niedziela, 15 września 2019

Florencja w 3 dni (cz. 1)





Widok na rzekę Arno

Włochy. Jeżdżę tu od kilku lat, wcześniej na jakieś zawody w biegach górskich, tym razem pojechałem bez jakiegokolwiek celu sportowego. Nie jestem w formie, więc na nic się nie zapisałem. Chciałem po prostu znowu tam pobyć. Lubię ten kraj bo to serce cywilizacji europejskiej i chrześcijańskiej. Jest tu wiele pozostałości kultury starożytnej, renesansowej i barokowej. Podoba mi się klimat polityczny, który od niedawna panuje w tym kraju. Lubię też włoski styl w modzie męskiej. Wyrwałem się z pracy dosłownie na trzy dni. Tym razem do Florencji, w której nigdy jeszcze nie byłem.

Komunikacja i zamieszkanie

Do Florencji dolecieć można samolotem na lotnisko Peretola położone ok. 5 km od centrum miasta. To małe lotnisko, nie ma się tam gdzie zgubić. Do centrum dojechałem autobusem (Vola in Bus) podstawionym tuż przy lotnisku za 6 euro. Przepłaciłem, bo do centrum Florencji jeżdżą też tramwaje, gdzie bilet kosztuje 1,5 euro. Prawdopodobnie trzeba do przystanku przejść kawałek dalej. Nie wiedziałem jednak o tym, gdyż znowu nie zdążyłem zrobić przed wyjazdem odpowiedniego wywiadu w sieci.

Same miasto jest na tyle małe, że sprawny człowiek, a zwłaszcza biegacz amator obejdzie wszystkie najciekawsze miejsca położone w centrum bez pomocy autobusów miejskich. Gdyby jednak ktoś chciał pojechać autobusem, to bilet w automacie kosztuje bodaj 1,5 euro. Można kupić tak jak ja – u kierowcy, ale wtedy cena wzrasta do 2,5 euro. Poza tym trzeba pamiętać, że kierowca nie zawsze ma bilety w sprzedaży. Lepiej nabyć w automacie lub pobliskim sklepie.

Skutery są wszędzie
Stare miasto, wokół którego wszystko się kręci to najczęściej wąski uliczki, którymi przemykają tłumy turystów i tuziemców. W oczy rzucają się przede wszystkim skutery, których jest tu dużo. Ujmującym widokiem dla mężczyzny są dziewczęta przemykające na skuterach sprawnie tymi właśnie wąskimi uliczkami miasta, w upalny dzień. Chodząc po  nich wyrażałem w myślach podziw dla kierowców samochodów a zwłaszcza kierowców autobusów miejskich, którzy w tej ciasnocie i rozgardiaszu są w stanie sprawnie i bezpiecznie prowadzić pojazdy.

Ulica Faenza
Zwykłe budynki Florencji mają drewniane okiennice z żaluzjami. To pierwsze, co rzuca się w oczy turyście z Polski. Tu chyba każdy budynek ma taką zasłonę na okna. W pierwszej chwili może się to wydać dziwnym ale gdy pomieszkałem na  miejscu kilka dni w pełni zrozumiałem Włochów. Przez cały czas mojego pobytu było 32-34 stopnie. W pomieszczeniach bez żaluzji, bez klimatyzacji, gdzie słońce pali przez szybę żar byłby z pewnością dużo bardziej uciążliwy.


Hotel „Paola”, który zarezerwowałem przed przyjazdem miał swoje plusy i minusy. Plusy są dwa: położenie i cena. „Paola” mieści się na ulicy Faenza, pomiędzy Fortecą Da Basso a katedrą. Samo centrum. Cena, nie ukrywam, odgrywała w moim wyborze istotną rolę. Za trzy doby zapłaciłem niecałe 200 zł, a zatem tanio. Cóż, spodziewałem się, że może będzie tak jak w ubiegłym roku w Wenecji [LINK] – i tanio i komfortowo.

Niestety. Ów hotel miał jedną gwiazdkę na co wcześniej nie zwróciłem uwagi. Po wdrapaniu się na 3 piętro i wejściu do środka odniosłem wrażenie, że to po prostu duże mieszkanie przerobione na mini-hotel. Portier miły, młody chłopak wyglądał na kogoś z okolic Indii-Pakistanu. Pokój 6-osobowy. Trafiło mi się górne łóżko. Stara i mała łazienka z prysznicem, żadnej kuchni w całym hotelu, nie mają żelazka do pożyczenia ani deski do prasowania. To, co mi jednak najbardziej doskwierało to brak własnej, zamykanej lub niezamykanej szafki lub choćby depozytu w portierni. Wychodząc na zwiedzanie musiałem dla bezpieczeństwa zabierać cenniejsze rzeczy ze sobą. Spory dyskomfort.

Mieszkali ze mną ludzie z różnych stron świata. Młoda Niemka, Gruzin, a reszta to chyba tak jak portier hindusi - Pakistańczycy. Facet który spał pode mną chrapał nad ranem. Nie przeszkadzało mi to wielce bo mam twardy sen a i sam zwykle wstaję rano. Ludzie w pokoju jakoś nie integrowali się zbytnio. Każdy przychodził tu tylko się przespać. Plusem pokoju był klimatyzator, który hindus z pokoju włączał na noc.

Hotel „Paola” może być dobrym wyborem, gdy ktoś szuka we Florencji noclegu na jedną noc, gdzieś w centrum. Przyjeżdżającym na dłużej odradzam to miejsce bo komfort zbyt mały na dłuższy pobyt.

Poranek w mieście. Właściciele kramów z pamiątkami podążają na "z góry upatrzone pozycje"
Żywiłem się przede wszystkim pizzami, to był mój „obiad”. Pizza we Florencji, tak jak chyba w innych miejscach północnych Włoch kosztuje ok. 7-9 euro za Capricciosę. Oczywiście w tańszych pizzeriach. Są te pizze umiarkowanie smaczne, osobiście wolę zbarbaryzowaną wersję polską z „Romy” z sosem czosnkowym.

Warto sobie od razu zamówić coś do picia bo opcja „darmowa kranówa w restauracji” czyli sławne „tap water” według moich doświadczeń tutaj nie działa. Darmową wodę zdatną do picia możemy sobie nalać w specjalnych punktach w centrum miasta. Są oznaczone i wyglądają trochę jak duże krany lub hydranty. Widziałem, że w upalne dni wiele osób z takich darmowych źródeł wody korzystało.

Społeczność miasta

Florencja jest zdecydowanie miastem turystycznym. Tuziemcy są tu jakby mniej widoczni niż obcokrajowcy. Stolica Toskanii nie jest wcale taka dopieszczona, odnowiona i wymuskana; widać czasem też odrapane rudery. Podobnie jak budowle wygląda i społeczeństwo. Widywałem na ulicy żebraków i to wyglądających na Włochów. Grasują też na nich różni naciągacze, którzy zagadują turystów aby ostatecznie wyciągnąć od nich pieniądze. Mnie zaczepiła na ulicy młoda dziewczyna, pyta skąd jestem, po odpowiedzi zaraz wtrąciła jakieś zdanie po polsku i prosi mnie abym się wpisał na jakąś listę przeciw narkotykom. Widać, że leciała po z góry wyuczonym szablonie. Wiedziałem co się święci, bo akurat o tych ulicznych naciągaczach wyczytałem przed przyjazdem w Internecie. Sucho podziękowałem, szybko się oddaliłem i to samo polecam innym.

Drzemka na ulicy? Nie ma problemu.
Ulice włoskich miast raczej nie są naćkane świadectwami wojny prawicowców z marksistami. Raz jeden widziałem jakieś stare, obdarte plakaty antyrasistowskie z naskrobanym pod spodem napisem „Nienawidzę Ligi”. Liga to Liga Północna to prawicowa partia mająca obecnie w kraju największe poparcie, do niedawna współrządząca Włochami. Nie zauważyłem żadnych radosnych plakatów „Refugees welcome” czy o podobnej wymowie. Obrzydliwości homoseksualne też nie są jakoś manifestowane na ulicach. Wielokolorowe symbole LGBT mylnie nazywane tęczą nie rzucały się nigdzie w oczy. W Wiedniu na lotnisku, gdzie miałem przesiadkę widziałem mężczyznę w zwiewnej sukience na ramiączkach w pudrowym kolorze. We Florencji nie - tu ludzie wydają się zdecydowanie normalniejsi.

"Nienawidzę Ligi"
Na ulicach widywałem Polaków i polską wycieczkę ale najbardziej rzucają się w oczy dwie grupy obcych. Pierwsza to liczne grupy Chińczyków lub Japończyków  - niestety nie potrafię po zasłyszanych słowach bądź wyglądzie odróżnić jednych od drugich. Fajnie, że przyjeżdżają do Europy, choć domyślam się, że pewnie na krótko gdyż widywałem ich dużo zwłaszcza w muzeach, które opiszę w następnej części. Druga, również wyraźnie zauważalna grupa to wycieczki młodych ludzi z krajów anglojęzycznych. Czy Amerykanie, czy Brytyjczycy? – też nie byłem w stanie określić.

Krisznowców we Florencji nie zabrakło

Przy głównym dworcu kolejowym we Florencji oraz kilku innych miejscach w centrum funkcjonuje „Mozambik”. Siedzą tam na betonowych schodach lub wałęsają się bez celu grupy czarnoskórych migrantów. Nic nie robią, ale skądś mają środki do życia bo ktoś ich musi żywić. Nie wydają się agresywni i nie żebrzą na ulicach, tylko w jednym przypadku trafiłem na grupę młodych murzynów zaczepiających przechodniów. Widać, że niektórzy, próbują się zaadoptować do życia w nowym świecie bo widywałem takich, którzy rozwozili rowerami pizzę po Florencji.  Popatrzyłem jak to wygląda i nie dziwiłem się Włochom, że głosowali na prawicę.
"Mozambik"
Oriana

Florencja jest rodzinnym miastem Oriany Fallaci. To sławna włoska reporterka która zasłynęła wywiadami z wielkimi tego świata: Robertem Kennedy, Dalajlamą, Indirą Gandhi, Arielem Szaronem, Chomeinim, Kadafim, Arafatem czy Lechem Wałęsą. Była lewicową antyfaszystką i ateistką która po zamachach 11 września 2001 roku na WTC ostrze swojej publicystyki skierowała przeciwko radykalnemu islamowi oraz przeciwko współczesnej lewicy, mniej lub bardziej otwarcie wspierającej inwazję islamską w świecie Zachodu. Podpadła w ten sposób muzułmańskim radykałom, podobnie jak Jej znajomy, polski podróżnik Jacek Pałkiewicz.

Fallaci sama o sobie pisała „chrześcijanka ateistka” – błogosławieństwa wiary nie doświadczyła, lecz doceniała olbrzymi, pozytywny wkład chrześcijaństwa w rozwój europejskiej kultury i chciała go bronić. Miała także zupełnie rozsądny pogląd na kwestię homoseksualizmu czym jeszcze bardziej zyskała moją sympatię.

Karierę zrobiła, pół świata zjeździła, ale rodziny nie założyła. Zaczęła pisać powieść, lecz podobno wyszła jej znacznie gorzej, niż znakomite reportaże. Zmarła na raka w wieku 77 lat. Od kilkunastu lat już nie publikuje, lecz jej duch żyje i działa poprzez książki, które nadal znakomicie się sprzedają. Kto wie, czy Matteo Salvini, bardzo popularny polityk włoski, broniący suwerenności swojego kraju, odwołujący się do wartości chrześcijańskich, walczący z  lewackimi przemytnikami ludzi którzy szmuglują ludzi z wybrzeży Afryki do europejskich portów udając bohaterskich, morskich ratowników nie jest w jakimś sensie duchowym dzieckiem Oriany.


Mam w biblioteczce kilka pozycji tej dzielnej Włoszki, część z jej poglądów pokrywa się z moimi stąd  nie wyobrażałem sobie wizyty we Florencji bez odwiedzin na cmentarzu, gdzie jest pochowana Oriana Fallaci.

Wybrałem się na miejsce w niedzielę po południu, pierwszego dnia pobytu. Zabytkowy cmentarz ewangelicki „At Allori”, na którym złożono ciało Oriany leży przy via Senese, w południowej części miasta. Pieszo z centrum jest zbyt daleko dlatego najlepiej przejść most na rzece i poczekać na najbliższy autobus miejski. Kursują tam 11, 36 i 37. Tak zrobiłem i ja. Jakież było moje zdziwienie, gdy na miejscu okazało się, że tego dnia i o tej godzinie cmentarz jest zamknięty.

Cóż to za dziwny kraj – pomyślałem. – W niedzielę sklepy są tu otwarte a cmentarze zamknięte. W Polsce odwrotnie: w niedziele pójdziesz spokojnie na cmentarz ale do sklepu już nie koniecznie. Wszystko na odwrót.

(C.D.N.)
Grób Oriany Fallaci jest na końcu tej alejki

środa, 7 sierpnia 2019

VI Nadbużański Bieg Pod Prąd

[Pod prąd]

Nie po to urodziłeś się
By z góry patrzeć na tłum szary
Jesteś niewielkim elementem
Z numerem w aktach zapisanym

Idź pod prąd! (x4)


Jest super, chłodno, pochmurno. Pada lekki deszczyk. Na tym biegu jestem faworytem. Ostatnio mój kilometraż miesięczny oscylował w granicach 600-800 km w miesiącu. Na treningach cisnąłem naprawę mocno. Do tego doszła ścianka wspinaczkowa i godziny na siłowni. Ręce się zrobiły jak u orangutana co daje minus 1 do przystojności, lecz aż plus 6 do zwinności. Czuję się naprawę mocny. Wiem że dziś mogę powalczyć o pudło. Spiker wodzirej wymienia moje nazwisko wśród faworytów zaś dziewczyny jak na komendę ściągają bluzki i wirują nimi nad głową skandując: Paweł! Paweł! Paweł! .....

I wtedy się obudziłem.

W mordę jeża, nie jest dobrze. Stoję na linii startu wraz z innymi zawodnikami z II fali biegu przeszkodowego na dystansie około 15 km, w okolicach nadgranicznego Dorohuska. Błota, szuwary, ścianki, opony do dźwigania, worki z paskiem, beczki, czołganie i bardziej skomplikowane metalowe combosy, które trzeba przejść tylko na rękach. To nas czeka za chwilę.


Wszystko jest oczywiście dla ludzi, ale dla tych co trenują. A ja od ostatnich zawodów w maju w zasadzie głównie człapałem dla zdrowia po 5-16 km. W ostatnich dwóch miesiącach przebiegłem w sumie nieco ponad 200 km. Siły prawie nie ćwiczyłem. Na zewnątrz słońce i 22 stopnie. Dla mnie upał. Nogi mam miękkie już po rozgrzewce. Cóż, teraz już się nie wycofam. Nalałem sobie piwa zapisując się dużo wcześniej, aby opłata startowa była jak najniższa – teraz trzeba to naważone piwo wypić. Plan na przetrwanie mam taki, żeby robić tylko te łatwiejsze przeszkody. Do tych trudnych jedynie podchodzić i zasymulować próbę – regulamin nakłada obowiązek przynajmniej jednej próby pokonania przeszkody – a następnie przystąpić jak najszybciej do karnych 20 „padnij-powstań” (burpees).

Start, biegniemy w stronę Bugu. Po kilkuset metrach pierwsze przeszkody: rundka kilkudziesięciu metrów w koło z dwoma samochodowymi oponami. Idę, nie biegnę. Oszczędzam siły. Następna przeszkoda oznacza koniec czystego wdzianka: czołganie pod zasiekami w płytkim, trawiastym błotku. Standard na takich zawodach. Biegniemy do trzeciej przeszkody polegającej na przenoszeniu betonowego kloca. Na kolejnej przeszkodzie rundka z workiem z piachem.

Trochę nudne i jednorodne te pierwsze zadania, więc gdy dobiegam do piątej z 37 zaplanowanych przeszkód – spacer z dużą, ciężką oponą po raz pierwszy odpuszczam. Trochę mi się nie chce bo nie wygląda to ciekawie, a trochę się boję o kręgosłup. Symuluję próbę i robię 20 karnych „burpees”.

Kolejne przeszkody są łatwe, więc je robię, choć spokojnie i bez wielkiego entuzjazmu. Nadal jest gorąco. Pierwsza to jakby wyprowadzanie bardzo opornego psa na spacer, z tą jednak różnicą, że na końcu „smyczy” zamiast psa mamy betonowy kloc. Ciągniemy go po ziemi. „Porodówka” czyli czołganie pod oponami to prosta, brudna przeszkoda, mająca w moim odczuciu jakiś niepokojący element klaustrofobiczny. Trudno się oddycha będąc przyciśniętym przez opony. Zaraz po czołganiu dobiegamy do ciężkich, traktorowych opon, które trzeba kilka razy przewrócić. Dopowiem, że na niektórych przeszkodach dziewczyny miały ułatwienia polegające na dźwiganiu mniejszych ciężarów czy na mniejszej liczbie powtórzeń. I dobrze.


Drewniane ścianki miałem z zasady omijać robiąc karniaki ale pierwsza, jaka mi się trafia jest dosyć niska więc ją robię. Chwilę później wskakujemy do błotnistego rowu. Smród i muł zasysają dokumentnie. Nie tylko mamy w tym iść, ale też nieść oponę i jeszcze nie umoczyć. Idę jak w kisielu ale dobrze, że idę. Dwie dziewczyny obok tak zassało, że ta drobniejsza, w błocie po uda, nie może się ruszyć. Próbuję pomóc ale, że jest po drugiej stronie to nie daję rady i zostawiam. Cóż, ofiary muszą być.

Wychodzimy z oponą z błota ale to jeszcze nie koniec. Teraz czołganie z oponą pod drutem kolczastym, w jedną, potem w drugą stronę. Początek jest fajny bo podłoże jest śliskie. Szkoda, że tylko początek. Krótka rundka z oponą i znowu czołganie, tym razem w przeciwną stronę. Potem znowu wskoczenie do błotnistego rowu i marsz jego korytem. Nie jest to trudne lecz bardzo czaso i energo-chłonne. Rzucam oponę, mam jej już serdecznie dosyć. Na razie jest ciężko i generalnie tegoroczna edycja wygląda na wyraźnie trudniejszą niż zeszłoroczna.

Kolejne trzy przeszkody są fajne: mostek tybetański testujący poczucie równowagi i niepozorna huśtawka zwana „librą”, której nie mogę przejść, choć szczerze pragnę. Mokre, ubłocone przez innych zawodników drewno sprawia, że co chwila z niej spadam. Trudno – karne „burpees”. Ścianka czterometrowa „komandos” wygląda groźnie, ale że są stopnie wystające, jest lina z węzłami to tym razem przechodzę i nie robię karniaków.

Za nimi wskakujemy do rowu. Błoto, trzciny z lewa, trzciny z prawa, woda. Marsz to po kolana, to po uda. Biec w tym się raczej nie da. Męczące ale chłodzące. Długi ten odcinek, ale można odpocząć. Nie wiem, ile tak idziemy: wydawało mi się że kilometr ale mogło być zarówno 600 m jak i 2 km. To dobry moment aby wciągnąć skitrany w kieszeni, żel energetyczny. Najbardziej żal mi zamieszkujących rów rybek, które w tak wzburzonym, namulonym zbiorniku pływały do góry brzuchami.

Żegnam się z rowem bez żalu. Nie rzucam monety za siebie z życzeniem, aby tu jeszcze wrócić. Następne przeszkody są znowu sympatyczne, nietypowe i generalnie dały mi sporo frajdy. Ustawianie trzech, ciężkich opon na sobie aby następnie na nie wejść, podskoczyć i potrącić zawieszony wysoko dzwoneczek. Wciąganie na linie opony do góry  oraz wspinaczka po linie po to, aby zadzwonić zawieszonym u góry dzwoneczkiem. Wspinać po linie już się na szczęście nauczyłem więc robię to w miarę sprawnie.

Gdy zarzucam na plecy wielką lecz na szczęście lekką metalową beczkę, pogoda zaczyna się zmieniać. Najpierw silniejszy wiatr, potem drobny deszcz. Lepsza pogoda sprawia, że nawet mam ochotę włączyć szybszy bieg, zamiast dotychczasowego truchtania. Przypominam sobie słowo „ściganie”. Przyśpieszam kroku zwłaszcza na crossowych, tych bardziej technicznych etapach biegowych, gdzie ścieżka kluczy wśród konarów, na brzegu, na pagórkach, w lesie. To mój żywioł i tu czuję się najlepiej.

Jestem już w drugiej połowie trasy. Efektowny ślizg po banerze do wodnego zbiornika w piaskowni i nurkowanie. Przezornie zatkałem nos lecz nie pomyślałem o tyłku, którym przydzwoniłem w piaszczyste dno. Dobrze mi w tej piaskowni bo woda, w porównaniu do śmierdzących, bagiennych rowów jest tu wręcz źródlana. Pomiędzy brodzeniem w wodzie z piaskowni, wychodzeniem na brzeg a kolejnym brodzeniem są łatwe przeszkody. Przyciąganie opony za linę, czołganie pod siatką. Spowalnia, lecz nie wysysa zbyt wiele sił. Deszczyk siąpi, robię je z dużą przyjemnością. Chłopak z obsługi śmieje się: „O pierwszy, co zadowolony. Wszyscy poprzedni, pytani: - I jak? - Klęli”.

Bieg po oponach na wyjściu z piaskowni to banalna „przeszkadzajka” natomiast przeszkoda kolejna tylko na taką wygląda. Porodówka extreme. Porodówkę zwaną też maglem znam, czołgałem się wielokrotnie pod tymi oponami. Tylko dlaczego extreme? – myślę. Złośliwy uśmieszek stojącego obok strażaka z obsługi znamionuje jakiś podstęp. Zniżam się pod te opony, wciskam głowę. Jakoś ciężko. Patrzę z boku – nalali do opon wody skur..byki! Przez to są takie ciężkie. O nie, teraz na pewno się uduszę pod tym ustrojstwem. Robię „burpees”.

Zostało ostatnie kilka kilometrów i kilkanaście przeszkód. Niestety, tych dla mnie najcięższych. Nie będę dokładnie opisywał swoich z nimi zmagań, bo najczęściej tylko symulowałem pierwszą próbę i jak najszybciej robiłem ćwiczenia zastępcze: rundka z workiem, karne „burpees” lub skoki do słupka i z powrotem w gumie na kostkach. Ręce miałem już zgrabiałe, liny i metalowe rurki były mokre po deszczu oraz wyślizgane przez poprzedzających mnie zawodników. Nie siliłem się na walkę z nimi za wszelką cenę, bo tak już robiłem na Mistrzostwach Polski w przeszkodówkach i nic mi to nie dało. Obecnie wychodzę z założenia, że zawody to nie czas na trenowanie przeszkód; jak ich nie zrobisz to lepiej po prostu nie robić. Nikt cię nie będzie klasyfikował na mecie na podstawie tego, ile przeszkód przeszedłeś tylko jaki miałeś czas. Trzeba kalkulować, co się bardziej opłaca, czy robić 20 karniaków, czy sterczeć pod ścianką lub innym RIG-iem. Oczywiście można też podejść zupełnie inaczej: nie walczyć o czas i miejsce tylko starać się przejść jak najwięcej przeszkód samemu czy z czyjąś pomocą. Też fajna "filozofia", choć raczej nie moja. Dozwolona, a nawet wskazana była współpraca z innymi zawodnikami ale ja osobiście wolę nie sięgać po pomoc innych, chyba, że startujemy drużynowo. Wychodzę z założenia, że albo sam robię przeszkody, albo jestem za cienki i robię karniaki.

"Żelazna góra"
Karne „burpeesy” też nie były sielanką jak początkowo myślałem. Ze smutkiem zauważyłem już  połowie wyścigu, że nie daję rady zrobić 20 „burpees” ciągiem. Robiłem 10, krótki odpoczynek i drugie 10. Nie muszę chyba tłumaczyć, że sporo mi to zabierało czasu. Zawodnicy lepsi przeszkodowo doganiali mnie na przeszkodzie i wyprzedzali. Potem często ja ich doganiałem i wyprzedzałem na etapie biegowym. Tak się tasowaliśmy.

Przeszkody, które na ostatnich kilometrach ominąłem robiąc ćwiczenia zastępcze to: bardzo sympatyczny lecz nie na moją obecną formę „zaskroniec” - przechodzenie po poziomej drabince z belek, raz górą, raz dołem. Kolejną przeszkodą, która mnie zwyciężyła była zwykła, metalowa drabinka zawieszona na ponad 2 metrach. W normalnych warunkach prosta sprawa ale tuż po deszczu, w zgrabiałych rękach nie mogłem jej przejść. Bardzo śliska! Skośną ściankę też od razu ominąłem wiedząc, ze nie dam rady. Podobnie „żelazną górę” wykonaną z drabinki. Przy paintball’u nie trafiłem w cel bo nawet nie widziałem, gdzie lecą kulki: za nisko czy za wysoko. Robiłem karne pompki. Trzykrotny rzut oponą na kołek też mi się nie udał. Podobnie wspinanie po metalowych tyczkach.

Do low-RIG-a nawet na poważnie nie podchodziłem. Ciekawe, że gdy już wracając pojechaliśmy pod pałac Suchodolskich, na dziedzińcu którego jeszcze męczyli się zawodnicy to zauważyłem, że ludzie przechodzą low-RIG trzymając się za górne belki rusztowania, na którym podwieszone są elementy. Dziwne. Tak się tej przeszkody nie przechodzi i nie wiem, czy obsługa przeszkody tego nie wiedziała a zawodnicy też nigdy wcześniej low-RIG-a nie widzieli, czy może tu świadomie pozwolono trzymać się za rusztowanie, aby ułatwić zadanie.

Low-RIG pod pałacem
Z przeszkód które udało mi się przejść dumny jestem z metalowej tyczki z linami, po której należało się wspiąć. Myślałem, że nie dam rady ale się udało. Przeszedłem też jakąś ściankę z liną oraz łatwe: porodówkę pionową i skośną równoważnię.

Trudniejszych przeszkód na boisku sportowym przy mecie też nie zaliczyłem. I multi-RIG-a i ściankę drewnianą ominąłem. Nie miałem siły. Jedynie pokonałem ściankę z opon i przeciągnąłem drewnianą kłodę.

Ukończyłem zawody z czasem 2 godziny i 34 minuty. Zmachany tak, że na mecie nawet nie dałem rady zrobić „jaskółki”. Zająłem 40 miejsce na około 300 zawodników OPEN. Strażnicy graniczni byli klasyfikowani oddzielnie, w ramach Mistrzostw Straży Granicznej w Biegach Przeszkodowych. Najlepszym zawodnikiem OPEN okazał się Krzysztof Mazurek, który uzyskał wynik 1:55:31. Drugi był znajomy Tomek Lipiński, z którym wygraliśmy w tym roku drużynowo Castorian Extreme Race. Tomek tym razem wspiął się na podium w Dorohusku. Jego czas 2:01:51 nie był wiele gorszy, niż czas zwycięzcy. Trzeci przybiegł Krystian Łatka (2:05:42).
Na mecie usiłuję zrobić jaskółkę. W tle: multi-RIG
Przyjechałem do Wisznic dwie godziny później jeszcze śmierdzący mułem, poobijany, podrapany. Wypakowałem z bagażnika brudne i mokre ciuchy. W tym czasie, 200 metrów od domu, na stadionie show właśnie robił pan Zenek Martyniuk wyśpiewując chyba specjalnie dla mnie: „I chcę cię bardzo i nie mogę chcieć, i mieć chcę ciebie i nie mogę mieć, i... tralala...”. Cóż, dziękuję panie Zenku.

Jak było w Dorohusku? Abstrahując od mojej nędznej formy było bardzo fajne. Dobra organizacja, nowe, ciekawe przeszkody. Dzięki Bogu nic poważniejszego sobie nie zrobiłem oprócz standardowo paru obtarć i sińców.  Wydaje mi się, że było więcej trudniejszych przeszkód i ogólnie było trudniej. Dorohuska przeszkodówka zdaje się ewoluować z biegu głównie błotno-szuwarowego w stronę trudniejszego technicznie wyścigu, który kiedyś nazwałem typem HPR – Hand Power Race. Ostatnio nazywam go chyba bardziej adekwatnym terminem - „Tomb Raider”.

Jeśli chcesz być dobry w podobnej zabawie nie daj się nabrać na słowo „bieg”. Owszem, biegaj sobie bo to wydolność a wydolność jest ważna, ale przede wszystkim ćwicz przeszkody i silne palce. Ścianki wspinaczkowe, podciąganie na drążku, wiszenie na rękach, wchodzenie po linie, po metalowej rurce. I ćwicz nawet głupie „burpeesy”. Ja nie ćwiczyłem i szybko tego pożałowałem.

Dziękuję organizatorom za dobrą zabawę, imprezę zdecydowanie polecam.

Moja relacja z ubiegłorocznego, V Biegu pod Prąd [LINK]

Zapowiedź filmowa organizatora [LINK]

Jak przechodzić low-RIG – film instruktażowy [LINK]

sobota, 1 czerwca 2019

Roztoczańska 13 – dla mnie pechowa

Rogaining 8-godzinny w pagórkowatym terenie opodal Kraśnika. Rodzaj bieg/marszu na orientację polegającego na znalezieniu jak największej liczby punktów oznaczonych na mapie. Limit zwykle jest długi: kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt godzin. Punktów również kilkadziesiąt. Można się nachodzić, nabiegać, a i tak wszystkiego się nie zbierze. Zabawę dodatkowo komplikuje różna wartość punktów: jedne są tanie, inne, zwykle te dalej położone bądź trudno dostępne są cenniejsze. Mapę dostaje się odpowiednio wcześniej tak, że można dokładnie zaplanować trasę jeszcze przed startem. Wygrywa ten, kto w danym limicie czasu zbierze punktów najwięcej.

Pewne doświadczenia w rogainingu już mam. Startowałem w nim kilka razy, m.in. na Litwie oraz w Mistrzostwach Czech i Polski w górach, na trójstyku Polski, Czech i Słowacji. Nie jest to typ imprezy na orientację szczególnie u nas popularny dlatego chętnie zapisałem się na rogaining niezbyt niedaleko od moich Wisznic, w Kraśniku koło Lublina. W tym roku odbyła się 7 edycja imprezy. Byłem dwa tygodnie po Maratonie Lubelskim, może nie w pełni zregenerowany, ale chciałem spróbować powalczyć, ile dam radę. Zapisało się bodaj kilkadziesiąt osób a zatem impreza miała mieć charakter kameralny.

Mapa główna
Na trasie – część biegowa

Biorę mapę, pisakiem planuję trasę. Fajnie byłoby zebrać wszystko, punktów jest pewnie z 50. Przypuszczalnie się nie uda, ale rysuję wariant taki, jakby się miało udać. Osiem godzin - sporo czasu. Najwyżej na końcówce utnę część punktów i je zostawię. Chcę lecieć najpierw dół – zachód, potem zachodnim krańcem po cenne punkty na górze, a na końcu wyzbierać punkty niedaleko bazy. W tym te w lesie, tanie za 2 punkty każdy, oznaczone na dodatkowej mapie 1:20.000. W tymże lesie jest punkt uzupełnienia wody oraz strzelanie z Paintballa, za które można złapać kilka dodatkowych punktów. Trochę za daleko ta woda – martwię się – ale co tam, jakoś dobiegnę.

Wychodzę z bazy nieśpiesznie, kilka minut po wszystkich. Nagle bzzzz.... i bach! Coś mnie dziabnęło w odsłonięty kark. Pszczoła, już się wije w przedśmiertnych konwulsjach na chodniku bo wbijając żądło wyrwała też część własnego tułowia. Od razu przypomina mi się Kilian Jornet, ikona ultra-długich biegów górskich, który wystartował w UTMB lecz zaraz zszedł z trasy bo słabo się czuł. Tłumaczył, że tuż przed startem użądliła go pszczoła i bardzo osłabiła. Czy i ze mną tak będzie? Na razie trochę swędzi ale cieszę się że nie użądliła z przodu. Za darmo mnie dziabnęła, przecież nic jej nie zrobiłem. Pięknie się zaczyna, czyżby prognostyk na resztę rajdu?

Zaczynam od spokojnego truchtu doookolnym, lecz wygodnym, asfaltowym wariantem przez Wyżnicę do PK 34. Jestem na miejscu, szukam punktu. Z mapy głównej wynika, że powinien być tuż przy miejscu, gdzie kończy się asfalt i jest skrzyżowanie. Może 50 metrów stąd. Czeszę krzaki, brodzę w pokrzywach, przeskakuję jakiś strumyk. Nic. Mija 10 minut, idę, sprawdzę dalej. Jest punkt dalej, w krzakach. Dopiero wtedy sprawdzam na dodatkowej mapce z rozświetleniami punktów. Według rozświetlenia stoi poprawnie. Mój błąd, ze patrzyłem tylko na mapę główną. Punkt wydawał się na tyle łatwy, że nie raczyłem spojrzeć na rozświetlenia. Wydaje mi się że PK 34 był nieprecyzyjnie naniesiony na mapę główną. Z niej wynika, że powinien być ok. 50 metrów od skrzyżowania, tymczasem jak sprawdziłem na Google Maps po powrocie, punkt stał ok. 130 metrów od skrzyżowania. Dla mnie od razu wtopa i ok. 12 minut straty na „tanim” punkcie (wyjaśnienie: punkty dawane są za dziesiątki: przykładowo za PK 34 mam 3 punkty, a za PK 85 8 punktów).

Lecę do pobliskiego PK 33. Też „tani” punkt ale organizator ostrzegał, że jest w trudnym terenie. Jest nad rzeczką Wyżnicą, i wg mapy nie ma do niego drogi. Liczę, że mapa 1:50:000 wszystkiego nie pokazuje i jest choć ścieżka. Ładuję się na ten punkt, można biec tylko początkowo. Potem pokrzywy i trzciny. Punkt jest łatwo umieszczony lecz w terenie, który uniemożliwia bieganie i bardzo spowalnia. Podbijam go i lecę na zachód, do PK 86. Cofać się głupio bo wyjdzie strasznie dookolnie. To tnę wprost, wzdłuż rzeczki. Jakoś przejdę. 

Rozświetlenia i opisy

Niestety, im dalej w „las”, tym jest gorzej. Pokrzywy po pas, trzciny po szyję. Nie ma tu kompletnie, żadnej ścieżki. Totalna dzicz. Pluję sobie w brodę, że w ogóle poszedłem po ten punkt. Zegarek pożyczony od brata na czas zawodów wydał krótkie piknięcie. Oznaczało ono, ze minęła godzina od startu. Godzina, a ja jestem w środku jakiegoś trzcinowiska, nogi mam dokumentnie wysmagane pokrzywami bo cienkie spodnie „Dobsomy” przed nimi nie chronią; na koncie mam ledwie 6 punktów z dwóch „tanich” PK. Ale kaszana. Pociesza jedynie to, że przedzierając się przez trzciny widzę przed sobą świeże ślady. Wkrótce doganiam dwoje zawodników torujących drogę wśród trzcin, mężczyznę i kobietę. „Cieszę się, że nie tylko ja sfrajerzyłem idąc po ten PK 33” – mówię na dzień dobry. Potwierdzają moje wrażenia, że nie warto było w ogóle się tu pchać.

Lecę do PK 86. „No, limit wtop już wyczerpany, teraz będzie dobrze. Łatwy punkt przy ulicy, a za aż 8 punktów” – myślę. Dobiegam w okolicę, patrzę, już jakiś chłopak z rozpaczą czesze krzaki. I nic. Czytamy opis: „Punkt 20 m na pn. wschód od zatoczki”. Pech chce, że w pobliżu jest duży zbiornik wodny więc patrzymy na pobliskie jeziorko, - Hmmm..., gdzie ta zatoczka? Czyżby znowu organizator coś nieprecyzyjnie ustawił? – dumam. Czeszemy las przy ulicy 10 minut. W końcu nadbiega ktoś trzeci, krzyczy, że jest. Podbijam, wybiegam i patrzę, że tu z ulicy jest lekki zjazd, taka „zatoczka” ale uliczna, nawet bez poszerzonego asfaltu. Krzyczę do tego, który ze mną rozpaczliwie szukał punktu, że to chodziło o „zatoczkę” na drodze. Widzę jeszcze, jak z oddali zamaszyście klepie się w czoło. Zrozumiał.

„Kiedy ja w końcu, normalnie, bez problemów podbiję jakiś punkt na tym rajdzie?” – zastanawiam się truchtając pod górkę przez Wyżniankę, do PK 44. No, pierwszy wszedł jako – tako, bez straty czasowej. Dalej pagórkowata droga wśród pól, błoto po niedawnych deszczach klei się do podeszew butów. PK 61 – łatwo ustawiony, dobrze ustawiony a i tu zaliczam wtopę. Tak jak w większości przypadków całkowicie z mojej winy. Po prostu biegnę w jego kierunku drogą równoległą zamiast właściwą. Przestrzeliwuję ze 300 metrów, muszę wracać. Czas, czas, czas...

Na punkcie 62 „za młynem” tracę z 5 minut bo szukam rzeczywiście za młynem, lecz trochę z innej strony. W wiosce Mikuszewskie popełniam strategiczny błąd, który zaważy na dalszej części rajdu. Przebiegam koło otwartego sklepu i... nie uzupełniam płynów. Myślę o tym, mam już niewiele wody ale decyduję się zaryzykować i uzupełnić płyny w Skorczycach lub Leszczynie, za 6 kolejnych punktów, kilkanaście kilometrów biegu.

Kolejne punkty (63,81,92,85,93) podbijam łatwo bo są proste, położone na skraju lasu. Ich wysoka waga – głównie ósemki i dziewiątki - wynika wyłącznie z dużej odległości od bazy rajdu, nie z trudności w odnalezieniu. Po drodze zaczyna mnie suszyć. Wypijam ostatnie krople wody. Słońce niemiłosiernie praży. Jest może ze 20 stopni w cieniu, w słońcu zapewne więcej. Znowu zapomniałem kapelusza lub choćby czapki z daszkiem. Dałem się nabrać na prognozę pogody, która wspominała coś o zachmurzonym niebie. A figa z makiem. Takie warunki, plus brak wody to dla mnie prawie zawsze kaplica. Są biegacze, najczęściej drobni i niscy, którym gorąco i słońce nie przeszkadza. Mnie, wysokiego i ciężkiego, rozkłada to dosyć szybko. Dlatego w upale – a dla mnie upał zaczyna się od 20 stopni + słońce -  staram się nie rywalizować: po co mam dawać konkurentom fory?

Punktem załamania był PK 72. Bardzo łatwy, w polu, mała górka z której wybierają piasek. Przy drodze. Jakoś, nie wiem jak, źle obliczyłem czas dotarcia do niego, przestrzeliłem go o kilkaset metrów. Musiałem wracać. Wracam do niego piechotą. Żar leje się z nieba. Obok jeździ ciągnik i smrodzi opryskami. Po 4 godzinach od startu nie chce mi się już biegać. Widzę, że to nie będzie mój dzień ani moje zawody.

Na trasie – część piesza

Decyduję iść pieszo do Skorczyc, złapać 54 i 73. Tam w sklepie uzupełnić wodę i może jeszcze pobiegać. Jak nie znajdę sklepu to po prostu sobie iść w kierunku bazy, podbijając po drodze punkty, które będą blisko. Rywalizację już odpuszczam.

Nawet na głupim przejściu do Skorczyc, z PK 72 na południowy wschód, ładuję się w jakiś las, gdzie gubię drogę. Tnę na przełaj, przez pola. Tracę czas i siły. Jak nie idzie, to nie idzie. W Skorczycach sklep jest, ale zamknięty. Wiem, że mogę żebrać o wodę u lokalsów ale jakoś mi się nie chce. Zagadani gospodarze mówią, że jest sklep w Popkowicach, ale dodają: „O Panie, to daleko, ze 4 kilometry”.

Docierając do PK 72 spotykam Hiubiego, przyszłego zwycięzcę. Krótka wymiana wrażeń, Jemu w przeciwieństwie do mnie idzie znakomicie. Chwali organizatora, że w końcu dobrze ustawia punkty. Szczęście też mu sprzyja, bo nawet jak coś stało źle to i tak przypadkowo na ten punkt wszedł. Patrząc na Hiubiego w spodenkach zastanawiam się, jak on te pokrzywy i chaszcze czesze w gołych nogach. Ja mam całe nogi zsiekane przez pokrzywy. Jeśli prawdą jest, że oparzenia pokrzyw działają leczniczo, to po powrocie będę niewątpliwie najzdrowszym człowiekiem w Wisznicach. A może on wybierał te punkty, i te przeloty, gdzie chaszczy nie było?

Na drodze przed Popkowicami ścieżki moje i Hiubiego rozchodzą się. On poleciał na południe, ja poszedłem do Popkowic licząc, że znajdę tam jakiś otwarty jeszcze sklep. Nie znalazłem, ale też nie dotarłem do centrum. Uznałem, że uzupełnienie płynów na dwie godziny przed limitem zawodów i tak mnie nie uratuje i niczego nie zmieni.

Skręcam w kierunku lasu, tego z mapą 1:20:000 i masą drobnych punktów. Już teraz strasznie chce mi się pić. Jestem tak odwodniony, że znalazłszy leżące przy drodze łodygi rabarbaru, które jakiś gospodarz najpewniej wiózł i zgubił, odzieram ze skórki i wysysam kwaśny miąższ. Przynosi to chwilową ulgę.

Odnalazłszy się na mapie 1:20:000 biorę po drodze bez problemów punkty po drodze do bazy: B, C i D. Ostatnie punkty, już na mapie głównej, to PK 32 i PK 31. Ten PK 32, za jakimiś betonowymi zbiornikami, jest tak skitrany, w że gdyby nie wydeptana przez innych zawodników ścieżka, to pewnie pół godziny bym go szukał. - Na pewno żaden uczciwy człowiek w takie miejsca nie zagląda – myślę wracając.

Mapa 1:20.000
Z ostatnim punktem, PK 31 też mam problemy, bo nie chciało mi się spojrzeć na rozświetlenie i doszedłem do przepustu od przeciwnej strony. Do bazy dotarłem ok. 17 minut przed limitem czasu. Idąc po drodze policzyłem zaliczone PK i liczbę uzyskanych z nich punktów. Wyszło mi 19 PK a liczba punktów - chyba 101. Podobno pełne wyniki są na stronie pmno.pl ale gdzie - nie mam pojęcia. Zwycięzca, Hubert Puka miał punktów ponad 130, drugi w kolejności sto-kilkanaście. Ja ze swoimi 101 jestem gdzieś pewnie pod koniec pierwszej dziesiątki na około 50-ciu zawodników.

Ogólne wrażenia

Rajd ogólnie fajny, wart polecenia. Ma swoją specyfikę, którą trzeba wziąć pod uwagę. Budowniczy trasy nadaje punktom wagę patrząc głównie na odległość od bazy, ewentualnie skrajność położenia na mapie. Stąd punkty w drugim końcu mapy były banalne i cenne, tyle że odległe. Punkty niedaleko bazy (np. PK 33 i PK 32) były tanie, i jeszcze umieszczone w taki sposób, że ich branie było czaso i energo-chłonne. Zupełnie się nie opłacało ich dotykać. Część z tych punktów kojarzyła mi się z „jaszczurową” imprezą, gdzie budowniczy również lubi wpuszczać zawodników w takie zapomniane przez Boga i ludzi miejsca.

Najlepsi z wszystkich tras

Fajnym elementem zawodów są też nagrody. Kolega wylosował dla żony piękny, damski rower. W czasie losowania stałem tuż obok, widać prawie w epicentrum „strefy szczęścia”. Tak blisko, a jednak nie ja. A co tam, może sprawiedliwie, bo przecież nie mam żony.

W bazie zawodów stoi wypchany dzik, kończący zawody są też częstowani pieczonym dzikiem. Wiem, ze nie wszyscy startujący w wyścigach na orientację pochwalają te elementy utożsamiając je z promowaniem kultury łowieckiej, której się sprzeciwiają. Dobrze, że organizator dla wegetarian przygotował posiłek alternatywny: pierogi ruskie. Je właśnie poddałem konsumpcji zamiast dzika, były bardzo smaczne.

Na mój słaby wynik złożyło się szereg czynników. Chyba najbardziej poległem na wariancie zaczynając zbierać punkty od przeciwnej strony, niż ta, gdzie był punkt z wodą i paintball, do którego ostatecznie nie dotarłem. Do tego władowałem się kompletnie bez sensu w punkty tanie i ciężko dostępne. Nawet na wejściu w niektóre łatwe punkty popełniałem błędy nawigacyjne. Zabrałem stanowczo za mało wody jak na taki dzień. Dwa półlitrowe i nawet nie wypełnione do końca softflaski. Nie uzupełniłem picia we wsi, gdzie miałem ku temu okazję. Pogoda była stanowczo nie pode mnie. No i w końcu wytrenowanie fizyczne, które jest u mnie coraz słabsze. W momencie gdy piszę ten tekst trwają właśnie zawody DYMnO na Mazowszu. 50 km na orientację. Byłem na nie zapisany, opłacony, ale nie pojechałem. W tym tygodniu, tak jak w tygodniu przed Roztoczańską 13 biegałem tylko 2 razy. Pochłaniały mnie różne ważne sprawy osobiste. Podliczyłem kilometraż z maja – tylko 260 kilometrów. Niewątpliwie mógłbym pojechać i ukończyć to DYMnO, ale z takim przygotowaniem byłbym poza czołówką. Uznałem, że nie warto.

Kącik historyczny. Piątek trzynastego – czy wiesz, dlaczego jest pechowy?

Przekonanie, że dzień piątek trzynastego przynosi pecha powiązane jest z wydarzeniem w średniowieczu, gdy aresztowano przedstawicieli zakonu templariuszy. Templariusze byli pierwszym zakonem rycerskim powstałym w Ziemi Świętej, w okresie wypraw krzyżowych. Zgodnie ze statutem opiekowali się pielgrzymami, modlili się i walczyli z poganami. Z czasem zakonnicy ci zgromadzili wielkie bogactwa i uchodzili wręcz za bankierów władców.

Dobra doczesne, jak to w życiu bywa, budzą często zazdrość i pożądanie u bliźnich. Ówczesny król Francji, Filip IV Piękny mający akurat irytujące pustki w skarbcu postanowił położyć łapę na bogactwach templariuszy. Zainspirowany przez doradcę, rycerza-kanalię Wilhelma de Nogaret zmusił swojego totumfackiego, papieża Klemensa V będącego w tzw. niewoli awiniońskiej u króla Francji, aby ten oskarżył templariuszy o herezję.

Spalenie templariuszy. Wyobrażenie z manuskryptu z XV wieku

Właśnie w piątek 13 października 1307 roku aresztowano przywódców templariuszy, z wielkim mistrzem Jacobem de Molay na czele. Oskarżono ich o czyny będące obrzydliwościami w oczach Boga, m.in. o homoseksualizm i oddawanie czci bożkowi Bafometowi (przypuszczalnie chodzi tu o Mahometa). Aresztowani zakonnicy byli torturowani. Wielki mistrz Jacob de Molay został poddany ciężkiej próbie wiary i silnego charakteru. Pod wpływem tortur to przyznawał się do zmyślonych zarzutów, to potem je odwoływał.

Gdy 18 marca 1314 z rozkazu Filipa IV Pięknego palono go na stosie, ten tuż przed śmiercią odwołał swe przyznanie się do winy a na sprawców nieszczęścia templariuszy rzucił klątwę i wezwał na Sąd Boży. Według podań miał krzyknąć.

„Papieżu Klemensie, królu Filipie, rycerzu Wilhelmie! Nim rok minie spotkamy się na Sądzie Bożym!”

Faktycznie upadły rycerz Wilhelm de Nogaret od roku już nie żył. Papież Klemens V i król Francji Filip IV Piękny zmarli wkrótce w tajemniczych okolicznościach, nie przeżywszy nawet roku od spalenia Jacoba de Molay.

W 2001 roku odnaleziono zaginiony od setek lat protokół z przesłuchania templariuszy. Według niego byli oni niewinni (Pergamin z Chinon)

Audycja radiowa Polskiego Radia o tym wydarzeniu [LINK]
Artykuł w "Rzeczypospolitej" [LINK]
Salve Regina - jedna z popularnych pieśni templariuszy [LINK]

środa, 29 maja 2019

IV Bieg na Wisznicką Milę

Ostatnia sobota 18 maja przebiegła w Wisznicach pod znakiem sportowej rywalizacji. Odbył się tam cykl wyścigów dla biegaczy i chodziarzy znany jako „Bieg na Wisznicką Milę”.

Tegoroczna, czwarta edycja charakteryzowała się kilkoma nowościami. Bazę zawodów przeniesiono z centrum miejscowości w okolice Gminnego Ośrodka Kultury na Wygodzie, gdzie znajduje się teren rekreacyjny oddany do użytku w ubiegłym roku, w ramach zrealizowanego projektu „Rozwój infrastruktury usług społecznych w Gminie Wisznice”. Po raz pierwszy w historii biegu zastosowano elektroniczny pomiar czasu. Zapewniła go bialska firma Time2Go. Także trasa głównego biegu i marszu Nordic Walking na 6 km została nieco zmodyfikowana, choć przebiegała w tym samym regionie, co w latach ubiegłych. Biegacze i chodziarze rywalizowali w wyścigu głównie po polnych drogach pomiędzy Dubicą a Wygodą. Ścigali się w pięknej scenerii, mknąc wśród pól, obsadzonych akurat kwitnącym, intensywnie żółtym rzepakiem.

Zdjęcie: A. Turski, Time2Go
Frekwencja dopisała. W biegach i w marszu wzięło udział w sumie ponad stu uczestników. Bieg główny na 6 km ukończyło 52 uczestników, Marsz Nordic Walking na tym samym dystansie 46 uczestników. W biegach dziecięcych i młodzieżowych na 100m, 400m, 600m i 1600m wystartowało tylko po kilku zawodników. Szkoda, że tylko tylu - jak na miejscowość wielkości Wisznic, z dwoma szkołami, to stanowczo za mało.

Trasa biegu głównego oznaczona została biało czerwoną taśmą a na asfalcie strzałkami narysowanymi kredą. Na zakrętach i skrzyżowaniach rywalizujących kierowały we właściwą stronę ustawione tabliczki ze strzałkami oraz wolontariusze i strażacy. Dzięki temu nikt nie pomylił drogi. Na pierwszym i piątym kilometrze znajdował się punkt z wodą. Wielu uczestników z niego skorzystało pomimo krótkiego dystansu. Organizatorzy obawiali się deszczu lecz dzień zawodów okazał się gorący i parny. Upalna pogoda utrudniła wielu uczestnikom bieg na maksimum możliwości.

W biegach dla dzieci pełniłem m.in. rolę "pachołka" do obiegnięcia. Zdjęcie: Gmina Wisznice
Zziajanych „finisherów” czekały na mecie brawa kibiców, pamiątkowe medale oraz woda i posiłek, dostarczony przez Zajazd „Awangarda”. Najlepsi w kategoriach OPEN, wiekowych i z Gminu Wisznice otrzymali pamiątkowe puchary.

Zwycięskim biegaczem na dystansie głównym okazał się Rafał Klimek z Wisznic, obecnie student bialskiego AWF-u, reprezentant MKS „Żak” Biała Podlaska. Przybiegł na metę z czasem 00:22:10. Najlepszą biegaczką została Katarzyna Biernat z Janowa Podlaskiego, która przybiegła równo trzy minuty po zwycięscy.

Wśród chodziarzy zwycięzcą został Dariusz Mackiewicz z Kodnia kończąc wyścig z czasem 00:37:36. Pierwsza wśród Pań przyszła Anna Adamska z Radzynia Podlaskiego (00:44:48).

Pełne wyniki znajdują się na stronie Time2Go, w zakładce "wyniki".

Ja sam zająłem miejsce ostatnie uzyskując czas 00:56:11 na 6 km. Biegłem szybko tylko przez pierwsze dwa kilometry, z aparatem w ręku. Potem zatrzymałem się i robiłem zdjęcia biegaczom, następnie chodziarzom. Zależało mi, by wspomóc głównych organizatorów a nie na rywalizacji. Zrobione zdjęcia udostępniłem na swoim szkolnym profilu Facebook - „Paweł Pakuła”. Moje wrażenia zostały wykorzystane w relacji „Super Podlasiaka”. Dużą galerię zdjęć udostępniła też na Facebooku Gmina Wisznice.

poniedziałek, 13 maja 2019

7. Maraton Lubelski – po raz pierwszy na wynik

W niedzielę zakończył się 7. Maraton Lubelski. Był tradycyjnie trudny, z powodu ciepłej, słonecznej pogody i dosyć pagórkowej trasy. To mój trzeci start w lubelskim maratonie i pierwszy, który biegłem na wynik. Dwie poprzednie edycje biegłem jako pacemaker lub fotograf, z aparatem w ręku. Tym razem, choć w formie nie najlepszej, postanowiłem pobiec na maksimum możliwości.

Chciałem zakręcić się koło 3 godzin, najlepiej „złamać trójkę”. Z racji trudnej trasy założyłem, że bazowym tempem nie może być 4:10-4:15 jak na szybkich trasach, lecz 4:05-4:10. Niestety, upał zrobił swoje. Zabrałem z domu kurtkę przeciwdeszczową a jak na złość trafił się pierwszy gorący dzień od dłuższego czasu. Tuż przed startem żałowałem, że zamiast kurtki nie zabrałem letniego kapelusza.

Pierwszą połowę pobiegłem dobrze, półmetek mijałem w 01:29 i kilka sekund. Większość drugiej połowy też biegłem w miarę znośnie. Pomagały w tym dosyć gęsto rozstawione punkty odżywiania, gdzie brałem wyłącznie wodę, którą piłem i którą się obficie polewałem.

Niestety, nie utrzymałem tempa na końcówce. Na ostatnich 5 kilometrach zwolniłem z 4:15 do 4:30 na kilometr. Na tym gdzieś etapie wyprzedził mnie siwiutki starszy Pan z kategorii M50. Finalnie był 10 OPEN. Zdążyłem mu tylko wysapać „szacunek” i że cieszę się, że nie jest z mojej kategorii wiekowej.

Linię mety przekroczyłem z czasem 03:01:16 brutto. Wynik ten dał mi 11 miejsce OPEN na 660. W kategorii wiekowej byłem 4 ale, że zwycięzca był również z tej kategorii a nagrody z pierwszych 6 OPEN i z kategorii wiekowych nie dublują się, to zgarnąłem pucharek, dyplom i nagrodę za 3 miejsce w kategorii M40+.

Moja fotorelacja z biegu ukazała się na portalu festiwalbiegowy.pl. Zapraszam.

[LINK] do relacji

czwartek, 2 maja 2019

Castorian Extreme Race – druga edycja jeszcze lepsza

Start. Zdjęcie: Słowo Podlasia
Niecały rok temu wziąłem udział w pierwszej edycji Castorian Extreme Race – krótkiej przeszkodówce niedaleko moich Wisznic. Wyścig wyszedł udany zarówno organizacyjnie jak i dla mnie samego – zająłem w nim 2 miejsce OPEN na 44 zawodników. Czas: 25 minut, zwycięzca był niecałą minutę szybszy.

Po dobrych wrażeniach, w tym roku zapisałem się ponownie. Impreza się rozrosła: do krótkiej trasy 4 km (Trial) w wersji indywidualnej i zespołowej dodano także 8 – kilometrową (Challenge). Doszły nowe przeszkody, którymi organizatorzy straszyli uczestników na Facebooku, kilka dni przed startem. Na drugą edycję zapisało się dużo więcej biegaczy, nie przyjechał jednak zwycięzca z zeszłego roku.

Challenge 8 km

Niestety, ciepły dzień. Słońce świeci. Dla mnie trochę za gorąco na ściganie. Rozgrzewka i rozciąganie. Godzinę przed startem spróbowałem jeszcze głównej, nowej przeszkody – combosa z podwieszonymi na łańcuchach ruchomymi elementami, które miały w przyszłości chwytać moje ręce: metalową drabinką, rurką i kilkoma ringami. Słabe mam ręce i przeszkody to nie moja domena, jednak tu dałem radę. Dobra nasza: na końcówce biegu będę już zmęczony, ręce też będą spracowane ale jest szansa, że to przejdę.

Bierzemy po oponie i wchodzimy do drewnianej stodoły, z której wydobywa się dym i dochodzi głośna muzyka. W środku światła, dym, DJ – klimat trochę jak z dyskoteki - mordowni, gdzie za złe spojrzenie można już nie wrócić do domu. Odliczają sekundy do startu i z oponami lecimy kilkaset metrów. Wrzucamy opony na pakę samochodu i bieg po leśnej drodze, do pierwszej przeszkody. Nie prowadzę, ale jestem w pierwszej dziesiątce zawodników.

Kolejne przeszkody nie zaskakują: są łatwe i znane z poprzedniej edycji. Skok przez rów wypełniony wodą – najlepsi podobno to przeskoczyli, ja nie więc stopy już mam mokre. Potem czołganie pod drutem kolczastym, mur z bel słomy, opony na ziemi, niewysokie drewniane murki, wielkie drewniane szpule. Ścieżka otaśmowana wyraźnie z obu stron wije się w pagórkowatym terenie w lesie. Przesuwam się na piątą pozycję.

Zdjęcie: Słowo Podlasia

Dobiegamy w końcu do czegoś nowego i ciekawego. Trzeba wejść na drzewo, na wysokość ok. 3 metrów. Z jednej strony drzewa przyczepione są klamry-stopnie, z drugiej jest lina. Większość wchodzi po stopniach zaś schodzi liną. Najlepsi podobno wykorzystali jedynie linę – weszli po niej i zeszli. Pomimo, że jestem piąty trochę się przy tej przeszkodzie korkuje. Po pomyślnym pokonaniu trasa prowadzi nas na podmokłe łąki. W grząskim rowie błoto prawie ściga mi but więc muszę się zatrzymać i go ponownie nałożyć.

W dalszym etapie jest znowu las i kolejne przeszkody. Gruba lina i zadanie wspięcia się po niej na wysokość ok. 3 metrów. Ostatnie miesiące ćwiczyłem trochę na siłowni ProGym w Białej, między innymi wspinanie po linie, dzięki czemu mogę ją teraz zrobić bez przystanku i bez problemu. Czołganie w „wyżymaczce” pod oponami trochę brudzi, nieco spłaszcza, ale jest łatwe. Ścianka z łańcuchów też. Pojawia się w końcu zalana kopalnia piasku ze zjeżdżalnią do wody. Po zaliczeniu przymusowego nurkowania to brodzimy, to wspinamy się na piaszczyste skarpy, aby zaraz z nich zbiec; trochę biegniemy stromym piaszczystym zboczem. To zbocze jest fajną nowością, podobnie jak paintball, gdzie trzeba strzelić kilka razy do celu.

Zdjęcie: Słowo Podlasia

Jest też znane z poprzedniej edycji zadanie na wiedzę, dawny „polonista”. Dobiegam do punktu, wolontariusze mówią: „Na wyspach Bergamutach...” – i trzeba dokończyć. „Mieszka kot w butach” – odpowiadam bez głębszego zastanowienia, bo coś mi się z kotem w butach kojarzy. Przebój ten wydaje mi się jednak starszy niż prehistoryczna „Lambada” więc dobrze słów nie pamiętam. „Podobno jest kot w butach” - poprawiają wolontariusze i widzę, że wahają się, czy uznać moją odpowiedź. Pomagam im podjąć pozytywną decyzję i po usłyszeniu werdyktu lecę dalej.

Biegnę już na 4 pozycji gdy trafiam w końcu na „kamień” – wysoką, ponad 2 metrową drewnianą ściankę, która była największą trudnością poprzedniej edycji. Wtedy ją pokonałem umiejętnie zaczepiając się stopą o występ deski w dolnej części ścianki. Pamiętam, że bocznymi podpórkami pomagać sobie nie było można dlatego i tu tę pomoc wykluczam. Próbuję teraz tak samo jak wcześniej, jednak spadam. Cofam się, próbuję jeszcze raz. Już ręka smyrgnęła górną krawędź ale znowu spadłem. Trudno, robię 20 „padnij powstań”. Strasznie długo to leci, z żalem widzę kątem oka, jak chłopak, którego niedawno wyprzedziłem dobiega do ścianki, pokonuje ją i znowu jest przede mną. Przyszłość pokaże, że za chwilę znowu go wyprzedzę  i owe karne „padnij powstań” nie będzie miało żadnego wpływu na zajęte miejsce, jedynie na czas pokonania przeze mnie trasy.

Końcówka. Prosta pochyła ścianka ze zwisającymi na niej linami, podziemny tunel wypełniony błotem, bieg w lasku, korytko z wodą i zawieszonymi nad taflą wody oponami. Łatwo do tego wejść a ciężej wyjść gdyż folia wyściełająca korytko jest śliska.

Ostatnia przeszkoda – combos „małpi gaj” – jak go niektórzy nazywają. Przed startem uspokojenie oddechu, skok na drabinkę, potem na rurkę. Ślizgają mi się mokre i zapiaszczone dłonie na metalu, gdy jednak sięgam do ringów jest lepiej. Te są z drewna a zatem nie takie śliskie. Ciężko, ale przechodzę za pierwszym razem.


Na metę wbiegam jako trzeci zawodnik z mojej fali, czas 44:17. Niedługo po moim przybyciu zobaczę, jak na metę wbiega Jacek Chruściel z Międzyrzeca, zawodnik mocniejszy ode mnie biegowo. Startował w drugiej fali, chyba 10 minut po naszej a zatem skoro wbiegł niedaleko po mnie to zapewne nie tylko zdecydowanie wygrał swoją falę ale i wyprzedził mnie. Tak też było. Pierwsi trzej pokonali trasę w zbliżonym czasie 40 minut z hakiem. Ja zająłem miejsce czwarte na 47. Piąty zawodnik, z Łukowa, wbiegł ponad 2 minuty po mnie.

Trial drużynowy 4 km

Już się umyłem w sztucznym basenie wypełnionym pianą, już zrzuciłem upiaszczone i mokre rajtki, skarpety i buty, Już przebrałem się w suche ciuchy, już podjadłem poczęstunek, dla zawodników, którzy ukończyli zawody, już czekałem na zakończenie. Wtem podchodzą do mnie dwaj chłopcy – Tomek i Rafał - i pytają czy to ja byłem czwarty bo szukają zawodnika do teamu. Trochę się waham bo to dwaj najlepsi zawodnicy biegu. Młode chłopaki z Lublina i Chełma, ambitni, trenujący, dobrze radzący sobie na trudnych przeszkodach. Dołożyli mi blisko 4 minuty i jak z nimi pobiegnę to boję się, że będę zakałą drużyny. Zgadzam się w końcu, bo w sumie, dlaczego nie spróbować? Zgłaszamy i opłacamy Super team złożony z zawodników 1,2 i 4 miejsca z długiej trasy. Nazwę wymyśla kolega, bynajmniej nie groźną ani agresywną: „Poziomki”.

"Poziomki". Od lewej: Rafał, Tomek i ja.
Przed startem uprzedziłem, że jestem przede wszystkim biegaczem i na przeszkodach mogę mieć problemy. Uzgodniliśmy, że mam biec ile fabryka dała a jak będę miał problem na przeszkodzie, to mi pomogą.

W praktyce bieg okazał się dla mnie łatwiejszy, niż się spodziewałem. Po kilku godzinach słońce trochę zaszło, zrobiło się jakby chłodniej. Dla mnie warunki dużo lepsze. Przeprosiłem się z mokrymi ciuchami, co też działało pozytywnie bo chłodząco. Dzięki temu mogłem biec w wyższym tempie, niż za pierwszym razem. Wyprzedziłem wszystkich z 2 fali, z której i my wystartowaliśmy i zacząłem wyprzedzać ostatnich z fali pierwszej.

Na krótszej trasie organizatorzy oszczędzili zawodnikom część trudniejszych przeszkód. Nie było wspinaczki po linie, nie było listwy z chwytami na ręce. Ze wspinaczkowych przeszkód pamiętam  sznurkową drabinkę, ściankę drewnianą i łańcuchową oraz „małpi gaj” na końcu. Do niego właśnie, tuż przed metą dobiegłem jako pierwszy z naszej drużyny. Zgodnie z podpowiedzią wysuszyłem uprzednio ręce o piasek i słomę. Skokiem przeszedłem drabinkę, metalową rurkę, kilka ringów i... spadłem. Ześlizgnęła mi się ręka na ostatnim ringu. A niech to! Na szczęście reguły mówią, że członkowie drużyny mogą sobie pomagać. Zaraz za mną dobiegł Rafał, pokonał sam combosa a następnie wrócił i zrobił mi pod nogi podpórkę ze swoich ramion. Z Jego pomocą za drugim razem pokonałem przeszkodę. Chwilę po mnie pokonał ją Tomek - trzeci zawodnik z naszego „poziomkowego” zespołu. Super się zgraliśmy, idealnie bo praktycznie równocześnie pokonaliśmy ostatnią przeszkodę.

Wbiegliśmy na metę z czasem 00:26:45. Wygraliśmy kategorię drużynową. Drugi zespół, którego się przed startem trochę obawiałem, Red Lion Club z Międzyrzecza Podlaskiego miał czas 00:29:23.

Polecam

To był przyjemnie spędzony dzień. Lokalna impreza a bardzo dobrze zorganizowana. Dziękuję organizatorom, sponsorom biegu oraz kolegom Tomkowi i Rafałowi, którzy zaprosili mnie do swojej drużyny.

[LINK] do galerii na Słowie Podlasia

[LINK] do strony zawodów