wtorek, 11 września 2018

Mniej biegania, więcej malowania

W wakacje biegałem mniej, zrobiłem roztrenowanie. Mając więcej czasu bawiłem się w inne hobby, które mnie zawsze pociągało, a na które nie starczało mi zwykle czasu. Malowanie na płótnie. Zacząłem od obrazów łatwych i na małym formacie. Proste pejzaże malowane farbami akrylowymi z pomocą zdjęcia lub tutoriala. Potem przeniosłem się na większy format. Poniżej zdjęcia czterech obrazków, które namalowałem w ostatnich dwóch miesiącach.

Pierwszy, mały obrazek. Zielawa w Wisznicach, zimą, za cmentarzem
2. Pejzaż z jeziorem w górach (z tutoriala)
3. Stary kościół w Wisznicach zimową nocą
4. Wisznice, dom, w którym mieszkam.

sobota, 8 września 2018

Castorian Extreme Race - Udany debiut

Tydzień po nieudanych dla mnie Mistrzostwach Polski w biegach przeszkodowych w Ząbkach pod Warszawą miałem kolejny bieg, też przeszkodowy. Nosił tajemniczą nazwę Castorian Extreme Race. Dlaczego tajemniczą? Bo o ile "extreme race" potrafię sobie przetłumaczyć, to nie wiem, co oznaczać może owo słowo "Castorian" - czyżby chodziło o znanego z mitologii greckiej Kastora, jednego z dwóch braci herosów, brata Polluksa? Możliwe, wszak obaj byli opiekunami żeglarzy i żołnierzy.

Kastor i Polluks: Bliźnięta, Argonauci, herosi

Zastanawiając się nad nazwą wyścigu przy okazji uświadomiłem sobie, że język angielski wdziera się do biegów przeszkodowych szczególnie natrętnie. Dodaje szyku i międzynarodowego charakteru, a słowo "extreme" powoduje ciarki i jeży włosy na plecach niejednego Janusza żyjącego pomiędzy Bugiem a Odrą. Runmageddon, Hunt Run, Survival Race, Armageddon Challenge, Spartan Race, Barbarian Race, Extreme Power Run, Castorian Extreme Race. Czy ktoś zdecydowałby się skrzywdzić organizowaną przez siebie imprezę, swoje wypieszczone dziecko chrzcząc je ordynarną wręcz nazwą typu: Cycowski Bieg Przeszkodowy, Przez płoty i krzaki - szalony wyścig w gminie Sarnaki lub na przykład  Wiosenny Bieg Błotny po Złotą Podwiązkę? Wątpię. A może z nazewnictwem wyścigów będzie tak jak z imionami dzieci? Wpierw zachłyśnięcie się nowym, chrzczenie pociech imionami Ariel, Kewin, Sandra a po jakimś czasie powrót do polskich imion tradycyjnych typu Jan, Piotr, Krzysztof itp. Zobaczymy, niezbadane są wyroki mody.

Impreza miała mieć swoją pierwszą edycję i stanowić pierwszy, wstępny (TRIAL) bieg z całego cyklu wyścigów. Dystans krótki, tylko 4 km, przeszkód 20 czyli niezbyt dużo. Miejsce zawodów - Czemierniki koło Radzynia Podlaskiego - też zachęcało mnie do startu. W końcu od Wisznic to niecałe 50 kilometrów. Postanowiłem wziąć udział w debiutującej imprezie choć wahałem się do ostatniego dnia przed startem. Spuchnięta po zewnętrznej stronie kostka prawej stopy nie pozwalała mi szybko biec przez dłuższy czas. Nadwerężyłem ją tydzień wcześniej na Mistrzostwach Polski OCRA Poland. Zdecydowałem, że pomimo tego te 4 kilometry spróbuję pokonać, będę jednak ostrożnie zeskakiwał z wszelakich przeszkód. Pokusa startu była tym większa, że zapisanych zawodników nie było zbyt dużo, zapowiadane przeszkody w niczym nie przypominały tych trudnych, poznanych niedawno na Mistrzostwach OCRA. Była zatem szansa, na wysoką pozycję.

Na miejsce startu położone na północ od miejscowości na jakichś polach graniczących z dużym lasem dotarłem z pomocą wskazówek usłużnych miejscowych. Było gorąco i słonecznie, chyba około 27 stopni. Liczyłem, że tuż po starcie wpuszczą nas w bagno, które schłodzi i ograniczy negatywny wpływ wysokiej temperatury. Okolice startu i mety wyglądały jak mały festyn. Strażacy przygotowali prowizoryczną sadzawkę wypełnioną pieniącą się wodą. Czekała na dzieci i umorusanych finisherów. Była mała gastronomia, było piwo. Była zadaszona scena a nawet Policja prezentowała swój sprzęt i pozwalała dzieciom robić z nim zdjęcia. Znalazło się kilku znajomych, wśród nich moi byli uczniowie z wisznickiego liceum. Chłopcy wyrośli, jeden trafił do wojska. Fajnie było znowu ich zobaczyć.

Bieg miał trzy oddzielne klasyfikacje: start indywidualny kobiet i mężczyzn, albo w 3-osobowej drużynie. Razem z 43 osobami wybrałem start indywidualny. Większość spośród wszystkich 158 zawodników startujących w imprezie wybrała opcję drużynową. 

Organizatorzy nie przywiązywali zbyt dużej wagi do wypuszczenia zawodników o czasie zgodnym z podanym wcześniej harmonogramem. Pierwsza fala, w której byłem i ja wyruszyła z bodaj półgodzinnym poślizgiem. Nigdzie mi się nie spieszyło więc nie narzekałem. Przed startem miałem jeszcze pół godziny, które wykorzystałem na poznanie początku i końcówki wyścigowej pętli.


zdjęcie: Tygodnik lokalny Wspólnota Radzyńska (24wspolnota.pl)

Pierwsza przeszkoda: opony otrzymane na starcie trzeba było przetargać jakieś 100-200 metrów i wrzucić na pakę samochodu. Pobiegłem wyprzedzony przez wielu, lecz umyślnie. Nie chciałem się zagotować na pierwszych setkach metrów. 

Kolejną przeszkodą, bardziej widowiskową niż sprawiającą jakikolwiek kłopot był płonący na polu rów, który należało przeskoczyć. Potem czołganie pod drutem kolczastym w piachu zlanym wodą. Na tym etapie wszedłem już do pierwszej piątki, szybko się czołgałem lecz niezbyt fachowo. Co rusz zaczepiałem koszulką bądź sterczącą bezwstydnie w górę rzycią o kolczasty drut. Na mecie miałem w związku z tym dodatkowe wywietrzniki w tylnej części ubrania.

Zdjęcie: Piotr Fil

Przeskoczyliśmy przez bele słomy i wskoczyliśmy do lasu. Tam ścieżka wyłożona była oponami, kluczyła zakrętasami, prowadziła to w górę, to w dół, przez pagórki ale, że była dobrze otaśmowana z obu stron to problemu ze znalezieniem trasy nie było. W trakcie przesunąłem się na trzecią pozycję. Wybiegłszy na chwilę na polanę od razu pokonałem pochyłą ściankę ze zwisającą liną. Miała powierzchnię z nieheblowanych desek a zatem bardzo przyczepną. Widziałem, że inni wbiegali na nią nawet bez pomocy liny.


Po kolejnym dłuższym biegu po lesie dobiegłem do przeszkody zwanej "polonista". Dwóch pierwszych już tam było. Był to ni mniej ni więcej tylko autentyczny nauczyciel j. polskiego, który siedział sobie w środku lasu za stolikiem i zadawał zawodnikom pytania dotyczące literatury, słownictwa, gramatyki. Błędna odpowiedź, tak jak w przypadku wszystkich innych przeszkód "kosztowała" zawodnika 20 karnych "burpees" (padnij - powstań). Chłopak przede mną ma "wymień Trylogię Sienkiewicza". Banał - pomyślałem - ja też takie chcę. Wybrałem pytanie pierwsze z listy: "Obcokrajowiec w formie żeńskiej, rzeczownik, może być inny wyraz". Myślę 5 sekund. - Cudzoziemka! - Tak! Leć dalej.



Na następnych kilkuset metrach biegliśmy po leśnej drodze. Pojawiające się przeszkody były łatwe lecz jedna o dziwo sprawiła mi trudność. ściankę strażacką o wysokości ok 150 cm przeskoczyłem łatwo, magiel z opon też nie był niczym trudnym, podobnie plątanina lin pod którymi najwygodniej było się po prostu przeczołgać. Były też dwie drewniane szpule od kabli. Mała, a za nią duża. Nie mogłem się bez rozbiegu wgramolić na tę większą. W końcu jakoś mi się udało, ale chyba za trzecią próbą. Wstyd.


Kolejna przeszkoda: liny. Należało się wspiąć po grubej linie na wysokość około 3 metrów i dotknąć belki. Klasyka rockn'rolla na biegach przeszkodowych. Byłem zadyszany, wyprzedziłem niedawno chłopaka przede mną i wskoczyłem na drugie miejsce. Do lin czułem respekt pamiętając, że na Mistrzostwach tydzień temu, będąc już zmęczonym miałem problem z wejściem po linie na 4 metry. Postanowiłem przezornie odpocząć przez kilka sekund, uspokoić oddech. Odpocząłem, wspiąłem się, lecz znowu spadłem na trzecie miejsce gdyż kolega tuż za mną nie bawił się w żadne głupie przestoje pod linami.

Zdjęcie: Piotr Fil

Dobiegliśmy w końcu do jakiegoś wyrobiska, gdzie wydobywano piasek. Tam trasa prowadziła to w dół stromej skarpy, to znowu pod górę; dalej znowu w dół. Dużo piachu i stromo. Lubię to. Na skarpie czekali dopingujący kibice. Z piachu wbiegaliśmy w szuwary i do płytkiego bagienka, gdzie woda nie sięgała nawet do pasa. Podobno były tu zatopione jakieś betonowe kloce, które w zamyśle organizatorów miały pomagać zawodnikom, a których ja się obawiałem. Wyobraziłem sobie uderzenie nogą w niewidoczną pod wodą betonową przeszkodę i założyłem, że nie będzie to nic przyjemnego. Szczęśliwie w nic nie uderzyłem.


Po wyjściu z wody biegłem tuż za drugim zawodnikiem. Nie mogłem Go wyprzedzić, gdyż szuwarowa ścieżka była zbyt wąska. Udało się to na szerszej, leśnej drodze. Wskoczyłem ponownie na drugie miejsce. Kilkaset metrów dalej dostrzegłem zawodnika przede mną. Dojść go nie miałem już siły. Sterał mnie upał oraz ciągły bieg po pagórkowatym terenie i krętych ścieżkach w lesie. Tempo mi spadło. Postanowiłem bronić zajętej pozycji, nie mając nawet świadomości, że biegnę drugi. Myślałem, że przed tym, którego przed sobą widziałem, jest jeszcze ktoś. 

zdjęcie: Piotr Fil

Pozostały ostatnie przeszkody. Pierwsza z nich była najtrudniejsza z całej trasy. To drewniana, pionowa ścianka o wysokości 2,7 metra, której nie można było pokonać z wykorzystaniem metalowych podpórek po bokach. Szczęśliwie nie miała zupełnie gładkiej powierzchni, czasem deska wystawała na zewnątrz o centymetr. Metodą na nią było wbiegnięcie z rozpędu, zahaczenie butem o wystającą deskę i wybicie się w górę, tak, aby sięgnąć górnej krawędzi. Gdy to wyszło, było się już w domu. Podciągnięcie i przejście na drugą stronę. Rozmyślnie piszę "przejście" a nie "przeskok", gdyż ciągle pamiętałem o mojej sponiewieranej stopie. Nie szalałem tu, nie zeskakiwałem, lecz ostrożnie schodziłem. Wysoką ściankę pokonałem dopiero za drugim razem. Ostrożnie ją przeszedłem, podobnie jak ustawioną dalej pionową ściankę - "pajęczynę". Kolega przede mną zniknął mi z pola widzenia. 



Tunel podziemny z błotem wewnątrz był krótki i nie miał ślepego korytarza. Ciekawa ostatnia przeszkoda to jakby magiel vel porodówka z dwoma rzędami opon lecz umieszczonymi nad rowem wypełnionym wodą. Rzuciłem się tam szczupakiem i być może właśnie tam rozbiłem czoło. Nie pamiętam jak to się stało, krwawiącą ranę zauważyłem dopiero na mecie.



Wyścig ukończyłem z czasem 25:01 minut brutto. Byłem drugi. Zwycięzca, Marcin Lewicki, jak się potem okazało przeszkodowiec z Płocka, weteran różnych Runmageddonów, uczestnik tegorocznych Mistrzostw Europy OCR w Danii, przybiegł niecałą minutę wcześniej (24:06). Cały bieg w wersji indywidualnej ukończyło 44 zawodników. Wśród Pań najlepsza była Beata Chruściel z czasem (30:44). Najszybszą drużyną okazały się Dzikie Borsuki z Łukowa (27:01).



Jak wypadł debiut Castorian Extreme Race? W moim odczuciu bardzo dobrze. Trasa bardzo dobrze oznaczona, na całości otaśmowana. Kibiców, jak na bieg na obrzeżu małej miejscowości było całkiem sporo, może i więcej, niż na wspomnianych już Mistrzostwach Polski. Teren, w którym rozgrywały się zawody też był dużo ciekawszy, niż ten na Mistrzostwach. Oczywiście poziom zawodników to już co innego; w Czemiernikach nie było nikogo choćby zbliżonego możliwościami do braci Sobierajskich czy Piotra Łobodzińskiego. Ci wygraliby tu specjalnie się nawet nie wysilając. Także przeszkody były znacznie prostsze i co za tym idzie dużo łatwiejsze. Nie było żadnych combosów, ringów i innych przemyślnych przeszkód dla wspinaczy charakterystycznych dla wyścigu "Hand-Power Race". Bieg w Czemiernikach to typowy biegowo-szuwarowo-oponowo-czołganiowy OCR. Faworyzował biegaczy a nie wspinaczy, badał głównie wydolność a nie siłę rąk i mocny chwyt dlatego pomimo obolałej kostki mogłem w nim zająć drugie miejsce.

Praktycznie wszystko mi się w nim podobało, dlatego - o ile będę miał taką możliwość - chętnie wystartuję w kolejnej edycji.

[Strona biegu]

[Film na You Tube]


Więcej zdjęć ze startu drużynowego zamieściłem na swoim profilu Facebook "Paweł Pakuła"

niedziela, 2 września 2018

Mistrzostwa Polski OCRA Poland – na tarczy

OCRA Poland czyli w wolnym tłumaczeniu polskie Stowarzyszenie Wyścigów Przeszkodowych (Obstacle Course Racing Association) organizowało w dniach 24-26 sierpnia Mistrzostwa Polski w biegach przeszkodowych (OCR). Lubię OCR-y, startowałem w nich nie raz, w tych słabiej obsadzonych potrafiłem nawet bywać wysoko. Gdy dowiedziałem się o Mistrzostwach Polski mających mieć miejsce w Ząbkach pod Warszawą, niewiele myśląc, zapisałem się. Z trzech opcji: bieg na 3 km, bieg na 15 km i drużynówka wybrałem bieg na 15 km. Jestem biegaczem długodystansowym więc logiczne, że im dłuższy dystans, tym mam większe szanse ze sprinterami. Będzie bieganie po krzakach, będzie błoto, czołganie, liny, szuwary, opony, skoki przez ścianki itp. Dużo startujących i dużo kibiców – w końcu to prawie Warszawa a nie jakaś prowincja. Tak myślałem. Zapłaciłem niemałe 270 złotych za grupę ELITE i czekałem kilka dni, do startu.

Tuż przed zawodami zacząłem się niepokoić. Na profilu Facebook organizator zaczął ujawniać przeszkody. „Pająk”, jakieś konstrukcje metalowe z łańcuchami. Nie jestem mocny w rękach, proporcje ciała mam bliższe dla tyranozaura (tj. małe łapki – wielki tyłek) niż orangutana. Zaczynałem podejrzewać, że dla mnie walka toczyć się będzie nie o miejsce w czołówce, a o ukończenie.

Gdy przyjechałem w sobotę na miejsce ciemne chmury gromadzące się nad moim startem pociemniały jeszcze bardziej. Prawie żadnych kibiców, zawodników może kilkunastu, jeszcze w biurze zawodów nie mieli mnie na liście opłaconych. Na stadionie obok przemyślne konstrukcje – combosy zbudowane z rurek, lin, obręczy (ringów) nawilżane były przez lekko padający deszczyk. Przyjrzałem się temu: wszystko na siłę rąk i korpusu, jakbym był na zawodach Street Workout. Dla siłaczy, dla wspinaczy ze ścianek wspinaczkowych pewnie pestka. Dla mnie – typowego biegacza – duże wyzwanie.

Na miejscu przepisałem się z grupy ELITE do kategorii wiekowej. Gdy ledwie kilkunastoosobowa grupa najszybszych wystartowała poleciałem za nimi. Chciałem zobaczyć, jakie są przeszkody poza stadionem. Okazało się, że trasa wbiega do lasu i robi tam niewielką pętlę. Tylko 3 km. Znaczy to, że aby zrobić dystans 15 km trzeba ją pokonać 5-krotnie. Nudno. Większość przeszkód, oprócz banalnych kilku pierwszych badała siłę rąk. Słabo się w tym widziałem i uznałem, że w tych warunkach sukcesem będzie nie ukończenie zawodów, lecz ukończenie pierwszej z pięciu pętli, czyli przejście wszystkich przeszkód. Bieganie nie miało tu za bardzo znaczenia o czym przekonałem się obserwując biegnącą wolno czołówkę. Służyło tylko do odpoczynku pomiędzy trudnymi przeszkodami.

W południe startowała mogą grupa wiekowa (M40) plus okoliczne grupy wiekowe. Wszystkich było kilkunastu. Z mężczyzn z mojej grupy wiekowej było chyba trzech, w tym jeden Anglik. Było tak kameralnie, że wystarczyło tylko (aż) ukończyć aby załapać się na podium. Obok mnie stała Patrycja Bereznowska, rekordzistka świata i Mistrzyni Polski w czasowych biegach ultra. Miała jakąś opaskę na ramieniu. Zaczepiona powiedziała, że ma kontuzję barku i raczej odpuści przeszkody, tylko sobie pobiega.
 
Przebieg zmagań

Wystartowaliśmy i zaczęliśmy od rzeczy łatwych. Krótki bieg z workiem z piaskiem, skok przez bele słomy, wybiegamy poza stadion, trochę ulicą i skręt do lasku. Dopiero trzecia przeszkoda bardziej wymagająca: Pochyła ścianka z liną. Coś jak Bestia Koala z Extreme Power Run tylko chyba wyższa. Była mokra i śliska od deszczu ale wbiegłem na nią i łatwo się wspiąłem za pierwszym razem chwytając sprawnie linę. Nie miałem rękawiczek co pozwalało mi sprawniej chwytać lecz w przyszłości groziło większymi odciskami i obtarciami. Po drugiej stronie nie miała drabinki tylko równie pochyłą ściankę. Chciałem się zsunąć przodem do kierunku biegu czyli tyłem do ścianki. Niestety posłuchałem obsługujących wolontariuszy i zsunąłem się brzuchem do ścianki, tyłem do kierunku biegu. W efekcie poddałem staw skokowy mocnemu obciążeniu. Dziś, 5 dni po zawodach mam opuchliznę na kostce, mogę jedynie wolno truchtać i nie wiem, czy wystartuję za dwa dni w Castorian Extreme Race – kolejnym biegu przeszkodowym.

Po ściance kolejna przeszkoda w lesie: lina zawieszona na wysokości głowy, rozpięta pomiędzy drzewami. Trzeba było nią przejść zawieszonym pod spodem, trzymając się rękoma i nogami. Proste. Biegłem cały czas na końcu wraz z jakąś dziewczyną, chyba bywalczynią siłowni albo ćwiczącą crossfit. Tak sobie rozmawialiśmy truchtając, ja cały czas bez pośpiechu, z założeniem że super byłoby przejść wszystkie przeszkody.

Piąta przeszkoda to „ninja”. Bałem się jej, bo z opowieści wydawała się trudna do przejścia. Coś jak trzy liny zawieszone w rzędzie, które trzeba przejść skacząc z jednej na drugą z tą różnicą, że zamiast lin były zawieszone metalowe rurki. Pierwszy raz coś takiego robiłem i udało się za pierwszym razem. Koleżanka, której imienia nie znam utknęła na chwilę więc pobiegłem dalej sam.

Przeszkoda szósta to pająk – „spider obstacle”. Organizator umieścił film z jego przejścia na profilu facebook. Obawiałem się solidnych problemów bo znowu przeszkoda opierała się na silę rąk. Trzeba było wspiąć się po linie około metra, przeskoczyć na położoną ukośnie drabinkę, przejść nią od spodu w dół, potem na drabinkę ułożoną ukośnie w górę i skończyć schodząc po linie. Zdjęcie przeszkody jest poniżej. W każdym razie pierwszy raz był nieudany. Wspiąłem się po linie ale przechodząc z liny nie sięgnąłem szczebla drabiny i spadłem. Za drugim razem udało się przejść, choć z ułatwieniem, odpoczynkiem pośrodku. 

"Pająk". Zdjęcie Agata Dudek

Po „pająku” miałem już zmęczone, zgrabiałe ręce. Przeszedłem jeszcze prostą, siódmą przeszkodę polegającą na przejściu wzdłuż rurki będąc zawieszonym na rękach.

Przy przeszkodzie ósmej spędziłem już około 15 minut. Co to było? Prosta rzecz – lina. Dosyć gruba ale bez węzłów. Trzeba się było po niej wspiąć i klepnąć w belkę zawieszoną na wysokości ok. 4 metrów. Próbowałem z dziesięć razy. Normalnie zrobiłbym to za pierwszym ale miałem już zmęczone ręce. Podchodziłem, próbowałem, odpadałem. Odpoczynek minuta – i kolejna próba. Mijający mnie inni zawodnicy podpowiadali, że kluczem jest właściwe zaplecenie nóg wokół liny. Próbowałem, raz mi szło, innym razem lina uciekała mi spod nóg. W końcu, chyba za 10 razem się udało. Poszedłem dalej nawet nie starając się biec.

Przeszkoda dziewiąta – dla mnie ostatnia – „low ringi”. Metalowy combos z zawieszonymi dosyć nisko (ok. 1 metr nad ziemią) elementami na łańcuchach. Były to: ukośna rurka, pionowa krótka rurka, ring, metalowa kulka, ring, opona, ring, ring, odwrócone T z rurek, duży ring. Miało to długość kilku metrów, które trzeba było przejść bez dotykania ziemi i klepnąć w znajdujący się na końcu dzwoneczek. Początek szedł mi dobrze, zwykle do momentu, gdy z ringów trzeba było przerzucić nogi do środka opony. Tu zwykle odpadałem. Wracałem na początek przeszkody, odpoczywałem kilka minut i podchodziłem ponownie. Nie wiem ile razy, tak na pewno ponad godzinę. Pomyślcie – „bieg”, w którym ktoś przez godzinę stoi w jednym miejscu. Mijali mnie poznani na zawodach inni zawodnicy: Jakiś chłopak, angol z mojej grupy wiekowej, który po chyba trzecim okrążeniu chwalił mi się odciskami na rękach i cieknącą z nich krwią mówiąc z uśmiechem „first blood”. Patrycja Bereznowska odpuściła przeszkody i tylko biegała sobie okrążenia aby nabić 15 km. Ja nie widziałem sensu w takim bieganiu bez przeszkód więc uparcie stałem przy moich „low ringach” usiłując je zaliczyć. Kilkakrotnie minęła mnie też późniejsza zwyciężczyni wśród kobiet Małgorzata Szaruga. Widząc niezdarę, która stoi cały czas nie mogąc pokonać przeszkody dwa razy pokazała mi, jak przejść. Tłumaczyła, aby zawieszać się na ringach nie dłońmi, lecz na stawie łokciowym. Że tak jest łatwiej. Rzeczywiście, łatwiej było, robiłem tak jak mi doradzała. Z czasem przeszedłem już za oponę, już byłem nawet na ostatnim ringu, machałem nogą i ręką w odległości 10 cm od dzwoneczka, którego dźwięk oznaczałby zaliczenie przeszkody. I guzik. Nie dałem rady. Byłem już zbyt styrany poprzednimi przeszkodami.

Na "low-ringach". Zdjęcie Emilia Pergoł

Po niecałych 2 godzinach, obolałych rękach i nogach, pokonaniu w tym czasie dystansu ok. 2,5 km odpuściłem ten „bieg”. Oddałem opaskę. Nie pokonałem nawet jednego, z planowanych 5 okrążeń. Objadłem się jeszcze na punkcie żywieniowym, wziąłem prysznic w bazie i z jakimś poznanym kolegą – dobrą duszą – pojechałem na dworzec Warszawa Wschodnia.

Podsumowując

Jak było? Mieszane mam uczucia. Było trudno, ale ja lubię jak jest trudno. Było trochę smutno, bo niska frekwencja wśród kibiców i zawodników. Dziwna sprawa, jak na bieg prawie w Warszawie. Trasa wymagająca, fajne combosy, ale z drugiej strony bardzo to wszystko było mało urozmaicone. Pętla tylko 3 km, w mało atrakcyjnym terenie. Praktycznie wszystkie przeszkody faworyzowały ludzi ze zdolnościami wspinaczkowymi. W konsekwencji ten „bieg przez przeszkody” nie był dla mnie biegiem, lecz „marszem pod przeszkodami”. Ludzie tam truchtali pomiędzy przeszkodami lub szli, ci z czołówki też. Bieganie było elementem drugorzędnym.

Najważniejszym i decydującym elementem było wspinanie i poruszanie się pod przeszkodami, za pomocą głównie rąk. Było to wszystko trudne dla biegaczy, a łatwe dla ludzi parających się na wysokim poziomie wspinaczką skałkową, boulderingiem, kalisteniką czy pole dance. Można było nie być wcale biegaczem a mając silne ręce ukończyć i zająć wysokie miejsce. Natomiast niezły biegacz-amator ze słabo wyćwiczonymi rękoma nie miał szans przejść tych przeszkód. Ja zrezygnowałem na pierwszym okrążeniu ale byli też tacy, którzy rezygnowali mając zrobione trzy okrążenia. Po prostu mieli już zbyt wymęczone ręce, na dokręcenie jeszcze dwóch kółek. Uważam, że nazywanie zawodów takich jak w Ząbkach „biegiem” jest mylące. Zamiast skrótu OCR proponuję dla podobnych imprez nazwę nieco inną a wg mnie trafniejszą: HPR – „Hand-Power Race”. Organizatorzy, szukając zawodników da takich imprez powinni obrać nieco inny target: reklamować się na miejskich ściankach wspinaczkowych i na siłowniach. Może wtedy frekwencja też się poprawi.

Być może jeszcze kiedyś wystąpię w podobnych zawodach „Hand-Power Race”, ale wpierw muszę porządnie poćwiczyć ręce na drążkach, na siłowni. Pomimo wszystko cieszę się, że spróbowałem, choć nic nie osiągnąłem i boli mnie kostka u nogi. Jestem bogatszy o doświadczenie.

Tymczasem w najbliższym czasie będę wybierał OCR-y biegowo-szuwarowo-oponowo-czołganiowe. Czyli te łatwiejsze.

P.S. Słabo znam środowisko dynamicznie rozwijających się biegów przeszkodowych w Polsce ale z tego co się dowiedziałem są w kraju dwa konkurujące ze sobą stowarzyszenia aspirujące do organizowania Mistrzostw Polski. Pierwsza to OCRA Poland organizująca Mistrzostwa w Ząbkach, na których byłem. Druga organizuje Mistrzostwa Polski OCR w Gdyni w dniach 8-9 września. Wieść niesie, że impreza warszawska jest bardziej siłowa na ręce a uboga biegowo i frekwencyjnie, robiona - jak to ktoś określił - „pod Sobierajskich” (polscy znakomici przeszkodowcy). Konkurencyjna impreza w Gdyni ma się charakteryzować znacznie wyższą frekwencją i bieganie będzie tam dużo bardziej znaczącym elementem. Która z tych organizacji wygra rywalizację i zdobędzie serca fanów OCR? Pokaże przyszłość.

niedziela, 12 sierpnia 2018

„Piekielna piętnastka” – na początek sezonu

Ciężko się wraca do treningów oraz do zawodów po prawie pięciu tygodniach roztrenowania. W tym czasie biegałem ledwie 3 razy, przed i w trakcie „Biegu pod Prąd”. Odpoczywałem sobie wcale nie żałując, że w tych letnich upałach ani nie trenuję, ani nie startuję. Od początku sierpnia biegam znowu.

Ekipa z Wisznic i Wygody. Ania (w środku) - 2 m-ce wśród Pań
Oczywiście zacząłem powoli, spokojnie. Nie minął tydzień od powrotu a już znajomi, wiszniccy biegacze oderwali mnie od błogiego szlachtowania goblinów (Gothic II Noc Kruka) i namówili do startu w biegu ulicznym na 15 km w Kodniu. Trochę się wahałem bo miał być jak zwykle upał ale dzień przed startem zdecydowałem, że pomimo tego pojadę. Wpisowe tylko 30 złotych, z możliwością wpłaty na miejscu w dniu startu. Na cuda nie liczyłem ale na mocny trening jak najbardziej. Stwierdziłem, że w takich warunkach sam nie zmusiłbym się aby pobiec 15 km w II/III zakresie a na zawodach będę zmuszony.

Bieg ma długą tradycję, tegoroczna edycja była dziewiętnastą z kolei. Nie miał jednak licznej obsady. Na starcie stanęła nieco ponad setka zawodników. Zaczęliśmy o 13 w centrum Kodnia, przy bazylice św. Anny. Chmury na zmianę to zasłaniały, to odsłaniały słońce. Termometr wskazywał około 30 stopni.  Warunki dla każdego takie same lecz – o czym się już nie raz przekonałem – to nie znaczy, że wszystkim równo dadzą się we znaki. Ja należę do tych, którym upał zwykle „dokopuje” bardziej ale w tym przypadku nie przejmowałem się. Postanowiłem robić swoje.

Początek to dwie pętle, mniejsza i większa, po centrum Kodnia. Zrobiło się tu małe zamieszanie bo część czołówki chciała zaraz po starcie zrobić najpierw mniejsze koło, zaś prowadzący bieg motocykl pojechał robić większe. Wszystko trwało tylko sekundy, ostatecznie nikt się nie zgubił i nie zrobił autorskiego wariantu trasy.

Wybiegliśmy z Kodnia, w stronę Kopytowa, gdzie po ok. 8 kilometrach mieliśmy zawrócić. Biegłem w okolicach 10-12 miejsca, w tempie ok. 3:55 na kilometr. Czułem się w miarę dobrze ale na początku tak zwykle jest. Już po ok. 4-5 kilometrach zaczęło mnie zginać. Tempo spadło, najpierw do 4:10, potem do 4:20 na kilometr. Wyprzedziły mnie ze 4 osoby, w tym prowadząca wśród kobiet Białorusinka. Usiłowałem się trzymać tuż za nią ale skąd – nie dałem rady.

W pobliżu Kopytowa zauważyliśmy, że chmurzy się i wieje coraz bardziej. Zrobiłem „agrafkę” rozpoczynając powrót do Kodnia. Pozdrawialiśmy się z innymi biegnącymi z naprzeciwka, w stronę Kopytowa. Biegłem dalej swoje po ok. 4:20 będąc przekonanym, że pewnie tak już doczłapię do mety. Dalej przed sobą, może 200 metrów miałem ze 3 osoby, blisko za sobą nikogo.

W drodze powrotnej, 5 kilometrów przed metą zaczęło padać. Najpierw nieśmiało, potem co raz bardziej. Wkrótce przyszła ulewa, że było aż siwo. W butach chlupało, byłem przemoczony do suchej nitki. Mój papierowy kapelusz błagał o zmiłowanie. Ale dla mnie były to warunki super. Piękne chłodzenie! Po kilometrze odżyłem, jak gdybym dopiero zaczynał wyścig. Przyśpieszyłem do pierwotnego tempa, 3:55 na kilometr. Zacząłem gonić poprzedzających mnie zawodników. I dogoniłem. Dwie osoby wyprzedziłem na ostatnich 2 kilometrach. Jedną była pierwsza dziewczyna z Brześcia, biegnąca pewnie na miejsce ze sporą przewagą nad drugą a zatem pewnie nie mająca żadnej potrzeby, aby biec szybciej. 


Gdy wbiegałem na metę, zupełnie przemoczony, akurat przestawało padać. Ciekawe, że ci biegacze wolniejsi, z drugiej połowy stawki o deszcz w ogóle nie zahaczyli. Wracając do Kodnia dziwili się wielkim kałużom rozlanym po ulicy. Przecież 40 minut wcześniej biegli tą samą ulicą i było sucho jak pieprz. Jak widać, kto chciał ukończyć na sucho, temu nie opłacało się śpieszyć.

15 km ukończyłem z czasem 1:01:51. Średnie tempo pewnie gdzieś 4:05. Miejsce zająłem 10 OPEN na 103. W swojej kategorii wiekowej byłem 4 na 22.

Fajny, tradycyjny bieg uliczny w mojej okolicy. Dobry trening i pogodowe atrakcje podczas biegu. Cieszę się, że pojechałem.

Strona Biegu [TUTAJ]

sobota, 14 lipca 2018

Wenecja cz. 2/2

Stara Wenecja kojarzy się przeciętnemu turyście z miastem kanałów i gondoli. Historykowi takiemu jak ja kojarzyć się będzie także z Republiką Wenecką, państwem-miastem rządzonym przez arystokrację i pochodzącego z niej urzędnika - dożę. Był to ustrój nietypowy jak na okres średniowiecza, kiedy typową formą rządów była monarchia. Wenecję, tak jak całe północne Włochy kojarzyć będziemy też z kolebką renesansu a w epoce baroku z Claudio Monteverdim i operą.

Canal Grande - widok z mostu

W historii Wenecji znajdziemy nie tylko jasne strony: sztukę, rozwój swobód, kupiectwo, ale też mroczne kary. Jedną z nich była intryga weneckich kupców zawiązana przeciw Konstantynopolowi. Doszło do tego podczas IV wyprawy krzyżowej (1202-1204). Wyprawa ta pierwotnie miała być skierowana, tak jak wszystkie inne wyprawy, do walki z muzułmanami. Tym razem kupcy weneccy tak zakręcili sprawą, że zbrojni zamiast walczyć o Ziemię Świętą najpierw udali się do Dalmacji, gdzie zdobyli należące do Węgier, chrześcijańskie miasto Zadar. Za czyn ten zostali przez papieża wyklęci i formalnie dalsza cześć wyprawy nie miała już charakteru krucjaty. Następnie ci sami, niedoszli „rycerze Chrystusa” zdobyli i złupili również chrześcijański Konstantynopol. Inicjatorom tej nikczemnej intrygi przyświecały cele jak najbardziej przyziemne - chęć pozbycia się groźnego konkurenta w handlu na Morzu Śródziemnym.

Zabytki

Przybywszy na wyspę nie miałem dokładnego planu, co chcę zobaczyć. Niestety nie przygotowałem się do wyjazdu należycie. O Wenecji i jej najważniejszych zabytkach czytałem w pośpiechu dzień przed wyjazdem. Wiedziałem, że do głównych atrakcji oprócz głównego kanału _ Canal Grande – przecinającego faliście środek wyspy należy pałac Dożów oraz Bazylika i Plac św. Marka, ze złożonymi w Bazylice relikwiami Świętego. Chciałem zajrzeć do wspomnianego wcześniej antykwariatu.

Pałac Dożów

Ostatecznie ze zwiedzania wnętrz zabytkowych budynków w Wenecji nic mi nie wyszło, z braku czasu. Większość pobytu na wyspie zeszła mi na spacerze pośród wąskich uliczek miasta. Gdy dotarłem w końcu do Placu św. Marka i położonych przy nim bogato zdobionej bazyliki oraz pałacu dożów było już późne popołudnie. Przed budynkami była kolejka turystów. Do zamknięcia pozostały 2 godziny. Zbiorczy bilet wstępu (”Museum Pass”) na wszystkie okoliczne atrakcje kosztuje 24 euro, zanim bym się dostał w kolejce do biletu, wszedł do środka, minęłaby godzina. Uznałem, że nie opłaca mi się płacić 24 euro za pośpieszne bieganie po komnatach pałacu czy muzeów w godzinę. Zwiedzanie tych atrakcji odłożyłem na następny raz.

Spacer

Koszmar biegacza – Tak bym najkrócej określił wyspową część Wenecji. Chodziłem po niej tak jak po Mestre – bez mapy, jedynie z komórką. To był błąd. Tyle jest tam ciasnych uliczek, tyle kanałów, skrzyżowań, że nie polecam nawigacji z komórki. Kupcie lepiej mapę za kilka euro, będzie dużo wygodniej niż zaglądać co chwila do telefonu aby ustalić pozycję.

Jedna z najszerszych uliczek

Wyspowa Wenecja jest pewnie w 95 procentach zabudowana. Wszędzie kamień, cegła bądź woda. Uliczki są wąskie, nie raz bardzo wąskie. Takie przy których toruńska Podmurna wydaje się autostradą. Do tego duży Canal Grande oraz różne mniejsze kanaliki z przerzuconymi nad nimi, zaokrąglonymi mostkami. Na większości uliczek jest dosyć tłoczno, niektóre są takie, że nie znajdziemy tam nikogo. Trafiłem też na ślepe, gdzie uliczka się urywała pionowym spadkiem do kanału. Ciekawym widokiem było małe podwórko na którym dzieci grały w piłkę, otoczone z czterech stron ścianami domów. Generalnie miasto wywarło na mnie – człowieku wychowanym na rozległych, środkowo-europejskich równinach – wrażenie okropne. Najpierw męczyłem się próbując dotrzeć tam, gdzie chcę. Spojrzysz w górę i nie widzisz punktu orientacyjnego w postaci np. wieży kościoła gdyż ściany są zbyt wysokie a uliczki zbyt wąskie. Przyszło mi na myśl, że zrobić w Wenecji miejski bieg na orientację – to byłoby wyzwanie! Wyjeżdżając po zaledwie kilkugodzinnym pobycie miałem wręcz klaustrofobiczne myśli. Cieszyłem się że nie będę tu nocował.

W mieście dużą rolę odgrywa transport wodny. Ludzie podpływają sobie wprost pod domy na łodziach z silnikiem motorowym. Popularne są tam autobusy wodne – vaporetto. Niezbyt drogie, przejazd do 75 minut kosztuje 7,5 euro. Są też sławni gondolierzy napędzający gondolę długim wiosłem. Gdy ich widziałem, zaraz stawała mi przed oczyma scena z klasycznej komedii polskiej z lat 90-tych „Chłopaki nie płaczą”, w której Bolec proponował gangsterom wspólne obejrzenie filmu „Śmierć w Wenecji”. Na pływanie gondolą się nie zdecydowałem, gdyż podobno taka przyjemność kosztuje blisko 100 euro a ja potrafię wymyślić sto fajniejszych sposobów, na pozbycie się moich stu euro. Ograniczyłem się do zrobienia kilku zdjęć telefonem i przyjrzenia muskularnym dłoniom gondolierów.


Przez moment miałem myśl, aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z Wenecji, jak z uśmiechem moczę w kanale nogi. Potem jednak do nozdrzy dotarł niezbyt zachęcający zapach z kanału i to mnie otrzeźwiło. Przypomniałem sobie czytany przed paru laty artykuł o brudnych, weneckich kanałach i zrezygnowałem. Mógłbym co prawda włożyć stopy do wody, mieć ładne zdjęcie ale w Polsce mogłoby się okazać, że przywiozłem nie tylko ładne zdjęcie ale i kolekcję chorób skóry. Wolałem nie ryzykować.

Pamiątki z Wenecji

Wenecja ma produkty z których słynie i które sprzedaje tłumom przelewających się przez miasto turystów. Najbardziej charakterystyczne są dwa: maski i szkło Murano.

Maski są bardzo kolorowe, pięknie, bogato zdobione, różnorodne i związane z karnawałem. Niektóre zasłaniają tylko oczy, jak u Zorro, inne zakrywają całą twarz. Podobały mi się szczególnie maski ptasie, z dziobem. Widziałem takie w filmach fantastycznych osadzonych w średniowieczu, gdzie pojawia się temat zarazy; choćby w „Polowaniu na czarownice”. Podobno zwą się „medico della peste” i były naprawdę używane przez lekarzy. Dziób nasączony medykamentami, ziołami miał zmniejszać groźbę złapania choróbska [źródło informacji]. Żadnej maski nie kupiłem, bo uznałem, że nie potrzebuję. Kto by chciał sobie taką kupić niech uważa: raz, że zabobon mówi, że przewożenie takiej maski do domu przynosi pecha. Dwa, że na rynku sprzedaje się zarówno oryginalne maski weneckie robione z masy papierowej jak i chińskie podróbki za kilka euro. Jeśli już jakąś kupować, to oryginalną.

Drugi towar eksportowy to szkło z dzielnicy Murano, grupy kilku wysepek na lagunie w pobliżu starej Wenecji. To od tych wysp wzięła nazwę dzisiejsza dzielnica Warszawy – Muranów. Tradycja wyrobu szkła Murano sięga VIII wieku. Dziś szkło z Murano oferuje się turystom na skalę masową. Oczywiście nie są to szyby, lecz naczynia, biżuteria, zegary ze szklaną tarczą i różnego typu figurki. Te ostatnie nawet niektóre ładne więc postanowiłem kupić sobie szklane zwierzątko na pamiątkę. Jeszcze niedawno hodowałem różne odmiany straszyków więc wybrałem owada. Czarno-czerwonego żuczka z rodziny kózkowatych (Cerambycidae).

Tu przy zakupie problem jest podobny jak z maskami. Oryginalne szkło Murano przemieszane jest z chińskimi podróbkami albo po prostu ze szkłem weneckim. Z tego co wyczytałem na szybko przed wyjazdem trudno jest odróżnić oryginalne szkło Murano od podróbek. Najprawdziwsze z prawdziwych produktów Murano sprzedawane są z certyfikowanych sklepach których listę znajdziemy TUTAJ. Niektórzy twórcy szkła z Murano nie są na liście certyfikowanych wytwórców. Inni mogli tworzyć w Murano ale z czasem przenieśli się poza wyspę. Kto chce być pewien zakupu niech najlepiej po prostu uda się do któregoś ze sklepów z listy i kupi produkt z naklejonym z na boku znakiem jakości „Verro Artistico Murano” poświadczającym oryginalność.

Mój pamiątkowy żuczek kupiony został w sklepie, gdy jeszcze o szkle Murano nie wiedziałem tyle co dziś. Nie mając wiedzy, które sklepy zawierają produkty oryginalne a które nie wybrałem sklep w którym produkty po pierwsze: nie są podejrzanie tanie, a po drugie takie, w których sprzedaje ktoś wyglądający na Włocha a nie np. na Pakistańczyka. Bo bywały i takie sklepy reklamujące się szkłem Murano, z podejrzanie atrakcyjnymi cenami a za ladą stał ktoś o urodzie hindusa. Takie śmierdziały chińszczyzną na kilometr.

Czy się przejechałem na zakupie tego drobiazgu? Połowicznie. Już w domu z ciekawości sprawdziłem nazwę sklepu i wytwórcę: F.G.B. Di Bubacco Giorgio & C. snc. Nie jest to sklep z certyfikowanym szkłem Murano. Ma jednak swoją stronę, na której można obejrzeć ofertę oraz przeczytać jego historię. Wytwórca zaczynał w latach 70-tych na wyspach Murano ale po krótkim czasie przeniósł się do Wenecji. Tam wytwarza, według receptur Murano choć poza Murano. Można zajrzeć na stronę sklepu, pooglądać szklane owady (glass art – insects). Niektóre ciekawe.

Na początku wycieczki ulicami możemy się zachwycać, jakie piękne maski, jakie ciekawe szkło. Tylko gdy wchodzimy na kolejną uliczkę i jeszcze kolejną to najczęściej widzimy to samo. Szkło Murano i maski. W co drugim sklepie. Oczywiście przemieszane z kafejkami, pizzeriami. Sporo jest też stoisk z kapeluszami ale wszystkie podobne. Z czasem robi się to wszystko nużące. Wśród wszelkich pamiątek z Wenecji dużo jest takich z uskrzydlonym lwem i łacińskim napisem. Jest to herb Wenecji, lew ze skrzydłami symbolizuje św. Marka zaś napis „Pax tibi, Marce evangelista meus” chyba nie wymaga tłumaczenia.

Ostatnim punktem zakupowym, z którym wiązałem pewne nadzieje był antykwariat Acqua Alta. Trafiłem do niego po dłuższej wędrówce gdyż znajduje się po przeciwnej stronie wyspy niż ta, do której docierają pociągi. Księgarnia urządzona w stylu „zagracony garaż dziadka” wygląda imponująco. Książek mnóstwo. Niestety, niezbyt wygodnie się je przegląda bo leżą na stosach, w ciasnych korytarzach, gdzie przeciska się wielu innych, zainteresowanych turystów. Przejrzałem część ale nic nie kupiłem bo ceny były takie, jak nowych książek w Polsce, więc trudno je zaliczyć do konkurencyjnych. Skupiłem się na podziwianiu klimatycznego wnętrza. Najładniejsza jego część to wyjście wprost do kanału, ze stojącym przy nim fotelu. Żałuję, że nie zrobiłem sobie tam fotografii. W innym miejscu, pod chmurką pod ścianą złożone są całe tomy książek. Gniją wystawione na deszcz. Turyści wchodzą na ten stos nadgniłych tomów i robią sobie pamiątkowe zdjęcia. Tu i ja jedno zrobiłem. Więcej o księgarni Acqua Alta we wpisie polskiej blogerki, TUTAJ.


Społeczność i polityka

Wenecja stanowi część Włoch a państwo to przeżywa w ostatnich latach problemy wynikające raz z rekordowego zadłużenia, dwa z wysokiego, ponad 11 procentowego bezrobocia, trzy z najazdu imigrantów, wyławianych czasem przez organizacje NGO wprost z libijskich plaż i – ku uciesze lewicy – podrzucanych wprost do włoskich portów. Obywatele państwa zniecierpliwieni nierozwiązanymi problemami, a nawet manifestowanym brakiem chęci ich rozwiązania (przyjmowanie nielegalnych, egzotycznych migrantów miały być w zdaniem byłego już, lewicowego premiera Paolo Gentilioniego środkiem służącym ochronie ekonomicznej i kulturowej Europy. Sic!) zagłosowali za odsunięciem od władzy rządzącej dotychczas ekipy. Zamiast centrolewicy wybrali dwie prawicowe partie eurosceptyczne, czym zirytowali europejski, liberalno - lewicowy establishment. Czy nowe rządy pogorszą czy polepszą sytuację Włochów, to się dopiero okaże. A tymczasem jak wygląda sytuacja w jednym z włoskich miast?

W Wenecji przebywają czasowo lub na stałe ludzie z różnych stron świata. Oczywiście tłumy turystów, których ponoć rodowici mieszkańcy mają już dosyć. W sklepach z pamiątkami ale i zwykłych spożywczych pracują nie tylko osoby o urodzie Włochów ale też wyglądający na Chińczyków, hindusów, nawet Rosjanka. Muzułmanie są wyraźnie zauważalni, stanowiąc może kilka procent spośród spotykanych ludzi. Murzynów przy pracy nie widziałem; wałęsają się po ulicach grupki młodych, roześmianych w dresach - podobnie jak z zwiedzanym z zeszłym roku Bolzano. Może pracują w jakichś magazynach a może po prostu cieszą się życiem z zasiłków? Nie wiem.

Przejawów wojny ideologicznej, plakatów skrajnej prawicy lub lewicy; zachęcających do kochania homoseksualistów, ewentualnie „refugees welcome” na ulicach też nie zauważyłem. Pod tym względem miasto wygląda spokojnie choć z drugiej strony ileż mogłem zobaczyć podczas niecałych dwóch dni pobytu.

Jedynym śladem podwyższonego napięcia społecznego w mieście byli dwaj żołnierze z bronią maszynową, wśród tłumu ludzi na pokładzie statku wycieczkowego płynącego po Canal Grande w starej Wenecji. Cóż nie ma się co dziwić – zamach dokonany przez jakiegoś islamskiego szajbusa w samym środku jednego z centrów turystycznych Włoch, na pokładzie wypchanego turystami statku, na oczach tłumu turystów stojących na moście i po obu brzegach kanału byłby z pewnością spektakularny. Nie ma się co dziwić włoskim służbom, że patrolują takie miejsca.

Koniec

Jeśli chcesz poczytać więcej moich wrażeń z podróży to znajdziesz je w zakładce „turystyka”

piątek, 13 lipca 2018

Wenecja cz. 1/2

Być może komuś jadącemu w przyszłych latach na Lavaredo Ultra Trail [RELACJA], bądź na krótsze biegi do Cortiny przyjdzie być przejazdem w Wenecji. Poniżej opisałem swoje subiektywne wrażenia oraz sugestie dla podróżnych, którzy się tu wybiorą.

Widok na Canal Grande, stara Wenecja

Lotnisko

Wenecja to bardzo stare miasto, przeżywające swoją świetność w epoce średniowiecza. Dziś liczba jego mieszkańców (260.000) sprawia, że może być porównywane z polskim miastem Białystok. Główne lotnisko weneckie, do którego prawdopodobnie przylecimy po drodze w Dolomity to lotnisko imienia Marco Polo – sławnego, średniowiecznego podróżnika i kupca pochodzącego właśnie z Wenecji.

Okolicom miasta warto przyjrzeć się jeszcze, zanim samolot dotknie kołami płyty lotniska. Patrząc przez okno powinniśmy zauważyć plątaninę kanałów, rowów i grobli w fikuśnych konfiguracjach. Nie, nie w samej Wenecji. O miejskich kanałach będzie dalej. To co widzimy przez okno to tak zwana Laguna Wenecka, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Z okna samolotu wygląda ciekawie. Niestety nie miałem okazji oglądać jej z ziemi.

Po załatwieniu formalności na lotnisku prawdopodobnie przyjdzie nam się udać na miejsce, skąd odjeżdża autobus do Cortiny. Na bilecie, który kupiliśmy przez Internet będzie napisane „Parcheggio Aeroporto Marco Polo”. Parcheggio to po włosku „parking”. Jeśli jedziemy z Cortina Express i mamy napisane „parcheggio” to nie jest to ten przystanek przed frontem terminalu lotniska. Tam też zatrzymują się autobusy ale jadące raczej do centrum Wenecji. Choć widziałem też na tabliczce odjazdy do Cortiny. „Parcheggio” jest trochę na uboczu: trzeba wyjść z terminalu, skierować się w prawo i iść jakieś 200 lub 300 metrów, wzdłuż białych barierek, pod plastikowym zadaszeniem. Powinniśmy znaleźć parking i tam należy oczekiwać autobusu. Nasz spóźnił się z 10 minut, jeśli tak będzie to nie należy panikować. Powinien przyjechać. Jaki jest koszt około 2-godzinnego przejazdu autobusem na trasie Wenecja – Cortina? Ja płaciłem 15 euro w jedną stronę, gdy bilet powrotny kupowałem już blisko terminu zapłaciłem 25 euro. Warto zatem kupić bilety odpowiednio wcześnie, aby nie przepłacać.

Hostel

Miasto Wenecja podzielone jest na 6 dzielnic. Historyczna, stara Wenecja znajduje się na wyspie zaś większość mieszkańców żyje w dzielnicach na stałym lądzie. Jedną z dzielnic jest Mestre. To można powiedzieć - centrum lądowej Wenecji. Jadąc autobusem do Wenecji to właśnie w Mestre, przy dworcu kolejowym był ostatni przystanek.

Gdzie się zatrzymać? Sam, stosownie do swojego stanu podróżuję zawsze budżetowo i wybieram tanie noclegi i tanie środki transportu. Szukając hosteli w Wenecji znajdziemy je i na wyspie i w części lądowej, np. w Mestre. Zdecydowałem się na niedrogi hostel „Anda” położony tuż przy dworcu w dzielnicy Mestre. Był to trafny wybór. Hostel położony jest kilkaset metrów od ostatniego przystanku autobusowego. Po przyjeździe do Wenecji nie musimy nigdzie daleko iść z tobołami ani jechać autobusem miejskim. Hostel jest tani, zapłaciłem 36 euro za dwie doby. Trzecia rzecz to miła obsługa i fajny design. Widać, że ktoś, kto to urządzał interesował się wzornictwem. Wnętrze jest w stylu loft, postindustrialne, z wysokimi sufitami i dużymi przestrzeniami. Czyste, nowe. Dookoła dużo młodych ludzi z różnych stron świata, w tle leci chilloutowa, delikatna muzyka elektroniczna. Klimat trochę jak ze starej przygodówki „The Longest Journey”, którą kiedyś ukończyłem. Wybrałem pokój 9-osobowy. Spośród 2 nocy tylko przez pierwszą mieszkałem z trzema młodymi Szwedkami, które zwiedzały akurat Włochy a następnego dnia jechały już do Grecji. Drugiej nocy byłem już sam.



Rozmowy przy pizzy

Włochy, pod względem kulinarnym kojarzą nam się zapewne z pastą (makaronem) i pizzą. Ja zaraz po przyjeździe i rozgoszczeniu się w hostelu wybrałem się na pizzę. Niedaleko Anda hostel, tuż przy wejściu do dworca kolejowego Mestre, a zatem przy miejscu, skąd przyszliśmy, na początku via Cappuccina jest mała pizzeria Da Michele. Polecono mi ją w hostelu mówiąc, że blisko, niedrogo i smacznie.

Pizza kosztuje tam ok. 8 euro a zatem nie jest wiele droższa niż pizza w Polsce. W Wenecji jadłem pizzę dwukrotnie; ta w Da Michele była niezła, choć ostra. Powinienem się tego spodziewać zamawiając „diabelską”. Na wyspie zamówiłem jeszcze raz, tym razem jakąś zupełnie mi nieznaną wersję. Słabo trafiłem. Dostałem pizzę wyłożoną małymi rybkami (szprotami?) i w konsekwencji śmierdzącą szprotami. Ogólnie mówiąc włoskie pizze z nóg mnie nie zwalają. Może powinienem się zachwycać, bo wiadomo, że oryginalne, włoskie powinno być z zasady lepsze niż jakieś podróbki. Tymczasem stwierdziłem, że bardziej mi smakuje zbarbaryzowana wersja polska, pizza z ketchupem i majonezem, niż oryginalna pizza włoska. Cóż, wiadomo - „de gustibus...”.

Na pizzy przysiadłem się do jakiejś Chinki. Okazało się, że jest to Chinka z Hong Kongu. Ma teraz urlop w pracy, to sobie podróżuje po Europie. Jest tu już któryś raz z kolei. Rozmowa była o tym, co kto robi, jak mu się tu podoba, co warto zobaczyć. Standardowo. W końcu zeszło na bieganie bo powiedziałem, po co tu przyjechałem. Zapytałem czy słyszała o Hong Kong 100 – taki stukilometrowy wyścig ultra w Hong Kongu. Nie słyszała. Na pytanie o bieganie w Hong Kongu mówiła że tam wcale tak dużo ludzi nie biega. Nie mają tam czasu bo pracują często 10-12 godzin dziennie. Na moje pytanie – jak to? – odpowiedziała - a tak to, że oficjalnie w firmie masz pracę na 8 godzin ale roboty dostajesz tyle, że jak jej nie zrobisz w 8 godzin, to siedzisz w pracy, aż zrobisz. Dlatego – jak mi Chinka tłumaczyła – ludzie często siedzą tam w pracy po godzinach. Praca po kilkanaście godzin jest tam zjawiskiem powszechnym.

Chwilowy przeskok w czasie - dwa dni do przodu. Ląduję w Warszawie, jadę do centrum miasta. Przy wyjściu z Metro Centrum stoją młodzi aktywiści z partii Razem, zbierają podpisy pod projektem ustawy skracającej czas pracy w Polsce do 35 godzin tygodniowo (czyli 7 godzin dziennie). Pisałem już w jednym z niedawnych postów, że w sprawach ekonomicznych jestem indolentem i nie będę udawał tu znawcy, ale po tych dwóch scenach, spotkaniu z Chinką i z aktywistami Razem naszła mnie taka refleksja, że chyba nie znam państwa bądź narodu, który dorobił by się bogactwa na nieróbstwie.

Mestre

Pierwszego dnia po przyjeździe, w niedzielę odpuściłem sobie zwiedzanie miasta gdyż miałem jeszcze opuchniętą stopę i byłem ogólnie zmęczony. Na wycieczkę wybrałem się następnego dnia. Nie kupiłem żadnej mapy tylko chodziłem po ulicach z komórką i Google Maps. Trochę tak na chybił-trafił. Interesowały mnie przede wszystkim sklepy z ciuchami i księgarnie, zabytki, oraz ogólny obraz społeczny miasta.


O wszystkich sklepach, które odwiedziłem rzecz jasna pisać nie zamierzam, tym bardziej, że rewelacji nie było. Owszem, znalazłem ciekawy sklep z kapeluszami, już nawet nie pamiętam na której ulicy. Kilka ciekawych propozycji znalazłem w sklepie z klasyczną odzieżą męską Dan John. Najwięcej czasu spędziłem w księgarni Nuova Libreria Galileo w centrum Mestre. Lubię chodzić po takich miejscach, nie koniecznie aby od razu kupować, ale aby choć przyjrzeć się, co tacy Włosi wydają i co czytają. Szczególnie z tego, co dotyczy historii lub kontrowersyjnej polityki.


W księgarni moją uwagę zwróciła pokaźna kolekcja książek Oriany Fallaci, niepokornej lewicowej Włoszki i sławnej dziennikarki, która w ostatnich latach życia zajęła stanowisko radykalnie antyislamskie czym zraziła do siebie dawnych lewicowych przyjaciół, dziś zakochanych w myśli szerokiego otwarcia drzwi dla muzułmańskich migrantów. Będąc przy tym temacie dopiszę, że ciekawie wyglądały na półce religijnej także Biblia i Koran – obie jakby na równorzędnej pozycji, przytulone do siebie niczym brat z siostrą. W dalszej części uwagę przyciągał cały regał wypchany włoskimi wydaniami klasycznej literatury starożytnej, greckiej i łacińskiej. Z poloniców zauważyłem jeden – włoskie wydanie „Apteki w getcie krakowskim”. Są to wspomnienia polskiego aptekarza, Tadeusza Pankiewicza  który podczas okupacji prowadził w getcie „Aptekę pod Orłem”. Pomagał Żydom dając im za darmo leki, załatwiając lewe dokumenty, przekazując informacje. Przeżył wojnę i został odznaczony tytułem Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. Zmarł w 1993 roku.


Trafiłem też na ładne albumy-reprinty. Jeden to „Florilegium” - pięknie wydany album z rysunkami egzotycznych roślin. Autorem jest Joseph Banks, botanik żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku, który uczestniczył w podróży Jamesa Cooka dookoła świata (1768-1771). Drugi ciekawy album, już skromniejszy i tańszy poświęcony był historii ubioru na całym świecie autorstwa Auguste Racinet’a (1825-1893). Wahałem się nad Racinetem bo stara moda coraz bardziej mnie interesuje, ale ostatecznie nic nie kupiłem. I Banks i Racinet są dostępni w bibliotekach cyfrowych. Ponadto planowałem jeszcze wizytę w antykwariacie na wyspie, którego adres sobie zawczasu wyszukałem. Tam postanowiłem zaszaleć i kupić jakąś książkę na pamiątkę.


Po wizycie w centrum skierowałem się pieszo do dzielnicy Marghera, gdzie z dworca zamierzałem dostać się na wyspę, do starej części miasta. Nie był to trafiony pomysł. Władowałem się w jakieś przemysłowe, biznesowe dzielnice; mało uczęszczane, zupełnie nieciekawe. Takie jak na obrzeżach Warszawy.

Jedyną ciekawostką były spotkane tam zwierzęta, z którymi będzie mi się kojarzyć Wenecja. Były to... jaszczurki. Dużo ich tam było, opalały się na betonie, na słońcu, przy mało uczęszczanej ulicy, którą akurat szedłem. Przypominały trochę nasze zwinki ale czy istotnie były to zwinki, czy może jakaś inna, a podobna odmiana – nie wiem.


Dotarłszy w końcu do Marghery trafiłem na stację kolejową. Niestety nie znalazłem automatu z biletami a z rozmowy z obecną na peronie osobą wynikło, że nie kupię tu biletu. Jedyna możliwość to kupno biletu u konduktora. Podobno nie zawsze bilety ma i nie zawsze może sprzedać ale akurat w moim przypadku miał. Za drobne 1 euro i chyba 20 centów dostałem się na wyspę, do starej Wenecji.

Spacer po Mestre

(C.D.N)