czwartek, 21 maja 2026

Karaka Piotr z Gdańska z „Małego Modelarza”

Krótka historia gdańskiego okrętu i jego zdobyczy 

„Piotr z Gdańska” to XV-wieczna karaka, pierwotnie francuska, znana pod nazwą „Pierre de la Rochelle” (część literatury podaje nazwę „wielka karawela”, „Peter von Rassel” lub „Peter van Rasseel”). Ten wyjątkowo duży i nowoczesny jak na owe czasy statek na 350 osób przypłynął na Bałtyk wioząc transport soli i utknął w Gdańsku zniszczony przez burzę. Właściciel miał problemy z opłaceniem naprawy dlatego mieszczanie przejęli jednostkę nadając nazwę „Peter von Danzig” – po polsku „Piotr z Gdańska”. Nazwa jest niemiecka, gdyż  ówcześnie mieszczanie pomorscy, tak jak choćby sam Kopernik, mówili częściej po niemiecku, niż po polsku. Od 1471 roku okręt zaczął pływać jako jednostka kaperska, udzielająca się w walkach Hanzy z Anglią. Dla niezorientowanych wyjaśnię, że kaprowie lub korsarze to prywatni właściciele statków mający upoważnienie od jakiegoś państwa bądź miasta na łupienie okrętów przeciwnika. Kaprami na „Peter von Danzig” dowodził sławny korsarz Paweł Beneke. Pewnie nigdy byśmy o tym okręcie nie usłyszeli, gdyby nie jego spotkanie z angielską galerą „Święty Tomasz” (wg innych źródeł „San Matteo”). Kaprowie z Gdańska 27 kwietnia 1473 roku abordażem zdobyli atakowaną jednostkę i w ładowni odkryli bardzo cenny towar. Pomiędzy precjozami znalazł się duży, prawie 2,5 metrowej wysokości obraz w formie tryptyku (trzyczęściowy) namalowany przez wczesnorenesansowego malarza niderlandzkiego Hansa Memlinga „Sąd Ostateczny”. Zgodnie z nazwą przedstawia koniec dziejów, gdy zmartwychwstali ludzie, goli jak święci tureccy są poddawani ostatecznemu i najważniejszemu egzaminowi – czy prowadzili złe, czy dobre życie. W centralnej części obrazu Święty Michał Archanioł – boski „silnoręki” w pięknej zbroi gotyckiej rozdziela zmartwychwstałych na dwie grupy. Na prawo, do niebiańskiego pałacu, na wieczny melanż idą ci dobrzy. Historycy sztuki poznali po twarzach, że nie są to randomowi dobrzy chrześcijanie, lecz „krewni i znajomi królika”, który u Memlinga obraz zamówił. Tym „królikiem” był włoski bankier Jacopo Tani, kierujący oddziałem banku Medyceuszy w Brugii. Niebo to w końcu nie plaża nudystów dlatego po drodze są ubierani, aby nie gorszyć innych Niebian. Ci, którzy wybrali ścieżkę zła idą na lewo, w piekielne czeluście, witani przez ciemnoskóre diabły. Ich się nie ubiera bo przecież nikogo już nie zgorszą – w piekle wszak są ci, którzy sami prowadzili gorszące życie. Diabły o cechach zwierzęcych ciągną nieszczęśników w ogień. Można mieć wątpliwości, jak działa waga Pana Michała, która waży dwie osoby na raz. Przyglądając się obrazowi człowiek może dojść do wniosku, że gdyby doszło co do czego, lepiej być ważonym jak ten włoski bankier Tommaso Portinari - z kimś, kto uczynił mniej dobrego i niewiele waży. Powinniśmy jednak być spokojni gdy spojrzymy w górę. Tam, nad uczciwym przebiegiem Sądu czuwa sam Jezus z Maryją, Janem Chrzcicielem i Apostołami. Piękny i straszny zarazem obraz naszej możliwej przyszłości płynął sobie z Brugii do kościoła pod Florencją. Płynął, płynął i nie dopłynął. Zdobycz została przekazana do Kościoła Najświętszej Marii Panny w Gdańsku. Obecnie poddawany jest konserwacji w Muzeum Narodowym w Gdańsku jako jeden z najcenniejszych zabytków. W roku 2027, który Gdańsk ogłosił Rokiem Memlinga Muzeum planuje ponownie udostępnić dzieło.

"Sąd Ostateczny" Hansa Memlinga


Modele kartonowe „Piotra z Gdańska”

Karaka gdańska w zasłużonym „Małym Modelarzu” pojawiła się dwa razy. Autorem pierwszego wydania (numer 3/1994) pod nazwą „Piotr z Gdańska, gdańska karawela z XV wieku” był Krzysztof Wolbek. Model jest dosyć kolorowy, rozrysowany na 4 kartonach i 2 cieńszych kartkach, bez druku dwustronnego. Tej wersji nie sklejałem. Mam go w swojej kolekcji i wygląda na bardziej uproszczony, niż wydanie późniejsze. Widać to choćby po talrepach i poszyciu dna zaprojektowanym nie z desek, a w klasyczny sposób. Cechą na plus jest dokładniejsze opisanie historii jednostki, niż w wydaniu nowszym. Model jest mały - skala 1:200.


Sklejałem wydanie drugie, numer 7-8/2005 pod tytułem „Piotr z Gdańska. Gdańska karaka z XV wieku”. Autorem opracowania jest Patryk Zuzański. Skala – 1:200. Na wstępie, zaraz pod rysem historycznym czytamy, że nowe opracowanie powstało m.in. dzięki fachowym materiałom udostępnionym przez Jerzego Litwina z Muzeum Morskiego w Gdańsku. Miałem przyjemność z doktorem Litwinem gdy przyjeżdżał do Instytutu Archeologii UMK, aby poprowadzić wykłady z historii budownictwa okrętowego dla przyszłych archeologów podwodnych. Byłem jednym z jego studentów i dobrze wspominam te zajęcia. Nie wiedziałem wówczas, że Pan Litwin zna się też bardzo dobrze na modelarstwie. Jest między innymi autorem książki o budowie modeli żaglowców.

Model postanowiłem rozpocząć z kilku powodów. Próbowałem już budować żaglowce – we wczesnej młodości zabierałem się za „Mayflowera”, za „Victory”, chyba też za „Cutty Sarka”. Za każdym razem poległem. Tym razem postanowiłem wyrównać rachunki. Model wydawał się pracochłonny, ale też nie nazbyt rozbudowany. Tylko 4 kartki na kartonie, 3 na cienkim papierze. Nie za dużo. Zachęcał druk dwustronny żagli, burt i kilku innych elementów. Części wydawały się schludne, komputerowo zaprojektowane, o cienkiej kresce, bez przesunięć kolorów. Karton jeszcze stosunkowo nowy i biały a zatem nie powinno być problemów z jego rozdwajaniem się. Cieszyła, ładna, brązowo-żółta kolorystyka. Nie ma na tym okręcie żadnej kolorowej pstrokacizny występującej na innych starych żaglowcach. Pewnie to zgodne z prawdą historyczną, ale w moim odczuciu szpeci. Modeli z warsztatu kreślarskiego Patryka i Lecha Zuzańskich – jeśli się nie mylę rodziny wybitnego modelarza gdańskiego, który zginął tragicznie w wypadku samochodowym, gdy wracał z zawodów modelarskich wioząc kolejny sukces. Nie sklejałem jeszcze niczego od Zuzańskich i nie wiedziałem, jak ze spasowaniem części, czego się po tych modelach spodziewać.  

Martwiły rzeczy trzy: po pierwsze widoczna na pierwszy rzut oka mała ilość rysunków montażowych, po drugie poszycie dna z długich klepek, które jak mniemałem będzie wyglądało bardziej realistycznie ale sprawi problem przy montażu. Po trzecie drobniutkie części kartonowe przy olinowaniu – bloczki i jufersy.

Przebieg budowy – na co zwrócić uwagę i gdzie są „miny”

Szkielet kadłuba – model zdenerwował mnie już na samym początku, w momencie, gdy wyczytałem, że szkielet kadłuba powinien być naklejony na karton grubości 2mm. Po co aż 2 mm dla modelu długości ledwie 22 cm zamiast zwyczajowego 1mm grubości? Nie wiem do dziś. 

Poszycie kadłuba – To trzeba zrobić uważnie i dokładnie. Karaka ma poszycie karawelowe, na styk,  nie na zakładkę jak w konstrukcjach wcześniejszych. Przystępując do budowy uważałem, że tzw. podposzycie to nowomodna fanaberia i nie będę go robił. Zrobiłem zgodnie z instrukcją, czyli deski przyklejane do wręg na styk, pomiędzy nie wklejałem od spodu brązowe paski łączące. Wyszło jakoś, ale właśnie - JAKOŚ. Miejscami ujawniły się szpary, zostały mi też dwie krótkie deski 9L i 9P, których nigdzie nie przykleiłem. Powinny być zapewne pod rufą. Czasem widać efekt „krowich żeber”. Niestety instrukcja nie wspomina, że warto zrobić podposzycie, przynajmniej w strefie dna kadłuba. Teraz już wiem, że naprawdę WARTO i następnym razem zrobię. Ogólnie zauważyłem, że projekt Patryka Zuzańskiego należy traktować jako wyjściową bazę dla autorskich metod sklejania. Postępowanie zgodnie z instrukcją, z nikłymi rysunkami, prawdopodobnie skończy się dla mało doświadczonego modelarza tragicznie. I u mnie mało brakowało, abym na tym etapie posłał kadłub do kosza. Wahałem się, ale postanowiłem dokończyć – jakkolwiek ale skończyć swój pierwszy żaglowiec. 

Kolejne części które zostały – W6a, W7a, W8a i W9a. Nie występują ani na rysunku montażowym, ani nie są opisane w tekście. To są elementy wręg, wystające ponad pokład. Ja je zwyczajnie pomalowałem na brązowo. Projektant znalazł za to miejsce aby opisać, jak skleić banalną podstawkę pod okręt.

Stępka ze stewami – też warto zrobić ją po swojemu. Postanowiłem gdzie się da unikać kartonu 2 mm. Nakleiłem te elementy na cienki karton; wnętrze wypełniłem brązową masą plastyczną, dzięki której też przy montażu do kadłuba, uniknąłem szpar.

Kasztele dziobowy i rufowy wraz z zadaszeniami – w miarę dobrze je się skleja, podobnie jak wszelkie elementy na pokładzie: szalupę, kabestan, pompy, pachołki, luki ładowni. Jest trochę zabawy z zamocowaniem oczek do want, które zrobiłem z cienkiego drutu. Została mi tekturka pod kasztelem dziobowym, część nr 3. Kolejne zbędne usztywnienie.

Maszty – można zrobić z drewna. Sam zdecydowałem swój pierwszy żaglowiec wykonać z jak największej ilości elementów z kartonu; w tym żagle i maszty. Nie jestem zwolennikiem dokupowania gotowych elementów do modelu kartonowego, gdyż zaczyna on być coraz mniej kartonowy. Maszty i reje można z powodzeniem wykonać z cienkiego kartonu z planów. Trzeba je jednak usztywnić patyczkami bądź drutem w środku (oklejonym do odpowiedniej grubości kartonem. Są tu znowu niepotrzebne elementy, białe krążki, których nie wykorzystałem: 93a, 85a, 80a, 97a, 83a. Bocianie gniazdo skleja się dobrze. Jest sporo zabawy z włóczniami i hakami, które się tam umieszcza. Drzewca wykonałem z drutu a żeleźca z kartonu. Wszystko oczywiście odpowiednio pomalowałem. Drabinka prowadząca na bocianie gniazdo została wykonana z nici usztywnionej wikolem i BCG. Sztagi z trzech skręconych nici czarnych, usztywnionych wikolem i BCG. Trzeba zadbać, aby to wszystko było odpowiednio sztywne, nie sflaczałe. Wydaje się, że sztagi również powinny mieć jufersy, jednak na rysunku generalnym tego nie ma, toteż i ja ich nie zamocowałem (a na końcu zostało mi trochę bloczków, nie wiadomo do czego).

Jufersy, wanty – tu jest dużo zabawy. Znowu mamy do czynienia z dziwnymi pomysłami, aby małe części naklejać na 2mm karton. Trzeba to obejść, np. naklejając obie strony jufersów np. na karton. Wiązania jufersów robiłem z cienkiego drutu, odpowiednio malowanego. Średnio mi to wyszło i nie jestem zadowolony z tych elementów. Tutaj też sztuką jest, aby te elementy były odpowiednio napięte. 

Bloczki i olinowanie ruchome – dużo zabawy, tym bardziej, że projektant zadania nie ułatwił. Knagowanie lin (gdzie je przywiązać) jest oznaczone bardzo nieczytelnie. Mikroskopijne bloczki o wielkości 1mmx2mm instrukcja zaleca naklejać na karton 2 mm. Absurd. Problem rozwiązałem w ten sposób, że zwinąłem brązową rurkę, lekko ją spłaszczyłem aby miała kształt i średnicę bloczka, pociąłem na 1,5mm odcinki i następnie zaklejałem je z obu stron  częściami 111a i 111b. Łatwiejsze, dużo mniej denerwujące. 

Podsumowanie

Model budowałem używając kilku rodzajów kleju: UHU Power, BCG i Wikol (Magic). Retuszowałem farbami i pastelami olejnymi. Kończąc poszczególne etapy polakierowałem matowym akrylem. Przy modelu tym, zwłaszcza przy kadłubie nakląłem się dużo i miałem nieprzychylną opinię o jego projektancie. Z czasem moja ocena stała się bardziej przyjazna i życzliwa wobec autora projektu. Owszem, instrukcja sklejania jest beznadziejnie słaba, rysunków jest mało i ogólnie wygląda to tak, jakby autor wspaniale się bawił projektując model w jakimś programie komputerowym nie wysilając jednak wyobraźni, jak to będzie wyglądało w praktyce. Jak owa młodzież do której przecież „Mały Modelarz” z nazwy jest skierowany wytnie maciupkie bloczki z 2mm kartonu, jak zrobi bez dziur poszycie kadłuba. Wady te sprawiają, że odradzam „Piotra z Gdańska” początkującym.

Tyle mojego narzekania, teraz pochwały. Model jest sklejalny i uważam, że jest ładny. Kolorystyka jest w dobrym guście. Linie cienkie i czytelne, dobry druk dwustronny. Deskowe poszycie, nawet to niezbyt udane moje wydaje mi się bardziej realistyczne, niż gdyby było zrobione tradycyjnie. Zabierając się do budowy trzeba po pierwsze: zgromadzić materiały (też rysunki, rekonstrukcje z Internetu), jak wyglądała karaka, gdzie i jak miała powiązane liny. Pomóc mogą np. Plany Modelarskie 147 „Karaka. Największy okręt XV wieku”, książki Cezary Ciesielski „Budowa modeli żaglowców dla początkujących” oraz Andrzej Karpiński i Stefan Smolis „Modele kartonowe statków i okrętów”, artykuły z miesięcznika „Modelarz” o budowie żaglowców, zwłaszcza o masztach i olinowaniu pióra Cezarego Ciesielskiego, Kazimierza Ratajczaka czy Lecha Zuzańskiego. Po drugie: trzeba przyjąć do wiadomości, że to co jest w instrukcji i to co jest wydrukowane na kartonie to punkt wyjścia. Warto w oparciu o własne doświadczenie i wiedzę modyfikować składanie poszczególnych elementów tak, aby sobie życie ułatwić a nie utrudnić. Jeśli mamy odpowiedni zasób cierpliwości, wiedzy i pozytywnego nastawienia możemy zbudować całkiem ładny żaglowiec.


Gdy model skończyłem to stwierdziłem, że podoba mi się, pomimo widocznych braków. Zbliżała się Bielska Majówka Modelarska 2025 więc zabrałem żaglowiec na wystawę. Nie było w tym roku dużo żaglowców, konkurencja nie była wielka i mój „Piotr z Gdańska” o dziwo, załapał się w konkursie na 3 miejsce podium. Warto było go skleić tym bardziej, że przy okazji rozwinąłem swoją wiedzę o budowie dawnych okrętów.






środa, 4 marca 2026

XIV Bieg Tropem Wilczym Pamięci Żołnierzy Wyklętych

Historia

Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” obchodzony co roku 1 marca poświęcony jest polskim patriotom z organizacji takich jak AK, WiN czy NSZ, którzy od 1944 roku nie chcieli pogodzić się z zajęciem kraju przez stalinowski, totalitarny i ateistyczny reżim z Moskwy wprowadzający jak deklarował „równość”, „postęp” i „demokrację”. Prowadzili działania propagandowe i walkę partyzancką ze służbami ZSRR oraz ich polskimi odpowiednikami. Data 1 marca została przyjęta na cześć Łukasza Cieplińskiego „Pług” - ostatniego prezesa polskiej niepodległościowej organizacji IV Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” (WiN) zabitego wraz z 6 towarzyszami w warszawskim więzieniu właśnie 1 marca 1951 roku. Egzekucję wykonano nocą, strzałem w tył głowy.  Pod protokołem potwierdzającym wykonanie egzekucji podpisali się: naczelnik więzienia mokotowskiego mjr Alojzy Grabicki, prokurator mjr Arnold Rak, kpt. lekarz Kazimierz Jezierski, oraz kat, st. sierż. Aleksander Drej. Ciała Łukasza Cieplińskiego do dziś nie odnaleziono. Zachowały się jednak tajne listy (grypsy) pisane z więzienia do najbliższych. W Wolnej Polsce Łukasz Ciepliński został pośmiertnie uhonorowany najwyższym odznaczeniem państwowym – Orderem Orła Białego.


Elżbieta, Jakimek_Zapart, Sny ustaną... Grypsy Łukasza Cieplińskiego z celi śmierci

Bieg

Czas: 1 marca 2026, start o 12:40, niedziela.

Miejsce: Biała Podlaska

Dystans: 5 km

Trasa: 2 pętle po centrum Białej, głównie asfalt, trochę kostki brukowej. Liczne zakręty

Pogoda: około 11 stopni, niewielki wiatr, bez śniegu, słońce, wilgotno.

Uczestnicy: 71 biegaczy (52 mężczyzn, 19 kobiet)

Numer startowy: 57

Mój czas: 00:19:43 brutto (00:19:42 netto)

Miejsce OPEN: 10 na 71

Miejsce wśród mężczyzn: 9 na 52

Wrażenia

Pogoda fajna. Czuję się dobrze. W ciągu ostatnich 2 miesięcy tej naszej wyjątkowej w tym roku pełnej zimy biegałem w miarę regularnie. Nie tak dużo kilometrów jak kiedyś, ale systematycznie. Niestety waga nadal wskazuje kilka kilo za dużo. Cóż - zobaczymy, co da się zrobić. W południe, po biegu honorowym na 1963 metry ustawiamy się na linii startu przy więzieniu w Białej Podlaskiej na ulicy Prostej. Miałem biec na długi rękaw + koszulka ale jednak jest za ciepło. Zrzucam koszulkę, zostaje tylko longsleeve. Gotowy ustawiam się w trzeciej linii.

Darek daje sygnał i lecimy. Jest nas około siedemdziesięciu. Pierwsze setki metrów powinny być spokojne. Zerkam na zegarek – tempo poniżej 4:00. Przed sobą kilka osób, tłum stopniowo rzednie. Na licznych zakrętach trasy stoją moi uczniowie. Pomagają w organizacji, kibicują, dopingują. Poznają mnie choć w stroju jestem niezbyt nauczycielskim. To miłe. Pierwszy kilometr wychodzi w 3:54. Przed sobą widzę kogoś, jeszcze kogoś i Rafała. Może dałbym radę go dogonić? Byłby świetnym pacemakerem. Minął drugi kilometr, chłopaki przede mną zamiast się przybliżać uciekają do przodu.




Dwa i pół kilometra, mija pierwsza pętla. Nieźle się czuję, ale już ten trzeci kilometr biegnę ciut wolniej. Wychodzi w 4:08. Kolejny – czwarty – w 4:06. Zwolniłem 10 sekund na kilometrze. Chwilę temu kibicujący uczeń zachęcał mnie, abym dogonił „tego białego”. Nic z tego. Widzę, że nie dogonię już nikogo. Wchodząc w ostatni kilometr słyszę od kibiców na deptaku, że jestem dziesiąty. Fajnie! Teraz aby to dowieść do mety. Oglądam się za siebie, nasłuchuję czy ktoś mnie nie zachce na końcu pożreć. Cisza za mną, cisza prze de mną. Samotność długodystansowca. Jest psychiczny komfort że ani nikt mnie, ani ja nikogo. Ostatnie setki metrów, skręt z deptaka w Prostą i już widać metę. Końcówkę przyśpieszam, aby zakończyć godnie. Dosłownie wskakuję w bramę mety. Czas ostatniego kilometra – równo 4:00. Rzeczywiście jestem 10 na 71. Czas 19:43 brutto. Średnie tempo 4:00 na kilometr. Fajny bieg. Może zacząłem ciut za szybko ale ogólnie biegło mi się dobrze.

Dziękuję organizatorom, obsłudze biegu i kibicom.

Zdjęcie: Ola Hordejuk-Gryczka

poniedziałek, 9 lutego 2026

Roztoczańska Mordęga – powrót do długich tras na orientację


Piękną mamy zimę w tym roku. Tak - wiem, że się powtarzam i wiem, że zupełnie inną opinię mają na ten temat kierowcy, zwyczajni spacerowicze, osoby, którym brakuje na opał i SUP-erzy. Ale dla biegaczy, zwłaszcza tych terenowych zima jest bajkowa. Po lekko górskim biegu w Kielcach postanowiłem przeprosić się z kompasem. Niestety problemem dla orientalistów ze Wschodu jest brak długodystansowych imprez w bliskiej okolicy. Piesze maratony na orientację na 50 km i 100 km rozgrywane są w centrum lub na zachodzie Polski. Przeglądając kalendarz trafiłem na zapowiedź „Roztoczańskiej Mordęgi”. Pod Zamościem czyli niezbyt daleko. Co prawda najdłuższa trasa tylko 25 km ale za to na Roztoczu, w piękniej zimowej scenerii. Od razu przypomniałem sobie niezapomniane roztoczańskie „Skorpiony”, na których przed laty tyle razy walczyłem z różnym skutkiem. Może tu będzie podobnie? 25 km z dużą ilością punktów, w trudnych warunkach też potrafi porządnie sponiewierać. Zapisałem się. Na liście było niewiele osób, około 20 na trasę 25 km, nieco więcej na trasę 10 km i krótkie trasy dziecięco-familijne. Cóż, będzie kameralnie.

Do Zamościa dojechałem w przeddzień startu. Wieczorem mała pizza na starym mieście, nocleg w Hostelu „Starówka”. Rano wyjazd do miejsca startu – wsi Wierzchowiny. Po wpisaniu w Google okazało się, że to miejscowość z tragiczną historią. Blisko 200 jej ukraińskich mieszkańców zostało latem 1945 roku zabitych przez oddział NSZ pod dowództwem Mieczysława Pazderskiego pseudonim „Szary”. Podobno mieszkańcy ci mieli wyjątkowo antypolskie nastawienie: w czasie wojny kolaborowali z Niemcami a tuż po niej zasilili szeregi milicjantów i „uzbrojonych bandytów” (UB). Wśród „Eneszetowców”, którzy brali udział w akcji w Wierzchowinach około 1/3 pochodziło z Wołynia co w pewnym stopniu tłumaczy ich wrogość wobec osób narodowości ukraińskiej. Po akcji narodowi partyzanci byli tropieni przez silną grupę pościgową sowieckiego NKWD i zostali wystrzelani. Krew za krew, wendetta za wendettę - takie były smutne realia w okupowanej i powojennej Polsce. Czytając takie historie człowiek bardziej docenia, że żyje w czasach współczesnych. Przyjemniejsze konteksty historyczno-przyrodnicze zostały nam przekazane na odprawie. Otóż teren naszych przyszłych zmagań to dawne lasy ordynacji Zamoyskich, dziś przylegające do Roztoczańskiego Parku Narodowego. Mieliśmy w nich spotkać m.in. dawne nasypy kolejowe. Mapa w nietypowej skali 1:17500 (jeden centymetr to 175 metrów), z północą zorientowaną ukośnie miała dwie strefy. Cześć bliżej bazy to zwykła mapa do BnO z zaznaczoną przebieżnością lasów, drogami i dróżkami. Część dalsza to Lidar – mapa pokazywała głównie rzeźbę. Nie miałem pojęcia jak będzie mi się po tym biegało. 22 PK do zebrania w limicie 360 minut zapowiadało, że będzie co robić. Ubrałem sprawdzony sprzęt, ten sam co od lat. Plecak Camelbak z jedną butelką sprawdzonego Kubutka, jeden żel (nie zjedzony), spodnie zimowe Dobsomy, buty INOV-8 ze stuptutami, u góry dwie warstwy i czapka. Rękawiczki zabrałem ale niepotrzebnie. Całą drogę przesiedziały zatknięte za pasem. W plecaku obowiązkowa apteczka pierwszej pomocy, telefon, kamera sportowa, na ręku dwa zegarki: Garmin do zapisu tracka i zwykły Timex ze stoperem do nawigacji. Po raz pierwszy w życiu założyłem okulary i całą drogę w nich biegłem. Niestety w moim wieku, z moim wzrokiem bez okularów nie widziałbym na mapie poziomic ani dróg.


Przebieg trasy (symulacja wyścigu n Livelox)

Kilka minut przed 9 rano dostajemy mapy. Jakiś życzliwy zawodnik z krótszej trasy pożycza mi zakreślacz, którym planuję wariant na mapie. Uwijam się szybko bo i sygnał do startu już był, znowu jestem spóźniony minutę lub dwie. Po wyjściu z bazy od razu skręcam w prawo, do PK 23. Optymalnie by było, gdyby wszyscy robili trasę w odwrotnym kierunku, wtedy nie czułbym presji ścigania. Coś takiego może niepotrzebnie wyeksploatować siły, daleko przed metą. Niestety, przed sobą widzę dwóch chłopaków. Wybrali ten sam wariant, co ja. Trudno. Równocześnie dobiegamy do PK 23 ustawionego za przydrożną kapliczką. Punkt łatwy - podbijamy kartę i lecimy dalej. Wychodzę na prowadzenie ale chłopaki są niedaleko za mną.



Kolejny na mapie PK 13 wchodzi łatwo, podobnie następny PK 16. Punkty mają charakter zawieszanych, szmacianych lampionów  z perforatorem - nie biało czerwonych kartek przybijanych na drzewie. Nie są jakoś szczególnie poukrywane. Brak liści na drzewach oraz kontrastujący z bielą i szarością czerwony kolor sprawiają, że często widać je z odległości 100 metrów. Pod względem nawigacyjnym początek trudny nie jest. Co innego teren. Wyjeżdżona droga dawno się skończyła. Teraz brniemy przez mokry, ciężki śnieg powyżej kostki. Temperatura około zera stopni. Biegać od biedy się da, ale nawet trucht pochłania dużo energii. Już widzę, że zawody będą bardzo wytrzymałościowo-siłowe, nie szybkościowe. Wygra ten, który będzie dobrze nawigował i da radę jak najdłużej utrzymać się w biegu.

PK 17 już jest nieco trudniejszy bo położony przy mało uczęszczanej dróżce, blisko granicy Parku. Udaje się go jednak podbić bez pudła. Dalej długi przelot do PK 35. Wiem, że jestem na dobrej drodze bo są parkowe tabliczki, jest też oznaczenie biało zielonego szlaku, który pokazywano nam na odprawie. Drogi nadal ciężko przebieżne, nic tędy nie jeździło, nie ma nawet wąskich kolein. Wobec powyższego tnę na przełaj. Za 35 podbitą sprawnie myślałem, że jest droga. A guzik – to rów. Trochę nim biegnę, a trochę idę do PK 24 położonego na skraju wysoczyzny. Do tej pory jest płasko i z ciekawością czekam na bardziej urozmaicony teren. To już strefa lidarowa. W końcu widać pagórki, odbijam w prawo i zaraz na cyplu jest punkt. Lecę dalej, do PK 28 czymś co miałem nadzieję będzie drogą. Figa – znowu rów. Nic to, dobrze, że jest w terenie coś, o co można się nawigacyjnie zahaczyć. Długi przelot do PK 28 - jak zwykle w śniegu za kostkę - kończy się sprawnym podbiciem punktu. Teraz PK 31. Stoi w środku lasu, daleko od jakichś charakterystycznych miejsc, potencjalnych punktów ataku. Czuję, że może sprawić problemy. Idę, biegnę po rzeźbie, wzdłuż wysoczyzny. Trzeba się wbić w dróżkę w lewo. Tylko która to będzie? Wbijam się myśląc że to ta. Mija 200 metrów, patrzę w lewo. Nic nie ma. Chyba przestrzeliłem. Dobra, to wracam do wysoczyzny, chcę namierzyć zakręt, w którym wyniesienie skręca na południe. To będzie punkt ataku. Tak robię i znajduję punkt. Trochę tu straciłem ale nie za dużo, może 10 minut. 

Kolejny obiekt do zdobycia to PK 31. Położony przy narożniku pola a zatem łatwy. Potem długi przelot do PK 33, położonego niedaleko gospodarstw. W końcu pojawiają się wyjeżdżone drogi. Dawno ich nie widziałem, aż dziwnie lekko się biegnie. Punkt wchodzi łatwo. Teraz dalej - o nieba - wyjeżdżoną drogą, na czternastkę. Punkt 14 położony na skraju lasu, niedaleko budynku. Powinien być łatwy, tylko te gęstwinki w pobliżu niepokoją. Niepotrzebnie, punkt problemów nie sprawił. Wracając od niego spotykam chłopaków, dawnych znajomych. Wygląda na to, że są kilkaset metrów za mną - o ile robią ten sam wariant. Zatem muszę biec, nie dać się wyprzedzić. Wracam trochę dookolnym wariantem do wyjeżdżonej drogi i z niej wbiegam na PK 26, uczepiony przy jakiejś kapliczce. Znowu długi przelot, do PK 25. Wygląda łatwo bo przy jakimś gospodarstwie (leśniczówka?). Droga jest ujeżdżona, nic tylko biec. Łatwo napisać. To brniecie w śniegu nieźle mnie już wymęczyło. Nogi są jakieś ciężkie, buty się ślizgają. Walczę z sobą by biec, jakkolwiek. 

Po łatwym i szybkim podbiciu PK 25 namierzam się na PK 32 – punkt, którego najbardziej się obawiałem. Położony w samym środku lasu, daleko od potencjalnych punktów ataku. „Jak tu wylecę w kosmos to będę się namierzał drugi raz przez kolejne pół godziny” - pomyślałem. Od gospodarstwa wracam kawałek i skręcam w prawo. Droga? Nie, znowu rów. Ledwie widoczny w lesie, ale jest. Brnę wzdłuż. Dobra nasza, jest drugi rów dochodzący z lewej, potem jest też zakręt. Teraz 100  metrów i powinna być ścieżka prowadząca na punkt. Oto i jest, nawet coś nią jeździło. Może quad? Wkrótce jest i PK 32. Uff.., udało się.

Z PK 32 do PK 18. Tu może być ciężko ale pomagają mi tropy innych biegaczy. Z ich pomocą docieram na PK 18, potem bez problemów PK 27. PK 34 położony jest na skraju lasu, przy myśliwskiej ambonie. Bieg ostatkiem sił, skrajem pola, gdzie nierówne bruzdy wykręcają stopy na wszystkie strony, to istna mordęga. Tak, „Mordęga” to dobra nazwa na te zimowe zawody. Znowu trochę idąc, trochę truchtając docieram do narożnika pola i stamtąd atakuję PK 15. Skutecznie. Kolejny, PK 29 położony jest na skraju lasu, niedaleko narożnika. Namierzenie go to tylko formalność, aby tylko utrzymać bieg. Jakikolwiek bieg. Na szczęście sporo ludzi tu już było, pod nogami widzę coś, co przy odrobinie dobrej woli nazwać można wydeptaną w śniegu ścieżką. Jest coraz lepiej, coraz łatwiej, coraz bliżej bazy.


Podbijając PK 29 zauważyłem zgubioną kartę startową uczestnika trasy TP 10. Zabieram ze sobą z myślą, że przekażę sędziemu. Tymczasem konstatuję, że mam już 19 podbitych PK, zostały ostatnie trzy. Wyglądają na łatwe. Wszystko to uskrzydla, skłania do wykorzystania resztki sił. Dopijam ostatnie łyki z Kubutka. Żelu nie ruszam, już zbyt blisko mety. PK 20 położony jest wśród pagórków, blisko głównej drogi. Nie ma problemów aby tam trafić, tym bardziej, że jest to niego wydeptana autostrada. Biegnąc dalej, do PK 12 widzę po prawej bazę – cóż za piękny, wytęskniony widok. Zostały ostatnie setki metrów. Dwunastka bez problemów, na deser PK 11 – ładnie położony punkt w podmokłym terenie, nad jakimś lokalnym ciekiem. Mijam się tu z uczestnikami krótszych tras, bliskość mety uskrzydla.

Dobiegam do bazy - szkoły w Wierzchowinach po 4 godzinach i 14 minutach od sygnału startowego. Po oddaniu karty jest jeszcze chwila niepewności bo sędzia nie może się u mnie dopatrzyć podbitego PK 23. Zaniepokojony sprawdzam kartę, niemożliwe, przecież to ten pierwszy punkt, za kapliczką, pamiętam jak go podbijałem w towarzystwie dwóch kolegów. Wszystko się wyjaśnia pozytywnie. Jestem... pierwszy! Myślałem, że będę wysoko bo większość trasy przebiegłem i nie zrobiłem większych nawigacyjnych błędów. Jednak pierwsze miejsce mile zaskakuje. Kolejny zawodnik, Karol Galicz z Warszawy (Bielański Klub Sportowy „Wataha”) przybiegł ok 20 minut później. W sumie trasę 25 km ukończyło 14 osób, z których kompletem 22 punktów może się pochwalić 9 osób.


Wrażenia

Było dobrze, nadspodziewanie. Jadąc myślałem, że będzie krócej i łatwiej. Tymczasem nasyciłem się w pełni szukaniem tych 22 punktów i porządnie sponiewierałem w mokrym śniegu. Spodziewałem się też pagórków, jarów i wąwozów jak na „Skorpionach” w Krasnobrodzie, w Batorzu. Tu było jednak płasko. Fajnie, że oprócz przedstawiciela „starej gwardii” – Hiubiego, który kiedyś organizował Rajdy Dolnego Sanu i z którym przyjemnie było znowu porozmawiać po latach – nikt mnie tu nie znał. Nie miałem ciśnienia na nic. Nie jechałem tu jako faworyt. Ostatnie moje zawody na orientację były 5-6 lat temu. Cieszę się, że nadal radzę sobie z mapą i kompasem, tylko siły już nie te. Już orienterskiej setki nie przebiegłbym na pewno. Sprawdziły się okulary na nosie. Zawody w Wierzchowinach okazały się bardzo i przyjemne i dla mnie szczęśliwe. Organizacja w porządku, mapy porządne, ciekawe, zaktualizowane. Atmosfera miła. Warto tu przyjeżdżać częściej.

[LINK] do Livelox

[LINK] do krótkiego filmu na YT

[LINK] do listy wyników

[LINK] do strony organizatora


piątek, 9 stycznia 2026

Ultramaraton „Piekielna Pętla” – pierwsze ultra od pięciu lat

 

Dlaczego znowu wystartowałem

Tak, wiem. Zarzekałem się, że już tych długich biegów uprawiać nie będę, że po kilkunastu latach mam już dość. Jestem zmęczony, starzeję się. Bardziej zależy mi na ściganiu na SUP-ie na bardzo długim dystansie. Przyszła jednak ładna, mroźna zima, posypało śniegiem. W ostatnich miesiącach biegałem po 100-200 km w miesiącu: niezbyt dużo, ale wystarczająco, aby jakiś maraton albo krótki ultramaraton przebiec. Kusiło mnie coś górskiego i niezbyt długiego. Góry są wszak piękne, a nie byłem w nich w ostatnim czasie. Z Białej Podlaskiej najbliższe góry wznoszą się w Świętokrzyskiem. W święto Trzech Króli (6 stycznia wtorek) zaplanowano tam cykliczną imprezę biegowo-rowerową: Ultra CK Maraton. Były trzy trasy, w tym 2 biegowe: dłuższa „Piekielna Pętla” o dystansie 51 km i około 1500 m+ oraz krótsza „Czarci Oddech” o dystansie 15 km. Wybrałem tę dłuższą szacując, że powinienem dać radę ukończyć. W wyborze tych właśnie zawodów pozytywnym aspektem był wygodny dojazd. Z Białej Podlaskiej do Kielc istnieje w miarę tanie (ok 120 zł w obie strony) połączenie kolejowe via Warszawa. Nocleg zamówiłem w położonym rzut kamieniem od linii startu Hotelu „Maraton” (cena: 130 zł za pokój jednoosobowy). W sumie cały wyjazd, wliczając dojazd, nocleg i opłatę startową zmieścił się w kwocie poniżej 500 zł, a zatem do zaakceptowania. Przygotowałem sprzęt, prowiant i w poniedziałek po południu wyszedłem z plecakiem na stację PKP.


Przygotowanie do startu

W Kielcach byłem wieczorem w poniedziałek. Po przejściu około 3-4 km z PKP do Hotelu, lekturze do poduszki poszedłem spać. Nocą i nad ranem temperatura sięgała -7 stopni Celsjusza. Leżała cienka, kilkucentymetrowa warstwa białego puchu. Miało być pochmurno, lecz prawie bezwietrznie. Po 6 rano zjadłem lekkie śniadanie i ubrałem wyposażenie. Na dół buty La Sportiva z wkrętami w podeszwie i stuptutami INOV-8, spodnie Dobsom zimowe. U góry T-shirt sportowy Columbia, długi rękaw z merino i czerwona bluza Columbia. Na szyi wind-stoper, na głowie zimowy buff, rękawiczki polarowe i Garmin na nadgarstku. Plecak biegowy Camelbak, w nim wyposażenie obowiązkowe: latarka-czołówka, folia NRC, telefon, zapasowa kurtka wiatrówka od Columbii i skarpety, chusteczki higieniczne, mini kamera sportowa, 2 żele, do picia Kubuś Play i 2/3 softflaska z wodą.  W sumie wyposażenie miałem niezbyt ciężkie. W większości był to mój stary, wielokrotnie sprawdzany sprzęt. Miałem wrażenie, że może za dużo zabrałem picia, wszak na trasie co 10-15 km miał być bufet z piciem i żywnością. Dodatkowej kurtki i skarpet normalnie bym nie brał, ale że długo nie biegałem 50 km  to nie wiedziałem, czy nie „spuchnę” w połowie i nie będę musiał iść. Albo czy buty lub skarpety nie skasują mi stóp. Była możliwość zostawienia rzeczy na przepaku lecz  darowałem sobie. To miał być w miarę żwawy wyścig, nie ma co bawić się w przepaki.

Po odebraniu numeru startowego (402), pozostawieniu plecaka w depozycie wysłuchaliśmy odprawy. Na trasę miało wybiec około 110 osób. Poruszać się mamy za czerwonymi strzałkami, w drodze powrotnej oznaczonymi dodatkowo odblaskami, to dla tych – którzy będą robić część trasy po zmroku. Jeszcze zdjęcie przed bramą startową i byłem gotowy.


Ruszamy!

Osób na starcie nie za dużo. Część ma kije, ja startuję bez nich. Większość zabrała biegowe plecaki. Ruszam truchcikiem. Tuż za halą sportową skręcamy do lasu, do miejskiego parku. Na razie płasko lub lekko pod górkę. Wszyscy biegną spokojnie, i ja też w tempie około 6:00 na kilometr. Takie spokojne wybieganie. Dosyć szybko zaczynam czuć, że kostnieje mi twarz od mrozu. Cóż, dużo gadał po drodze nie będę. 

Trasa od początku prowadzi przez las, zaczynamy się wspinać pod górkę. Po pierwszych kilometrach czuję, że tu nie warto już biec, więc przechodzę w marsz. Wspinamy się na Pasmo Posłowickie, którym – jak sądzę będziemy biec grzbietem. Czyli aby do góry, potem tylko na grzbiecie niewielkie windy góra-dół. Jesteśmy na grzbiecie i już zaczynają się ładne widoki – stok w dół na lewo, stok w dół na prawo. Jest górka Biesak (377 metrów n.p.m.). Biegniemy grzbietem porośniętym lasem. Trzeba uważać na korzenie i kamienie, częściowo lub całkowicie skryte pod śniegiem. 

Pasmo kończy się i zbiegamy do Słowika. Jest tu stromy zbieg do trasy 762, którą pokonujemy niewielkim tunelem pod powierzchnią. Za chwilę przebiegamy mostkiem nad rzeczką Bobrzą. Pomimo mrozu i śniegu nie jest zamarznięta. Już oceniam, że fajnie byłoby ją popłynąć na SUP-ie. 

Za Słowikiem zaczyna się kolejne pasmo – Zgórskie. Znowu pagórki i górki porośnięte lasem. Przejście trasy S7 i zaraz strome podejście pod górę. Nie pamiętam już które. Stawka się rozciągnęła. Muszę uważać na podłoże bo suche liście wymieszane są z suchym śniegiem, nie do końca wiadomo po czym się stąpa. Zwłaszcza na zbiegach trzeba uważać. Widzę czasem 2-3 osoby przed sobą. Jakiś biegacz - na oko 60-letni - wyprzedza mnie i nieźle ciśnie. Staram się trzymać jego tempo wpatrując drętwo w łydki. Potem doganiam młodą brunetkę, ma fajnie pokryte szronem, ciemne brwi. Widać, że mróz jest i działa. Już około 20-tego kilometra zaczynam czuć dystans i czuć pagórki. Myślę o oszczędzaniu sił, dlatego tylko naprawdę łagodne podejścia biegnę. Wszystkie bardziej strome – idę. Słucham swojego organizmu. Woda którą zabrałem do softflaska zaczęła zamarzać zamieniając się w mokry śnieg. Wylewam ją, aby mi nie ciążyła. Zostaje tylko 2/3 butelki „Kubutka”.

Kolejny odcinek, aż do skałek w rezerwacie przyrody Góra Zalejowa a potem jaskini Piekło jest w miarę płaski. Tu w zasadzie bieg przez kilka kilometrów przypomina nie tyle bieg górski ile leśny crossowy. Fajnie, bo można odpocząć, nabijać szybko kilometry. Już przebiegliśmy ponad 20 kilometrów, jeszcze kilka i będzie półmetek. Nie mogę się go doczekać, bo wyraźnie już czuję zmęczenie. Biegnę, aby tylko biec. Skałki w rezerwacie są fajne. Tu i ówdzie widać jaskinie, jakieś niebezpieczne dziury. Miejscami jest trudniej technicznie na tyle, że organizator pozostawił biegaczom liny asekuracyjne. Ładnie to wszystko wygląda, jakiś biegacz koło mnie zatrzymuje się i nagrywa relację telefonem. Przy jaskini Piekło czai się fotograf. Chcę przebiec koło niej lecz obsługa mówi, że trzeba wbiec do wnętrza i wyjść dziurą zaraz na lewo. OK, to już wiem skąd nazwa biegu – „Piekielna Pętla” – od tej właśnie jaskini i stojących w pobliżu drewnianych rzeźb różnych piekielnych potworków.

Za Piekłem wracamy powoli do Kielc, drogą bardzo podobną do tej, którą przybiegliśmy. Znowu odcinek kilku kilometrów względnie łatwego, bardziej leśnego niż górskiego terenu, potem, na ostatnich 15 kilometrach znowu górki. Czasem biegnę nie widząc nikogo. Na pierwszym bufecie mówiono mi, że jestem 22 na 110. Potem kilku wyprzedziłem ale i mnie wyprzedzano. Jeden mijany skarżył się, że wysiadło mu kolano. Cóż, szkoda chłopa. Nie wiem czy skończył. Na kolejnym punkcie pomiarowym informują, że jestem w pierwszej 20-stce. Aha, czyli jest nieźle. Przypominam sobie jak przed przyjazdem czytałem, że w ubiegłorocznej edycji startował tu od nas z Białej Rafał Pajdosz. Zrobił trasę w 6 godzin i przybiegł 7 OPEN. Wiem, że jestem obecnie słabszy od Rafała czyli powinienem przybiec tak myślę, w 7 godzin, może 6:30. Bycie w pierwszej 20-stce na 110 nie będzie złe. Aby tylko jeszcze przebiec te cholerne, ostatnie pagórki. 

Zmuszam się, by biec truchtem wszystko co płaskie lub ledwie, ledwie pod górkę. Żele zjadłem, jeden na 20-stym, drugi na 35 kilometrze. Picia też nie mam, bazuję na tym co dają w bufetach na trasie. A bufety są zaopatrzone nieźle. Są banany, ciastka, ciepła zupa, herbata kawa i cola. Biorę kawę, biorę herbatę. Z doświadczenia wiem, jak bardzo ciepłe picie podnosi morale podczas zawodów na mrozie. Naprawdę, działa to super. Ostatni punkt gastronomiczny jest na 42 kilometrze. 9 kilometrów przed metą. Wyprzedziłem „niebieskiego” ale ten dogonił mnie na punkcie i nie zatrzymując się popędził dalej. Jak się potem okazało już go nie dogoniłem, przybiegł przede mną kilka minut i był z mojej kategorii wiekowej. 

Ostatnie kilometry. Zrobiłem te ostatnie kilka wind góra-dół po stromych, pokrytych luźną śniegowo-liściastą masą zboczach. Na szczęście nigdzie nie wywinąłem orła. Teraz wiem, że już tylko głównie zbieg do Kielc. O – jest wyciąg narciarski, bawią się rodziny z dziećmi. Trasa nasza znowu trzy-kolorowa, czyli jesteśmy blisko mety. Jakiś starszy pan patrzy na mnie i mówi, że teraz będzie ostro. Jakie ostro - przecież już tylko w dół, po szlaku. Jest stromo, jest trochę hopek dla MTB, ale w końcu jest park. Widzę masę biegaczy pnących się pod górę. To piętnastka ruszyła, a miała ruszyć o 14:00-tej. Mówią, że meta za 2 km. Czyli jestem na trasie ponad 6 godzin. To mnie uskrzydla. Ostatnie kilometry już biegnę ciesząc się, że to koniec mordęgi. Wpadam na metę z czasem 6:18:12. Miejsce 17 OPEN na 110, wśród mężczyzn 16. W kategorii wiekowej miejsce 9 na 36. Było 5 DNF-ów, ukończyło według listy wyników 87 mężczyzn i 19 kobiet, ostatni robili trasę prawie 10 godzin.


Jak było? 

Fajnie. To raczej impreza lokalna, nie żaden festiwal z rozmachem. Trasa dobrze oznaczona. Dwa razy miałem momenty zawahania, ale zaraz odnalazłem oznaczenia i nie było większych strat czasowych. Bufety są trzy, dobrze zaopatrzone. Więcej nie trzeba. Trasa jest w połowie, może w maksymalnie 2/3 łagodnie górska, reszta to bieg trailowy leśny. Opłata startowa poniżej 200 zł uważam, że jest akceptowalna. Jak wyglądało zakończenie – nie wiem bo nie widziałem, miałem wkrótce pociąg powrotny do Warszawy i do Białej Podlaskiej.

Cieszę się że tu przyjechałem, że dystans pokonałem, dałem radę. Wynik myślę adekwatny do mojej aktualnej formy. Tyle nabiegałem, na ile mnie było stać. Udało mi się nie zaliczyć wywrotki, nawet buty i skarpety miło mnie zaskoczyły – żadnych obtarć, żadnych odcisków. Są oczywiście zakwasy, ból nóg, pleców i tyłka. Cóż - to i piękno ale i ból biegów ultra.

czwartek, 30 października 2025

Bieg pamięci bohaterskich lotników – dla mnie po raz piąty

Czas: 25 października 2025, start o 18:30, sobota.

Miejsce: Biała Podlaska

Dystans: 5 km

Trasa: ok 85% asfalt, reszta to ścieżki gruntowe w Parku Radziwiłłowskim.

Pogoda: noc, około 8 stopni, bezwietrznie, mokry asfalt po wczorajszym deszczu.

Uczestnicy: 190 biegaczy (130 mężczyzn, 60 kobiet)

Numer startowy: 134

Mój czas: 00:20:00 brutto (00:19:59 netto)

Miejsce OPEN: 27 na 190, 25 wśród mężczyzn

Miejsce w M 41+: 9 na 64

Przed startem

Noc, Park Radziwiłłowski w Białej Podlaskiej, wokół pełno ludzi z czołówkami. Darek daje biegaczom ostatnie instrukcje. Moi uczniowie pomagają zabezpieczać trasę a jeden pierwszak nawet biegnie. Fajnie. Pogoda jest dobra: wiatru nie czuć, jest wilgotno ale niezbyt zimno. Sygnał startu i ruszyliśmy.

Pierwsze setki metrów – aby się w tłumie nie potknąć o czyjeś nogi. Mijamy kibicującego tym razem Rafała i za galerią wybieg na asfalt. Przecinamy ukosem Zamkową i na Narutowicza. Jest sporo osób, biegnie też kilku znajomych. Wyprzedził mnie Jacek, widać dziś jest w dobrej formie. Pierwszy kilometr minął ciut poniżej 4 min/km, nieźle, tylko czy to tempo utrzymam do końca? Wątpię. Skręcamy w Aleję Tysiąclecia, na pierwszy most na Krznie. Wyprzedzam swojego ucznia ale mam wrażenie, że gdzieś tam mi biegnie tuż za plecami. Na mecie się dowiem, że tak rzeczywiście było – przybiegł pół minuty za mną. 

Tymczasem stawka się rozciągnęła. Drugi kilometr minąłem znowu ciut poniżej 4 minut. Dobrze, ale czuję, że zwalniam. Trochę ze zmęczenia, trochę przez lekkie podbiegi na Alei i na Sidorskiej. Wyprzedził mnie wysoki blondyn. Może go jeszcze dopędzę? Dobiegamy do drugiego mostu, tu wyprzedza mnie Marcin, który zupełnie niedawno ukończył Łemkowynę 150 km. Nawet teraz, kilometr przed metą zmęczonym oddechem wyrzucam z siebie gratulacje. Łemkowyna 150 to i dla mnie najdłuższy ukończony marszobieg górski więc mam wyobrażenie, ile wysiłku trzeba włożyć, aby tę błotnistą wyrypę ukończyć.


Ostatni kilometr to parkowa ścieżka oświetlona rozstawionymi lampkami. Przywodzą na myśl zbliżające się Święto Wszystkich Świętych, które już za tydzień. Znowu spotykam Rafała. Za mną blisko nikogo nie słyszę. Z przodu 2 osoby. Długowłosy blondynek świszczy oddechem – chyba przeżywa ciężkie chwile. Już mam się brać za wyprzedzanie gdy niefortunnie potykam o występ na mostku drewnianym w parku i upadam. Kolano lekko rozbite lecz nie marudzę, nie rozczulam nad sobą tylko biegnę dalej. Doganiam i przeganiam blondynka, który nie zdążył zbyt daleko uciec. Zostało kilkaset metrów. Kluczymy po wale imitującym dawne radziwiłłowskie umocnienia. Zabieram się już za kobietę biegnącą przede mną, ale ta nie – zachowała słoik energii na ostatni moment i teraz włącza turboprzyśpieszenie. Wbiega na metę jako 2-ga wśród kobiet. Ja tuż za nią.

Na mecie medal, woda i ciepła herbata a w muszli jest jeszcze smaczna zupa dyniowa. O tak – tego mi było trzeba. Idę po dokładkę. Udany to był bieg – bez rekordów, ale ukończony w przyzwoitym czasie, bez niepokojących sygnałów bolącej nogi. Dziękuję.


W tym roku medal zdobił wizerunek samolotu PWS-16. To dwumiejscowy, szkolno-treningowy, jednosilnikowy dwupłatowiec opracowany przez konstruktora Augusta Bobka-Zdaniewskiego w 1933 roku. W kolejnym roku na zamówienie wojska w Białej powstało 20 takich samolotów. PWS-16 od 1935 roku służyły do szkolenia pilotów wojskowych, głównie w Dęblinie. Pierwsze wersje nie były uzbrojone, dopiero model PWS-16 bis otrzymał karabin 7,9 mm. Latały z prędkością maksymalną 190 km/h, pułap 4500 m. Masa własna 837 kg. Rozwinięcie PWS-16 doprowadziło do powstania samolotu PWS-26 – najlepszej i najbardziej znanej konstrukcji zaprojektowanej w Białej Podlaskiej.



czwartek, 18 września 2025

Swedbank Vilniaus maratonas 2025 - relacja

Przedwojenne Wilno

"Wilno, jak mówią jego przedwojenni mieszkańcy, to miasto serdeczne i najpiękniejsze ich zdaniem na świecie. Przy ujściu Wilejki do Wilii. Okolone z trzech stron lesistymi wzgórzami. Polskie Ateny. Z kościołami i z Matką Boską w Ostrej Bramie, z cerkwiami i synagogami. Z placami i z zaułkami, wileńskim barokiem i klasycyzmem, gdzie w eleganckich cukierniach, z których najmodniejsze były trzy "Sztralle" - czerwony, zielony i czarny - siedziało się nad gazetą, i mała czarną. Ukochane miasto Adama Mickiewicza i Józefa Piłsudskiego. Z eleganckim hotelem "St. Georges" zwanym nie inaczej jak "Żorżem". Z tradycją kaziuków, zdobionych piernikowych serc i smorgońskich obwarzanków. Ze szkołami, klasztorami i uniwersytetem. I z lupanarem „Cioci Rózi” o którym nikt nie śmiał powiedzieć że to nierząd, bo przecież sam rząd tam bywał".

(Cytat z audiobooka "Szukając Inki. Życie i śmierć Danuty Siedzikówny" autorstwa Luizy Łuniewskiej. 19 odcinek, 2 minuta).

Bieg

- Odważnie – powiedziała koleżanka siedząca przy stoliku w hotelowej stołówce. Był to komentarz do mojego menu, w którym znalazły się: dwie kanapki z dżemem, jajko na miękko i kawa. To wszystko na 2 godziny przed startem maratonu. Komentarz był jak się okazało celny, gdyż w drodze z hotelu „Panorama” na miejsce startu tak mi się zagotowało w brzuchu, że gdyby nie szczęśliwie otwarty po drodze hotel z gościnnie dostępną toaletą, nie wiem jak by się to wszystko skończyło. Przeczyściło mi układ pokarmowy dokumentnie. Trochę się martwiłem odwodnieniem i możliwą dalszą kontynuacją problemów, ale i cieszyłem: wszak będę lżejszy.

Nad rzeczką Wilejką

Dotarliśmy na Plac Katedralny. Stoi przy nim wielka, klasycystyczna Archikatedra św. Stanisława Biskupa i św. Władysława, którą znam z podręcznika do historii oraz pomnik Giedymina, legendarnego założyciela miasta. Jest pół godziny przed startem. Trochę przeraża długaśna kolejka do depozytu, ale obsługa i biegacze sprawnie zdają rzeczy więc zdążam w sam raz, aby ustawić się na starcie. Ludzi sporo - kilka tysięcy - startuje razem półmaraton i maraton. Trasa przez pół drogi ta sama. Pogoda fajna, 16-18 stopni, jest trochę chmurek, nie czuć silnego wiatru. Trasa według planu wydała mi się skomplikowana i pokręcona. Obstawiam swój wynik na pomiędzy 3:30 a 4:00. Trudno dokładnie oszacować, bo z jednej strony wiosną i w lipcu biegałem regularnie po około 200 km, w sierpniu zaś jedynie 80 km biegu i 341 km wiosłowania na SUP. Jak to wpłynie na możliwości biegowe? Nie wiem.

Poleciał hymn i zaraz po nim sygnał do startu. Włączyłem Garmina po jakichś 2 minutach, gdy mijałem bramę startową. Będzie mi wskazywał czas netto (od przekroczenia bramy startowej) a nie brutto (od wystrzału startera). Powoli, powoli, wraz z innymi obok przechodzę w trucht. Jest kostka brukowa, tłumy obok bo ustawiłem się w strefie 3:30-4:00. Ciężko tu coś szybciej zacząć, choć pierwsze setki metrów prowadzą zbiegiem w dół. Przy wiwatach kibiców powoli wchodzimy w rytm. Tempo planowałem początkowo 6:00, po kilometrze-dwóch przyśpieszenie do 5:30, potem – jeśli będzie dobre samopoczucie – podkręcenie do 5:00-5:10. 

Pierwsze kilometry zweryfikowały założenia. Zacząłem biec dosyć szybko w tempie docelowym 5:10 a nawet poniżej 5:00. Czułem się w miarę dobrze, noga podawała. Wiem, że na pierwszych kilometrach to nie sztuka, że tłum niesie, że jest pozytywna euforia. Cóż jednak, skoro biegnie mi się dobrze, nie czuję zbytniego wysiłku oddechowego, to dlaczego się hamować? Było w tym wszystkim sporo szarpania tempa gdyż na pierwszych 10 kilometrach trasa obfitowała w zakręty, fragmenty z brukiem i podbiegi. Na tych ostatnich nie walczyłem z tempem lecz zwalniałem, nawet do 6:30 na kilometr. Doświadczenia podpowiadało mi ostrożność. Po długim podbiegu, który – jak koledzy potem wspominali - był na 9 kilometrze, pobiegliśmy w zacienione alejki parkowe. Tu już nie było tak kręto i pagórkowato. Cień, rozrzedzenie tłumu oraz miłe dla nóg łagodne zbiegi budowały fajną, maratońską atmosferę. Można było zagadać z biegnącym obok Litwinem, pożartować. Mijając dosyć gęsto ustawione stoliki z wodą pilnowałem, aby za każdym razem łyknąć trochę wody utraconej gwałtownie w hotelowej toalecie.

Trasa (organizator)

Na 14 kilometrze ciągle czułem się dobrze. Tempo 4:50-5:00 cały czas pasowało. Zjadłem żel, który zabrałem do kieszonki. Wybiegliśmy nad Wilję i biegliśmy, kilka kilometrów płaskim nabrzeżem rzeki. Czuć tu było i wiatr i słońce. Usłyszałem syreny, potem ujrzałem karetkę i ratowników pochylonych nad leżącym biegaczem. Cóż, zdarzają się takie sceny na ulicznych maratonach. Wbiegliśmy na most i zaraz za nim rozchodziły się trasy półmaratonu i maratonu. Uff…, ubyło ponad 2800 osób, bo tyle startowało w półmaratonie. Zostało około 1500 maratończyków. Trasa się przerzedziła, można było teraz bardziej optymalnie pokonywać zakręty. Niestety, do półmetka przez tłum i niemożność biegu najkrótszą ścieżką dorobiłem się 400 metrów ekstra. Tak wynikało z porównania odczytów mojego Garmina i tabliczek ustawionych przy trasie. Niedobrze, bo na mecie będzie to oznaczało 2 minuty czasu w plecy. 

Od czasu do czasu minąłem znajomych z naszego bialskiego klubu biegacza „Biała Biega”. Cześć z założenia biegła rekreacyjnie, część była mocniejsza ode mnie, lecz tego akurat dnia miała słabszą dyspozycję. Na agrafkach widziałem biegnących z naprzeciwka a wyprzedzających mnie: Kasię Pajdosz i Dawida Skraburskiego. Oni, oraz Rafał Pajdosz, który odsadził mnie na tyle, że nawet go nie widziałem, będą nas mecie przede mną. 


Na 28 kilometrze dogoniłem w końcu zająców biegnących na czas 3:30. Trochę już czułem zmęczenie, ale jeszcze nie było źle. Cały czas trzymałem tempo 4:45-5:00 na płaskim. Chwilę schowałem się za grupą, ale nie odpoczywałem zbyt długo. Korciło, aby wyprzedzić i zrobić zapas. Kto wie, czy na samej końcówce nie będzie znowu morderczych podbiegów, a zające nawet na nich nie zwolnią tempa. Wyprzedziłem ich biegnąc znowu długą, prostą ulicą nad rzeką. Mijały kolejne kilometry. Po trzydziestym czułem już wyraźny dyskomfort. Wcześniej zjadłem pół banana, potem jeszcze jeden żel, tym razem ze stolika organizatora. Regularnie popijałem wodę. Nogi zrobiły się cięższe, jakby mozolniej mieliły kilometry. Ból przy dużym palcu u prawej stopy oznaczał, że pękł odcisk. Nie bolało długo, byłem już przyzwyczajony. Pewnie na mecie jak zwykle będę miał zafarbowaną na czerwono skarpetkę.

Ostatnie 5 kilometrów – jest ciężko. Wróciliśmy w okolice starego miasta, znowu te cholerne podbiegi, zakrętasy i kostka. Wydaje mi się że zwolniłem, ale mozolnie trzymam tempo 5:00-5:10. Zające na 3:30 doganiają mnie i na podbiegu na 40 kilometrze uciekają troszeczkę do przodu. Niedużo, może 100, może 200 metrów. Widzę ich, ale dogonić nie mam siły. Wodą już się tylko polewam dla schłodzenia; wiem, że pić nie ma sensu. Wbiegamy przez mostek na Zarzecze. Wrzawa kibiców narasta, wiem, że jesteśmy niedaleko finiszu. Zostały ostatnie dwa, potem jeden kilometr. Są drzewa, jest park, czyli już tuż, tuż. Poprawiam pasek z numerem startowym przesuwając go na przód. Trzeba jakoś wyglądać jak się na tą upragnioną metę wpadnie. W końcu jest. Zbieram siły na ostatni zryw, podnoszę ręce w górę w geście siły i zwycięstwa. Na twarzy rozkwita banan. Nastolatki z obsługi biegu zawieszają mi medal, dają wodę. Zegar na mecie pokazywał 3:30 z haczykiem, zaś mój Garmin 3:28, i to przy pokonanym dystansie 42 km i 640 metrów. A zatem będzie brutto powyżej 3:30 a netto 3:28. 

Naszych przy mecie nie widzę. Obolały, z odciskami na stopach idę po depozyt, potem pamiątkowe zdjęcie na ściance i na loda za 3,50 euro. Zanim jeszcze wrócę do hotelu pójdę na Zarzecze, pod bar przy moście na Wilejce, tam, gdzie nad wodą zawieszona jest ławeczka i gdzie wczoraj brodziłem po łydki w chłodnej wodzie. Idę tam znowu, tym razem bezwstydnie rozbieram do spodenek i ładuję do rzeczki cały. Jest przejrzysta, rosną w niej roślinki, nie śmierdzi. Wiem, że chłodna woda znakomicie przyśpiesza regenerację po ciężkim biegu. Myję się nie zważając na nic a tymczasem przechodnie robią zdjęcia. Znać, że widok kogoś klęczącego we wrześniu w środku Wilejki, w wodzie po pas, w samych spodenkach, nie jest tu popularny. Trudno, nikt mnie tu nie zna, nie będą mieli okazji wytykać palcami. 


Wynik końcowy to 3:30:35,6 brutto, 3:28:32,4 netto. Zważywszy, że dołożyłem sobie około 400 metrów ekstra, nie jest źle. Miejsce 267 na 1560, którzy ukończyli (były ponadto 54 DNF-y). Kategorii wiekowych nie wyodrębniono. Z naszej grupy bialskiej przybiegłem czwarty. Najlepiej trasę zrobili Pajdoszowie: Rafał nabiegał 3:08 i był 5 wśród Polaków (78 miejsce OPEN). Jego żona Kasia z wynikiem 3:26 była pierwszą Polką i 8 kobietą na mecie. Ładnie pobiegł też Dawid Skraburski – 3:15 i miejsce 118 na 1560. Podium wileńskiego maratonu zdominowali biegacze krajowi. Widać nie ma tu zwyczaju zapraszania murzyńskich mistrzów. Może nagrody za zwycięstwo są symboliczne i nie opłaca się startować komercyjnie? Nie sprawdzałem. W każdym razie pierwszych ośmiu najlepszych to Litwini. Wygrał Lukas Tarasevicius z czasem 2:28. Wśród kobiet triumfowała jego rodaczka Modesta Buzeryte. Nabiegała 2:55.

Jaki był maraton w mieście obcym, a jednocześnie tak Polakom bliskim? Ciekawy, dobrze zorganizowany, z mocno pokręconą trasą. Na pierwszych 10 kilometrach trasa jest trudniejsza, z licznymi zakrętami, brukiem i podbiegami. Garmin pokazał mi 231 metrów podbiegów, a to jak sprawdzał Rafał znacznie więcej, niż w uchodzącym za trudny Maratonie Lubelskim. Nie jest to trasa na ambitną życiówkę, ale na fajny, bliski wyjazd zagraniczny opcja godna polecenia. Rekomendację wzmacniają turystyczne walory miasta.

Ostra Brama (przed wojną)