poniedziałek, 31 sierpnia 2026

„The Longest Day” – SUP-ultra po belgijsku


21 sierpnia, piątek

Wczesnym rankiem koleżanka podwozi mnie na lotnisko Chopina w Warszawie. Tobołów mam sporo: główny bagaż to pompowany SUP Gladiator Elite Race 14x25. Do tego całe oporządzenie, nawet kamizelki asekuracyjne – pneumatyczna i klasyczna. Niby w regulaminie nic o nich nie ma ale grom wie, może akurat będą niezbędne. Drugi plecak to namiot, śpiwór, karimata, ubrania, środki czystości. W sumie mam na plecach i w ręku ze 30 kg. Przypomina mi się czytana dwa lata temu książka „Snajper wchodzi pierwszy” Michała Wójcika, weterana z Afganistanu. Pisał, że cały ekwipunek snajpera jest bardzo ciężki, ze 40 kg i trzeba przemieszczać się z tym po górach. Jak skończył służbę i poszedł na badania to lekarz mu powiedział, że ma co prawda 40 lat, ale kręgosłup staruszka. Taki był w każdym razie sens, dokładnego cytatu nie pamiętam. Zastanawiam się, czy i ja od takich wyjazdów nie zniszczę sobie zdrowia. No, na szczęście na razie nie są zbyt częste. Zaraz na bramkach lotniskowych robi się zresztą lżej bo do Ryanaira nie chcę mnie przepuścić z powerbankiem. Mam duży, stanowczo za duży, aby wejść z nim na pokład. Trudno, zamiast wyrzucić do kosza cofam się i obdarowuję pracownika Straży Granicznej. Rok temu pogranicznicy za przepływanie po Bugu na białoruską stronę dali nam tylko ostrzeżenie zamiast mandatu, niech teraz coś mają ode mnie.

Po 2 godzinach lotu lądujemy na Charleroi (Bruksela południe). Trochę błądzę po lotnisku, znajduję w końcu przystanek miejskich autobusów TEC i nim dojeżdżam do dworca głównego w Charleroi. Tam mam mieć pociąg do Walcourt, ale… pociągu nie ma. Remontują tory i jest podstawiony autobus zastępczy. Wsiadając do niego chcę kupić bilet u kierowcy. Ten, że nie sprzedaje, nie ma pieniędzy i pomimo tego – zaprasza mnie z uśmiechem do środka. Trochę się cykam, bo to jawna jazda „na gapę” ale cóż. Siadam, jedziemy do Walcourt. Krajobrazy bardzo wiejskie, teren lekko pagórkowaty. Dziwią mnie asfalty – nie raz tak wąskie, że autobus mijając się na zakręcie z osobówką zmusza ją, by ta trochę zjechała na pobocze. I w autobusach i na dworcach widać dużo ludności pozaeuropejskiego pochodzenia.

W Walcourt dworzec autobusowy mały i pusty. Za 3 czy 4 godziny mam autobus bezpośrednio nad jezioro, do punktu docelowego. Nie chce mi się czekać, więc wsiadam do autobusu do Cerfontaine – to około 6 km od celu. Może stamtąd dotrę szybciej nad jezioro lac d'Eau d'Heure. W Cerfontaine klops: pytani miejscowi i informacja turystyczna tłumaczą zgodnie, że taksówek tu nie ma, autobusu też nie będzie. Jedyna opcja to pieszo lub stopem. Wychodząc z miasta zaglądam jeszcze do miejscowego kościoła. Ładny, w gotyckim stylu, budowany z jasnego kamienia. Ciekawe, ile osób do niego uczęszcza. Obawiam się, że nie za wiele lecz nie będę miał okazji, aby to sprawdzić.

Ciągnę się z tobołami kilometr za miasto. Mam już dosyć choć i tak dobrze, że najcięższa torba z SUP-em (20 kg) ma kółka. Zostało jeszcze 5 km i myślę, że jeśli tam to wszystko zaciągnę sam, to będę padnięty. Mija mnie kolejka objazdowa, jak się potem okaże, jeździ znad jeziora do Cerfontaine. Może by mnie zabrała? Szkoda, że nie zapytałem. Za skrzyżowaniem zaczynam machać stopa. Nie za szybko go złapałem, ale złapałem. Belg w środku jest cały umazany farbą, jakiś lokalny malarz (ścian, nie obrazów). Z uśmiechem zaprasza do środka tylko ni w ząb nie mówi po angielsku. Coś tam moim łamanym francuskim, „Lac, droit, a gausche, a droite” – trochę pokazując na Google Maps, dowozi mnie do celu – do Landal Village. „Merci beaucoup” życzliwy człowieku, niech Ci się w życiu wiedzie.


Spacer po przyjeździe na miejsce. Pogoda taka sobie

Jest wczesne popołudnie. Rozbijam mój mały, teoretycznie 2-osobowy namiot na upatrzonym wcześniej parkingu dla kamperów (camperplaats). Obok już są jacyś ludzie. Zagaduję czy nie nie przeszkadzał i szybo okazuje się, że ci sympatryczni Francuzi też na zawody. Oni wystartują na deskach sztywnych, ich dwoje dzieci na dmuchanych. Przy parkingu nie ma niestety toalet ani tym bardziej kuchni czy pryszniców i to jest problem. Toalety na szczęście są w pobliskiej recepcji przy małym sklepie oraz ciut dalej przy plaży. To ratuję sytuację. Ucinam sobie spacer brzegiem jeziora – już bez tobołów, co a ulga. Pogoda jest zmienna, deszczowo-słoneczna, z mocniejszymi powiewami wiatru. Niezbyt gorąco (18 stopni) to i ludzi nad jeziorem było niewielu. Jak się okazało pogodne warunki panowały też w dniu zawodów. Robię zakupy w sklepie spożywczym, potem burger i kawa w restauracji, których jest w pobliżu kilka. Po 17 otwiera się już biuro zawodów przy plaży. Na miejscu jest główny organizator Vincent i kilka osób. Opłacam wpisowe 58 euro i pytam, o nurtujące mnie sprawy. Czy muszę mieć kamizelkę (nie muszę, tylko leash jest obowiązkowy). Czy będąc zmęczonym można ewentualnie wiosłować na klęcząco/siedząco (w zasadzie nie, ale jeśli nie walczysz o topowe miejsca to jak tak zrobisz, to nikt nie powinien mięć pretensji). Zdając sobie sprawę, że w niedzielę po zawodach będę miał problem z powrotem na lotnisko bo akurat tu autobusy w weekend nie jeżdżą pytam organizatora czy zna kogoś, kto po zawodach jedzie do Charleroi i może mnie zabrać. On, że popyta. Stojący obok ludzie widząc moją czapeczkę Salaca100, słysząc że jestem z Polski życzliwie zagadują. A gdzie byłeś, a jak tam zawody, a mój znajomy też tam był i mówił że fajnie, i tak dalej. Fajnie jest. Najedzony, opłacony, obkupiony żywnością na następny dzień idę spać. Trochę głośno na tym camperplaats, psy szczekają, muzyka, ale z czasem udaje się zasnąć.

22 sierpnia, sobota

Budzik na 6:30 bo o 8 ma być odprawa dla zawodników. Mam trochę dylemat jak się ubrać bo warunki nie są ani na gorąco (wtedy kąpielówki i t-shirt lub długi rękaw) ani na zimno (wtedy cienka pianka). Biorę kilka zestawów nad wodę, w razie czego będę się przebierał w trakcie.

8:00 rano, znosimy deski nad wodę

Jezioro, a w zasadzie sztuczny zbiornik pewnie podobny do naszej Soliny tylko bardziej prostokątny w kształcie, z zaporą na przeciwległym końcu, wygląda w miarę spokojnie. Wielkiej fali nie ma, woda czysta, brzeg kamienisty. Ludzie powoli znoszą deski, prawie wyłącznie sztywne. Dominują szerokości 20-22 cale.  Tylko Francuska (24.5x14) i ja (25x14) mamy „dmuchańce”. Jest nas około czterdziestu. Niewielu. Zawody zaczną się o 9:00. No dobrze – ale o co w nich chodzi?

Zabawa polegać będzie na pokonaniu dziesięciu pętli po jeziorze, każda o długości 5,6 km. Każda z pętli startuje  o równej godzinie począwszy od 9:00. Jeśli przypłyniesz np. w 45 minut to masz 15 minut odpoczynku. Możesz się też spóźnić, zrobić pętlę max w 1:10 minut, wtedy jeszcze wypłyniesz. Jak nie zdążysz lub chcesz odpocząć – możesz godzinę posiedzieć na brzegu. Dozwolone jest pominięcie dowolnej liczby pętli tylko trzeba pamiętać, że w klasyfikacji końcowej liczyć się będzie po pierwsze liczba ukończonych okrążeń, a w drugiej dopiero kolejności ich czas. Ćwiczyłem to w Polsce na zbiorniku w Międzyrzecu i odcinki 5,6 km wchodziły mi mniej więcej po 50 minut. Tylko, że zrobiłem takie dwa z rzędu. A jak będzie po 5 lub 7 okrążeniach, czy będę miał jeszcze siły? No i pogoda, zwłaszcza wiatr będzie miał duże znaczenie. Koszulkę dostałem z numerem 113. Śmiałem się, że 13 to moja szczęśliwa liczba. Przed 9:00 zszedłem na wodę i ustawiłem skromnie z tyłu, na linii startu. Sprawdziłem wodę – ciepła. Jak nawet wpadnę to tragedii być nie powinno. Przypiąłem leash do kostki. Ubranie to spodnie letnie Dobsom, długi rękaw ze spandexu, wodne buty, plecak biegowy z bukłakiem, drobne przekąski, czapka „kibucówka”, Garmin na ręku. Na brzegu zostawiłem dodatkowe jedzenie i picie oraz ubranie na zmianę. Obawiałem się o bezpieczeństwo rzeczy najważniejszych: telefon, dokumenty i pieniądze, więc to zabrałem w wodoodpornej torbie na deskę. Byłem przygotowany.

Gotowy do startu

O równej godzinie 9:00 Vincent dał strzałem sygnał do startu. Wszyscy wcisnęli wiosła do wody i ruszyli z kopyta. Woda się zagotowała. Niepewnie stałem na tej swojej desce myśląc „byle tylko nie wpaść, byle nie wpaść tu przed wszystkimi kibicami - bo będzie wstyd”. Powoli ruszyłem za wszystkim wzdłuż plaży na zachód, do pierwszej, żółtej boi Restube. Tuż przede mną dwoje dzieci na dmuchańcach – te mają pętlę mniejszą, 2 km. Dorośli z czołówki wystartowali mocno. Widać było wyraźnie pierwszą trójkę wykorzystującą „drafting” – ustawienie tuż za inną deską, aby płynąć szybciej. Niektórzy inni też to robili, pozostali – tak jak ja – płynęli swoim tempem, swoją trasą. Za pierwszą boją ostry zwrot na wschód i wiosłowanie do kolejnej boi. Była prawie 2 kilometry dalej, przy przystani po południowej astronie zalewu. Nie widziałem jej, po prostu płynąłem za wszystkimi. Jako ostatni wprawdzie, ale nie odstawałem daleko za „wężem” zawodników. Wtem Francuska na dmuchańcu płynąca tuż przede mną wpadła do wody. „You OK?” – zapytałem? „Chyba w coś uderzyłam” – odpowiedziała. W co mogła tu uderzyć? Pomyślałem. Woda pod deską przejrzysta i głęboka. Czyżby jakaś ryba? Jakiś kuzyn potwora z Loch Ness? Przy przystani, od strony południowej zalewu wiatr był już wyraźnie bardziej odczuwalny, fale też większe. Skręt przy boi i kierunek na północ, do trzeciej ostatniej boi. Tam, od północnej strony woda znowu stawała się spokojniejsza. Zwrot na zachód i ostatni, krótki odcinek do mety. Ukończyłem pętlę w około 50 minut, miałem 10 na odpoczynek. Nie było źle. Francuska, która wróciła samodzielnie na metę wyjaśniła mi, że powodem wpadki było… zgubienie fina. Po prostu zbyt słabo go zamocowała i się odkręcił. Deska gwałtownie skręciła i wpadła. To źle ale i dobrze, że jednak nie kuzyn potwora z Loch Ness. Ufff...

Mój Garmin widział to tak

Ta pierwsza pętla pokazała mi wyraźnie, że z nikim się tu nie pościgam. Ludzie, nawet starsi ode mnie są tu lepsi technicznie, szybsi, silniejsi i mają dużo lepszy sprzęt. Nie będę się starał dogonić kogokolwiek, lecz będę chciał robić wszystkie 10 pętli w czasie. Jedyną moją nadzieją była wytrzymałość. Może nie wszyscy zawodnicy zrobią wszystkie 10 okrążeń, a jeśli ja zrobię 10 to finalnie mogę nie być na ostatnim miejscu klasyfikacji. Jak się potem okazało ten tok rozumowania był słuszny.

Na drugim okrążeniu, które pokonałem w podobnym czasie, wpadłem na chwilę do wody. Była tak jak już pisałem ciepła, więc szkody żadnej nie było. Nawet mnie trochę orzeźwiła. Na brzegu znowu 10 minut odpoczynku i o pełnej godzinie jazda dalej. Minęła 3-cia i 4-tra pętla. Na którejś z nich Francuska na „dmuchańcu” w ogóle nie wystartowała, czułem się przez to samotny, bardziej oddalony od reszty. Od piątej pętli poczułem już zmęczenie, trochę drętwienie stóp bo cały czas stałem. W głowie zaczęła się sączyć myśl – „a może tak godzinkę odpocząć?” Na razie wiosłowałem i wypłynąłem na 6 pętlę, która okazała się najgorsza. Nadchodził deszcz i zerwał się silny wiatr. Przy północnej stronie (zawietrznej) problemem nie był, ale gdy dopłynęliśmy na nawietrzną, w okolice przystani przy drugiej boi – to dopiero było. „Ja się przecież nie zapisywałem na surfing” – myślałem desperacko usiłując trzymać równowagę i wiosłować. Szczęście w nieszczęściu było takie, że wiatr był silny, ale w plecy. Wiało od północnego zachodu a płynęliśmy na wschód. Momentami czułem, że deska jakby płynie na niewielkiej fali. „Ciekawe jaki czas okrążenia teraz wyjdzie?” – rozmyślałem. Tymczasem zauważyłem, że jedna z dziewczyn chyba spanikowała i najkrótszą drogą popędziła do mety, pozostałe trzy czy cztery osoby albo przysiadły albo przyklękły na swoich wąziutkich deskach. To i ja nie miałem wyrzutów sumienia – przez kilometr największego bujania wiosłowałem na siedząco. Kończąc pętlę na mecie byłem dumny, że dopłynąłem. Podniosło to morale i już nie chciałem zostawać na odpoczynek. Przebrałem się tylko w cienką piankę, w razie gdyby przyszło wpadać - będzie ciepło. Tak jak na poprzednich przerwach podjadałem przygotowane banany, batoniki, żelki. Pozostały 4 ostatnie okrążenia.

Dekoracja najlepszych

Końcówkę robiłem w podobnym stylu i podobnym czasie, co okrążenia poprzednie. Tempo miałem stabilne 49-55 minut na okrążenie od początku, do końca wyścigu. Na ostatnich trzech odcinkach, zaczęły mnie boleć ramiona i plecy. Trochę zmieniłem technikę wiosłowania, aby dąć im odpocząć. Na szczęście wiatr nie był już tak silny, jak na 6 pętli, ale przyszedł deszcz. Wtedy ubrana przeze mnie pianka bardzo się przydała. Wiosłując w deszczu, na średnich falach myślałem jak tam mój namiot na camperplaats - czy mocno nasiąka wodą. Znowu dopłynąłem ostatni lub przedostatni. Tak samo było na ostatnim okrążeniu. Dopłynąłem szczęśliwie w 50 minut, odcisków na rękach nie miałem. Pozostało zdjąć piankę, wykąpać się w jeziorze, wysuszyć i spakować deskę, portem pójść na drobny poczęstunek (duży hod-dog z budki na plaży), koncert jakiegoś bandu oraz ogłoszenie wyników i dekorację. Byłem zmęczony ale szczęśliwy, że przepłynąłem bezpiecznie, że udało mi się ukończyć wszystkie 10 okrążeń. Choć często zamykałem pętlę jako ostatni to wstydu nie czułem. Niektórzy mi gratulowali, że na „dmuchańcu” to całkiem dobry wynik.

Impreza na plaży po zawodach

23 sierpnia, niedziela

W powrocie na lotnisko Charleroi bardzo pomógł mi Vincent, który nie znalazł nikogo, kto by jechał po zawodach do Charleroi więc sam mnie zawiózł te 30 km na lotnisko. Vincent – jeszcze raz bardzo dziękuje. W Warszawie w pociąg i przed północą byłem w Białej Podlaskiej. Cztery dni po zawodach organizator opublikował oficjalne wyniki. Wśród mężczyzn zająłem 13 miejsce na 17. Kobiet startowało 8. Do tego były wyścigi zespołowe. To 13 miejsce dało mi przeskok w SUP World Ranking z 40 miejsca (252 punkty) na 28 (328 punktów). Notowanych jest 157 zawodników.

Niedziela rano, gotowy do powrotu. W tle parking dla kamperów

Wyjazd oceniam jako udany. Choć wolę liniowe wyścigi „od–do” a nie ileś pętli po tej samej trasie to podobało mi się. Kto by chciał spróbować wystartować w przyszłorocznym The Longest Day – polecam.

Belgian SUP Tour - LINK

Brak komentarzy: