6 na 103
13 luty
I Ultra-Śledź Puszczy Knyszyńskiej
80 km
Terenowy bieg ultra, liniowy
07:28:55
3 na 90
28 luty
Tropem Wilczym. IV Bieg Pamięci Żołnierzy Wyklętych
5 km
Bieg uliczny
00:17:50
5 na 105
(2 w M30)
10 kwietnia
4 Dycha do Maratonu (lubelskiego)
10 km
Bieg uliczny
00:37:24
24 na 1252
14 maja
I Extreme Power Run
5 km
Bieg przeszkodowy
00:30:22
69 na 91
(bez rywalizacji)
28 maja
Ultra Chojnik
102 km
Bieg górski liniowy
16:10:22
6 na 70
(3 w M30)
12 czerwca
V Rodzinny Piknik Biegowy Biała Biega
15 km
Bieg uliczny
00:56:54
6 na 134
(2 w M35)
18 czerwca
Bydgoszcz City Race
78 km
Rajd przygodowy 2-osobowy
8:10:00
DNF
26 czerwca
VII Bieg uliczny - Biegiem przez Platerów
10 km
Bieg uliczny
00:39:29
18 na 250
10 lipca
V Tatarska Piątka
5280 m
Bieg trailowy, płasko
00:19:37
6 na 98
22 lipca
K-B-L (DFBG)
110 km
Bieg górski,
liniowy
15:51:37,9
49 na 205
6 sierpnia
IV Bieg Szlak Trafi
57 km
Bieg górski,
liniowy
05:07:40
3 na 86
26 sierpnia
UTMB
170 km
Bieg górski,
liniowy
27:59:55 na 142 kilometrze
DNF
(260 na 2300 w momencie zejścia)
10 września
Bieg 7 Dolin
100 km
Bieg górski,
liniowy
12:29:03
49 na 450
(którzy ukończyli)
2 października
1 Dycha do Maratonu (lubelskiego)
10 km
Bieg uliczny
00:38:45
35 na 1337
9 października
XVII Bieg Sobiborski
12,5 km
Bieg liniowy, asfalt i szuter
00:46:26
6 na 153
14 października
Harpagan H-52
100 km
Bieg terenowy na orientację
14:26:21
5 na 156
20 listopada
2 Dycha do Maratonu (lubelskiego)
10 km
Bieg uliczny
00:38:38
47 na 1086

Fot. M. Babul
Najpierw kilometry. W 2016 roku przebiegłem około 3500 km, co daje niecałe 300 w miesiącu. Jest to mój najmniejszy kilometraż roczny od 2009 roku. Nie podaję dokładnej liczby bo od października przestałem trenować i przestałem skrupulatnie prowadzić dzienniczek treningowy. Trochę biegałem z Ambitem ale częściej bez niego gdyż się zbuntował i dopiero niedawno wrócił z przymusowej „wycieczki” do serwisu w Finlandii.

Rekordowym miesiącem pod względem kilometrażu był maj – 498 km wliczając w to 106 km Ultra Chojnika. Najmniej przebiegłem pewnie w grudniu lub listopadzie – około 100 km. Sporo ćwiczyłem gimnastyki siłowej; rower podobnie jak kajak czy pływanie tym razem w ilościach śladowych.

Zawody. Tych było niemało bo 18. Ukończonych 16. To dwa razy więcej niż w roku ubiegłym, kiedy wziąłem udział tylko w 9 zawodach. Wtedy od połowy roku miałem kontuzję (ITBS), która zawaliła mi drugą połowę sezonu. W 2016 roku większych problemów zdrowotnych nie miałem choć w styczniu byłem jeszcze osłabiony po ITBS-ie. Wiosną zbyt namiętnie rozciągałem mięsień pośladkowy i coś tam sobie naciągnąłem, przez co musiałem zrezygnować ze startu w „Niepokornym Mnichu” w Szczawnicy.
    
Pomimo tego startów wyszło całkiem sporo. Najważniejsze dla mnie to biegi ultra – było ich 7, wśród nich jedna orienterska setka. Pomiędzy nimi sporo biegów krótkich, z którymi się przeprosiłem – tak jak obiecywałem w podsumowaniu 2015 roku. Traktowane bardziej treningowo niż z wielkimi nadziejami były też sprawdzianem aktualnej formy. Typowych biegów „krótkich” (w rozumieniu biegaczy ultra a nie nomenklatury lekkoatletycznej) na dystansie 5-15 km było 8 czyli niewiele więcej niż tych najdłuższych.

Sporadycznie zdarzały się też biegi inne: dwa biegi przeszkodowe na 5 i 30 km oraz jeden 2-osobowy rajd przygodowy.

Co się udało a co się „udało” spartolić? Zacznijmy od sukcesów bo nie ma ich zbyt wielu. Na pewno do udanych zaliczyłbym dwa krótkie ultra – Ultra Śledzia (80 km) i Bieg Szlak Trafi (57 km). W obu przypadkach skończyłem na ostatnim stopniu pudła. Fakt, że były to biegi kameralne, raczej słabo obsadzone ale trzecie miejsce na kilkudziesięciu mnie w zupełności zadowala.

Z biegów krótszych niż ultra zadowolony jestem z 5 miejsca w Biegu Tropem Wilczym na 5 km, z 6 miejsca i mojego rekordowego czasu w Biegu Sobiborskim oraz niezłego, 6 miejsca – biorąc pod uwagę przypadkowego partnera – w zimowym Biegu Tygrysa.

Teraz część mniej przyjemna – wtopy. Tu bez wątpienia na pierwszym miejscu wpisać muszę Bydgoszcz City Race. Miejski Rajd Przygodowy, którego usytuowanie w tym miejscu nie ma żadnego związku z organizacją. Pojechałem na ten rajd ze starą (w sensie długości znajomości) koleżanką, Agatą. Dziewczyna wymiata w pole dance, wywija na rurze takie rzeczy, że od samego patrzenia kręci mi się w głowie. Trochę też biega, ale niewiele. Pojechaliśmy dobrze się bawić, bardziej na wycieczkę niż ściganie. Niestety najpierw na trasie zepsułem Agaty rower a potem Ona, jadąc na moim upadła i poważnie skręciła kolano. Ponadrywała więzadła. Do dziś chodzi na rehabilitacje a ja mam wyrzuty sumienia. Słabo.

Inne, mniej udane starty? Ultra Chojnik, na którym pomyliłem trasę i zrobiłem kilka kilometrów extra. No i wielkie UTMB. Fajna wycieczka, fajna trasa, dużo wrażeń ale po zejściu z trasy pozostał pewien niedosyt.

Reszta? Cóż, starty są zbiorem posianego plonu. Jeśli siałem niewiele, to i cóż oczekiwać wielkich zbiorów. Tyle ile wypracowałem na treningach, tyle dostałem.

Co dalej? Na razie nie trenuję. Nie, nie z powodu kontuzji. Władowałem się czasochłonną pracę w dwóch szkołach. Do tego codzienne dojazdy 40 km do Białej Podlaskiej, do pracy. Nie mam czasu na treningi. Biegam 2-3 dni w tygodniu. Biegam, nie trenuję. Przy takich możliwościach czasowych nie silę się na trening bo wiem, że nic mi on nie da i forma będzie spadać. Stąd podchodzę do tematu rekreacyjnie. Od czasu do czasu pojadę z lokalnymi biegaczami, którzy biegają Czerwonym Szlakiem Nadbużańskim i tak sobie strzelę z nimi 20-30 km. A poza tym praca, dojazdy, spanie.

Co przyniesie rok 2017? Dopóki nie uporządkuję spraw zawodowych będę sobie czasem biegał, ale nie trenował. Nie mam zaplanowanych żadnych zawodów choć towarzysko wezmę udział w lokalnych biegach, np. Tropem Wilczym. Być może cały 2017 rok pod względem wyścigowym będzie stracony. Na razie przeprowadzę się do Białej Podlaskiej, znikną wtedy dojazdy, może będzie lepiej. A może trzeba będzie wyjechać gdzieś dalej i zmienić pracę? Marzą mi się góry. Zobaczymy.