Maratony kajakowe na Wieprzu organizowane są corocznie, od 1919 roku. Głównym animatorem wydarzenia jej Lokalna Grupa działania „Zielony Pierścień” ze Zbigniewem Pacholikiem na czele. Bazą dawny dworek Kossaków w Kośminie, tuż nad rzeką. To tu urodziła się Zofia Kossak -Szczucka, wybitna przedwojenna pisarka i działaczka katolicka. Była córką Tadeusza Kossaka, ziemianina, żołnierza, patrioty, sympatyka Narodowej Demokracji i autora „Wspomnień wojennych” z wojny polsko-bolszewickiej. Tadeusz był bratem bliźniakiem znanego malarza Wojciecha Kossaka. Niestety dziś po uzdolnionej rodzinie niewiele w Kośminie zostało. Dworek z resztkami polichromii, ale bez ruchomości. Te zniknęły w wyniku wydarzeń zawieruchy wojennej.
![]() |
| Grafika: LGD Zielony Pierścień |
Zawitałem w Kośminie po raz pierwszy w 2021 roku, podczas 3. Maratonu Kajakowego na Wieprzu. Jako jeszcze niedawno ambitny biegacz ultra podczas zapisów pominąłem krótsze dystanse: na 43 km i 21 km. Od razu wybrałem dystans koronny: 104 km z Lubartowa do Kośmina w maksymalnie 14 godzin. Kajaka swojego nie miałem, ale można było wypożyczyć od organizatora. Wziąłem kajak turystyczny „Wigraszek” – tylko taki był dostępny – i stanąłem w szranki z doświadczonymi kajakarzami w sprzęcie wyścigowym. Pomimo kryzysów w drugiej połowie trasy, momentów zwątpienia, do mety dopłynąłem. Jako ostatni, dwie godziny za przedostatnim kajakarzem, pół godziny przed upływem limitu. Tyłek bolał, ręce bolały ale satysfakcja była. „Nikt na ciebie nie stawiał” – usłyszałem już na mecie, od gratulujących mi ludzi. Pierwszy raz popełniłem 100 km na wiośle. [LINK DO PEŁNEJ RELACJI]
Po raz drugi przyjechałem do Kośmina na 7. Maraton Kajakowy, w 2025 roku. Byłem już wtedy zapalonym SUP-erem. Zbigniew Pacholik udostępnił dwie krótsze trasy także dla kategorii „SUP” więc zapisałem się chętnie, oczywiście na tę dłuższą: 43 km z Jeziorzan do Kośmina w limicie 6 godzin. Finalnie dopłynąłem pierwszy z czasem 5 godzin i 10 minut pokonując kolejnego o ponad pół godziny. Niestety regulamin zakładał, że klasyfikacja powstanie, gdy będą w kategorii co najmniej 4 osoby a tu były trzy, o jedną za mało. Mniejsza jednak o oficjalne klasyfikacje, o pucharki, o nagrody. Dobrze mi się wiosłowało meandrami Wieprza, przy słonecznej pogodzie, wśród pól, pomimo dokuczliwego wiatru od frontu. Zabawa była przednia. Zapragnąłem za rok przyjechać ponownie.
W oczekiwaniu na ósmą edycję Maratonu opisałem swoje dotychczasowe wrażenia w artykule, który ukazał się w najnowszym numerze czasopisma kajakarzy „Wiosło”, nr 1/2026. Strony 22-25. Zapraszam do przeczytania relacji mojej i innych, nawet ciekawszych wspomnień wioślarzy, z Polski i z zagranicy. Numer kosztuje jedynie 16 zł.
![]() |
| Magazyn kajakowy "Wiosło" (1/2026) |
W Kośminie po raz trzeci
27 czerwca 2026, upalna i sucha sobota pięknego, polskiego lata. Wcześnie rano jadę z Białej do Kośmina. Tym razem odpuściłem przyjazd dzień wcześniej by nie męczyć się noclegiem w namiocie. Start mojej trasy ma być o 11:00 wyjazd do Jeziorzan godzinę wcześniej. Spokojnie zdążam. Na miejscu jest mój główny i jak się okazało jedyny konkurent na SUP-ie: Patryk Saulus. Ma deskę o takich samych parametrach (14x25), ale jest znacznie lżejszy i mocniejszy. Przegram, ale ciekawe o ile? W związku z tym, że regulamin nie przewiduje klasyfikacji dla dwóch osób rozważam rejteradę. Może by wystartować na trasie krótszej: 21 km? Tam jest więcej SUP-erów. Będziemy klasyfikowani. Proponuję to Patrykowi, ale Zbigniew Pacholik w rozmowie z nami odradza. „Jeśli zostaniecie na tej trasie – nie pożałujecie” – mówi tajemniczo. No to OK, zostajemy.
Pakujemy się do busa. My we dwóch i jeszcze jeden kajakarz – Romek Pyt. Na średni dystans jest dziś wyjątkowo mało chętnych gdyż część z naszej trasy przepisała się na trasę długą, w tym roku wyjątkowo skróconą ze 104 do 71 kilometrów. Powód skrócenia? Upał plus historycznie rekordowo niski poziom wody. Organizator w drodze na start przygotowuje nas na najgorsze uprzedzając o trudnych warunkach. „Jest bardzo płytko. Daję wam tak 6-7 godzin” – szacuje nasze czasy na mecie. Pompuję SUP-a już na miejscu w obawie, aby podczas transportu w słońcu nie strzelił. Na wodzie moczę się intencjonalnie cały, dla ochłody. Tuż przed startem mówię z uśmiechem i optymizmem do chłopaków: „Zbyszek daje 6-7 godzin: postarajmy się go zaskoczyć”. Ruszamy trochę wcześniej niż zakładał regulamin, o 10:43. Jest gorąco dlatego im wcześniej, tym lepiej.
![]() |
| Maraton na Wieprzu, tuż po starcie. Ja i Patryk (na drugim planie) Zdjęcie: organizator |
Pierwsze dwa-trzy kilometry, pierwsze pociągnięcia wiosłem pod mostem w Jeziorzanach i wszystko jest jasne. Szoruję piórem o żwir na dnie. Nie, nie sporadycznie – bardzo często. Chłopcy już na początku trochę mi odchodzą. Ledwie kilkadziesiąt metrów ale już to zapowiada, co będzie się działo dalej. Czasem coś nadrobię ryzykownie ścinając zakole gdy oni popłyną głównym nurtem. Innym razem ryzykując skrót zawieszę się na mieliźnie. Krótki, rzeczny fin, który mam pod deską sprawuje się dobrze, ale nawet na nim da się zawiesić. Szczególnie, że woda do najprzejrzystszych nie należy. Mam na sobie plecak biegowy z bukłakiem, z przodu na bagażniku przypięta mała torba z dodatkową wodą. Jak się potem okazało – zupełnie zbędna. Wyposażenie asekuracyjne stanowi kamizelka pneumatyczna umocowana na pasie. Słońce grzeje, wiatr umiarkowany. Fajnie jest, tylko te płycizny i konieczność ciągłego lawirowania w poszukiwaniu koryta, gdzie głębiej.
Trzeci, może czwarty kilometr – drzewo zwalone w poprzek rzeki, zagradza większość koryta. Można je minąć od lewej, od strony wierzchołka, ale trzeba pewnie przeciągnąć deskę kilka metrów po płyciźnie. Można też ryzykownie popłynąć na prawo, pod pniem zawieszonym kilkadziesiąt centymetrów nad lustrem wody. Chłopcy biorą wersję bezpieczniejszą, obnoszą na lewo po płyciźnie. Ja wiosłuję na prawo, chcę popłynąć pod pniem. „Nisko jest, ale jak się położę to przepłynę” – oceniam szybko. Tak robię i udaje mi się… prawie. Wszystko popsuł luźny leash (sprężysta linka wiążąca nogę z deską), który zaczepił się o gałąź gdzieś pod wodą. Spadłem z deski, zgubiłem wiosło. Tymczasem leash ani myślał się odczepić. Patryk pyta czy OK. „OK, dam radę” - odpowiadam. Mocuję się z tą przeklętą linką, ale zaczep jest gdzieś pod wodą. W końcu nie ma rady - muszę ją odpiąć od deski albo od nogi, wyciągnąć i zaczepić jeszcze raz. Ufff.., udało się. Wskoczyłem na deskę, dogoniłem wiosło, już płynę dalej. Niestety na tej przygodzie przewaga chłopaków urosła do kilkuset metrów. Od tej pory płynę już samotnie. Romka w kajaku prawie nie widzę. Czasem widuję w oddali Patryka, gdzieś na chwilę, gdy znika za zakrętem.
Co dalej na trasie? To co na początku tylko w kolejnych dawkach. Meandry rzeki wśród łąk, wśród pól. Zero lasu. Żar leje się z nieba. Co kilkadziesiąt minut schodzę z deski do tej wody po kolana, po pas i na chwilę zanurzam po szyję. Są zatopione gałęzie i wszędobylskie mielizny. Jak jest bardzo płytko, 30 centymetrów, to dno trochę widać. Przy 50 centymetrach – już nie. Trzeba obserwować powierzchnię wody. Nadbrzeżne rośliny oraz wysokie skarpy nie pozwalają zbytnio na podziwianie terenów poza rzeką. Śladów ludzi niewiele. Nie ma tu żadnych budowli hydrotechnicznych. Przez długi czas widzę charakterystyczną, białą, strzelistą wieżę neogotyckiego kościoła w Sobieszynie z końca XIX wieku. W rzece i tuż nad nią przyroda dzika, ożywiona, najczęściej latająca. Jaskółki brzegówki przemykają nad wodą, chowają do tuneli wydrążonych w pionowym zboczu. Gzy tną umiarkowanie, da się przetrwać. Jest trochę strat po mojej stronie, są i ofiary śmiertelne po stronie gziej. Zdarzają się niestety i widoki przykre: tu utopiony prosiaczek, tam cielaczek; w innym miejscu coś bliżej nieokreślonego: małego, włochatego – pewnie pies lub kot.
Na 20 kilometrze, w okolicach Baranowa, jest półmetek i punkt z zaopatrzeniem. Wody nie biorę, tylko na szybko banan i batoniki. „Ile przede mną jest ten drugi na SUP-ie?” – pytam. „Tak z 8 minut” - słyszę po dłuższym zastanowieniu obsługi. Czyli Patryk odsadził mnie o około kilometr. Dlatego już go nie widuję na mocno pokręconej rzece. Bez zbędnego ociągania, bez wychodzenia na brzeg ruszam dalej w pościg. Potem, już na mecie dowiem się, że prowadzący kajakarz Romek wyszedł na chwilę na brzeg na popas. Patryk to wykorzystał, przemknął szybko i objął prowadzenie. W drugiej połowie wyścigu nie wiedziałem, że przed sobą mam najpierw Romka a dalej dopiero Patryka.
Ostatnie dziesięć kilometrów – już odczuwam zmęczenie. Już odmierzam zmniejszający się dystans. Cieszy każdy ubywający kilometr. Coraz częściej robię przystanki na siedząco, zrobi się z tego ze 30-40% całości wyścigu. Z rzadka klęczę. Na trasie jest jakby bardziej cywilizowanie. Tu i ówdzie grupki po 3-4 kajaki. Najczęściej młodzi ludzie, chłopaki, dziewczyna z chłopakiem. Wiosłują leniwie lub też dają się nieść nurtowi w dół rzeki. Popijają to i owo. Wyprzedzam ich i pytam, kiedy był ten pierwszy na SUP-ie. „Oj dawno, już go nie dogonisz” – podcina mi skrzydła jeden łobuz. Trudno, walczę teraz o to, aby strata była jak najmniejsza. Czekam widoku drutów telegraficznych, domków, a następnie mostu Zofii Kossak. Wtedy będę wiedział, że to już końcówka. Słońce, słońce i zakręty. Za nimi znowu to samo. Kiedy to się skończy?
W końcu jest – nowy, duży most nazwany imieniem autorki „Krzyżowców”. Dopływam do Kośmina. Czas 5 godzin 15 minut. Jestem trzeci, czyli ostatni. Drugi był kajakarz Romek z czasem 5:08. Wygrał Patryk z czasem 5:03. Myślałem, że raczej złamie pięć godzin. Jednak trochę mu zabrakło, ale niewiele. Mój wynik okazał się gorszy od zeszłorocznego o 5 minut. Niewiele to zważywszy, że warunki były dużo trudniejsze, wymagały więcej myszkowania po rzece, z jednego brzegu do drugiego. Dobrze oddaje to porównanie dystansu: w zeszłym roku zrobiłem wg Garmina 41,20 km. W tym roku na tej samej trasie 43,57 km – 2,5 kilometra więcej.
Fajny to był wyścig, miłe było też zakończenie. Tradycyjnie już organizator zgotował na mecie wspaniały, kilkudaniowy posiłek. Główny sponsor – Spółdzielnia Mleczarska Ryki raczyła finisherów swoim smacznym, żółtym serem. Przy drewnianych stołach pod dworkiem Kossaków mieliśmy czas zjeść, napić się, podzielić wrażeniami. W końcu przyszedł moment dekoracji. Wszyscy trzej z trasy 43 kilometry zostaliśmy zaproszeni na podium. Najlepszy z nas – Patryk Saulus dostał karnet na darmowy lot balonem. Rację miał organizator – nie żałowaliśmy startu na naszej trasie. Tak jak w dwóch poprzednich przypadkach, znowu wracałem do Wisznic ze wspomnieniem udziału w niszowych, ale bardzo przyjemnych zawodach.
![]() |
| Maraton w Kośminie. Podium trasy 43 km |







































