poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Bieg Szlak Trafi – relacja

Ostatni mój bieg przed UTMB – pojechałem na Bieg Szlak Trafi do Parchatki. Gdzie ta Parchatka jest? Koło Puław. W zasadzie wygląda jak dzielnica Puław, gdy jechałem do biura zawodów od strony Kazimierza Dolnego to musiałem wjechać do samych Puław, aby trafić do Karczmy „Parchatka” usytuowanej u podnóża lessowych pagórów. Miałem wynająć sobie jakiś pokój w miejscowości, ale że byłem późno i w samej Parchatce reklam „pokoje do wynajęcia” nie znalazłem to przespałem się dyskretnie na parkingu, w namiocie koło samochodu. Bałem się, czy od pobliskich chaszczy nie załapię jakichś parchów, skądś ta nazwa musiała się przecież wziąć. Ale nie. Pobudka o 3 w nocy, o 4 w nocy (było jeszcze ciemno) wyjazd na zamek do Kazimierza Dolnego i o 5 rano start na dystansie 57 km. Muszę przyznać, że same ruiny jak i panorama na zakole Wisły o brzasku wyglądały urokliwie. Naprawdę, trudno o lepsze miejsce na start. Tylko następnym razem klucz do toalet powinni organizatorzy załatwić, aby biegacze tuż przed startem nie musieli nawozić i podlewać okolicznych zarośli. W sumie drobiazg, ale do poprawy.


A jak trasa i sam bieg? Byłem pełen obaw, jak mi się będzie biegło, bo K-B-L wyszedł słabo. Pulsometr wariował, szybko się zagotowałem. Tu do sprawy podszedłem ostrożnie. Te dwa tygodnie pomiędzy K-B-L a Parchatką biegałem bardzo mało. Dałem sobie dużo czasu na odpoczynek.

Zacząłem spokojnie z założeniem, że będę patrzył na wskazania pulsometru a zwłaszcza na tętno. To ustawiłem jako główną wyświetlaną wartość. Bałem się, że na lekkim truchcie znowu poszybuje pod 180 ale nie. Po pierwszym kilometrze rzeczywiście skoczyło do 179, ale potem spadło i kręciło się wokół 150-160. Pod koniec zaczęło rosnąć, lecz wtedy już miałem prawo być zmęczony. Średnie z całego biegu wyszło 160, szczytowe 191 na końcówce.


Oczywiście druga sprawa na ile można wierzyć mojemu Ambitowi. Dystans miał być 57 km, a ten naliczył 55,39 km; podejść miało być ponad 600 a mi wyszło ponad 1000. Spalonych kalorii 3599. Biegliśmy często wśród wąwozów, więc wskazania Ambita mogą być tym bardziej niedokładne.

No właśnie, wąwozy. Dwa słowa o samej trasie. Jest fajna. Bardzo dobrze oznaczona. Nigdzie się nie pomyliłem. Ani razu nie miałem wątpliwości, gdzie biec. Nigdzie się nie krzyżuje, nie trzeba biegać dwa razy po tym samym odcinku. I często jest malowniczo. Nie raz biegliśmy wewnątrz wąwozów po lessowej drodze lub – co było mniej przyjemne – po drodze z betonowych płyt. Asfaltu prawie nie było. Sporo było też biegania po polnych drogach wśród łąk i pól.


Tak wyglądała większość trasy, ale to mniejszość jest ciekawa. Te przełajowe rodzynki, które od czasu do czasu się zdarzały. A to rozlany strumień, który trudno było przejść suchą nogą, a to jakieś błota, a to zielsko po pas. W tym i pokrzywy. Zdrowotnym smaganiem pokrzyw po odsłoniętych kolanach nie przejmowałem się bardzo. Bardziej bałem się kleszczy. Tu łąki, zielska a my przez to brniemy. W poniedziałek idę na badania krwi sprawdzić czy aby nie mam boreliozy. O tym postanowiłem jeszcze przed Parchatką, ale w trakcie zawodów pomyślałem, że jeśli jeszcze boreliozy nie mam to po tym biegu będę miał na bank. Dziś tuszę, że może jednak nie. Może panikowałem. Po biegu obejrzałem się dokładnie i nie znalazłem na sobie żadnego robala.

Te łąki, trawy i chaszcze nie byłyby tak nieprzyjemne gdyby nie to, że zbiegało się przez nie stąpając po koleinach. A takie zarośnięte trawą nierówności są bardzo słabo widoczne. Coś jak ostatni zbieg na długiej trasie Chudego Wawrzyńca. Kilka razy zbiegając po takich wertepach wykręciłem boleśnie stopę, aż zastanawiałem się czy czegoś nie uszkodziłem. Chyba nie. Do mety dobiegłem bez bólu.

Inne atrakcje oprócz wody i gęstej trawy to dna wąwozów. Fajne były te po 40 kilometrze. Strumień, błoto, zwalone konary. Kamienie. I trzeba się przez to przedzierać. Tak, przedzierać, bo więcej to miało wspólnego z biegiem przeszkodowym, niż z zwykłym bieganiem. Ja bynajmniej nie narzekam. Mi się podobało. Lubię techniczne odcinki. Ten też był fajny, nawet szkoda, że taki krótki. Komu opis nie wystarczy niech zajrzy na film, który kręciłem w trakcie biegu.

Ostatnia sprawa: ścigańsko. Wystartowało niecałe 100 osób, niby niewiele. Przed startem nie wertowałem listy startowej w poszukiwaniu strasznych nazwisk, więc nie wiedziałem, kto mocny przyjechał. Biegłem swoje w miarę równo, jak się okazało, że pulsometr nie wariuje a ja czuję się dobrze to potem coraz szybciej, na płaskim trzymając poniżej 5.00 na kilometr.

Gdzieś chyba w połowie trasy jeden z wyprzedzanych biegaczy powiedział mi, że na czele biegnie Dominika i mocno ciśnie. Dominika Stelmach. Dziewczyna, która ostatnio odnosi sukces za sukcesem, ma ode mnie życiówki lepsze na każdym dystansie. I to ostatnio robione. Stówa po ulicy w 8:01, połówka uliczna w 1:16. Na TUT Gedyminas uciekł jej tylko na 15 minut. Była tam druga OPEN. Dominika jest w gazie i nie miałbym z nią szans.

Z opowieści na mecie wyłaniał się taki obraz, że w prowadzącej grupie była Dominika i kilku chłopaków. Ci pewnie próbowali trzymać Jej tempo a ona ich po kolei gotowała. Jednego po drugim. W końcu na 45 kilometrze została sama i tak wbiegła na metę z kilkunastominutową przewagą nad następnym. Szatan nie kobieta.


Sam biegłem konsekwentnie i w miarę równo. Pilnowałem odżywiania. Nie miałem żadnych kryzysów. Stopniowo przesuwałem się w klasyfikacji. Ostatniego z zawodników, finalnie trzeciego wśród mężczyzn Maćka Łukasiewicza wyprzedziłem na ostatnim punkcie odżywiania 10 kilometrów przed końcem. To mocny chłop z „Warszawiaky”, do którego najlepszych wyników nie mam się co porównywać. Dycha w 34:30, maraton w 2:41. Musiał popełnić jakiś błąd, że dał się dogonić dla takiego jak ja. A może po prostu lepiej się czuje na ulicy i nie ma doświadczenia w ultra. Nie wiem. Na mecie okazało się, że do Dominiki straciłem 17 minut, ale do drugiego tylko 3. Na dłuższej prostej mógłbym go pewnie zobaczyć i przyśpieszyć. Niestety nie widziałem i nie przyśpieszyłem.


W sumie jestem wynikiem tego biegu mile zaskoczony. Słabo mi ostatnio idzie, nieregularnie trenuję, szybko tracę siły. Myślałem, że i tu mi nie wyjdzie a wyszło całkiem nieźle. Wręcz zupełnie dobrze. Budzi to jakąś pozytywną iskierkę nadziei przed UTMB, ale nie łudzę się – słabszy jestem w tym roku niż w poprzednich dwóch, przeto cudów w Chamonix nie oczekuję.


A bieg w Parchatce jak najbardziej polecam. Nie tylko, że to województwo lubelskie a więc moje. Po prostu: organizacja bardzo dobra, trasa wśród wąwozów ciekawa. Tak myślę, że Piotrek Dymus mógłby tam napstrykać sporo fajnych zdjęć. Jeśliby oczywiście pogoda dopisała. Dystans ultra, ale na tyle krótki, że dla lepiej wytrenowanego długodystansowca zupełnie niekasujący. No i bardzo dobry pomysł na pierwsze, pseudo-górskie ultra. Kto chce wyjść poza dystans maratonu – polecam Bieg Szlak Trafi.

Zapraszam do urywków filmowych, które kręciłem podczas biegu. Zrobiłem też foto-relację, dla Festiwalu Biegowego. Link do niej jest [TUTAJ]. Dużo bardziej profesjonalną relację z biegu zrobiła Beskid.tv. Zdybali i mnie na mecie - "gwiazdorzę" od 4:23 filmu. Polecam obejrzeć całość bo ujęcia są ładne. [LINK] do relacji filmowej Beskid.tv

wtorek, 26 lipca 2016

K-B-L 110 km – relacja

Pojechałem na Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich do Lądka Zdroju. Trasę ponad 100 km ukończyłem w miarę sprawnie, ale z wynikiem dalekim od satysfakcjonującego. 49. miejsce na 205 startujących. Ukończyło 184. Czas 15 godzin, 51 minut. Dla porównania rekord trasy ustanowiony przez Krystiana Ogłego wynosi 11 godzin i 41 minut.

Co popsułem? Na samym biegu nic. Załatwiłem się bez mydła jeszcze na kilka dni przed startem. Przypuszczalnie byłem przemęczony lub chory i w takim stanie pojechałem na zawody. Spuchłem już po pierwszej kwarcie trasy. Potem ścigańsko odpuściłem, cieszyłem się widokami i bieganiem po górach. Nawet przespałem się na 60 kilometrze w namiocie blisko 2 godziny.

Szczegóły zawarłem w relacji opublikowanej właśnie przez portal festiwalbiegowy.pl. Zapraszam.

[LINK] do relacji
[LINK] do strony zawodów

A poniżej krótki film kręcony mini-kamerą, zawierający urywki z trasy. Niestety nie do końca jeszcze umiem obrabiać pliki filmowe, więc tym razem bez nagranych wypowiedzi. Może poprawię się następnym razem.

wtorek, 12 lipca 2016

Co do sekundy

Zdjęcie: Fundacja "W te pędy"
Nazwa biegu: V Tatarska Piątka
Data i miejsce: 10.VII.2016 Studzianka
Godzina startu: 16:30
Dystans: 5280 metrów
Nawierzchnia: polna droga, dwie pętle.
Pogoda: ciepło ale pochmurno.
Liczba zawodników: 98 osób
Mój numer startowy: 53
Mój czas i miejsce: czas 19:37, miejsce 6 OPEN
Zwycięzca: Yassine Mhimda (16:55)

Mój drugi start w Studziance koło Łomaz. Bardzo blisko Wisznic, krótki, szybki bieg organizowany przez Łukasza Wędę - historyka i animatora kultury prężnie działającego w okolicy.  Nazwa biegu nawiązuje do ciekawych dziejów wsi zamieszkałej dawniej przez Tatarów pełniących służbę wojskową dla Rzeczypospolitej. Start i meta umiejscowione były w pobliżu miejsca, gdzie jeszcze na początku XX wieku stał meczet. Dziś Tatarów już tu nie ma, pozostał mizar, trochę zdjęć i historia. Więcej o Tatarach w Studziance napisałem w relacji z 2013 roku [LINK].

Zawody w Studziance są typowo amatorskie: zwykła polna droga, trasa o nietypowej długości, liczba startujących biegaczy nie przekracza setki. Dużo pucharków, statuetek i kategorii ale żadnych wypasionych nagród mogących skłonić do startu łowców drogich gadżetów czy pieniędzy.

Z roku na rok coś poprawia się tu na lepsze. Od początku zaletą jest niepowtarzalny, lokalny koloryt z tatarską tradycją, piknikiem rodzinnym, zabawami łuczniczymi i kuchnią. W ostatnich trzech latach przyjeżdża do Studzianki egzotyczny zawodnik Yassine Mhimda - profesjonalny biegacz z Maroka. Co roku jest w nieodległej Białej Podlaskiej i najwyraźniej polubił bieg w Studziance bo chętnie tu startuje. Pisałem już o nim w zeszłorocznej fotorelacji dla Festiwalu Biegowego [LINK]. W zakończonej właśnie, piątej edycji novum był elektroniczny pomiar czasu.

W niedzielę pobiegłem w Studziance po raz drugi. Był to kolejny start będący treningiem szybkiego tempa i okazją do pościgania się. Przygotowany byłem bardzo średnio bo tak się złożyło, że w przeddzień uczestniczyłem z zjeździe absolwentów mojego wisznickiego liceum. Szkoła obchodzi w tym roku 70-lecie istnienia a ja ukończyłem ją równo 20 lat temu. Było spotkanie z dawnymi szkolnymi znajomymi, niekiedy poznawanie się bardziej po plakietce z imieniem i nazwiskiem niż po wyglądzie; potem dużo jedzenia, trochę picia i tańce do 5 rano.

I weź tu potem startuj w biegu na piątkę. Szczęście godzina startu wyznaczona została na 16:30 zdążyłem więc i pospać i ochłonąć nieco po balandze.

Pogoda była niezła: pochmurno, dosyć ciepło ale nie upalnie. Zacząłem mocno i pierwszy kilometr wyszedł koło 3:36. Wyprzedziłem ze dwóch i wskoczyłem na 6 pozycję. Przede mną biegł Pan Stubiński, mocny strażak z Piszczaca z którym ostatnimi czasy przegrywam. Po pierwszym okrążeniu nie był daleko. Zamyślałem, aby Go dogonić ale niestety sił na to nie starczyło. W drugiej połowie zacząłem słabnąć, tempo spadło a poprzedzający mnie konkurent zaczął się oddalać. Szczęśliwie i ten za mną mnie nie doszedł.

Dobiegłem 6 OPEN z czasem 19:37. Zająłem 3 miejsce w kategorii wiekowej M31-44 ale że nagrody się nie dublują to stanąłem na najwyższym stopniu podium bo dwaj pierwsi byli nagrodzeni w OPEN. Byłem też trzecim zawodnikiem z powiatu, po Marku Jaroszuku i Leszku Stubińskim.

Z ciekawości porównałem niedzielny bieg z wynikami II Tatarskiej Piątki z 2013 roku. Wtedy wystartowało 80 osób. Ja, jeszcze wymęczony ledwie tydzień po biegu ultra TVSB dobiegłem 5 OPEN. Czas 19:37, identyczny jak w tym roku. Co do sekundy.

Najlepsi z powiatu bialskiego: I - M.Jaroszuk, II - L. Stubiński, III - P.Pakuła, IV- D. Kuczewski

niedziela, 10 lipca 2016

W górach treningowo

Sromowce Niżne 1998 r.
Naprawdę nie pamiętam kiedy po raz ostatni byłem w górach turystycznie. Zawsze weekend: szybki dojazd, mniej lub bardziej udane zawody, obolały powrót. Tym razem było inaczej. Sobek i Sapcia - przyjaciele, z którymi mieszkałem kiedyś w Warszawie namówili mnie na trzydniowy wypad w góry. Wybór padł na Pieniny. Dawno tam byłem, chyba ostatnio wtedy, gdy zaraz po liceum pojechałem tam z kolegą na kilka dni. Pamiętałem, że są Trzy Korony, zalew, dwa fajne zamki, że można spłynąć Dunajcem, że jest miejscowość o dziwnej nazwie "Sromowce" i tyle.

Dzień 1

Bazą wypadową była Szczawnica, konkretnie schronisko "Orlica". Pierwszy dzień był typowy: od rana ładna, nawet upalna pogoda więc plecak na plecy i marsz w pobliskie góry. Przyjaciele nie są specjalnie biegowi więc mieliśmy chodzić po najbardziej popularnych wierzchołkach i popularnymi szlakami.

Na Trzech Koronach. 1998 r.

Wyszliśmy ze schroniska, za chwilę przeprawa przez Dunajec i już pniemy się pod górę niebieskim szlakiem na Sokolnicę. Fotka tu, fotka tam, fotka na szczycie. Podziwianie widoków. Od czasu do czasu coś nagram kamerką. Łatwo się domyśleć, że wkrótce nogi zaczęły mnie świerzbić. Nie no - ja nie mogę sobie tak po górach chodzić:  trzeba biegać. Odtąd już czekałem tylko podejścia aby na nie wbiec. Cieszyłem się, że po powrocie do schroniska nie będę już musiał robić treningu, bo trening będę miał zaliczony. W ten sposób chodząc i biegając zaliczyliśmy Sokolnicę, Trzy Korony i zeszliśmy do Sromowców Niżnych skąd wróciliśmy wypożyczonymi za kilkanaście złotych rowerami. Zrobiliśmy pieszo około 8 kilometrów. Dzień pierwszy był udany.

Dzień 2

Dopiero drugiego dnia wpadłem na pomysł, aby wbiec gdzieś na czas. Może ze schroniska "Orlica" na pobliską Palenicę (719 m. n.p.m.)? Niedaleko, według informacji dla turystów godzina drogi, kilkaset metrów w górę. Wymyśliłem, że wbiegnę sobie jak najszybciej na Palenicę na której jeszcze nigdy nie byłem i po niebieskim szlaku, którego nie znałem. Takie moje prywatne, mini-FKT (Fastest Known Time - najszybszy znany czas).


Niestety albo stety - w niedzielę lało.  Przyjaciele zostali w schronisku czekając aż przestanie a ja tymczasem przyszykowałem rajtki i buty do szybkiego "zdobycia" Palenicy. Jeszcze tylko krótkie nagranie przed schroniskiem, fotka, odpalenie Ambita i rura!

Zapowiadana wielka "rura" okazała się wąską "rurką" i tylko przez pierwszy odcinek. Potem zrobiło się stromo więc przeszedłem w szybki marsz ubarwiony głośnym sapaniem. Wyżej było jeszcze gorzej bo ścieżka przy wyjściu na polany była ziemna a nie kamienista, czyli po deszczu - błotna. W Trailrocach 255 ślizgałem się na niej tak, że chwytałem drzewek aby wejść wyżej. 

Tempo mi spadło ale jakoś się wgramoliłem. Poleciałem dalej niebieskim szlakiem wpatrzony pod nogi z myślą, że Palenica już tuż, tuż. 

Niestety, jak to często u mnie, coś się musiało skaszanić. Wgramoliłem się na jakiś skalny wierzchołek, chyba Szafranówkę (742 m. n.p.m.) i skrętu na Palenicę nie zauważyłem. Mapy ze sobą nie wziąłem więc biegłem dalej. Kilometry mijały. Deszcz siąpił ale biegło się w miarę przyjemnie bo chłodno a szlak prowadził grzbietem. Postanowiłem dobiec do jakiegoś charakterystycznego miejsca aby zmierzyć czas. 

Po ponad czterdziestu minutach zatrzymałem się pod schroniskiem "Pod Durbaszką". Ubłocony bo raz oczywiście zdążyłem się wykotłować, do tego mokry od deszczu. Ale szczęśliwy. Znowu fotka, znowu dwa słowa do kamery. Zamówiłem gorącą herbatę i ciepły budyń. Świetna sprawa. Bardzo mi się w tych górach podoba. Lecisz na trening, łoisz górę, dobiegasz do schroniska gdzie zamawiasz sobie coś ciepłego i wracasz z powrotem. Na moim Polesiu tylko wbiegnę do lasu i zaraz orbituje wokół mnie chmara gzów, komarów i innego świństwa. Tu jakoś tego nie ma. Świetne warunki do biegania. Aż nurtowała mnie myśl, aby w górach zamieszkać.

No ale miało być FKT, super-mega-wypasiony czas Pakuły. Co pokazał Ambit? Dystans: Dystans "Orlica" - schronisko pod Durbaszką - 7.40 km, czas 46:22, podejść 559 m, zbiegów 182 m, średnie tętno 162.


Fajny trening zrobiony. Wróciłem do schroniska już luźnym truchtem. Potem, gdy przestało padać zrobiłem jeszcze raz tą samą trasę z przyjaciółmi, trekingowo. Doszliśmy nawet trochę dalej, na szczyt Wysokiej (1050 m. n.p.m.). Przeszliśmy w sumie ponad 13 km.

Dzień 3

Wyjechaliśmy ze Szczawnicy w stronę Warszawy planując po drodze zaliczyć Gorczański Park Narodowy i Turbacz (1310 m. n.p.m.). Start od Kowańca, dzielnicy Nowego Targu i wejście na szczyt zielonym szlakiem. Dla turystów trasa powinna zająć około 2 godzin. Oczywiście i tu postanowiłem wbiec jak najszybciej i w schronisku poczekać na przyjaciół. Byłem już trochę podmęczony dwoma dniami w górach, szlaku znowu nie znałem ale byłem na miejscu więc trzeba korzystać. Zacząłem spod kościoła p.w. Matki Boskiej Anielskiej w Kowańcu, może z 200 metrów obok zaczynał się zielony szlak. Znowu fotka, kamerka i bieg.


Początkowy kilometr czy dwa to asfalt łagodnie idący pod górę. Potem kawałek stromego, kamienistego szlaku, gdzie przeszedłem w marsz. Reszta trasy, aż na sam szczyt to w większości wygodna, górka droga wijąca się pod górę na tyle łagodnie, że można ją powoli biec. Tak też robiłem. Truchtałem w słońcu na szczyt Turbacza, miejscami, przy bardziej stromych fragmentach przechodząc w marsz. Raz lekko zmyliłem trasę ale nie nadłożyłem więcej niż 100 metrów. 

W końcu jest schronisko i stąd już rzut kamieniem na szczyt. W słońcu, zziajany zmierzyłem sobie czas. Dane z Ambita: Dystans 8.01 km, podejść 659 m, zejść 11 m, czas 51:32, średnie tętno 163.


I znowu świetny trening zrobiony, znowu, żałuję, że tu nie mieszkam. Wydaje mi się, że mógłbym tak codziennie wbiegać i zbiegać z góry choć zdaję sobie sprawę, że pewnie by mi się to po jakimś czasie znudziło. Poszedłem do schroniska na zasłużoną zupę z serem i grzankami. 

Przy bufecie spotkałem ultrasa Piotra (pozdrawiam!) który jak się okazało także biegł przez Turbacz ale czerwonym szlakiem. Okazało się, że jest supportem dla Państwa Grzelaków (pozdrawiam także!), którzy chwilę później też na Turbacz dotarli a robią właśnie GSB (Główny Szlak Beskidzki - ponad 500 km). Tak po 30-40 kilometrów dziennie, zależnie od pogody, treningowo przed UTMB. 

Pewnie zobaczymy się w sierpniu w Chamonix.

wtorek, 28 czerwca 2016

Tonąc w słońcu – Platerów po raz drugi

Zgodnie z zapowiedziami objeżdżam wszystkie miasteczka, miejscowości i wsie blisko Wisznic ćwicząc łydkę na krótkich i szybkich biegach. Teraz przyszła kolej na dychę w Platerowie. Trochę na północ od Białej Podlaskiej. Biegłem tu już trzy lata temu, z wynikiem 36:38 byłem ósmy i pierwszy w kategorii. [LINK] do relacji. Były kiedyś dobre czasy.

Na cuda się nie nastawiałem bo i wytrenowany nie jestem i pogoda szykowała się hardcore’owa. Nie zrobiłem żadnego wypoczynku przed startem; dzień wcześniej normalnie trenowałem. Jeszcze jadąc ze znajomymi z Wisznic liczyłem, że może jakaś burza schłodzi powietrze tuż przed biegiem – tak kiedyś było na półmaratonie w Radomiu i zrobiłem wtedy życiówkę. Niestety, tym razem tak pięknie nie było. Żar od początku do końca lał się z nieba. Słońce i 33-34 stopnie. Nie lubię bardzo ale wszyscy mieli mieć trudno po równo. Dobrze, że organizatorzy rozstawili na trasie kurtyny wodne a i mieszkańcy Platerowa nie zawiedli na życzenie albo i bez niego polewając biegaczy z węży i butelek.

Na starcie stanęło około 250 osób. Miałem biec średnio szybko a nawet kręcić po drodze filmy mini-kamerką ale jakoś tak w ostatniej chwili adrenalina skoczyła i schowałem kamerkę do kieszeni. Zacząłem po 3:40-3:50. Trasa była trochę inna niż 3 lata temu, były 3 pętle i trochę podbiegów (wg Ambita w sumie 70 metrów). Czołówka wyglądała tak, że najpierw prowadzący Przemek Dąbrowski który wygrał (33:45), potem jeszcze kilku mocniejszych a potem dosyć zbita, kilkunastoosobowa grupa biegających w okolicach 37 minut. Niestety, ta grupa już na początku mi uciekła. Dosyć wcześnie zacząłem puchnąć i tempo zaczęło kręcić się wokół 4:00 na kilometr. Na agrafce, jedynej, jaka była na pętli ze zdziwieniem patrzyłem jak biegną ci tuż za mną i jak wolne to jest tempo. Dyszymy, ręce pracują, oddech jest ciężki, nogi płoną a patrząc z boku – wygląda to jak trochę szybszy trucht.

Gdy zwolniłem do 4:00 to myślałem, że zaraz zaczną mnie łykać: jeden, drugi, trzeci. Ale nic z tego. Wyprzedził mnie jeden ale i ja łyknąłem ze dwie czy trzy osoby. Znaczy to, że inni też zaczęli optymistycznie i w tym skwarze momentem spuchli. Tak jak ja. Na ostatnim kilometrze dogoniłem i wyprzedziłem pierwszą dziewczynę, która chyba zakrztusiła się wodą bo coś pokaszliwała po drodze i tak dobiegłem z marnym czasem 39:29 do mety.

18 miejsce OPEN na 250, 5 na 68 w kategorii M30. Aż trzy minuty gorzej niż w 2013 roku. Nędza i słabizna ale i z mało bojowym założeniem wystartowałem to i taki wynik mam. W sumie wyjazd był fajny, trening świetny.

Dalej chcę więcej.

[LINK] do strony zawodów

niedziela, 26 czerwca 2016

Bydgoszcz City Race

18 czerwca, sobota. Startuję z koleżanką w małym rajdzie przygodowym. Pierwszy raz z Agatą i pierwszy raz w rajdzie miejskim. 50 km rowerem, 20 km biegu, 7 km kajakiem plus sporo zadań specjalnych. W sam raz na początek. Jest zgłoszonych około 50 zespołów, w tym sporo MIX-ów. Na wielkie ściganie się nie nastawiam bo Agata biega więcej od niedawna, ja w szybkim BnO jestem słaby i rowery mamy byle jakie. Ale dla nas ma to być po prostu dobra zabawa. Jak się uda zając wyższe miejsce to będzie oczywiście dodatkowo fajnie.

Dojeżdżamy ciut za późno więc śpieszymy się z szykowaniem przepaków i atmosfera przed startem jest trochę nerwowa. W końcu stajemy na starcie, na wyspie w centrum Bydgoszczy. Pamiątkowa fotka, start i już lecę po woreczek z foto-mapą. Ta jest pocięta na kilka kawałków, trzeba najpierw ułożyć puzzle, przenieść punkty na inną mapę, oblecieć, podbić i wrócić w miejsce startu. To prolog mający w optymalnym wariancie 3 kilometry. Truchtamy sobie z Agatą w miarę spokojnie. Trochę ja nawiguję, trochę daję się pobawić koleżance aby też miała radochę. Jeden punkt nieco przestrzeliłem i musieliśmy kawałek wrócić ale generalnie było OK. Pozostałe drużyny są znacznie od nas szybsze. Wracamy z prologu jako jedni z ostatnich i lecimy na 2-kilometrowy przelot na kajaki.

Na tym odcinku również zaliczamy krótką przygodę. Jesteśmy już nie daleko, trzeba tylko przejść na drugą stronę Brdy po moście kolejowym. Zatrzymuję się za małą potrzebą polecając Agacie, aby biegła dalej. Ja ją dogonię. To gonię, gonię i jakoś nie widać. Wbiegam na most, potem przez tory, zbieg po nasypie, jakieś chaszcze, skok przez płot i jestem na drodze do kajaków. Coś przekombinowałem z wariantem, niepotrzebnie biegałem po torach i skakałem przez ogrodzenie. Dobiegam do kajaków, prawie wszyscy już wypłynęli a mojej partnerki nie ma. Dzwonię ale przypominam sobie, że zostawiła swój telefon w bazie. To wracam kawałek. Jest, biegnie. Też się gdzieś zamotała ale już jest w porządku. Miły pan z obsługi, ze względu na Agatę spuszcza nam kajak na wodę.

Kajak wiedzie najpierw pod prąd po dwa punkty. Mozolnie idzie ale jakoś idzie. Agata nie ma doświadczenia w kajakarstwie, ja też wioślarskim orłem nie jestem. Mijamy delegację bydgoskiej młodzieży zgromadzoną na brzegu, potem też rodzinę łabędzi. Dopływając do pierwszego punktu z radością zauważam, że nie jesteśmy ostatni tylko przedostatni. Jacyś dwaj goście mocno wtopili na prologu i teraz muszą wszystkich gonić. Zagadujemy czasem tych, co już wracają. Fajnie jest, nie za gorąco, nic też nie pada. Akurat.

Wracamy i kolejne punkty lecą już z prądem. W centrum miasta robi się tłoczno: to motorówka robi fale, to statek wycieczkowy, to kajakarze trenują. Ostatni punkt wodny - minutę waham się czy go podbić  bo na mapie jest zaznaczony na wodzie a słyszałem na odprawie, że wszystkie punkty podbija się z kajaka. Tymczasem ten który widzimy jest na brzegu i trzeba do niego wyjść. To jednak ten. Podbijamy i dopływamy do mety kajakowego etapu. Tuż za nami dwaj spóźnieni rajdowcy zamykający stawkę.

Kolejny etap: bieg na orientację po mieście, scorelauf, 9 km na mapie 1:11:000. Już przed startem wybrałem kolejność punktów i tak je zaliczamy: B,C,A,D,E,F,G,K,I,J,H. To jest fajny etap. Mijamy się czasem z innymi drużynami. Pozdrawiamy. Ktoś zagaduje, że oni to na takim rajdzie po raz pierwszy. Nie ma wielkiej napinki, jest zabawa. Truchtamy prawie wszystko. Agata niezbyt dobrze znosi powietrze na zatłoczonych ulicach ale większość pokonujemy wzdłuż ulic niezbyt ruchliwych więc biegać się da. 

Punkty umieszczone są w różnych miejskich parkach, zielonych skwerach, przy pomnikach w charakterystycznych miejscach. Najfajniejsze na tym etapie są zadania. Najprzeróżniejsze ale zwykle nie fizyczne. Tu zwykle wykazuje się Agata mająca głowę o wiele tęższą niż moja. Trzeba na przykład policzyć ile lat miał Kazimierz III Wielki w momencie nadania praw miejskich Bydgoszczy mając poboczne dane. Ja się do tego w ogóle nie zabieram bo to czysta matematyka. Agata rozwiązuje to szybko i poprawnie. Drugie: rozszyfrowanie słowa przy jednym ze skwerów – znowu Agata rozkminia sprawę bardzo ładnie. Kolejne zadanie: wiązanie dwóch węzłów na podstawie rysunku. To zrobiliśmy wspólnie, szybko i dobrze. Kolejne to geografia: określenie węzła kolejowego, z którego można dojechać w podane miejsca. To też zaliczone. Inne: rozpoznawanie nazwy herbaty po smaku. Agata to weganka, specjalistka od kuchni i smaków, nawet magisterkę pisała chyba o francuskich winach. Smakowała długo i namiętnie, aż się niecierpliwiłem. Cześć zgadła, ale w pewnym momencie się pomyliła. Zła była potem bo twierdziła, że miała rację a herbata, którą smakowała nie miała w smaku tego, co według metki mieć powinna. Nie ważne. Ja tego nie przeżywałem. Po prostu za każde źle wykonane zadanie mieliśmy pod koniec zaliczyć dodatkowe 8 minut biegania. Potem wtopiliśmy jeszcze na zadaniu polegającym na dopasowaniu charakterystycznych scen z polskich komedii do nazw filmów. Jedynym zadaniem, które wykonałem samodzielnie było pływanie po kanale na desce bez żagla: do fontanny i z powrotem. Pierwszy raz na czymś takim pływałem manewrując wiosłem to z jednej to z drugiej strony. Fajnie było i się nie skąpałem.

Wracamy do bazy i widzimy, że jest jeszcze sporo rowerów. Czyli na tym etapie podgoniliśmy trochę. Już nie jesteśmy ostatni ale nadal w drugiej połowie stawki. W bazie niestety się rozleniwiamy. Tu łyczek napoju, tam kanapieczka, potem toaleta. To wziąć, to zostawić i tak ze 20-30 minut schodzi. Znowu się niecierpliwię.

W końcu wychodzimy na rowery i jazda do PK 1. Nie jest to nic przyjemnego. Jazda rowerem na orientację po mieście to dla mnie wieczne oglądanie się, gdzie Agata i czy jakiś TIR nie zamierza po nas przejechać. Partnerka myśli podobnie. Podbijamy jedynkę i byle już jak najszybciej uciec z tych śmierdzących spalinami ulic, do lasu. Dojeżdżamy w końcu do lasku Emilianowo, gdzie rozmieszczono 5 punktów. Łapiemy jedynkę, piątkę i  trójkę gdzie na zadaniu specjalnym strzelamy sobie z łuku. Celnie. Potem wszystko się kaszani.

Przez cały rower mapnik mam tylko ja więc Agata jedyne co musi robić, to nadążyć za mną. Nudne to - myślę sobie. Niech dziewczyna ma trochę zabawy i ponawiguje w lesie do dwóch ostatnich punktów. Proponuję, że zamienimy się rowerami. Zamieniamy się akurat tuż przed sporą, piaszczystą wydmą. Pcham jej rower pod górę, potem zjeżdżam w miarę szybko, trochę po drodze hamując bo jest stromo. I rower się psuje. Łańcuch spada, koło zaczyna dziwnie trzeć o ramę. Mam rowerowego multitoola ale nie mam klucza takiego, jak śruba przy tylnym kole. Z resztą mechanik ze mnie żaden. Kaszana. Tylko sto metrów podjechałem i już zepsułem Agaty rower. Przed nami jeszcze dwa punkty w Emilianówce i 7 na mapie 1:33:000. Sporo jeżdżenia.

Nie chcę się tak łatwo poddać, czasu jest jeszcze sporo więc proponuję, że tę resztę trasy, pewnie ponad 40 km, to przebiegnę z rowerem Agaty a ona będzie jechała na moim. No dobra, tak zaczynamy. Zaliczamy jeszcze jeden PK i wtedy dzieje się rzecz gorsza niż zepsuty rower: Agata wywraca się na moim ciężkim i zbyt dużym rowerze tak nieszczęśliwie, że skręca kolano. Po chwili wstaje, jakoś chodzi, powoli jedzie ale przy ruchu na boki boli jak cholera. Wkrótce podejmujemy decyzję o zejściu z trasy. Ja z zepsutym rowerem, Agata z obolałym kolanem.

Wracamy w minorowych nastrojach pocieszając się, że w sumie większość rajdu była fajna, że zadania były ciekawe i bieganie poszło nie najgorzej. Może się jeszcze kiedyś odkujemy i ukończymy razem rajd. Na razie trzymam kciuki, aby kolano partnerki wróciło jak najszybciej do zdrowia.

[LINK] do map na stronie rajdu