sobota, 12 listopada 2022

I-22 Iryda z „Małego Modelarza”


Ukończyłem model kartonowy po… 25 latach. Kiedy miałem naście lat w latach 90-tych rozpocząłem sklejanie I-22 Iryda. Zbudowałem 4/5 modelu i porzuciłem. Z jakich powodów – już nie pamiętam. Leżał sobie na szafie niedokończony, nielakierowany. Pokrywał kurzem, raz zaliczył nurkowanie z twardym lądowaniem przez co rozpadł się na części. Żal mi go było jednak wyrzucić bo jakoś miałem sentyment do tych moich reliktów modelarstwa z młodych lat. W końcu jednak trzeba było podjąć decyzję: albo model do kosza, albo dokończyć byle jak aby skończyć, polakierować, zakonserwować. Niedawne złamanie ręki i długie dni w domu sprawiły, że wybrałem tę drugą opcję.
 

"Nowa Technika Wojskowa" 11/1992

I-22 Iryda to polski samolot szkolno-bojowy rozwijany w latach 80-tych i 90-tych. Miał być następcą udanego TS-11 Iskra, niestety nie udało się. Samolot trafił na przełom, gdy rozpadł się Układ Warszawski a nowe władze wolały armię małą, ale… słabą. Stąd cięcia wydatków na wojsko, drastyczne zmniejszanie liczby żołnierzy, rezygnacja z obowiązkowego przeszkolenia wojskowego, ślamazarna modernizacja, upadek polskiej zbrojeniówki, utrata rynków eksportowych. Były po prostu inne priorytety. Dopiero tegoroczna wojna na Ukrainie postawiła polityków do pionu i teraz na łapu-capu starają się nadrobić stracony czas: kupują broń z najodleglejszych krajów puszczając jednocześnie w mediach propagandę, jak to wkrótce będziemy militarną potęgą. Wróćmy jednak do Irydy. Samolot I-22 był jedną z ofiar stosunku decydentów do wojska z lat 90-tych. Wyprodukowano ledwie kilkanaście sztuk i temat Irydy zamknięto. Czy rzeczywiście była to słaba i niebezpieczna konstrukcja – jak twierdzą jedni, czy decydentom bardziej podobały się samoloty z Zachodu i takie chcieli kupować – jak twierdzą drudzy, nie mnie to oceniać. Nie mam do tego kompetencji. Faktem jest, że projekt Iryda kosztował setki milionów dolarów a dziś jego owoce stoją w muzeach lotnictwa i na skwerach przed szkołami. Szkoda. I utopionych pieniędzy i wysiłku konstruktorów i w końcu tego, że polskie - a nie wyszło...

Plany były piękne... "Nowa Technika Wojskowa" 9/1992

W roku 1993, gdy projekt Iryda miał jeszcze przyszłość wydawnictwo „Mały Modelarz” wypuściło kartonowy model samolotu w typowej skali 1:33. Autor, Bogdan Dams to rzadko występujący na łamach czasopisma projektant. Opracował tylko Irydę i kilka lat później malutki Me-163 Komet. Samolot Iryda w wersji z „Małego Modelarza” jest bardzo uproszczony. Rozrysowany na 4 arkuszach kartonu plus jedna cienka kartka z szablonami i częściami do naklejenia na tekturę. Kabina załogi jest, ale bardzo uproszczona: zawiera tylko fotele i tablice przyrządów. Podobnie z wysuwanym podwoziem. Projektant bardzo uprościł model. Opis w środku i rysunki montażowe są wystarczająco jasne i czytelne. No dobrze, jak się sklejało?

 

 


Szczerze pisząc po ćwierć wieku niezbyt dokładnie to pamiętam, ale co najmniej  cztery zalety tego wydania mogę z czystym sumieniem wymienić. Pierwsza: w miarę ładne kolory. Trochę jednak dziwi brak polskiej, biało-czerwonej szachownicy, choćby na stateczniku pionowym (a na okładce ja widać). Dziwi też oryginalna rezerwa koloru na obrębie arkuszy 1 i 2. Projektant mógł ciaśniej upchnąć części i w miejsce tej rezerwy wrzucić dodatkowe elementy. Choćby te, które trzeba sobie skopiować, o czym później. Druga zaleta to przyzwoity, biały, niepopękany karton co w przypadku „Małego Modelarza” tamtego okresu nie było wcale oczywiste. Trzecia zaleta to prostota modelu co czyni go potencjalnie dobrym projektem dla początkujących. I wreszcie czwarta: pamiętam, że kadłub, silniki, stateczniki i skrzydła pasowały. Pomimo, że wycinałem wówczas części koszmarnie niedokładnie – uświadomiłem to sobie oglądając wyjęty z kadłuba dźwigar skrzydła (zdjęcie poniżej) to jakoś to wszystko się do kupy skleiło i nie było widać rażących dziur w kadłubie czy gdziekolwiek. Pewnie to sprawiło, że żal mi było ten wrak z dzieciństwa wyrzucić.

 

Moja "precyzja" wycinania części..

 

Tyle zalet. A wady? Po pierwsze te uproszczenia dla doświadczonych modelarzy będą wadą. Z drugiej strony mogą oni sięgnąć do modeli Irydy z innych wydawnictw, które wydane zostały później i są dużo bardziej skomplikowane. Wadą jest też konieczność powielania niektórych części we własnym zakresie.  Chodzi tu o szkielet kadłuba, silników i skrzydeł, pociski powietrze – powietrze i belki do podwieszania uzbrojenia. Prosto jest te elementy skopiować, ale jest to jednak zabieg rzadko stosowany w wydawnictwie i trochę zniechęcający.

 

Stan modelu przed remontem

 

Gdy zabrałem się do restauracji wraku mojej Irydy model był w częściach. Niestety, pozostałych części nie znalazłem więc to, co nie skleiłem musiałem sobie wydrukować ze skanów. Stąd na przykład żółty kolor osłony kabiny różni się od żółtego na kadłubie. Drukarka nie potrafiła dobrać właściwego koloru. Wydrukowałem osłonę kabiny wraz ze „szkłem”, belki do podwieszania uzbrojenia, element kadłuba z tyłu i na dziobie. Złożyłem wszystko razem, tu i ówdzie pomalowałem i podkleiłem to, co się rozpadało. W dzieciństwie retusz wykonywałem przeciągając czarnym flamastrem po białej krawędzi kartonu, co po 20 latach sprawiło, że czarny zmienił się w czerwony. Gdzie się dało – zaretuszowałem z powrotem na czarno. Wykonałem elementy z drutu na skrzydłach i stateczniku. Nie chciałem zbyt dokładnie rzeźbić w tym modelu, do którego miałem co prawda sentyment, ale który nie rokował, że będzie zachwycał. Trzeba było po prostu skończyć, jak najmniejszym nakładem sił. Jedynym elementem, który delikatnie ulepszyłem były „ruskie Sidewinder’y” - radzieckie pociski powietrze-powietrze krótkiego zasięgu R-60. Zrobiłem im głowicę z masy plastycznej i dorobiłem nieuwzględnione w projekcie dodatkowe, małe stateczniki, te na samym przodzie. Całość pomalowałem farbami.


Gotowy model zaciągnąłem lakierem akrylowym. Wyszedł jak wyszedł: szału nie robi, ale ważne, że nie leży w śmietniku, ale jest skończony. Po ćwierć wieku.

 


 






piątek, 16 września 2022

SUP-er sport. Zapasy z wodą na chybotliwej desce

W jednym z wpisów podsumowujących miniony rok pisałem, że zastanawiam się nad kupnem kajaka. Myśl taka nachodziła mnie zwłaszcza po ukończeniu kajakowego ultramaratonu Lubartów – Kośmin na 100 km [RELACJA]. Kajak jest jednak kłopotliwy logistycznie, stąd ostatecznie do jego zakupu nie doszło.

Okuninka, Jezioro Białe

W te wakacje, będąc z rodziną nad Jeziorem Białym w Okunince spróbowałem zabawy na SUP-ie. Cóż to za dziwo? SUP - Stand Up Paddling – czyli wiosłowanie na stojąco. Deska jest dmuchana, można ją po złożeniu schować do plecaka ważącego z całym osprzętem kilkanaście kg. To dużo wygodniejsze, niż kombinowanie z dowiezieniem a potem zwiezieniem kajaka. Poczytałem trochę na forach, pooglądałem filmy na YT, i zdecydowałem o zakupie. Wiedząc o swoim zacięciu sportowo- wyzwaniowym poszedłem od razu w budżetowego touringa od Hydroforce, nie bawiąc się w bezpiecznego i spokojnego allrounda. Deska przyszła, poleżała napompowana w domu przez dwa dni dla sprawdzenia, czy nie schodzi z niej powietrze. Przyszła też obligatoryjna kamizelka. Teraz trzeba było po raz pierwszy zwodować sprzęt i zobaczyć, jak się zachowuje na wodzie.

KRZNA – 20 km Porosiuki – Woskrzenice

Pierwsze, gdzie najłatwiej było SUP-a wypróbować, to rzeka Krzna przepływająca przez Białą Podlaską. Szczęśliwie kilka dni wcześniej popadało, wzrósł poziom wody i przykrył wystające ponad powierzchnię zielska. Widok z mostu w Białej zapowiadał, że powinno się fajnie płynąć. Rzeczka, nie za duża, nie za mała – w sam raz na pierwszy raz. W oparciu o Google Maps zdecydowałem, że zacznę w Porosiukach, wiosce kilka kilometrów powyżej Białej Podlaskiej, popłynę przez Białą pod kilkoma mostami i skończę albo na tamie w Czosnówce, albo w Woskrzenicach, przy moście tuż za ujściem Zielawy do Krzny. Miejsce dobre do zejścia bo to przy ruchliwej trasie E30 na Terespol - łatwo tam o busa do Białej albo o taksówkę. Pogoda była piękna, około 28 stopni. Nic tylko płynąć.



Dojazd, rozłożenie i pompowanie deski poszło sprawnie. Trzeba się trochę namachać pompką aby nabić kadłub do ciśnienia 15 PSI, ale to jakieś 10 minut dymania. Da się przeżyć, choć jak ktoś kupi pompkę elektryczną (są w Decathlonie za ponad 200 zł) to będzie miał jeszcze łatwiej. Miejscowe, kąpiące się dzieciaki zrobiły mi kilka zdjęć i rozpocząłem wyprawę.

W Porosiukach

Jak się stało? Na początku niepewnie i chybotliwie. Prąd nie był wartki, raczej spokojny; wiatr wiał od przodu i czasami hamował. Płynąłem spokojnie obserwując wodę i brzegi. Woda na odcinku Porosiuki - Biała jest dosyć płytka i czysta. Zwykle widać było roślinki, piaszczyste dno i „taaaakie” ryby. Pisząc „taaaakie” mam na myśli ryby długości ze 30-40 cm. Tak przynajmniej wyglądały. Zauważyłem, że stojąc widać więcej: i tego co się dzieje w wodzie, bo niebo nie odbija się tak w wodzie jak z pozycji siedzącej w kajaku, i tego co się dzieje na brzegu bo głowę mamy wyżej stojąc. Minus w porównaniu do kajaka jest taki, że mięśnie – przynajmniej u początkującego – są cały czas napięte, bo trzeba trzymać równowagę. Tu łatwo o niezaplanowanego nurka do wody w przeciwieństwie do kajaka, gdzie trzeba się mocno starać o wywrotkę.

W Białej, na dzikim kąpielisku przy wygiętym mostku zrobiłem sobie przerwę na picie i odpoczynek, dałem też spróbować popływać miejscowemu chłopakowi na tym, jak mówił, „dziwnym kajaku”. Potem w drogę dalej, nieśpiesznie i ostrożnie. Gdy chciałem odpocząć, zrobić zdjęcie lub napić się wody – dla bezpieczeństwa siadałem. To samo robiłem płynąc pod mostami. Były to jedyne niebezpieczne miejsca na trasie gdyż tam właśnie widać było tuż pod powierzchnią stare, drewniane pale mostowe. Tym razem nie nadziałem się na żaden, ale trzeba być czujnym. 


SUP na Krznie

W dole poza Białą, na wysokości Czosnówki i niżej, charakter rzeki się zmienia. Jest ona głębsza, już zwykle nie widać dna, za tamą w Czosnówce jest odcinek zarośnięty; także brzegi porośnięte są 2 metrowymi trzcinami. Generalnie nie jest tu już tak przyjemnie. Bardziej dziko. Wszelkie mosty, mostki i jazy pokonywałem bez wychodzenia na brzeg – jeśli coś było nad taflą wody to na tyle wysoko, że kładąc się na desce mogłem pod tym przepłynąć. Po jakichś dwóch godzinach czułem, że drętwieją mi pięty od ciągłego stania w napięciu stąd starałem się ruszać i od czasu do czasu siadać.

W końcu, po 4 godzinach od wypłynięcia ujrzałem most w Wostrzenicach przy E30 i ujście Zielawy. Widok ten oznaczał koniec zaplanowanej trasy.

- płynę już 20 kilometrów i ani razu się jeszcze nie skąpałem. Chyba mam do tego talent – pomyślałem.

I wtedy właśnie się skąpałem. Chwila zamyślenia i byłem w wodzie. Na szczęście tylko po pas. Pod nogami wyczułem nieprzyjemny muł i zielska.

Do Białej wróciłem taksówką choć można było busem, z przystanku naprzeciwko hotelu LOTOS. Po zostawieniu plecaka z SUP-em pozostało jedynie pobiec 7 km po samochód zostawiony w Porosiukach. Ta sobota minęła mi bardzo sportowo: biegowo i wiosłowo.

Uściwierz – jezioro na pojezierzu łęczyńsko – włodawskim 6 km


Uściwierz

Następnego dnia, w niedzielę, wybrałem się nad jezioro Uściwierz, gdzie już rezydował mój brat. Tu znowu pompowanie, składanie i popołudniem zejście z drewnianego pomostu na wodę. Jezioro jest wybitnie wędkarskie, prawie całe zarośnięte dookoła trzcinami. Pogoda piękna, znowu 28 stopni, bezwietrznie. Zrobiłem nieśpieszną rundkę dookoła, po drodze schodząc ze 3 razy do wody aby się schłodzić i poćwiczyć wchodzenie na SUP-a z głębokiej wody. Widoki na czyste dno, podwodne łąki - ładne. Chyba muszę coś więcej poczytać o wodnej florze aby wiedzieć, co oglądam. Znam jedynie moczarkę kanadyjską. Znowu się zagapiłem, straciłem równowagę i znowu wpadłem do wody nieintencjonalnie. Taki los początkującego. Kończąc pętlę musiałem bardzo uważać, aby znaleźć miejsce, z którego zacząłem i gdzie jest wyjście na brzeg wśród trzcin. Myślałem że znajdę je bez trudu a tymczasem je przegapiłem i popłynąłem ze 200 m za daleko. Trzeba było wracać. Znowu fajny SUP-er dzień.


Okuninka – Jezioro Białe – 4 km

Kolejnym celem miał być dłuższy spływ Krzną, tym razem z Międzyrzeca. Niestety, po dojechaniu na miejsce okazało się, że na tym odcinku rzeka jest mocno porośnięta zielskiem. Przy tak niskim stanie wody spływ byłby bardzo trudny, o ile w ogóle wykonalny. 

Krzna w Międzyrzecu

Odpuściłem na razie Krznę a że byłem następnego dnia umówiony na nurka w Jeziorze Białym to pomyślałem, że po nurkowaniu zrobię jeszcze rundkę SUP-em dookoła jeziora.

Upały się skończyły, noce stały się zimne; perspektywa chlupnięcia do wody bez pianki – a akurat pianki nie ubrałem – nie wyglądała zachęcająco. Postanowiłem bardziej uważać, czemu sprzyjała spokojna, jeziorna woda, tylko od czasu do czasu wzruszana falami przez motorówkę WOPR. Wycieczka okazała się przyjemna: spokojne płynięcie wzdłuż plaż (stanowią ponad połowę brzegu) i pomoc starszemu państwu na pomoście z wyciągnięciem foliowego woreczka, który wpadł im do wody. Trochę poprzeszkadzałem zaczajonym w trzcinach wędkarzom. Wróciłem do miejsca startu i tym razem udało mi się nie skąpać. Dałem jeszcze spróbować poznanej na nurkowaniu koleżance, jak się na tym pływa.


Znowu było fajnie i w myślach snułem już kolejne wyprawy, coraz dłuższe, bardziej turystyczne i bardziej wyzwaniowe. Na wschodzie Polski jest jeszcze kilka potencjalnie fajnych rzek, a to rzeki wydają mi się SUP-owo ciekawsze, niż kręcenie się w koło Macieju po jeziorze. Niestety, planowanie raptownie przerwał mój upadek z drabiny, tak niefortunny, że zakończony złamaniem przedramienia. Siedzę w domu klepiąc w klawiaturę jedną ręką świadom, że ten sezon mam już z głowy. Mam nadzieję, że wrócę do jako-takiej sprawności i w przyszłym roku jeszcze popływam.



sobota, 12 lutego 2022

Katedra Notre Dame – prosty model kartonowy


Na forum modelarskim trafiłem na informację o dostępnych bezpłatnie modelach kartonowych CANON Papercraft. Zajrzałem i znalazłem tam proste kartonówki, do pobrania w formacie PDF i samodzielnego wydrukowania wraz z instrukcją. Oczywiście po angielsku. Interesujące dla nauczyciela historii wydają się zwłaszcza budowle. Strona oferuje ciekawe budynki, w tym najbardziej znane symbole epok i miast.

Mój wybór padł na model katedry Notre Dame (Nasza Pani) – drugiego po Wieży Eiffla symbolu Paryża. Budowano ją przez 180 lat, od 1163 do 1345 roku. Ma pięć naw i reprezentuje styl gotycki. Budowla była przez wieki targana przez zawieruchy wojenne i polityczne. Wiosną 2019 roku spłonął jej dach i umieszczona na skrzyżowaniu nawy głównej i transeptu szpiczasta wieżyczka. W ubiegłym roku katedrę zobaczyć można było przez chwilę na dużym ekranie – pojawia się w dobrym filmie Ridleya Scotta pt. „Ostatni pojedynek”. Obecnie trwają prace nad jej odbudową.

Sam model zaprojektowany został przez S.Umekawę. Pewnie jakiś Japończyk – oni jak wiadomo mają podobnie jak Polacy – duży pociąg do gięcia papieru. Trudność modelu oceniona jest na 4 w pięciostopniowej skali. Szacowany czas składania: „więcej niż 3 godziny”. 60 części mieści się na 8 stronach A4, ale nie są jakoś upchane. Nie ma tam drobnicy jak czasem w bardziej rozbudowanych „Małych Modelarzach”. Dwie ostatnie strony to podkładka, na której stoi budowla.

Instrukcję wydrukowałem na zwykłych kartkach, karty z częściami w punkcie xero na uczelni. Nie pamiętam gramatury papieru. W trakcie sklejania miałem problem z ciut zbyt dużą jego grubością. Przy małych częściach, na szczęście nielicznych, był problem z ich kształtowaniem.

Drugą niemiłą niespodzianką było pękanie nadruku i w konsekwencji uwidacznianie białego kartonu już przy zgięciu go o 90 stopni. Widać farba kolorowego xero nie wnikała tak głęboko w tworzywo i nie można go sobie giąć do woli tak jak w oryginalnych, fabrycznych wydrukach modeli kartonowych. Tam, gdzie druk mi pękał musiałem retuszować farbkami bądź kredkami.

Model skleiłem i jestem z efektu w miarę zadowolony. Nie wiem niestety, w jakiej jest skali, dokumentacja zdaje się tego nie podaje. Zaletami kartonowej katedry od CANON są:


-    ładna, dokładna grafika
-    prostota, model dobry dla początkujących
-    jasna instrukcja
-    dostępny za darmo w Internecie
-    całość ładnie się prezentuje po sklejeniu

Model ma też wady, albo przynajmniej elementy, na które trzeba uważać. Mi się niestety nie udało skleić go bezbłędnie. Na pewno pamiętać trzeba, że jest to konstrukcja bezszkieletowa a zatem cały czas należy pilnować, aby nam się ściany nie zwichrowały. Myślałem w trakcie sklejania, czy nie zrobić samemu szkieletu, ale ostatecznie odpuściłem.

Gdzie należy uważać sklejając, gdzie są „miny”? Pierwsza to zewnętrzny, ten wyższy, daszek „skarbca” – budynku dobudowanego z prawej strony – jest zbyt szeroki i nie mieści się wewnątrz murów. Trzeba go po bokach odpowiednio zmniejszyć. Niestety, ja go przyciąłem też z przodu przez co daszek jest zbyt pochylony. Druga „mina” – przypory w części przy prezbiterium – sklejka łącząca przyporę ze ścianą w górnej części wypada o dobre kilka milimetrów za nisko. Przypuszczam, że jest to tak jak w przypadku daszka skarbca – błąd projektanta. Powinienem był odciąć te sklejki u góry i przykleić przyporę „na styk” – nie zrobiłem tego. Mój błąd.

Model ma szereg sklejek, za dużo moim zdaniem. Wiele z nich uciąłem. Projektant prawie nie zakładał klejenia „na styk” – wszędzie sklejki. My śmiało możemy połowę z nich usunąć, wedle uznania. Uważać trzeba na zamocowanie wieżyczki na środku dachu – trudno ją spasować, aby ściśle przylegała i do dachu nawy głównej i do krzyżującego się z nim  dachu transeptu.


Najbardziej męczące były przypory bo było ich sporo i należało po wycięciu wyretuszować ich krawędzie. Od siebie dodałem drzewka zrobione z drutu, masy plastycznej i gąbki, aby trochę ubogacić teren wokół budynku.

Model jest łatwy – jeśli ktoś ma dojście do dobrej, kolorowej drukarki to może być to ciekawa propozycja na kilka godzin pracy dla samodzielnych początkujących albo np. dla ojca z synem. Oczywiście nie musi być katedra - na stronie są też zamki czy ciekawe, japońskie budynki.








Katedra Notre Dame w realu

sobota, 29 stycznia 2022

Podsumowanie roku 2021 – Książki. Literatura rosyjska.

Trafiło mi się w tym roku sporo rzeczy rosyjskich. Było „Metro 2033” Głuchowskiego, ale większość to klasyka: „Wojna i pokój” Tołstoja, „Ojcowie i dzieci” Turgieniewa oraz „Dyrektor pod kanapą i inne opowiadania” Czechowa.
 
Władimir Bogin jako Bazarow. Kadrr z filmu "Ojcowie i dzieci"

O Głuchowskim i Czechowie pisać za dużo nie będę. „Metro 2033” jest średnio dobre – ciekawy, oryginalny pomysł, wszechobecna tajemniczość i wciągająca opowieść drogi. Zalety są jednak równoważone przez wady: dłużyzny, niezbyt przekonująco zbudowany świat (np. stacja metra jest zbyt mała, aby stanowić autarkię) i kontrowersyjne przedstawienie zwolenników ideologii, która w XX wieku najskuteczniej wysyłała duszyczki na tamten świat jako trochę zwariowanych, ale w sumie poczciwców. Z drugiej strony może niepotrzebnie się czepiam – to w końcu fantastyka. Na pewno, jak na debiut napisany przez 18-latka rzecz imponuje i jest bardzo dobra, ale jest też dużo rzeczy lepszych.

Czechow w literackich miniaturach kulturalnie maluje psychologiczny obraz społeczeństwa rosyjskiego swojej epoki (końcówka XIX wieku). Robi to z humorem a przygody, które przeżywają bohaterowie oraz ich ułomności są typowo ludzkie. Dzieją się w Rosji, ale równie dobrze mogłyby się dziać na ziemiach polskich czy gdziekolwiek i kiedykolwiek na świecie. Wszak natura ludzka jest wszędzie podobna. Ładnie wydany audiobook w cepeliowym digipaku od Biblioteki Akustycznej mnie nie zachwycił dlatego, że tak krótka forma – opowiadanie trwa przeciętnie 15 minut – nie daje czasu na głębsze przyciągnięcie uwagi słuchacza. W mojej ocenie to się niezbyt nadaje na audiobooka. Nie raz zdarzało mi się, że słuchając odpływałem i myślałem o czymś zupełnie innym. Owszem - te opowiadania mogą być fajne, ale jako książka czytana do poduszki, po jednym opowiadaniu na jeden wieczór.

Treść jednego z zabawniejszych opowiadań p.t. „Zagadkowa natura” jest mniej więcej taka. Pani skarży się pisarzowi. – Oj, jaka ja biedna, jaka nieszczęśliwa, jestem męczennicą w stylu Dostojewskiego.... Zostałam młodo wydana za mąż za bogatego staruszka, starego generała. Taki był obrzydliwy... Teraz zmarł, w końcu mogę być z tym wyśnionym, młodym, ukochanym (w domyśle też: niezbyt majętnym).... Oj, ja nieszczęśliwa.... I tak biadoli. – To dlaczego pani teraz nieszczęśliwa, jak może mieć upragnione szczęście z tym prawdziwie kochanym? Dopytuje się nic nie rozumiejący literat.  – Bo pojawił się na horyzoncie drugi bogaty staruszek.... – odpowiada smutna wdowa.


Lew Tołstoj – Wojna i pokój (Storybox.pl)


Książkowa kobyła, rosyjska epopeja narodowa w czterech tomach; taka „Trylogia” tylko że dla Rosjan. Sienkiewiczowską „Trylogię” lubię i szanuję [LINK do recenzji audiobooka], dlatego bardzo chciałem porównać naszą epopeję narodową, z tym co mają u siebie Rosjanie. 


Audiobook jest bardzo ładnie wydany przez Storybox, w eleganckim, poczwórnym digipaku, w którym znajdziemy cztery płyty CD. Okładka i opis słusznie sugeruje romansidło historyczne. „To jedna z najlepszych powieści wszechczasów” – trąbi bez cienia skromności reklama z tyłu opakowania. Treść w wersji audio to 55 godzin i 41 minut słuchania. Lektor – Marcin Popczyński znany mi z wielu innych audiobooków - czyta dobrze.

Treść przedstawia dzieje arystokracji rosyjskiej w epoce napoleońskiej: Od bitwy trzech cesarzy pod Austerlitz w 1805 roku, gdzie m.in. Rosjanie dostali łomot, po czas rosyjskich zwycięstw i klęsk Napoleona w 1812 roku. Z punktu widzenia Rosjan: od narodowej smuty, do glorii i chwały. Główne postacie to Andrzej Bołkoński, Piotr Bezuchow, i Natasza Rostow. Dzieje wojenne czy historia militarna są w powieści dużo bardziej drugoplanowe, niż w polskiej „Trylogii”. Tołstojowa epopeja w dużo większym stopniu skupia się na wątkach rodzinnych, przede wszystkim miłostkach wśród rosyjskiej elity tego czasu. Dużo mniejsze mają znaczenie i rzadziej występują postacie z niższych warstw społecznych. W „Trylogii” mamy masę drobnej szlachty – możni też są, ale pełnią rolę drugoplanową. Wyraźne różnice są też pod względem humoru – u Tołstoja jest z tym ubogo; u Sienkiewicza jest przemyślny a rubaszny Zagłoba, niewiele mniej śmieszni pół-zbóje Kiemlicze i kombinator Rzędzian.

Po przesłuchaniu uznałem, że nasza „Trylogia” jest dużo przyjemniejsza w odbiorze, niż rosyjska „Wojna i pokój”. Sienkiewicz zwyczajnie dużo lepiej się zestarzał. Oczywiście „Wojna i pokój” ma też szereg ciekawych wątków a nawet przesłania aktualne do dziś. Jest na przykład młody oficer, który gotów jest pozostawić rodzinę, aby bohatersko walczyć za ojczyznę. Zaślepia go żądza zaszczytów, sławy, poklasku u bliźnich. Jest młoda, piękna i niedoświadczona panna z prowincji, która daje się omotać cynicznemu bawidamkowi zaliczającemu najlepsze partie w mieście i później gorzko tego żałuje. W innym miejscu mamy człowieka  poszukującego sensu życia, który poznaje przedstawiciela masonerii i ten mu zaleca lekturę Tomasza A’Kempis. Mason jako gorliwy chrześcijanin polecający jedną z najpoczytniejszych w historii lektur teologii chrześcijańskiej? Dobre sobie – powiedzielibyśmy dzisiaj. Wspomnianemu bohaterowi epizod masoński wśród rosyjskich elit nie posłużył. Prawdziwe chrześcijaństwo pokazał mu ostatecznie nie masoński mędrzec, lecz Płaton Karatajew - przypadkowy towarzysz poznany w niewoli u Francuzów. Prosty więzień ze społecznych nizin, mający u swojego boku kochanego psa. Bardzo ładna, wzruszająca historia. W ogóle jest w książce kilka miejsc takich, gdzie wrażliwcy mogą sobie popłakać, jak chcą.

Tołstoj nie był takim nacjonalistą rosyjskim jak Dostojewski, a przynajmniej nie widać tego w jego najbardziej znanej powieści. Rosyjski duch domagający się obrony swoich jednak daje o sobie znać. Przegrana pod Austerlitz to w świetle książki przede wszystkim wina Niemców bo oni opracowali plan bitwy. W paru miejscach da się też odczuć niechęć autora do zbyt dużej liczby niemieckich oficerów w armii cara. Polacy? Mają u Tołstoja z pewnością dużo lepszą markę, niż u autora „Zbrodni i kary. Występują w kontekście złym – na przykład jako zdrajcy, którzy jeszcze niedawno korzyli się przed carem a gdy przyszedł Napoleon to stanęli po jego stronie i w iście berserkerskim amoku rzucają się do ataku przez głębiny rzeki. W innym miejscu kontekst jest neutralny lub pozytywny: wspominany jest na przykład polski książę Adam Jerzy Czartoryski pełniący u cara funkcję ministra spraw zagranicznych. Jeden z bohaterów będąc w Polsce nauczył się tańczyć modnego Mazura i jest na rosyjskich salonach jednym z czołowych „mazurzystów”. Na kartach przewija się też polski żołnierz, który zdezerterował z armii napoleońskiej, bo tam jego zasługi nie zostały docenione. Przeszedł na stronę Rosjan.

Autor, przedstawiciel XIX-wiecznej arystokracji, pomiędzy historie miłosne dosyć ciekawie wplótł niepokoje ideologiczne swojego czasu. Jedna  głównych postaci konserwatywnie hołduje na przykład staremu porządkowi: car, ojczyzna, bohaterskie walki i tak dalej. Inny z kolei ma duszę reformatora czułego na niedolę warstw niższych: przestrzega przed zbliżającą się rewolucją i nawołuje do reform społecznych, dopóki nie jest za późno. Im bliżej końca tym więcej znajdziemy rozważań historiozoficznych. Autor usiłuje dociec, jaki czynnik determinuje historię narodów. W mojej ocenie dosyć są pokręcone te rozważania Tołstoja i mało przekonujące.

Ogólnie książka jest dosyć ciekawa, choć nie porywająca. Ponad to nie oszukujmy się: trzeba mieć – tak jak ja coś z dziadersa – żeby w XXI wieku interesować się takimi literackimi ramolami. Przypuszczalnie dla olbrzymiej większości czytelników/słuchaczy będzie to zwyczajnie zbyt staroświeckie.


Po przesłuchaniu zainteresowałem się ekranizacjami powieści, których jest kilka. Sięgnąłem najpierw po krótszą, hollywoodzką wersję z lat 50-tych. Audrey Hepburn w roli Nataszy Rostow wygląda rzeczywiście uroczo ale, ale: rosyjskie klimaty a anglosascy aktorzy mówiący po angielsku? Trochę to jakby bluźnierstwo. Prawdopodobnie klimat książki lepiej odda rosyjski serial trwający w sumie aż 8 godzin w reżyserii Siergieja Bondarczuka. W 1968 roku dostał Oscara w kategorii najlepszy film obcojęzyczny. Można go obejrzeć na VOD.TVP – niestety wersja z lektorem, a wolałbym jedynie z polskimi napisami*.

Dopisane 16 lutego b.r.: Film leciał ostatnio w soboty o 20:00 na TVP Historia. 4 odcinki. Oglądałem ostatnie trzy, rzeczywiście rosyjska wersja jest dużo lepsza, niż hollywoodzka. 

--------------

Wybrane cytaty

[Napoleon - P.P.] "Rozmawiał z Bałakowem tak swobodnie, jak gdyby ten należał do jego najbliższego otoczenia; pochwalał jego plany i zamiary, ciesząc się całem sercem jego powodzeniem. Między innemi zaczepił i o Moskwę w rozmowie. Wypytywał się szczegółowo o to miasto wspaniałe, niby zagorzały turysta, który chce zasięgnąć dokładnych wiadomości o kraju dotąd mu nieznanym. Był znowu najmocniej przekonany, że Bałakowowi słuchającemu go, powinno to pochlebić niesłychanie jako Moskalowi, że tak wielki człowiek, raczy interesować się jego krajem barbarzyńskim.

— Ile w Moskwie jest mieszkańców? Ile posiada domów, a ile cerkwi? Czy na prawdę nazywają gród ten „Miastem świętem?“ — badał i badał nieustannie. Gdy mu Bałakow odpowiedział, że jest w Moskwie przeszło dwieście cerkwi, wykrzyknął:
— Na cóż aż tyle?
— Rosjanie są bardzo nabożni — odrzucił Bałakow.
— Jest to jednak cechą niezawodną — zauważył Napoleon zwracając się do Caulaicourt’a — cywilizacji zacofanej i w kolebce zaledwie, jeżeli w jakiem mieście budują tak wielką liczbę kościołów.
Bałakow ośmielił się, mimo całego uszanowania, wystąpić z zdaniem przeciwnem:
— Co kraj, to obyczaj — rzekł w końcu.
— Być może, przyznaj atoli jenerale, że nic podobnego nie spotyka się w całej Europie — Napoleon nie dał za wygranę.
— Wasza cesarska mość raczy mi przebaczyć, ale po za Rosją, mamy jeszcze Hiszpanją, gdzie ilość kościołów i klasztorów jest tak samo niezliczoną.

Ta odpowiedź, która wywołała wielkie wrażenie na dworze cara, o czem Bałakow dowiedział się później, przypominając świeżą porażkę Francuzów w Hiszpanji, przeszła niepostrzeżenie u stołu Napoleona."


[...]

„Nie tylko po owym dniu nieszczęsnym pisał donosząc Paryżowi: „Że pole bitwy przedstawiało się wspaniale!“... Dla czego to pisał? Bo na placu leżało pokotem pięćdziesiąt tysięcy trupów! Jeszcze na wyspie św. Heleny, gdzie spędzał dni całe na opisywaniu swoich czynów, dyktował podobne ustępy:
„Wojna z Rosją powinnaby była stać się najpopularniejszą za naszych czasów. Była to walka zdrowego rozumu, mająca na celu interes ogółu. Miała osiągnąć wypoczynek i bezpieczeństwo niczem nie zamącone dla wszystkich. Wojna to była czysto pokojowa i zachowawcza“. 

„Dla dziejów świata, była ona końcem hazardów niebezpiecznych, a początkiem ogólnego spokoju. Miał się rozwinąć dla świata nowy horyzont, miały zajaśnieć nowe obrazy dobrobytu i pomyślności dla wszystkich narodów. System równowagi europejskiej był w życie wprowadzony; teraz rozchodziło się o to jedynie, żeby go umocnić i należycie zorganizować“.

 „Zadowolony z rezultatu i spokojny na wszystkich punktach, byłbym i ja potrafił stworzyć mój własny Kongres, i moje własne Trójprzymierze. Pomysły te mnie ukradziono. W tem zebraniu potężnem samych monarchów, bylibyśmy roztrząsali nasze wspólne sprawy, jakby w jednej rodzinie, narzucając prawa dowolnie naszym poddanym“.
„Tym sposobem Europa przedstawiałaby była wkrótce jakby jeden naród. Każdy podróżując, czułby się wszędzie jak u siebie, w jednej wielkiej wspólnej ojczyźnie. Byłbym zażądał dla wszystkich wolnej żeglugi po morzach i spławnych rzekach, i zmniejszenia ilości wojska do minimum; tyle tylko, ile byłoby potrzeba na gwardję przyboczną dla każdego z monarchów“.
„Z powrotem do Francji, na łonie mojej ojczyzny, którą byłbym zrobił wielką, silną, wspaniałą, spokojną i pełną chwały niespożytej, byłbym się postarał o zapewnienie jej granic na wieki. Każdą wojnę w przyszłości, byłbym ogłosił jako czysto odporną. Wszelką chęć nowych podbojów, byłbym napiętnował mianem wojny rozbójniczej przeciwnej prawom międzynarodowym. Byłbym zwolna wcielał syna mego w interesa i sprawy Cesarstwa. Moja dyktatura byłaby się skończyła, a byłoby się zaczęło jego panowanie konstytucyjne“.

[...]

On kat i morderca narodów; przeznaczony najfatalniej przez Opatrzność do tej roli ohydnej, wysilał się aby dowieść czarno na białem, że jego celem jedynym było dobro ludzkości; że mógł kierować dowolnie milionami istot stworzonych na podobieństwo Boga, i narzucać im samowładnie swoje dobrodziejstwa!


Iwan Turgieniew – Ojcowie i dzieci (Biblioteka Akustyczna)

Turgiewniew – podobno pierwszy w wielkich psychologów literatury rosyjskiej XIX wieku. Audiobook niezbyt długi, 9 godzin i 9 minut, ładnie wydany tak jak Czechow w serii Kolekcja Arcydzieł Literatury Światowej. Czyta bardzo dobry lektor – Janusz Zadura.

Treść dotyczy konfliktu pokoleń. Młodzi synowie szlacheccy: Jewgienij Bazarow i Arkasza Kirsanow wyjechali ze wsi na nauki do wielkiego miasta, potem wracają do domów, do swoich rodzin i ho, ho! – jacy mądrzy. Rodzina ze zdumieniem odkrywa, że duże miasto zamiast ich rozwinąć i nauczyć kultury – pomieszało w głowach i kultury oduczyło. Czołową postacią książki jest nihilista Bazarow. Jest bardzo postępowy i wysoko nosi głowę, choć jego przodkowie jeszcze niedawno orali pole. Odrzuca tradycję, autorytety, religię; śmieje się z Puszkina, mistrzowie renesansowego malarstwa są w jego oczach niewiele warci. Wierzy w naukę i swoje eksperymenty. Takiego właśnie Bazarowa stworzyło nie tylko duże miasto, ale i nadopiekuńczy rodzice, którzy chuchali-dmuchali na swojego jedynaka. Ich w tej książce najbardziej żal. Zwłaszcza matki, poczciwej Ariny.

Łatwo przewidzieć czym się kończy taka postawa młodych chłopców, gdy zaprezentują swoje poglądy przy rodzinnym obiedzie. Arkasza zapatrzony w twardego niczym skała i kipiącego wewnętrznym gniewem Bazarowa nie jest jednak do końca zaczadzony nihilizmem i ostatecznie wychodzi na ludzi.

Książka bardzo aktualna i jednak optymistyczna. Turgieniew pokazał, że gdy będąc młodymi i głupimi zapatrzymy się w jakieś nowe, postępowe, może teoretycznie piękne idee, to i tak zostaną one sprawdzone w ogniu życia. Ideolodzy mogą wymyślać i wypisywać wszelkie cuda, a i tak przegrają z ludzką naturą – jeśli te idee nie są z nią zgodne. Martwmy się zatem umiarkowanie widząc młodych ludzi skandujących na ulicach czy w mediach dziwne hasła - natura ludzka prędzej czy później to wszystko zweryfikuje. Aby tylko ofiar było jak najmniej.

Powieść została zekranizowana kilkukrotnie przez Rosjan. Obejrzałem na rosyjskim You Tube czteroodcinkowy serial rosyjski z 1983 roku w reżyserii Nikiforowa, oczywiście z rosyjskimi aktorami i bez tłumaczenia. Bez fajerwerków wizualnych, aktorzy z niezbyt wybielonymi zębami, dworek, w którym grane są sceny trochę zrujnowany. Stare, surowe kino, ale dobrze oddaje treść książki. Władimir Bogin świetnie zagrał w nim Bazarowa a Natalia Daniłowa błyszczy urodą jako Odincowa.


Polecam

"Ojcowie i dzieci" - Natalia Daniłowa jako Anna Odincowa

niedziela, 16 stycznia 2022

Podsumowanie roku 2021 – książki. Tyrmand i Davies

 23 – tyle przeczytałem w tym roku. Plus 2 opowiadania. Opowiadań zwykle nie wymieniam, tak jak miesięczników czy kwartalników, które mogą być objętości książki, a które mam zwyczaj czytać „od deski do deski”, ale te akurat opowiadania były niezłe, więc warto o nich wspomnieć. Liczba książek w tym roku jest znacznie mniejsza wobec 40 przeczytanych/przesłuchanych w 2020 roku. Przyczyny były dwie:  raz, że trenuję mniej a w konsekwencji mam mniej okazji do słuchania audiobooków. Dwa, że władowałem się w tym roku w opasłe tomiszcza klasyki. Były to książki długie i często ciężkie, nie pochłaniające bez reszty tak, jak potrafią lekkie kryminały czy thrillery szpiegowskie. Stąd słuchało się ich ciężej, choć nie mówię, że nie było warto. Co bym z tego polecił?

Leopold Tyrmand – Zły (Storybox, b.r.)

Podobno najpoczytniejszy polski kryminał czasów PRL-u i po przesłuchaniu muszę przyznać, że rzeczywiście znakomity. Dla mnie najlepsza rzecz z tegorocznych rzeczy lekkich i fikcyjnych. Trwa 38 godzin i 29 minut. W papierze około 600 stron. Wersja audio to w miarę ładny digipack z dwoma CD wewnątrz. Lektorem jest Adam Ferency; czyta dobrze, ale nie rewelacyjnie. Momentami audiobook przybiera formę słuchowiska: jako tło dodane są dźwięki miasta. Dodaje to trochę klimatu, ale wstawi te są zbyt rzadkie, aby jakoś zaważyły na całości.


Treść to historia gangsterska dziejąca się w Warszawie w latach 50-tych. Jest grupa przestępcza i tajemniczy „Zły”, który się z nią rozprawia. Wydawało by się ot - 1001 przykład lubianego przez małych i dużych chłopców mitu o superbohaterze wymierzającym sprawiedliwość złu. Co w tym nadzwyczajnego? Wbrew temu, do czego przyzwyczaiła nas współcześniejsza literatura trup nie ściele się gęsto, nie ma scen pojedynków uzbrojonych w broń palną grup jak w Ameryce czasów prohibicji ani makabreski w postaci soczystych opisów, co kto komu zrobił, zanim go zabił. Dominują bijatyki; ludzie owszem giną, ale raczej w wyniku pobić i w wypadkach. To, czym książka zachwyca i wyróżnia się od masy podobnej literatury to piękny, na wpół poetycki język, którym autor opisuje Warszawę – jeszcze pełną ruin. Te bramy Warszawy, ten opis „ciuchów” – bazaru z używaną odzieżą – dla mnie mistrzostwo świata. Tyrmand kochał to miasto i to widać. Kochał też modę i to widać także. Druga rzecz to ciekawe, barwne postacie o intrygujących już nawet samych nazwiskach: ludzie ulicy Ferdynand Kompot i Józef Siupka; Żyd Lowa Zylbersztain i dziennikarski duet: Edwin Kolanko i Jakub Wirus. Bokser Robert Kruszyna, który z ringu przeszedł do gangsterki. Tajemniczy prawie do końca książki „Pan w meloniku” – też świetny. Powieść nie tylko wciąga, ale i wzrusza. Gdy słuchamy spowiedzi „Złego” - łzy cisną się do oczu. Kilka kluczowych postaci jest tajemniczych, prawie do końca. To też intryguje czytelnika i podtrzymuje napięcie. Książka owszem, ma swoje drobne wady: jest na przykład trochę naiwna, no bo jak wyobrazić sobie groźną grupę przestępczą trzęsącą Warszawą, która prawie nie ma broni palnej. W powojennej Warszawie, gdzie reliktów niedawnego konfliktu w postaci pistoletów, karabinów czy wszelakich obrzynów powinno być na pęczki? Niewiarygodne. Niektórzy krytycy twierdzili, że Tyrmand pisze powieści „dla gówniarzy” (Andrzej Kijowski). Co z tego. To jak ze staroświecką literaturą brukową, czy naszym Sienkiewiczem – niektórzy krytycy wylewają pomyje, a czytelnicy wiedzą swoje i walą do księgarń po książki drzwiami i oknami.


Postać samego autora też jest ciekawa. Leopold Tyrmand był polskim pisarzem i dziennikarzem pochodzenia żydowskiego. Ktoś uprzedzony może w związku z tym podchodzić nieufnie bo trudna historia polsko-żydowska pełna wzajemnych oskarżeń, bo dziś niektórzy chciwi Żydzi usiłują obciążyć Polaków odszkodowaniami za straty majątkowe polskich obywateli pochodzenia żydowskiego zabitych w wyniku działań Niemców w czasie II wojny światowej.

 

Leopold Tyrmand w 1947 r.


W tym przypadku nieufność jest bezzasadna gdyż według mojej wiedzy był to człowiek przyzwoity. Wojnę przeżył chytrze uciekając ze wschodnich ziem na roboty do III Rzeszy. W młodości pisywał do komunistycznej gazety „Prawda Komsomolska”. Po wojnie zaczął robić karierę okazując się błyskotliwym dziennikarzem, znawcą i miłośnikiem jazzu, kojarzonym z bikiniarzami modnisiem – eleganckim i noszącym kolorowe skarpetki. Zaczął też pisać książki, i tu odniósł swój sukces największy. Oprócz głównego przeboju – kryminału „Zły” napisał też podobno bardzo ciekawy „Dziennik 1954”, oraz niezbyt pochlebny dla polskiej bohemy opis jej życia od kuchni – „Życie towarzyskie i uczuciowe”. U szczytu kariery, będąc grubo po trzydziestce umawiał się z nastoletnią studentką ASP i w końcu się z nią ożenił. Wydawało by się, że Tyrmand to luzak czerpiący z życia pełnymi garściami. W stalinowskiej i ludowej Polsce żyło mu się jednak siermiężnie. Popadał w konflikty z władzą komunistyczną i stał się zdeklarowanym antykomunistą. Przypuszczalnie marzył o odległej Ameryce: krainie kapitalizmu, jazzu, kolorowej mody a przede wszystkim wolności.

W latach 60-tych, ale jeszcze przed zorganizowaną przez polskich komunistów nagonką antysemicką uciekł z PRL-u i osiadł w USA. Tam dostrzegł, że kraj ten mający być wyśnioną, piękną panną z bliska pachnie spoconą pachą i rzadko zmienianą bielizną. Rozkręcająca się akurat lewacka rewolucja z naćpanymi hipisami skandującymi „make love, not war” na pierwszy rzut oka była przeciwieństwem militarystycznego i topornego socjalizmu a’la ZSRR, ale inteligentny Tyrmand musiał wiedzieć, że jedno i drugie z tą samą niechęcią a czasem też nienawiścią traktuje burżuazyjną moralność, tradycyjne wartości wszelkich kultur, zachodnie w szczególności i chce je zwalczać. Zaczął pisać dla magazynu „New Yorker”, ale pismo to zaczęło dryfować w lewo, więc się szybko z konserwatywnym Tyrmandem pożegnano. Autor „Złego” związał się wtedy ze środowiskiem prawicowym w Stanach skupionym wokół Rocford Institute. Zaczął pisywać w „Chronicles of Culture”, gdzie prezentował poglądy antyglobalistyczne i antyimigranckie. W słowach nie przebierał. Kulturę liberalną uważał za formę totalizmu niszczącego naszą cywilizację.  Homoseksualistów nazywał dewiantami. Pogardzał „Washington Post”, Mickiem Jaggerem i współczesnym Hollywood. Wiele z tego, co obserwujemy dziś choćby w Polsce Tyrmand widział pół wieku temu w USA. Pisarz zmarł w 1985 roku na Florydzie na zawał serca. (więcej w biografii Tyrmanda na Culture.pl)

„Los się uśmiecha w 1976 roku, kiedy Tyrmand publikuje w „The American Scholar” artykuł „The Media Shangri-La” („Raj mass-mediów”). Pisarz tam mówił, że media nie służą opisowi rzeczywistości. Poprzez tendencyjny dobór materiałów i wręcz tworzenie faktoidów służą ideologicznej krucjacie, która wiedzie ku ujednoliceniu poglądów, co, oczywiście, zagraża demokracji, bo za demokratyczną fasadą mediów głównego nurtu nie ma demokratycznego ducha.” (cytat za Tygodnik TVP)

„Wynikiem liberalnego upojenia jest gnijąca cywilizacja, zdeprecjonowana kultura, zdezintegrowany człowiek i nihilistyczny etos społeczny". (cytat za Tygodnik TVP)

Norman Davies – Boże igrzysko

Kompletna historia Polski opisana oczami Brytyjczyka. Nagranie dla Związku Niewidomych, czyta Ksawery Jasieński. Poprawnie. Audiobook bardzo długi, około 64 godziny słuchania. W papierze to 2 tomy i około 1200 stron. Kupiłem wersję książkową po przesłuchaniu audiobooka. Synteza Daviesa jest dobra i warta polecenia z kilku powodów. Po pierwsze jest to opis dziejów naszego kraju, który nie jest tak jak inne syntezy – polityko i wojno-centryczny. Brytyjski historyk zaczyna swój opis od przeglądu literatury, podziału chronologicznego, pisze o geografii historycznej, o gospodarce, o dyplomacji, o społeczeństwie, dużo o kulturze. Wojny i polityka też oczywiście są, ale w tym przypadku jest to wszystko dużo bardziej zrównoważone. Brakuje mi tylko opisu życia codziennego a mógłbym tę książkę uznać w miarę kompletną historię Polski.

Druga wartościowa rzecz, to szereg cytatów ze źródeł, którymi autor ilustruje swoją opowieść. Bardzo to uplastycznia narrację; wielu ciekawostek nigdy nie słyszałem i z przyjemnością je sobie wynotowałem.

Trzecia rzecz, która w moich oczach dziełu dodaje wartości to w miarę centrowe spojrzenie na historię z punktu widzenia politycznych bądź ideologicznych przekonań autora. W wywiadzie dla National Geographic Davies mówi:

- Lubię Piłsudskiego i nie lubię Dmowskiego, ale to nie znaczy, że wykluczam Dmowskiego z moich książek. Fakty są święte.

 Autor jest w swoim opisie polskiej historii w miarę uczciwy i za to warto go cenić, bo takich ludzi jest coraz mniej*. Miejscami z kart przebija kosmopolityzm autora; zachwyca się wielokulturowością, ale trzeba pamiętać, że praca powstała jeszcze w latach 70/80 XX w. a zatem przed czasami, gdy po angielskich ulicach biegali ludzie z nożem krzycząc „Allah Akbar”. Mógł zatem głosić te głupoty i nie należy go za to potępiać. Bardzo dużo uwagi autor poświęca w książce polskim Żydom. Przypuszczam, że zależało mu na dobrym przyjęciu książki na Zachodzie, na pozytywnych recenzjach w mediach głównego nurtu, więc o to zadbał.

Na końcu książki znajdziemy uzupełnienia dodawane do kolejnych wydań w latach 80-tych, 90-tych. Zdarzają się w tekście błędy, np. o ile dobrze słyszałem opisując bitwę pod Oliwą autor pisze, że zatopiliśmy 2 szwedzkie okręty. Tymczasem jeden zdobyliśmy, drugi został wysadzony. Z pomnikami Stalina w Polsce też jest chyba jakaś nieścisłość.

To w każdym razie są to tylko drobne rysy na bardzo dobrej książce. Jak najbardziej polecam. Gdy ją czytałem, było mi trochę wstyd, że my Polacy nie potrafiliśmy takiej ładnej historii Polski napisać i musiał to za nas zrobić Brytyjczyk.

Prezydent Bronisław Komorowski nadał Normanowi Daviesowi polskie obywatelstwo i najwyższe polskie odznaczenie – Order Orła Białego.

Norman Davies, wywiad dla dziennik.pl [LINK]

Recenzja "Bożego igrzyska" autorstwa wybitnego polskiego historyka, Stefana Kieniewicza [LINK]

* Miałem w ostatnim czasie okazję poznać starszego pana, który pół życia spędza w Wielkiej Brytanii a pół w Polsce. Opowiadał że chodził w Londynie na wykłady do Daviesa i ten twierdził, że jest marksistą. Nie wiem, nie jestem w stanie tych opowieści zweryfikować. Jest to zupełnie możliwe, gdyż jak autor wyjaśniał w wywiadzie dla Kultury Liberalnej dla Polaków socjalizm kojarzy się z komunistami, a zatem często źle. Dla niego, który był w młodości lewicowcem i socjalistą socjalizm to brytyjska Partia Pracy.

-------------------------

PRÓBKA INTERESUJĄCYCH FRAGMENTÓW KSIĄŻKI

Hieronim Wietor [...] wydrukował także pierwszą książkę pisaną antykwą, w r. 1519 zaś – Chronica Polonorum Macieja Miechowity. Tę ostatnią pozycję potomni przechowywali w pamięci głównie ze względu na fakt, że było to pierwsze drukowane dzieło w Polsce, które zostało wycofane przez cenzurę kościelną, ponieważ zawierało wzmiankę o pewnej damie, która wracając w 1493 r. z pielgrzymki do Rzymu przywiozła do Polski syfilis.
[...]

[Fryderyk II król Prus o rozbiorach Rzeczypospolitej-P.P.] "Carowa Katarzyna i ja jesteśmy zgoła piratami, ale zastanawiam się w jaki sposób królowa – cesarzowa zdołała załatwić to ze swoim spowiednikiem" [Z trojga państw zbójeckich, które dokonały rozbiorów Rzeczypospolitej jedynie Austria cesarzowej Marii Teresy była państwem katolickim. Najbardziej agresywne i chętne do rozbiorów były protestanckie Prusy i prawosławna Rosja - P.P.]

[...]
W czerwcu [1794 – P.P.] tłum wziął sprawę wymiaru sprawiedliwości we własne ręce. Biskupa Massalskiego wraz z księciem Antonim Czetwertyńskim, ambasadorem Karolem Boscampem-Lasopolskim oraz grupą innych członków policji, duchownych, prawników, dworzan i osób podejrzanych o szpiegostwo wywleczono z więziennych cel i zlinczowano na ulicach miasta. Prymas i brat króla arcybiskup Michał Poniatowski (1736-1794) popełnił samobójstwo. W stolicy Litwy rozegrały się podobne sceny [...] Hetmana Kossakowskiego schwytano podczas próby ucieczki łodzią i powieszono po napisem: „Co ma wisieć, nie utonie”.
[...]
Pewien zbieracz przekazów słownych, przeprowadzając w 1885 r. wywiad z szewcem mieszkającym we wsi w pobliżu Kowna, zanotował poniższą wysoce znamienną konwersację:
-    do jakiego pan należy plemienia?
-    Jestem katolikiem
-    Nie o to mi chodzi. Pytam, czy jest pan Polakiem czy Litwinem.
-    Jestem Polakiem, a Litwinem jestem też.
-    To niemożliwe. Musi pan być albo jednym, albo drugim.
-    Mówię po polsku – odpowiedział szewc. – I po litewsku też mówię.
I to był koniec wywiadu.
[....]
Czwartym i być może najważniejszym składnikiem polskiej kultury była kultura literacka. Na przestrzeni XIX wieku literatura polska poruszała wszystkie problemy epoki i uprawiała wszystkie znane jej gatunki literackie. Polska nie liczyła się być może na politycznej arenie świata, ale pod względem literatury pozostała wielką siłą, ustępując pierwszeństwa w Europie jedynie wielkiemu wiekowi literatury niemieckiej i rosyjskiej.
[....]
[1917 - P.P.] Czy sądzi Pan, Ekscelencjo - powiedział Piłsudski - że Naród da się oszukać frazesem lub obietnicą? Czy myśli Pan, że jeśli nalepicie orła polskiego na każdy palec u ręki, która nas dławi, to przez to Polacy zaczną uważać morderczy uścisk tej ręki za wyraz miłości i przyjaźni?
Von Beseler zrywa się, staje przed brygadierem czerwony z uniesienia.
- Herr von Piłsudski! - krzyczy - krótko i węzłowato [...]. Niech Pan pójdzie z nami. Damy Panu wszystko: siłę, sławę, pieniądze [...].
Piłsudski słucha, bębniąc palcami po stole - Pan mnie nie rozumie, Ekscelencjo - odpowiada spokojnie, - Pan nie chce mnie zrozumieć. Gdybym przyjął Pańską propozycję - wy, Niemcy, zyskalibyście jednego człowieka, ja zaś straciłbym cały Naród.
[....]

Ukazujące się na zachodzie doniesienia prasowe o pogromach w Polsce choć przyjmowane przez żydowskich komentatorów były regularnie dementowane przez niezależnych obserwatorów brytyjskich i amerykańskich. Tak zwany pogrom we Lwowie w listopadzie 1918 roku okazał się wojskową masakrą, podczas której zginęło trzykrotnie więcej chrześcijan, niż Żydów. Tak zwany pogrom w Pińsku z marca 1919 roku okazał się dziełem pewnego spanikowanego porucznika, który wydał rozkaz egzekucji 35 osób podejrzanych o szpiegostwo na rzecz bolszewików. Amerykański obserwator określił ten incydent jako w pełni usprawiedliwiony okolicznościami. Pogromy w Wilnie w kwietniu 1919 roku a następnie w październiku 1920 roku były spowodowane śpiesznym odwrotem Armii Czerwonej oraz wojskową akcją odwetową przeciwko osobom podejrzanym o kolaborację.

[....]
Tylko jedna wpływowa partia polska _ Narodowa Demokracja i jej następcy - wykazywała otwartą wrogość wobec rodzimych cudzoziemców pośród nas a i oni nie byli w swych poglądach bardziej zajadli wobec Żydów niż wobec Niemców, Ukraińców, socjalistów czy cyganów. Jeśli wierzyć przywódcy żydowskiego Bundu w przedwojennej Warszawie nawet zjadliwość narodowych demokratów miała swoje granice: 

"Nacjonaliści mieli wielkie trudności psychiczne a także trudności innej natury w przyjmowaniu idei faszyzmu i nazizmu. Nie byli takimi rewolucjonistami jak hitlerowcy w Niemczech czy faszyści we Włoszech. Byli reakcjonistami w dawnym stylu. Zajmowali się organizowaniem gospodarczych bojkotów ale nie nawoływaliby do fizycznych pogromów. Opowiadali się za numerus claussus na uniwersytetach ale nie za tym aby je zupełnie zamykać przed obywatelami polskimi, którzy nie są katolikami. Propagowali ideę utworzenia dwóch klas obywateli, którym przysługiwałyby różne prawa polityczne, ale nie za całkowitym pozbawieniem tych praw, którejkolwiek z grup. Byli gotowi zadać poważne rany wszystkiemu, co mogłoby przypominać liberalną demokrację parlamentarną, ale jednocześnie godzili się z istnieniem partii politycznych reprezentujących wszystkie odcienie stanowisk za wyjątkiem partii komunistycznej. Ich szowinizm w sprawach kultury łagodził tradycyjny szacunek i podziw dla łacińskiej kultury europejskiej. Partia narodowa nie mogłaby się nigdy stać rzeczywiście monolityczna i totalitarna pod względem wyznawanej przez siebie filozofii. Lojalność wobec kościoła katolickiego była podstawową cechą jej wizerunku".
[....]
Jeszcze wcześniej Taras Szewczenko ostrzegał swych rodaków przed pokusą radowania się z nieszczęść Polski:


A chwalicie się, że Polskę
Zwaliliśmy sami?
Polska padła, tak! lecz zgniotła
I was pod gruzami.

poniedziałek, 10 stycznia 2022

Podsumowanie roku 2021 – malowanie

W minionym roku nie udało mi się niestety skleić żadnego modelu, ale udało się powrócić do malowania. Ukończyłem trzy obrazy, wszystkie malowane akrylem na płótnie.

„Konstytucja Trzeciego Maja” 50x70 cm

Obraz namalowany na konkurs „Ku Wolności” z okazji 230. rocznicy uchwalenia drugiej na świecie konstytucji. Zorganizował go Wojewódzki Ośrodek Kultury w Lublinie, pod patronatem Pani Beaty Mazurek, Posła do Parlamentu Europejskiego i Pana Jarosława Stawiarskiego, Marszałka Województwa Lubelskiego. Praca przeszła wstępną selekcję i była wystawiana w Lublinie, ale na zajęcie jakiegoś miejsca była za słaba. 



„Potyczka” 70x60 cm

Obraz rozpoczęty po obejrzeniu w 2018 roku wystawy w Muzeum Narodowym w Warszawie prezentującej twórczość Józefa Brandta („Józef Brandt 1841-1915”). To obok Kossaków bardzo znany malarz malujący konie, sceny bitewne, momenty polskiej chwały. Wartością wyniesioną z tej wystawy było nie tylko zobaczenie samych finalnych prac, ale także podpatrzenie, jak warsztat malarski wyglądał w tamtych czasach od kuchni. Zwiedzający mogli zobaczyć np. szereg szkiców wstępnych, mniejszych i uproszczonych obrazków, które były pomocą przy powstaniu dużego, głównego obrazu.


Wróciwszy z wizyty w Muzeum Narodowym postanowiłem namalować coś o podobnej tematyce, oczywiście na miarę własnych możliwości. Zacząłem, niezbyt mi wychodziło, więc obraz porzuciłem na 2 lata. Potem postanowiłem go jednak dokończyć, bo nie lubię pozostawiać rzeczy niedokończonych. Scena ma w zamyśle przedstawiać potyczkę żołnierzy z I połowy XVII w. Tytuł roboczy: „Pludrak, wybraniec i rajtar”. Niektórym ludziom się ten obraz podoba, innym nie bardzo, ale cóż - jest to też jakieś świadectwo mojego uczenia się. Obraz ten był niedawno prezentowany na wystawie twórczości bialskiego środowiska artystycznego w Galerii Podlaskiej w Białej Podlaskiej. Tytuł wystawy: „Przekraczając granice”.


„Park o zmierzchu” 50x70 cm


Mój ósmy i jak na razie ostatni obraz akrylowy w życiu. Po zmęczeniu „Potyczki” chciałem namalować coś łatwego, bez postaci ludzkich. Jakiś widoczek. Wybrałem wisznicki park zimą, przy zapadającym zmierzchu. Obraz malowany był z pomocą fotografii. Nie był nigdzie pokazywany.