Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modelarstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modelarstwo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 maja 2026

Karaka Piotr z Gdańska z „Małego Modelarza”

Krótka historia gdańskiego okrętu i jego zdobyczy 

„Piotr z Gdańska” to XV-wieczna karaka, pierwotnie francuska, znana pod nazwą „Pierre de la Rochelle” (część literatury podaje nazwę „wielka karawela”, „Peter von Rassel” lub „Peter van Rasseel”). Ten wyjątkowo duży i nowoczesny jak na owe czasy statek na 350 osób przypłynął na Bałtyk wioząc transport soli i utknął w Gdańsku zniszczony przez burzę. Właściciel miał problemy z opłaceniem naprawy dlatego mieszczanie przejęli jednostkę nadając nazwę „Peter von Danzig” – po polsku „Piotr z Gdańska”. Nazwa jest niemiecka, gdyż  ówcześnie mieszczanie pomorscy, tak jak choćby sam Kopernik, mówili częściej po niemiecku, niż po polsku. Od 1471 roku okręt zaczął pływać jako jednostka kaperska, udzielająca się w walkach Hanzy z Anglią. Dla niezorientowanych wyjaśnię, że kaprowie lub korsarze to prywatni właściciele statków mający upoważnienie od jakiegoś państwa bądź miasta na łupienie okrętów przeciwnika. Kaprami na „Peter von Danzig” dowodził sławny korsarz Paweł Beneke. Pewnie nigdy byśmy o tym okręcie nie usłyszeli, gdyby nie jego spotkanie z angielską galerą „Święty Tomasz” (wg innych źródeł „San Matteo”). Kaprowie z Gdańska 27 kwietnia 1473 roku abordażem zdobyli atakowaną jednostkę i w ładowni odkryli bardzo cenny towar. Pomiędzy precjozami znalazł się duży, prawie 2,5 metrowej wysokości obraz w formie tryptyku (trzyczęściowy) namalowany przez wczesnorenesansowego malarza niderlandzkiego Hansa Memlinga „Sąd Ostateczny”. Zgodnie z nazwą przedstawia koniec dziejów, gdy zmartwychwstali ludzie, goli jak święci tureccy są poddawani ostatecznemu i najważniejszemu egzaminowi – czy prowadzili złe, czy dobre życie. W centralnej części obrazu Święty Michał Archanioł – boski „silnoręki” w pięknej zbroi gotyckiej rozdziela zmartwychwstałych na dwie grupy. Na prawo, do niebiańskiego pałacu, na wieczny melanż idą ci dobrzy. Historycy sztuki poznali po twarzach, że nie są to randomowi dobrzy chrześcijanie, lecz „krewni i znajomi królika”, który u Memlinga obraz zamówił. Tym „królikiem” był włoski bankier Jacopo Tani, kierujący oddziałem banku Medyceuszy w Brugii. Niebo to w końcu nie plaża nudystów dlatego po drodze są ubierani, aby nie gorszyć innych Niebian. Ci, którzy wybrali ścieżkę zła idą na lewo, w piekielne czeluście, witani przez ciemnoskóre diabły. Ich się nie ubiera bo przecież nikogo już nie zgorszą – w piekle wszak są ci, którzy sami prowadzili gorszące życie. Diabły o cechach zwierzęcych ciągną nieszczęśników w ogień. Można mieć wątpliwości, jak działa waga Pana Michała, która waży dwie osoby na raz. Przyglądając się obrazowi człowiek może dojść do wniosku, że gdyby doszło co do czego, lepiej być ważonym jak ten włoski bankier Tommaso Portinari - z kimś, kto uczynił mniej dobrego i niewiele waży. Powinniśmy jednak być spokojni gdy spojrzymy w górę. Tam, nad uczciwym przebiegiem Sądu czuwa sam Jezus z Maryją, Janem Chrzcicielem i Apostołami. Piękny i straszny zarazem obraz naszej możliwej przyszłości płynął sobie z Brugii do kościoła pod Florencją. Płynął, płynął i nie dopłynął. Zdobycz została przekazana do Kościoła Najświętszej Marii Panny w Gdańsku. Obecnie poddawany jest konserwacji w Muzeum Narodowym w Gdańsku jako jeden z najcenniejszych zabytków. W roku 2027, który Gdańsk ogłosił Rokiem Memlinga Muzeum planuje ponownie udostępnić dzieło.

"Sąd Ostateczny" Hansa Memlinga


Modele kartonowe „Piotra z Gdańska”

Karaka gdańska w zasłużonym „Małym Modelarzu” pojawiła się dwa razy. Autorem pierwszego wydania (numer 3/1994) pod nazwą „Piotr z Gdańska, gdańska karawela z XV wieku” był Krzysztof Wolbek. Model jest dosyć kolorowy, rozrysowany na 4 kartonach i 2 cieńszych kartkach, bez druku dwustronnego. Tej wersji nie sklejałem. Mam go w swojej kolekcji i wygląda na bardziej uproszczony, niż wydanie późniejsze. Widać to choćby po talrepach i poszyciu dna zaprojektowanym nie z desek, a w klasyczny sposób. Cechą na plus jest dokładniejsze opisanie historii jednostki, niż w wydaniu nowszym. Model jest mały - skala 1:200.


Sklejałem wydanie drugie, numer 7-8/2005 pod tytułem „Piotr z Gdańska. Gdańska karaka z XV wieku”. Autorem opracowania jest Patryk Zuzański. Skala – 1:200. Na wstępie, zaraz pod rysem historycznym czytamy, że nowe opracowanie powstało m.in. dzięki fachowym materiałom udostępnionym przez Jerzego Litwina z Muzeum Morskiego w Gdańsku. Miałem przyjemność z doktorem Litwinem gdy przyjeżdżał do Instytutu Archeologii UMK, aby poprowadzić wykłady z historii budownictwa okrętowego dla przyszłych archeologów podwodnych. Byłem jednym z jego studentów i dobrze wspominam te zajęcia. Nie wiedziałem wówczas, że Pan Litwin zna się też bardzo dobrze na modelarstwie. Jest między innymi autorem książki o budowie modeli żaglowców.

Model postanowiłem rozpocząć z kilku powodów. Próbowałem już budować żaglowce – we wczesnej młodości zabierałem się za „Mayflowera”, za „Victory”, chyba też za „Cutty Sarka”. Za każdym razem poległem. Tym razem postanowiłem wyrównać rachunki. Model wydawał się pracochłonny, ale też nie nazbyt rozbudowany. Tylko 4 kartki na kartonie, 3 na cienkim papierze. Nie za dużo. Zachęcał druk dwustronny żagli, burt i kilku innych elementów. Części wydawały się schludne, komputerowo zaprojektowane, o cienkiej kresce, bez przesunięć kolorów. Karton jeszcze stosunkowo nowy i biały a zatem nie powinno być problemów z jego rozdwajaniem się. Cieszyła, ładna, brązowo-żółta kolorystyka. Nie ma na tym okręcie żadnej kolorowej pstrokacizny występującej na innych starych żaglowcach. Pewnie to zgodne z prawdą historyczną, ale w moim odczuciu szpeci. Modeli z warsztatu kreślarskiego Patryka i Lecha Zuzańskich – jeśli się nie mylę rodziny wybitnego modelarza gdańskiego, który zginął tragicznie w wypadku samochodowym, gdy wracał z zawodów modelarskich wioząc kolejny sukces. Nie sklejałem jeszcze niczego od Zuzańskich i nie wiedziałem, jak ze spasowaniem części, czego się po tych modelach spodziewać.  

Martwiły rzeczy trzy: po pierwsze widoczna na pierwszy rzut oka mała ilość rysunków montażowych, po drugie poszycie dna z długich klepek, które jak mniemałem będzie wyglądało bardziej realistycznie ale sprawi problem przy montażu. Po trzecie drobniutkie części kartonowe przy olinowaniu – bloczki i jufersy.

Przebieg budowy – na co zwrócić uwagę i gdzie są „miny”

Szkielet kadłuba – model zdenerwował mnie już na samym początku, w momencie, gdy wyczytałem, że szkielet kadłuba powinien być naklejony na karton grubości 2mm. Po co aż 2 mm dla modelu długości ledwie 22 cm zamiast zwyczajowego 1mm grubości? Nie wiem do dziś. 

Poszycie kadłuba – To trzeba zrobić uważnie i dokładnie. Karaka ma poszycie karawelowe, na styk,  nie na zakładkę jak w konstrukcjach wcześniejszych. Przystępując do budowy uważałem, że tzw. podposzycie to nowomodna fanaberia i nie będę go robił. Zrobiłem zgodnie z instrukcją, czyli deski przyklejane do wręg na styk, pomiędzy nie wklejałem od spodu brązowe paski łączące. Wyszło jakoś, ale właśnie - JAKOŚ. Miejscami ujawniły się szpary, zostały mi też dwie krótkie deski 9L i 9P, których nigdzie nie przykleiłem. Powinny być zapewne pod rufą. Czasem widać efekt „krowich żeber”. Niestety instrukcja nie wspomina, że warto zrobić podposzycie, przynajmniej w strefie dna kadłuba. Teraz już wiem, że naprawdę WARTO i następnym razem zrobię. Ogólnie zauważyłem, że projekt Patryka Zuzańskiego należy traktować jako wyjściową bazę dla autorskich metod sklejania. Postępowanie zgodnie z instrukcją, z nikłymi rysunkami, prawdopodobnie skończy się dla mało doświadczonego modelarza tragicznie. I u mnie mało brakowało, abym na tym etapie posłał kadłub do kosza. Wahałem się, ale postanowiłem dokończyć – jakkolwiek ale skończyć swój pierwszy żaglowiec. 

Kolejne części które zostały – W6a, W7a, W8a i W9a. Nie występują ani na rysunku montażowym, ani nie są opisane w tekście. To są elementy wręg, wystające ponad pokład. Ja je zwyczajnie pomalowałem na brązowo. Projektant znalazł za to miejsce aby opisać, jak skleić banalną podstawkę pod okręt.

Stępka ze stewami – też warto zrobić ją po swojemu. Postanowiłem gdzie się da unikać kartonu 2 mm. Nakleiłem te elementy na cienki karton; wnętrze wypełniłem brązową masą plastyczną, dzięki której też przy montażu do kadłuba, uniknąłem szpar.

Kasztele dziobowy i rufowy wraz z zadaszeniami – w miarę dobrze je się skleja, podobnie jak wszelkie elementy na pokładzie: szalupę, kabestan, pompy, pachołki, luki ładowni. Jest trochę zabawy z zamocowaniem oczek do want, które zrobiłem z cienkiego drutu. Została mi tekturka pod kasztelem dziobowym, część nr 3. Kolejne zbędne usztywnienie.

Maszty – można zrobić z drewna. Sam zdecydowałem swój pierwszy żaglowiec wykonać z jak największej ilości elementów z kartonu; w tym żagle i maszty. Nie jestem zwolennikiem dokupowania gotowych elementów do modelu kartonowego, gdyż zaczyna on być coraz mniej kartonowy. Maszty i reje można z powodzeniem wykonać z cienkiego kartonu z planów. Trzeba je jednak usztywnić patyczkami bądź drutem w środku (oklejonym do odpowiedniej grubości kartonem. Są tu znowu niepotrzebne elementy, białe krążki, których nie wykorzystałem: 93a, 85a, 80a, 97a, 83a. Bocianie gniazdo skleja się dobrze. Jest sporo zabawy z włóczniami i hakami, które się tam umieszcza. Drzewca wykonałem z drutu a żeleźca z kartonu. Wszystko oczywiście odpowiednio pomalowałem. Drabinka prowadząca na bocianie gniazdo została wykonana z nici usztywnionej wikolem i BCG. Sztagi z trzech skręconych nici czarnych, usztywnionych wikolem i BCG. Trzeba zadbać, aby to wszystko było odpowiednio sztywne, nie sflaczałe. Wydaje się, że sztagi również powinny mieć jufersy, jednak na rysunku generalnym tego nie ma, toteż i ja ich nie zamocowałem (a na końcu zostało mi trochę bloczków, nie wiadomo do czego).

Jufersy, wanty – tu jest dużo zabawy. Znowu mamy do czynienia z dziwnymi pomysłami, aby małe części naklejać na 2mm karton. Trzeba to obejść, np. naklejając obie strony jufersów np. na karton. Wiązania jufersów robiłem z cienkiego drutu, odpowiednio malowanego. Średnio mi to wyszło i nie jestem zadowolony z tych elementów. Tutaj też sztuką jest, aby te elementy były odpowiednio napięte. 

Bloczki i olinowanie ruchome – dużo zabawy, tym bardziej, że projektant zadania nie ułatwił. Knagowanie lin (gdzie je przywiązać) jest oznaczone bardzo nieczytelnie. Mikroskopijne bloczki o wielkości 1mmx2mm instrukcja zaleca naklejać na karton 2 mm. Absurd. Problem rozwiązałem w ten sposób, że zwinąłem brązową rurkę, lekko ją spłaszczyłem aby miała kształt i średnicę bloczka, pociąłem na 1,5mm odcinki i następnie zaklejałem je z obu stron  częściami 111a i 111b. Łatwiejsze, dużo mniej denerwujące. 

Podsumowanie

Model budowałem używając kilku rodzajów kleju: UHU Power, BCG i Wikol (Magic). Retuszowałem farbami i pastelami olejnymi. Kończąc poszczególne etapy polakierowałem matowym akrylem. Przy modelu tym, zwłaszcza przy kadłubie nakląłem się dużo i miałem nieprzychylną opinię o jego projektancie. Z czasem moja ocena stała się bardziej przyjazna i życzliwa wobec autora projektu. Owszem, instrukcja sklejania jest beznadziejnie słaba, rysunków jest mało i ogólnie wygląda to tak, jakby autor wspaniale się bawił projektując model w jakimś programie komputerowym nie wysilając jednak wyobraźni, jak to będzie wyglądało w praktyce. Jak owa młodzież do której przecież „Mały Modelarz” z nazwy jest skierowany wytnie maciupkie bloczki z 2mm kartonu, jak zrobi bez dziur poszycie kadłuba. Wady te sprawiają, że odradzam „Piotra z Gdańska” początkującym.

Tyle mojego narzekania, teraz pochwały. Model jest sklejalny i uważam, że jest ładny. Kolorystyka jest w dobrym guście. Linie cienkie i czytelne, dobry druk dwustronny. Deskowe poszycie, nawet to niezbyt udane moje wydaje mi się bardziej realistyczne, niż gdyby było zrobione tradycyjnie. Zabierając się do budowy trzeba po pierwsze: zgromadzić materiały (też rysunki, rekonstrukcje z Internetu), jak wyglądała karaka, gdzie i jak miała powiązane liny. Pomóc mogą np. Plany Modelarskie 147 „Karaka. Największy okręt XV wieku”, książki Cezary Ciesielski „Budowa modeli żaglowców dla początkujących” oraz Andrzej Karpiński i Stefan Smolis „Modele kartonowe statków i okrętów”, artykuły z miesięcznika „Modelarz” o budowie żaglowców, zwłaszcza o masztach i olinowaniu pióra Cezarego Ciesielskiego, Kazimierza Ratajczaka czy Lecha Zuzańskiego. Po drugie: trzeba przyjąć do wiadomości, że to co jest w instrukcji i to co jest wydrukowane na kartonie to punkt wyjścia. Warto w oparciu o własne doświadczenie i wiedzę modyfikować składanie poszczególnych elementów tak, aby sobie życie ułatwić a nie utrudnić. Jeśli mamy odpowiedni zasób cierpliwości, wiedzy i pozytywnego nastawienia możemy zbudować całkiem ładny żaglowiec.


Gdy model skończyłem to stwierdziłem, że podoba mi się, pomimo widocznych braków. Zbliżała się Bielska Majówka Modelarska 2025 więc zabrałem żaglowiec na wystawę. Nie było w tym roku dużo żaglowców, konkurencja nie była wielka i mój „Piotr z Gdańska” o dziwo, załapał się w konkursie na 3 miejsce podium. Warto było go skleić tym bardziej, że przy okazji rozwinąłem swoją wiedzę o budowie dawnych okrętów.






środa, 6 marca 2024

RWD-8 PWS z „Małego Modelarza” (nr 9/83)




    Niedawno ukończyłem kolejny model kartonowy. Jego wybór nie był przypadkowy: w 2023 roku przypadała 100. rocznica założenia (dokładnie zarejestrowania w sądzie w Warszawie) spółki Podlaska Wytwórnia Samolotów (PWS) przez barona Rosenwertha i wspólników. W związku z tym, że pracuję w Białej Podlaskiej postanowiłem zbudować model samolotu z PWS-u. Najpopularniejszym samolotem tu produkowanym był RWD-8 – samolot nieuzbrojony, służący do szkolenia pilotów i zadań łącznikowych. Nie jest to konstrukcja własna gdyż cały projekt powstał w Doświadczalnych Warsztatach Lotniczych w Warszawie. Po wyprodukowaniu pierwszych egzemplarzy produkcję przeniesiono do Białej Podlaskiej, do upaństwowionej już fabryki. Tu, od 1934 roku prawie do wybuchu II wojny światowej wyprodukowano około 500 tych samolotów. Wersja PWS od wersji DWL różniła się drobnymi szczegółami: stopnie wchodzenia przeniesiono na lewą burtę, przegrodę pomiędzy kabinami można było wyjmować, itp.



Model kartonowy RWD-8 PWS opracował Krzysztof Dolny. Projektant ten specjalizował się w modelach samolotów starszych; ma na koncie także inne samoloty drewniane, w tym produkowanego w PWS w latach dwudziestych Poteza XXV. Wcześniej nic z projektów Krzysztofa Dolnego nie sklejałem i nie wiedziałem, na jakim poziomie jest spasowanie części. Drugim problemem mogła być łamliwość kartonu, który miał już równo 40 lat. RWD-8 z „Małego Modelarza” zdecydowanie zalicza się dziś do kategorii vintage.



Po ukończeniu modelu, dokładnie w przeddzień rocznicy utworzenia PWS (27 listopada 2023) mogę napisać, że model sklejało mi się dobrze. Nie jest zbyt czasochłonny, w końcu to tylko cieniutki kadłub z mało rozbudowanym wnętrzem kabiny oraz jeden, wielki płat na zastrzałach. Karton okazał się w dobrym stanie. Był w miarę jasny, jak na 40 lat. Elementy duże a mocno zaoblone czyli krawędzie natarcia skrzydeł oraz stateczników kształtowałem metodą na mokro co zapobiegło łamaniu kartonu. Części mówiąc bardzo ogólnie, pasowały do siebie. Nie ma tu jakichś większych „min”, a problemy, które miałem, opiszę poniżej. Najtrudniejsze elementy modelu to zamocowanie gotowego płata na zastrzałach nad kadłubem oraz przeciągnięcie linek. Jeśli to zrobimy – voilà! Jesteśmy w domu. Do zrobienia linek wykorzystałem elastyczną nitkę modelarską. Rysunki montażowe zamieszczone w wydawnictwie są niezbyt dokładne dlatego polecam sięgnięcie po dodatkowe materiały o RWD-8. Ja wykorzystałem zeszyt Typy Broni i Uzbrojenia nr 72, poświęcony dla tej konstrukcji (autor: Andrzej Glass). W numerze są rysunki i zdjęcia, które lepiej pokazują, jak porozciągane były linki sterujące, oraz jakie barwy nosił nasz samolot. Znajdziemy także informacje o samolocie z numerem „25”, który sklejamy. Służył on do szkolenia w Dęblinie.




Gdzie mogą pojawić się problemy?

1. Kadłub. Wręgi pod kabiną lotników są źle ponumerowane. Np. część 3b, a na samej części „a”. Itd. Tu trzeba je samodzielnie dopasować.


2. Kolejność montażu kabiny - myślę, że można trochę zmodyfikować, aby było wygodniej. Ja na przykład zanim wkleiłem podłogę to wcześniej wkleiłem część 10a Inaczej byłoby trudno. Potem wkleiłem fotele zawieszone na drutach, podłogę na końcu.


3. Części 5c i 6a – zwróć uwagę przed wycięciem części 5 i 6, bo potem można się pogubić, gdzie, którą przykleić. Na rysunkach montażowych tego nie ma, tylko obok części na kartonie.


TBiU nr 72

4. Centropłat. Tu, po pierwsze trzeba zwrócić uwagę, że biała sklejka cz. 14 jest skierowana do góry a nie jak to zwykle bywa, do dołu. Rozciągnięcie linek jest w „Małym Modelarzu” słabo zobrazowane, dlatego polecam tu skorzystanie z dodatkowych zdjęć i rysunków, choćby z TBiU. Dalej: kratownice trzymające centropłat na kadłubie mają nie do końca kąty proste. Trzeba zwrócić na to uwagę. Co innego pokazuje rysunek montażowy na s. 3 (właściwie), a co innego szablon (tu kąty proste). Ja nie do końca sprostałem zadaniu i w moim modelu widać w tym miejscu krzywizny.



5. Kolory. Z kolorowych rysunków z zeszytu TBiU dowiemy się, jak malować część druciane.  Sam wykorzystałem kolor „zieleń paproci”. Pasuje do koloru z wydawnictwa.


6. Rurka Pitota na prawym zastrzale. Tu oznaczenie na jednym z ramion zastrzały jest źle naniesione (na jednym wychodzi u góry, na drugim u dołu).

7. Stateczniki. Tu po pierwsze: ząbkowane sklejki można pominąć (usunąć). Po drugie: trzeba zwrócić uwagę, aby po ukształtowaniu statecznika poziomego, był on dostatecznie cienki. Ja to zaniedbałem i przez to, że na nim mocuje się statecznik pionowy, u dołu tego statecznika w miejscu z połączeniem z kadłubem pojawił się niepotrzebny próg o wysokości 1 mm. Trzeba zwrócić uwagę, aby dźwignie stateczników skierowane były we właściwym kierunku (pochylone do przodu).



8. Linki na statecznikach. Tu w wydawnictwie jest błąd. Na częściach stałych statecznika poziomego (cz. 17) znajdziemy czarne kropki, które sugerują, że tu właśnie należy wpuścić linki. Nieprawda, są one w połowie płata, co widać na rysunkach montażowych.


Koniec

To wszystko. Ogólnie model jest jak najbardziej sklejany, nawet dziś, po 40-stu latach. Brawa i podziękowania dla wydawnictwa (LOK Mazowsze) i Pana Krzysztofa Dolnego.

GALERIA








sobota, 12 listopada 2022

I-22 Iryda z „Małego Modelarza”


Ukończyłem model kartonowy po… 25 latach. Kiedy miałem naście lat w latach 90-tych rozpocząłem sklejanie I-22 Iryda. Zbudowałem 4/5 modelu i porzuciłem. Z jakich powodów – już nie pamiętam. Leżał sobie na szafie niedokończony, nielakierowany. Pokrywał kurzem, raz zaliczył nurkowanie z twardym lądowaniem przez co rozpadł się na części. Żal mi go było jednak wyrzucić bo jakoś miałem sentyment do tych moich reliktów modelarstwa z młodych lat. W końcu jednak trzeba było podjąć decyzję: albo model do kosza, albo dokończyć byle jak aby skończyć, polakierować, zakonserwować. Niedawne złamanie ręki i długie dni w domu sprawiły, że wybrałem tę drugą opcję.
 

"Nowa Technika Wojskowa" 11/1992

I-22 Iryda to polski samolot szkolno-bojowy rozwijany w latach 80-tych i 90-tych. Miał być następcą udanego TS-11 Iskra, niestety nie udało się. Samolot trafił na przełom, gdy rozpadł się Układ Warszawski a nowe władze wolały armię małą, ale… słabą. Stąd cięcia wydatków na wojsko, drastyczne zmniejszanie liczby żołnierzy, rezygnacja z obowiązkowego przeszkolenia wojskowego, ślamazarna modernizacja, upadek polskiej zbrojeniówki, utrata rynków eksportowych. Były po prostu inne priorytety. Dopiero tegoroczna wojna na Ukrainie postawiła polityków do pionu i teraz na łapu-capu starają się nadrobić stracony czas: kupują broń z najodleglejszych krajów puszczając jednocześnie w mediach propagandę, jak to wkrótce będziemy militarną potęgą. Wróćmy jednak do Irydy. Samolot I-22 był jedną z ofiar stosunku decydentów do wojska z lat 90-tych. Wyprodukowano ledwie kilkanaście sztuk i temat Irydy zamknięto. Czy rzeczywiście była to słaba i niebezpieczna konstrukcja – jak twierdzą jedni, czy decydentom bardziej podobały się samoloty z Zachodu i takie chcieli kupować – jak twierdzą drudzy, nie mnie to oceniać. Nie mam do tego kompetencji. Faktem jest, że projekt Iryda kosztował setki milionów dolarów a dziś jego owoce stoją w muzeach lotnictwa i na skwerach przed szkołami. Szkoda. I utopionych pieniędzy i wysiłku konstruktorów i w końcu tego, że polskie - a nie wyszło...

Plany były piękne... "Nowa Technika Wojskowa" 9/1992

W roku 1993, gdy projekt Iryda miał jeszcze przyszłość wydawnictwo „Mały Modelarz” wypuściło kartonowy model samolotu w typowej skali 1:33. Autor, Bogdan Dams to rzadko występujący na łamach czasopisma projektant. Opracował tylko Irydę i kilka lat później malutki Me-163 Komet. Samolot Iryda w wersji z „Małego Modelarza” jest bardzo uproszczony. Rozrysowany na 4 arkuszach kartonu plus jedna cienka kartka z szablonami i częściami do naklejenia na tekturę. Kabina załogi jest, ale bardzo uproszczona: zawiera tylko fotele i tablice przyrządów. Podobnie z wysuwanym podwoziem. Projektant bardzo uprościł model. Opis w środku i rysunki montażowe są wystarczająco jasne i czytelne. No dobrze, jak się sklejało?

 

 


Szczerze pisząc po ćwierć wieku niezbyt dokładnie to pamiętam, ale co najmniej  cztery zalety tego wydania mogę z czystym sumieniem wymienić. Pierwsza: w miarę ładne kolory. Trochę jednak dziwi brak polskiej, biało-czerwonej szachownicy, choćby na stateczniku pionowym (a na okładce ja widać). Dziwi też oryginalna rezerwa koloru na obrębie arkuszy 1 i 2. Projektant mógł ciaśniej upchnąć części i w miejsce tej rezerwy wrzucić dodatkowe elementy. Choćby te, które trzeba sobie skopiować, o czym później. Druga zaleta to przyzwoity, biały, niepopękany karton co w przypadku „Małego Modelarza” tamtego okresu nie było wcale oczywiste. Trzecia zaleta to prostota modelu co czyni go potencjalnie dobrym projektem dla początkujących. I wreszcie czwarta: pamiętam, że kadłub, silniki, stateczniki i skrzydła pasowały. Pomimo, że wycinałem wówczas części koszmarnie niedokładnie – uświadomiłem to sobie oglądając wyjęty z kadłuba dźwigar skrzydła (zdjęcie poniżej) to jakoś to wszystko się do kupy skleiło i nie było widać rażących dziur w kadłubie czy gdziekolwiek. Pewnie to sprawiło, że żal mi było ten wrak z dzieciństwa wyrzucić.

 

Moja "precyzja" wycinania części..

 

Tyle zalet. A wady? Po pierwsze te uproszczenia dla doświadczonych modelarzy będą wadą. Z drugiej strony mogą oni sięgnąć do modeli Irydy z innych wydawnictw, które wydane zostały później i są dużo bardziej skomplikowane. Wadą jest też konieczność powielania niektórych części we własnym zakresie.  Chodzi tu o szkielet kadłuba, silników i skrzydeł, pociski powietrze – powietrze i belki do podwieszania uzbrojenia. Prosto jest te elementy skopiować, ale jest to jednak zabieg rzadko stosowany w wydawnictwie i trochę zniechęcający.

 

Stan modelu przed remontem

 

Gdy zabrałem się do restauracji wraku mojej Irydy model był w częściach. Niestety, pozostałych części nie znalazłem więc to, co nie skleiłem musiałem sobie wydrukować ze skanów. Stąd na przykład żółty kolor osłony kabiny różni się od żółtego na kadłubie. Drukarka nie potrafiła dobrać właściwego koloru. Wydrukowałem osłonę kabiny wraz ze „szkłem”, belki do podwieszania uzbrojenia, element kadłuba z tyłu i na dziobie. Złożyłem wszystko razem, tu i ówdzie pomalowałem i podkleiłem to, co się rozpadało. W dzieciństwie retusz wykonywałem przeciągając czarnym flamastrem po białej krawędzi kartonu, co po 20 latach sprawiło, że czarny zmienił się w czerwony. Gdzie się dało – zaretuszowałem z powrotem na czarno. Wykonałem elementy z drutu na skrzydłach i stateczniku. Nie chciałem zbyt dokładnie rzeźbić w tym modelu, do którego miałem co prawda sentyment, ale który nie rokował, że będzie zachwycał. Trzeba było po prostu skończyć, jak najmniejszym nakładem sił. Jedynym elementem, który delikatnie ulepszyłem były „ruskie Sidewinder’y” - radzieckie pociski powietrze-powietrze krótkiego zasięgu R-60. Zrobiłem im głowicę z masy plastycznej i dorobiłem nieuwzględnione w projekcie dodatkowe, małe stateczniki, te na samym przodzie. Całość pomalowałem farbami.


Gotowy model zaciągnąłem lakierem akrylowym. Wyszedł jak wyszedł: szału nie robi, ale ważne, że nie leży w śmietniku, ale jest skończony. Po ćwierć wieku.

 


 






sobota, 12 lutego 2022

Katedra Notre Dame – prosty model kartonowy


Na forum modelarskim trafiłem na informację o dostępnych bezpłatnie modelach kartonowych CANON Papercraft. Zajrzałem i znalazłem tam proste kartonówki, do pobrania w formacie PDF i samodzielnego wydrukowania wraz z instrukcją. Oczywiście po angielsku. Interesujące dla nauczyciela historii wydają się zwłaszcza budowle. Strona oferuje ciekawe budynki, w tym najbardziej znane symbole epok i miast.

Mój wybór padł na model katedry Notre Dame (Nasza Pani) – drugiego po Wieży Eiffla symbolu Paryża. Budowano ją przez 180 lat, od 1163 do 1345 roku. Ma pięć naw i reprezentuje styl gotycki. Budowla była przez wieki targana przez zawieruchy wojenne i polityczne. Wiosną 2019 roku spłonął jej dach i umieszczona na skrzyżowaniu nawy głównej i transeptu szpiczasta wieżyczka. W ubiegłym roku katedrę zobaczyć można było przez chwilę na dużym ekranie – pojawia się w dobrym filmie Ridleya Scotta pt. „Ostatni pojedynek”. Obecnie trwają prace nad jej odbudową.

Sam model zaprojektowany został przez S.Umekawę. Pewnie jakiś Japończyk – oni jak wiadomo mają podobnie jak Polacy – duży pociąg do gięcia papieru. Trudność modelu oceniona jest na 4 w pięciostopniowej skali. Szacowany czas składania: „więcej niż 3 godziny”. 60 części mieści się na 8 stronach A4, ale nie są jakoś upchane. Nie ma tam drobnicy jak czasem w bardziej rozbudowanych „Małych Modelarzach”. Dwie ostatnie strony to podkładka, na której stoi budowla.

Instrukcję wydrukowałem na zwykłych kartkach, karty z częściami w punkcie xero na uczelni. Nie pamiętam gramatury papieru. W trakcie sklejania miałem problem z ciut zbyt dużą jego grubością. Przy małych częściach, na szczęście nielicznych, był problem z ich kształtowaniem.

Drugą niemiłą niespodzianką było pękanie nadruku i w konsekwencji uwidacznianie białego kartonu już przy zgięciu go o 90 stopni. Widać farba kolorowego xero nie wnikała tak głęboko w tworzywo i nie można go sobie giąć do woli tak jak w oryginalnych, fabrycznych wydrukach modeli kartonowych. Tam, gdzie druk mi pękał musiałem retuszować farbkami bądź kredkami.

Model skleiłem i jestem z efektu w miarę zadowolony. Nie wiem niestety, w jakiej jest skali, dokumentacja zdaje się tego nie podaje. Zaletami kartonowej katedry od CANON są:


-    ładna, dokładna grafika
-    prostota, model dobry dla początkujących
-    jasna instrukcja
-    dostępny za darmo w Internecie
-    całość ładnie się prezentuje po sklejeniu

Model ma też wady, albo przynajmniej elementy, na które trzeba uważać. Mi się niestety nie udało skleić go bezbłędnie. Na pewno pamiętać trzeba, że jest to konstrukcja bezszkieletowa a zatem cały czas należy pilnować, aby nam się ściany nie zwichrowały. Myślałem w trakcie sklejania, czy nie zrobić samemu szkieletu, ale ostatecznie odpuściłem.

Gdzie należy uważać sklejając, gdzie są „miny”? Pierwsza to zewnętrzny, ten wyższy, daszek „skarbca” – budynku dobudowanego z prawej strony – jest zbyt szeroki i nie mieści się wewnątrz murów. Trzeba go po bokach odpowiednio zmniejszyć. Niestety, ja go przyciąłem też z przodu przez co daszek jest zbyt pochylony. Druga „mina” – przypory w części przy prezbiterium – sklejka łącząca przyporę ze ścianą w górnej części wypada o dobre kilka milimetrów za nisko. Przypuszczam, że jest to tak jak w przypadku daszka skarbca – błąd projektanta. Powinienem był odciąć te sklejki u góry i przykleić przyporę „na styk” – nie zrobiłem tego. Mój błąd.

Model ma szereg sklejek, za dużo moim zdaniem. Wiele z nich uciąłem. Projektant prawie nie zakładał klejenia „na styk” – wszędzie sklejki. My śmiało możemy połowę z nich usunąć, wedle uznania. Uważać trzeba na zamocowanie wieżyczki na środku dachu – trudno ją spasować, aby ściśle przylegała i do dachu nawy głównej i do krzyżującego się z nim  dachu transeptu.


Najbardziej męczące były przypory bo było ich sporo i należało po wycięciu wyretuszować ich krawędzie. Od siebie dodałem drzewka zrobione z drutu, masy plastycznej i gąbki, aby trochę ubogacić teren wokół budynku.

Model jest łatwy – jeśli ktoś ma dojście do dobrej, kolorowej drukarki to może być to ciekawa propozycja na kilka godzin pracy dla samodzielnych początkujących albo np. dla ojca z synem. Oczywiście nie musi być katedra - na stronie są też zamki czy ciekawe, japońskie budynki.








Katedra Notre Dame w realu