
Biegi na dychę już były, maratony zaliczyłem, biegi ultra uliczne i górskie też. Były już biegi na orientację, ultra na orientację i roganing. Trzeba spróbować czegoś nowego. A może tak biegi militarne? Są w Polsce różne maratony komandosa, maratony twardziela i podobne. Biegnie się w mundurze, wojskowych butach, z plecakiem 10 kg a czasem i z bronią. Niewielu cywilów ma skompletowane takie wyposażenie toteż biorą udział w tych biegach głównie przedstawiciele służb mundurowych: od jednostek specjalnych poczynając, przez zwykłych żołnierzy, po BOR, policję, wszelkie służby wartownicze i na strażakach kończąc. Oczywiście w grupie startujących zaplącze się zwykle i grupka cywili. W tym roku i ja byłem jednym z nich. Wyczytałem, że w Warszawie odbędzie się Półmaraton Komandosa.

Najpierw pod wpływem emocji zapaliłem się by reprezentować swojego pracodawcę: Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie. Start jest w Warszawie, więc blisko, dystans półmaratonu a więc nie tak strasznie i dobrze na początek. Poza tym pracując w muzeum wojska mam do czynienia z różnymi fascynatami militariów, może uda mi się pożyczyć niezbędne wyposażenie, którego mi brakuje. Potem jak już trochę ochłonąłem zacząłem się wahać: przede wszystkim trząsłem tyłkiem, że złapię jakąś kontuzję. 10 kilogramów na plecach, ciężkie buciory i biec mocnym tempem to musi być eksploatujące i nieprzyjemne dla stawów, zwłaszcza dla kręgosłupa. Takie biegi nie dość, że mogą być kontuzjogenne to jeszcze zabijają szybkość. Poza tym kompletowanie wyposażenia szło mi opornie. Udało mi się od życzliwego kolegi pożyczyć mundur, czapkę i plecak, od drugiego pas ale ciągle nie miałem podstawy: butów. Już się wahałem czy się nie wycofać i tydzień później nie pojechać na mojego ulubionego Skorpiona. Ostatecznie zdecydowałem się pobiec. Roztrąbiłem już w Muzeum, że biegnę, nawet do dyrektora pismo napisałem. Głupio się teraz wycofywać. Trzeba wypić to piwo, którego sobie naważyłem. Półtorej tygodnia przed startem od kolegi odkupiłem używane buty „desanty”. On w nich chodził przez 6 tygodni na jakimś obozie. Znajomi mnie ostrzegali, że się w nich zarżnę, bo ciężkie i niewygodne, ale cóż. Takie mam, więc w takich pobiegnę. Do plecaka wrzuciłem dwa 3 – kilogramowe ołowiane ciężarki od pasa balastowego do nurkowania, zawinąłem w starą karimatę by nie obiły pleców i uzupełniłem książkami „Chrestomatia Staropolska” i Bear Grylls „Szkoła Przetrwania”. Wyszło równo 10 kg. W sobotę 11 lutego spakowałem wszystko i pojechałem do Wojskowej Akademii Technicznej.

Stoimy na starcie. Osób 162. Warunki fajne, mrozik około -10, słonecznie, ścieżki Kampinoskiego Parku Narodowego, po których będziemy biec pokryte ubitym śniegiem i lodem. Organizator kapitan Liśniewski ostrzegał, że jest bardzo ślisko. Powkręcałem więc znowu wkręty w podeszwy, po sześć na but. Jeszcze krótkie przypomnienie zasad, przemówienie generała z WATu i lecimy. Przed nami dwie pętlę po mniej więcej 10 km. Nigdy w takim biegu nie biegłem, więc zaczynam asekuracyjnie; startuję z końca stawki i luźnym tempem. Robimy rundkę po stadionie, potem z kilometr po ulicy i wbiegamy w leśne ścieżki. Trasa jest oznaczona strzałkami, na zakrętach stoi obsługa wskazująca drogę. Początek jest dosyć tłumny. Po jakimś kilometrze zaczynam przyśpieszać i systematycznie wyprzedzać. Przesuwam się do pierwszej połowy stawki. Tempo takie sobie, jest ciężkawo, ale nie za bardzo. Plecak na szczęście dobrze leży i nie uwiera. Buty też nie dokuczają. Biegnę tak przez dłuższy czas, stawka się przerzedziła. Trochę już jestem zmęczony, czekam zakończenia pierwszej pętli gdy nagle patrzę - tabliczka: 6 km. Kurdę, dopiero!? Toż to jeszcze szmat drogi, ale ten czas wolno leci. Patrzę na zegarek: 30 minut biegniemy. Trochę mi psycha siadła i na następnych paruset metrach wyprzedziły mnie ze trzy osoby.

Podjadam czekoladkę schowaną w kieszonce i biorę się w garść. Doganiam chłopaków, kluczymy gdzieś po kampinoskich ścieżkach, miejscami są jakieś gałęzie, pościnane krzaki, pieńki, wyschnięte rowy. Dobiegamy do nasypu, zza którego dochodzą strzały. Pewnie strzelnica wojskowa. Potem czeka nas jeszcze bieg wokół uczelnianego toru przeszkód, obok jakichś okopów i dobiegamy do stadionu. Kapitan Liśniewski jako komentator sportowy dopinguje i podgrzewa atmosferę. Jest pierwsza pętla, na zegarku 52 minuty. Jak utrzymam tempo szykuje się czas 1:40 – z hakiem. Zwycięzca z zeszłego roku miał 1:41. W myślach dzielę już skórę na niedźwiedziu i liczę na pierwszą dziesiątkę. Nagle ktoś z obsługi sprowadza mnie na ziemię. Ponoć jestem koło 20 miejsca. Dopiero? Ależ czołówka przygrzała. No dobra, trzeba przebiec jeszcze jedną rundkę. Teraz biegniemy w czterech: ja, dwóch zielonych w mundurach i jeden ubrany cały na czarno od stóp do głów i jeszcze z czarnym plecakiem. Strażak jakiś, ale na razie dostał ode mnie roboczą ksywę „Ninja”. Biegnę z tyłu, chłopaki z 10 metrów przede mną. Na drugiej pętli obsługi na zakrętach już nie ma, trzeba patrzeć na strzałki. Chłopaki na dwóch zakrętach zapędzają się w ścigackim amoku nie w tę ścieżkę, muszą wracać kilkanaście metrów, dzięki czemu wychodzę na czoło grupy. Potem mnie doganiają, czasem wyprzedzamy się na trasie i zmieniamy w kolejności. Podjadam jeszcze jedną czekoladkę. Jest ciężko. Nie, nie z powodu plecaka czy dystansu. Od początku drugiej połowy walczę z butami. Ależ cholery obcierają. Bolą palce, bolą też pięty i to w takim miejscu, gdzie się nie spodziewałem. Teraz, co krok to ból. Zaczynam krzywo stawiać lewą nogę by złagodzić nieprzyjemne doznania. Biegnę może nie bardzo szybko, ale i nie wolno. Trzeba do mety jakoś dobiec, choćby po to by jak najszybciej ściągnąć te pierdzielone trepy. Z naszej czwórki ktoś wymięka, doganiamy też kogoś przed nami. Wyprzedziłem „Ninję”, teraz biegnę obok jakiegoś innego ściganta w zielonym mundurze. Tylko my dwaj. Przebiegamy znowu koło toru przeszkód, zielony kolega biegnie parę metrów z tyłu. Widzę kogoś przed sobą, ale jest daleko. Nie dojdę go. Wbiegam na stadion, jeszcze tylko rundka dookoła i meta. Jakiś kibic krzyczy: „Dawaj, Dawaj! Goni cię!”. Przyśpieszam goniąc, co sił w nogach, rzucam wszystkie rezerwy do walki by mnie zielony nie dogonił. Sto metrów przede mną dogania mnie i wyprzedza „Ninja”! Walczę, mam siłę, ale On jest po prostu szybszy. Wbiega na metę kilka metrów przede mną. Czas: 1:45:43. Miejsce 16. Średnie tempo: 5 minut na kilometr. Chwilę później jakaś pani z „Gazety Stołecznej” słysząc, że jestem z Muzeum Wojska Polskiego przeprowadza ze mną wywiad. Ponoć ma coś być o półmaratonie w poniedziałkowym wydaniu gazety. Potem przy „herbatopoju” spotykam chłopaka, z którym się ścigałem na trasie a który przybiegł kilka minut za mną. Mówi do mnie mniej więcej tak: „O stary, w „Józefach” biegłeś, szacun! Ja tam walczyłem, ale jak zobaczyłem, że ktoś mnie w takich buciorach wyprzedza to odpuściłem”. Rzeczywiście, buty jak się okazało miałem nietypowe i niewielu miało takie jak moje. Ogromna większość to ludzie lepiej wyposażeni lub bardziej doświadczeni w biegach militarnych; poubierali sprytnie lekkie buty taktyczne „Magnum” lub zamszowe buciki pustynne. Z tego co się wywiedziałem po biegu są lekkie i wygodne. Po powrocie do domu ściągnąłem buty, poobklejałem plastrami stopy w miejscach, gdzie zdarłem skórę i wrzuciłem z ciekawości buty na wagę. Para waży 2,1 kg. Ponad kilogram jeden but (rozmiar około 46). Ja pierniczę!
W tym roku Półmaraton Komandosa był szybszy niż w poprzednim, czołówka znacznie wyśrubowała czasy i poprawiła wyniki. Wspomniałem powyżej, że w zeszłym roku zwycięzca miał wynik 1:41:52. W tym roku uczestników było więcej, trasa była trochę inna i przyjechali mocniejsi biegacze. Zwycięzca przybiegł z czasem 1:26:44. Był nim nie byle kto bo Błażej Brzeziński, Mistrz Polski w maratonie 2011 (Wynik z Dębna – 2:14:16) i srebrny medalista Mistrzostw Polski w półmaratonie 2010 (wynik z Piły – 1:05:06). A myślałem, że elita w takich biegach nie startuje bo i niezdrowo i zabijają prędkość. Widać się myliłem. Wracając do siebie samego i mojego startu: poszło jako tako. Czas niezły miejsce mogłoby być lepsze. Cieszę się, że doświadczyłem startu w biegu militarnym, ale nie wiem czy jeszcze kiedyś w podobnym wystartuję. Jeśli znowu mnie podkusi to przede wszystkim będę musiał zmienić buty na lżejsze; w „Józefach” vel „desantach” na pewno już startować nie zamierzam.
P.S. Na imprezie była grupka osób, która biegła charytatywnie. Zbierali środki na leczenie Urszuli Laseckiej – Sytczyk, 28-letniej dziewczyny; żony i matki trzyletniego chłopca. Załapała złośliwe choróbsko, czerniaka przerzutowego. Można to wyleczyć, ale jest to bardzo drogie. Może ktoś chciałby pomóc, więc podaję linka, pod którym znajduje się więcej informacji i numer konta.
[link] do strony z informacją o leczeniu Urszuli
[link] do strony Półmaratonu Komandosa
[link] do działu poświęconego imprezie na serwisie maratończyk.pl (tam też galeria Doroty Świderskiej)
(za jakość zdjęć przepraszam, wysiadł mi ostatnio Canon G9 i robiłem zdjęcia komórką)


