poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Budzę się z zimowego snu

Zdjęcie: Maraton Lubelski
Próbuję trochę trenować. Przeprowadziłem się do Białej Podlaskiej przez co odpadły mi codzienne dojazdy do pracy: nużące i pochłaniające czas. Już w miarę regularnie biegam choć nie tyle co w czasach lepszości (bo „świetności” to chyba za duże słowo). Przebudowuję też trening dostosowując go do posiadanych warunków czasowych i terenowych. Chciałbym, aby było krócej a szybciej; starty raczej w krótkich biegach. Usiłuję też zrzucić 3 kg dodatkowego sadła, które mi się przez zimę odłożyło.

Tropem Wilczym – 26 luty

 
To był dla mnie bieg turystyczno-krajoznawczy. Na zaliczenie i bez ścigania. Uznałem, że nie będę się ścigał bo raz, że jestem słabo przygotowany a dwa – akurat przyplątał mi się znowu ITBS. Na szczęście mam już z nim doświadczenie, wiem jak przepędzić szelmę więc po 2-3 tygodniach pożegnałem przypadłość sprawnie i bez żalu. Na wspomnianym biegu jeszcze mi doskwierała. Przebiegłem go sobie truchtem zwiedzając nową trasę (5 km), dopingując uczniów z mojej szkoły i robiąc im zdjęcia. Na mecie dostałem medal, ciepły posiłek i podsumowanie wyniku: czas 27:43, miejsce 113 na 138.

Czwarta Dycha – 9 kwietnia

Mój pierwszy bieg na wyścigi w tym roku i pierwszy, na którym sklasyfikowano mnie w kategorii M40. Zgroza. Dziadzieję i jest to chyba nieuniknione. Trasa dobrze znana, szybka i wielokrotnie biegana: Zalew Zemborzycki pod Lublinem. Pogoda dobra. Nie bardzo wiedziałem, na co mnie aktualnie stać więc pomny doświadczeń z poprzednich dych, gdy głowa chciała więcej niż mogły nogi, gdy na ostatnich kilometrach puchłem, gdy wyciągałem wynik powyżej 38:30 – tym razem postanowiłem spokojnie. Zacząć asekuracyjnie.

Wystartowałem po 3:55 z myślą, że jak na połowie będzie dobrze to przyśpieszę. Ponadto pierwszy etap był pod wiatr więc tym bardziej nie kalkulowało się szarżować. Na pierwszych kilometrach słyszałem za sobą zająca i prowadzoną przez niego bandę celującą w złamanie 40 minut. Kilometry leciały, było dobrze. Za połową przyśpieszyłem do 3:45, w porywach 3:40. Wyprzedziłem kilku znajomych, kilku innych puchnących i na końcówce miałem jeszcze rezerwę sił na sprint przez co udało mi się wygrać finisz (z Bujakiem przegrałem).

Wynik 38:05 brutto, 38:01 netto. Nie powala, ale ostatnie dwa starty w Lublinie były o co najmniej jeden pacierz gorsze wiec cieszę się, że choć regres został zatrzymany. Miejsce 47, w kategorii 11. Trzeba pamiętać, że tym razem wystartowało mrowie ludzi. Ukończyło 1677 osób. Rekord jak na lubelskie dyszki. Dobrze, że organizator wprowadził strefy czasowe, szersze miejsce startu i pacemakerów przez co nie czuje się tak zatłoczenia trasy.

[LINK] do foto-relacji dla Festiwalu Biegowego

Następny bieg? Krótka przeszkodówka w okolicy: Extreme Power Run II (13 maja). Była biegana towarzysko już w zeszłym roku. Tym razem chciałbym ją wziąć na szybko, a nie turystycznie.

Brak komentarzy: