sobota, 14 lipca 2018

Wenecja cz. 2/2

Stara Wenecja kojarzy się przeciętnemu turyście z miastem kanałów i gondoli. Historykowi takiemu jak ja kojarzyć się będzie także z Republiką Wenecką, państwem-miastem rządzonym przez arystokrację i pochodzącego z niej urzędnika - dożę. Był to ustrój nietypowy jak na okres średniowiecza, kiedy typową formą rządów była monarchia. Wenecję, tak jak całe północne Włochy kojarzyć będziemy też z kolebką renesansu a w epoce baroku z Claudio Monteverdim i operą.

Canal Grande - widok z mostu

W historii Wenecji znajdziemy nie tylko jasne strony: sztukę, rozwój swobód, kupiectwo, ale też mroczne kary. Jedną z nich była intryga weneckich kupców zawiązana przeciw Konstantynopolowi. Doszło do tego podczas IV wyprawy krzyżowej (1202-1204). Wyprawa ta pierwotnie miała być skierowana, tak jak wszystkie inne wyprawy, do walki z muzułmanami. Tym razem kupcy weneccy tak zakręcili sprawą, że zbrojni zamiast walczyć o Ziemię Świętą najpierw udali się do Dalmacji, gdzie zdobyli należące do Węgier, chrześcijańskie miasto Zadar. Za czyn ten zostali przez papieża wyklęci i formalnie dalsza cześć wyprawy nie miała już charakteru krucjaty. Następnie ci sami, niedoszli „rycerze Chrystusa” zdobyli i złupili również chrześcijański Konstantynopol. Inicjatorom tej nikczemnej intrygi przyświecały cele jak najbardziej przyziemne - chęć pozbycia się groźnego konkurenta w handlu na Morzu Śródziemnym.

Zabytki

Przybywszy na wyspę nie miałem dokładnego planu, co chcę zobaczyć. Niestety nie przygotowałem się do wyjazdu należycie. O Wenecji i jej najważniejszych zabytkach czytałem w pośpiechu dzień przed wyjazdem. Wiedziałem, że do głównych atrakcji oprócz głównego kanału _ Canal Grande – przecinającego faliście środek wyspy należy pałac Dożów oraz Bazylika i Plac św. Marka, ze złożonymi w Bazylice relikwiami Świętego. Chciałem zajrzeć do wspomnianego wcześniej antykwariatu.

Pałac Dożów

Ostatecznie ze zwiedzania wnętrz zabytkowych budynków w Wenecji nic mi nie wyszło, z braku czasu. Większość pobytu na wyspie zeszła mi na spacerze pośród wąskich uliczek miasta. Gdy dotarłem w końcu do Placu św. Marka i położonych przy nim bogato zdobionej bazyliki oraz pałacu dożów było już późne popołudnie. Przed budynkami była kolejka turystów. Do zamknięcia pozostały 2 godziny. Zbiorczy bilet wstępu (”Museum Pass”) na wszystkie okoliczne atrakcje kosztuje 24 euro, zanim bym się dostał w kolejce do biletu, wszedł do środka, minęłaby godzina. Uznałem, że nie opłaca mi się płacić 24 euro za pośpieszne bieganie po komnatach pałacu czy muzeów w godzinę. Zwiedzanie tych atrakcji odłożyłem na następny raz.

Spacer

Koszmar biegacza – Tak bym najkrócej określił wyspową część Wenecji. Chodziłem po niej tak jak po Mestre – bez mapy, jedynie z komórką. To był błąd. Tyle jest tam ciasnych uliczek, tyle kanałów, skrzyżowań, że nie polecam nawigacji z komórki. Kupcie lepiej mapę za kilka euro, będzie dużo wygodniej niż zaglądać co chwila do telefonu aby ustalić pozycję.

Jedna z najszerszych uliczek

Wyspowa Wenecja jest pewnie w 95 procentach zabudowana. Wszędzie kamień, cegła bądź woda. Uliczki są wąskie, nie raz bardzo wąskie. Takie przy których toruńska Podmurna wydaje się autostradą. Do tego duży Canal Grande oraz różne mniejsze kanaliki z przerzuconymi nad nimi, zaokrąglonymi mostkami. Na większości uliczek jest dosyć tłoczno, niektóre są takie, że nie znajdziemy tam nikogo. Trafiłem też na ślepe, gdzie uliczka się urywała pionowym spadkiem do kanału. Ciekawym widokiem było małe podwórko na którym dzieci grały w piłkę, otoczone z czterech stron ścianami domów. Generalnie miasto wywarło na mnie – człowieku wychowanym na rozległych, środkowo-europejskich równinach – wrażenie okropne. Najpierw męczyłem się próbując dotrzeć tam, gdzie chcę. Spojrzysz w górę i nie widzisz punktu orientacyjnego w postaci np. wieży kościoła gdyż ściany są zbyt wysokie a uliczki zbyt wąskie. Przyszło mi na myśl, że zrobić w Wenecji miejski bieg na orientację – to byłoby wyzwanie! Wyjeżdżając po zaledwie kilkugodzinnym pobycie miałem wręcz klaustrofobiczne myśli. Cieszyłem się że nie będę tu nocował.

W mieście dużą rolę odgrywa transport wodny. Ludzie podpływają sobie wprost pod domy na łodziach z silnikiem motorowym. Popularne są tam autobusy wodne – vaporetto. Niezbyt drogie, przejazd do 75 minut kosztuje 7,5 euro. Są też sławni gondolierzy napędzający gondolę długim wiosłem. Gdy ich widziałem, zaraz stawała mi przed oczyma scena z klasycznej komedii polskiej z lat 90-tych „Chłopaki nie płaczą”, w której Bolec proponował gangsterom wspólne obejrzenie filmu „Śmierć w Wenecji”. Na pływanie gondolą się nie zdecydowałem, gdyż podobno taka przyjemność kosztuje blisko 100 euro a ja potrafię wymyślić sto fajniejszych sposobów, na pozbycie się moich stu euro. Ograniczyłem się do zrobienia kilku zdjęć telefonem i przyjrzenia muskularnym dłoniom gondolierów.


Przez moment miałem myśl, aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z Wenecji, jak z uśmiechem moczę w kanale nogi. Potem jednak do nozdrzy dotarł niezbyt zachęcający zapach z kanału i to mnie otrzeźwiło. Przypomniałem sobie czytany przed paru laty artykuł o brudnych, weneckich kanałach i zrezygnowałem. Mógłbym co prawda włożyć stopy do wody, mieć ładne zdjęcie ale w Polsce mogłoby się okazać, że przywiozłem nie tylko ładne zdjęcie ale i kolekcję chorób skóry. Wolałem nie ryzykować.

Pamiątki z Wenecji

Wenecja ma produkty z których słynie i które sprzedaje tłumom przelewających się przez miasto turystów. Najbardziej charakterystyczne są dwa: maski i szkło Murano.

Maski są bardzo kolorowe, pięknie, bogato zdobione, różnorodne i związane z karnawałem. Niektóre zasłaniają tylko oczy, jak u Zorro, inne zakrywają całą twarz. Podobały mi się szczególnie maski ptasie, z dziobem. Widziałem takie w filmach fantastycznych osadzonych w średniowieczu, gdzie pojawia się temat zarazy; choćby w „Polowaniu na czarownice”. Podobno zwą się „medico della peste” i były naprawdę używane przez lekarzy. Dziób nasączony medykamentami, ziołami miał zmniejszać groźbę złapania choróbska [źródło informacji]. Żadnej maski nie kupiłem, bo uznałem, że nie potrzebuję. Kto by chciał sobie taką kupić niech uważa: raz, że zabobon mówi, że przewożenie takiej maski do domu przynosi pecha. Dwa, że na rynku sprzedaje się zarówno oryginalne maski weneckie robione z masy papierowej jak i chińskie podróbki za kilka euro. Jeśli już jakąś kupować, to oryginalną.

Drugi towar eksportowy to szkło z dzielnicy Murano, grupy kilku wysepek na lagunie w pobliżu starej Wenecji. To od tych wysp wzięła nazwę dzisiejsza dzielnica Warszawy – Muranów. Tradycja wyrobu szkła Murano sięga VIII wieku. Dziś szkło z Murano oferuje się turystom na skalę masową. Oczywiście nie są to szyby, lecz naczynia, biżuteria, zegary ze szklaną tarczą i różnego typu figurki. Te ostatnie nawet niektóre ładne więc postanowiłem kupić sobie szklane zwierzątko na pamiątkę. Jeszcze niedawno hodowałem różne odmiany straszyków więc wybrałem owada. Czarno-czerwonego żuczka z rodziny kózkowatych (Cerambycidae).

Tu przy zakupie problem jest podobny jak z maskami. Oryginalne szkło Murano przemieszane jest z chińskimi podróbkami albo po prostu ze szkłem weneckim. Z tego co wyczytałem na szybko przed wyjazdem trudno jest odróżnić oryginalne szkło Murano od podróbek. Najprawdziwsze z prawdziwych produktów Murano sprzedawane są z certyfikowanych sklepach których listę znajdziemy TUTAJ. Niektórzy twórcy szkła z Murano nie są na liście certyfikowanych wytwórców. Inni mogli tworzyć w Murano ale z czasem przenieśli się poza wyspę. Kto chce być pewien zakupu niech najlepiej po prostu uda się do któregoś ze sklepów z listy i kupi produkt z naklejonym z na boku znakiem jakości „Verro Artistico Murano” poświadczającym oryginalność.

Mój pamiątkowy żuczek kupiony został w sklepie, gdy jeszcze o szkle Murano nie wiedziałem tyle co dziś. Nie mając wiedzy, które sklepy zawierają produkty oryginalne a które nie wybrałem sklep w którym produkty po pierwsze: nie są podejrzanie tanie, a po drugie takie, w których sprzedaje ktoś wyglądający na Włocha a nie np. na Pakistańczyka. Bo bywały i takie sklepy reklamujące się szkłem Murano, z podejrzanie atrakcyjnymi cenami a za ladą stał ktoś o urodzie hindusa. Takie śmierdziały chińszczyzną na kilometr.

Czy się przejechałem na zakupie tego drobiazgu? Połowicznie. Już w domu z ciekawości sprawdziłem nazwę sklepu i wytwórcę: F.G.B. Di Bubacco Giorgio & C. snc. Nie jest to sklep z certyfikowanym szkłem Murano. Ma jednak swoją stronę, na której można obejrzeć ofertę oraz przeczytać jego historię. Wytwórca zaczynał w latach 70-tych na wyspach Murano ale po krótkim czasie przeniósł się do Wenecji. Tam wytwarza, według receptur Murano choć poza Murano. Można zajrzeć na stronę sklepu, pooglądać szklane owady (glass art – insects). Niektóre ciekawe.

Na początku wycieczki ulicami możemy się zachwycać, jakie piękne maski, jakie ciekawe szkło. Tylko gdy wchodzimy na kolejną uliczkę i jeszcze kolejną to najczęściej widzimy to samo. Szkło Murano i maski. W co drugim sklepie. Oczywiście przemieszane z kafejkami, pizzeriami. Sporo jest też stoisk z kapeluszami ale wszystkie podobne. Z czasem robi się to wszystko nużące. Wśród wszelkich pamiątek z Wenecji dużo jest takich z uskrzydlonym lwem i łacińskim napisem. Jest to herb Wenecji, lew ze skrzydłami symbolizuje św. Marka zaś napis „Pax tibi, Marce evangelista meus” chyba nie wymaga tłumaczenia.

Ostatnim punktem zakupowym, z którym wiązałem pewne nadzieje był antykwariat Acqua Alta. Trafiłem do niego po dłuższej wędrówce gdyż znajduje się po przeciwnej stronie wyspy niż ta, do której docierają pociągi. Księgarnia urządzona w stylu „zagracony garaż dziadka” wygląda imponująco. Książek mnóstwo. Niestety, niezbyt wygodnie się je przegląda bo leżą na stosach, w ciasnych korytarzach, gdzie przeciska się wielu innych, zainteresowanych turystów. Przejrzałem część ale nic nie kupiłem bo ceny były takie, jak nowych książek w Polsce, więc trudno je zaliczyć do konkurencyjnych. Skupiłem się na podziwianiu klimatycznego wnętrza. Najładniejsza jego część to wyjście wprost do kanału, ze stojącym przy nim fotelu. Żałuję, że nie zrobiłem sobie tam fotografii. W innym miejscu, pod chmurką pod ścianą złożone są całe tomy książek. Gniją wystawione na deszcz. Turyści wchodzą na ten stos nadgniłych tomów i robią sobie pamiątkowe zdjęcia. Tu i ja jedno zrobiłem. Więcej o księgarni Acqua Alta we wpisie polskiej blogerki, TUTAJ.


Społeczność i polityka

Wenecja stanowi część Włoch a państwo to przeżywa w ostatnich latach problemy wynikające raz z rekordowego zadłużenia, dwa z wysokiego, ponad 11 procentowego bezrobocia, trzy z najazdu imigrantów, wyławianych czasem przez organizacje NGO wprost z libijskich plaż i – ku uciesze lewicy – podrzucanych wprost do włoskich portów. Obywatele państwa zniecierpliwieni nierozwiązanymi problemami, a nawet manifestowanym brakiem chęci ich rozwiązania (przyjmowanie nielegalnych, egzotycznych migrantów miały być w zdaniem byłego już, lewicowego premiera Paolo Gentilioniego środkiem służącym ochronie ekonomicznej i kulturowej Europy. Sic!) zagłosowali za odsunięciem od władzy rządzącej dotychczas ekipy. Zamiast centrolewicy wybrali dwie prawicowe partie eurosceptyczne, czym zirytowali europejski, liberalno - lewicowy establishment. Czy nowe rządy pogorszą czy polepszą sytuację Włochów, to się dopiero okaże. A tymczasem jak wygląda sytuacja w jednym z włoskich miast?

W Wenecji przebywają czasowo lub na stałe ludzie z różnych stron świata. Oczywiście tłumy turystów, których ponoć rodowici mieszkańcy mają już dosyć. W sklepach z pamiątkami ale i zwykłych spożywczych pracują nie tylko osoby o urodzie Włochów ale też wyglądający na Chińczyków, hindusów, nawet Rosjanka. Muzułmanie są wyraźnie zauważalni, stanowiąc może kilka procent spośród spotykanych ludzi. Murzynów przy pracy nie widziałem; wałęsają się po ulicach grupki młodych, roześmianych w dresach - podobnie jak z zwiedzanym z zeszłym roku Bolzano. Może pracują w jakichś magazynach a może po prostu cieszą się życiem z zasiłków? Nie wiem.

Przejawów wojny ideologicznej, plakatów skrajnej prawicy lub lewicy; zachęcających do kochania homoseksualistów, ewentualnie „refugees welcome” na ulicach też nie zauważyłem. Pod tym względem miasto wygląda spokojnie choć z drugiej strony ileż mogłem zobaczyć podczas niecałych dwóch dni pobytu.

Jedynym śladem podwyższonego napięcia społecznego w mieście byli dwaj żołnierze z bronią maszynową, wśród tłumu ludzi na pokładzie statku wycieczkowego płynącego po Canal Grande w starej Wenecji. Cóż nie ma się co dziwić – zamach dokonany przez jakiegoś islamskiego szajbusa w samym środku jednego z centrów turystycznych Włoch, na pokładzie wypchanego turystami statku, na oczach tłumu turystów stojących na moście i po obu brzegach kanału byłby z pewnością spektakularny. Nie ma się co dziwić włoskim służbom, że patrolują takie miejsca.

Koniec

Jeśli chcesz poczytać więcej moich wrażeń z podróży to znajdziesz je w zakładce „turystyka”

piątek, 13 lipca 2018

Wenecja cz. 1/2

Być może komuś jadącemu w przyszłych latach na Lavaredo Ultra Trail [RELACJA], bądź na krótsze biegi do Cortiny przyjdzie być przejazdem w Wenecji. Poniżej opisałem swoje subiektywne wrażenia oraz sugestie dla podróżnych, którzy się tu wybiorą.

Widok na Canal Grande, stara Wenecja

Lotnisko

Wenecja to bardzo stare miasto, przeżywające swoją świetność w epoce średniowiecza. Dziś liczba jego mieszkańców (260.000) sprawia, że może być porównywane z polskim miastem Białystok. Główne lotnisko weneckie, do którego prawdopodobnie przylecimy po drodze w Dolomity to lotnisko imienia Marco Polo – sławnego, średniowiecznego podróżnika i kupca pochodzącego właśnie z Wenecji.

Okolicom miasta warto przyjrzeć się jeszcze, zanim samolot dotknie kołami płyty lotniska. Patrząc przez okno powinniśmy zauważyć plątaninę kanałów, rowów i grobli w fikuśnych konfiguracjach. Nie, nie w samej Wenecji. O miejskich kanałach będzie dalej. To co widzimy przez okno to tak zwana Laguna Wenecka, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Z okna samolotu wygląda ciekawie. Niestety nie miałem okazji oglądać jej z ziemi.

Po załatwieniu formalności na lotnisku prawdopodobnie przyjdzie nam się udać na miejsce, skąd odjeżdża autobus do Cortiny. Na bilecie, który kupiliśmy przez Internet będzie napisane „Parcheggio Aeroporto Marco Polo”. Parcheggio to po włosku „parking”. Jeśli jedziemy z Cortina Express i mamy napisane „parcheggio” to nie jest to ten przystanek przed frontem terminalu lotniska. Tam też zatrzymują się autobusy ale jadące raczej do centrum Wenecji. Choć widziałem też na tabliczce odjazdy do Cortiny. „Parcheggio” jest trochę na uboczu: trzeba wyjść z terminalu, skierować się w prawo i iść jakieś 200 lub 300 metrów, wzdłuż białych barierek, pod plastikowym zadaszeniem. Powinniśmy znaleźć parking i tam należy oczekiwać autobusu. Nasz spóźnił się z 10 minut, jeśli tak będzie to nie należy panikować. Powinien przyjechać. Jaki jest koszt około 2-godzinnego przejazdu autobusem na trasie Wenecja – Cortina? Ja płaciłem 15 euro w jedną stronę, gdy bilet powrotny kupowałem już blisko terminu zapłaciłem 25 euro. Warto zatem kupić bilety odpowiednio wcześnie, aby nie przepłacać.

Hostel

Miasto Wenecja podzielone jest na 6 dzielnic. Historyczna, stara Wenecja znajduje się na wyspie zaś większość mieszkańców żyje w dzielnicach na stałym lądzie. Jedną z dzielnic jest Mestre. To można powiedzieć - centrum lądowej Wenecji. Jadąc autobusem do Wenecji to właśnie w Mestre, przy dworcu kolejowym był ostatni przystanek.

Gdzie się zatrzymać? Sam, stosownie do swojego stanu podróżuję zawsze budżetowo i wybieram tanie noclegi i tanie środki transportu. Szukając hosteli w Wenecji znajdziemy je i na wyspie i w części lądowej, np. w Mestre. Zdecydowałem się na niedrogi hostel „Anda” położony tuż przy dworcu w dzielnicy Mestre. Był to trafny wybór. Hostel położony jest kilkaset metrów od ostatniego przystanku autobusowego. Po przyjeździe do Wenecji nie musimy nigdzie daleko iść z tobołami ani jechać autobusem miejskim. Hostel jest tani, zapłaciłem 36 euro za dwie doby. Trzecia rzecz to miła obsługa i fajny design. Widać, że ktoś, kto to urządzał interesował się wzornictwem. Wnętrze jest w stylu loft, postindustrialne, z wysokimi sufitami i dużymi przestrzeniami. Czyste, nowe. Dookoła dużo młodych ludzi z różnych stron świata, w tle leci chilloutowa, delikatna muzyka elektroniczna. Klimat trochę jak ze starej przygodówki „The Longest Journey”, którą kiedyś ukończyłem. Wybrałem pokój 9-osobowy. Spośród 2 nocy tylko przez pierwszą mieszkałem z trzema młodymi Szwedkami, które zwiedzały akurat Włochy a następnego dnia jechały już do Grecji. Drugiej nocy byłem już sam.



Rozmowy przy pizzy

Włochy, pod względem kulinarnym kojarzą nam się zapewne z pastą (makaronem) i pizzą. Ja zaraz po przyjeździe i rozgoszczeniu się w hostelu wybrałem się na pizzę. Niedaleko Anda hostel, tuż przy wejściu do dworca kolejowego Mestre, a zatem przy miejscu, skąd przyszliśmy, na początku via Cappuccina jest mała pizzeria Da Michele. Polecono mi ją w hostelu mówiąc, że blisko, niedrogo i smacznie.

Pizza kosztuje tam ok. 8 euro a zatem nie jest wiele droższa niż pizza w Polsce. W Wenecji jadłem pizzę dwukrotnie; ta w Da Michele była niezła, choć ostra. Powinienem się tego spodziewać zamawiając „diabelską”. Na wyspie zamówiłem jeszcze raz, tym razem jakąś zupełnie mi nieznaną wersję. Słabo trafiłem. Dostałem pizzę wyłożoną małymi rybkami (szprotami?) i w konsekwencji śmierdzącą szprotami. Ogólnie mówiąc włoskie pizze z nóg mnie nie zwalają. Może powinienem się zachwycać, bo wiadomo, że oryginalne, włoskie powinno być z zasady lepsze niż jakieś podróbki. Tymczasem stwierdziłem, że bardziej mi smakuje zbarbaryzowana wersja polska, pizza z ketchupem i majonezem, niż oryginalna pizza włoska. Cóż, wiadomo - „de gustibus...”.

Na pizzy przysiadłem się do jakiejś Chinki. Okazało się, że jest to Chinka z Hong Kongu. Ma teraz urlop w pracy, to sobie podróżuje po Europie. Jest tu już któryś raz z kolei. Rozmowa była o tym, co kto robi, jak mu się tu podoba, co warto zobaczyć. Standardowo. W końcu zeszło na bieganie bo powiedziałem, po co tu przyjechałem. Zapytałem czy słyszała o Hong Kong 100 – taki stukilometrowy wyścig ultra w Hong Kongu. Nie słyszała. Na pytanie o bieganie w Hong Kongu mówiła że tam wcale tak dużo ludzi nie biega. Nie mają tam czasu bo pracują często 10-12 godzin dziennie. Na moje pytanie – jak to? – odpowiedziała - a tak to, że oficjalnie w firmie masz pracę na 8 godzin ale roboty dostajesz tyle, że jak jej nie zrobisz w 8 godzin, to siedzisz w pracy, aż zrobisz. Dlatego – jak mi Chinka tłumaczyła – ludzie często siedzą tam w pracy po godzinach. Praca po kilkanaście godzin jest tam zjawiskiem powszechnym.

Chwilowy przeskok w czasie - dwa dni do przodu. Ląduję w Warszawie, jadę do centrum miasta. Przy wyjściu z Metro Centrum stoją młodzi aktywiści z partii Razem, zbierają podpisy pod projektem ustawy skracającej czas pracy w Polsce do 35 godzin tygodniowo (czyli 7 godzin dziennie). Pisałem już w jednym z niedawnych postów, że w sprawach ekonomicznych jestem indolentem i nie będę udawał tu znawcy, ale po tych dwóch scenach, spotkaniu z Chinką i z aktywistami Razem naszła mnie taka refleksja, że chyba nie znam państwa bądź narodu, który dorobił by się bogactwa na nieróbstwie.

Mestre

Pierwszego dnia po przyjeździe, w niedzielę odpuściłem sobie zwiedzanie miasta gdyż miałem jeszcze opuchniętą stopę i byłem ogólnie zmęczony. Na wycieczkę wybrałem się następnego dnia. Nie kupiłem żadnej mapy tylko chodziłem po ulicach z komórką i Google Maps. Trochę tak na chybił-trafił. Interesowały mnie przede wszystkim sklepy z ciuchami i księgarnie, zabytki, oraz ogólny obraz społeczny miasta.


O wszystkich sklepach, które odwiedziłem rzecz jasna pisać nie zamierzam, tym bardziej, że rewelacji nie było. Owszem, znalazłem ciekawy sklep z kapeluszami, już nawet nie pamiętam na której ulicy. Kilka ciekawych propozycji znalazłem w sklepie z klasyczną odzieżą męską Dan John. Najwięcej czasu spędziłem w księgarni Nuova Libreria Galileo w centrum Mestre. Lubię chodzić po takich miejscach, nie koniecznie aby od razu kupować, ale aby choć przyjrzeć się, co tacy Włosi wydają i co czytają. Szczególnie z tego, co dotyczy historii lub kontrowersyjnej polityki.


W księgarni moją uwagę zwróciła pokaźna kolekcja książek Oriany Fallaci, niepokornej lewicowej Włoszki i sławnej dziennikarki, która w ostatnich latach życia zajęła stanowisko radykalnie antyislamskie czym zraziła do siebie dawnych lewicowych przyjaciół, dziś zakochanych w myśli szerokiego otwarcia drzwi dla muzułmańskich migrantów. Będąc przy tym temacie dopiszę, że ciekawie wyglądały na półce religijnej także Biblia i Koran – obie jakby na równorzędnej pozycji, przytulone do siebie niczym brat z siostrą. W dalszej części uwagę przyciągał cały regał wypchany włoskimi wydaniami klasycznej literatury starożytnej, greckiej i łacińskiej. Z poloniców zauważyłem jeden – włoskie wydanie „Apteki w getcie krakowskim”. Są to wspomnienia polskiego aptekarza, Tadeusza Pankiewicza  który podczas okupacji prowadził w getcie „Aptekę pod Orłem”. Pomagał Żydom dając im za darmo leki, załatwiając lewe dokumenty, przekazując informacje. Przeżył wojnę i został odznaczony tytułem Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata. Zmarł w 1993 roku.


Trafiłem też na ładne albumy-reprinty. Jeden to „Florilegium” - pięknie wydany album z rysunkami egzotycznych roślin. Autorem jest Joseph Banks, botanik żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku, który uczestniczył w podróży Jamesa Cooka dookoła świata (1768-1771). Drugi ciekawy album, już skromniejszy i tańszy poświęcony był historii ubioru na całym świecie autorstwa Auguste Racinet’a (1825-1893). Wahałem się nad Racinetem bo stara moda coraz bardziej mnie interesuje, ale ostatecznie nic nie kupiłem. I Banks i Racinet są dostępni w bibliotekach cyfrowych. Ponadto planowałem jeszcze wizytę w antykwariacie na wyspie, którego adres sobie zawczasu wyszukałem. Tam postanowiłem zaszaleć i kupić jakąś książkę na pamiątkę.


Po wizycie w centrum skierowałem się pieszo do dzielnicy Marghera, gdzie z dworca zamierzałem dostać się na wyspę, do starej części miasta. Nie był to trafiony pomysł. Władowałem się w jakieś przemysłowe, biznesowe dzielnice; mało uczęszczane, zupełnie nieciekawe. Takie jak na obrzeżach Warszawy.

Jedyną ciekawostką były spotkane tam zwierzęta, z którymi będzie mi się kojarzyć Wenecja. Były to... jaszczurki. Dużo ich tam było, opalały się na betonie, na słońcu, przy mało uczęszczanej ulicy, którą akurat szedłem. Przypominały trochę nasze zwinki ale czy istotnie były to zwinki, czy może jakaś inna, a podobna odmiana – nie wiem.


Dotarłszy w końcu do Marghery trafiłem na stację kolejową. Niestety nie znalazłem automatu z biletami a z rozmowy z obecną na peronie osobą wynikło, że nie kupię tu biletu. Jedyna możliwość to kupno biletu u konduktora. Podobno nie zawsze bilety ma i nie zawsze może sprzedać ale akurat w moim przypadku miał. Za drobne 1 euro i chyba 20 centów dostałem się na wyspę, do starej Wenecji.

Spacer po Mestre

(C.D.N)

wtorek, 10 lipca 2018

Nadbużański Bieg Pod Prąd

Roztrenowanie trwa już drugi tydzień, biegam sobie tylko od czasu do czasu i wyłącznie towarzysko. Nie lubię latem startować gdy jest upalna pogoda. Wyjątkiem są biegi przeszkodowe, gdyż te, pokonywane „na mokro” biegam z przyjemnością także w upale. Woda chłodzi i gorąco tak nie doskwiera.

W ostatnią sobotę skusiłem się na udział w biegu przeszkodowym, pomimo roztrenowania i ledwie 2 tygodni od dosyć męczącego Lavaredo UT. Bieg tylko 100 km od Wisznic, do tego w pobliżu Chełma, gdzie i tak chciałem odwiedzić rodzinę. Zapisanie się w ostatniej chwili wiązało się z wyższą o 30 zł opłatą startową i koniecznością startu w ostatniej, siódmej fali ale namyśliłem się. Na zbyt wiele nie liczyłem a przygoda mogła być fajna.

Dojazd do Chełma upłynął mi przy dźwiękach audiobooka  „Alicja” Jacka Piekary. W bazie kolejka do biura zawodów była spora i poruszała się ślamazarnie, lecz że byłem wcześnie, to ze wszystkim zdążyłem. W pakiecie startowym oprócz typowych bajerów jak smycz, bransoletka były też „czopki mocy”. Zażyłem dwa ale doustnie więc może dlatego nie wygrałem ;)

Wszyscy zawodnicy startowali w 7 falach. W pierwszej tylko Straż Graniczna, dla której były to Mistrzostwa. Dalej kolejne fale, w odstępach co 10 minut. Od pierwszego startu do mojej fali miałem godzinę więc jeszcze zdążyłem i pstryknąć zdjęcia, i dopchać się do niezbyt licznych toalet. Było upalnie więc spokojnie porozciągałem się i schowałem w cieniu przed słońcem.

Start mojej grupy. Po kilkuset metrach prowadzę i wskakuję do rowu, w którym jeszcze niedawno widziałem pływaka żółtobrzeżka, wyraźnie zdenerwowanego tym, co dzieje się w jego spokojnym dotychczas bajorku. W rowie wszyscy początkowo idą w wodzie ale już po stu metrach wychodzą sobie na brzeg i przemykają w trzcinach, za nic mają nakaz, aby tę część trasy pokonać rowem. Tym to sposobem, próbując kurczowo być uczciwym brnę w błocie do końca i spadam o 10 miejsc do tyłu. Pomstuję trochę pod nosem na „kombinatorów” omijających przeszkodę ale tylko na początku. Wkrótce odzyskuję pozycję a przy którejś kolejnej przeszkodzie sam popełniam błąd chwytając lżejszy damski worek z piaskiem zamiast męskiego niebieskiego, wyraźnie cięższego. Zorientowałem się w pomyłce w połowie okrążenia i nie chciało mi się już wracać. Od tej pory przestałem złorzeczyć na  ułatwiających sobie trasę, bo i ja nie pokonałem jej w stu procentach czysto. W końcu to tylko zabawa.

Większość kolejnych przeszkód robię, ale część omijam robiąc zastępcze burpees – padnij powstań 20 razy. Przy którejś ściance strażak, najpewniej spoko gość ale aż za bardzo spoko – mówi mi abym po kilku „burpisach” leciał dalej i się nie wygłupiał. Fajnie, że taki miły facet, ale to chyba nie o to chodzi. To rywalizacja, więc powinny być równe, stałe zasady dla wszystkich.

 

Może ze trzech czy czterech ścianek nie pokonałem. Nie miałem siły podciągnąć się na nie na rękach. Miały szeroką krawędź u góry, trudną do uchwycenia dla kogoś o słabych palcach. Były też mocno wyślizgane w błocie przez zawodników z poprzednich fal. Robiłem karne burpeesy, za każdym razem uczciwe 20.

Start na samym końcu wiąże się z wyprzedzaniem wolniejszych zawodników z pierwszych fal. Myślałem że będzie gorzej a nie było tak źle. Owszem, czasem poczekałem przy ściance lub rozpiętej nad ziemią pajęczynce, na swoją kolej ale nie schodziło na tym tyle czasu, jak się obawiałem. Raz ja komuś pomogłem wejść na ściankę innym razem ktoś pomógł mi. Robiłem to wyjątkowo: nie bawiłem się w kolektywne pokonywanie trasy i przesadną uprzejmość gdyż pomimo wszystko, dla mnie był to wyścig.

Z bardziej pamiętnych przeszkód zapamiętałem stalową linę, po której przechodziło się nad wodą. Fajna przeszkoda, przechodziło się po tej linie tylko do połowy, potem zarządzający przeszkodą mówił, że wystarczy i można biec dalej. Niektóre przeszkody były bardzo ciężkie. Mężczyźni musieli np. ciągać na linie dwie złączone opony, przez pagórek i z powrotem. Muszę przyznać, że zrobiłem to z trudem. Ciężko było też na przeszkodzie z workiem z piaskiem. Niby prosta rzecz, nawiązany worek z piaskiem w środku jakiegoś wyrobiska. Trzeba było zrobić z nim rundkę. Byłoby to łatwe, gdyby nie pewien istotny szczegół. Pod koniec rundki był fragment płytkiej wody. Idę o zakład, komuś, kto przede mną robił rundkę z moim workiem w tej przeszkodzie wodnej omsknęła się ręka i umoczył worek z piachem w wodzie. Skutek tego był taki, że w grząskim piachu i pod górę ledwie z tym workiem szedłem. Okropnie był ciężki.

W drugiej połowie biegu, byliśmy już nad samym Bugiem. Widać było nawet ukraińskie słupki graniczne. W tym miejscu, gdzieś 3 km od mety dorżnąłem swoje INOV-ejty. Wysłużone X-Talony 212 miały już dobre kilka lat i dziurę na kilka centymetrów pomiędzy cholewką a podeszwą. Tak przeczuwałem, że może to być ich ostatni bieg i nie pomyliłem się. W trakcie wyścigu dziura powiększyła się na tyle, że wyszła przez nią cała stopa. Nie było sensu ciągnąć bezużytecznego buta za sobą więc go zdjąłem i zawiesiłem na kołku z taśmą oznaczającą trasę. Ku przestrodze. Resztę trasy pokonałem w jednym bucie, na szczęście w tym, w którym miałem wpleciony chip pomiarowy.


Ostatnie przeszkody to m.in. trzykrotne strzelanie z Paintball’a (trafiłem jeden raz na trzy więc musiałem robić 20 pompek); spłaszczający „magiel”, przewracanie ciężkiej opony od ciągnika, ścianka z opon oraz trójkątna drabinka którą od razu ominąłem nie próbując pokonać. Wybrałem karną rundkę z workiem piachu.

Wynik 1:48:46 i 9 miejsce OPEN na 278 to rezultat zgodny z przewidywaniami. Ani niespodziewanie rewelacyjny, ani dający powód do wstydu. Taki myślę na moją miarę. Jestem zadowolony, zrobiłem swoje. Nic sobie zbytnio nie połamałem, nie poskręcałem, nie podrapałem i nie posiniaczyłem. Było fanie.

Zanim zakończę i zaproszę do obejrzenia galerii zdjęć na portalu Festiwalbiegowy.pl zwrócę uwagę na pewną ciekawostkę. Otóż przyjmuje się, że kluczem do sukcesu w biegach przeszkodowych, gdzie start jest w falach, jest start na początku. Zawodnicy z późniejszych fal mają trudniej bo błoto jest już rozciapane, bo trzeba wymijać innych itp. A tymczasem zawodnicy, którzy bieg w Dorohusku wygrali wcale nie startowali w pierwszych falach, lecz w ostatnich. 4-6 fala. Taka ciekawostka.

Fotorelacja z V. Nadbużańskiego Biegu Pod Prąd [TUTAJ].

poniedziałek, 9 lipca 2018

Lavaredo Ultra Trail – Wyścigo-wycieczka



Ostatni duży start zamykający mój sezon w pierwszej połowie 2018 roku. Lavaredo Ultra Trail - 120 km we Włoskich Dolomitach, 5800 metrów plus. Duża impreza na której nigdy nie byłem i w której chciałem wystartować.

Zapisałem się z dużym wyprzedzeniem a takie zapisywanie ma ten feler, że do dnia zawodów może się dużo zmienić. U mnie może nie zmieniło się dużo ale im bardziej się zbliżał termin startu, tym bardziej wątpiłem w trafność podjętej decyzji. Raz że moje treningi nie były treningami pod 120 km w wysokich górach. Często biegałem po 8-10 km a nie jak kiedyś po 16 km. Skupiłem się bardziej na szybkości pod krótkie biegi a nie na budowaniu wytrzymałości i siły tak potrzebnej w górach. Druga sprawa to czerwiec, miesiąc dla nauczycieli dosyć intensywny. Zwłaszcza dla kogoś, kto tak jak ja, kończy robić staż. Trzecia sprawa to niemożność przyjazdu na kilka dni przed startem – z powodów zawodowych zmuszony byłem wylecieć z Polski tego samego dnia, którego był start. No i ostatnia rzecz: środek lata i południe Europy – duża szansa na upał, w którym ja biegać nie lubię.

Cóż, klamka zapadła. Start był opłacony, bilety na samolot kupione. Pocieszałem się, że jak sportowo nie wyjdzie, to choć turystycznie będzie fajnie. Podobno Dolomity są przepiękne a po biegu zaplanowałem dwa dni w Wenecji.

Przyjechałem i powalczyłem przez większość trasy. Potem mając problemy z żywieniem wypsztykałem się energetycznie, wywróciłem kilka razy usiłując biegać po kamieniach na miękkich z braku energii nogach i jeszcze skręciłem kostkę. Tylko raz i zdaje się lekko, ale potem opuchniętą kostkę miałem jeszcze wiele dni po zawodach. Nie dobrze – coraz częściej skręcam w górach stopę, niezależnie od tego, czy biegnę w „słoninowcach” Altra czy w dosyć niskich i stabilnych INOV-8. Stopa po każdym skręceniu robi się coraz bardziej podatna na kolejne skręcenia?

Na ostatnich 40 kilometrach z wyścigu przeszedłem w zwiedzanie. Szczegóły opisałem w relacji dla Festiwalu Biegowego. Zapraszam.

[LINK] do relacji

niedziela, 8 lipca 2018

III majowy bieg na „Wisznicką Milę” – relacja

Nazwa imprezy: III Majowy Bieg na „Wisznicką Milę”
Czas: 3 czerwca 2018, start o 14:00, niedziela.
Miejsce: Wisznice
Dystans: 10 km.
Trasa: Początek i koniec ok. 1 km po kostce brukowej i asfalcie. W środkowym etapie też kilkaset metrów asfaltu. Większość trasy: polna droga.
Pogoda: upalnie, temperatura ok. 27 stopni, słonecznie, dosyć wietrznie.
Uczestnicy: 13 osób w tym 3 kobiety.
Mój czas: 37:24
Miejsce OPEN: 1


Wrażenia

Fajnie jest wygrać na swoim podwórku. Faworytem był Rafał Klimek, nastoletni uczeń wisznickiego liceum, z którym zwykle przegrywam i pewnie nie raz jeszcze przegram. Tym razem niespodziewanie wygrałem, może dlatego, że Rafał w tym roku pisał maturę i w związku z tym więcej się uczył a mniej trenował. Jeśli tak było to postąpił bardzo słusznie.

Było upalnie więc zapytałem organizatora czy mogę biec bez koszulki. Trasa nie ma atestu PZLA, nie musi podlegać regułom Związku, więc nie było przeszkód. Założyłem za to kapelusz, w którym lubię biegać, gdy jest słońce. Taki trochę mniej oczywisty zamiennik dla popularnej czapki z daszkiem.

Tuż po starcie trzymałem się za konkurentem poruszając w tempie ok. 3:30. Gdy wbiegliśmy w polną drogę tempo, z powodu podłoża i wiatru od przodu spadło do ok. 3:50-3:55. Dobrze mi się biegło pomimo upału, pomagały w tym zraszacze i stoliki z wodą ustawione w kilku miejscach przez pomocnych mieszkańców Wygody i Dubicy. Biegłem spokojnie cały czas za Rafałem, nawet go po drodze zagadując i żartując. Czułem, że mogę szybciej ale nie chciałem szarżować aby nie umierać na ostatnich kilometrach. Postanowiłem tak powieść się na plecach prowadzącego do półmetka, potem przyśpieszyć.

Na 5 kilometrze był punkt z wodą, Rafał skręcił po kubeczek, ja bez picia prosto dalej i tym sposobem znalazłem się na czele. Zwiększyłem tempo o ok. 10 sekund na kilometrze, do ok. 3:40-3:45. Kroki konkurenta słyszałem za sobą do 7 kilometra. Potem ucichły. Wiedziałem, że jest dobrze lecz nie oglądałem się, biegłem swoje do samej mety. Wygrałem. Cieszy mnie to bardzo, choć to przecież tylko podwórkowy bieg na ledwie kilkunastu amatorów.

Dziękuję organizatorom i sponsorom.

niedziela, 20 maja 2018

Co tam trasa organizatora – my wolimy po swojemu, czyli weekend pomyłek

III. Extreme Power Run

- A może na Extreme stworzymy drużynę? – zaproponował Grzesiek, gdy jechaliśmy tydzień wcześniej na krótki bieg crossowy do Ryk [LINK do relacji]. Rzeczywiście, nie był to zły pomysł. Przedtem wspomniałem, że w związku z szykującym się upałem będę rezygnował z pobiegnięcia lubelskiego maratonu na wynik. A jeśli nie będę go biegł na wynik, to mogę sobie pozwolić, aby dzień wcześniej, w sobotę za tydzień, wziąć udział w intensywnym a krótkim biegu. I właśnie na niego zbieraliśmy drużynę.

Start biegu. Żółto-czerwony strój - Białorusin Zdjęcie: Biała24
Tym krótkim biegiem o groźnie brzmiącej nazwie „Extreme Power Run” miała być 6-kilometrowa przeszkodówka (zwana czasem z angielska OCR-em), rozgrywana na terenie dawnej kopalni piasku w Woskrzenicach pod Białą Podlaską. Bieg ten nie był dla mnie nowością. Po zeszłorocznym starcie, w którym się w sumie dobrze bawiłem pozostał mi jednak pewien niedosyt, gdyż na ostatnim etapie pomyliłem trasę. Może nie tyle pomyliłem, ile wraz z innymi skonsternowanymi dobiegłem do miejsca, gdzie oznaczenia się po prostu... kończyły. Wyglądało to tak, jakby organizatorowi na końcu zwyczajnie zabrakło taśmy [LINK do relacji]. Efektem był postój, strata czasu i w konsekwencji spadek w ostatecznym rankingu na 7. miejsce spośród 186 zawodników. Uzyskany czas: 31:07. W tym roku miałem nadzieję pobiec lepiej: już bez nieplanowanych przygód i rozwiązywania zagadek w stylu „którędy teraz biec???”.

Zgłosiłem się. Tym razem nie tylko indywidualnie ale też drużynowo. W skład drużyny biegaczy-amatorów z Wisznic i okolic wszedłem ja, miejscowi lekarze - Ania i Grzegorz Chusteccy oraz najmłodsza pociecha, była uczennica wisznickiego liceum – Natalia Korszeń, która zechciała dołączyć do naszej paczki. Natalia w liceum trenowała bieganie. Jeszcze dziś pamiętam, jak na wisznickim stadionie kręciliśmy razem „tysiączki”, pod okiem obecnego dyrektora szkoły. Potem nawet wystartowaliśmy w dwuosobowym zespole, w dosyć długiej i stosunkowo trudnej przeszkodówce „Bieg Tygrysa” w Orzyszu zajmując przyzwoite miejsce [LINK do relacji]. To co nas wszystkich łączyło, to pochodzenie z jednej gminy więc na poczekaniu wymyśliłem mało oryginalną nazwę zespołu: „Gmina Wisznice Runnig Team”.

Dzień startu, 12 maja, był słoneczny i ciepły. Bezchmurne niebo, około 22 stopni – może nie upalnie ale jak na mój gust i tak trochę za ciepło. Nie przejmowałem się tym jednak. Po pierwsze dlatego, że bieg był krótki, więc zagotować się nie zdążę, a poza tym zaraz na wczesnym etapie znajdowała się przeszkoda wodna. Znaczyło to, że olbrzymią większość trasy pokonamy na mokro. Mi to pasowało.

Pomny zeszłorocznych problemów z oznaczeniem trasy postanowiłem zwiedzić jej początek który wydawał mi się najbardziej pogmatwany. Przeszedłem trasę oglądając pierwsze 12 spośród wszystkich 26 przeszkód, do chybotliwego mostku na wodzie, z którego trzeba było wskoczyć do wody. Zwracałem uwagę zwłaszcza na te, nieznane mi wcześniej „przeszkadzajki”. Niektóre, np. wejście ok. 1,5 metra po konopnej linie wydawały się kłopotliwe i zastanawiałem się, jak to z nimi będzie. Na szczęście organizator zostawił tu furtkę – w przypadku problemów z przeszkodą dopuszczał możliwość wykonania w zastępstwie 15 pompek. Dla mnie ten bieg to przede wszystkim wyścig dlatego już stając na starcie wiedziałem, że z tej „pompkowej” alternatywy w paru miejscach skorzystam.

Plan trasy. Zdjęcie: Organizator

Największą nowością tegorocznej edycji były kajaki. Należało do nich dobiec, wsiąść, dopłynąć do pobliskiej wysepki i wrócić. Razem jakieś 150-200 metrów. W zastępstwie można było odstać 3 minuty i zrobić 15 pompek. Przy tej przeszkodzie część nastawionych bardziej na ściganie niż na rekreację zawodników zaczęła kalkulować, czy nie lepiej odstać karne 3 minuty, zamiast spinać się w kajaku. Byłem jednym z tych, którzy na starcie wybrali opcję „3 minuty + 15 pompek”.

Wystartowaliśmy. Ja w tej pierwszej grupie zwanej „Elite”. Była ona ograniczona do 20 osób i złożona z ludzi legitymujących się dobrymi wynikami z poprzednich edycji lub innych, podobnych biegów. Z naszego, wisznickiego zespołu w grupie „Elite” była jeszcze Natalia. Grzesiek z Anią startowali w którejś z kolejnych, w sumie chyba 7 „fal” puszczanych w odstępach 5-minutowych. Wszystkich startujących, którzy później ukończyli bieg było 251.

Na początku nie wydarłem wcale z kopyta. Start w kopnym jak na plaży piachu, pod górkę, wbieg na skarpę polewaną przez strażaków z węża. Łatwo się tu już z miejsca zagotować, a po co? Pierwsza ścianka, zbieg znowu do wyrobiska, wskok do wody i już jestem cały mokry. Znowu pod górę, ścieżka oznaczona dobrze taśmą kluczy po jakichś zaroślach. Dobiegłem do przeszkody z liną do wspinania - od razu krzyczę „robię 15 pompek!”. Pompowanie i bieg dalej. Utrzymuję się około 8-10 pozycji. Wkrótce potem czołganie pod drutem kolczastym, kolejna ścianka, przyjemny a efektowny ślizg na brzuchu w korytku wodnym, znowu piach i bieg. Komin z opon – trzeba wejść dołem, wyleźć górą. Niby proste ale dla mnie, człowieka o posturze „węgorza” jakoś sprawia to trudność. Po dwóch nieudanych próbach nie chcę tracić czasu i krzyczę znowu: „robię 15 pompek!”.

Dobiegam za innymi do kajaków a tam... chaos! Jedni właśnie się gramolą do kajaka, inni już w nim płyną ale gdzieś.. w poprzek, zamiast wprost do wyspy! Może nie wiedzą gdzie dokładnie mamy dopłynąć?! Nie chcę brać udziału w tym rozgardiaszu więc krzyczę wcześniej przygotowaną formułkę: „czekam 3 minuty i robię 15 pompek”. Już mam się schylać do pompek gdy zawodnik stojący obok mnie woła: „dawaj, płyniemy we dwóch!!” Mało jestem asertywny, daję się szybko namówić koledze choć w mojej głowie, w tych ułamkach sekund, kłębią się wątpliwości, czy możemy płynąć razem. Niby kajaki dwuosobowe, reszta fal miała płynąć po dwóch ale organizator na odprawie „zalecał” dla elity, aby płynąć pojedynczo. – Czy nie będzie dyskwalifikacji, czy to nie szachrajstwo? – myślę. Niby tylko „zalecenie”, sztywnego zakazu nie było. Sprawnie ściągamy kajak na wodę. Jeszcze się wkurzam, bo tu mi zawracają głowę nakładaniem jakiegoś kapoka. Już na wodzie. „Lewa-prawa, lewa-prawa” – nadaję rytm przypominając sobie rajdy przygodowe DYMnO z Jaśkiem, sprzed kilku lat, gdzie też bywały etapy kajakowe. Szybko przepływamy obok kierujących się w różne strony kajakarzy. Nie bardzo wiadomo, gdzie dokładnie do tej wyspy dopłynąć. Zawracamy tuż przed wyspą a ja mam znowu wątpliwości, czy nie trzeba dopłynąć do samego brzegu, dotknąć lądu. No nic, już wiosłujemy z powrotem. Kajak dobija do brzegu, wychodzę z niego, zrzucam kapok i... zaczynam prowadzić w wyścigu.

Dziwne to dla mnie uczucie, na tak krótkich biegach. Biegnę pierwszy. Tylko ja, trasa oznaczona taśmami, wijąca się wśród drzewek ścieżka prowadząca po skarpie pod górę, to znowu ze skarpy w dół. Trasa jest dobrze oznaczona. Schodzą z dosyć męczącej, pionowej „pajęczynki” zauważam, że goni za mną dwóch. Jeden, ten niski to zdaje się Białorusin.

Następne przeszkody to między innymi rundka z obciążeniem w postaci kartonowej paczki, „magiel” czyli czołganie pod oponami, czołganie w błocie pod sznurkową pajęczynką i pływający mostek. Cieszę się, że tu biegnę pierwszy bo nikt przede mną nie zdążył owego mostku uszkodzić. Nie dochodzi on na drugi brzeg więc trzeba wskoczyć do wody.  – Chlup – i...o, głęboko! Lekko zdziwiony gramolę się na drugi brzeg.

W drugim etapie, po przeciwnej stronie kopalni nie ma ani dużo kibiców, ani dużo przeszkód. Jedną z nich jest rowek wypełniony wodą, przykryty zadaszeniem. Trzeba przyznać, że niewiele tu przestrzeni do oddychania zostawiono. Było trudniej i bardziej strasznawo, niż pierwotnie myślałem. Ciągle jeszcze prowadzę ale widzę kątem oka, że Białorusin skraca do mnie dystans. Domyślam się, że czeka mnie pożarcie; szczęście, że nie widać trzeciego zawodnika. – Najwyżej będę drugi – myślę. W pewnym momencie zrównujemy się. Biegniemy kawałek razem, nawet trochę współpracujemy. Nie ma żadnego rozpychania się łokciami. Zdyszany pytam go, czy biegł tu w zeszłym roku bo w poprzednie edycje też wygrał jakiś Białorusin. To chyba jednak nie ten. W końcu staje się to, na co się zanosiło - rywal wyprzedza mnie i zyskuje jakieś 20 metrów przewagi. Nie ma w tym momencie we mnie jakiejś nadzwyczajnej woli walki: konkurent jest minimalnie szybszy na przelotach i jestem już pogodzony z tym, że go nie prześcignę. Pokornie biegnę drugi. Pionowa ścianka z opon to dla mnie znak, że do mety został już mniej niż kilometr. Wskazuje na to także wrzawa kibiców, którą coraz głośniej słyszymy.

Końcówka: robimy przedostatnią ściankę zwaną „bestia Koala”. Zostały dwie ostatnie przeszkody. I wtedy zaczyna się „przygoda”. Do tej pory trasa była wyraźnie wytyczona jedną, a najczęściej dwiema taśmami tworzącymi „tor”, którym się poruszaliśmy. Biegniemy, patrzę: Białorusin stoi i wykrzykuje nerwowo w swoim języku „gdzie teraz?! Gdzie trasa!?” Dobiegam do niego, rzeczywiście dziwnie: tym razem nie ma braku taśm – jak w zeszłym roku, lecz jest ich nadmiar. Nasz tor po którym się poruszaliśmy przegradza w poprzek taśma; jesteśmy jakby wpuszczeni w kanał, z którego nie ma wyjścia. Z trzech stron taśmy, tylko z tyłu nie ma. Nie mam wtedy w głowie planu trasy, choć może powinienem mieć. Wiedziałbym, że trzeba tu zbiec w dół, do wyrobiska, do dwóch ostatnich przeszkód. Później dowiemy się, że po prostu w porę nie przewieszono jednej taśmy i nie utworzono dla nas przejścia ponieważ gdy kończyliśmy to ostatnie fale biegaczy dopiero startowały. Zrobiono tymczasową „przegrodę” aby ci startujący nie pomylili się nie pobiegli pod prąd, lecz nie zdążono jej przewiesić przed naszym przybyciem.

Nabuzowani adrenaliną, zmęczeni, zdyszani, pod presją czasu i rywalizacji nie myślimy logicznie. Zamiast zbiec w dół biegniemy dalej prosto. Robimy kolejną ściankę. Jest mocno obsmarowana błotem, jakby przebiegło po niej stado dzików więc zapala mi się lampka, że to ścianka z początku wyścigu. Białorusin wciąż przede mną i już biegnie w las, gdzie zapraszają go do... wspinania po linie. – Nie, tu już byliśmy, na pewno źle biegniemy! – teraz jestem pewien. Krzyczę na Białorusina, aby wracał za mną. Zbiegamy do wyrobiska. Białorusin wkurzony; ja raczej zniechęcony. W głowie myśl – nie no, znowu, powtórka z rozrywki. Dwa razy brać udział w zawodach i dwa razy pomylić trasę na końcówce. Teraz to już uczciwie zasłużyłem na tytuł „Janusza Woskrzenic”.

Na dole robimy dwie ostatnie przeszkody, przybiegając pod nie z przeciwnej strony. Ścianka i bardzo ciekawa, nurkowo-podduszająca „wietnamska przeprawa”. Na metę wbiegam za Grigorijem – bo tak się ów Białorusin nazywał – jako 6. zawodnik z czasem równo 33 minuty. Okazało się, że tylko my dwaj prowadzący wyścig straciliśmy na tej niefortunnej końcówce. Przed następnymi zdążono poprawić taśmę i ci pobiegli poprawnie. Zwycięzcą biegu został Wiktor Waszczuk z Międzyrzeca Podlaskiego (00:31:24), drugi był kolega Grigorija z Białorusi i zeszłoroczny zwycięzca biegu – Aleksandr Aniskewicz (00:31:31), trzeci  Paweł Gregorczuk (31:41).

Organizatorzy zachowali się bardzo fair biorąc na siebie część winy związanej z oznaczeniem trasy oraz dając mi oraz Grigorijowi nagrody pocieszenia. Oczywiście z samej rywalizacji jestem zadowolony umiarkowanie; nie ukrywam, że liczyłem na wyższe miejsce. Trudno. Pomylenie trasy się zdarza, znam to dobrze z terenowych biegów górskich, w których takie przygody bywają. To nie bieg uliczny, na którym takich przygód nie ma. No - właściwie prawie nigdy nie ma – patrz relacja na końcu tego tekstu, z 6. Maratonu Lubelskiego.

Na dekoracji drużyny niestety zabrakło Natalii. Żyje, ale musiała wcześniej wracać. Zdjęcie: Izabela Dragan

Bardzo miłym zaskoczeniem podczas dekoracji było dla mnie zwycięstwo w kategorii drużynowej. Spośród ośmiu 4-osobowych drużyn to właśnie nasza, sklecona naprędce na dwa dni przed startem „Gmina Wisznice Runners Team” okazała się najszybsza. Byłem szczerze zaskoczony podobnie jak mój kolega i koleżanki z drużyny. Organizatorzy donosili przed startem o 3 zgłoszonych drużynach z AWF-u, - Nie no, na pewno nam dołożą – myślałem. Ostatecznie wystartowały tylko dwie, być może trzeci skład, może ten najlepszy z jakichś powodów nie dojechał lub nie ukończył i dzięki temu to nam przypadło zwycięstwo.

Pomimo przygód – fajnie było. Impreza organizowana jest w idealnym miejscu w okolicy: z mnóstwem piachu, wody, skarp, podejść, krzaków. Niektóre przeszkody - np. etap kajakowy, te trudniejsze ścianki, wietnamska przeszkoda, ślizgawka – są pomysłowe i ciekawe. Jak na niewielkie zawody na 300 osób to jest to wszystko robione całkiem ambitnie. I to za stosunkowo niewielkie pieniądze, o połowę mniejsze, niż w konkurencyjnych biegach. Kto chciałby narzekać na wpisowe to niech sobie porówna: woskrzenicki Extreme – 6 km – opłata najniższa 60 zł; podobny, bardziej znany bieg Hunt Run – 6 km – opłata najniższa 117 zł; Runmageddon Rekrut – 6 km –opłata najniższa  129 zł.

Pewne rzeczy na Extreme można by dopracować. Na pewno skonkretyzować zasady na kajakach: czy tylko pojedynczo, czy tylko we dwoje; do którego konkretnie miejsca trzeba dopłynąć, może jakoś „odhaczyć” zaliczenie wyspy u wolontariusza, który będzie na niej stał? Może pomyśleć o jakimś jedzeniu/piciu dla obecnych? Pewien kolega słusznie zauważył, że gdyby w pobliżu stanął ktoś z obwoźnym sklepikiem z jedzeniem/piciem, to świetnie by się to sprzedawało. No i trochę dopracować to oznaczenie trasy, może nawet ją uprościć, aby tacy zakręceni jak ja, już się więcej nie gubili. Organizatorzy dwoili się i troili bo mieli niedobór rąk do pracy. Wyraźnie brakowało wolontariuszy. Domyślam się, że ułożenie całej trasy, otaśmowanie, ustawienie przeszkód jest bardzo pracochłonne. To zapewne z tego powodu następny Extreme odbędzie się za dwa lata, w 2020 roku. Może w związku z tym warto następnym razem pomyśleć o podniesieniu wpisowego, aby byli ludzie, którzy ustawią sprawnie przeszkody a potem pomogą zabezpieczać zawody. Nie wiem jak inni ale ja wolałbym dopłacić ze 30 zł wpisowego a mieć kompetentną obstawę trasy na przeszkodach i w newralgicznych punktach.

Szkoda, że następna edycja dopiero za dwa lata. Mam nadzieję w niej wystartować, choćby po to aby po raz pierwszy zrobić trasę bez „babola”. Obiecałem sobie, że już następnym razem przyjadę ze 3 godziny wcześniej, obejdę całość i nauczę trasy na pamięć. Ukończę bieg bez pomyłki a dzierżony tytuł „Janusza Woskrzenic” bez żalu oddam komuś innemu.

Wyniki biegu dostępne są na stronie Time2Go w zakładce "wyniki" [LINK]. Tam też filmy i galeria zdjęć z imprezy.

6. Maraton Lubelski – treningowo

Tak jak zapowiedziałem wcześniej, maraton w Lublinie miałem pobiec na wynik czasowy lecz zniechęcony pogodą postanowiłem odpuścić. Słabo znoszę upał. Uznałem, że inwestowanie formy w bieg, który pochłonie dużo sił, a który da mi pewnie rezultat gorszy o 10-15 minut od tego, jaki uzyskałbym w dobrych warunkach, zwyczajnie mi się nie opłaca. Tyle teraz tych maratonów, lepiej poczekać na lepszą pogodę a tu, skoro już opłaciłem, pobiec treningowo.

Na trasie. Zdjęcie: Przemysław Gąbka/Dariusz Miącz

Tak zrobiłem. Mało tego: dla Festiwalu Biegowego obiecałem fotorelację dlatego zabrałem ze sobą aparat na bieg i biegłem z aparatem w ręku robiąc po drodze zdjęcia. Było ciekawie także dlatego, że trasa była zupełnie nowa. Zawierała w sobie dwie pętle wokół Zalewu Zemborzyckiego. Uważam ją za bardziej przyjazną biegaczom, niż stara trasa po tłocznych ulicach lubelskich, którą raz kiedyś biegłem. Niestety po biegu okazało się, że wszyscy pierwszy kilometr pobiegli nieco inaczej, co spowodowało skrócenie dystansu o ok. 400 metrów. Błąd ludzki, za który organizator przeprosił. Szkoda i organizatora, któremu niewątpliwie jest przed biegaczami bardzo głupio, i samych biegaczy, którzy nabiegali „życiówki” a później okazało się, że nie mogą być oficjalnymi „życiówkami” z powodu niewymiarowej trasy.

Nieautoryzowany (zapewne) punkt nawadniający z... piwem!

Tak biegłem zatrzymując się co jakiś czas i robiąc zdjęcia. Było przyjemnie choć teraz myślę, że z tempem jak na trening trochę przesadziłem. Zamiast spokojnie przeczłapać w 4 godziny podchwyciłem atmosferę zawodów i przybiegłem w 3:16. Cóż, stało się, będę się regenerował dłużej.

Tutaj [LINK] do mojej relacji i zdjęć z 6. Maratonu Lubelskiego