niedziela, 10 września 2017

Pierwsza etapówka

Chapter One (Zamość – Zwierzyniec 35 km)

- A daleko jeszcze do tego Zwierzyńca? – pytam około piętnastego kilometra ludzi w wiosce, przez którą przebiegamy. – Oooo, ze dwadzieścia kilometry. Ale pan to chyba nie dobiegnie – umiejętnie podniosła mnie na duchu swym responsem starsza pani w chuście na głowie. Tak naprawdę wiedziałem ile jeszcze do mety i troszkę symulowałem zmęczenie ale nie mogłem się oprzeć rozmowie z przygodną publicznością, a zwłaszcza widoku jej reakcji na moje pytanie.

Pierwszy etap jubileuszowej, stukilometrowej etapówki o długiej nazwie: „XXX Bieg Pokoju Pamięci Dzieci Zamojszczyzny” był etapem najdłuższym i najgorętszym. Strona z pogodą sprawdzana przez Internet nieubłaganie zapowiadała lampę i 27 stopni Celsjusza. Normalnie 35 kilometrów biegu nie robi na mnie wrażenia ale w upale to co innego. W trakcie biegu, którego trasę niezbyt skrupulatnie przejrzałem przed przyjazdem okazało się, że jest jeszcze gorzej bo będziemy biec na słońcu. W terenie prawie w całości odkrytym.

„Nie zostać bohaterem jednego etapu” – to było jedno z moich głównych założeń na starcie pierwszego dnia. Pocisnąć w miarę mocno ale nie za mocno, aby mieć siły na trzy kolejne dni. Wyjeżdżając do Zamościa zrobiłem biegowy „rachunek sumienia” analizując obecną formę i możliwości. Nie jestem tak szybki i wybiegany jak 3-4 lata temu więc nie pobiegnę tej 35-tki w tempie 4.00 lub szybciej. Ale w 4:15 powinno być OK. Gdy dotarłem na miejsce i okazało się, że będzie skwar przesunąłem wskaźnik założonego tempa na 4:25.

Byłoby pewnie dobrze, gdyby nie błąd a może dwa błędy. Pierwszy polegał na tym, że początkowe kilka kilometrów pobiegłem w 4:15, szybciej niż planowałem. Wynikło to z tego, że mój Ambit pomimo bezchmurnej pogody nie zdążył się namierzyć w ciągu 3 minut do startu. Zacząłem bez wskaźnika prędkości a trasa nie jest oznaczona kilometrami. Trochę mnie poniosło, dobiegłem w końcu do znajomego Marka i ten mi powiedział, że biegniemy po 4:15. Z czasem Ambit złapał sygnał a ja zwolniłem do 4:25 ale trochę energii mi ten początek zjadł. Drugi błąd polegał chyba na tym, że w trakcie biegu mało jadłem.

Leciałem dalej w miarę spokojnie i beztrosko. Tłumu nie było bo w biegu wzięło udział około 80 zawodników. Biegłem około 10 miejsca. Przez pierwsze kilkanaście kilometrów trasa była zwyczajnie szpetna. Wyobraź sobie, że człapiesz ulicą po lekko pagórkowatej trasie. Droga na Szczebrzeszyn jest dosyć ruchliwa, co chwila mijają cię TIR-y i osobówki. Wdychasz spaliny z samochodów i gorące powietrze falujące nad rozgrzanym asfaltem. Frajdy w tym żadnej.

Po kilkunastu kilometrach skręciliśmy w drugorzędną asfaltową drogę prowadzącą przez podzamojskie wioski. Już było lepiej... do mniej więcej 27 kilometra. Gdzieś wtedy zacząłem stopniowo puchnąć. Może od upału, może od zbyt szybkiego początku a może za mało jadłem i piłem. Tempo mi spadło z 4:25 do około 5:00. W założeniu przedstartowym miałem pędzić do mety a tymczasem pędziłem żywot wynędzniałego człapacza walczącego o utrzymanie tempa, z utęsknieniem wyglądającego końca etapu.

Gdy na kilkaset metrów przed metą wyprzedzał mnie zawodnik z niewielkim plecaczkiem nie walczyłem bo nie miało to znaczenia, czy tu będę 8 czy 9. Ukończyłem 35 km  jako 9 zawodnik i – jak mi uświadomił komentujący sędzia – pierwszy z województwa. Czas 02:39:01. Zwycięzca etapu a w przyszłości całego biegu Sergii Ukrainets ukończył 20 minut wcześniej: w 02:19:21. Pozostała siódemka przede mną nie była już tak szybka. Drugi, Przemysław Basa z Rudy Śląskiej przybiegł 10 minut za Ukraińcem i 10 minut przede mną. Od kolejnych dzieliło mnie tylko kilka minut. Wśród tej grupy znalazła się jedna kobieta, Iryna Masnyk. Pocisnęła mocno i dobiegła w 02:35:05, jako 7 zawodnik.

Zdjęcie: OSiR Zamość
Z czasem zmiarkowałem, że pierwszego etapu odpuścić nie można. Jest on kluczowy bo najdłuższy. Tu różnice pomiędzy biegaczami są największe. Jeśli tu stracisz 10 minut to odrobienie tej straty w biegu na dystansie półmaratonu a tym bardziej 15 km jest prawie niemożliwe.

Podczas powrotu autobusami do Zamościa ludzie mdleli. Każdego dnia mój autobus zatrzymywał się na nieplanowany postój, aby kogoś z pasażerów cucić lub dać mu złapać powietrza. Ja sam nie byłem bardzo zadowolony z czasu, miejsca i tego, że straciłem kilka minut na końcówce ale cieszyłem się, że jestem w dobrej formie i dobrym stanie. Nic mnie nie bolało i wiedziałem, że w ciągu następnych dni będę mógł powalczyć. Aby zwiększyć potencjał zaraz po powrocie zadbałem o regenerację. Poleciałem do sklepu po żele, suplementy diety i na basen (Hotel „Artis”. Cena – 25 zł. Bez limitu czasu).

Chapter Two (Zamość – Krasnobród 29 km)

Miało być gorzej bo według prognoz  jeszcze goręcej niż poprzedniego dnia (28 stopni Celsjusza) a tymczasem było lepiej. Głównie dlatego, że ten fragment trasy jest niezbyt pagórkowaty i w środkowej części prowadzi przez las. Imaginuj sobie waćpan: biegniesz drogą w lesie, dosyć krętą, często prowadzącą lekko w dół. Drzewa po obu stronach, pochylone nad asfaltem tworzą szpaler dając upragniony cień. Jest o niebo ładniej niż podczas przebieżki wśród TIR-ów z poprzedniego dnia; jest też łatwiej. W cieniu, pomimo upału inaczej się biegnie. W lesie jest więcej powietrza.

Nadspodziewanie dobrze mi się biegło. Regularnie podjadałem żele zapijając je wodą. Utrzymałem założone tempo około 4:25, które dało mi 5 miejsce w tym etapie i czas 02:08:12. W ogólnej klasyfikacji przesunąłem się na 6 pozycję. Do czołówki znowu traciłem ale już nie tak dużo, jak poprzednio. Trzeci w etapie i potem w całym biegu Andrzej Piechna dołożył mi 7 minut.

Na mecie zadbałem rzecz jasna o regenerację. Najpierw piwko – było darmowe i czekało na każdego biegacza kończącego etap. Nie jestem piwoszem, pijam rzadko jakiekolwiek alkohole. Ale spragniony, w upalny dzień po 29 kilometrach biegu? – nawet ja z wielką przyjemnością wychyliłem kubek chłodnego napoju.

Basen tym razem odpuściłem a to dlatego, że moczenie ciała załatwiłem w Krasnobrodzie. Tuż przy mecie jest zalew gdzie wypoczywają mieszkańcy. Zaraz tam polecałem i położyłem w chłodnej wodzie. Cóż to była za błogość.

Chapter Three (Zamość – Skierbieszów 21 km)

Półmaraton Hetmański. Nazwą nawiązujący zapewne do postaci hetmana Zamojskiego, założyciela Zamościa. Jedyny etap, który organizator wydzielił jako osobny bieg. Kto nie chciał rypać 100 km w cztery dni bo nie jest jeszcze na tyle wytrenowany mógł pobiec tylko półmaraton. Suponowałem, że przyjedzie nań sporo osób i że to dobra decyzja bo uczyni kameralną imprezę bardziej przystępną. Powiększy się grono uczestników. A guzik. Niewielu było takich, którzy przyjechali tylko na ten etap. Może półmaraton jest jeszcze zbyt słabo rozreklamowany.

Wspaniały. Taki był ten etap dla mnie. Początkowo po mieście, potem drogą do Skierbieszowa. Warunki akurat pode mnie. Po pierwsze to etap najbardziej pagórkowaty, zwłaszcza w drugiej części. Jako góral z bagiennego Polesia czułem się na nich świetnie. Po drugie pogoda w końcu dała żyć. Temperatura spadła do około 20 stopni i było pochmurno. Momentami nawet lekko mżyło.

Tuż po starcie, pełen optymizmu wystrzeliłem na drugie miejsce, za ukraińskim liderem. Niedługo trwała moja szarża, po kilometrze czy dwóch wyprzedził mnie Andrzej Piechna i Przemysław Basa obsadzający zwykle resztę podium. Drugi z nich zniknął mi wkrótce z oczu ale Andrzeja miałem ciągle w zasięgu około 200 metrów. Nie dał się dojść ale i nie dał rady uciec. Biegliśmy około 3:55 na kilometr, pod górkę wolniej, z górki nawet po 3:35.

Ukończyłem półmaraton na czwartej pozycji, w czasie 01:25:50. Zważywszy na pagórkowatość trasy (167 metrów podbiegów) oraz kumulujące się zmęczenie po dwóch pierwszych dniach oceniam, że poszło mi nieźle. Wskoczyłem w całościowej klasyfikacji na piąte miejsce.

Zdjęcie: OSiR Zamość. Od lewej: Ja, Andrzej Piechna, Przemysław Basa

Chapter Four (Zamość – Kryterium uliczne 15 km)

Finałowy bieg ulicami Zamościa. Etap najkrótszy i taki, w którym ścigała się tylko część. Po trzech etapach w wielu przypadkach miejsca na podium oraz dalsze były już rozdane i nie do ruszenia. Jak masz straty do następnego 15 minut to tego nie nadrobisz. Możesz sobie swobodnie pobiec do mety, bez wielkiej napinki.

Wiele osób było już zmęczonych rywalizacją i obolałych. 85 kilometrów w nogach przez trzy dni - niby nie tak dużo ale jest to odczuwalne. Jako ultras dobrze znosiłem dystans. Kontuzji żadnych, tradycyjnie niewielkie odciski nie przeszkadzające w wyścigu. Zakwasów w udach nie miałem, pewnie dlatego, że je więcej trenuję. Ale w łydkach miałem spore i tylko one mnie bolały.

Ten bieg stał pod znakiem pogody, skrajnie różnej od tej z pierwszego dnia. Dżdżyście, chłodno, kilkanaście stopni. Ulice pełne kałuż. W trakcie biegu rozpadało się na dobre i zaczęło lać.

Ścigania nie mogłem odpuścić gdyż w klasyfikacji niecałe dwie minuty za mną był Tomasz Chmurzyński, biegacz z mojej kategorii wiekowej, prowadzący dodatkowo w klasyfikacji osób niedowidzących. Przez pierwsze pięć kilometrów biegł tuż za mną i spodziewałem się, że zechce wyrwać do przodu i odebrać mi te dwie minuty przewagi. Jednak po kilku kilometrach odpuścił, jak tłumaczył na mecie z powodu śliskich butów, które zupełnie się na mokrym asfalcie nie sprawdziły.

Sam nie odpuszczałem i biegłem dalej cztery pętle po Zamościu. W drugiej połowie wyprzedziłem nawet Andrzeja, z którym do tej pory przegrywałem. Widać jemu nie zależało bo nic na tym nie tracił. Jego trzecie miejsce na podium było i tak niezagrożone. Zachował się nawet bardzo fair bo jak biegnąc przed nim pomyliłem trasę to krzyczał za mną, abym wracał.

Wbiegłem na metę w strugach deszczu jako czwarty zawodnik z czasem 00:57:47. W całościowej klasyfikacji obroniłem 5 miejsce OPEN na 72 i 3 w kategorii wiekowej M40. Sumaryczny czas: 07:10:50. Do czwartego (Wojciech Holona) zabrakło mi 9 minut, a zatem sporo. Piąty zawodnik był za mną 4 minuty.

Zdjęcie: OSiR Zamość

Cały bieg wygrał z powodzeniem Sergii Ukrainets z czasem 06:24:39. Drugi był ultras z Rudy Śląskiej Przemysław Basa (06:48:18), Trzeci Andrzej Piechna z Ciechanowa (06:59:20), czwarty Wojciech Holona (07:01:42), piąty ja.

Wśród kobiet w łatwością wygrała Iryna Masnyk z Tarnopola reprezentująca klub biegowy „Shypshyna” ze Lwowa. Na pierwszych etapach zrobiła taką przewagę nad następnymi kobietami, że ostatni etap mogła iść piechotą. Całość ukończyła jako 7 zawodnik OPEN z czasem 07:18:47.

Powrót do przeszłości

Pierwszy raz biegłem etapówkę i pierwszy raz w Zamościu. Pierwotnie plany były inne, miałem się taplać w błocie w biegu przeszkodowym w Dorohusku. Jeden ze znajomych powiedział mi jednak, że ta XXX, okrągła edycja biegu w Zamościu może być ostatnią. Nie wiem czy będzie ostatnią bo na rozpoczęciu a potem na zakończeniu przedstawiciele władz zarzekali się, że  dołożą wszelkich starań aby odbyła się za rok kolejna edycja. Mam nadzieję, że dotrzymają słowa.

Ja w każdym razie wolałem wziąć udział w biegu, zanim przejdzie on do historii. Dziś to impreza trochę zapomniana, nikt ze ścisłej polskiej czołówki tu nie startuje. Ale to bieg z piękną historią. Ile biegów ultra może się pochwalić trzydziestoma edycjami? Ile biegów ultra lub choćby innych biegów ulicznych w Polsce ma historię sięgającą lat 80-tych ubiegłego wieku?

Rozpoczęcie imprezy i potem zakończenie każdego etapu obudowane jest w część historyczno-patriotyczną. Na otwarciu zgromadziło się wyjątkowo wielu przedstawicieli władz i sponsorów. Było ich ze trzydziestu, blisko połowa liczby biegaczy. To dobrze, bo jest zainteresowanie a impreza potrzebuje wsparcia.

Już pierwszego dnia a potem w kolejnych miejscowościach, gdzie była meta biegacze i organizatorzy składali kwiaty pod pomnikiem ofiar działań niemieckich na Zamojszczyźnie w czasie II wojny światowej. 1 września chętni uczestnicy biegu, w tym i ja, wzięli udział w uroczystości upamiętniającej wybuch II wojny światowej. Odbyła się ona w miejscu kaźni Zamojszczan, w Rotundzie gdzie śmierć poniosło 6000 – 8000 ludzi.

Dodatkowe atrakcje – tych organizator nie skąpił. Załatwił biegaczom darmowe zwiedzanie centrum Zamościa z przewodnikiem a w sobotę wieczorem, przed ostatnim etapem także imprezę w restauracji. Chętni musieli do niej dopłacić 40 zł. Nie jestem miłośnikiem bachanaliów; trochę to już nie moje czasy i nie moje klimaty muzyczne. Ale poszedłem zafrapowany, zobaczyć jak jest. Było ciekawie. Biały obrus, zastawiony smakowitymi wiktuałami stół, DJ z muzyką, parkiet, piwo lub inne dobrości, co kto lubił. Impreza na całego, w moich oczach wyglądała jak małe wesele. Integrowali się wszyscy, biegacze tańczyli z niepełnosprawnymi na wózkach którzy też przyjechali na bieg. Goście z Ukrainy też tańcowali. Muszę przyznać, że choć takie weselno-discopolowe klimaty to nie moja bajka to jednak było miło i fajnie. Przyimprezowałem do 2 w nocy i bałem się jak następnego dnia pobiegnę 15-stkę. Jakoś dałem radę.

Rzecz ostatnia: ludzie. Mam już 40 lat a miałem wrażenie, że jestem w tej ekipie smarkaczem. Wszyscy w moim 4-osobowym pokoju byli starsi. Owszem, byli też młodsi ode mnie ale dominowali biegacze 40-to, 50-cio i 60-cioletni. Średnia wieku na pewno była wyższa niż w innych biegach ulicznych w Polsce.

Co ciekawe jak z niektórymi rozmawiałem, to jakbym się cofnął do lat 90-tych. Wielu wspominało jak to wtedy było. Jeden mówił, że biegnie tu już 20 raz. Wielu ma zaliczone kilkanaście edycji. Pokazywali mi okolicznościowe książeczki z czarno-białymi zdjęciami i wykaz finisherów z poszczególnych lat. Janickiego, który biegał tu parę razy kojarzę ale innych nazwisk nie znam. To byli wtedy polscy mistrzowie w ulicznym ultra, w złotych czasach, gdy poziom był znacznie wyższy. Wtedy nie biegało się po górach tak powszechnie jak dziś lecz biegało po ulicy. Dużo szybciej, niż obecnie. Pisząc ten tekst wchodzę na Wikipedię i sprawdzam czasy Janickiego. Przykładowo w 1995 roku pobiegł w Zamościu i wygrał. Miał czas 05:37:20, był blisko godzinę szybszy niż tegoroczny zwycięzca.

Akurat w tym samym czasie trwało UTMB – nieoficjalna olimpiada w górskim ultra. Co chwila zaglądałem do Internetu, emocjonowałem się wynikiem Marcina Świerca w CCC, jego znakomitym drugim miejscem. Dziwiłem się tą ciszą, wokół mnie, brakiem zainteresowania zawodami w Chamonix. Wyjaśniło się potem, że niektórzy nie wiedzieli co to jest UTMB i nie słyszeli o Marcinie Świercu.

Wielu ze spotkanych tam ma już swoje lata i po prostu drepczą sobie każdy etap do mety. Bez napinki, co najwyżej walczą w kategorii wiekowej. Po biegu gdy się integrowaliśmy w pokoju czy jedząc wspólnie śniadania, obiady, kolacje winszowali mi, że jestem w formie, że nie widać po mnie zmęczenia. A potem w rozmowie wychodziło, że ci niepozorni i nie najmłodsi już biegacze mają w półmaratonie połamane 01:10. A ja nawet w swoich najlepszych czasach nie mogłem złamać 01:20.

Inny świat ale mający swój urok. I ten cukier w kostkach stojący obok herbaty na stoliku na punkcie odżywczym. Scena jak żywcem wyjęta z czarno-białych zdjęć z Maratonu Warszawskiego w latach 80-tych. „Powrót do przeszłości” w wersji biegowej. Polecam. Impreza wyraźnie potrzebuje świeżej krwi bo inaczej upadnie. Szkoda zawodów o tak zacnej historii.

[LINK] do strony biegu

niedziela, 27 sierpnia 2017

Mam oponę!

“And they say silver I choose gold wooooo, I've never done as I've been told woh oh oh oh oh” – śpiewa niskim, zbuntowanym głosem piosenkarka Gala Rizatto w popularnej piosence “Let a boy cry”.

Biegacze też czasem chodzą pod prąd. Na przykład większość ludzi chciałaby oponkę zrzucić ale są i tacy, co chcą ją zdobyć. Ja należę do mniej licznej grupy drugiej. Wczoraj, na swoim 177 biegu w ponad 10-letniej „karierze” biegacza zdobyłem w końcu oponkę. Lśniąco czarną, wyszorowaną, z wmontowaną pamiątkową tabliczką lecz niestety nie nówkę-sztukę. Była „pucharem” za 2 miejsce OPEN na 53 uczestników w lokalnym biegu przeszkodowym. Teraz, już siedząc spokojnie w domu kombinuję, gdzie znaleźć dla niej godne miejsce. W końcu to mój największy i najcięższy „medal” w kolekcji. Do tej pory owe cechy dzierżyły dwie podkowy na łańcuchu, złota i srebrna z IV Biegu Katorżnika 2008. Właśnie zostały zdeklasowane.

II Ekstremalny Bieg Międzyrzeckich Jeziorek rozegrany został w sobotę 26 sierpnia na obrzeżach Międzyrzeca Podlaskiego, na terenie dawnej żwirowni przystosowanej do funkcji rekreacyjno-sportowych. Obecnie można się tam wykąpać, popływać kajakiem (15 zł za godzinę) lub rowerem wodnym, powędkować a nawet zjechać na 150-metrowej tyrolce z jednego brzegu na drugi lub szusować na sztucznym stoku narciarskim. Ten „stok” to bardziej „stoczek”, niewielki sztuczny pagórek. Ale jest.

Wspomniane zawody miały charakter biegu przeszkodowego (OCR). Pięciokilometrowa trasa tworzyła jedną pętlę wokół zbiornika. Zawodnicy podzieleni zostali na dwie grupy, startujące w „falach”, co pięć minut. Ja byłem w pierwszej.

Esencją keksu są bakalie, zaś esencją biegu przeszkodowego są rzecz jasna przeszkody. W tym przypadku były raczej typowe i niezbyt trudne, wyraźnie łatwiejsze niż na woskrzenickim Extreme Power Run nie mówiąc o innych, trudniejszych biegach. Niektóre były całkiem zabawne. Przykładowo, biegacze zaraz po starcie witali się z „pieskami” które trzeba było wyprowadzić na „spacer”. Brzmi niewinnie, czyż nie? Rolę piesków pełniły w tym przypadku betonowe kloce o oktagonalnym kształcie, które ciągnęło się na lince, dookoła wysepki z drzewem. Takie „pieski” nie chciały wcale iść na „spacer” i swym zachowaniem przypominały raczej upartego osła zapierającego się ze wszystkich sił nogami. Ale cóż to dla nas, poradziliśmy.


Dalej były drewniane ścianki strażackie, strefa smrodu gdzie warto było przebiec ze wstrzymanym oddechem, bieg po oponach, rundka z drewnianą belką, czołganie pod siatką, drewnianymi belkami lub plecionką ze sznurka mającego zapewne imitować drut kolczasty. Było też bieganie po chaszczach, piachach, mniejszych i większych pagórkach, wchodzenie po drabinie, bieg po kładce, wskakiwanie do kontenera oraz bodajże dwukrotne pokonywanie krótkiego odcinka wodnego. Pogoda w końcu sierpnia dopisała, było pogodnie i ciepło stąd obowiązkowe namoczenie zafundowane przez projektanta trasy okazało się nawet przyjemne.

Plan trasy udostępniony przez organizatora
Ostatecznie wszystkie przeszkody okazały się szybkie i nie sprawiały problemów. Może ostatnia ścianka strażacka o wysokości ok. 180 centymetrów mogła sprawić kłopot niższym osobom, zwłaszcza dziewczynom. Zwykle jednak znajdował się w pobliżu jakiś gentleman, który pomagał się wspiąć.

Bieg ukończyłem na 2 miejscu z czasem 00:21:39. Tradycyjnie namoczony i utytłany w piasku, jak schabowy w tartej bułce tuż przed wrzuceniem na patelnię. Wygrał Jacek Chruściel z Międzyrzeca Podlaskiego, który dołożył mi ponad 1,5 minuty (00:20:04). Trzeci był brodacz, Tomek Skraburski ze Styrzyńca (00:22:18). Wśród Pań pierwsza przybiegła Monika Osińska z Łukowa (00:26:54).

Ekstremalny Bieg Międzyrzeckich Jeziorek to kameralna, lokalna impreza. Dobry bieg przeszkodowy dla początkujących, wbrew groźnej nazwie wcale nie ekstremalny, dla tych bardziej zaawansowanych po prostu szybki. Fajne bo nietypowe są nagrody (oprócz trofeum-opony dostałem m.in. maszynkę do strzyżenia. Kto chętny do przycinki – zapraszam do Wisznic. Uprzedzam, że nie mam kursu fryzjerskiego ale chętnie na kimś poćwiczę), „medale” i pakiet startowy (zamiast 177 koszulki z biegu był ręcznik z logo imprezy. Fajne, bo bardziej praktyczne). A po zakończeniu posiłek regeneracyjny i dla wszystkich chętnych zawodników zjazd na tyrolce na drugi brzeg jeziorka. Niestety, śpieszyłem się i z tej ostatniej atrakcji nie skorzystałem. Może za rok.


P.s. Wymyśliłem już, co zrobię z wygraną oponą. Nie zawieszę jej na ścianie i nie ustawię na szafie, czym mam nadzieję nie urażę darczyńcy. Ma już nawiercone otwory więc wystarczy tylko podpiąć linkę i można ją ciągnąć robiąc świetny trening siłowy. O! Jak Justyna Kowalczyk [LINK].

środa, 23 sierpnia 2017

Altra Olympus 2.0 – test

„Słoninowiec”

Altra to amerykańska firma istniejąca od 8 lat. Założył ją Golden Harper, właściciel sklepu sportowego i biegacz. Nazwę możemy w pierwszej chwili kojarzyć z angielską wymową słowa „ultra” choć będzie to rozumowanie błędne – podobno założyciel wymyślił ją jako pochodną łacińskiego słowa oznaczającego naprawianie czegoś, co jest zepsute. Harper uznał, że tradycyjne buty biegowe, mające podniesioną piętę i wąski przód są do kitu i postanowił zaprojektować własne. Znaczna cześć oferty Altra to buty tzw. maksymalistyczne, na dużo grubszej niż w tradycyjnych butach biegowych podeszwie. Coś jak nieco bardziej popularna marka Hoka. Moja koleżanka, widząc Hoki wyartykułowała pierwsze skojarzenie – „buty na słoninie”! Stąd nazywam je potocznie „słoninowce”.

"Słoninowce" - Hoka i Altra
Cechą obuwia od Altra, oprócz grubej podeszwy jest zerowy drop (spadek pięta – palce) oraz szerokie wyprofilowanie cholewki z przodu, dostosowane do kształtu stopy. Firma zwie to systemem Foot Shape.

O marce Altra słyszałem już dawno ale fizycznie zetknąłem się z nimi rok temu, gdy wyjechałem na UTMB do Chamonix. Przymierzyłem na targach model Olympus 2.0, pochodziłem, pobiegałem. Pierwsze wrażenie było fajne. Dobrze leżały na stopie, wydawały się miękkie a jednocześnie nie tak toporne, jak moje Hoki. Miałem już dwie pary Stinsonów od Hoka, jedną już zajechaną, drugą jeszcze w użyciu. Lubiłem i lubię je nadal ale postanowiłem kupić i Altra. Zamówiłem je ze sklepu sportowego z zagranicy, gdyż w Polsce nie były dostępne.

Na targach w Chamonix

W Chamonix - pierwsza przymiarka
Po odbiorze paczki porównałem pierwsze wrażenie z faktami. Rzeczywiście, położone na wagę elektroniczną, pomimo swojej „słoninowej” podeszwy okazały się znacznie lżejsze, niż Hoka Stinson (Altra w rozmiarze 46,5 – 368 gramów , Hoka w rozmiarze 47 i 1/3 – 425 gramów). Miały wagę podobną jak tradycyjne buty treningowo-startowe znanych marek (przykładowy but szosowy znanej marki zamieszkujący moją szafę biegową - 374 gramy). Waga katalogowa Altra Olympus 2.0 w rozmiarze 9 to 11 uncji czyli 312 gramów.


Co ponadto? Bieżnik Vibram, niezbyt agresywny, nieco tylko bardziej niż w Hoka ale żadne tam zęby jak u INOV-8. Pomimo to but jest klasyfikowany jako trailowy. Podeszwa wewnętrzna to dwie warstwy popularnej pianki EVA. Grubość podeszwy: aż 36 mm. Drop zerowy. Wiązanie tradycyjne, na sznurówki. Cholewka wyglądająca dosyć solidnie, trwale ale w okolicy pięty jest dziwnie niska. Noga nie zapada się w bucie tak głęboko jak w Hokach. System Foot Shape układa ją z przodu w kształt stopy. Po włożeniu stopy czuć, że z przodu jest szeroko ale też górna cześć cholewki, ta nad palcami leży stosunkowo nisko. Bałem się, że mi po dłuższym biegu zacznie naciskać paznokcie i utworzy pod nimi odciski. Obawy te nie sprawdziły się.

Na szlaku

W butach Altra najpierw chodziłem na siłownię, potem na krótkie biegi na stadionie a w końcu zabrałem na długie wybieganie – ponad 30 km. Sprawdziły się dobrze. Może nie były rewelacyjnie przewiewne w ciepły dzień ale nie sprawiły mi żadnych otarć ani odcisków.

Postanowiłem zabrać je na długi ultramaraton górski w północnych Włoszech – Südtirol Ultra Skyrace. Dystans wyścigu 120 km, przewyższenia 7500+, limit 40 godzin. Ultramaraton miał charakter skyrunningu, większość dystansu zawodnicy pokonywali na wysokości 2000 metrów i wyższej. Altra wydały mi się dobrym pomysłem gdyż po pierwsze: były w miarę lekkie, po drugie: gruba podeszwa zabezpieczała stopy przed wbijaniem się kamieni w piętę, po trzecie: uznałem że but ten świetnie się sprawdzi na długich zbiegach, zwłaszcza tym ostatnim, gdzie zbiegało się ponad 2000 metrów w dół, do Bolzano.

Zdjęcie: Südtirol Ultra Skyrace

Pomimo pozytywnych doświadczeń nowych butów nie byłem na sto procent pewien. Postanowiłem się zabezpieczyć i zostawić na przepadku na półmetku buty zapasowe: INOV-8 Race Ultra 270. Planowałem, że jeśli po 60 kilometrach coś będzie nie tak z Altra to je wymienię na sprawdzone podczas UTMB „inowejty”. Mniej amortyzowane i twardsze, ale i lżejsze od Altra o 20 gramów (348 gramów w rozmiarze 47)

Początek wyścigu, długie podejście a potem nocny bieg kilku płaskich odcinków i znowu podejście były OK. Buty sprawdzały się bez zarzutu. Szutrowe drogi i leśne ścieżki wyraźnie im pasowały.

Gorzej zaczęło się robić w trudnym terenie, powyżej 2000 metrów. Tak już nie było leśnych ścieżek ale trawiaste zbocza, pełne kamieni lub gołoborza pełne skał. Tu musiałem bardziej uważać, gdyż okazało się, że buty na nierównej powierzchni są mało stabilne. Po drodze kilkukrotnie skręciłem nogę. Na szczęście jestem dosyć sztywny więc nic się nie stało, trochę pobolało i mogłem lecieć dalej. Postanowiłem jednak uważać i nie ryzykować szybkich zbiegów w trudnym, kamienistym terenie aby nie prowokować kontuzji a w konsekwencji zejścia z trasy.

Dodatkowo buty słabo radziły sobie z trzymaniem się na kamieniach. Ślizgały się, pomimo tego, że pogoda w trakcie wyścigu była super. Nic nie padało.

Tak, miałem w przepaku drugie buty, ale zdecydowałem ich nie zakładać lecz zostawić „słoninowce” Altra z myślą o czekających mnie dwóch, bardzo długich zbiegach, na których ich miękkość powinna być zbawienna.

W drugiej połowie trasy, około 80 kilometra pod piętą jednej ze stóp czułem pieczenie i nieprzyjemne uczucie zwiastujące, że coś się tam dzieje. „No, tak, robi się odcisk” – pomyślałem. Zwolniłem, kilkukrotnie zatrzymywałem się aby wyjąć kamyczki notorycznie wpadające do dosyć niskiej cholewki. Czyściłem skarpetkę i but chcąc odsunąć moment pojawienia się bąbla na pięcie jak najdalej w czasie. Potem zdałem sobie sprawę, że owo pieczenie to nie odcisk tylko odparzenie spowodowane gorącem i namoczeniem buta w jednym z potoków. Przy ciepłej pogodzie, wilgoci i niewielkiej oddychalności w okolicy pięty nic dziwnego, że pojawiło się odparzenie. Uznałem, że to nie takie groźne i jakoś z tym dotrę do mety.

Dziesięć kilometrów dalej miałem duży kryzys. Wlokłem się idąc, nawet po płaskim. Byłem tak wyczerpany, że nie miałem siły biec. Nie biegałem także dlatego, że w butach na grubej podeszwie słabo czułem podłoże. Notorycznie potykałem się o kamienie. Mogłem się przeto racjonalnie usprawiedliwić tym, że nie biegnę bo gdybym zaczął biec tak zmęczony i w takich butach to najpewniej wkrótce wywinąłbym efektownego orła. Na kamieniach nie byłoby to nic przyjemnego.

W pewnym momencie, gdy tankowałem energię na punkcie zagadał mnie jakiś biegacz. - O masz na nogach buty Altra? Ja jestem ich ambasadorem. Jak się sprawują? – zagaił. - Amortyzacja fajna, wygodne, ale niezbyt stabilne w trudnym terenie. No i dosyć śliskie na kamieniach, pomimo podeszwy Vibram – odpowiedziałem. Słabej stabilności jakby oczekiwał ale moim narzekaniem na śliskość widocznie się zdziwił.

Na ostatnich dwudziestu kilometrach odnowiłem zapasy paliwa, podniosłem morale i zacząłem zbiegać do mety. Na coraz niższych wysokościach szlak z trudnego stawał się coraz łatwiejszy. Płaska lub lekko opadająca ścieżka wśród łąk, łagodny zbieg leśną dróżką, szutrowa, szeroka droga, w końcu asfalt prowadzący mniej lub bardziej stromo w dół.

Tu moje Altra Olympusy pokazały, co potrafią. Na prostszym technicznie szlaku po prostu śmigały. Zbiegałem jak na poduszkach, wygodnie, miękko i stabilnie. Miałem siły i pędziłem, myślę, że grubo poniżej 5 minut na kilometr. Na tym etapie Altra sprawowały się świetnie. Ostatecznie 24 godzin nie złamałem, zabrakło mi 29 minut ale stóp na tym długim zbiegu nie skasowałem. Nie miałem na mecie żadnych odcisków ani otarć. Zająłem 23 miejsce OPEN na 196 uczestników.

But bardzo dobrze przetrwał wyścig, nic się w nim nie porwało, nie zaczęło pękać. Przebiegłem w nich dotychczas około 200 km i nadal są w bardzo dobrym stanie.

Podsumowanie

Altra Olympus 2.0 to but stosunkowo lekki, jak na but maksymalistyczny. To jedna z jego zalet. Dodatkowo jest wygodny co też ma olbrzymie znaczenie. Ma miękką podeszwę przez co dobrze chroni spód stopy, przed ostrymi kamieniami. Wygląda też na trwały i solidny.



Niestety, są i minusy. W trudnym górskim terenie słabo sobie radzi pod względem stabilności. Nic dziwnego: jeśli połączymy wysoką, 36 mm podeszwę plus płytką cholewkę – taki będzie efekt. Mocniejsze ściśnięcie stopy sznurówkami poprawia sytuację tylko do pewnego stopnia. Pod względem zabezpieczenia przed poślizgiem na skałach też nie jest za wesoło. Znając dobrą renomę Vibram spodziewałem się więcej. Trzecim minusem jest słabe czucie podłoża będące efektem grubej podeszwy. Może powodować częstsze potykanie się o przeszkody, niż w tradycyjnych, niższych butach.

Następnym razem, na długi wyścig w trudnym, skalistym terenie Olympusów już bym nie zabrał. Zabrał bym je na wyścig terenowy lub nawet szosowy ale w terenie łatwiejszym, gdzie dominują łagodne szlaki, szutry, trawiaste ścieżki, długie, niezbyt trudne zbiegi. W takim terenie buty Altra powinny sprawdzić się świetnie. Oczywiście, na długich, spokojnych wybieganiach treningowych także. Do takich celów jak najbardziej je polecam.

Jeszcze rok temu buty Altra były w Polsce niedostępne. Wkrótce jednak najpewniej pojawią się w naszych sklepach. Na Facebooku istnieje profil „Altra Running Polska” z którego treści wynika, że amerykańska marka właśnie wchodzi do Polski.

[LINK] do testu butów na portalu irunfar. Tam testujący miał nieco inne wrażenia, niż moje. Można porównać. Test jest w języku angielskim.

środa, 16 sierpnia 2017

Südtirol Ultra Skyrace – relacja


Zdjęcie: Sudtirol Ultra Skyrace
Nie jestem w tym roku przygotowany do wymagających imprez biegowych, tym bardziej do biegów ultra, w których startuję ostatnio dużo rzadziej. Niemniej w wakacje pokusa wygrała – wystartowałem w imprezie górskiej w północnych Włoszech - Südtirol Ultra Skyrace.

Dystans liczył 120 km i była to piąta edycja marszobiegu. Limit 40 godzin, podejść około 7500 metrów. Przypuszczałem, że zrobienie trasy zajmie mi pomiędzy 20 a 24 godziny. Ukończyłem w 24 godziny i trzydzieści minut, i to przy znakomitej pogodzie. Dopiero po drodze zdałem sobie sprawę, że jest to nietypowe górskie ultra gdyż większość jego dystansu pokonuje się na wysokości 2000 metrów n.p.m. i wyższej.

Zająłem 23 miejsce na 196 startujących. Do mety dotarło 114 uczestników (56%). Kto ciekaw szczegółów – zapraszam do relacji, którą opublikował portal festiwalbiegowy.pl

[120 kilometrów biegania w chmurach]

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Brendan Brazier – Wege siła – recenzja

Białostockie wydawnictwo „Vivante”, jak można wnosić po samej nazwie, specjalizuje się w literaturze o zdrowym życiu, medycynie naturalnej a w szczególności o zdrowej diecie. Ma w katalogu kilkadziesiąt książek, głównie tłumaczenia zagranicznych autorów, specjalistów w swojej dziedzinie. Jedną z nowych pozycji w katalogu „Vivante” jest polskie wydanie książki Brendana Braziera „Wege siła”.


Jej autor jest dziś ponad czterdziestoletnim, byłym zawodowym sportowcem z Kanady. Przez kilka lat uprawiał wyczynowo triatlon. W omawianej poniżej książce i na swojej pisze, że robił Ironmana trenując po 8-10 godzin dziennie, 40 godzin tygodniowo (s. 33). Dla mnie jako biegacza-amatora te liczby są szokujące bo wydaje mi się nieprawdopodobnym, aby ktoś tyle czasu trenując był jeszcze w stanie się regenerować. Byś może jednak nie znam świata zawodowców na tyle i nie zdaję sobie sprawy, że ci najlepsi tak rzeczywiście trenują.

Odnośnie Ironmana, wkradła się nieścisłość. Autor podaje, że trójbój Ironman to 1,9 km pływania, 90 km rowerem i 21 km biegu/marszu (s.19). Tymczasem każdy tratlonista wie, że te liczby opisują połówkę Ironmana. Dopiero ich podwojenie daje pełnego Ironmana.

Brendan Brazier oprócz triatlonu zajmował się też bieganiem ultra. Wygrał nawet dwa razy 50-kilometrowy bieg w Kanadzie. Niemiecki portal DUV specjalizujący się w płaskich ultra podaje, że Brazier wygrał w latach 2003 i 2004 Harriers Elk/Beaver Ultras w którym startowało raz 19, raz 30 osób. Czasy Brendana na dystansie 50 km to 3:22 i 3:19. Wikipedia wymienia też Braziera jak zwycięzcę Toronto Ultra Race 50 km z 2006 roku. Obleciał 50 km w 3:10 trzymając średnie tempo 3:50 na kilometr.

Kanadyjski przystojniak, po zakończeniu zawodowej kariery sportowej zajął się upowszechnianiem swojej wiedzy o zdrowej diecie. Zaczął doradzać innym sportowcom w kwestii żywienia, stworzył serię własnych produktów spożywczych, napisał kilka książek poświęconych diecie roślinnej, wegańskiej. Jego zdaniem jest to dieta odpowiednia także dla trenujących wyczynowo sportowców, borykających się z problemem dostarczenia odpowiedniej ilości wartościowych składników odżywczych oraz wystarczająco szybkiej regeneracji. Jako trenujący na wysokich obrotach zawodowiec Brazier przez wiele lat testował na sobie produkty, które teraz poleca w książkach. Autor założył profesjonalną stronę internetową, jest cytowany i recenzowany w poważnych mediach. Na Facebooku ma 56 tysięcy fanów.



„Wege siła” jest pierwszym polskim tłumaczeniem drugiej książki Braziera „THRIVE: The Vegan Nutrition Guide to Optimal Performance in Sports and Life” wydanej w 2008 roku. Co w niej znajdziemy?

Książka liczy 419 stron, zapisanych na miękkim i przyjemnym, podobnym do tego z książek „Galaktyki” papierze. Kolorowa jest okładka natomiast w środku kolorowych ilustracji czy zdjęć nie uświadczymy.

Na pierwszych kilku stronach wstępu znajdziemy cytaty z pochwał, jakimi zasypano Braziera i jego prace. Proponowaną przez autora dietę chwalą olimpijczycy, pisarze, trenerzy, dietetycy i medycy. Prym wiedzie Hugh Jackman, aktor znany z filmów fantastycznych takich jak seria X-Men, Van Helsing czy ostatni, nawet niezły Logan.

Po Jackmanie wypowiada się jeszcze sam autor. Uświadamia czytelnika, że obecne wydanie tak naprawdę niewiele się różni od wydania z przed 10 lat. Przepisy podane na następnych stronach są tak samo aktualne jak dekadę temu. Brazier dodał 25 nowych przepisów oraz ikony symbolizujące najważniejsze składniki odżywcze, niewątpliwie ułatwiające poruszanie się w treści dla współczesnego człowieka, wychowanego w coraz większym stopniu na kulturze obrazkowej.

Zasadnicza treść podzielona została na 7 rozdziałów. Pierwszy, stosunkowo krótki poświęcony jest sytuacjom stresowym. Stres różnego typu: żywieniowy, psychiczny i produkcyjny i będąca jego skutkiem produkcja kortyzolu w nadnerczach ma wpływ zarówno na nasze samopoczucie, na łaknienie i w konsekwencji na przykład na wagę, oraz na choroby, które mogą nas dotknąć. Autor w dosyć zrozumiały sposób wyjaśnia dlaczego tak się dzieje i jak tego unikać.

Pozostałe rozdziały poświęcone są już głównie żywności. Według Braziera należy dać sobie spokój z liczeniem kalorii tylko skupić się na wartości odżywczej produktów, a to nie to samo. Autor rysuje przed czytelnikiem piramidę produktów, której podstawą są wszelkie rośliny. Możemy je uprawiać sami, kupować w sklepach ze zdrową żywnością lub nawet w supermarketach – ważne, aby była to żywność jak najmniej przetworzona. Zaletę diety roślinnej Brazier tłumaczy nie tylko dobrym wpływem na zdrowie ale też motywami ekologicznymi. Na kolejnych stronach podaje właściwości poszczególnych produktów spożywczych oraz przepisy na różne wypróbowane przez siebie dania, których jest ponad sto. W drugiej połowie książki autor proponuje czytelnikowi autorski, 12-tygodniowy plan żywieniowy.

W końcowej części znajdziemy dodatek, w którym zamieszczono listę minerałów i witamin, ich właściwości oraz źródła, z których możemy je pozyskać. Dalej niewielki słowniczek pojęć, listę wartościowych stron internetowych poświęconych tematowi żywienia, bibliografię, indeks i krótką notkę o autorze.

Książkę czytało mi się dobrze. Napisana jest jasnym językiem, w sposób przystępny tłumaczy różne procesy zachodzące w naszym organizmie, oraz ich konsekwencje. I dotyczy to nie tylko żywienia. Dowiedziałem się na przykład, dlaczego czasem słuchając muzyki w trakcie zawodów dostaję „kopa” i mogę liczyć na lepszy wynik a innym razem ten bodziec w ogóle na mnie nie działa. Logiczne, zdroworozsądkowe wyjaśnienie dziejących się w nas procesów jest podstawą do świadomej zmiany nawyków żywieniowych i treningowych, co z kolei powinno prowadzić do polepszenia wyników sportowych. Zaznaczę jednak w tym miejscu, że nie należy podchodzić do treści zawartych w książce jak do prawdy objawionej. Brazier na przykład przestrzega przed zakwaszeniem organizmu i chwali dietę roślinną gdyż ta, jako bogata w chlorofil jest bardziej zasadotwórcza i przez to pomaga obniżyć zakwaszenie organizmu (s. 75 i nn.). Tymczasem szperając w Internecie znajdziemy też bardziej stonowane poglądy na sprawę zakwaszenia [PRZYKŁAD].

 Główny zrąb książki czyli produkty odżywcze, ich właściwości i różnorakie sposoby przyrządzenia też są napisane przystępnie. Diety Braziera proponowanej w 12-tygodniowym cyklu nie stosowałem i nie lubiąc sztywnych reżimów – nie zamierzam. Z resztą sam autor zaleca, aby proponowane przez siebie zmiany w menu wprowadzać stopniowo, nie raptownie. Raptowna zmiana to dla organizmu stres a zatem nic dobrego.

Pod wpływem książki zacząłem wprowadzać do diety więcej produktów zielonych. Zacząłem od tych prostych przepisów, choćby od kalafiora z zakładki w okładce. Waga w ostatnich miesiącach spadła mi o kilka kilogramów, być może także dzięki diecie (ostatnio ważyłem ok. 77 kg przy wzroście 189). Waga w stosunku do wzrostu niby super, ale z drugiej strony na treningach nie miałem siły biegać. Przyczyny tego mogą być różne i wcale nie związane z dietą. Może byłem jeszcze zmęczony po wyczerpującym Südtirol Ultra Skyrace (120 km), może przez letnie upały. Autor wspomina w swojej książce, że jeden z jego kolegów sportowców przeszedł na wege-dietę na kilka dni przed zawodami i potem na zawodach nie miał siły. Wypadł słabo. Dlatego jego zdaniem nie warto zmieniać nawyków żywieniowych raptownie ani tuż przed ważnym startem. Trzeba dać organizmowi czas, na przystosowanie się do nowego „paliwa”. I ja właśnie podobnie zamierzam do tematu podejść: stopniowo, powoli włączać do swojego menu coraz więcej produktów roślinnych, nieprzetworzonych. Napisałem „podobnie” gdyż weganinem przynajmniej na razie, nie zostanę. Mięsa staram się jadać mało,  bardziej z powodów etycznych niż zdrowotnych. Niestety, lubię jego smak lecz jeśli już coś kupuję w sklepie to częściej drób i ryby. Przy tym zamierzam pozostać.


Z cech książki, które można poczytać jako niewielką wadę wymieniłbym przede wszystkim jej „amerykańskość”. Jest to ten sam problem jak w przypadku książki weganina i ultra-biegacza Scotta Jurka „Jedz i biegaj”. Nie chodzi mi bynajmniej o obco brzmiące nazwy potraw typu smoothie, wrap, dressing czy burger. Można się do nich przyzwyczaić a szukanie polskich zamienników pewnie byłoby trudne. Chodzi o to, że przepisy są zrozumiałe lecz produkty niezbędne do ich przyrządzenia, jak na polski rynek – egzotyczne. Wodorosty arame, arkusz nori, jarmuż toskański, rodymenia palczasta, sos wegański Worcestershire, kapary – gdzie ja to dostanę? Może i dostanę, w mieście, w dużym hipermarkecie – nawet w moich małych Wisznicach w sklepie spożywczym stoi już półka ze zdrową żywnością, gdzie kupuję nasiona szałwi argentyńskiej (chia). Ale sięganie po takie produkty to jednak trochę kłopot. Raz że bywają trudno dostępne, dwa, że drogie.

Na szczęście te bardziej egzotyczne nazwy, które wymieniłem w akapicie powyżej stanowią mniejszość. Większość składników zawartych w przepisach to nasze swojskie ogórki, marchewki, banany, orzechy, migdały, cytryny i podobne.

Trochę dziwnym pod względem estetycznym zabiegiem jest traktowanie nazw potraw jako nazw własnych i pisanie ich z dużych liter. Przez to mamy potem w innym miejscu, w środku zdania słowa „Keczup”, „Krakersy”, „Przybranie” czy „Czipsy” pisane dużą literą (np. s. 362-363). Filologiem nie jestem, być może jest to poprawne. Ale wygląda dziwacznie.

Przeczytana przeze mnie książka „Wege siła” to pozycja wartościowa. Zawiera szereg cennych i klarownie napisanych wyjaśnień odnośnie wpływu pokarmów na organizm. Nawet jeśli nie wykorzystamy zawartych w niej przepisów czy planów żywieniowych to i tak warto wiedzieć co jemy, co konkretnie taki posiłek do naszego wnętrza wnosi i jaki wpływ na wartość odżywczą ma sposób jego przygotowania. Choćby dlatego warto tę książkę poznać.

Podkreślając znaczenie diety niektórzy mówią: „Jesteś tym, co jesz”. Autor „Wege siły” dzieli się spostrzeżeniem, że elita sportowa często trenuje według podobnych planów treningowych. Skoro więc trening jest bardzo podobny – rozumuje Brazier – to duży wpływ na to, kto ostatecznie  zajmie miejsce pierwsze mają czynniki pozatreningowe. Na przykład dieta.

Dla uczestników zawodów długodystansowych, w tym ultra-biegaczy dieta oraz odżywianie w trakcie wyścigu jest obok treningu i psychiki jednym z trzech elementów składających się na sukces bądź jego brak. Polecam książkę nie tylko dla nich ale także dla zwykłych ludzi bez wybujałych ambicji sportowych, chcących po prostu zdrowo żyć i zdrowo się odżywiać.

wtorek, 11 lipca 2017

Tatarski bieg w Studziance - fotorelacja

Po „Jaszczurze”, jeszcze tego samego dnia pojechałem na „VI Tatarską Piatkę” – bieg na 5280 metrów po polnych drogach w Studziance koło Łomaz. Z Wisznic bardzo blisko.

Nie, nie biegłem. Miałem dosyć biegania po poprzednim dniu. Tym razem bawiłem się w fotoreportera. Pogoda dopisała, do tego pobliskie, malownicze pola stworzyły całkiem ładną scenerię.

Zapraszam do oglądania zdjęć i relacji.


[Studzianka – crossem w wiosce polskich Tatarów]