czwartek, 29 października 2026

X Nocny Bieg Pamięci Bohaterskich Lotników Podlasia

Już po wszystkim

Czas: 24 października 2026, start o 18:30, sobota.
Miejsce: Biała Podlaska
Dystans: 5 km
Trasa: ok 85% asfalt, reszta to ścieżki gruntowe w Parku Radziwiłłowskim.
Pogoda: idealna. Noc, około 12 stopni, sucho, bezwietrznie.
Uczestnicy: 183 biegaczy (116 mężczyzn, 67 kobiet)
Numer startowy: 134
Mój czas: 00:20:21 brutto i netto
Miejsce OPEN: 26 na 183, 22 wśród mężczyzn
Miejsce w M 41+: 5 na 51
Wrażenia

Sobotni wieczór, Park Radziwiłłowski w Białej Podlaskiej. Ciepło jak na końcówkę października. Dochodzi osiemnasta. Rozgrzewam się z Zuzą. Gdy nadchodzi godzina startu ustawiamy się przed barokową wieżą, dziś częścią Muzeum Południowego Podlasia. Znajomi tu, koledzy tam. Miło spotkać dawno niewidziane osoby. Nie mam stresu przedstartowego bo na nic specjalnie nie liczę. Trenowałem w kratkę, to mają być moje ostatnie zawody w tym roku. Czuję się zmęczony, chcę odpocząć. Jeszcze tylko ten jeden bieg.

Darek daje sygnał do startu. Ruszam z 4-5 linii biegaczy więc nie wiem jak to jest, że potem czas brutto i netto będę miał taki sam. Nieważne. Pierwsze sto metrów uważam bardzo patrząc pod nogi – łatwo się tu w ścisku groźnie potknąć i wywrócić. Jest dobrze. Przy odnawianej właśnie galerii wybiegamy na asfalt, na Zamkową. Potem skręt w Narutowicza i lecimy do Alei Tysiąclecia. Piknął pierwszy kilometr – tempo 4:00. Na drugim wyprzedzam Rafała. Przede mną jeszcze jakieś dziewczyny, mocne sztuki. Oddech mam szybki, ale nie czuję, żebym się gotował. Na nogach spodenki, u góry długi rękaw, czapka. Buty terenowe INOV-8 nie człapią tak, jak asfaltowe startówki tej samej firmy. Aleją biegniemy do mostu na Krznie. Piknął drugi kilometr. Tempo 4:01. Nadal nieźle. Wkrótce się pogorszy bo przed i na Sidorskiej jest lekko pod górę. Roztropnie zwalniam. Wyprzedza mnie dwóch chłopaków, jeden w koszulce AZS WAT. Po nich jeszcze jeden. Cóż, młode wilki. Też kiedyś taki byłem. Nadal czuję się dobrze, kolki nie mam, ale szybkości większej też nie wykrzeszę. Piknął trzeci kilometr: 4:12. No tu już jest słabo. Dobrze, że na razie wyprzedziło mnie tylko tych trzech. Nasłuchuję lecz za mną nikogo nie słychać.


Czwarty kilometr piknął już po zbiegnięciu z asfaltu na ścieżkę rowerową.  Wyszło 4:09 – lepiej, ale nadal słabo. Został ostatni kilometr po wałach i Parku Radziwiłłowskim. Wbiegając na drewniany mostek uważam, aby się nie potknąć – jest tam taki wredny wystający stopień z desek. Tym razem przebiegam go bez upadku. Nawrotka na wał jest dobrym miejscem aby się obejrzeć, jak daleko są ci za mną. Na szczęście daleko. Biegnę we względnym komforcie wiedząc, że ani nie dogonię tych trzech przede mną, ani mnie nikt już nie dojdzie. Zawijasy, zakrętasy w półmroku po górnej części wału i zbiegamy do mety. Na ostatnich 200 metrach przyśpieszam chcąc zużyć resztki sił. Wbiegam w światło bramy z czasem 20:21. Miejsce w trzeciej dziesiątce na 183.  Uff.. teraz tylko złapać oddech, napić czegoś ciepłego. Już po wszystkim. Fajnie było.


Na medalu tegorocznej, jubileuszowej edycji organizatorzy upamiętnili samolot RWD-8 PWS. Konstrukcja szkolno-treningowa z lat trzydziestych XX wieku opracowana przez wybitnych konstruktorów: Rogalskiego, Wigurę i Drzewieckiego. Doświadczalne Warsztaty Lotnicze z Warszawy, gdzie produkowano pierwsze RWD-8 nie miały wystarczających mocy produkcyjnych dlatego dokumentację samolotu przekazano do Podlaskiej Wytwórni Samolotów w Białej Podlaskiej. Fabryka wtedy już upaństwowiona, rozpoczęła masową produkcję RWD-8, lekko zmienioną konstrukcyjnie. Od roku 1934 prawie do wybuchu wojny wyprodukowano ponad 500 tych samolotów. Był to dobry samolot treningowy, wyszkoliło się na nim wielu polskich znakomitych pilotów walczących potem w II wojnie światowej. Niestety samoloty te podczas wojny służyć mogły jedynie do zadań łącznikowych a niemieckim pilotom myśliwskim – jako kaczki na strzelnicy. Żaden z oryginalnych  podlaskich RWD-8 nie przetrwał wojny. W Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie stoi jego replika.

W 2023 roku ukończyłem model kartonowy tego samolotu wydany w „Małym Modelarzu”. Galerię i relację z budowy można przeczytać [TUTAJ]

wtorek, 13 października 2026

Memoriał Aleksandra Doby 2026 – pierwszy ale ostatni

Na mecie

Aleksander Doba (1946-2021) – w środowisku polskich wioślarzy – człowiek legenda. Z zawodu inżynier, z pasji podróżnik i kajakarz. Rozgłos przyniosło mu samotne przepłynięcie Atlantyku kajakiem. Zrobił to jako pierwszy człowiek w historii jedynie siłą swoich mięśni, w 2011 roku. Jego kajak to oczywiście nie zwykły kajak turystyczny, lecz bardzo zaawansowana jednostka przypominająca niewielką łódź. Doba dokonał też wielu innych, również spektakularnych wyczynów. Nie będę ich wymieniał, gdyż zainteresowani znajdą je bez problemu w Internecie. Ten wybitny Polak zmarł w 2021 roku tuż po zdobyciu góry Kilimandżaro w Afryce. Jedną z inicjatyw upamiętniających wioślarza jest memoriał organizowany w Warszawie przez Federację Przystań Warszawa. Komandorem imprezy jest pan Piotr Kaliszek. W tym roku, gdy ujrzałem informację o Memoriale na facebookowym profilu magazynu „Wiosło”, postanowiłem zapisać się i ja.

Gdzie to jest

Do Warszawskiego Klubu Wodniaków (WKW) przy Wale Miedzeszyńskim 295 dojechałem bez problemów. Była sobota ósma rano, 3 października 2026. Nim jeszcze z wnętrza małej a pojemnej Pandy wytargałem rower i SUP-a (tak! zmieściły się!) na parking dojechał Darek Komorowski. Z ciekawością przyglądałem się, jak rozkłada dmuchany kajak, który – podobnie jak mój SUP – wchodzi do plecaka. Jest tylko kilka kilogramów cięższy (całość waży ok. 20 kg). Z rozmowy wniosłem, że Darek będzie jednym z faworytów w swojej kategorii i nie pomyliłem się. Wśród kajakarzy nas trasie długiej zajął dobre, 2 miejsce. OPEN był czwarty.

No właśnie – trasy. Organizator oferował 2 trasy do wyboru. Trasa pełna składała się z 2 dyscyplin: rower 32 km na orientację a następnie wiosłowanie (SUP, kajak 1 i 2 osobowy) – również 32 km na orientację. Trasa krótka (rekreacyjna) obejmowała te same dyscypliny i na tych samych warunkach tylko po 20 kilometrów. Teren zawodów rozciągał się nad Wisłą, po obu jej brzegach. Na trasie pełnej startowało się z Warszawy na rowerach, jechało w kierunku południowym do Góry Kalwarii 32 kilometry, tam przesiadło się na SUP i wracało do WKW, oczywiście z nurtem rzeki. Czas startu 10:30, meta do 17:00. Limit czasu: 6,5 godziny. Trasa rekreacyjna startowała godzinę później. Zawodników wypuszczano interwałowo, co minutę. Organizator zapisał w regulaminie, że zawody będą na orientację, że trzeba będzie znaleźć określone punkty kontrolne (PK) lub rozpoznać charakterystyczne miejsca. Nie wiedzieć czemu zupełnie zlekceważyłem nawigacyjną stronę wyścigu. Pomyślałem pochopnie, że może będzie kilka-kilkanaście punktów do odnalezienia na jakiejś jednej kartce i raczej prostych. Okazało się potem, że orientacja była elementem decydującym. Punktów na trasie pełnej rozmieszczono aż 45 (26 na odcinku rowerowym i 19 na wodnym). Zawodnik dostawał kolorową mapę z zaznaczonymi PK, ale bez skali i bez poziomic. Miał spisać kod pisakiem wodoodpornym, który miał ze sobą (dostał od organizatora). Przy punktach nie było perforatorów, nie wisiało nic do pisania. By jeszcze sprawę utrudnić na kartce z punktem było około dziesięciu kodów i trzeba było spisać ten właściwy, pasujący do swojego numeru startowego (jeśli mój numer startowy wynosił 5 to spisywałem kod piąty z tabelki na kartce z PK). W terenie było też kilka mylnych PK. W niektórych przypadkach – nie napisane których – we właściwym miejscu nie było lampionu. Trzeba było odnotować, które z 13 zdjęć zostało tu zrobione. Co również ważne – kompas według organizatora nie był potrzebny a można było korzystać z urządzeń GPS. Element zbierania punktów nie tylko absorbował dużo czasu ale był kluczowy gdyż każdy poprawnie odbity punkt odejmował 10 minut od czasu. Łatwo policzyć, że zbierając wszystko można było odjąć sobie ponad 400 minut od końcowego wyniku. Przy limicie 6,5 godziny liczba podbitych punktów decydowała właściwie o wszystkim. Oczywiście zabronione było korzystanie z jakichkolwiek urządzeń z silnikiem (rowery elektryczne, SUP-y z silnikiem, itp.)



Gdy po odprawie dostałem pisak, dwie obustronnie drukowane, kolorowe mapy, dwustronnie zadrukowaną kartkę z 13-stoma zdjęciami, niektórymi rozmazanymi i kartę startową – wszystko w A4 mina trochę mi zrzedła. Zdałem sobie sprawę, że do takiej orientacji – ambitnej lecz widać, że szytej wyraźnie po amatorsku - nie przygotowałem się zupełnie sprzętowo. Nie zabrałem mocowania do telefonu na kierownicę, tylko torbę na ramę, do której mogę włożyć telefon, lecz niewygodną w obsłudze. Ścieżki na mapie były ledwie widoczne. Okulary miałem, ale nie bardzo miałem je gdzie włożyć. W ręku 4 duże kartki a nie zabrałem mapnika. Do tego pisak, łatwy do zgubienia. Oj – już czułem, że będą problemy. Niestety nie pomyliłem się. Jedyne co cieszyło to pogoda. Plus kilkanaście stopni, po południu nawet dwadzieścia. Sucho, słonecznie, z niewielkim wiaterkiem. Na zawody wręcz idealnie.


Na trasie rowerowej

Startujemy zgodnie z numerami startowymi, ja z numerem 5 czyli piąty. Wsiadam, jadę. Rulon z mapami, zdjęciami, kartą startową trzymam niezgrabnie zwinięty w garści. Pisak w kieszonce z softflaskiem. Niewygodnie się tak jedzie ale cóż robić. Zaraz za przystanią polna droga biegnie wzdłuż Wisły. Czasem prosto, czasem kręci się, są pagórki. Fajna jest, ciekawa technicznie, ale nie bardzo trudna. Tylko te punkty – ni groma nie mogę ich namierzyć, bo jak gdy nie ma skali a ja nie mam linijki? Nigdy tu nie byłem. Jedyne co mogę robić, to porównywać mapę z kształtem linii brzegowej i GPS w telefonie. Zajmuje mi to dużo czasu, a czasu nie ma bo limit jest dosyć ambitny. Wkrótce dojeżdżają mnie inne osoby, szukamy punktu wspólnie. Udaje się znaleźć PK A. PK B nie bo przestrzeliliśmy. Skoro tracimy na nim 10 minut to nie opłaca się wracać bo i na powrocie stracimy czas. Podbijamy więc PK C, potem D i E. Na jeden z tych ostatnich życzliwie naprowadził mnie Tomek z SUP Academy, który potem zajął 2-gie miejsce. No fajnie, mam kolejny punkt tylko co z tego. Głupio mi tak jeździć w „tramwaju” podążając na ślepo za „motorniczym”, tak jakbym był początkującym orientalistą. Próbuję nawigować sam a to sprawia, że jadę wolniej. Moja grupa odjeżdża, zostaję sam. Wlepiam wzrok w tę mapę z zamazanymi ścieżkami, usiłuje dopasować do otoczenia. Idzie beznadziejnie. Do tego zrobiło się gorąco więc ściągam bluzę i jadę na krótki rękaw. Chwilę później, jeszcze przed mostem Anny Jagiellonki orientuję się, że zgubiłem pisak. Co ciekawe nawet mnie to nie zmartwiło. Nawigacja w takich warunkach była zwyczajnie frustrująca więc nawet się ucieszyłem, że z czystym sumieniem nie będę musiał dalej tego robić. Postanowiłem zrobić trasę ale bez szukania i podbijania punktów. Będę przez to ostatni? Trudno. Przy takiej pogodzie, w tym terenie i tak zabawa powinna być fajna.

Dojeżdżając do mostu objechałem kopalnię piasku „Piaskarz”, mijając jakąś wycieczkę. Wjazd na most, przejazd na drugą stronę i dalej byle szybciej do Góry Kalwarii. Przez Oborki, Ciszycę, Gassy, Dębówkę, Podłęcze dojechałem do celu. Trasa dosyć wygodna, głównie asfaltowa prowadząca wzdłuż Wisły. Często jeździli nimi kolarze amatorzy, którzy widać chętnie tu trenują indywidualnie i grupowo, zwłaszcza w dzień taki jak ten - słoneczną i ciepłą sobotę. Zdarzało się, że widziałem lampiony PK ale nie spisywałem ich nie mając czym. Nie robiłem też zdjęć. Mapy, zdjęcia i kartę startową włożyłem do tyłu do plecaka. Spotykałem innych zawodników, zamienialiśmy parę słów, czasem jechaliśmy kawałek razem. Gdy za Mostem Nadwiślańskiego Urzecza w Górze Kalwarii dojeżdżaliśmy do cypla na lewym brzegu Wisły – tam, gdzie miał być przepak na SUP-a, akurat wjeżdżał samochód z naszym sprzętem. Czyli trafiliśmy idealnie w czas. Na miejscu było już kilka osób. Pstryknąłem na Garminie wyłączenie jazdy rowerem. Zegarek pokazał mi dystans 38 km, czas 2 godziny 28 minut, średnia prędkość 15,5 km/h, średnie tętno 110 bpm. Temperatura 17 stopni, wiatr z prędkością 7 km/h, południowy.


Na części wioślarskiej

Przepak powinien być szybki lecz u mnie nie był. Trzeba było znaleźć swoje manele, rower zawiesić na przyczepce, coś tam zostawić do zwiezienia, aby nie targać tego na desce. Coś zjeść, napić się. Wahałem się, czy płynąć w stroju z roweru (Dobsomy, krótki rękaw), czy w krótkiej i cienkiej piance. Wybrałem tę drugą opcję gdyż bałem się wpadki i zimnej wody, do tego w rzece pełnej trupów. Wszak regularnie słyszy się o odnajdywaniu w Wiśle na wysokości Warszawy ciał topielców i osób zamordowanych. Taki "dyskretny urok" stolicy. W każdym razie ubranie pianki było w tych warunkach błedem. Gdy w końcu, po jakichś 15-20 minutach zwlokłem się na wodę byłem 4 zawodnikiem na desce, który wyruszył, nie licząc jednego kajakarza (wspomnianego powyżej Darka Komorowskiego). Już na pierwszym kilometrze, gdy przepłynąłem pod mostem czułem, że w piance, z założoną kamizelką asekuracyjną  i plecakiem zwyczajnie się gotuję. – No nie wytrzymam – uznałem. Dopłynąłem do pierwszej z brzegu piaszczystej plaży, przebrałem z powrotem w Dobsomy i białą koszulkę. Ufff.., co za ulga.

Co było dalej? W miarę sprawne wiosłowanie przerywane nagrywaniem filmów na kamerze zamocowanej na głowie. Nie było trudno minąć pierwszego, samotnego SUP-iarza, potem Tomka z dziewczyną. Wszyscy oni zbierali punkty z trasy przypięte to na brzegach, to na wystających ponad taflę wody konarach drzew. Ja ciąłem wprost do przodu starając się dogonić widoczny w oddali dmuchany kajak Darka - zielony z charakterystyczną, pomarańczową rufą. Wolno mi szło bo jak się potem okazało Darek myślał,  że z nim rywalizuję i starał się uciec. Nie wiedział, że ja nie zbieram PK.

Krajobrazy były w miarę interesujące. Tu i ówdzie leżały porwane niegdyś przez żywioł drzewa. Nierzadko spotykaliśmy piaszczyste łachy i płycizny, które trzeba było omijać. Przejrzystość wody – niewielka. Podobnie jak w Bugu, może jedynie ciut lepiej. Tafla wody przy tak niewielkim wietrze była spokojna lecz zdarzały się miejsca budzące obawy – tam, gdzie powstawały niewielkie wiry, gdzie wybijała woda z dna. Tam deska zachowywała się mniej stabilnie, trzeba było podwoić uwagę, aby nie fiknąć. Na szczęście ani razu nie wpadłem. Nagrywałem ludzi, którzy wyszli na plażę na piknik i opalanie (październik!), wędkarzy, którzy w woderach weszli daleko w głąb rzeki, motorówki wędkarskie i pływające maszyny, zapewne do wydobycia piasku, latające nam nad głowami samoloty i śmigłowce, piaszczyste pionowe brzegi oraz lampiony PK które byłbym spisał, gdybym miał czym. Spotykanych kajakarzy, zapewne z trasy rekreacyjnej, bez problemów wyprzedzałem. Na kilka kilometrów przed końcem dogoniłem i wyprzedziłem Darka w kajaku. W ten sposób, gdy wieczorne słońce dawało długi cień wysunąłem się na prowadzenie na głównym dystansie. Płynąłem pierwszy ale cóż z tego, skoro miałem podbite ledwie 4 punkty. W finalnej klasyfikacji będę na końcu.

Miejsce docelowe – przystań na prawym brzegu rzeki łatwo było znaleźć gdyż było to tuż przed Mostem Siekierkowskim. Nie dało się przegapić tym bardziej, że u wejścia do przystani stała charakterystyczna piramidka, o której wspomniano na odprawie. Trafiłem bez problemów. Kończyłem wyścig niezbyt nawet zmęczony. Wyłączony Garmin podsumował część wioślarską: dystans 29,57 km, czas 3 godziny 17 minut, średnie tempo 6,41 na kilometr, suma kalorii 1976. Pogoda 21 stopni, wiatr 9 km na godzinę, południowy. Wytaszczywszy SUP-a odebrałem medal i smaczny posiłek. Co ciekawe pomimo że nie traciłem czasu na podbijanie punktów wcale tak dużo nie zyskałem nad innymi zawodnikami. Ci najlepsi przypływali kilkanaście – dwadzieścia minut za mną.

Najlepsi na SUP - trasa pełna

No więc jak było?

W sumie było fajnie choć w końcowej klasyfikacji zająłem ostatnie, siódme miejsce wśród zawodników w kategorii SUP na pełnym dystansie oraz 13 na 15 OPEN na pełnym dystansie. Znalazło się dwóch kajakarzy gorszych ode mnie. Wygrał znajomy Patryk Saulus z czasem cokolwiek dziwnym: -00:33. Złapał poprawnie 40 PK i przez to, że każdy odejmował mu 10 minut czasu to z czasu 06:07 nic nie zostało. Co ciekawe Patryk wyprzedził nie tylko wszystkich SU-perów ale też kajakarzy. Drugi był Tomek Pająk (-00:23, miał również 40 PK), trzecia była towarzyszka Tomka Justyna Lewandowska (-00:12, 40 PK). Mój wynik to 05:57, minus 4 PK każdy po 10 minut wyszło finalnie 05:17. Gdybym podbił nawet 10 PK to i tak nadal byłbym ostatni w swojej kategorii. Według danych podanych przez organizatora w całym tegorocznym Memoriale, na wszystkich trasach, udział wzięło 65 osób, 47 osad (były jednostki pływające 2-osobowe).

Spodobały mi się te zawody, przede wszystkim ze względu na długi dystans na SUP. Mało jest takich w Polsce. Rzeka ładna, nadbrzeżne lasy, ścieżki pieszo-rowerowe też ładne. Podobało mi się nietypowe połączenie dwóch dyscyplin na jednych zawodach. Podobało mi się wprowadzenie elementu nawigacyjnego. To, że mi nie wyszło to wina głównie moja, nie organizatora. Powinienem był się lepiej przygotować na nawigację. Podobała mi się niska opłata startowa (60zł), tak jak za dawnych czasów. Pewnie nie udało by się jej zrobić po taniości, gdyby nie wspomniane w regulaminie dofinansowanie przez Biuro Sportu i Rekreacji (Brawo!). Element do poprawy to brak picia na mecie. Ogólnie uważam, że to bardzo fajna, oryginalna impreza lecz chyba słabo rozreklamowana. Po powrocie z ciekawości sprawdziłem, czy widnieje np. w kalendarzu imprez na orientację na stronie orienteering.waw.pl. Guzik, a szkoda bo gdyby była to może przyjechaliby ludzie od imprez na orientację. Organizator powinien jednak zastrzec w uwagach, że tu na mapie nie ma skali ani poziomic i że można używać GPS.

Chętnie tu przyjadę za rok, tym razem już lepiej wyposażony. Chyba, że nie będę już biegał i nie będę startował w zawodach. W tym roku minęło 20 lat moich startów, przyszłym roku - jak dożyję - będę miał 50 lat. Często myślę, że czas już przejść na sportową emeryturę. Porzucić blogowanie, porzucić starty. Ciągle jednak kusi, aby pojechać tu, pojechać tam. Czy w związku z tym będę na Memoriale za rok? Chciałbym być. A jeśli mnie nie będzie to i tak polecam. Fajnie jest, tylko trzeba się przygotować na plik papierów i nieoczywistą nawigację.

Film z zawodów zamieściłem na portalu YT




środa, 30 września 2026

II „Salaca 100” 2025 – pierwsza stówa na SUP-ie

Zdjęcie: organizator

Od pomysłu do przemysłu

Rok 2025 to mój trzeci rok pływania na desce SUP. Nabrałem trochę doświadczenia, poczułem się pewniej. Zaliczyłem spływ całą Krzną, najpierw na raty w 2 dni (2023), następnie całość spławnej rzeki naraz – 75 km w 13 godzin (2024). Zrobiłem częściowo samotnie a częściowo z Kasią Cholewą cały polski Bug i część Narwi od Zegrza do Wisły. Wystartowałem w swoim pierwszym SUP-owym maratonie – Parsęta River Trophy na 42 km zajmując zaszczytne, ostatnie miejsce (2024). W końcu roku, z myślą o ambitniejszych czasach na bardzo długim dystansie kupiłem drugą, tym razem wyścigową deskę pneumatyczną Gladiator Elite Race 14x25. Cięższa ale wąska - wyraźnie szybsza od mojej turingowej Hydroforce Fastblast, z carbonowym wiosłem, można ją dopompować nawet do 26 PSI.

Miałem adekwatny sprzęt, czas było zrobić kolejny krok. Może coś jeszcze dłuższego? Przeczesałem Internet. Okazało się, że są świetne zawody SUP-owe, istne wioślarskie odyseje, które porównać można do biegów ultra-dystansowych trwających dobę i więcej. Niestety nie w Polsce. W naszym kraju są owszem zawody SUP, ale głównie na krótkich, bardzo technicznych trasach, gdzie trzeba na kilkuset metrach – kilku kilometrach przepychać się przy bojach z innymi zawodnikami. Czasem dodatkowo na falach na morzu. To tak jak dla biegacza sprinty lub średnie dystanse na stadionie – coś absolutnie nie dla mnie.


Gdzie to w ogóle jest? (strzałki)

Ostatecznie zdecydowałem się na zawody na Łotwie znane jako „Salaca100” i reklamowane, jako największa SUP-owa impreza w rejonie Bałtyku. Poczytałem regulamin. To była II edycja, wyścigu „trasą królów”, rzeką Salaca na dystansie 100 km w limicie czasowym 24 godzin. Fajny dystans, fajny limit – od razu skojarzył mi się z „orienterskimi setkami” - pieszymi maratonami na orientację z tymi samymi parametrami. Przejrzałem profesjonalne zdjęcia pokazujące dziką rzekę wijącą się w lesie, czasem wśród pomarańczowych klifów z piaskowca. Byłem urzeczony. Doczytałem, że w tamtym roku na 121 osób 23 nie ukończyły. Znaczy łatwo nie jest. Start jest o 7 rano z brzegu Jeziora Burtnieki we wschodniej Łotwie, w Rezerwacie Biosfery Północnej Liwonii. Po 5 kilometrach wpływa się w rzekę Salaca i wiosłuje dalsze 95 km do jej ujścia do morza w Zatoce Ryskiej, w mieście Salis (po łotewsku Salacgriva). Limit 24 godzin wskazywał, że ci wolniejsi będą kończyć wyścig nocą. Opłata startowa w wysokości 60 euro nie była wygórowana. Gdy zbliżał się 3 maja 2025 - dzień startu - dostrzegłem na liście zgłoszonych zawodników ponad 200 osób. Wśród nich oprócz mnie było 2 innych Polaków: Józef Truszkowski i Patryk Saulus. Józka znałem ze słyszenia, Patryka poznałem na Parsęta River Trophy i wspomniałem mu o zawodach Salaca100 pytając, czy nie ma ochoty pojechać. No i proszę – jest.


Piękno rzeki Salaca. Zdjęcie: organizator

Dojazd i przygotowanie do startu

Dojazd z Białej Podlaskiej na miejsce startu wymagał zachodu. To 800 kilometrów. Z racji tego, że start nad jeziorem był głęboko na prowincji, z małej wsi o nazwie Vecate odrzuciłem pomysł dolotu samolotem. Trzeba by się potem przesiadać w autobusy, kombinować nosząc ciężką i dużą torbę z SUP-em, namiot i plecak. Zaryzykowałem dojazd własnym autem, leciwą Pandą. Spakowałem cały sprzęt i w czwartek 1 maja wyjechałem z Białej Podlaskiej w stronę granicy z Litwą. Nocleg wieczorem, w namiocie na campingu w rejonie Suwałk był tani, ale niezbyt przyjemny. Przymrozek sprawił, że zawijałem się nad ranem w te pędy, aby tylko wsiąść do samochodu i włączyć ogrzewanie. Dlaczego nie poszedłem do pokoju w domku? Była majówka i gdy się obejrzałem wszystko było już zarezerwowane.


Zespół klasztorny w Pożajściu (Kowno)

Po wjeździe na Litwę 2 maja wybrałem trasę przez Kowno. Miasto podobno brzydkie lecz jest tam perełka: W Pożajściu – dzielnicy Kowna, na malowniczym cyplu nad Niemnem stoi największy zespół klasztorny na Litwie. Ufundowany w końcu XVII wieku dla zakonu kamedułów z inicjatywy Krzysztofa Zygmunta Paca, kanclerza wielkiego litewskiego. Reprezentuje styl późnego baroku. Klasztor i kościół rzeczywiście spory, podobno nietypowy jak na milczących i lubiących skromność kamedułów. Choć komuniści – wrogowie religii – w czasach swoich rządów zrobili z niego archiwum i zakład psychiatryczny to pozostałości nadal robią wrażenie. W piwnicach zwiedzić można krypty grobowe – katakumby, w których chowano zmarłych mnichów. Miejsce skłaniało do przemyśleń nad sensem życia i jego przemijaniem. Jadę teraz na zawody wioślarskie, jestem zdrowy, sprawny i silny lecz kiedyś to wszystko przeminie. „Memento mori” - pamiętaj o śmierci.


Pożajście: katakumby

Dalsza trasa prowadziła z Kowna na Poniewież i dalej prosto na północ, w stronę Rygi. Drogi były gorszej jakości niż w Polsce, trzeba było uważać na dziury tu i ówdzie, ale jechało się znośnie. Zwracał uwagę pagórkowaty krajobraz, nieznane u nas szerokie lecz jednopasmowe ronda oraz widoczne na polach opuszczone domy. Pewnie część mieszkańców nadbałtyckich republik wyjechała do większych miast lub za granicę zaś starzy powymierali. Rygę ominąłem przedmieściami przyglądając się z ciekawością rzece Dźwinie, którą znałem z historii, a którą widziałem po raz pierwszy na żywo. Stamtąd kierunek północno-wschodni, w stronę Wolmaru (po łotewsku: Valmera) – ostatniego miasta przed punktem startu. W wiosce Vecate nad jeziorem Burtnieki stanąłem wczesnym wieczorem.

Osada jest malutka. Nie znalazłem tam żadnego sklepu. Po zjeździe z asfaltu, kilkaset metrów za strzałkami i już byłem przed biurem zawodów nad brzegiem jeziora. Ludzie rozbijali namioty, przygotowywali SUP-y. Przy biurze spotkałem obu Polaków - Patryka i Józka, którzy przyjechali wcześniej. Po załatwieniu formalności udałem się jeszcze do pobliskiego namiotu-sklepu. Można tam było kupić akcesoria sponsora – marki Red - oraz pożyczyć SUP-a na czas startu. Koszt: 35 euro. Niby nie dużo lecz z tego co pamiętam były to allroundy i turingi. Nie widziałem tam nic szybszego a 100 km to jednak kawał drogi. Męczyć się na allroundzie – dziękuję bardzo.


Vecate: Biuro zawodów

Nocować można było w namiocie na łące, obok samochodu. Można też było udać się do budynku, wioskowego domu kultury/biblioteki w centrum wsi i tam przespać się na podłodze. Tak zrobiłem. Na miejscu było już kilka osób, z którymi zaraz znalazłem wspólny język. Temat wiadomy: zawody, wiosłowanie, sprzęt na SUP-a. Moim rozmówcą był mocno zbudowany Łotysz Maris Zudrags, jak sam mówił w 1/4 Polak bo jego babcia była Polką. Niestety po polsku już nic nie mówił. Potem okazało się, że to bardzo mocny zawodnik, który stanął na podium w kategorii SUP dmuchany (inflable). Zanim się położyłem i usnąłem wpadła wesoła kompania z muzyką. Oni też na jutrzejsze zawody tylko będą płynąć na wielkiej, dmuchanej łodzi wieloosobowej – SUP dragonie. Niczym się nie stresowali, nie spinali, widać, że przyjechali dobrze się bawić. Z głośników poleciał „Swimmers” brytyjskiego zespołu Zero 7. Klimat był świetny, cieszyłem się bardzo, że jestem tu i teraz.


Maris Zudrags. Zdjęcie: organizator

Ruszamy w drogę

Łatwo powiedzieć, ruszamy. Wcześniej jeszcze powrót na obozowisko startowe, dmuchanie SUP-a, odprawa przedstartowa w języku łotewskim i angielskim. Zanim spakowałem plecak z akcesoriami, żywnością i piciem, zanim ubrałem krótką i cienką piankę windsurfingową było już 10 minut do startu. A Toi Toi? Patrzę, że jest kolejka. Trudno. Przecież nie będę wiosłował z dodatkowym balastem i dyskomfortem w rzyci. Na zdjęciach z momentu startu mnie nie szukajcie gdyż w tym czasie byłem.. cóż… w toalecie. Nic to, spokojnie. Podjąłem wiosłowanie spóźniony 7 minut, jako ostatni. Doświadczenie z biegów ultra mówiło mi, że z perspektywy kilkunastogodzinnego wyścigu te kilka minut nie będzie miało znaczenia.

Wiosłuję na początku na stojąco. Jest słonecznie ale chłodno, około 9 stopni. Wiatr niewielki. Tafla jeziora spokojna, miejscami mijam wędkarzy. Doganiam ostatnich, ci najlepsi już wracają z nawrotki na jeziorze. Teraz woda przy mijance i wyprzedzaniu faluje. Nie czuję się zbyt pewnie w takich warunkach, nie chcę zaliczyć porannej kąpieli w jeziorze o temperaturze kilku stopni więc asekuracyjnie siadam i wiosłuję na siedząco, za to z dużą kadencją. Z naprzeciwka płyną najpierw Józek z Patrykiem a potem „wesoła kompania” na SUP dragonie. Puszczają muzykę, a z przodu, jako galion zawiesili korpus kobiecego sklepowego manekina. Ewidentnie dobrze się bawią chłopaki. Tylko tego SUP-a im współczuję, sunie po wodzie dosyć wolno i topornie. Domyślam się, że trochę im zajmie te 100 km, pomimo, że jest ich na pokładzie pięciu.


"Wesoła kompania". Zdjęcie: organizator

Po nawrotce na jeziorze wróciliśmy znowu w okolice miejsca startu. Minęło 5 kilometrów, pod mostem wpływamy w rzekę – teraz „tylko” 95 kilometrów Salacą. Rzeka jest niezbyt szeroka, przypomina nasz Bug w górnym odcinku, może Wieprz. Jeszcze jest trochę tłoczno, są grupki wioślarzy przede mną i za mną, ale tafla wody spokojna. Wstaję i wiosłuję na stojąco. Wtem chwila nieuwagi. Chłopak przede mną zwalnia więc hamuję i siadam na desce ale tak niefortunnie, że wywracam się do tyłu, wpadam do wody z główką i na domiar złego odwracam deskę do góry dnem. Pięknie, a tak się starałem nie wpaść. 6 kilometr i już jestem cały mokry. Szybko wracam na pokład i aby się rozgrzać wiosłuję dosyć raźno.

Pierwsze 20-30 kilometrów minęło szybko. Rzeka ładna, dzika i kręta. Brzegi porastają drzewa, dużo świerków. Miejscami widać ciekawe, czerwone klify. Sceneria jest ładna, tylko woda „zadymiona” jak w Bugu, przejrzystość niewielka. Oswoiłem się z warunkami i wiosłuję miarowo, podziwiając piękne brzegi. Od czasu do czasu zobaczymy domek, spotkamy wędkarzy. 90% brzegu pokryte jest lasem co ma tę zaletę, że chroni od wiatru. W takich warunkach z przyjemnością wiosłuję na stojąco. Gdy trafiają się odcinki odsłonięte i wieje kilkanaście km na godzinę – siadam. Trudność rzeki jest na tym etapie umiarkowana.


Grafika: organizator

Druga połowa wyścigu

Półmetek jest za 50-tym kilometrem, w Staicele. Za zakrętem zobaczymy pozostałości zabytkowej papierni z końca XIX wieku, przy której jest tama na rzece. Obowiązkowo trzeba ją obnieść. Gdy wychodzę na brzeg jest 15-sta, czyli I połowa zajęła mi 8 godzin. Obsługa życzliwie pomaga mi wynieść deskę na brzeg. Wsuwam owsiankę z mięsem, zapijam izotonikiem i bezalkoholowym piwem. Toi Toi i w międzyczasie rozważanie – przebierać się, czy nie przebierać? Jestem już trochę zmęczony, o rezygnacji nie myślę ale martwi mnie czas. Jeśli II połowę również będę robił 8 godzin to na mecie będę o 23. To znaczy, że 2 godziny trzeba będzie wiosłować po ciemku. Trudno, nie przebieram się. Kto wie, może znowu wpadnę to pianka się przyda. Nieśpiesznie schodzę na brzeg do deski, którą już mi zniosła obsługa.

W drugiej połowie trasy nurt wyraźnie przyśpieszył. Pojawiły się bystrza (white water) które pokonywałem siedząc. Było ich sporo i trochę straszyły, trochę wzmagały emocje. W sumie fajnie się przez nie płynęło, ani razu się nie wywróciłem. Wiosłowałem dziarsko lecz tu już w większości w pozycji siedzącej, tak jak zresztą wielu innych. SUP-owym purystom wyjaśnię w tym miejscu, że nikt tu nie pilnował stojącej pozycji na desce i się tym nie przejmował; wielu siedziało na krzesłach, skrzynkach, innych wynalazkach, część wiosłowała na klęcząco. Ot, na takim dystansie ważne abyś płynął o własnych siłach, na desce SUP i z wiosłem z jednym piórem. To wszystko. Czy stoisz, siedzisz, klęczysz czy leżysz – twoja sprawa.


Józek. Zdjęcie: organizator

Patryk. Zdjęcie: organizator

Co było dalej? Czułem, że wraz ze zbliżaniem wieczora jest mi coraz bardziej zimno, pomimo pianki i ciągłego ruchu ramion. Obok mnie płynął jakiś Łotysz. Płynął na lekko: spodenki, t-shirt i niewielki pakuneczek, pewnie z jedzeniem i piciem. W pewnym momencie, gdy mijaliśmy siedzących na cyplu dwóch dziadków wyglądających jak loża szyderców z Mupetów – chłopak przede mną niespodziewanie wpadł do wody. Gdy wlazł z powrotem zagadywałem go, czy wszystko w porządku. Niestety nie znał angielskiego, pokazywał tylko gestami, że mu zimno. Jak wyruszaliśmy z przenoski to widziałem, że miał support, może mu dowieziono ubranie do przebrania a może zrezygnował. Nie wiem jak mu poszło dalej. Popłynąłem wiosłując raźno z myślą, aby tylko skończyć i aby zahaczyć jak najmniej nocki.

Na ostatnich kilometrach przed metą w Salis rzeka staje się szersza i spokojniejsza. Bystrza przepłynąłem szczęśliwie, teraz przy zachodzącym słońcu odliczałem kilometry do końca. Pojawiły się zapowiadane na odprawie 3 sztuczne przeszkody: dwa niewielkie progi oraz drewniana konstrukcja wchodząca na większość szerokości rzeki. Zgodnie z zaleceniami pierwszy próg przepłynąłem przy lewym brzegu, drugi też, ale tu już musiałem zejść do płytkiej wody. Drewniana konstrukcja nie stanowiła przeszkody. Wkrótce zobaczyłem most, biało-czerwone boje Red od organizatora; usłyszałem radosną muzykę. To już meta! A więc udało się przed zachodem słońca. Dopływając wśród gratulacji do nabrzeża po prawej stronie byłem przeszczęśliwy. To koniec.

Dopłynąłem do mety. Zdjęcie: organizator

Ukończyłem z czasem 13 godzin i 57 minut. Druga połowa, przez szybszy nurt i bystrza była wyraźnie szybsza, dlatego udało się uniknąć płynięcia z latarką czołówką. Może dobrze, że się nie przebierałem choć po wyjściu na brzeg na mecie byłem mocno wyziębiony. Trzęsiączkę poczułem dopiero na lądzie. Ledwo chodziłem i mówiłem. Ostatkiem sił wyniosłem i spakowałem SUP-a. Na mecie byli już przebrani i odświeżeni Józek z Patrykiem, którzy pokierowali mnie na prysznic i po jedzenie. Świetnie popłynęli zajmując wysokie miejsca. Józek z czasem 12 godzin 7 minut zajął 10 miejsce OPEN i 3 w kategorii SUP dmuchany. Tuż za nim, 13 OPEN z czasem 12 godzin 39 minut był Patryk Saulus. Ja byłem trzeci z naszych, zająłem 34 miejsce OPEN i 27 w klasyfikacji Sport Class Men. Uznaję to za niezły wynik zważywszy, że wystartowało 187 osób a ukończyło 120 (35% DNF-ów). To nie był łatwy wyścig.


Zwycięzca - Carlo Arias z Kostaryki na mecie. Zdjęcie: organizator

Powrót

Organizator zapewniał uczestnikom transport busikiem ze spakowanymi SUP-ami z powrotem na pole namiotowe w Vecate. Dzięki gorącemu prysznicowi i posiłkowi doszedłem już do siebie. Dojechaliśmy w nocy. Niestety nie było już możliwości spania w domu kultury, trzeba było pójść do namiotu. Następnego dnia wcześnie rano spakowałem się i ruszyłem w drogę powrotną.


Wolmar - muzeum

Wolmar - tor dla kajakarzy górskich na rzece Gauja

Szkoda mi było być na Łotwie po raz pierwszy i nic nie zwiedzić dlatego przejeżdżając przez Wolmar zatrzymałem się na odpoczynek i spacer po centrum miasteczka. Była niedziela rano, na ulicach pusto. Mają tam ruiny twierdzy, muzeum, trochę starych budynków i murów, od których czuć historię. Okazało się, że „nasi tu byli”. Zimą 1601 roku, w czasie wojny polsko-szwedzkiej pod miasto przybył sam Jan Zamoyski i po dwumiesięcznym oblężeniu zmusił załogę szwedzką do kapitulacji. - Mój Boże, zapuszczaliśmy się w Inflanty, tak daleko od dzisiejszej Polski - pomyślałem. Z Wolmaru udałem się do drugiego miejsca chwały polsko-litewskiego oręża – tego bardziej znanego. Blisko Rygi leży miasteczko Salaspis. To dawny Kircholm, gdzie w 1605 roku hetman litewski Jan Karol Chodkiewicz pobił 2,5-krotnie liczniejszą armię szwedzką. Dalej wstąpiłem do pobliskiej Rygi, ale że zaczęło padać nie spędziłem tam wiele czasu. W lokalnej księgarni zauważyłem serię o „Wiedźmaku” – lokalne wydanie naszego „Wiedźmina” Andrzeja Sapkowskiego.


Pomnik bitwy pod Kircholmem

"Wiedźmak" do poczytania

Zespół klasztorny w Wigrach

Plan dnia zakonników - kamedułów

Po przejeździe przez granicę i Litwę, tego samego dnia wieczorem wróciłem do Polski. Nocleg spędziłem w dawnym klasztorze, nad jeziorem Wigry. Jest tam zespół pokamedulski pochodzący z tego samego okresu co w Pożajściu i również pięknie położony. Dziś niestety nie tętni życiem monastycznym. Jest miejscem noclegowym i turystycznym, można jednak pójść na mszę poranną z czego z przyjemnością skorzystałem. Ściany wynajętego pokoju opisywały rozkład dnia niegdysiejszych panów tego przybytku. Szkoda, że czcigodnych braci już tu nie ma, dobrze, że zachowano choć namiastki dawnego duchowego życia.

Po porannym śniadaniu wsiadłem w dalszą drogę do domu. Wracałem z przeświadczeniem, że wziąłem udział ciekawej, świetnej imprezie SUP-owej, mojej pierwszej setce, którą szczęśliwie ukończyłem. Po drodze zwiedziłem kilka fajnych miejsc. Udany to był wyjazd.

[STRONA] zawodów wraz z piękną galerią zdjęć oraz wynikami


Prognoza pogody




poniedziałek, 31 sierpnia 2026

„The Longest Day” – SUP-ultra po belgijsku

21 sierpnia, piątek

Wczesnym rankiem koleżanka podwozi mnie na lotnisko Chopina w Warszawie. Tobołów mam sporo: główny bagaż to pompowany SUP Gladiator Elite Race 14x25. Do tego całe oporządzenie, nawet kamizelki asekuracyjne – pneumatyczna i klasyczna. Niby w regulaminie nic o nich nie ma ale grom wie, może akurat będą niezbędne. Drugi plecak to namiot, śpiwór, karimata, ubrania, środki czystości. W sumie mam na plecach i w ręku ze 30 kg. Przypomina mi się czytana dwa lata temu książka „Snajper wchodzi pierwszy” Michała Wójcika, weterana z Afganistanu. Pisał, że cały ekwipunek snajpera jest bardzo ciężki, ze 40 kg i trzeba przemieszczać się z tym po górach. Jak skończył służbę i poszedł na badania to lekarz mu powiedział, że ma co prawda 40 lat, ale kręgosłup staruszka. Taki był w każdym razie sens, dokładnego cytatu nie pamiętam. Zastanawiam się, czy i ja od takich wyjazdów nie zniszczę sobie zdrowia. No, na szczęście na razie nie są zbyt częste. Zaraz na bramkach lotniskowych robi się zresztą lżej bo do Ryanaira nie chcę mnie przepuścić z powerbankiem. Mam duży, stanowczo za duży, aby wejść z nim na pokład. Trudno, zamiast wyrzucić do kosza cofam się i obdarowuję pracownika Straży Granicznej. Rok temu pogranicznicy za przepływanie po Bugu na białoruską stronę dali nam tylko ostrzeżenie zamiast mandatu, niech teraz coś mają ode mnie.

Po 2 godzinach lotu lądujemy na Charleroi (Bruksela południe). Trochę błądzę po lotnisku, znajduję w końcu przystanek miejskich autobusów TEC i nim dojeżdżam do dworca głównego w Charleroi. Tam mam mieć pociąg do Walcourt, ale… pociągu nie ma. Remontują tory i jest podstawiony autobus zastępczy. Wsiadając do niego chcę kupić bilet u kierowcy. Ten, że nie sprzedaje, nie ma pieniędzy i pomimo tego – zaprasza mnie z uśmiechem do środka. Trochę się cykam, bo to jawna jazda „na gapę” ale cóż. Siadam, jedziemy do Walcourt. Krajobrazy bardzo wiejskie, teren lekko pagórkowaty. Dziwią mnie asfalty – nie raz tak wąskie, że autobus mijając się na zakręcie z osobówką zmusza ją, by ta trochę zjechała na pobocze. I w autobusach i na dworcach widać dużo ludności pozaeuropejskiego pochodzenia.

Gdzie to w ogóle jest?

W Walcourt dworzec autobusowy mały i pusty. Za 3 czy 4 godziny mam autobus bezpośrednio nad jezioro, do punktu docelowego. Nie chce mi się czekać, więc wsiadam do autobusu do Cerfontaine – to około 6 km od celu. Może stamtąd dotrę szybciej nad jezioro lac d'Eau d'Heure. W Cerfontaine klops: pytani miejscowi i informacja turystyczna tłumaczą zgodnie, że taksówek tu nie ma, autobusu też nie będzie. Jedyna opcja to pieszo lub stopem. Wychodząc z miasta zaglądam jeszcze do miejscowego kościoła. Ładny, w gotyckim stylu, budowany z jasnego kamienia. Ciekawe, ile osób do niego uczęszcza. Obawiam się, że nie za wiele lecz nie będę miał okazji, aby to sprawdzić.

Ciągnę się z tobołami kilometr za miasto. Mam już dosyć choć i tak dobrze, że najcięższa torba z SUP-em (20 kg) ma kółka. Zostało jeszcze 5 km i myślę, że jeśli tam to wszystko zaciągnę sam, to będę padnięty. Mija mnie kolejka objazdowa, jak się potem okaże, jeździ znad jeziora do Cerfontaine. Może by mnie zabrała? Szkoda, że nie zapytałem. Za skrzyżowaniem zaczynam machać stopa. Nie za szybko go złapałem, ale złapałem. Belg w środku jest cały umazany farbą, jakiś lokalny malarz (ścian, nie obrazów). Z uśmiechem zaprasza do środka tylko ni w ząb nie mówi po angielsku. Coś tam moim łamanym francuskim, „Lac, droit, a gausche, a droite” – trochę pokazując na Google Maps, dowozi mnie do celu – do Landal Village. „Merci beaucoup” życzliwy człowieku, niech Ci się w życiu wiedzie.


Spacer po przyjeździe na miejsce. Pogoda taka sobie

Jest wczesne popołudnie. Rozbijam mój mały, teoretycznie 2-osobowy namiot na upatrzonym wcześniej parkingu dla kamperów (camperplaats). Obok już są jacyś ludzie. Zagaduję czy nie nie przeszkadzał i szybo okazuje się, że ci sympatryczni Francuzi też na zawody. Oni wystartują na deskach sztywnych, ich dwoje dzieci na dmuchanych. Przy parkingu nie ma niestety toalet ani tym bardziej kuchni czy pryszniców i to jest problem. Toalety na szczęście są w pobliskiej recepcji przy małym sklepie oraz ciut dalej przy plaży. To ratuję sytuację. Ucinam sobie spacer brzegiem jeziora – już bez tobołów, co a ulga. Pogoda jest zmienna, deszczowo-słoneczna, z mocniejszymi powiewami wiatru. Niezbyt gorąco (18 stopni) to i ludzi nad jeziorem było niewielu. Jak się okazało pogodne warunki panowały też w dniu zawodów. Robię zakupy w sklepie spożywczym, potem burger i kawa w restauracji, których jest w pobliżu kilka. Po 17 otwiera się już biuro zawodów przy plaży. Na miejscu jest główny organizator Vincent i kilka osób. Opłacam wpisowe 58 euro i pytam, o nurtujące mnie sprawy. Czy muszę mieć kamizelkę (nie muszę, tylko leash jest obowiązkowy). Czy będąc zmęczonym można ewentualnie wiosłować na klęcząco/siedząco (w zasadzie nie, ale jeśli nie walczysz o topowe miejsca to jak tak zrobisz, to nikt nie powinien mięć pretensji). Zdając sobie sprawę, że w niedzielę po zawodach będę miał problem z powrotem na lotnisko bo akurat tu autobusy w weekend nie jeżdżą pytam organizatora czy zna kogoś, kto po zawodach jedzie do Charleroi i może mnie zabrać. On, że popyta. Stojący obok ludzie widząc moją czapeczkę Salaca100, słysząc że jestem z Polski życzliwie zagadują. A gdzie byłeś, a jak tam zawody, a mój znajomy też tam był i mówił że fajnie, i tak dalej. Fajnie jest. Najedzony, opłacony, obkupiony żywnością na następny dzień idę spać. Trochę głośno na tym camperplaats, psy szczekają, muzyka, ale z czasem udaje się zasnąć.

22 sierpnia, sobota

Budzik na 6:30 bo o 8 ma być odprawa dla zawodników. Mam trochę dylemat jak się ubrać bo warunki nie są ani na gorąco (wtedy kąpielówki i t-shirt lub długi rękaw) ani na zimno (wtedy cienka pianka). Biorę kilka zestawów nad wodę, w razie czego będę się przebierał w trakcie.

8:00 rano, znosimy deski nad wodę

Jezioro, a w zasadzie sztuczny zbiornik pewnie podobny do naszej Soliny tylko bardziej prostokątny w kształcie, z zaporą na przeciwległym końcu, wygląda w miarę spokojnie. Wielkiej fali nie ma, woda czysta, brzeg kamienisty. Ludzie powoli znoszą deski, prawie wyłącznie sztywne. Dominują szerokości 20-22 cale.  Tylko Francuska (24.5x14) i ja (25x14) mamy „dmuchańce”. Jest nas około czterdziestu. Niewielu. Zawody zaczną się o 9:00. No dobrze – ale o co w nich chodzi?


Zabawa polegać będzie na pokonaniu dziesięciu pętli po jeziorze, każda o długości 5,6 km. Każda z pętli startuje  o równej godzinie począwszy od 9:00. Jeśli przypłyniesz np. w 45 minut to masz 15 minut odpoczynku. Możesz się też spóźnić, zrobić pętlę max w 1:10 minut, wtedy jeszcze wypłyniesz. Jak nie zdążysz lub chcesz odpocząć – możesz godzinę posiedzieć na brzegu. Dozwolone jest pominięcie dowolnej liczby pętli tylko trzeba pamiętać, że w klasyfikacji końcowej liczyć się będzie po pierwsze liczba ukończonych okrążeń, a w drugiej dopiero kolejności ich czas. Ćwiczyłem to w Polsce na zbiorniku w Międzyrzecu i odcinki 5,6 km wchodziły mi mniej więcej po 50 minut. Tylko, że zrobiłem takie dwa z rzędu. A jak będzie po 5 lub 7 okrążeniach, czy będę miał jeszcze siły? No i pogoda, zwłaszcza wiatr będzie miał duże znaczenie. Koszulkę dostałem z numerem 113. Śmiałem się, że 13 to moja szczęśliwa liczba. Przed 9:00 zszedłem na wodę i ustawiłem skromnie z tyłu, na linii startu. Sprawdziłem wodę – ciepła. Jak nawet wpadnę to tragedii być nie powinno. Przypiąłem leash do kostki. Ubranie to spodnie letnie Dobsom, długi rękaw ze spandexu, wodne buty, plecak biegowy z bukłakiem, drobne przekąski, czapka „kibucówka”, Garmin na ręku. Na brzegu zostawiłem dodatkowe jedzenie i picie oraz ubranie na zmianę. Obawiałem się o bezpieczeństwo rzeczy najważniejszych: telefon, dokumenty i pieniądze, więc to zabrałem w wodoodpornej torbie na deskę. Byłem przygotowany.

Gotowy do startu

O równej godzinie 9:00 Vincent dał strzałem sygnał do startu. Wszyscy wcisnęli wiosła do wody i ruszyli z kopyta. Woda się zagotowała. Niepewnie stałem na tej swojej desce myśląc „byle tylko nie wpaść, byle nie wpaść tu przed wszystkimi kibicami - bo będzie wstyd”. Powoli ruszyłem za wszystkim wzdłuż plaży na zachód, do pierwszej, żółtej boi Restube. Tuż przede mną dwoje dzieci na dmuchańcach – te mają pętlę mniejszą, 2 km. Dorośli z czołówki wystartowali mocno. Widać było wyraźnie pierwszą trójkę wykorzystującą „drafting” – ustawienie tuż za inną deską, aby płynąć szybciej. Niektórzy inni też to robili, pozostali – tak jak ja – płynęli swoim tempem, swoją trasą. Za pierwszą boją ostry zwrot na wschód i wiosłowanie do kolejnej boi. Była prawie 2 kilometry dalej, przy przystani po południowej astronie zalewu. Nie widziałem jej, po prostu płynąłem za wszystkimi. Jako ostatni wprawdzie, ale nie odstawałem daleko za „wężem” zawodników. Wtem Francuska na dmuchańcu płynąca tuż przede mną wpadła do wody. „You OK?” – zapytałem? „Chyba w coś uderzyłam” – odpowiedziała. W co mogła tu uderzyć? Pomyślałem. Woda pod deską przejrzysta i głęboka. Czyżby jakaś ryba? Jakiś kuzyn potwora z Loch Ness? Przy przystani, od strony południowej zalewu wiatr był już wyraźnie bardziej odczuwalny, fale też większe. Skręt przy boi i kierunek na północ, do trzeciej ostatniej boi. Tam, od północnej strony woda znowu stawała się spokojniejsza. Zwrot na zachód i ostatni, krótki odcinek do mety. Ukończyłem pętlę w około 50 minut, miałem 10 na odpoczynek. Nie było źle. Francuska, która wróciła samodzielnie na metę wyjaśniła mi, że powodem wpadki było… zgubienie fina. Po prostu zbyt słabo go zamocowała i się odkręcił. Deska gwałtownie skręciła i wpadła. To źle ale i dobrze, że jednak nie kuzyn potwora z Loch Ness. Ufff...

Mój Garmin widział to tak

Ta pierwsza pętla pokazała mi wyraźnie, że z nikim się tu nie pościgam. Ludzie, nawet starsi ode mnie są tu lepsi technicznie, szybsi, silniejsi i mają dużo lepszy sprzęt. Nie będę się starał dogonić kogokolwiek, lecz będę chciał robić wszystkie 10 pętli w czasie. Jedyną moją nadzieją była wytrzymałość. Może nie wszyscy zawodnicy zrobią wszystkie 10 okrążeń, a jeśli ja zrobię 10 to finalnie mogę nie być na ostatnim miejscu klasyfikacji. Jak się potem okazało ten tok rozumowania był słuszny.

Na drugim okrążeniu, które pokonałem w podobnym czasie, wpadłem na chwilę do wody. Była tak jak już pisałem ciepła, więc szkody żadnej nie było. Nawet mnie trochę orzeźwiła. Na brzegu znowu 10 minut odpoczynku i o pełnej godzinie jazda dalej. Minęła 3-cia i 4-tra pętla. Na którejś z nich Francuska na „dmuchańcu” w ogóle nie wystartowała, czułem się przez to samotny, bardziej oddalony od reszty. Od piątej pętli poczułem już zmęczenie, trochę drętwienie stóp bo cały czas stałem. W głowie zaczęła się sączyć myśl – „a może tak godzinkę odpocząć?” Na razie wiosłowałem i wypłynąłem na 6 pętlę, która okazała się najgorsza. Nadchodził deszcz i zerwał się silny wiatr. Przy północnej stronie (zawietrznej) problemem nie był, ale gdy dopłynęliśmy na nawietrzną, w okolice przystani przy drugiej boi – to dopiero było. „Ja się przecież nie zapisywałem na surfing” – myślałem desperacko usiłując trzymać równowagę i wiosłować. Szczęście w nieszczęściu było takie, że wiatr był silny, ale w plecy. Wiało od północnego zachodu a płynęliśmy na wschód. Momentami czułem, że deska jakby płynie na niewielkiej fali. „Ciekawe jaki czas okrążenia teraz wyjdzie?” – rozmyślałem. Tymczasem zauważyłem, że jedna z dziewczyn chyba spanikowała i najkrótszą drogą popędziła do mety, pozostałe trzy czy cztery osoby albo przysiadły albo przyklękły na swoich wąziutkich deskach. To i ja nie miałem wyrzutów sumienia – przez kilometr największego bujania wiosłowałem na siedząco. Kończąc pętlę na mecie byłem dumny, że dopłynąłem. Podniosło to morale i już nie chciałem zostawać na odpoczynek. Przebrałem się tylko w cienką piankę, w razie gdyby przyszło wpadać - będzie ciepło. Tak jak na poprzednich przerwach podjadałem przygotowane banany, batoniki, żelki. Pozostały 4 ostatnie okrążenia.

Dekoracja najlepszych

Końcówkę robiłem w podobnym stylu i podobnym czasie, co okrążenia poprzednie. Tempo miałem stabilne 49-55 minut na okrążenie od początku, do końca wyścigu. Na ostatnich trzech odcinkach, zaczęły mnie boleć ramiona i plecy. Trochę zmieniłem technikę wiosłowania, aby dąć im odpocząć. Na szczęście wiatr nie był już tak silny, jak na 6 pętli, ale przyszedł deszcz. Wtedy ubrana przeze mnie pianka bardzo się przydała. Wiosłując w deszczu, na średnich falach myślałem jak tam mój namiot na camperplaats - czy mocno nasiąka wodą. Znowu dopłynąłem ostatni lub przedostatni. Tak samo było na ostatnim okrążeniu. Dopłynąłem szczęśliwie w 50 minut, odcisków na rękach nie miałem. Pozostało zdjąć piankę, wykąpać się w jeziorze, wysuszyć i spakować deskę, portem pójść na drobny poczęstunek (duży hod-dog z budki na plaży), koncert jakiegoś bandu oraz ogłoszenie wyników i dekorację. Byłem zmęczony ale szczęśliwy, że przepłynąłem bezpiecznie, że udało mi się ukończyć wszystkie 10 okrążeń. Choć często zamykałem pętlę jako ostatni to wstydu nie czułem. Niektórzy mi gratulowali, że na „dmuchańcu” to całkiem dobry wynik.

Impreza na plaży po zawodach

23 sierpnia, niedziela

W powrocie na lotnisko Charleroi bardzo pomógł mi Vincent, który nie znalazł nikogo, kto by jechał po zawodach do Charleroi więc sam mnie zawiózł te 30 km na lotnisko. Vincent – jeszcze raz bardzo dziękuje. W Warszawie w pociąg i przed północą byłem w Białej Podlaskiej. Cztery dni po zawodach organizator opublikował oficjalne wyniki. Wśród mężczyzn zająłem 13 miejsce na 17. Kobiet startowało 8. Do tego były wyścigi zespołowe. To 13 miejsce dało mi przeskok w SUP World Ranking z 40 miejsca (252 punkty) na 28 (328 punktów). Notowanych jest 157 zawodników.

Niedziela rano, gotowy do powrotu. W tle parking dla kamperów

Wyjazd oceniam jako udany. Choć wolę liniowe wyścigi „od–do” a nie ileś pętli po tej samej trasie to podobało mi się. Kto by chciał spróbować wystartować w przyszłorocznym The Longest Day – polecam.

Belgian SUP Tour - LINK