czwartek, 23 stycznia 2020

Mgła i metale: recenzja trylogii „Z mgły zrodzony”

W 2019 roku udało mi się przeczytać i przesłuchać 42 książki. Postaram się w wolnej chwili opowiedzieć o tych najciekawszych. Poniżej jedna z nich.

Mormon potrafi

Autorem cyklu „Z mgły zrodzony” (ang. Mistborn) jest amerykański pisarz literatury fantastycznej – Brandon Sanderson.  Człowiek ten późno polubił czytanie i fantastyki nie lubił. Gdy już się jednak za nią zabrał to pokochał nie tylko konsumpcję, ale i kreację. Zaczął pisać, początkowo bez sukcesów. Jak sam powiada w wywiadzie dla polskiego portalu gram.pl, zanim sprzedał swoją pierwszą książkę napisał 13 (sic!) książek nieudanych. Z czasem wytrwałość, zamiłowanie do pisania oraz umiejętność uczenia się na błędach przyniosły sukces. Dziś jest uznanym autorem powieści dla dorosłych i dla młodzieży; głównie z gatunku fantasy, sporadycznie też SF. Prowadzi warsztaty z kreatywnego pisania. Jeździ po świecie, spotyka się z czytelnikami, był m.in. w Polsce. Jest dwukrotnym laureatem prestiżowej nagrody HUGO przyznawanym pisarzom tworzącym fantastykę.

Sanderson jest z wykształcenia anglistą. Studiował też biochemię, lecz nie ukończył. Ma żonę nauczycielkę i kilkoro dzieci. Pisze popołudniami i po nocach, 8-10 godzin dziennie. Lubi gry komputerowe i audiobooki; zna Wiedźmina i Sapkowskiego a niedawno dowiedział się nawet, że Lem był Polakiem. Pisarz jest mormonem*, uczestniczył w jakichś mormońskich misjach w Korei. Słuchając audiobooka miałem wrażenie, że zarówno nieukończone studia z biochemii, jak i fascynacja religiami ma odbicie w uniwersum stworzonym przez autora.

O wydaniu

Tomy trylogii noszą następujące tytuły: t. 1 - „Z mgły zrodzony”, t. 2 – Studnia wstąpienia”, t. 3 – „Bohater wieków”. W Polsce już co najmniej dwukrotnie wydawało ją warszawskie wydawnictwo MAG. Audiobooki wypuściło to samo wydawnictwo, we współpracy z Biblioteką Akustyczną. Lata wydania posiadanych przeze mnie egzemplarzy: 2016-2017. Pierwszy tom kupiłem podczas Warszawskich Targów Książki, na stoisku Biblioteki Akustycznej.

Audiobooki są wydane w formie digipaku. Każde kartonowo-plastikowe pudełko zawiera dwie płyty CD z plikami mp3 pozwalającymi na 24-26 godzin słuchania. Lektor Marcin Popczyński jest lektorem trafionym. Moduluje głos, w zależności od tego, kto mówi. Wychodzi mu to bardzo dobrze. Digipaki zaopatrzone są w staranną grafikę, na pewno zachęcającą do kupna. Na okładce znajdziemy krótkie wprowadzenie o treści, dane wydawnicze i notkę o autorze. Seria się ceni: okładkowa wartość każdego tomu to 49,90 zł. Próżno szukać jej na wyprzedażach w tanich księgarniach. Najniższa cena, za jaką kupimy tom na Allegro to 30 zł.

Uniwersum


Brandon Sanderson wykreował w swoich książkach bardzo interesujący świat. Nie jest zielony i cukierkowy lecz pokryty brązową trawą, popiołem i mglisty. Miastem Luthadel**, w którym dzieje się znaczna część akcji rządzi teokrata despota – Ostatni Imperator. Społeczność jest bardzo rozwarstwiona; obok najczęściej przegniłych moralnie szlacheckich rodów żyją zwykli mieszczanie, terrisjanie gromadzący wiedzę i zajmujący się nauczaniem oraz wykorzystywana do pracy biedota – skaa. Skaa są kimś w rodzaju XIX-wiecznych murzynów w Ameryce. Poniżani i prześladowani. Cała opowieść w największym uproszczeniu snuje się wokół kwestii wyzwolenia ludzi, obalenia tyrana, a w końcu uratowania świata.

Biochemiczne fascynacje autora mają odbicie w metalach, które odgrywają w świecie bardzo ważną rolę. Sproszkowane i połknięte w specjalnych miksturach a następnie spalone wewnątrz ciała zwiększają fizyczne cechy ludzi. Mogą dzięki temu stać się czasowo bardzo silni, bardzo szybcy, bardzo wytrzymali; mogą kontrolować cudze emocje lub mieć wyostrzony wzrok i słuch. Nie wszyscy mogą z tego cudu korzystać, mogą tego dokonać jedynie alomanci. Ci z alomantów, którzy mogą korzystać z jednego metalu to mgliści. Mglistymi są np. cynoocy – znakomici strażnicy, którym spalona cyna wyostrza zmysł obserwacji. Poziom wyżej od mglistych stoją zrodzeni z mgły – ludzie posiadający umiejętność spalania wielu rodzajów metali, w zależności od potrzeby. Takim zrodzonym z mgły jest na przykład 16-letnia złodziejka Vin, główna bohaterka trylogii. Możemy ją porównać do wiedźminowskiej Cirilli. Spalając cynę z ołowiem potrafi znakomicie biegać i skakać po dachach – coś, podobnego do scen z filmu „Dom latających sztyletów” czy "Hero". Mi, jako biegaczowi bardzo się to podobało. Na niejednych zawodach ultra, gdy już ze zmęczenia szoruję nosem po kamieniach, chciałbym mieć na podorędziu cynę z ołowiem.

Oprócz umiejętności spalania metali czyli alomancji, w dalszej części pojawiają się jeszcze kolejne sztuki tajemne. Są nimi feruchemia – umiejętność korzystania z siły skondensowanej z metalowych przedmiotach oraz chemalurgia – wzmacnianie właściwości użytkownika metalowymi elementami zatopionymi wewnątrz ciała.

Słuchaczom czułym ideologicznie śpieszę donieść, że autor jest w miarę stonowany. Nie przegina ani w lewo, ani w prawo. W powieści pojawiają się elementy mogące podobać się czytelnikom o wrażliwości lewicowej jak i prawicowej. Główny bohater nie jest osiłkiem typu Wiedźmin lub „Conan Superstar”. Jest kobietą: drobną, młodą i zagubioną. Potępiana jest tyrania, fanatyzm religijny, rządzenie ludźmi za pomocą strachu, prześladowanie niższych ras. Jest tęsknota za zielonym, utraconym światem. Młody król, który z czasem dochodzi do władzy jest jakby monarchą usiłującym w sposób naiwnie utopijny być równocześnie demokratą.

W książce widać też pozytywnego ducha religijnego, są zwątpienia i nawrócenia a jeden z głównych bohaterów wywodzący się z najniższej warstwy dokonuje poświęcenia niczym Chrystus. Przegrywa, aby wygrać. Są walki, jest broń ale nie ma tego w nadmiarze. Równie wiele jest w książce dworskich intryg, sporo filozofii, roztrząsanych dylematów, psychologii, szczypta miłosnej historii. Perwersje, sceny ostrego seksu czy waginosceptycy usiłujący narzucić akceptację swojej odmienności dla heteroseksualnej większości w książce nie występują.

Zasadniczym plusem jest ciekawy świat i ciekawe postacie z ciekawymi właściwościami. Jednymi z moich ulubionych byli kandra: potrafili pożreć istotę, aby później przybrać jej formę. Szpiedzy idealni. Kandra odgrywają znaczącą rolę zwłaszcza w tomie drugim. Druga fajna rzecz to zaskakujące zwroty akcji. Trudno przewidzieć, czym to się wszystko skończy. Sanderson jest w sensie literackim bezwzględnym rzeźnikiem: nie boi się narazić czytelnikom przez uśmiercenie kluczowych, lubianych bohaterów. To także poczytuję za zaletę.

Znajdą się i drobne minusy. Chyba każdy z trzech tomów ma to do siebie, że zaczyna się wartko, końcówka też jest emocjonująca, zaś w środku akcja wyraźnie zwalnia. Zaczynają się tam dworskie intrygi, filozoficzne dylematy o teorii rządzenia, itp. Niektórzy mogą tego zwolnienia akcji nie przetrwać. Tak miał m.in. mój brat. Pożyczyłem mu pierwszy tom, bo lubił słuchać i Sapkowskiego i Piekarę i Grzędowicza, ale od Sandersona się odbił.

Do drobiazgów, które bym poprawił zaliczyłbym sprawę uśmiercania przepotężnych inkwizytorów – zaufanej straży Imperatora. Sposób ich pokonania okazał się finalnie zbyt banalny. Także Czeluście Hatshin, gdzie Imperator wydobywał kluczowe dla jego potęgi atium było w moim odczuciu zbyt słabo bronione. To tylko drobiazgi nad którymi zalety zdecydowanie przeważają.

Warto?

Mim zdaniem tak. Wiedźmin, Inkwizytor czy Pan Lodowego ogrodu to to nie jest, stoi odrobinę niżej, ale tylko odrobinę. Świat jest ciekawy, postacie także. Wszystko dobrze opisane i przeczytane. Cała trylogia to blisko 80 godzin – tyle trwa zanurzenie się w świat mgły, popiołu, kolosów szturmujących miasta, imperatorów, obligatorów, inkwizytorów, mgłobójców, monetostrzelnych, cynozbrojnych, uspokajaczy, dymiarzy i bohaterów-alomantów skaczących wielkimi susami po kolcotrakcie.

Świat mgieł i metali  okazał się na tyle atrakcyjny, że autor sprzedał już prawa do produkcji filmów na podstawie trylogii „Z mgły zrodzony”. Kto wie, może po netflixowym „Wiedźminie” doczekamy serialu z Vin i Elendem Venture w roli głównej? Jeśli nie będzie to produkcja budżetowa zrobiona po najmniejszych kosztach to moim zdaniem warto czekać.


Elend Venture: "Kobiety? Kobiety są jak burza: są piękne, gdy się na nie patrzy, czasem jest też miło ich posłuchać ale przez większość czasu są po prostu niewygodne”.

Vin zaniemówiła.
________________

* Z mormonami miałem już styczność podczas pobytu w Londynie. Kto chce, może przeczytać o wrażeniach [TUTAJ].

** Większość nazw własnych ze świata książki podaję według brzmienia, które znam z audiobooka. W wersji pisanej mogą wyglądać inaczej.

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Florencja w 3 dni (cz.4) - Pitti Uomo 96

[dla chętnych podkład muzyczny: Waldorf - Fashionist]

Zakupy

Florencja, jak każdy duży ośrodek turystyczny obfituje w przeróżne sklepy. Miłośnicy konsumpcyjnego stylu życia i regularnego odchudzania portfela swojego, swojego męża bądź swoich rodziców z pewnością znajdą tu coś dla siebie. Co się sprzedaje w stolicy włoskiego renesansu?
 
Przede wszystkim tony kiczu dla turystów. Wiadomo: pamiątkowe kubki, zawieszki, koszulki typu „I love Florencja” a nawet spodenki z wizerunkiem marmurowego krocza jakiegoś antycznego Adonisa. Tym co mnie zaskoczyło i czego jest nadspodziewanie dużo to skóry. Jak w Wenecji popularne są maski i prawdziwe bądź podrabiane szkło z Murano, tak we Florencji stragany zawalone są skórzanymi torebkami i kurtkami. Najczęściej kolorowymi. Dlaczego akurat skóry a nie na przykład wino, z którego Toskania słynie? Pojęcia nie mam. Widoczni muszą się sprzedawać skoro jest aż taka podaż.

Mnie interesowały księgarnie, galerie a zwłaszcza sklepy z męskimi ubraniami. Chodziłem, przymierzałem, robiłem zdjęcia. Nie jest tak, że wszystko jest drogie: można znaleźć fajne rzeczy w rozsądnej – nawet jak na polskie warunki – cenie. Są też sklepy sartorialne gdzie oferowane są rzeczy z górnej półki i gdzie trzeba uważać. Człowiek przymierza, wydaje się, że spoko więc patrzy na metkę. Potem patrzy znowu i zastanawia się, czy aby na pewno dobrze policzył zera. Mierzyłem raz marynarkę, której ceny dobrze nie pamiętam, ale było to coś koło polskich 8 tysięcy złotych. Całkiem sporo. Ostrożnie odłożyłem, aby czegoś nie uszkodzić. Miałbym się z pyszna, gdybym musiał ją kupić.








Pitti Uomo 96

Florencja jest stolicą klasycznej mody męskiej. Od 1972 roku, w Fortezza da Basso odbywają się tu najbardziej prestiżowe na świecie targi mody męskiej - Pitti Immagine Uomo. Impreza ma w ciągu roku dwie edycje: zimową i letnią. Targi trwają 4 dni. Pojawia się około 30.000 zwiedzających, ponad tysiąc przeróżnych marek. To „Mekka” współczesnych dandysów. Bloggerzy, instagramerzy z całego świata - Stany, Japonia, Afryka, Europa, także ludzie z Polski - przyjeżdżają zobaczyć co nowego, nawiązać kontakty towarzysko-biznesowe. Niektórzy szykują stylizacje, w które się potem ubierają i pozwalają fotografować, a po powrocie publikują materiały w mediach społecznościowych.

Gdy kilka lat temu zobaczyłem zdjęcia z Pitti pomyślałem, że ciekawe to i że tam mnie jeszcze nie było. Z miejsca polubiłem zwłaszcza dwa charakterystyczne elementy targów. Pierwszy: wśród pokazujących się tam dominują zadbani mężczyźni w średnim i starszym wieku, pomiędzy 30-50 lat. Młodzieży, a zwłaszcza młodzieży, ubranej typowo młodzieżowo jest tam bardzo mało. Drugi element to charakterystyczny włoski styl albo też styl Pitti. Ludzie ubrani są ciekawie, nierzadko kolorowo, ale najczęściej bazą stylizacji jest klasyczny, męski strój: koszula, garnitur, pantofle. Czasem kapelusz i płaszcz. Wiem, że ubranie to próżność, zbytek, konsumpcja czyli grzechy współczesnego świata, ale jest to też niezaprzeczalnie element kultury: ciekawy, zróżnicowany dużo bardziej niż zdaje się sugerować polska ulica i niedoceniany. Trochę interesuję się ostatnio kulturą starszą, tą sprzed antykulturowej rewolucji ‘68 roku dlatego owe liczne nawiązania do mody męskiej przedwojennej, z lat 40-tych, 50-tych czy 60-tych bardzo przypadły mi do gustu.

Niektórych mogą razić stylizacje zjeżdżających do Florencji dandysów. Najbardziej kolorowi i oryginalnie ubrani mają swoich zagorzałych wielbicieli jak i zagorzałych krytyków. Ci drudzy zwą złośliwie owych przegiętych modnisiów: „peacocks” – pawie. Ktoś przyzwyczajony do szarości, brązów, koszuli w kratę czy niebieskich dżinsów widząc takiego cudaka gotów posądzić go o – jak to się dziś politycznie poprawnie mówi – nieheteronormatywność. Ja, jako historyk wojskowości takich skojarzeń nie mam. Mam inne: przeciwne i związane z wojskiem.

Właśnie we Włoszech, w tym w Toskanii w I połowie XVI wieku, toczyły się tak zwane wojny włoskie, pomiędzy Francją, Habsburgami i innymi, pomniejszymi stronami. Wśród piechoty, która wówczas walczyła wyróżniali się lancknechci. Wojsko piesze plebejskie: bitne, odważne, okrutne i walczące za pieniądze. Prawdziwi zabijacy ale ubrani tak cudacznie i z dzisiejszego punktu widzenia – niemęsko, że z pewnością zawstydziliby niejednego współczesnego dandysa lub waginosceptyka. Poniżej przykładowy obraz lancknechtów. Gdyby ktoś chciał poczytać o nich więcej jest polska książka autorstwa Profesora Plewczyńskiego z Siedlec. Z końca ubiegłego wieku, ale podobno dobra. Tytuł „Daj nam Boże sto lat wojny: dzieje niemieckich lancknechtów 1477-1559”.


Lancknechci (źródło: Wikipedia)
Planując podróż do Florencji i zwiedzanie zabytków tak dobrałem sobie termin, aby jednocześnie trafić na Pitti. Odbywała się wówczas 96. edycja targów. Raczej nie liczyłem, że wejdę na nie i zwiedzę stoiska. To jednak prywatna impreza, przeznaczona dla ludzi z branży. Trzeba być modowym bloggerem, instagramerem, dziennikarzem związanym z modą. Inaczej nici. Poszedłem i tak z myślą, że zobaczę tyle, ile się da. Tym bardziej, że z hostelu miałem do fortecy może 5 minut piechotką. Dotarłszy na miejsce, tak jak kilku innych fotografów robiłem zdjęcia wchodzącym i wychodzącym. Nie było to nic niezwykłego, bywalcy Pitti są do tego przyzwyczajeni. Niektórzy widząc wycelowany obiektyw prężyli się pozując niczym modelka na wybiegu, a po zrobieniu zdjęcia uprzejmie dziękowali. Ludzie byli różni: większość prezentująca się rzeczywiście ciekawie. Byli też nieliczni, którzy chcieli przede wszystkim zaszokować. I to w prymitywny sposób. Przez ponad godzinę robiłem zdjęcia ciekawym stylizacjom, momentami rozpoznając postacie znane mi dotychczas jedynie z Internetu. Podziwiałem, ale też czasem współczułem modelom. 33 stopnie w cieniu, ja się pocę będąc tylko w białej, lnianej koszulce z krótkim rękawem a tu idzie ktoś w trzyczęściowym garniturze i jeszcze z fularem pod szyją. Stylizacja super, ale nie na taką pogodę. Nie wierzę w żadne cudowne tkaniny - choćby marynarki za 8 tysięcy - które sprawią, że człowiek się w takim upale i takim stroju nie zagotuje.

Część zdjęć, które zrobiłem można obejrzeć poniżej. Pitti Uomo 97 odbędzie się w dniach 7-10 stycznia 2020.























































 
Życzenia

Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia życzę czytelnikom bloga dużo wiary, pogody ducha, łask bożych i jak najmniej tematów, które trzeba będzie poruszyć z księdzem na najbliższej spowiedzi a niewierzącym po prostu udanego wypoczynku i uzupełnienia zasobów pozytywnej energii.


[LINK] do cz. 3
[LINK] do cz. 2
[LINK] do cz. 1