środa, 9 stycznia 2019

Ełcka Zmarzlina 2019 - powrót do imprez na orientację

 W minionym roku w imprezach na orientację nie startowałem prawie w ogóle. Dopiero pod koniec roku na "MiG-u" u Sławomira Juraszewskiego przypomniałem sobie, jak przyjemnie jest pobiegać po lesie z mapą i kompasem. Postanowiłem powrócić do regularnych treningów i jeszcze trochę postartować.

Do Ełku pojechałem prosto z pracy. Byłem zapisany na setkę choć czułem, że bardziej pasuje mi pięćdziesiątka. Setka miała mieć jednak rangę Mistrzostw Polski w PMnO na 100 km i to przeważyło szalę na jej korzyść. Opłaciłem start na 100 km choć z kalkulacji wynikało, że wyjeżdżając z Białej Podlaskiej po południu dojadę do Ełku na styk.

Dojechałem na 19:25. Do odjazdu autobusu, który miał wywieźć zawodników na miejsce startu zostało 20 minut. Szykowałem się w pośpiechu, jednym uchem słuchając odprawy, która właśnie się zaczęła. Przebrałem się, ale już plecaka nie zdążyłem spakować. No wiec szybka decyzja: - mogę się jeszcze przepisać na 50 km, które startuje rano? - zapytałem popędzającą mnie dziewczynę z biura. - Możesz. To się przepisałem.

Co prawda uświadomiono mi później, że mogłem spakować plecak już w autobusie, potem zostawić niepotrzebne rzeczy na przepaku, ale nie żałuję. W formie fizycznej do dystansu 100 km, przygotowany nie jestem bo nie jestem wybiegany. Mniej biegałem ostatnio kilometrów. Nie robiłem długich wybiegań. Z jednej strony Mistrzostwa Polski kusiły ale przypuszczałem, że w tych śnieżnych warunkach, w pagórkowatym terenie przebiegnę pierwszą pętlę a drugą będę szedł. Znając siebie istniało ryzyko, że zejdę z trasy i zrezygnuję z rywalizacji. Wybrałem zatem bez żalu łatwiejszą, lepiej rokującą i mniej kasującą pięćdziesiątkę. Po rozmowach z późniejszymi uczestnikami setki, wysłuchaniu opowieści o trudnych warunkach, o przecinkach istniejących głównie na mapie a nie w realu, po obejrzeniu mapy, po czasie najszybszego setkowicza który był na półmetku w ok. 8,5 godziny myślę, że była to dobra decyzja.

Na trasie - trochę tropicielstwa, trochę nawigacyjnych baboli

Przespałem się w bazie na materacu licząc że odpocznę, ale jakoś nie mogłem usnąć. Co chwila się budziłem. Zdenerwowanie?

Rano przed ósmą odprawa i wywieźli nas autobusami godzinę drogi od Ełku, na północ, nad Jezioro Świętajno. Start o 9 rano, limit 12h, po drodze 18 PK na czterech mapach kolorowych 1:25:000 i 1:10:000 (końcówka) wydrukowanych na 2 kartkach papieru. Miałem w plecaku czołówkę z zapasem baterii zgodnie z regulaminem ale liczyłem, że ich nie użyję.


Mapy rozdano nam kilka minut przed startem. Zdążyłem rozrysować sobie warianty dotarcia na poszczególne PK. Ruszyłem kilka minut po wszystkich. Nie śpiesząc się, nagrywałem krótkie filmy mikro-kamerką Polaroid Cube+.

Było lekko mroźno, na odkrytym terenie wietrznie. Pochmurno, miejscami wychodziło słońce. Śnieg po kostki, suchy. Nasza trasa to też druga pętla setki i stąd droga do punktów była wydeptana w śniegu przez czołówkę setkowiczów. Można było wybierać własne warianty ale w większości przypadków się to raczej nie opłacało. Także ja, mniej więcej do ósmego PK szedłem, biegłem w większości po udeptanej przez poprzedzających ścieżce.

Czasem decydowałem się na wariant autorski po którym zwykle wychodziłem „jak Zabłocki na mydle”. Poniżej można obejrzeć mapy z moimi przelotami wg śladu GPS z Ambita. Gdzie pobiegłem oryginalnie?

Pomiędzy PK 2 a PK 3 - coś nie pasowała mi ścieżka, którą wszyscy biegli. Pobiegłem inną, jak się okazało błędną.

Na PK 4 wszedłem dookolnie, biegnąc za śladami... jakichś ludzi, którzy spacerowali z kijkami i psem. To ci głupota. Wszedłem na punkt nad strumyczkiem od dołu, po swojemu.

W drodze PK 8 zorientowałem się, że nie biegnę przecinką przez środek lasu, którą chciałem,  gdy zobaczyłem domy prześwitujące się przez ścianę lasu. - Oho, nie mają prawa tu być, czyli coś jest nie tak. Po układzie dróg zorientowałem się w końcu, gdzie jestem i wszedłem na punkt poprawnie. Od tego momentu postanowiłem częściej wybierać własne warianty.

Wychodząc z PK 8 taki właśnie wariant wybrałem, po łuku przy jeziorku, przez wieś. Był to wariant dłuższy niż ten na wprost wydeptany podobno przez czołówkę setki.


Przy PK 10 spodziewałem się kłopotów, nie prowadziła do niego żadna droga na wprost. Liczyłem, że go minę i będę dopiero namierzał się z ulicy. Idę więc do tej ulicy, myśli pesymistyczne a tu... jest punkt! Za pierwszym razem, bez trudności. Szczęście się przydaje. Zaraz po mnie podbił ten punkt inny zawodnik, który zdążył rzec, że szukał go od 40 minut.

Przy PGR w Janowie pogonił nas właściciel posesji wściekły, że się tu kręcimy. Posłusznie wybrałem wariant dookolny omijając jeziorko.

PK 11 znaleźliśmy wspólnie za drugim razem, razem z Maćkiem Więckiem z setki i jeszcze jednym zawodnikiem z mojej trasy.


Następne 4 PK nie stanowiły żadnych problemów. Biegłem sobie, czasem kogoś mijałem, kręciłem filmy kamerką. Zorientowałem się w trakcie, że ta kamerka ma w sobie magnes co by ją mocować do metalowych elementów a to z kolei sprawiało, że moja igła magnetyczna z Moskwy bardzo tę kamerkę "lubiła". Tu się wyjaśniła zagadka dziwnych wskazań kompasu i w efekcie moich dziwnych wariantów. Więcej na orientację z tą kamerą nie startuję.

Minęło już 5 godzin, zostało ostatnie kilka kilometrów do Ełku. Wiedziałem, że zdążę przed zmrokiem. Nie wiedziałem na której biegnę pozycji bo nikogo dawno nie mijałem, ale po rzadkiej ilości śladów domyślałem się, że muszę gdzieś być w czołówce.


Wchodząc na mapę nr III zobaczyłem przed sobą grupę 3 lub 4 zawodników. Biegli, a zatem pewnie byli z pięćdziesiątki, z mojej trasy. Cofnąłem się chcąc wbiec na PK 14 pierwszą przecinką. Spotkałem się z ową grupką tuż przy PK 14. Oni wychodzili, ja wchodziłem. Rzeczywiście byli z mojej trasy. Rywale! Siły miałem, przyśpieszyłem bieg i wyprzedziłem chłopaków. Biegłem już do Ełku podbijając bez problemów PK 15 i PK 16. Niczym lis byłem już w ogródku, już witałem się z gąską...

Jak przegrać pudło

Trzeba zrobić tak: wyluzować się - przecież do mety ledwie 2 kilometry, punkty na dokładnej mapie 1:10:000, już w samym mieście, łatwiutkie - co się może stać? Potem trzeba złożyć sobie mapę tak umiejętnie, aby pierwsze z 2 linii torów były na zgięciu, mniej widoczne. Zakodować sobie w głowie, że trzeba za torami skręcić w lewo i szukać jakiegoś cmentarza w lesie. Trzeba następnie skręcić za pierwszymi torami i jak fujara buszować w lesie pod miastem szukając cmentarza, którego tam nie ma i nigdy nie było.

Tak właśnie zrobiłem. Skręciłem za pierwszymi torami, na pewniaka waląc do tego lasu za budynkami, będąc pewnym, że tam jest ten cmentarz. Wściekałem, się że nie mogę go znaleźć. Po ponad 20 minutach zrozumiałem katastrofalną pomyłkę. Dopiero wtedy zobaczyłem dwie linie torów - ja miałem skręcić za tymi drugimi! Zawstydzony własnym błędem wybiegłem z tego lasu i pobiegłem już właściwą drogą po dwa ostatnie punkty i do mety.

Mój czas to 6:36:08. Zwycięzcy, Marcin Sontowski i Tomasz Duda mieli na mecie czas 6:06:25. Wygrali ze mną o niecałe 30 minut. Trzecie miejsce i czwarte zajęła dwójka Maciej Kasjan i Łukasz Duchnowski, Ełczanie, których wyprzedziłem przy PK 15. Mieli czas 6:22:49.

Ile straciłem na tej nieszczęsnej siedemnastce: Pokazuje to grafika poniżej. Na wejściu w błąd miałem czas 5:54, na wyjściu 6:18. Czyli straciłem tam głupio 24 minuty. 24 minuty krążyłem po jakichś krzakach nabijając niepotrzebnie dodatkowe 3 kilometry. Gdybym teraz odjął te 24 minuty straty od swojego wyniku miałbym czas około 6:12. Cóż, taki sport. Nikt inny tylko ja sam zapracowałem sobie dekoncentracją na spadek z 3 miejsca na 5.


Wyścig na 50 km ukończyło w limicie 257 zawodników. DNF-a dostało 11. Impreza w Ełku świetna jak zwykle. Było mi bardzo miło wystartować, pobiegać w pięknych warunkach śnieżnej polskiej zimy, spotkać dawno niewidzianych kolegów od biegów na orientację i górskich.

Chyba mam ochotę na kolejne podobne wyścigi. Tym razem już bez zabawy na 1/2 etatu w filmowca, bez tańczenia po drodze kankana lecz z większą koncentracją na zadaniu. Także na końcówce.

poniedziałek, 24 grudnia 2018

Wszystkiego najlepszego

Czytelnikom bloga Długi Dystans życzę zdrowych, pogodnych i prawdziwie chrześcijańskich świąt Bożego Narodzenia oraz sukcesów w życiu osobistym, zawodowym i sportowym w Nowym Roku.

Tak, wiem, że dawno nic nie pisałem i mam sporo zaległości. Nie pisałem bo i mało biegałem. Najbliższe kilka dni będą wolne, postaram się nadrobić zaległości. 

Obrazek: Święta Rodzina wg. Kościoła koptyjskiego

środa, 3 października 2018

Biegowy weekend


II Jesienny Bieg po Zdrowie Pamięci Krzysztofa Jurkitewicza

Sobota. Lokalny bieg crossowy na 6 km poświęcony pamięci naszego zmarłego kolegi-biegacza. To pierwszy z dwóch biegów zaplanowanych na weekend. Oba potraktowałem treningowo, jeszcze w piątek normalnie trenując. Większość kończącego się tygodnia dodatkowo przechorowałem więc tym bardziej na wiele nie liczyłem. Ot, mocniejsze treningi połączone z wyjazdem w bliskie okolice i spotkaniem ze znajomymi. Zapowiadały się tym fajniej, że pogoda – około 14 stopni, sucho, słonecznie – wróżyła przyjemne bieganie.

Start i meta zawodów mieściły się w Holi koło Białej Podlaskiej. W biegu wystartowały 63 osoby. Tempo ustaliłem zupełnie na czuja, gdyż pękł mi pasek od Ambita i poruszałem się bez zegarka. Chyba musiałem zacząć szybko, gdyż Marka Jaroszuka, mocnego kolegę z Łomaz, ostatecznie drugiego widziałem przez pół dystansu.

Zdjęcie: Rafał Kozak bialskieforum.pl
Trasa uformowana była w pętlę i tylko na początku oraz na końcu prowadziła po asfalcie. Większość dystansu pokonywało się biegnąc po lesie, po w miarę płaskiej drodze. Była dobrze oznaczona, także tabliczkami co kilometr. Na początku zajmowałem czwartą pozycję. Prowadzenie od pierwszych metrów pewnie objął faworyt, Sylwester Jaciuk reprezentujący klub z Siedlec, przyszły zwycięzca (wynik na mecie 20:28 przy dystansie ok. 6300 metrów).  Drugi biegł wspomniany wcześniej Marek (wynik 22:10). Na trzecią pozycję wyskoczył jakiś młody chłopak (kat. wiekowa M20), w koszulce z napisem „Sokół” więc nazwałem Go roboczo „Sokołem”. Podziwiałem jak biegł bardzo lekko, bez żadnego widocznego wysiłku stąd biegnąc tuż za nim pożegnałem się w myślach z pierwszą trójką. Gdzieś jednak w połowie trasy, gdy minęliśmy ćwiczących w lesie „terytorialsów”, szybki młodzian zaczął zwalniać i pozwolił się wyprzedzić. Cóż – skorzystałem. Być może nieborak coś przekombinował z jedzeniem lub złapała go kolka gdyż wbiegając dużo później na metę, już poza pierwszą dziesiątką, trzymał się za brzuch.

Ukończyłem finalnie trzeci z czasem 23:15. W swojej kategorii wiekowej M30-45 byłem drugi. Kalkulator Danielsa podaje, że musiałem trzymać średnie tempo w okolicach 3:41. W takich warunkach w zupełności mnie to zadowoliło. Do dekoracji niestety nie zostałem gdyż byłem umówiony w Białej Podlaskiej. Bardzo przyjemne zawody.

I Cross Nadbużański


Dzień następny: niedziela.  Ze znajomymi biegaczami z Wisznic jadę na bieg krosowy nad Bugiem, w okolice malowniczych Serpelic i Mielnika, gdzie ledwie dwa tygodnie wcześniej biegłem krótkie ultra. Co dokładnie nas spotka, nie wiemy, gdyż jest to pierwsza edycja. Z mapy wynika, że pobiegniemy tym razem lewobrzeżnym Bugiem, w drugiej połowie bardziej po lesie. Nie przyjrzałem się dobrze mapce – gdybym to zrobił, nie byłbym zaskoczony pagórkami w podserpelickim lesie, które przecież dobrze znam. Wielokrotnie byłem w tej okolicy podczas obozów survivalowych z młodzieżą. Dystans nie jest okrągły, wynosi około 14 km i 300 metrów. Po drodze, w Zabużu i Serpelicach przewidziano dwa punkty żywieniowe. 


Rano, w biurze zawodów i na mecie przy „Gas System” w Hołowczycach jest chłodno i wietrznie. Gdy nas w końcu wywożą autobusem do docelowego miejsca startu robi się ciepło, słonecznie i przestaje wiać. Czekamy aż dojedzie drugi autobus z biegaczami i zawodnikami Nordic Walking. Okolica jest dzika i malownicza. Obok starorzecze Bugu, na wodzie pływają łabędzie. W krzakach siedzi jakiś wędkarz. Na drugim brzegu trzciny i wierzby. Las powoli zmienia płaszcz, z zielonego na złoty. Piękne miejsce.

Ludzie się rozgrzewają, robią pamiątkowe zdjęcia, inni cichcem wymykają się w krzaki, w wiadomym celu. Choć w biegu bierze udział tylko 50 osób, to konkurencja jest tym razem mocniejsza, niż we wczorajszym biegu w Holi. Znowu jest Sylwester Jaciuk, który najpewniej wygra. Jest też nie znany mi ale ponoć mocny Marek Mitrofaniuk. Obaj reprezentują kluby z Siedlec. No i Łukasz Baranow z pobliskiego Platerowa, który dwa tygodnie wcześniej dołożył mi ponad 4 minuty na Ultramaratonie Nadbużańskim (52 km). Czyli pierwszą trójkę mam raczej poza zasięgiem. Ciekawe kto jest jeszcze mocny, a kogo nie znam. Rozglądam się, czy z krzaków znowu nie wychynie gdzieś Jacek Chruściel, który chyba lubi zapisywać się w ostatniej chwili. Nie, jednak nie ma.

Startujemy około 12:20, z dwudziestominutowym poślizgiem. Staram się nie zacząć za mocno więc biegnę gdzieś na 10 pozycji. Trasa to droga po nadbużańskich łąkach. Pierwsza trójka: Jaciuk, Mitrofaniuk i Baranow to pierwsza liga. Biegną za prowadzącym quadem i po kilku kilometrach już ich nie widać. Ja z czasem wyprzedzam kilku, i dołączam do kolejnej dwójki. To wyższy, mocniej zbudowany Marek Szymański oraz drobny Mateusz Klebanowski. Obaj są młodzi, kategoria wiekowa do 35 lat. Razem, we trzech, biegniemy jako druga liga przez większość dystansu zmieniając się co jakiś czas na prowadzeniu. 

Zdjęcie: Gminna Biblioteka Publiczna w Sarnakach

Na nadbużańskich polach czasem mocniej powieje jednak ogólnie jest zupełnie znośnie. Tuż przed Serpelicami odbijamy od rzeki w prawo i lecimy do lasu. Zaczynają się podbiegi. Dobrze je znam, wiem kiedy się kończą więc zwalniam wyraźnie tempo, aby się nie zadziabać i nie przejść w marsz. Gdzieś na tym etapie odchodzi mi do przodu Marek Szymański. Już go nie widzę. Trzymam się za plecami Klebanowskiego. Wkrótce skręcamy w lewo i rozpoczynamy zbieg łagodną, leśną drogą do Serprelic. Tam, na punkcie odżywiania kubek wody na siebie i znowu podbieg, na kalwarię. Jest tu trochę grząskiego piachu. Trasa jest dobrze oznaczona biało-czerwonymi taśmami, nie ma ich jakoś przesadne dużo lecz ani razu nie mam wątpliwości, gdzie biec. Na skrzyżowaniach stoją strażacy i kierują biegaczy we właściwą stronę.

W lesie na szczycie pagórka doganiam po raz ostatni i zrównuję się z Klebanowskim. Chyba go zmordował podbieg bo trochę zwolnił. – Dajesz młody, jak wybiegniemy z lasu powinno już być widać metę – mobilizuję konkurenta. Wybiegamy i rzeczywiście, widać dmuchaną, pomarańczową bramę przy „Gas System”. Tu, na ostatnim kilometrze młody Mateusz zbiera resztki sił i odskakuje mi na 100 metrów do przodu. Już go nie dogonię.

Docieram do upragnionej mety jako 6 zawodnik OPEN na 50. Czas 59:08. Bieg wygrał Sylwester Jaciuk (00:52:36), drugi był Marek Mitrofaniuk (55:07), trzeci Łukasz Baranow (55:39), czwarty Marek Szymański (57:33), piąty poprzedzający mnie Mateusz Klebanowski (58:51). Cała piątka przede mną to biegacze młodzi, z kategorii wiekowej do 35 lat. W konsekwencji wygrałem kategorię wiekową M36-50. Koleżanka, Ania Chustecka z Wygody podobnie jak dzień wcześniej w Holi, także i tu przybiegła pierwsza wśród Pań (1:11:36).

Ze znajomymi czekamy ponad dwie godziny na zakończenie. W międzyczasie kibicujemy biegaczom, potem „nordicowcom”, objadamy się smacznymi ciastkami, ciepłą grochówką, jabłkami; zapijamy gorącą herbatą. Dzielimy się uwagami o sprzęcie, gratulujemy sobie, obgadujemy plany startowe i co kogo, gdzie i jak długo boli. Jest dużo czasu na pamiątkowe zdjęcie przy mecie, nawet takie z wyskokiem.

Debiut nowej, kameralnej, lokalnej imprezy biegowej w okolicach Białej Podlaskiej wypadł bardzo dobrze. Gratuluję organizatorom.



poniedziałek, 1 października 2018

Mieć Szmergla na punkcie ultra (Ultramaraton Nadbużański 2018)

Zdjęcie: Ultramaraton Nadbużański
Dwa tygodnie temu uczestniczyłem w pierwszej edycji biegu ultradystansowego na południowym Podlasiu: PGE Ultramaratonie Nadbużańskim. Fotorelację z niego opublikował portal festiwalbiegowy.pl Zapraszam do oglądania zdjęć, przeczytania tekstu wprowadzającego, w tym wywiadu z dwoma najlepszymi zawodnikami. Poniżej jeszcze kilka zdań o oczekiwaniach oraz przebiegu mojego wyścigu.

[LINK DO RELACJI]

Osobiste doświadczenia

Dlaczego pojechałem do Mielnika i jakie miałem oczekiwania? Mielnik jest blisko, ledwie 30 kilometrów od mojego miejsca pracy. Nowy ultramaraton miał zostać rozegrany w zasadzie w „naszej” okolicy dlatego uznałem, że mnie, jako ultrasa nie może tam zabraknąć. Ponadto dystans trasy „Szmergiel” wynoszący 52 km był fajny, pasował na pierwszy bieg na początek nowego sezonu.

Swój wynik na mecie szacowałem na jakieś cztery godziny. Miałem nadzieję na miejsce na pudle, gdyż z zawodników, których widziałem jakiś czas wcześniej na liście startowej kojarzyłem tylko braci Baranow z Platerowa, Tomasza i Łukasza. Marzyło mi się może drugie, może trzecie miejsce. Gdy w przeddzień zawodów przeprawiłem się ręcznie „napędzanym” promem, przez Bug w Zabużu i dotarłem do miejsca noclegowego w szkole w Mielniku, okazało się, że czekają tam już zawodnicy niepośledniej klasy. Poznałem Damiana Walczaka, debiutanta w ultra ale legitymującego się życiówką w półmaratonie poniżej 1:10. Po biurze zawodów  kręcił się podobnie niedoświadczony w ultra ale równie zabójczo szybki na krótszym dystansie Krzysztof Żebrowski. – No ładnie – pomyślałem. – Mocna ekipa przyjechała. Takim nie podskoczę.

Tuż po starcie biegłem w czołówce lecz dosyć spokojnie. Założyłem średnie tempo na taki dystans w granicach 4:15-4:30 i tego się trzymałem. Było chłodno, trasa lekko crossowa, krótki odcinek nawet ścieżką po bezdrożu. Był też odcinek asfaltowy jednak zdecydowana większość prowadziła po leśnych i polnych drogach.


Pierwsza trójka wyróżniała się na tle pozostałych możliwościami szybkościowymi i wkrótce znikła mi z oczu. Wyprzedziłem kilku i myślałem przez dłuższy czas, że biegnę czwarty, za dwoma wymiataczami od krótkich dystansów z ulicy i Łukaszem Baranowem. Dopiero na mecie dowiedziałem się, że oprócz tej trójki biegł przede mną jeszcze Jacek Chruściel z Międzyrzeca, zawodnik mocniejszy ode mnie, z którym przegrywam prawie zawsze.

Trasa była bardzo dobrze oznaczona a i pierwszy punkt kontrolny ustawiony w okolicach 19 kilometra był suto zaopatrzony. Przeżyłem tam jednak chwilę grozy, gdy zorientowałem się, że nie ma niegazowanej wody. Nie trawię wody gazowanej podczas zawodów, przekonałem się kiedyś o tym m.in. na Biegu 7 Dolin. – No to jestem załatwiony – pomyślałem. Na szczęście nie było tak źle. Woda była tylko lekko gazowana i tym razem nie wywołała żadnych atrakcji.

W drugiej połowie trasy miałem jeszcze na początku kogoś kilkaset metrów za sobą. Jakaś czarna koszulka, ale był na tyle daleko, że nie wiedziałem, kto to. W każdym razie mobilizował mnie, aby nie odpuszczać. Na ostatnich 20 kilometrach zacząłem odczuwać mocne tempo biegu, tym bardziej, że temperatura się podniosła i wyszło słońce. Myślę, że było około 20 stopni a dla mnie coś takiego plus słońce to za dużo. Zacząłem się przegrzewać. Połowę tej wody, którą brałem do softflasków wylewałem na głowę aby się schłodzić. Pojawiły się na tym etapie także większe pagórki. Wbiegałem na nie ledwo co. Szczególnie ciężki był łagodny lecz długi podbieg po białej, kamienistej drodze, w słońcu, przy kopalni kredy. Walczyłem, aby tam nie przejść w marsz.  Tempo na płaskim spadło do przedziału 4:30-5:00 na kilometr. Na drugim i trzecim punkcie żywieniowym były znajome dziewczyny, które mi kibicowały. Byłe tak zmordowany i skupiony na uzupełnieniu wody i jak najszybszym wyjściu z punktu, że nawet ich nie zauważyłem. Dopiero na mecie dowiedziałem się, że były.

Na końcówce biegłem obok zawodników z krótszych tras. Kilka kilometrów przed metą mówiono mi, że ten przede mną jest niedaleko, żebym go gonił. Nie miałem już sił, chciałem tylko zmieścić się w czasie poniżej 4 godzin. Wychodziło, że powinienem zdążyć na styk.

Zdążyłem, jeszcze z zapasem. Przybiegłem z czasem 3:57:52 netto. Byłem 5 na 143. W kategorii wiekowej „doświadczenie” (39+) byłem pierwszy więc mogłem chwilę pobłyszczeć na podium. Przede mną przybiegli: Krzysztof Żebrowski (3:27:46), drugi Damian Walczak (3:33:15), trzeci Jacek Chruściel (3:47:40), czwarty Łukasz Baranow (3:53:40). Szóstego, Grześka Józefczyka odsadziłem o ponad 10 minut (4:09:53).

Podium kategorii wiekowej "doświadczenie" 39+

Bardzo udany bieg: lokalny, nie za długi i niezbyt techniczny, polno-leśny, z dobrze oznaczoną trasą i dobrze zaopatrzonymi punktami. Taki jak lubię. Tylko tę wodę niegazowaną mogliby następnym razem załatwić i będzie super. 

[LINK] do strony zawodów

wtorek, 11 września 2018

Mniej biegania, więcej malowania

W wakacje biegałem mniej, zrobiłem roztrenowanie. Mając więcej czasu bawiłem się w inne hobby, które mnie zawsze pociągało, a na które nie starczało mi zwykle czasu. Malowanie na płótnie. Zacząłem od obrazów łatwych i na małym formacie. Proste pejzaże malowane farbami akrylowymi z pomocą zdjęcia lub tutoriala. Potem przeniosłem się na większy format. Poniżej zdjęcia czterech obrazków, które namalowałem w ostatnich dwóch miesiącach.

Pierwszy, mały obrazek. Zielawa w Wisznicach, zimą, za cmentarzem
2. Pejzaż z jeziorem w górach (z tutoriala)
3. Stary kościół w Wisznicach zimową nocą
4. Wisznice, dom, w którym mieszkam.

sobota, 8 września 2018

Castorian Extreme Race - Udany debiut

Tydzień po nieudanych dla mnie Mistrzostwach Polski w biegach przeszkodowych w Ząbkach pod Warszawą miałem kolejny bieg, też przeszkodowy. Nosił tajemniczą nazwę Castorian Extreme Race. Dlaczego tajemniczą? Bo o ile "extreme race" potrafię sobie przetłumaczyć, to nie wiem, co oznaczać może owo słowo "Castorian" - czyżby chodziło o znanego z mitologii greckiej Kastora, jednego z dwóch braci herosów, brata Polluksa? Możliwe, wszak obaj byli opiekunami żeglarzy i żołnierzy.

Kastor i Polluks: Bliźnięta, Argonauci, herosi

Zastanawiając się nad nazwą wyścigu przy okazji uświadomiłem sobie, że język angielski wdziera się do biegów przeszkodowych szczególnie natrętnie. Dodaje szyku i międzynarodowego charakteru, a słowo "extreme" powoduje ciarki i jeży włosy na plecach niejednego Janusza żyjącego pomiędzy Bugiem a Odrą. Runmageddon, Hunt Run, Survival Race, Armageddon Challenge, Spartan Race, Barbarian Race, Extreme Power Run, Castorian Extreme Race. Czy ktoś zdecydowałby się skrzywdzić organizowaną przez siebie imprezę, swoje wypieszczone dziecko chrzcząc je ordynarną wręcz nazwą typu: Cycowski Bieg Przeszkodowy, Przez płoty i krzaki - szalony wyścig w gminie Sarnaki lub na przykład  Wiosenny Bieg Błotny po Złotą Podwiązkę? Wątpię. A może z nazewnictwem wyścigów będzie tak jak z imionami dzieci? Wpierw zachłyśnięcie się nowym, chrzczenie pociech imionami Ariel, Kewin, Sandra a po jakimś czasie powrót do polskich imion tradycyjnych typu Jan, Piotr, Krzysztof itp. Zobaczymy, niezbadane są wyroki mody.

Impreza miała mieć swoją pierwszą edycję i stanowić pierwszy, wstępny (TRIAL) bieg z całego cyklu wyścigów. Dystans krótki, tylko 4 km, przeszkód 20 czyli niezbyt dużo. Miejsce zawodów - Czemierniki koło Radzynia Podlaskiego - też zachęcało mnie do startu. W końcu od Wisznic to niecałe 50 kilometrów. Postanowiłem wziąć udział w debiutującej imprezie choć wahałem się do ostatniego dnia przed startem. Spuchnięta po zewnętrznej stronie kostka prawej stopy nie pozwalała mi szybko biec przez dłuższy czas. Nadwerężyłem ją tydzień wcześniej na Mistrzostwach Polski OCRA Poland. Zdecydowałem, że pomimo tego te 4 kilometry spróbuję pokonać, będę jednak ostrożnie zeskakiwał z wszelakich przeszkód. Pokusa startu była tym większa, że zapisanych zawodników nie było zbyt dużo, zapowiadane przeszkody w niczym nie przypominały tych trudnych, poznanych niedawno na Mistrzostwach OCRA. Była zatem szansa, na wysoką pozycję.

Na miejsce startu położone na północ od miejscowości na jakichś polach graniczących z dużym lasem dotarłem z pomocą wskazówek usłużnych miejscowych. Było gorąco i słonecznie, chyba około 27 stopni. Liczyłem, że tuż po starcie wpuszczą nas w bagno, które schłodzi i ograniczy negatywny wpływ wysokiej temperatury. Okolice startu i mety wyglądały jak mały festyn. Strażacy przygotowali prowizoryczną sadzawkę wypełnioną pieniącą się wodą. Czekała na dzieci i umorusanych finisherów. Była mała gastronomia, było piwo. Była zadaszona scena a nawet Policja prezentowała swój sprzęt i pozwalała dzieciom robić z nim zdjęcia. Znalazło się kilku znajomych, wśród nich moi byli uczniowie z wisznickiego liceum. Chłopcy wyrośli, jeden trafił do wojska. Fajnie było znowu ich zobaczyć.

Bieg miał trzy oddzielne klasyfikacje: start indywidualny kobiet i mężczyzn, albo w 3-osobowej drużynie. Razem z 43 osobami wybrałem start indywidualny. Większość spośród wszystkich 158 zawodników startujących w imprezie wybrała opcję drużynową. 

Organizatorzy nie przywiązywali zbyt dużej wagi do wypuszczenia zawodników o czasie zgodnym z podanym wcześniej harmonogramem. Pierwsza fala, w której byłem i ja wyruszyła z bodaj półgodzinnym poślizgiem. Nigdzie mi się nie spieszyło więc nie narzekałem. Przed startem miałem jeszcze pół godziny, które wykorzystałem na poznanie początku i końcówki wyścigowej pętli.


zdjęcie: Tygodnik lokalny Wspólnota Radzyńska (24wspolnota.pl)

Pierwsza przeszkoda: opony otrzymane na starcie trzeba było przetargać jakieś 100-200 metrów i wrzucić na pakę samochodu. Pobiegłem wyprzedzony przez wielu, lecz umyślnie. Nie chciałem się zagotować na pierwszych setkach metrów. 

Kolejną przeszkodą, bardziej widowiskową niż sprawiającą jakikolwiek kłopot był płonący na polu rów, który należało przeskoczyć. Potem czołganie pod drutem kolczastym w piachu zlanym wodą. Na tym etapie wszedłem już do pierwszej piątki, szybko się czołgałem lecz niezbyt fachowo. Co rusz zaczepiałem koszulką bądź sterczącą bezwstydnie w górę rzycią o kolczasty drut. Na mecie miałem w związku z tym dodatkowe wywietrzniki w tylnej części ubrania.

Zdjęcie: Piotr Fil

Przeskoczyliśmy przez bele słomy i wskoczyliśmy do lasu. Tam ścieżka wyłożona była oponami, kluczyła zakrętasami, prowadziła to w górę, to w dół, przez pagórki ale, że była dobrze otaśmowana z obu stron to problemu ze znalezieniem trasy nie było. W trakcie przesunąłem się na trzecią pozycję. Wybiegłszy na chwilę na polanę od razu pokonałem pochyłą ściankę ze zwisającą liną. Miała powierzchnię z nieheblowanych desek a zatem bardzo przyczepną. Widziałem, że inni wbiegali na nią nawet bez pomocy liny.


Po kolejnym dłuższym biegu po lesie dobiegłem do przeszkody zwanej "polonista". Dwóch pierwszych już tam było. Był to ni mniej ni więcej tylko autentyczny nauczyciel j. polskiego, który siedział sobie w środku lasu za stolikiem i zadawał zawodnikom pytania dotyczące literatury, słownictwa, gramatyki. Błędna odpowiedź, tak jak w przypadku wszystkich innych przeszkód "kosztowała" zawodnika 20 karnych "burpees" (padnij - powstań). Chłopak przede mną ma "wymień Trylogię Sienkiewicza". Banał - pomyślałem - ja też takie chcę. Wybrałem pytanie pierwsze z listy: "Obcokrajowiec w formie żeńskiej, rzeczownik, może być inny wyraz". Myślę 5 sekund. - Cudzoziemka! - Tak! Leć dalej.



Na następnych kilkuset metrach biegliśmy po leśnej drodze. Pojawiające się przeszkody były łatwe lecz jedna o dziwo sprawiła mi trudność. ściankę strażacką o wysokości ok 150 cm przeskoczyłem łatwo, magiel z opon też nie był niczym trudnym, podobnie plątanina lin pod którymi najwygodniej było się po prostu przeczołgać. Były też dwie drewniane szpule od kabli. Mała, a za nią duża. Nie mogłem się bez rozbiegu wgramolić na tę większą. W końcu jakoś mi się udało, ale chyba za trzecią próbą. Wstyd.


Kolejna przeszkoda: liny. Należało się wspiąć po grubej linie na wysokość około 3 metrów i dotknąć belki. Klasyka rockn'rolla na biegach przeszkodowych. Byłem zadyszany, wyprzedziłem niedawno chłopaka przede mną i wskoczyłem na drugie miejsce. Do lin czułem respekt pamiętając, że na Mistrzostwach tydzień temu, będąc już zmęczonym miałem problem z wejściem po linie na 4 metry. Postanowiłem przezornie odpocząć przez kilka sekund, uspokoić oddech. Odpocząłem, wspiąłem się, lecz znowu spadłem na trzecie miejsce gdyż kolega tuż za mną nie bawił się w żadne głupie przestoje pod linami.

Zdjęcie: Piotr Fil

Dobiegliśmy w końcu do jakiegoś wyrobiska, gdzie wydobywano piasek. Tam trasa prowadziła to w dół stromej skarpy, to znowu pod górę; dalej znowu w dół. Dużo piachu i stromo. Lubię to. Na skarpie czekali dopingujący kibice. Z piachu wbiegaliśmy w szuwary i do płytkiego bagienka, gdzie woda nie sięgała nawet do pasa. Podobno były tu zatopione jakieś betonowe kloce, które w zamyśle organizatorów miały pomagać zawodnikom, a których ja się obawiałem. Wyobraziłem sobie uderzenie nogą w niewidoczną pod wodą betonową przeszkodę i założyłem, że nie będzie to nic przyjemnego. Szczęśliwie w nic nie uderzyłem.


Po wyjściu z wody biegłem tuż za drugim zawodnikiem. Nie mogłem Go wyprzedzić, gdyż szuwarowa ścieżka była zbyt wąska. Udało się to na szerszej, leśnej drodze. Wskoczyłem ponownie na drugie miejsce. Kilkaset metrów dalej dostrzegłem zawodnika przede mną. Dojść go nie miałem już siły. Sterał mnie upał oraz ciągły bieg po pagórkowatym terenie i krętych ścieżkach w lesie. Tempo mi spadło. Postanowiłem bronić zajętej pozycji, nie mając nawet świadomości, że biegnę drugi. Myślałem, że przed tym, którego przed sobą widziałem, jest jeszcze ktoś. 

zdjęcie: Piotr Fil

Pozostały ostatnie przeszkody. Pierwsza z nich była najtrudniejsza z całej trasy. To drewniana, pionowa ścianka o wysokości 2,7 metra, której nie można było pokonać z wykorzystaniem metalowych podpórek po bokach. Szczęśliwie nie miała zupełnie gładkiej powierzchni, czasem deska wystawała na zewnątrz o centymetr. Metodą na nią było wbiegnięcie z rozpędu, zahaczenie butem o wystającą deskę i wybicie się w górę, tak, aby sięgnąć górnej krawędzi. Gdy to wyszło, było się już w domu. Podciągnięcie i przejście na drugą stronę. Rozmyślnie piszę "przejście" a nie "przeskok", gdyż ciągle pamiętałem o mojej sponiewieranej stopie. Nie szalałem tu, nie zeskakiwałem, lecz ostrożnie schodziłem. Wysoką ściankę pokonałem dopiero za drugim razem. Ostrożnie ją przeszedłem, podobnie jak ustawioną dalej pionową ściankę - "pajęczynę". Kolega przede mną zniknął mi z pola widzenia. 



Tunel podziemny z błotem wewnątrz był krótki i nie miał ślepego korytarza. Ciekawa ostatnia przeszkoda to jakby magiel vel porodówka z dwoma rzędami opon lecz umieszczonymi nad rowem wypełnionym wodą. Rzuciłem się tam szczupakiem i być może właśnie tam rozbiłem czoło. Nie pamiętam jak to się stało, krwawiącą ranę zauważyłem dopiero na mecie.



Wyścig ukończyłem z czasem 25:01 minut brutto. Byłem drugi. Zwycięzca, Marcin Lewicki, jak się potem okazało przeszkodowiec z Płocka, weteran różnych Runmageddonów, uczestnik tegorocznych Mistrzostw Europy OCR w Danii, przybiegł niecałą minutę wcześniej (24:06). Cały bieg w wersji indywidualnej ukończyło 44 zawodników. Wśród Pań najlepsza była Beata Chruściel z czasem (30:44). Najszybszą drużyną okazały się Dzikie Borsuki z Łukowa (27:01).



Jak wypadł debiut Castorian Extreme Race? W moim odczuciu bardzo dobrze. Trasa bardzo dobrze oznaczona, na całości otaśmowana. Kibiców, jak na bieg na obrzeżu małej miejscowości było całkiem sporo, może i więcej, niż na wspomnianych już Mistrzostwach Polski. Teren, w którym rozgrywały się zawody też był dużo ciekawszy, niż ten na Mistrzostwach. Oczywiście poziom zawodników to już co innego; w Czemiernikach nie było nikogo choćby zbliżonego możliwościami do braci Sobierajskich czy Piotra Łobodzińskiego. Ci wygraliby tu specjalnie się nawet nie wysilając. Także przeszkody były znacznie prostsze i co za tym idzie dużo łatwiejsze. Nie było żadnych combosów, ringów i innych przemyślnych przeszkód dla wspinaczy charakterystycznych dla wyścigu "Hand-Power Race". Bieg w Czemiernikach to typowy biegowo-szuwarowo-oponowo-czołganiowy OCR. Faworyzował biegaczy a nie wspinaczy, badał głównie wydolność a nie siłę rąk i mocny chwyt dlatego pomimo obolałej kostki mogłem w nim zająć drugie miejsce.

Praktycznie wszystko mi się w nim podobało, dlatego - o ile będę miał taką możliwość - chętnie wystartuję w kolejnej edycji.

[Strona biegu]

[Film na You Tube]


Więcej zdjęć ze startu drużynowego zamieściłem na swoim profilu Facebook "Paweł Pakuła"