wtorek, 16 listopada 2021

I Bialski Koleżeński Maraton Niepodległości

Foto: S. Walusiak

Świętować odzyskanie wolności można w różny sposób. Jedni lubią brać udział w pełnych powagi i dostojeństwa uroczystościach oficjalnych przy pomnikach; biegacze biorą udział w wszelakich Biegach Niepodległości zaś osoby nie zaangażowane jadą sobie gdzieś na długi weekend. Pomyślałem, że można w jakiś sposób połączyć różne sposoby świętowania i to w moim miejscu zamieszkania - bez większego trudu. Dookoła Białej Podlaskiej jest wytyczony i niedawno ponownie, dobrze oznaczony Bialski Szlak Pamięci Narodowej. Licząca 39 km trasa PTTK Lublin zgodnie z nazwą wiedzie przy pomnikach działaczy patriotycznych i mogiłach bądź miejscach straceń bohaterów wojennych. Podłoże to w 90 procentach polne i leśne drogi gruntowe. Do tej pory przejeżdżałem go na czas na moim bieda-rowerze. Najlepszy czas, jaki wykręciłem to godzina i 44 minuty. Tuż przed obchodami 11 listopada pomyślałem, że można przebiec ten szlak w dniu Narodowego Święta Niepodległości. Nie na wyścigi, lecz koleżeńsko, razem. Przy miejscach pamięci zatrzymać się, zadumać chwilę, złożyć symbolicznego kwiatka; może też pomodlić i podziękować ludziom, dzięki których poświęceniu możemy dziś bez skrępowania mówić w swoim języku, nie jesteśmy obywatelami drugiej kategorii w nie swoim państwie, możemy wyznawać religię jaką chcemy, czcić takich bohaterów jakich chcemy, wybierać władzę jaką chcemy i samodzielnie o sobie decydować. Malkontenci powiedzą - do pewnego stopnia bo przecież Unia, Rosja, USA, umowy międzynarodowe, banki, korporacje... – tak, wiem. Ale dobre i to.
 

Kilka dni przed jedenastym ogłosiłem w Internecie, że chcę przebiec pierwszy raz Bialski Szlak Pamięci, że jakiż termin nadaje się do tego lepiej niż właśnie Narodowe Święto Niepodległości, że tempo będzie lajtowe i że wszystkich serdecznie zapraszam. Można przebiec fragment, nie całość bo wiadomo, że 40 km to nie każdy da radę. „Zwłokowozu” nie zapewniam więc trzeba by sobie samemu zapewnić zwózkę, gdyby ktoś zakończył wcześniej. Zadbam za to o kwiatki, które będziemy składać przy pomnikach. Wstępnie naliczyłem pięć takich miejsc, kupiłem 6 kwiatków; może jeszcze coś się trafi. Kwiaty, niewielkie róże przewiązane biało-czerwoną wstążką – miałem mieć przypięte do plecaka biegowego. Finalnie okazało się, że plecak został w Wisznicach więc pozostało biec maratonik z bukietem w ręku. Cóż...

Na starcie, przy przejeździe kolejowym do dawnej strzelnicy, pomiędzy Białą a Czosnówką zjawiły się 3 osoby: Sylwia – upiekła pyszne babeczki; Marcin – szybki, rozwijający skrzydła lokalny biegacz, ale jeszcze nie obyty zbytnio z maratonami i Mirek – ultras od najdłuższych tras. Wystartowaliśmy 10 min po 7:00 rano, było rześko: 3-5 stopni na plusie, sucho, bezwietrznie. Pogoda generalnie bardzo dobra.

Większość trasy przegadaliśmy biegnąc spokojnie średnio po 5:20 - 5:30 na kilometr. Zaliczyliśmy najpierw pomnik powstańców 1863 r. (powstanie styczniowe) „za naszą i waszą wolność” w Białce. Potem odbiliśmy z kilometr od szlaku do Roskoszy, gdzie leży głaz pamiątkowy poświęcony żołnierzom 34 PP. Pułk „powstrzymał nacierających na Białą Podlaskę (sic!) bolszewików”. Kolejny pomnik z orłem bez korony, dedykowany był „bojownikom ruchu oporu zamordowanym przez hitlerowców w latach 1949-1944”. Następny to miejsce, gdzie „zostało rozstrzelanych przez Niemców 12 oficerów rezerwy WP”. Pomniczek ten, ładnie przystrojony flagami i uprzątnięty leży w środku lasu, kilkaset metrów poza nowo oznaczonym szlakiem. Mirek nam pokazał, jak do niego dojść. Piąty pomnik położony przy ruchliwej trasie Biała Podlaska-Wólka Plebańska ustawiono „w hołdzie mieszkańcom Białej Podlaskiej pomordowanym przez armię sowiecką i niemiecką oraz ofiarom okupacji w latach 1939-1944”. Ostatni punkt to mogiły w lesie przy leśniczówce w Wólce Plebańskiej. Jest przy nich tablica pamiątkowa: „W hołdzie zamordowanym w latach 1940-1944 przez Niemców patriotom – więźniom katowni Gestapo w Białej Podlaskiej społeczeństwo Białej Podlaskiej”.
 
Gdy już kończyliśmy pętlę dołączył do nas Czarek. Wiedział o wyprawie, liczył, że nas spotka; zastanawiał się tylko, w którą stronę pobiegliśmy: zgodnie ze wskazówkami zegara czy odwrotnie. Ukończyliśmy z czasem 4:24, wliczając w to kilkuminutowe przystanki w miejscach pamięci. Sylwii, która na czas zatrzymania wyłączała zegarek wyszło 4 godziny i 7 minut. Dystans ubogacony dwoma pomnikami nieco oddalonymi od szlaku wyniósł równiutko 42 km.

Piękny się udał maraton. Pogoda dopisała, forma też. Nikt po drodze się nie wyłamał, nie opadł z sił, nie musieliśmy przechodzić w marsz. Dobiegliśmy równo, zwartą grupą tuż przed południem. Dzień zaliczony na patriotyczno-sportowo. Warto byłoby powtórzyć to za rok, może już większą grupą.

Dziękuję ekipie, że się zgłosiła, że pobiegła i że było fajnie.
 


Foto: M. Kutnik

Foto: S. Walusiak

Foto: M. Kutnik


Foto: S. Walusiak

 
 

wtorek, 2 listopada 2021

Piątka dla Bohaterów


Południowe Podlasie ma ciekawe i długie tradycje lotnicze. To tu w końcu XIX wieku swoje próby z szybowcami prowadził ojciec polskiego lotnictwa i malarz-akwarelista Czesław Tański. To tu w okresie międzywojennym istniała Podlaska Wytwórnia Samolotów, która wyprodukowała ponad 1500 samolotów. To tu wreszcie w czasach PRL-u stacjonował 61. Lotniczy Pułk Szkolno-Bojowy i funkcjonowało lotnisko wojskowe z którego prowadzono głównie loty szkoleniowe. Wszak tuż przy granicy z „bratnim” Związkiem Radzieckim nie można było inaczej. Pamiętam z czasów młodości szum odrzutowych „Iskier” latających z bialskiego lotniska nad Wisznicami.
 

W III RP lotnisko, tak jak i samo wojsko, podupadło. Huraoptymizm, koniec zimnej wojny, koniec ZSRR, koniec zagrożenia; NATO i UE, demokracja, niektórzy nawet twierdzili, że koniec historii. Wojsko potrzebne głównie do spełniania NATO-wskich wymogów i do tak zwanych „misji stabilizacyjnych” w 2003 roku wyniosło się z bialskiego lotniska. Infrastruktura niszczała. Pas startowy wykorzystywali a to miłośnicy motolotni, a to rajdowcy samochodowi, a to wszelacy imprezowicze. Z ciekawej, lotniskowej scenerii korzystali także lokalni biegacze organizując klimatyczny nocny bieg po lotnisku Pamięci Bohaterskich Lotników Podlasia. Trasa dla biegaczy i nordicowców liczyła 5 i 10 km [LINK do relacji z 2017 i 2019 roku]. 


Naiwny huraoptymizm z czasem uleciał, na lotnisko w Białej wróciło też wojsko. Nie są to tym razem lotnicy, ale Wojska Lądowe. Wydaje się, że choć historia skrzydlatej Białej póki co, dobiegła końca to jej mieszkańcy pamiętają nadal o pięknych tradycjach lotniczych swojego regionu. W mieście obejrzeć można murale z samolotami produkowanymi w PWS i latającymi nad Białą; od tego roku funkcjonuje sala Tradycji Lotniczych Południowego Podlasia. Temat lotnictwa stanowi ważny element ekspozycji w lokalnym muzeum. 

 

A co z biegiem? Bialscy biegacze organizowany przez siebie bieg po lotnisku zmuszeni zostali przenieść na ulice miasta. Pozostał biegiem nocnym organizowanym w okolicach dnia Wszystkich Świętych. Trasę  skrócono do 5 km. Start i metę usytuowano w odnowionym Amfiteatrze, w rewitalizowanym Parku Radziwiłłowskim. Zapisałem się na ten bieg jesienią 2020 roku. Pandemiczne obostrzenia sprawiły, że start przesuwano, najpierw na wiosnę, potem na kolejną jesień. Finalnie okazało się, że na taką zwyczajną piątkę czekać musiałem dłużej niż na UTMB. Choć forma słaba, jak było nie pobiec? Poniżej krótki opis jak się biegło i dlaczego było fajnie.


Biała na zadyszce

 


Czołówka Silva, letnie Dobsomy, krótki rękawek od Columbii, buff z DFBG i niezbyt pasujące na asfalt ale lekkie X-Talony od INOV-8. Zegarka brak. Ot, całe moje wyposażenie. Pogodna noc, plus 16-17 stopni, bezwietrznie. Zmierzałem do parku z myślą, aby pobiec na samopoczucie. To tylko 5 km a zatem nawet jak zacznę umierać, to gehenna nie potrwa długo.


Na starcie sporo znajomych; prawie nie startuję ostatnio więc często dawno nie widzianych. Nocne warunki, niektórzy w maseczkach, wszystko to sprawiało, że odpowiedź „cześć” kierowałem nie zawsze wiedząc, do kogo. W pakiecie, oprócz numeru z chipem organizator dawał czołówkę. 



Start rozpoczął się z opóźnieniem, gdyż wojsko akurat wiozło przez Białą swoje Leopardy, BWP 1, BRDM-2, M-113, wozy zabezpieczenia technicznego. Tyle zdołałem rozpoznać na lawetach. Gdy już było można, najpierw polecieli nordicowcy. Trochę się dziwiłem, że  jako wolniejsi są puszczeni pierwsi - będą blokować biegaczy i wkładać kije w szprychy, to jest nogi. Była to jednak dobra decyzja - nordicowcy po dojściu do ulicy wcale biegaczom nie przeszkadzali. Mam nadzieję, że my im też nie.



Start po wąskiej, parkowej ścieżce nie obył się bez strat. Jedna z dziewczyn z czołówki po paru krokach fiknęła koziołka. Podniosła się jednak, dobiegła i skończyła na pudle. Ja sam zacząłem spokojnie pamiętając, aby po pierwsze się nie zadziabać, a po drugie aby nie zaliczyć niemiłej przygody jak Pan Skarżyński, który przez kontuzję w tłoku tuż po starcie musiał zakończyć karierę profesjonalnego maratończyka [recenzja książki LINK].


Trzymałem się koło 20 miejsca i stopniowo, po pierwszym kilometrze przesuwałem do przodu. Wybiegliśmy na ulicę. Dyszałem i sapałem jak parowóz ale łykałem kolejnych. Pamiętałem, aby biec z pięty. Na tak krótkim dystansie wypadałoby z palców – niestety, po takim bieganiu boli mnie stopa. Pozostałość niedawnej kontuzji. Drugi, trzeci kilometr zleciały fajnie. Chłodno, zero wiatru. Awansowałem w okolice 7-8 miejsca. Na czwartym kilometrze czułem, że mam na ogonie dwóch konkurentów. Słyszałem ich za sobą, Tomek Skraburski i Grzegorz Rychlik. Niby trzymałem tempo, ale nie miałem żadnych rezerw na mocniejszy finisz. Spodziewałem się, że zostanę pożarty na ostatnim kilometrze. 



Gdy dobiegliśmy do parku nastąpiło nieuniknione: Najpierw przyśpieszył Grzegorz, biegacz niestety z mojej kategorii wiekowej; potem Tomek. Nic nie miałem w rezerwie, nie byłem w stanie nic więcej ze swoich nóg wyszarpać. Aby do metry. Wpadłem na nią tuż za Tomkiem.


Na mecie


Miejsce 10 na 145, czas 19:16 brutto. 4 w kategorii wiekowej M41+. Do pudła w kategorii zabrakło... 4 sekund. Czy jestem zadowolony? Ja, naturliś. Dawno tak nie przedmuchałem płuc biegnąc poniżej 4:00 na kilometr. Biegam 100-200 km w miesiącu, połowę lub czwartą część tego co dawniej. Dogadzam podniebieniu jedząc to, co mi smakuje nie oglądając się zbyt dużo na dietę przez co złapałem już 82 kg – ok. 4-8 kilo za dużo w stosunku do mojego wzrostu (189 cm). Myślę,  że w takich warunkach finalny rezultat jest całkiem OK.


Wygrał Damian Świerdzewski, 27-letni brodacz, absolwent i trener z bialskiego AWF-u. Chłopak to amator, który biega maraton w 2:21 (!) i zajmuje 6 miejsce na mistrzostwach Polski w tej dyscyplinie a zatem dla niego był to wyścig jedynie z własnymi możliwościami. Przybiegł z czasem 00:15:21. Dłuuugo po nim przybiegł Paweł Gregorczuk (00:17:42), którego do ostatnich metrów ścigał trzeci, Marcin Kępka (00:17:44).


Wśród kobiet równych nie miała sobie Monika Poncyliusz z Józefowa (00:19:58). Kilka sekund za nią przybiegła nasza biegaczka, Sylwia Walusiak (00:20:04) ; Trzecia była Sylwia Szymonowska z Łukowa (00:20:18).

Impreza ogólnie się udała. Zakończenie w Amfiteatrze, ciepła zupa na mecie, medal metalowy z wizerunkiem samolotu PWS-50. Puchary, nagrody od sponsorów losowane wśród wszystkich, dodatkowo rozstrzygnięcie konkursu na jak najbardziej odjazdowe przebranie. Fajnie było.

Najgorzej, że po zawodach człowiek myśli, że choć już sobie odpuścił ściganie, to fajnie byłoby jeszcze postartować. Jednak ciągnie wilka do lasu. Jak jakieś specjalne obostrzenia u nas nie wejdą to będzie jeszcze Cross u Radziwiłłów – kilka kilometrów po parku. A może by tak...

Pełne wyniki na stronie Time2Go [LINK]


Gdyby ktoś chciał pobiegać w naszej okolicy to Łukasz Węda, nasz niezmordowany animator wszelakich imprez kulturalnych w tym sportowych organizuje cykl biegów tatarskich w Studziance. Na biegu dostałem taką ulotkę. Można planować i się zapisać. 



poniedziałek, 30 sierpnia 2021

V Wisznicka Mila – nowa odsłona

Zdjęcie: Małgorzata Mieńko (Radio Biper)

Tegoroczny bieg lokalny „Na Wisznicką Milę” został przeniesiony do nowej lokalizacji. Biegi poprzednie prowadziły po polnych drogach z finiszem w centrum Wisznic lub na Wygodzie. W ubiegłym roku z powodu zagrożenia covidowego bieg się nie odbył. W tym roku organizatorzy postanowili bieg zorganizować, ale w nowym miejscu. Start i metę usytuowano na terenie zajazdu „Awangarda” dysponującego nowym, bardzo dobrym zapleczem do wszelakich uroczystości, ale także do organizacji biegu. Trasa miała tylko w początkowym i końcowym etapie prowadzić po twardej nawierzchni. 90% dystansu poprowadzono po leśnych drogach w miejscami piaszczystym i pagórkowatym terenie. Dystans z jedną pętlą w lesie liczył ok. 6,5 km. Po 2 kilometrach, u spięcia się pętli usytuowano punkt z wodą. Do rywalizacji zaproszono biegaczy oraz miłośników Nordic Walking.


Imprezę organizowali biegowi koledzy z gminy Wisznice. Zgłosiłem się do pomocy jako wolontariusz ale zostałem też namówiony do startu. Nigdzie ostatnio nie startuję w biegach bo nie trenuję, więc nie ma po co. Ale że kontuzja (rozcięgno podeszwowe) miesiąc wcześniej przeszła, zacząłem ostrożnie biegać przyśpieszenia, choć przy symbolicznym kilometrażu (ok. 100 km w miesiącu), to postanowiłem nie oponować i się zapisać. Tylko 6 km, jakoś to będzie. Zobaczymy, co jeszcze potrafię.


Dzień zawodów według prognoz miał być w miarę chłodny, ok. 20 stopni. Gdy przyszło do startu, zrobiło się słonecznie i ok. 25 stopni. Dla mnie za gorąco. Włosy i czapkę z daszkiem zlałem zimną wodą, ubrałem wyścigowe buty, porwane ale na bardzo cienkiej podeszwie, więc lekkie. Zegarka nie brałem bo coś tam ważył i może by mnie hamował. Wybrałem bieg na samopoczucie. Start przewidziano na 13 w południe.


Zdjęcie: A.Hordejuk-Gryczka

Tuż po starcie mimowolnie wyszedłem na prowadzenie, choć wydało mi się, że zacząłem wolno. Po 300 metrach ustaliła się kolejność czołówki, która nie uległa większym zmianom do samej mety. Na czoło wysunął się gość z Irlandii, podobno niezły wymiatacz, faworyt. Na „Wisznickiej Mili” pierwszy raz. Za nim Kuba Piech. Na trzecim miejscu nieznany mi, młody chłopak w zielonek koszulce i opasce. Początkowo biegł obok Kuby. Po kilometrze czy dwóch Kuba odszedł do przodu. Na czwartym miejscu biegłem ja. Ktoś tam jeszcze sapał i tuptał za mną przez pierwsze dwa kilometry, do punktu z wodą. Nie wiem kto. Potem go nie słyszałem. 



W lesie, ścieżka prowadziła w części po trasie moich dawnych, codziennych treningów. Za wodopojem teren robił się crossowy, miejscami z grząskim, sypkim piaskiem i pagórkami, w tym największym z nich, zwanym przez lokalsów „K2”. W tej okolicy był półmetek. Pierwszego już dawno nie widziałem, Kuba Piech też zniknął. Trzeci w kolejności „zielony” (Kamil z Firleja) zaczął puchnąć i zbliżać się do mnie. Cóż - dają, to biorę. Wyprzedziłem i na dwa kilometry przed metą biegłem na trzecim miejscu. Czy dowiozę to trzecie miejsce OPEN? Tego nie byłem pewien. Sam też byłem coraz bardziej zadziabany, wyraźnie brakowało mi wytrzymałości i długich wybiegań. 20 km zwykłego truchtania to ja nie pamiętam, kiedy robiłem.

No i stało się. Na ostatnim kilometrze Kamil przycisnął, wyskoczył do przodu. Nie miałem siły odpowiedzieć kontratakiem. Wbiegłem jako czwarty z czasem 00:27:24. Zająłem 1 miejsce w gminie Wisznice i 3 miejsce w kat. wiekowej M35-49. Kalkulator biegowy po wpisaniu dystansu i wyniku podaje średnie tempo 4:12. Szału nie ma, ale przy moim kilometrażu z ostatnich miesięcy myślę, że OK. Jaka praca, taki efekt. Nie powinienem być zaskoczony i nie byłem.


Zdjęcia: A.Hordejuk-Gryczka

Wygrał Irlandczyk, John Kinsella. – Skąd się wziął we wschodniej Polsce Irlandczyk? – zapytacie. Rozmawiałem z Nim trochę po biegu. Bardzo sympatyczny gość, niewiele młodszy ode mnie. Imiona John Paul dostał od mamy na cześć polskiego papieża, który w 1979 roku odwiedził Irlandię. Ma żonę Polkę z pobliskiego miasta. Przyjechał w odwiedziny do teściów. Startuje w ulicznych maratonach i biegach górskich. Jest bardzo mocny. Życiówka 2:33 w maratonie mówi sama za siebie. Będąc w Polsce korzysta z okazji i startuje w okolicznych biegach traktując je jako dobry trening. W Wisznicach nie miał się z kim ścigać. Przybiegł z czasem 00:23:19. Bieg ukończyły 43 osoby.


Zdjęcie: Małgorzata Mieńko (Radio Biper)

Ogólnie - było fajnie. Organizacyjnie chyba się udało. Prawie wszyscy ukończyli, nikt się nie zgubił. Jeden ambitny zawodnik zrobił dodatkowe kółko, widocznie jedno mu nie wystarczyło. Moje możliwości wyraźnie spadły, ale nie zdziadziałem jeszcze dokumentnie. To jest pozytywne. Niepokoi natomiast ból stopy, tej niedawno kontuzjowanej. Poczekam kilka dni, jeśli dolegliwość się odnowiła to znowu czeka mnie jedynie truchtanie co 2-3 dzień na 10 km.


Galeria Radio Biper (Małgorzata Mieńko)

środa, 14 lipca 2021

Pierwszy start w MTB


W sobotę wieczorem przeglądam Internet. O, są jakieś „Maratony Kresowe”. Na polskiej ścianie wschodniej, Litwa, Białoruś. O, jutro start jednego z całego cyklu. O, Mielnik nie daleko. Godzina drogi od Białej. Wpisowe stówka. Mam jeszcze zakwasy na udach po dzisiejszych przysiadach, ale może by spróbować? Taki maratonik na 54 km. Zapoznawczo. Decyzja na „tak” zapada o północy, 12h przed startem.


Trasa maratonu – najdłuższego z dystansów do wyboru – będzie miała 54 km. To 3 pętle po 18 km po Mielniku i okolicznych wzgórzach. Na każdej pętli 350 m podjazdów. Suma na całym dystansie: ponad 1000 m. Jadąc do Mielnika zgarnąłem swojego starego M-Bike. Taki rowerek do jeżdżenia po parku kupiony w sklepie w 2012 roku za 959 zł. Nie odkręcałem ani bagażnika, ani stopki. Na miejscu mogę trochę pooglądać, jak się ludzie szykują, jakie mają rowery. Widzę, że żadnych plecaków i bukłaków nie biorą bo choć jest upalnie i słonecznie to po każdej pętli można się zaopatrzyć w bufecie. To ja też nie biorę. Wszystko jest tu dla mnie nowe. Chipy mocuje się do widelca roweru. Numery startowe (844) są dwa: jeden na kierownicę, jeden na plecy. Nakleja się na nie jeszcze kolorowe naklejki oznaczające rodzaj trasy. Wszyscy mają kaski i okulary.


Start jest o 11:45 z doliny Bugu, pod wzgórzem zamkowym w Mielniku. Ultramaraton nadbużański też stąd startuje. Ustawiam się ostatni, ostatni też przekraczam linię startu. Zaraz potem jest podjazd pod górę zamkową. Prawie wszyscy to podjeżdżają, tylko nieliczni, w tym ja, schodzą z roweru. Biegnę pod górę pchając rower. Po kilometrze wyprzedzam przedostatniego i sam jadę przedostatni. Sporo jest tych podjazdów. Najpierw Mielnik, potem okoliczne, trawiaste pola i lasy. Na trawie jest niebezpiecznie zwłaszcza na zjazdach bo zielsko przykrywa koleiny i dziury w ziemi. Trzeciego od końca widzę przed sobą długo, ale nie jestem w stanie dogonić. Oglądam się co jakiś czas do tyłu, czy mnie ten ostatni nie dochodzi. Nie chcę zamykać stawki.


Trasa jest cięższa, niż się spodziewałem. Dużo podjazdów, mało szutru i płaskiego, sporo odcinków trawiastych po jakichś dziurach. Z mozołem podjeżdżam stając na pedałach, często schodzę z roweru i biegnę z nim pod górę, bo tak szybciej. Nie jestem jakoś bardzo zmęczony ale nie jestem też w stanie wykrzesać z mojego wysiłku prędkości. Przepaść pomiędzy mną a innymi zawodnikami widzę dobitnie, gdy dogania mnie i wyprzedza czołówka półmaratonu, który wystartował 15 minut po nas. Tam gdzie ja z mozołem podjeżdżam, czołówka wyścigu podjeżdża lekko nawet nie odrywając tyłka od siedzenia. Nie mam z nimi szans nie tylko pod względem wytrenowania i doświadczenia, ale przede wszystkim pod względem posiadanego sprzętu i wiedzy o nim.


Na 14 kilometrze wyścigu, po kilku zjazdach po kamieniach i wertepach odkrywam, że jakoś ciężej mi się jedzie. Okazuje się, że to flak w przednim kole. Powietrza brak zupełnie. Próbuję dopompować bo małą pompkę zabrałem, ale natychmiast schodzi. Zapasowych gum nie wziąłem. Czyli jest po zawodach. Dobrze, że to stało się 3 km przed końcem pierwszej pętli. Pcham rower do bazy zawodów. To koniec.



Na liście wyników mam DNF (nie ukończył). Wystartowało 41 osób, nie ukończyło wyścigu 7, w tym ja. Wygrał młody chłopak, Michał Kamiński z Białej Podlaskiej. Czas 1:56:40. Jego średnia prędkość to 28 km/h. Dla mnie kosmos. Serdecznie gratuluję!


Start w „Maratonie Kresowym” był dla mnie przede wszystkim lekcją. Nieprzyjemną, ale też i nie nazbyt bolesną. Nigdzie się nie wywróciłem, nie poturbowałem, a awaria przydarzyła się fartownie, blisko bazy. W bazie pooglądałem trochę rowerów, popytałem, co warto ewentualnie kupić aby się dobrze jeździło. Potem jeszcze zwiedzanie dwóch małych muzeów w Mielniku, przeprawa promem do Zabuża, kawa w dworku i do domu.


Maratony Kresowe – strona zawodów

 

Uczę się pracy na krośnie w minimuzeum "Kuferek Mielnicki"

 

piątek, 9 lipca 2021

3. Maraton Kajakowy na rzece Wieprz

 

25 czerwca, piątek wieczorem. Po 2 godzinach dojeżdżam do campingu „Zielona Dolina” i wypożyczalni kajaków w Kośminie. Z miłym zaskoczeniem zauważam, że budynek recepcji campingu to jednocześnie Dwór Kossaków. W Kośminie, choć nie dokładnie w tym dworku, urodziła się Zofia Kossak-Szczucka, bardzo poczytna przedwojenna pisarka katolicka, znana z trylogii o wyprawach krzyżowych, w czasie okupacji obok Ireny Sendlerowej najbardziej znana postać zaangażowana w pomoc prześladowanym Żydom. Autorka głośnego „Protestu” polskich katolików przeciw dramatowi żydowskiemu [treść], współtwórczyni Rady Pomocy Żydom „Żegota”. W korytarzu stoją gabloty z książkami Kossak-Szczuckiej. Planuję kupić audiobooka na pamiątkę, ale wieczorem się śpieszę, po zawodach też, więc ostatecznie nie wychodzi. Może następnym razem.
 

Camping "Zielona Dolina"

Organizator mówi, że moją opłatę startową dostał, ale zgłoszenia nie. Widocznie coś pokręciłem przy rejestracji. Odbieram dziwny, naklejany numer startowy (15), który mocuje się nie na sobie jak w biegach, lecz przykleja na kajak. Dopłacam za wypożyczenie i transport kajaka (40 zł). Będzie to zwykły kajak turystyczny, jednoosobowy. Moja deklaracja, że chcę nim płynąć dłuższą trasę – 104 km wyraźnie zaskakuje i ożywia organizatora. Jeszcze nie wiem dlaczego: kajak jak kajak, czy to duża różnica? Na pytanie, czy trenowałem przed startem odpowiadam enigmatycznie „trochę...”. Przecież nie powiem mu, że jutro będę siedział pierwszy raz w kajaku w tym roku, jeszcze mnie nie puści na tą długą trasę. – No sam jestem ciekaw, jak to się skończy – kończy rozmowę Pan od kajaków.

Na campingu rozbijam namiot i przyglądam się kajakom zapakowanym już na przyczepkę transportową. Ale maszyny: smukłe, o ostrych kształtach, bardzo wąskie. Mają ster na rufie, a nawet wysuwany kil. Swojego jeszcze nie widziałem. Robię kilka zdjęć tym na przyczepce. Podchodzi do mnie dziewczyna, przyjaźnie zagaduje. Ja że pierwszy raz, że będę miał kajak od organizatora. – On pierwszy raz, będzie płynął 104 km na „turystyku” – podaje wiadomość dalej do swoich znajomych, najwyraźniej stałych bywalców takich imprez. Panowie podchodzą, zapoznają się, lekko uśmiechają, trochę kręcą głowami. – Oj, nie na takich kajakach kończyli – mówi jeden. Patrzy na mnie pocieszająco trochę jak na skazańca, któremu mówi się, że to tylko szybkie dziabnięcie toporem i po wszystkim. Nie będzie długo bolało. Towarzystwo wprowadza mnie w temat kajakarstwa a ja zaczynam sobie uświadamiać, że tu wszyscy mają szybkie kajaki wyścigowe, a ja jeden na tym „turystyku” będę się tu wygłupiał. W głowie zaczyna się sączyć strach i stres. – Będę płynął aby się mieścić w limitach na poszczególnych odcinkach - myślę. Nie dam rady dopłynąć? Trudno. Zwiozą mnie. Organizator mówił, że w razie czego telefon i po mnie przyjeżdżają. Luz blus Paweł, jakoś będzie.

 



Noc jest ciężka i nieprzespana. Karimata jest twarda, za stary na to jestem, nie mogę zasnąć. Budzik nastawiony na 3:30, budzę się bez budzika wcześniej. O 4:15 wyjazd do Lubartowa, na miejsce startu. Kajak mój zapakowany na przyczepkę. Ładny, żółciutki. Tylko jakiś taki dużo bardziej pękaty niż konkurencji. ”Wigraszek” mu na imię.  Na prawej burcie naklejam numer startowy. W Lubartowie wypakowujemy się nad Wieprzem. Lata dron, kręci materiał. Muszę lecieć w krzaki za potrzebą dalej, aby mnie przypadkiem nie sfilmował. Towarzystwo nieliczne, kilkanaście, może dwadzieścia osób. Te zawody kajakowe są dużo bardziej kameralne, niszowe, niż bieganie. Fota przedstartowa, wchodzę do kajaka. Oj! Chybotliwy. Aby się tylko nie przewrócić zaraz po wypłynięciu, na oczach wszystkich. Byłby niezły obciach. Znam swoje miejsce w szeregu i ustawiam się skromnie na końcu.

 

Mój "Wigraszek"

6 rano – startujemy. Dystans 104 km, limit 14 godzin czyli do 20 wieczorem. Szybkie i smukłe kajaki – „węgorze” pognały do przodu, ja na swoim pękatym „karpiu” już na pierwszym kilometrze sunę ostatni. Nie szarżuję jednak. Powolutku, bez napinania się. Rozkładam siły na kilkanaście godzin wysiłku. Mówiono mi, że aby ukończyć muszę trzymać tempo ok. 8 km na godzinę. Włączam Ambita na „cycling” i płynę tempem 8-9 km/h przez pierwsze 30 km trasy.

Pogoda bardzo dobra. Początkowo drobny deszczyk, potem tylko pochmurno. Temperatura lekko powyżej 20 stopni. Byłoby wręcz idealnie, gdyby nie wiatr od dziobu. Rzeka Wieprz okazuje się bardzo pokręcona. Wielokrotnie ją przekraczałem jadąc z Wisznic do Lublina, nie spodziewałem się że aż tak meandruje. Płynę samotnie starając się ścinać zakręty. Zwykle wychodzi to dobrze choć zakole rzeki od wewnętrznej jest wypłycone i wielokrotnie czuję, jak wiosłem szoruję po piasku. Do kajaka się przyzwyczaiłem, wywrotka mi nie grozi. Regularnie coś podjadam, popijam. Płynie się dobrze. Już na pierwszym punkcie kontrolnym (Leszkowice – limit 2h i 45 minut) po 19 kilometrach mam 25 minut zapasu. Jest OK.

Po 28 kilometrach mijam punkt kontrolny w Serocku. Tu jeszcze bardziej zwiększam sobie zapas limitu czasu, do około 40 minut. Czuję już pewne oznaki zmęczenia. Kolejny punkt – Wola Skromowska – znajduje się na 39 kilometrze. To pierwszy punkt, gdzie można pobrać wodę i żywność od organizatora. Mam tu już około godziny zapasu w stosunku do limitu. Po drodze wychodziłem z kajaka na piaszczysty brzeg za drobną potrzebą tracąc ok. 5 minut. Na całej trasie zrobię to jeszcze ze 4 razy. W Woli odbieram trochę wody, drożdżówki i nie wychodząc na brzeg płynę dalej. Ręce zbytnio mnie jeszcze nie bolą, ale boli rzyć. Zapomniałem zabrać coś miękkiego pod tyłek a siedzenie w kajaku jest plastikowe. Bardzo twarde. Wpadam na pomysł aby zdjąć kamizelkę ratunkową i na niej usiąść. Rzeczywiście, jest dużo bardziej miękko, ale z kolei zaczynają boleć plecy. A tu jeszcze tyle kilometrów. Dlaczego nie wziąłem czegoś do wymoszczenia sobie kajaka? Ostatecznie ponownie zakładam kamizelkę. Już wolę by bolała mnie rzyć, niż plecy.


Wymuszony przystanek, gdzieś na trasie

Około 50 kilometra przychodzi kryzys. Chmurki się gdzieś rozpłynęły, z nieba smaży słońce. To nie jest upał 30 stopni, ale jest gorąco. Boli tyłek, zaczyna boleć nadgarstek lewej ręki. Tej ważniejszej, gdyż jestem lewusem. Bardzo lubię swoją lewą rękę i boję się ją uszkodzić. Od przodu wiatr coraz bardziej mi przeszkadza. Wychodzę na brzeg na kolejną drobną potrzebę. Robię przerwy w wiosłowaniu na jedzenie i picie. Tempo z początkowych 8-9 km/h spada do 7 km/h. Zaczyna to wyglądać słabo, do głowy przeciskają się myśli o rezygnacji. – Dlaczego nie zapisałem się na trasę krótszą, 43 km? – pluję sobie w brodę. Też bym się zmęczył, ale nie zakatował. Gdy mija 52 kilometr na Ambicie – to półmetek – patrzę na zegarek. Równo 7 godzin. Znaczy to, że drugą połowę muszę przepłynąć co najmniej w takim samym tempie jak pierwszą, jeśli chcę zmieścić się w limicie. – Nie no, nie realne – myślę. Przecież wiadomo, że w drugiej połowie wyścigu człowiek jest bardziej zmęczony. Jedyna nadzieja w tym, że pościnałem trochę zakrętów i w rzeczywistości jestem ze 2 km dalej, niż pokazuje plan trasy. Dopływając do Jeziorzan na 60 kilometrze jestem już prawie przekonany, że nie ukończę wyścigu. Wyluzowuję. Miejscowość jest piękna, Nad Wieprzem na wyspie pasą się luzem konie. Przepływam koło nich, robię zdjęcia telefonem. Jest cudnie. Obsłudze, u której uzupełniam na pomoście jedzenie i picie mówię, że prawdopodobnie nie ukończę, gdyż nie zmieszczę się w limicie. Chcę jednak dopłynąć do ostatniego punktu przed metą Baranów – 80 kilometr – i tam zrezygnuję.

 



Na owych planowanych ostatnich 20 kilometrach podziwiam przyrodę i biję się z myślami. Słońce znowu się schowało, jest ładnie. Wędkarzy nie za dużo, sporo zatopionych drzew i wymoczonych, białych konarów wyrzuconych na piaszczyste łachy. Czasem z głośnym pluskiem zanurkuje bóbr, gdzieniegdzie pływają małe kaczki. Rezygnować na tym osiemdziesiątym kilometrze, czy nie? Według zegarka jak będę płynął tak jak dotychczas to albo dopłynę na styk, albo ze 30 minut po limicie. Męczyć się męczyć, a by potem mieć NKL na wynikach, trochę słabo. Z drugiej strony to ostatnie 24 km, po pokonaniu 80 km. Też szkoda. Może jednak zmieszczę się w czasie? Do tego pogoda prawie idealna, nie za gorąco, nie za zimno. Miały być burze, ale widocznie poszły bokiem. Waham się co zrobić i ostateczną decyzję chcę podjąć na ostatnim punkcie kontrolnym. 


Ostatni etap


W końcu jest Baranów – ostatni punkt kontrolny. Płynę, płynę, nie widzę chłopaków z białą flagą nad brzegiem. 81, 82, potem 83 kilometry. Nie ma. Może ich przeoczyłem? Albo o mnie zapomnieli. No to dylemat rozwiązany, klamka zapadła, spróbuję zmieścić się w limicie. Ręce bolą, tyłek boli. Zaciskam zęby, wrzucam średnio szybkie, ale stałe tempo ok. 8 km/h. Trzeba zawalczyć na tej końcówce. Aby czas szybciej mijał staram się nie patrzeć dużo na zegarek. Potem dzielę dystans na krótsze odcinki. Aby do 15 kilometra, aby do dziesiątego. Jeszcze ze dwa i z górki. Na kilka kilometrów przed metą spotykam turystycznych kajakarzy na spływie. W oddali lata dron. Potem dowiem się, że ten dron był od organizatora – sprawdzał czy żyję, czy płynę, czy wszystko OK. i jak daleko jestem. Ze 3 km przed metą już na mnie czekali panowie od drona i Ci, co dopłynęli. Pytają czy dobrze się czuję, czy nie chcę zakończyć tutaj bo już wszyscy na mnie czekają. – A to tu meta? – pytam. – Nie jeszcze dalej, ok. 15 minut wiosłowania spokojnym tempem. – No to płynę do samej mety! – odpowiedziałem i ruszyłem do finiszu. Meta była tuż za mostem na Wieprzu noszącym – a jakże – imię Zofii Kossak.

Dopłynąłem jak się okazało w limicie z czasem 13 godzin i 30 minut. Miałem jeszcze pół godziny zapasu. Zająłem ostatnie, 17 miejsce. Szesnasty zawodnik, przypłynął w 11 godzin i 17 minut czyli 2 godziny przede mną. Najlepszy był Piotr Rosada, zrobił trasę w 8 godzin im 23 minuty. Wszyscy musieli czekać na mnie z zakończeniem te 2 dodatkowe godziny. Trochę mi było przez to głupio więc postanowiłem, że jeśli jeszcze kiedyś przyjadę tu na maraton kajakowy, to tylko z szybszym, wyścigowym kajakiem. Nie bez przygotowania i na wariata, jak tym razem.


Ze zwycięzcą wyścigu, Piotrem Rosadą

Na zakończeniu odbieram pamiątkowy dyplom, trochę gadżetów od sponsorów (Spółdzielnia Mleczarska w Rykach – dziękuję) i gratulacje. – Nikt na ciebie nie stawiał – mówi jeden. – Przed startem nie chciałem ci tego mówić ale teraz ci mogę powiedzieć. Jak tu jechałem, to myślałem, czy aby nie będę ostatni. Potem jednak jak zobaczyłem twój kajak i wiedziałem, że na pewno nie będę ostatni – mówi inny. Ludzie są mili i życzliwi, nikt mi nie wypomina tych 2 godzin czekania. Zostałem na krótki czas ciekawostką zawodów – gościem, który przyjechał pierwszy raz i zrobił w limicie trasę 104 km na turystycznym „Wigraszku”.

Ogólnie - odejmując ból pleców, tyłka i rąk - było bardzo fajnie. Ręce i plecy już nie bolą. Jeszcze trochę boli tyłek – chyba przez te kilkanaście godzin nabawiłem się „odsiedzin”. Mam nadzieję, że amputacja nie będzie potrzebna. Polecam maraton kajakowy na Wieprzu oraz kemping „Zielona Dolina” wraz z dworem Kossaków.

 
Relacja za stronie "Zielony Pierścień" [LINK]

sobota, 12 czerwca 2021

Roztoczańska 13 – rowerem na orientację

Drugi mój start w Roztoczańskiej trzynastce – imprezie na orientację organizowanej przez KTS Kraśnik w czerwcu w rodzimym mieście. Pierwszy raz startowałem w niej w 2019 roku, na trasie pieszej. Poszło słabo [link do relacji]. 

Przed startem. Zdjęcie: organizator

Tym razem zdecydowałem się na trasę rowerową. Biegam mało, w zasadzie truchtam, więc nie było po co jechać na wyścig pieszy. Rowerem też mało jeżdżę ale to zawsze jakaś nowość. Miał to być mój pierwszy indywidualny start w rowerowej jeździe na orientację. Nie wiem jak się nawiguje z roweru, nóg kolarza nie mam, rower też na niedzielne wycieczki po parku. Świadomość tego, że jestem początkującym dawała mi dużo luzu. Pojechałem z myślą aby zebrać tyle punktów, ile się da ale bez ciśnienia, że powinienem coś tu ugrać.


Kilka dni przed startem pośpiesznie kupiłem licznik rowerowy, Sigma 500, sprzedawca w sklepie mówił, że prosty sprzęt, ale wystarczy. Uwierzyłem na słowo. Z instrukcją zamontowałem, wypróbowałem. Porównałem wskazania z GPS Ambita – okazało się, że dodaje 100 m na 2 kilometrach więc zapamiętałem, że muszę brać poprawkę przy wyliczeniach. W przyszłości muszę dokładniej wyskalować ten licznik.

Wyjechałem rano z Wisznic, 2 godziny i byłem w Kraśniku. W bazie był już mistrz orienterskiego ultra: Michał Jędroszkowiak, który ukończył pieszą pięćdziesiątkę. Zalecał wolno wchodzić/wjeżdżać na punkty, bo podobno nie jest łatwo. Dokręciłem stary mapnik Jaśka słysząc kątem ucha, jak kupiący się nieopodal, doświadczeni rowerzyści podśmiewają się z mojej rowerowej stopki. OK., może trzeba było ją odkręcić, może zakręcić inną. Nie znam się. Butów SPD też nie miałem, miała za to większość konkurencji. Ja tu Panowie dopiero zaczynam. Korzystając z okazji podpytałem trochę o rower doświadczonego rowerzystę Mariusza Łosiewicza, który jak się okazało wygrał trasę rowerową.

Na plecy plecak biegowy z dwoma softflaskami, dwie kanapki, dropsy-mocy, pompka, do kieszonki pod ramą zapasowa dętka, klucze. Nie wiem, czy trzeba takie rzeczy brać, ale zabrałem. Rozdano nam mapy, karty startowe. Swoim zwyczajem rozrysowałem warianty zakreślaczem co sprawiło, że wyjechałem z bazy 14 minut po starcie.

Parametry trasy to 27 PK na dwóch kolorowych mapach 1:30.000, w optymalnym wariancie trasa ma 120 km, limit 8h (9:00-17:00). 



Jazda sama w sobie była fajna. Dawała mi sporo radości. A punkty jak się zbierało? Miernie. Bez katastrofy, ale bardzo często, z „przygodami” na średnio 15 minut. Już w samym mieście przejechałem jedną przecznicę za daleko i nadłożyłem drogi do prostego PK 1. PK 6 – przepust – też szukaliśmy z innym rowerzystą usilnie kilka metrów dalej, pod mostem nad rzeczką, zamiast pod zakrzaczonym przepustem. Jako, że nie prowadziłem a byłem bliżej końca stawki to mogę się przyznać, że w znalezieniu punktów często pomagały mi startujące razem rodziny z dziećmi. Takie miałem właśnie tempo, niewyścigowe. Sporo straciłem przy PK 11, nawet przy banalnym PK 2 – krzyż w wiosce, z którego trzeba było spisać datę sprawił mi problemy. Spisałem, dwa kilometry dalej stwierdziłem, że to nie to skrzyżowanie, nie ten krzyż. Usiłowałem do niego wrócić, gdzieś pobłądziłem. Tragikomedia i strata ok. pół godziny. Chyba ostatecznie był to dobry punkt. PK 12 też było szukane, wyjątkowo PK 13 i PK 14 nie sprawiły problemów.


Na moście przy PK 20


Przeszedłem na drugą mapę i zacząłem zbierać punkty te najbardziej oddalone od bazy. Dotarłem asfaltem do pięknie położonego PK 20 – drewniany, rozsypujący się most w środku lasu, zrobiłem pamiątkowe selfie telefonem, podbiłem punkt i wyjeżdżając zapatrzyłem się w parę polskich Mi-24 akurat przelatujących nad głową. Wtedy postanowiłem zmienić pierwotną koncepcję trasy i więcej objeżdżać asfaltami. Na polnych i leśnych drogach trafiało się sporo piachu, miałem łyse opony i to wszystko skutkowało dramatycznym spadkiem tempa. Uznałem, że dłuższe, ale bardziej asfaltowe przeloty to będzie lepszy pomysł. Pojechałem do PK 22, 21, 23, 27, 24 i 25. PK 23 i 27 weszły spoko. Najdłużej szukałem PK 24, pomnika w lesie. Dotarłem tam z innym rowerzystą, Andrzejem. Chytrze zdałem się najpierw na Andrzeja, że znajdzie, a ja cichaczem skorzystam. Andrzej nie mógł się namierzyć na ten punkt i po kilku próbach odpuścił mówiąc, że i tak już kompletu nie weźmie więc jedzie dalej. Ja się uparłem i szukałem, tym razem namierzając się od przeciwnej strony. Samotny pomniczek żołnierzy radzieckich w lesie stał jak byk.

Pojechałem jeszcze po PK 27 i spojrzałem na zegarek. Było mniej niż godzina do limitu a ja byłem daleko, oj daleko od bazy! Dał tu wyraz mój brak doświadczenia w rowerze, źle obliczyłem czas na dotarcie do bazy. Poza limitem groził NKL. Cóż było robić – na rower i grzałem samymi asfaltami do bazy, nie oglądają się na punkty. Zostało mi aż 9 PK, które pominąłem.

Powrót był ciężki. Nogi już zmęczone, teren nieraz pod górkę, wiatr z przodu. Tak jakoś wolno jechałem, aż zacząłem zaglądać w zębatki, czy mi coś nie blokuje. Czy jakaś gałąź, trawa się nie wplątała. Nie blokowało nic, po prostu nie miałem już sił w nogach. Na zjeździe w dół w stronę Dzieżkowic zrobiło się fajnie, pędziłem tym asfaltem pochylony nad kierownicą ponad 40 km/h. Przypomniałem sobie co powiedział kiedyś Bogusław Linda, gdy go zapytano, co lubi w jeździe motocyklem. – Lubię ten wiatr, który owiewa ryja – odpowiedział. Ja chyba też lubię. Tuż przed Kraśnikiem dogoniłem Andrzeja i razem wjechaliśmy do bazy. Mamy czas ten sam, 8:08. Oczywiście Pakuła nie byłby Pakułą, gdyby nie nałapał stowarzyszy (mylnych punktów stojących dla zmyłki nieopodal tych właściwych). Z 18 PK, które zebrałem miałem 2 stowarzysze więc zaliczono mi 16. Andrzej miał jednego stowarzysza mniej, więc jest wyżej. Od dziś mówcie mi „Stowarzysz collector”.

Ogólnie na całej trasie rowerowej wystartowało 13 osób. Z tego 7 ostatnich zebrało 10 PK. Wygrał Mariusz Łosiewicz, rywalizujący w pucharze rowerowym stary wyjadacz z Pomorza. Jako jedyny zebrał komplet 27 punktów. Przyjechał 15 minut przed upływem limitu. Pozostali mieli 20,19,18 PK, przybyli niedaleko przed nami. Ja, z 16 zaliczonymi PK zostałem jednak sklasyfikowany, na 6 miejscu.

Było fajnie. Pogoda dopisała, trasa ciekawa, z mnóstwem PK. Szału nie zrobiłem, ale i nie miałem zrobić. Nabyłem trochę doświadczenia i świetnie się bawiłem. Dziękuję.