niedziela, 13 czerwca 2010

VII Bieg o Puchar Rzeźnika


Podstawowe informacje o biegu:

Miejsce: Bieszczady

Dystans: 75,2 km

Limit: 16 godzin

Rodzaj zawodów: ultradystansowy bieg liniowy, w ogromnej większości terenowy, górski.

Czas i miejsce: 4 czerwca 2010, Start w Komańczy o 3:30 rano, meta w Ustrzykach Górnych.

Opis Trasy: Czerwony szlak bieszczadzki, bieg po grzbietach wzgórz, połoninach. Wspinaczka na wzniesienia dochodzące do 1300 m. n.p.m. Po drodze 4 punkty kontrolne / przepaki.



I znowu Rzeźnik. To już drugie podejście. W zeszłym roku ukończyłem ten bieg w parze z Maćkiem Więckiem. Uzyskaliśmy czas 10:16 i szóste miejsce. Ciężko było, zajechałem się w połowie trasy, potem trochę odżyłem, lecz na metę wpadłem ledwo żywy. Partner był ode mnie znacznie mocniejszy, dlatego na ten rok postanowiłem poszukać kogoś o bardziej zbliżonych do mnie możliwościach. Padło na Andrzeja Buchajewicza, doświadczonego biegacza pokonującego maraton w mniej niż 3 godziny i lokującego się w ścisłej czołówce startujących w orienterskich setkach (jest jednym ze zwycięzców wiosennej edycji tegorocznego Harpagana). Bardzo pasował mi start z Andrzejem gdyż po porównaniu wyników z ostatnich startów w biegach ulicznych okazało się, że mamy bardzo zbliżone możliwości. Zgłosiliśmy więc naszą drużynę „Sherpas Raidteam” do startu w siódmej edycji Biegu o Puchar Rzeźnika. Cele? Założenia? Po pierwsze złamać 10 godzin. Po drugie zająć możliwie wysokie miejsce. Pozostało uczciwie trenować by cel zrealizować i nie zawieść partnera.


Wystartowaliśmy o 3:30 „rano”. Jakie tam rano? To wyglądało jak środek nocy. Do tego mżawka, na trasie pełno błota i wody po ostatnich intensywnych opadach. Nie lubię takich warunków, już jadąc do Cisnej marudziłem na myśl o przyszłych męczarniach. Trudno, klamka zapadła. Trzeba zrobić swoje. Po sygnale wystrzału z jakiejś prehistorycznej strzelby 167 zespołów wybiegło na blisko osiemdziesięciokilometrowy górski szlak z Komańczy do Ustrzyk Górnych. Początek był tłumny i w naszym przypadku wolny. Uważałem na partnera, by go w tym początkowym zagęszczeniu ponad trzystu osób nie zgubić. Truchtaliśmy lekko szutrową drogą przez kilka kilometrów robiąc krótkie przerwy na marsz przy podejściu na pagórki. Według Andrzeja pokonaliśmy ten odcinek zbyt wolno. Ja wolałem zacząć spokojnie i ostrożnie by stopniowo przyzwyczajać organizm do ultradystansowego wysiłku. W końcu szuter się skończył i wbiegliśmy na górską drogę, która z czasem przeszła w leśną ścieżkę. Na tym etapie Bieg Rzeźnika zaczął mi coraz bardziej przypominać Bieg Katorżnika, w którym kiedyś startowałem. Błoto, woda, poślizg, górka, błoto, deszcz, błoto. Pierwsze kilka kilometrów przeprowadziło wstępną selekcję. Tłumu już nie było, były pojedyncze grupki. Biegliśmy czołówce, może 8 lub 10ta para. Stopniowo się rozwidniało, można było dostrzec czerwone oznaczenie szlaku. Początkowo naiwnie oszczędzałem buty i uważałem, by nie przemoczyć stóp. Wszystko na nic. Po paru kilometrach dobiegliśmy do strumienia, który w tamtym roku przechodziłem suchą nogą skacząc po kamieniach. Teraz nie było szans. Tylko dwie sekundy na pożegnanie z suchymi stopami i wskoczyliśmy do wezbranego potoku przechodząc na drugą stronę. Woda sięgała do górnej części łydki. Miałem w miarę nowe, słabo rozbiegane buty. Bałem się, czy mokre nie dadzą mi się we znaki. Jak by coś na przepaku w Cisnej zostawiłem zapasowe. Na szczęście na razie wszystko było w porządku. Wijącą się górską ścieżką, w półmroku i przy kropiącym deszczu wspięliśmy się na Chryszczatą (998 m.). Po drodze zostaliśmy wyprzedzeni przez bardzo mocny zespół naszych kolegów: Maciek Więcek i Michał Jędroszkowiak. Chłopcy na krótko zgubili szlak i musieli wrócić. Stąd przez moment biegli za nami. Potem się oddalili i znikli z oczu. Przewagę kolegów było widać zgłasza na zbiegach. Mieli świetną technikę i robili to bardzo szybko. Po niecałych 17 kilometrach zbiegliśmy na Przełęcz Żebrak gdzie znajdował się pierwszy punkt kontrolny. Z czasem 1:53 byliśmy 6 zespołem. Traciliśmy do prowadzących niecałe 9 minut. Dwa szybkie łyki izotoniku i polecieliśmy dalej.

Po wyjściu z przełęczy znowu winda pod górę. Tym razem wspinaliśmy się na grań, której najwyższym wzniesieniem jest Wołosań (1071 m.). Utrzymywaliśmy w miarę mocne tempo na podejściach, po płaskim i z górki przechodziliśmy w bieg. Tam, gdzie tempo było wolniejsze dobierałem się do plecaka pałaszując kanapkę, kawał kiełbasy, batona. Pamiętałem zeszłoroczną lekcję, gdy przez słabe odżywianie „odcięło mi prąd”. Chciałem biec, droga była piękna, z górki, równa. Nie mogłem. Dziś nie chciałem przeżywać tego ponownie. Opychałem się nie bacząc na maniery. Bezpośrednio przed nami biegły dwa teamy. Pierwszy podbiegał pod górkę i niezbyt sprawnie zbiegał, więc był do łyknięcia. Drugi, bardziej doświadczony bronił się aż do Cisnej. Po 32 kilometrach ponownie zbiegliśmy z porośniętej lasem grani do miejscowości depcząc po piętach czwartemu zespołowi. Z czasem 3:27 byliśmy na piątej pozycji. Pokonanie ostatniego etapu zajęło nam godzinę i 34 minuty. Na przepaku zostawiliśmy zbędne rzeczy (ja między innymi ortalionową kurtkę Dobsoma, czego później żałowałem), pobraliśmy zaopatrzenie i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Uwinęliśmy się szybciej niż konkurenci i awansowaliśmy na czwartą pozycję. Miejsce na pudle było coraz bliżej.


Z Cisnej czerwony szlak prowadził nas w stronę słowackiej granicy, potem odbijał w kierunku Smereka. Znowu mieliśmy przed sobą podejście na grań. Najwyższe wzniesienia, które na nas czekały to Jasło (1153 m.), Okrąglik (1101 m.) i Fereczata (1102 m.). Niedługo po wyjściu z przepaku trafiliśmy na wezbrany strumień. Kolega tłumaczył nam przed startem jak go pokonać suchą stopą. Teraz nie miało to znaczenia, bo stopy i tak były przemoczone. Po raz kolejny i nie ostatni wskoczyliśmy do wody. Podeszliśmy na wzgórza trzymając nadal przyzwoite tempo. Gdzieś po drodze zaskoczył nas jeden z prowadzących zespołów. Biegł w przeciwną stronę, wracał do Cisnej. Nie za bardzo rozumiałem, co się stało: chłopcy biegli, nie wyglądali na kontuzjowanych. Dopiero po zawodach przeczytałem, że byli faworytami, lecz jeden z członków zespołu nie wytrzymał bardzo ostrego tempa. „Odcięło mu prąd”. Tym sposobem niespodziewanie wskoczyliśmy na trzecią pozycję. Biegliśmy po miejsce na pudle. Wspomniałem o tym Andrzejowi, nie chciał wierzyć. Przy słowackiej granicy udało nam się nie popełnić błędu przy rozwidleniu szlaków i nie tracąc czasu wkroczyliśmy na Wielką Grań Wopistów. Pokonaliśmy ją sprawnie, lecz mojego partnera kosztowało to bardzo dużo wysiłku. Andrzej ostrzegł, że takie tempo niedługo go zarżnie. Musieliśmy zwolnić. Zaraz potem ujrzeliśmy doganiający nas czwarty zespół. Myślałem, że to ci, z którymi ścigaliśmy się u bram Cisnej. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem Pawła Dybka i Magdę Łączak. O Pawle słyszałem wiele, jest bardzo mocnym zawodnikiem startującym w rajdach przygodowych, niepokonanym rekordzistą Kieratu. Paweł startował jednak z dziewczyną i przed startem nie przypuszczałem, że mogą nam zagrozić. Okazało się, że Magda w swoim wytrenowaniu nie ustępowała niczym męskiej czołówce. Gdy nas „Dybkowie” wyprzedzali na zbiegu do Smereka byłem zaskoczony i pełen podziwu dla dziewczyny. Dobiegliśmy do szutrowej drogi wijącej się delikatnie w dół. Jeszcze kilka kilometrów i będziemy na kolejnym przepaku. Truchtaliśmy powoli odpoczywając w biegu. Szutrówka dłużyła się niemiłosiernie. Zakręt, zakręt, za nim znowu zakręt. Niekończące się zakręty. Andrzej miał ich serdecznie dosyć. Doskonale go rozumiałem. W zeszłym roku tu właśnie miałem kryzys, nie dałem rady biec, myślałem, że owe zakręty nigdy się nie skończą. Tym razem było lepiej. Spokojnie dobiegliśmy do Smereka, gdzie za mostem czekał przepak, pyszne bułki z dżemem oraz kibicująca nam Ula. Byliśmy tam po 6 godzinach i 11 minutach od startu. Pokonanie odcinka Cisna – Smerek zajęło nam 2 godziny i 43 minuty. Traciliśmy 36 minut do prowadzących. Mając w nogach już 56 kilometrów wyruszyliśmy na przedostatni odcinek.


Po wyjściu z przepaku czekał nas powtarzany już kilkakrotnie scenariusz. Najpierw wspinaczka pod górę, potem dłuższy bieg pagórkowatym grzbietem i na koniec zbieg do ostatniego punktu kontrolnego usytuowanego w Berehach Górnych, na 68 kilometrze. Na tym etapie wyszliśmy w końcu z lasu na Połoninę Wetlińską (Bieszczadzki Park Narodowy) gdzie mżawka i silny wiatr dawały się we znaki. Było naprawdę chłodno, żałowałem, że kurtkę zostawiłem na przepaku. Dobrze, że Andrzej pożyczył mi swoje rękawiczki. Najwyższym szczytem na tym etapie jest Smerek (1222 m.) i Roh (1255 m.). Truchtaliśmy spokojnym tempem po połoninach nikogo nie wyprzedzając i nie będąc przez nikogo łykniętym. Nie wiedzieliśmy, że już do mety nie zobaczymy żadnego innego zespołu. Zbiegając z połonin do Berehów zauważyłem, że Andrzej zbiegał dużo szybciej niż na początku. Chyba w trakcie biegu udało mu się poprawić technikę. Do ostatniego przepaku dotarliśmy z czasem 8:29 utrzymując czwarte miejsce. Ten etap zajął nam 2 godziny i 17 minut. Do najlepszych traciliśmy 24 minuty, o 12 mniej niż wcześniej. Po kilku łykach energetycznego napoju ruszyliśmy na ostatni odcinek. Jeszcze tylko 9 kilometrów i będziemy w domu.

Z Berehów wspinaczka na nieco wyższą niż poprzednia Połoninę Caryńską. Podejście jest bardziej strome niż zwykle, stąd pracownicy Parku zamontowali na ścieżce stopnie i drewniane poręcze. Nogi miały już trochę dosyć stąd wciągałem się rękoma po poręczach niczym po linie. Po wyjściu ze strefy lasu jeszcze krótka wspinaczka do grzbietu połoniny i znowu trucht. Byliśmy teraz po najwyższych wzniesieniach na trasie biegu sięgających prawie 1300 metrów (Kruhly Wierch – 1297 m.). Wspinaczka zajęła nam trochę czasu, wspomniałem Andrzejowi, że chyba nie damy rady złamać 10 godzin. Partner nic nie powiedział, ale jakby zaczął mocniej przyciskać. Biegliśmy znowu w miarę szybko i sprawnie, jak na początku biegu. Było to dosyć trudne gdyż ścieżka na połoninach najeżona jest wystającymi kamieniami. Mijaliśmy turystów, którzy pomimo fatalnej pogody wybrali się na spacer w góry. Bili brawo, pozdrawiali, dopingowali. Czasem wspominali, którym zespołem jesteśmy i ile tracimy do tych przed nami. Jeden z napotkanych turystów zachęcał do podkręcenia tempa. Jego zdaniem ci przed nami słabną, są mocno wyczerpani, nawet wysępili od niego batona. Czyżby stalowa Magda w końcu słabła? Tak w pierwszej chwili pomyślałem. Dopiero na mecie okazało się, że to nie „Dybkowie” mieli kryzys a Maciek z Michałem. Paweł z Magdą wyprzedzili naszych kolegów i niespodziewanie awansowali na drugą pozycję. My jak poprzednio biegliśmy na czwartym miejscu i raczej nie myśleliśmy o podium. Nasze głowy zaprzątała walka o cel główny: złamanie 10 godzin. Gdy w końcu skończyła się połonina i zaczęliśmy nasz ostatni zbieg do godziny „0” pozostawało z 30 lub 20 minut. Zbiegałem po schodach i spływającym po nich potoku nerwowo spoglądając na zegarek. Obracałem się, co jakiś czas do kolegi krzycząc: „Andrzej, jeszcze 18 minut, Andrzej, jeszcze 12 minut”, itd. Gdy w końcu poprzez prześwit w lesie ujrzałem dmuchany namiot „The North Face” wiedziałem, że zdążymy. Wbiegliśmy z Andrzejem na metę z czasem 09:53:32. Utrzymaliśmy czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej i trzecie w kategorii męskiej. VII edycję Biegu o Puchar Rzeźnika wygrał zespół „AZS AWF Gorzów WLKP. / OTK Rzeźnik – Montrail CW-X” w składzie Krzysztof Lisak i Marek Szopa. Chłopcy wbiegli na metę 22 minuty przed nami uzyskując czas 09:31:05. Tylko niecałe 4 minuty po nich do celu dotarł pierwszy MIX: Paweł Dybek i Magda Łączak (Team 360 stopni – czas: 09:34:57). Jako trzeci zameldował się zespół INOV-8 w składzie Maciej Więcek i Michał Jędroszkowiak. Koledzy byli 10 minut szybsi od nas, wbiegli na metę z czasem 09:43:27. Warto jeszcze wspomnieć, że drugi zespół „Sherpas Raidteam” w składzie Marcin Klisz, Łuczko Grzegorz uzyskał wynik 11:20:20 i wysokie, 12 miejsce. Ogólnie spośród 167 zespołów, które wyszły na trasę do mety dotarło 99. Resztę wykosiły trudne warunki pogodowe, kontuzje i słabe przygotowanie kondycyjne.

Podsumowania wielkiego pisał nie będę, bo wiele jest wyjaśnione w relacji. Bieg Rzeźnika to dobrze zorganizowana, bardzo przyjemna ultradystansowa impreza. Być może oznaczenie szlaku nie jest najlepsze, zwłaszcza dla gości z zagranicy (utyskiwali trochę na to poznani po biegu Łotysze mający za sobą start w prestiżowym Ultra – Trail du Mont - Blanc), ale na to organizator biegu wpływ ma niewielki. W tym roku warunki były ciężkie. Wszędobylskie błoto i lekka acz ciągła mżawka dawała się we znaki; wezbrane potoki stawiały zawodników przed koniecznością pokonania prawie całej trasy w przemoczonych butach. Tylko temperatura była odpowiednia. Teraz przeciwnie niż w poprzednim roku byłem dobrze przygotowany. Podobnie mój towarzysz. Nie popełniliśmy żadnych większych błędów, udało nam się dotrzeć do mety na wysokiej pozycji i złamać 10 godzin. Wykonaliśmy przedstartowy plan. Dziękuję Andrzejowi, że zgodził się ze mną wystartować, odpowiednio przygotował i na trasie nie zawiódł. To była świetna przygoda.


[link do relacji z Biegu Rzeźnika 2009]

[link do strony organizatora]

Pierwsze trzy zdjęcia od góry pochodzą z galerii Grzegorza Wasyla Grabowskiego [wasylfoto.pl]

Ostatnie jest autorstwa Urszuli Wojciechowskiej z "Sherpas Raidteam"


8 komentarzy:

Marcin pisze...

Hej,

Ogromne gratulacje! Świetny postęp w porównaniu do relacji z poprzedniego roku.

Czy możesz opisać, lub odnieść się np linkiem do youtube na temat technik zbiegu które używacie? Szczerze mówiąc naoglądałem się tego już trochę, ale jak sam zbiegam to mam dużo wątpliwości czy nie załatwię sobie kolan po kilku metrach. Po wczorajszych górkach nic niby nie boli. Czy pozwalasz sobie na tak szybki bieg jaki wymusza grawitacja? Krótszy krok, jakaś specjalna postawa?

M

Paweł Antoni Pakuła pisze...

Witaj Marcin!

Dzięki. Co do techniki zbiegania: był na ten temat artykuł w jednym z ostatnich numerów "Biegania". Generalnie chodzi o to, by się puścić zbiegając, nie hamować. Korpus powinien być pod kątem prostym do stoku, czyli nie pionowo a lekko pochylony do przodu. Któryś z kolegów mnie uczył, że biodra powinny być wypchnięte do przodu ale ja chyba tak nie robię. To trzeba po prostu poćwiczyć. Ja jeszcze balansuję rękoma trzymając równowagę, i przy większych, bardziej stromych stokach biegnę slalomem by wytracić niebezpiecznie dużą prędkość. Oczywiście, żadnym specjalistą od tego nie jestem, też dopiero się uczę. Na Rzeźniku dwa razy wywinąłem orła, na szczęście niegroźnie. Andrzej zbiegał pod koniec coraz szybciej i z tego co mówił wykorzystywał trochę poślizg na mokrej trawie. Coś jak zjazd na nartach w połączeniu z bieganiem. Podobno chłopcy ze Speleo zbiegają znakomicie. Maciek Więcek też świetnie zbiega. Warto ich zapytać przy okazji. A najlepiej samemu poćwiczyć i sprawdzić na sobie. Wydaje mi się, że by zbiegać bezpiecznie potrzebne są też mocne mięśnie czworogłowe uda. Warto je poćwiczyć np. przez przysiady.

Znalazłem kilka filmów na Youtube ale one bardziej opowiadają niż obrazują technikę zbiegania:

http://www.youtube.com/watch?v=d3usL8fIWhg&feature=related

http://www.youtube.com/watch?v=SBagM___CS4&feature=related

Pozdrawiam.

Maciej pisze...

Paweł,

Jak wsyglądały Twoje przygotowania do Rzeźnmika? Czy miałeś jakieś treningi w górach ?

Ponowne gratulacje.
Maciej/Niezła Korba

Paweł Antoni Pakuła pisze...

Maciej,

Treningów w górach nie miałem. Zrobiłem kilka treningów wbiegania na skarpę w Lesie Kabackim. Poza tym trenowałem jak do biegów ulicznych (i długie wybiegania i szybkość na stadionie) + sporo przysiadów (mięsień czworogłowy uda na bieg w górach musi być mocny).

Jeszcze do Marcina o technice zbiegania: Kroki przy zbieganiu robię raczej małe, wydaje mi się, że długi krok to duże obciążenia na stawy i większe ryzyko kontuzji.

Marcin pisze...

Dzięki za wyjaśnienie. Ostatnio biegam po okolicznych pagórkach, więc i zbiegam.

Trudno mówić o krótkim kroku, kiedy grawitacja ciągnie w dół. Ciągle jednak obawiam się o kolana, jednak trochę je czuję po takich zbiegach. No i zwykle mózg krzyczy bym zwolnił, chociaż na tych łagodniejszych stokach przyjemnie się odpoczywa.

Zobaczymy, tymczasem gratulacje za dychę. Fotki dziewczyny w bikini są w necie, żal wyprzedzać.

Paweł Antoni Pakuła pisze...

Marcin,

Jeśli Cię kolana bolą to może zbyt intensywnie zbiegasz; za dużo powtórzeń lub za szybko? Może stopniowo podnoś poprzeczkę.

Yanek pisze...

Ja znalazłem ten materiał : http://www.youtube.com/watch?v=eu2qocvfCzE&feature=related
zarówno o zbieganiu jak i wbieganiu.
Już gratulowałem w innym miejscu, ale powtórzyć nie zaszkodzi bo rezultat fantastyczny. Paweł, następny naturalny krok to Mt Blanc. A teraz spadam oglądać Brazylia-Chile :-)

Paweł Antoni Pakuła pisze...

Dzięki Yanek, mam nadzieję, że uda Ci się zaliczyć Rzeźnika w przyszłym roku. Musisz jeszcze znaleźć odpowiedniego partnera. Film obejrzałem. Rzeczywiście ten instruktor powtarza to, o czym już czytałem. przy zbieganiu miednica do przodu, lekkie pochylenie do przodu. Chyba tak to powinno wyglądać.

Powodzenia na WSS, ja nie wybieram się już w tym roku na żadną orienterską setkę.

p.s. Meczu z tych mistrzostw jeszcze żądnego nie oglądałem. O piłce jakoś w ogóle pojęcia nie mam. Wolę Kubicę:) Ale swoją drogą, ciekawe, że stare i tradycyjnie uznawane za mocne europejskie zespoły tak sromotnie odpadły. To chyba mistrzostwa niespodzianek.

Pozdrawiam