niedziela, 10 stycznia 2021

Rok 2020 – podsumowanie

To był dobry rok. Generalnie - mam za co dziękować. Pewne moje aktywności podupadły, ale to co ważne trzyma się dobrze. Nie przechodziłem korony objawowo, nikt z moich najbliższych na to nie umarł. Czuję się zdrowy, nic mi nie dolega a nawet jeśli napoczyna mnie od środka jakieś choróbsko, to o nim nie wiem więc nie kłopoczę się nas zapas. Mam pracę, która zaspokaja moje potrzeby i pracuję w branży, która choć słabo płatna, to jednak nie ucierpiała zbytnio z powodu kryzysu związanego z zarazą. Mam gdzie mieszkać. Mam czym jeździć. Żyję w kraju, którego nie ogarnęło szaleństwo wojny i który lubię. Kraj ten rządzony jest przez ludzi będących Polakami i deklarującymi przywiązanie do wartości patriotycznych i związanych z nimi chrześcijańskich. Są oni sceptyczni wobec żądań wysyłanych zza wschodniej czy zachodniej zagranicy a zatem można powiedzieć, że Polska jeszcze zachowuje pewien stopień niepodległości. Ogólnoświatowe trendy zgodne z duchem marksizmu kulturowego są bardzo silne: próbuje się UE przekształcić jedno państwo zgodnie z marzeniami włoskiego komunisty Altiero Spinellego - tego samego, którego nazwisko wypisane jest wielkimi, srebrnymi zgłoskami na budynku Parlamentu Europejskiego. W projekcie takim przeszkodą są nie tylko niepodległościowcy, ale i silny Kościół, który zawsze stanowił problem dla każdego, kto próbował podporządkować sobie to terytorium. Nie ma się zatem co dziwić, że niektóre współczesne medialne komunikaty przypominają jako żywo mowy Goebbelsa z 28 maja 1937 wygłaszane po ukazaniu się papieskiej encykliki „Mit brennender Sorge”, potępiającej nazizm. Wszystko to wsparte jest wielkimi pieniędzmi i dominacją w mediach ale na razie jeszcze się nie sprzedaliśmy i jakoś się trzymamy.


SPORT




To powyżej, to to, co ważne. Do rzeczy mniej ważnych acz przyjemnych zaliczam hobby biegowe, które stopniowo schodzi na dalszy plan. To co potrafiłem jeszcze 4 lata temu to już śpiew historii. Biegam bardzo nieregularnie. Raz kilka dni z rzędu po 10-20 km, potem 4 dni przerwy bo nie mam czasu lub zapału. Z tego powodu nie można nazwać tej aktywności trenowaniem, a jedynie bieganiem. W  2020 roku przebiegłem 2633 km co daje średnio 219 km w miesiącu. Były miesiące takie jak wrzesień, gdy przebiegłem 335 km ale i były takie jak sierpień, gdy przebiegłem 88 km. Uzupełnieniem biegania był rower (690 km) i kajak (64 km). Grasujący na świecie mór i związane z nim ograniczenia bardzo mi w treningach nie przeszkadzały. Nawet będąc na kwarantannie biegałem po podwórku, dookoła domu. Jedno okrążenie zabierało mi ok. 40 sekund. Dało się tak zrobić 10 km.


Nieliczne starty w zawodach były odbiciem mojego zaangażowania w ćwiczenia. Przysłowie „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz” ma swoją analogię w osiągnięciach sportowych. Ile mądrego wysiłku włożysz w pracę nad sobą, takie osiągniesz rezultaty. Wysiłek mój był połowiczny, to i rezultaty mierne. Wziąłem udział w 6 imprezach sportowych, samych lokalnych. W tym były 2 mikre pod względem frekwencji ale sympatyczne biegi ultra: Ultra Tatar 50 km – byłem 5 na 19, oraz Tarantula 50 km – byłem 5 na 14. Do tego płaski, terenowy półmaraton w Kaliłowie, gdzie nabiegałem 1:32 oraz trzy biegi krótsze: GLUT na 14 km, gdzie zająłem 4 miejsce, chłodna piątka Tropem Wilczym i upalny Cross u Radziwiłłów na 6 km. Najbardziej jestem zadowolony z leśnego półmaratonu w Kaliłowie oraz z czternastki w Gnojnie. Tarantulę i Ultra Tatara wtopiłem popełniając głupie błędy czy to nawigacyjne, czy związane z rozłożeniem sił na długim dystansie. 


Oprócz zawodów uczestniczyłem w dwóch wyzwaniach. Pierwsze to grupowy, jednodniowy spływ kajakowy Zielawą od umownego źródła do ujścia, który zorganizował Łukasz Węda. Trasa liczyła 64 km, nie była jakoś bardzo wymagająca, trafił się wysoki stan wody i można to było zrobić z marszu. Było fajnie.


Drugie to samotny, trzydniowy, wakacyjny przejazd rowerem Czerwonym Szlakiem Nadbużańskim liczącym ponad 370 km, z Dołhobyczowa do Kózek. Robiłem dziennie około 100 km, głównie po leśnych i polnych drogach, czasem bezdrożach. Główna trudność polegała na odnalezieniu oznaczeń szlaku, który choć dwukrotnie znakowany, nadal nie jest oznaczony dobrze. Nie ma też jego mapy. Przez to błądząc, sprawdzając trasę na skrzyżowaniach, wracając dokręciłem do oficjalnej długości kolejne kilkadziesiąt kilometrów a finalnie i tak po całości nie przejechałem, bo pewnych fragmentów nie odnalazłem. Bywało, że pchałem rower przez pole, przez krzaki, stanowiłem obiad dla komarów ale zabawa była fajna. Nie napisałem z niej relacji. Zabrakło czasu i chęci.


Przyszły rok pod względem sportowym zapowiada się podobnie. Rewolucji nie będzie, powrotu do wyczerpujących, amatorskich treningów raczej też nie. Staram się w miarę dbać o formę, wyjść 4-5 razy w tygodniu pobiegać 10-20 km. Nie mam już tej motywacji co kiedyś. Rodziny nie mam, ale z obu prac uzbierało mi się 1,3 etatu i trochę obowiązków. Dziś wychodząc w teren staram się w większym stopniu popracować nad górnymi partiami ciała, które miałem zawsze słabe. Chcę wracać z lasu mając zmęczone nie tylko nogi, ale też korpus i ręce. Wtedy czuję, że trening był kompletny. Podoba mi się to, co robią np. bracia Sobierajscy i jest to dla mnie jakaś świeżość w porównaniu do uprawianego od wielu lat, zwykłego treningu biegowego.



INNE AKTYWNOŚCI


Gry. Grywam czasem gry komputerowe, głównie w starocie. Raz dlatego, że mam stary komputer a dwa dlatego, że prosta grafika mi nie przeszkadza jeśli grywalność i klimat wykreowanego świata stoją na wysokim poziomie.  Niesamowite, że zwycięzca plebiscytu na grę dziesięciolecia CD Action 1996-2006, gra która pokonała sławne World of Warcraft, trzecia część „Herosów” pomimo ponad dwudziestu lat na karku nadal żyje i dzięki trybowi multiplayer ma się dobrze. Fani zrobili do niej różne usprawnienia. Dodano nowy zamek i plansze generowane losowo. Współczesna wersja głównie do gry wieloosobowej nosi nazwę Horn of the Abyss (HotA). Najbardziej popularna plansza do pojedynków dla dwóch graczy to Jebus Cross. Być może komuś się to wulgarnie skojarzy dlatego wyjaśnię, że jej nazwa - skrzyżowanie z pustynią na środku - nawiązuje do starotestamentowego plemienia Jebuzytów. Ciekawe, że niektórzy młodzi ludzie mając w ofercie nowe gry z wystrzałową grafiką nadal wolą Heroes 3, odbywają się nawet co roku mistrzostwa Polski. Streamerzy relacjonują na żywo swoje pojedynki w sieci. Polacy są dobrzy w „Herosów” ale najlepsi są... Rosjanie. Grywalność tej gry, olbrzymia ilość możliwości taktycznych i jej ponadczasowość skłaniają mnie do porównania, że są to szachy elektronicznej rozrywki. Jedyny minus to to, że HotA jest dodatkiem nieoficjalnym i serwer na którym prowadzone są pojedynki czasem się wykłada z powodu przeciążenia. 


Druga gra to Thief – złodziej. Ukończyłem antologię, w tym roku część trzecią. W czwórkę nie grałem. To gra świetna pod względem klimatu, ze znakomitym dźwiękiem, idealna do grania w nocy, przy zgaszonym świetle, z dobrymi, zamkniętymi słuchawkami na uszach. Grafika pierwszych dwóch części jest leciwa jak na współczesne standardy, ale klimat z każdą kolejną częścią się pogarsza, dlatego bardziej polecam Thief’a 1 i 2 niż Thief’a 3.


[The metal Age - film z gry]


Obecnie na ekranie rządzą klasyczne RPG z otwartymi światami: Gothic i Morrowind. Fabuła jak to fabuła - ot, fantasy. Jako historyk widzę w Morrowindzie sporo nawiązań do wydarzeń historycznych: uniwersalne cesarstwo, wierni dawnym kultom prymitywni tubylcy usiłujący wyzwolić swoją wyspę z poddaństwa wobec postępowego imperium, które ją zagarnęło. Część elit kolaboruje, część konspiruje. Jak to w życiu. Rasy różnią się między sobą inteligencją i predyspozycjami fizycznymi. Istnieje niewolnictwo ale jest też silny ruch abolicjonistów. Można znaleźć analogie w Rzymie z IV wieku po Chrystusie, albo i szereg innych.



Swoją drogą zastanawiam się, kiedy ta młoda działka kultury zostanie potraktowana poważnie i włączona do kanonu omawianego w szkole. Są lektury omawiane na języku polskim, są omawiane filmy takie jak „Pianista”. Współczesne gry RPG od co najmniej 20 lat mają tak rozbudowaną fabułę, że w niczym nie ustępują książkom. Mają nad nią tę przewagę, że w książce jesteśmy tylko biernymi obserwatorami wydarzeń na które nie możemy wpłynąć, zaś w grze wpływamy na przebieg opowiadanej historii. Gry, które nie są już odbijaniem piłeczki czy lataniem statkiem kosmicznym ale zawierają w sobie coraz bardziej rozbudowane alternatywne światy mają olbrzymi potencjał kształtowania kultury. Moim zdaniem to tylko kwestia czasu, gdy do kanonu omawianych w szkole książek, wierszy, filmów, utworów muzycznych, zostaną włączone gry.


Nie udało mi się wrócić w tym roku do malowania akrylami. Nie dokończyłem malowanego obrazu, nie stworzyłem nic nowego. Z rzeczy plastycznych zbudowałem model kartonowy vintage z „Małego Modelarza” – samolot SU-27. Podobno wyszedł dobrze – takie przynajmniej były opinie na modelarskim forum.


Książki. Tych przeczytałem, a trafniej powiedzieć przesłuchałem gdyż większość to audiobooki, 41. To podobna liczna jak w roku ubiegłym. Część to rzeczy fajne, inne zupełnie nietrafione. Nie lubię drążyć książka po książce jednego typu literatury więc książki przekładam: po podróżniczej kryminał, po kryminale, sensacja, po sensacji klasyka z przełomu XIX i XX w. Słucham biegając, lub w trasie, jadąc samochodem. Nawet da się skupić uwagę na audiobooku jednocześnie budując model, o czym się w tym roku przekonałem.


Gdybym miał wybrać pięć najlepszych to poleciłbym:


1. Marcin Wroński – „Kino Venus”, „A na imię jej będzie Aniela”, „Kwestia krwi”, „Portret wisielca”. Cztery kryminały z akcją rozgrywającą się w okresie międzywojennym w Lublinie i Zamościu. Pan Wroński to mniej ponura wersja również dobrych retro-kryminałów Pana Krajewskiego. Wspaniały język, inteligentne dialogi, humor, ciekawie odmalowany obraz środowiska wszelakich mniejszości i patologii. Bardzo przyjemna rozrywka na dobrym poziomie. Wersja teatralna jednej z powieści – „Pogrom w przyszły wtorek” – już jest. Teraz czas na ekranizację.




2. Dominik Rettinger – „Klasa” i „Sokół”. Dwie powieści szpiegowskie rozgrywające się we współczesnej Polsce. Nie słyszałem wcześniej o autorze a Pan Rettinger to nie tylko pisarz ale też reżyser i scenarzysta. Internet donosi, że napisał sztukę o Janie Karskim i scenariusz do filmu „Kamienie na szaniec”. Obie jego przesłuchane powieści zaskoczyły mnie pozytywnie. To polski Tom Clancy z akcją wartką i wciągającą jak u Ludluma i Alistair MacLean w których się zaczytywałem w podstawówce i liceum. Naprawdę nic mu nie brakuje oprócz porównywalnej sławy a warto to docenić, bo przecież powieść sensacyjną o działaniach służb specjalnych napisać jest trudniej niż kryminał o pospolitych przestępstwach. Podobno prawo do ekranizacji powieści ktoś już wykupił i wcale się temu nie dziwię.


3. Tadeusz Olszański – „Kresy kresów: Stanisławów jednak żyje”. Audiobook pobrałem z wolnedzwieki.pl. Jest darmowy. Opowiada o Stanisławowie zwanym „Atenami Pokucia”, mieście na południowych Kresach II Rzeczypospolitej, czasy przedwojenne i podczas okupacji. Autor urodzony w Stanisławowie, to publicysta „Polityki” a ja podchodzę do tego środowiska z ostrożnością, ale książka, muszę przyznać, bardzo dobra. Opowiada o losach społeczności Stanisławowa złożonej z Polaków, Ukraińców, Żydów, Węgrów. Totalna mieszanka kulturowa i jej tragiczne, wojenne losy. Zawiera mnóstwo ciekawostek. Po przesłuchaniu mam wielką ochotę pojechać do tego miasta, które dziś już nie jest polskie i zgodnie z decyzją Chruszczowa nazywa się Iwano-Frankowsk.


4. Elżbieta Cherezińska – „Legion”. Powieść Pani Cherezińskiej, która pisze powieści historyczne, głównie o czasach królów i książąt. Legion to odskocznia od dziejów zamierzchłych: opowieść o Brygadzie Świętokrzyskiej – jednostce partyzanckiej bardzo w Polsce silnego przed wojną, ruchu narodowego. Tym razem wyjątkowo nie tragiczna. Żołnierze ci walczyli z Niemcami, z Sowietami a na koniec szczęśliwie przeszli do aliantów na Zachód. Mam wrażenie, że książka ociera się miejscami o zbiorową hagiografię, ale nie pomija elementów kontrowersyjnych jak agentura „Toma” czy tajemnicza śmierć Stanisława Nakoniecznikoff-Klukowskiego. Jest ciekawa bo opisuje postacie i wydarzenia, mało znane i przez wiele dziesięcioleci zakłamywane przez nienawidzącą ruchu narodowego lewicę. Książka była dla mnie impulsem do dalszych, dokładniejszych poszukiwań w Internecie o występujących w niej postaciach takich jak choćby Bolesław Kontrym, Leonard Zub-Zdanowicz, Irena Iłłakowiczowa, Mirosław Petelicki, księża Puder i Trzeciak. Audiobook ten, już drugi Pani Cherezińskiej, który przesłuchałem, rozkręca się z czasem. Mam zastrzeżenia jedynie do lektora, który czytając dialogi Otmara Wawrzkowicza, robi to tak, jakby wypowiadający słowa był upośledzony.



5. Joseph Conrad – „Jądro ciemności”. Klasyka. Nie pamiętałem jej ze szkoły więc przesłuchałem raz. A potem, że mi się spodobała i była krótka – jeszcze raz. Przedstawiana jest jako manifest przeciw kolonializmowi a tymczasem w moim odczuciu książka jest przestrogą przed anarchizmem i kultem pieniądza. Pokazuje jakie demony mogą wyjść z człowieka, którego nie kontroluje żadne prawo, któremu władza, dążność do sukcesu finansowego i bezkarność uderzyły do głowy. Warta przypomnienia także dlatego, że nie dotknęła jej współczesna cenzura „politycznej poprawności”.



Klamrą spinającą wpis o książkach i o bieganiu niech będzie cytat z „Podróży Guliwera” Irlandczyka Jonathana Swifta, książki także przesłuchanej w audiobooku w tym roku. Opowieść ta, dziś jest archaiczna, mocno moralizatorska, ale świetnie oddaje podróżniczą naturę wyspiarzy I połowy XVIII wieku. Nie ma w tym nic przypadkowego, że ta lektura powstała i była popularna w potężnych niegdyś krajach morskich podróżników. Swift w końcowej partii odmalował utopijny obraz wyspy zamieszkałej przez Houyhnhnmy (czyt. Łinnemów). To inteligentne konie, które rządzą się mądrze i stoją wyżej w hierarchii niż prymitywni i skłonni do złego ludzie. Swift opisał sposób wychowania młodzieży który może się spodobać zwolennikom równouprawnienia a także miłośnikom biegania w terenie:


„Metoda Houyhnhnmy wychowywania młodzieży płci obojga godna jest podziwu i naśladowania. [...] Umiarkowanie, pilność, ćwiczenie ciała i ochędóstwo są bez przerwy młodzieży obojga płci wpajane. Pan mój uważał to za szkaradne postępowanie, iż dajemy niewieście naszej płci różne od męskiego wychowanie, wyjąwszy kilka punktów tyczących się gospodarstwa. Przez to – mówił – połowa mieszkańców naszego kraju do niczego bardziej nie jest zdatna jak do wydawania dzieci na świat, a to, że ich wychowanie powierzamy tak nieużytecznym stworzeniom jest jeszcze jednym dowodem okrucieństwa. Houyhnhnmy kształcą w swojej młodzieży siłę, zręczność i odwagę ćwicząc ją w bieganiu po spadzistych pagórkach i kamienistej ziemi. Skoro się mocno spocą muszą się nurzać aż po szyję w stawie lub w rzece. Cztery razy w roku zgromadza się młodzież pewnych kantonów dla pokazania swych postępów w bieganiu, skakaniu i innych dowodach siły i zręczności. Zwycięzcy nagradzani są pieśnią układaną na ich cześć”. (odcinek 53, 13 minuta)


[Jacek Kaczmarski - Houyhnhnmy]


Wszystkiego najlepszego w roku 2021


P.S. Dziś 85. urodziny obchodzi Pan Lech Jęczmyk, były redaktor naczelny "Nowej Fantastyki", pisarz, tłumacz, medalista mistrzostw Polski w Judo i ochroniarz księdza Jerzego Popiełuszki. Wszystkiego najlepszego, zdrowia i pogody ducha Panie Lechu.


niedziela, 15 listopada 2020

Su-27 z „Małego Modelarza” (nr. 10-11/96)



Kolejny „Mały Modelarz” ukończony. Raz na kilka lat powraca mi chęć na powrót do hobby z młodych lat – modeli kartonowych. Tym razem, gdy w marcu rozpoczęło się zamknięcie ludzi w domach z powodu koronawirusa wziąłem na warsztat Su-27. To ciężki samolot myśliwski produkcji rosyjskiej. Opracowany jeszcze w czasach zimnej wojny, miał być przeciwwagą dla amerykańskich F-15 Eagle. Finalnie okazał się od nich cięższy i większy. W kodzie NATO otrzymał kryptonim „Flanker” (flankujący, oskrzydlający). Obecnie nadal jest produkowany i używany nie tylko w Rosji, ale i w innych krajach.


Model sklejałem od marca do października 2020, z całkowitym wstrzymaniem prac w wakacje. Poszczególne etapy relacjonowałem na swoim szkolnym profilu Facebook, chcąc pokazać uwięzionej w domach młodzieży, że takie hobby jest i można robić fajne rzeczy. Wydawnictwo „Mały Modelarz” wypuściło kilka wersji tego samolotu. Ja miałem to wydanie najstarsze, nr. 10-11/96. Jest ono ciekawe bo prezentuje  samolot w barwach lotnictwa Indii. Wydawca dokonał tu pewnego uproszczenia, gdyż wczytując się dokładnie w temat można zauważyć, że Indie nie mają Su-27, lecz jedną z jego późniejszych wersji: Su-30.

Model miał 24 lata, a zatem klasyfikował się do kategorii „vintage”. Karton taki się trudniej kształtuje: jest gruby, łamliwy, rozdwajający się. Podobno można go wzmocnić Caponem, ale je tego nie zrobiłem. Sklejałem ostrożnie mając świadomość, że dotykam bardzo wartościowych rzeczy. W końcu na okładce jak byk widniała cena: 35000 zł ;)

Projektantem modelu jest Pan Bohdan Wasiak. Ci co sklejają wiedzą mniej więcej, czego się spodziewać. Malowanie efektowne, opracowanie chyba jeszcze w czasach przed-komputerowych, zrobiony z uzbrojeniem – 4 rakiety powietrze powietrze – i to się chwali. Z drugiej strony u tego zasłużonego dla polskiego modelarstwa projektanta zdarzają się niedokładności, które sklejając trzeba korygować. Niestety, to wydanie Su-27 nie jest od nich wolne. Po sklejeniu modelu wysłałem zdjęcia na pewne forum modelarskie. Wiele mówiące komentarze były m.in. takie: „Super wykonanie słabego projektu”, albo: „O kurcze, to jednak da się to skleić!”.

Po zakończeniu budowy mogę powiedzieć, ze nie było tak źle. Pracowało mi się przy Su-27 całkiem przyjemnie. Zrobiłem wersję standardową, z wypuszczonym podwoziem. Minimalna waloryzacja to odcięcie lotek na skrzydłach i statecznikach. Szyba kabiny tłoczona z plexi, zamówiona z GOMIX-u, dedykowana do tego właśnie wydania. Dziś jest dużo innych modeli kartonowych przedstawiających Su-27, także w „Małym Modelarzu”. Są to wydania nowsze, na lepszym papierze, szczegółowsze. Pewnie je warto sklejać, a nie starocia sprzed ponad 20 lat. Gdyby ktoś miał jednak ciśnienie na to wydanie – bo w barwach Indii, bo to jego początki modelarstwa i chciałby spróbować jeszcze raz – to podaję informacje o potencjalnych „minach”, na które trzeba uważać przystępując do budowy.

1.    Pierwsza „mina” czeka na wstępie. Segmenty dziobowe z wręgami 3 i 4. Wręgi nie pasują obwodem z poszyciem. Poszycie jest za wąskie. Trzeba dopasować ostrożnie wręgi z poszyciem i wręgi ze sobą. Nie ma tu nadrukowanej jakiejś siatki, nitów, więc cały dziób pomalowałem szarą farbą.


2.    Kabina. Jest uproszczona. Fotel, drążek i zegary. Problem jest z zegarami (cz. 9) bo wklejając je do kabiny zauważymy, że są trochę za duże i niezbyt się w kabinie mieszczą. Jakoś to na siłę wcisnąłem, ale nie wygląda to najlepiej.


3.    Tylna część kadłuba. Tu jest problem z częścią 35, której linie zagięć rozmijają się z zagięciami, jakie trzeba wykonać na poszyciu górnym i dolnym środka kadłuba (cz. 37 i 38). Niby to nic nie szkodzi, bo finalnie części 35 prawie nie widać – przykryją ją silniki i żądło kończące kadłub – ale trzeba zwrócić na to uwagę. Ponadto zastanawiałem się, jak przykleić poszycie tylnej części centropłata (cz. 37) względem paneli bocznych: część 34. Trochę to słabo pokazano na rysunkach, na jednym z nich jest błąd. Na rys. 4 z jednej strony część 34 schodzi się równo z cz. 35; a z drugiej strony cz. 34 jest wyraźnie szersza.


4.    Wnętrze silników: stożek, który się tam wkleja (cz. 67 b) jest na mały. Trzeba powiększyć lub zamalować brzegi białych pól.


5.    Wzdłużnice szkieletu silników, cz. 60 L i P, trzeba ściąć na końcu bo nie będą pasowały do ostatniej wręgi i do poszycia.



6.    Części 47 i 48 – listwy maskujące połączenie płata z górną częścią kadłuba. To są pomieszane kolory, trzeba dokonać modyfikacji, bo plamy na samolocie nie będą się schodziły. Ja tej modyfikacji (przeciąć i odwrócić góra-dół) nie zrobiłem, i u mnie widać ten błąd.


7.    Części 71 – przykrycie silników na kadłubie (góra) – są za wąskie. Trochę będzie wystawało białe pole, gdzie się je przykleja. Albo trzeba cześć poszerzyć, albo zamalować brzegi białego pola. Ja zrobiłem to drugie.

8.    Części 72 i 73: połączenie kadłuba i skrzydeł u dołu. Miejsce zamocowania podwozia. Tu trzeba dobrze wymierzyć, bo u mnie doszło do przesunięcia do tyłu i z przodu widać brzydką, przerywaną linię.


9.    Końcówka żądła – chyba cz. 52 – jest trochę za krótka. Trzeba dopasować.

10.    Podwozie główne. Tu jest problem z zamontowaniem podpórki goleni głównej, cz. 83d. Szablon z drutu pokazuje trochę inaczej, niż znaki na częściach. Wydaje się, że ta część nie powinna tak wystawać, ale zrobiłem wg. szablonu. Chyba błędnie, ale zgodnie z planem. 

 



11.    W prawym, górnym rogu na arkuszu 1 obok oszklenia kabiny (cz. 20 i 21) widać jakąś część, która nie jest podpisana. Nie wiem do czego ona jest i jej nie przykleiłem.

Skrzydła, rakiety, belki do podwieszania uzbrojenia, stateczniki, silniki – sklejało się w miarę dobrze. Montując model polecam zaglądać na funpage na Facebooku „Su 27 Flanker Family” – tam w galerii jest ogromna ilość zdjęć tego samolotu.

 

 




 





Tak wygląda prawdziwy indyjski Su-30

poniedziałek, 12 października 2020

Po raz pierwszy w sieci pająka czyli „Tarantula 2020”

A co to?

To młodsza siostra „Skorpiona” – tak „Tarantulę” określił jeden z moich kolegów. Ten pierwszy jest bardziej znany: pieszy maraton na orientację rozgrywany w lutym na Roztoczu, kiedyś z trasami 100 km i srogą zimą. Dziś odcinki 50 km i krótsze, zimy też już nie te. Na „Skorpionach” wielokrotnie bywałem i wracałem z tarczą lub na tarczy. Na blogu znaleźć można kilka relacji z tej, dla mnie jednej z ulubionych, imprezy. 



„Tarantula” jest dużo młodsza. W tym roku była III edycja. Na dwóch poprzednich nie byłem. Budowniczym trasy jest tak jak na „Skorpionie” Paweł Szarlip. Inna jest lokalizacja i termin. „Tarantulę rozgrywa się na obrzeżach Lublina i jesienią. Trasa główna: 50 km i ok. 15 punktów kontrolnych, na kolorowej mapie 1:50:000. Kolejność zaliczania punktów: dowolna. Limit 12h. Są też trasy krótsze: 25 km i 10 km. Tyle tytułem wstępu, co do zasad.

Start był w sobotę na Wrotkowie, dzielnicy Lublina. Nad Zalewem Zemborzyckim gdzie wielokrotnie startowałem na cyklicznych imprezach „4 Dychy do Maratonu”. Dookoła jest spory las – to wiedziałem. Wszak przed korona-kryzysem, tuż przed startem dychy, wielu z tych setek startujących „nawoziło” krzaczki w tym właśnie lesie.

Tym razem tłumów nie było. Na miejscu, oprócz organizatorów zastałem kilkanaście osób. To już nawet nie kameralna impreza, a wręcz rodzinne śniadanie. Czy to koronawirus wystraszył ludzi, czy reklama nie dotarła tam gdzie trzeba, czy może nawigacja na starych mapach + bieganie to zbyt trudne połączenie – nie wiem. Cieszyła ładna, jesienna pogoda oraz przybycie kilku osób znanych ze starych czasów, gdy koło 2006-2008 roku zaczynałem zabawę z ultra-orientacją.

Marszobiegiem po pajęczynie

Startujemy o 8 rano. Ja swoim zwyczajem zostaję 5 minut dłużej by rozrysować warianty, w jakiej kolejności zebrać punkty. Kolejność w zasadzie się narzuca, jedynie środek PK 15 (przeoczone na początku) i PK 8 można wziąć wariantowo. Albo zacząć od przodu: PK 1,2,3... albo od tyłu PK 14,13,12... itd. Domyślając się, że większość poleci po kolei postanowiłem wziąć się za sprawę od tyłu. „Per rectum” – jak by powiedział lubelski komisarz Zyga Maciejewski.

Teraz będzie nudny opis drogi od punktu do punktu. Interesujący pewnie tylko dla samych uczestników. Niecierpliwi mogą od razu przejść do zakończenia.

Po starcie lecę do PK 14. Spokojnie, pierwsze kilometry. Są tuż przy Lublinie, dzielnica Wrotków. W takich miejscach trzeba szczególnie uważać bo na przedmieściach szybko następują antropogeniczne przeobrażenia terenu. Mamy stare mapy. Na mapie widzisz niby pole, las, a potem jesteś w tym miejscu, a tu developer postawił osiedle.

Zaraz za torami jest ulica Tęczowa. – „No nie, znowu ta tęcza” – myślę sobie. Jadąc do Lublina słuchałem w audiobooku „Serotoniny” Michela Houellbecq’a. Bohater książki, to zgryźliwa szuja, zła na cały świat. Impotent, w życiu mu nie wyszło. Ma 46 lat, rodziny nie założył. Żyje na tabletkach. Jego szyderczo-złośliwy nastrój udzielił się i mi, gdy biegłem.

Ogródki działkowe, wszystko pogrodzone. Muszę przejść na nasyp kolejowy i biegnę skrajem, trochę po podkładach. Są na nich mokre plamy. Ktoś biegł przede mną czy może właśnie stąpam po nieczystościach wydalonych z toalety pociągu? Obawiam się, że to drugie.

Blisko punktu kończą się „ogrodzone ogródki” i można wbiec do lasu. Tam pełno grzybiarzy, jakiś samotny starszy Pan czeka na dużym skrzyżowaniu przy szutrówce. Czeka na coś czy tylko się zmęczył? A może to miejsce schadzek różnych podejrzanych osobników? Już kiedyś w Toruniu nad Wisłą natknąłem się na takich. Oszczędzę Wam opisu, co jeden drugiemu robił w krzakach.

Jestem na skrzyżowaniu. Duuużym, z duuużą, piękną drogą. – „To musi być tu” – myślę naiwnie. Obchodzę skrzyżowanie, nie ma. Kręcę się z 10-15 minut. Brak lampionu. Może ten podejrzany Pan zwinął?  Cofam się przecinką i 100 m wcześniej znajduję inne skrzyżowanie i punkt. Ach tak, uśpiłem swoją czujność. Ta duża szeroka droga nie jest wcale zaznaczona na mapie. Skrzyżowania przecinek są zwykle zarośniętymi, mało uczęszczanymi drogami. Taki urok nawigowania na mapach sprzed 40 lat. Gdy wybiegam z punktu przez to duże skrzyżowanie akurat wbiega tam inny zawodnik. – „To musi być tu” – dzieli się myślami na głos wchodząc w krzaki. – „Też tak początkowo myślałem” – odpowiadam i chwilę później kieruję go do właściwego skrzyżowania.

Kolejny punkt, PK 13 jest niedaleko, w tym samym lesie. Znowu, nie wchodzę na niego precyzyjnie. Mam drobne problemy sprzętowe. Kiedyś biegałem ze zwykłym stoperem TIMEX’a. Niestety, już dokonał żywota. Dziś wziąłem pulsometr z GPS-em Suunto Ambit 1. Głupia sprawa, ale nie umiem tak ustawić opcji, aby stoper liczył czas tak długo, aż go nie wyzeruję.  Efekt jest taki, że biegnę i gdy mija pełny kilometr mój zegarek za każdym razem zeruje liczydło. Chamstwo i drobne mieszczaństwo. Miesza mi to bardzo nawigowanie.

Przy trzynastce, tej, która finalnie okazała się rzeczywiście pechowa, tracę wyczucie przebytego dystansu. Wiem mniej więcej, gdzie jestem i to „mniej więcej” we wszelakich biegach na orientację jest bardzo ryzykowne. Mijam punkt u wyjścia z wąwozu. Piękny lampion, stoi frontem do ścieżki. Wisi niczym biblijny wąż na jabłonce w raju i zdaje się zachęcająco syczeć: - "podbij mnie, plisss....". Za pierwszym razem przebiegając obok stwierdziłem – „to na pewno fake”. Punkt stowarzyszony czyli błędny, ustawiony w pobliżu tego właściwego. Za podbicie takiego jest 25 minut kary czasowej na mecie. Ten ewidentnie „śmierdzi” więc uznaję go za stowarzysza. Aby znaleźć ten właściwy wybiegam z lasu, aby się ponownie, precyzyjnie namierzyć. Tracę czas, nabijam kilometry, Ambit znowu płata mi figla. Wracam w okolice tego fejkowego lampionu, sprawdzam wyżej, na północ od niego, gdzie wypłaszcza się wąwóz. Nie ma. Nic innego nie znajduję. – „Nie no, Paweł na pewno nie ustawiłby tu punktu. Zbyt widoczny, za piękny jest” – myślę, ale jednocześnie nie mam nic innego. Nie chcę nabijać kolejnych kilometrów. Kręcę się tu pół godziny. Trudno, podbijam to co jest z myślą, że to może być stowarzysz. Na mecie okazuje się, że rzeczywiście jest. Dostaję +25 minut kary co spycha mnie z podium na 4 miejsce. W domu trochę się wkurzę, gdy zgram tracka GPS i nałożę na mapę. No przecież byłem koło tego właściwego punktu, kręciłem się i go nie widziałem. Jak to możliwe?! – „Kup Pakuła okulary” – powiecie. I słusznie. Widzę coraz gorzej, na koniec listopada jestem umówiony u okulisty. Takie życie. Czas leci. Garb rośnie. Włosy siwieją.





Kolejny punkt to PK 12, przy jakiejś wielkiej, sztucznej hałdzie. To przy mogile w lesie, chyba ofiar hitleryzmu. Łatwy, podbijam i lecę dalej, na długi przelot do PK 11. Nie jest to przyjemny odcinek, bo trzeba biec wzdłuż dosyć ruchliwej drogi. Śmigają TIR-y, betoniarki i takie tam. Nieciekawie, ale zaraz skręcam w mało uczęszczaną drogę. Już jest lepiej. PK 11 w lesie na przecince, oczywiście zarośniętej i zapomnianej przez Boga i ludzi wchodzi jak po maśle. Voilà! Już drugi bezproblemowy na 4. Jest remis. W lesie roi się od turystów, chyba zbierają opieńki. 



W tym miejscu zauważam, że w planie przebiegu nie uwzględniłem PK 15. Lecę do niego teraz, potem do PK 10, potem PK 8. Piętnastka jest nad rzeczką Nędznicą, wpadającą dalej do Bystrzycy. Jest tam stary, spróchniały mostek, po którym da się jednak przejść. Nie uwzględniłem go w planach przebiegu, bo był zasłonięty przez okrąg oznaczający punkt. Ach, znowu te okulary! Punkt jest pięknie położony, w miejscu gdzie do rzeczki wpada inny ciek. Aż miło podbijać. Nie zachwycam się zbyt długo bo nad rzeczką stoi samochód i kręcą się jacyś dziwni ludzie. Podejrzanie wyglądają, może chcą ukryć zwłoki? Albo zatopić dywan z ciałem w rzeczce i szukają dobrego miejsca? Nie wiem, jakoś nie spytałem. Dziwne myśli miewa człowiek na takim biegu. Może to znak, że czas ograniczyć te kryminały.

Znowu biegnę przez Krężnicę, za mostem wskakuję na chwilę do spożywczego uzupełnić płyny. Udaje się szybko, bez kolejki, w 5 minut. I dobrze bo to co uzupełniłem starczyło mi na styk. PK 10 w prostym miejscu, na skraju lasu, na pagórku, na który trzeba się wdrapać. Trochę tych podbiegów jest, okolice Lublina są pagórkowate. Na mecie jak przeanalizuję dane z Ambita uzbiera mi się ok. 350 metrów podejść. Pisałem, że PK 10 jest łatwy? No tak, łatwy był, ale to nie znaczy, że Paweł go szybko podbił. Przestrzeliłem ze 100-150 metrów i musiałem się cofać. Jak ja to robię?! Taki brak wyczucia i strata sił i czasu na tak prostych punktach. Wstyd. 



PK 8, kolejny, to punkt ciekawy. Wygląda, że może być mokry bo blisko rzeczka Bystrzyca, jakieś rowy na polu. Taki też jest. Las, potem łąka, potem „chlup,chlup...”. W butach już mokro, już woda po łydkę. Ale idąc od tej strony plus jest taki, że lampion widać z daleka. Pewnie Paweł założył, że wszyscy będą go brali od strony lasu, od północy, gdzie można było wejść i wyjść suchą stopą. Przypuszczalnie tylko ja wybrałem ten mokry wariant od podmokłych łąk.

PK 7 wchodzi łatwo, z pomocą trojga pieszych wędrowniczków, którzy wskazują mi punkt. Jest trochę w głębi lasu a ja szukam po obrzeżach, bo tak jest na mapie. Podbijam, wycof do drogi i potem przelot do PK 6. Znowu pod górkę.

Szóstka jest w środku lasu. Wygląda, że może sprawić problemy. Mi sprawia, bo znowu wchodzę do lasu orientując się „mniej więcej” gdzie. Cały ten lasek nazwałem „jeżynowym”. Tyle tam jeżyn, cala plantacja. Gdybym dalej hodował straszyki to tu przyjeżdżałbym zimą po liście. Chodzę w jeżynach jak bocian wysoko unosząc nogi i klnąc, na czym świat stoi. Jest w końcu droga. Dobiegam do skrzyżowania. Tylko które to? To, czy to obok? Szukam najpierw w jednym narożniku. Nie ma. Biegnę w drugi. O, tu jest! Punkt w dołku. Trochę tu straciłem czasu ale nie więcej niż kwadrans. Da się przełknąć. 



Punkty PK 5 i PK 4 wchodzą z marszu. Nie ma tu żadnej filozofii lecę dalej, do tej zarazy, co mi krwi napsuła więcej, niż feralna trzynastka.

PK 3 – bo o nim mowa – to punkt, a którym straciłem ok. 30-40 minut, sporo sił i nerwów. Wbiłem się zdaje się dobrze. Jest droga w lesie, po prawej prześwituje pole. Łatwo się namierzyć. Na lewo od drogi jest rów z nasypem, zaznaczony na mapie. Wbiegam w skrzyżowanie. Nie ma punktu. Obchodzę drzewa – nie ma. No chyba jestem tu, jeszcze raz wracam do drogi. Biegnę do drugiego skrzyżowania porównując stan faktyczny z mapą. Nie ma. Biegnę do kolejnego, wracam. Nie, no to tu powinno być. Myślę tak na 70% bo zwyczajnie nie dowierzam sobie. A może mnie zaćmiło, może znowu trzeba tu szukać jakiejś starej przecinki? Znajduję takową ale i tu nic nie ma. Po ok. 40 minutach poddaję się. Mam zamiar wpisać brak PK. Lecąc do kolejnych punktów, na skrzyżowaniu znajduję lampion. A więc to tu! Nie, nie tu. Na mecie okaże się, że to stowarzysz a właściwy punkt ktoś zwyczajnie zwinął na pamiątkę. Może drwale, bo w lesie akurat trwała wycinka. Tyle czasu straciłem na szukanie lampionu, którego nie było. 



Ostatnie dwa punkty: PK 2 i PK 1 podbijam gładko. Jestem już zmęczony ale świadomość bliskości mety dodaje sił. Przy ostatnim punkcie jeszcze selfie z lampionem na pamiątkę i do bazy. Chcę się zmieścić w czasie poniżej 8 godzin i udaje mi się. Wracam jako trzeci zawodnik.

Co nabiegałem?

Nabiegałem prawie 64 kilometry czyli o 13 więcej, niż przewidywała trasa. To efekt mojego błądzenia, szukania punktów, w tym punktów widmo i nieoptymalnych wariantów. Zajęło mi to wszystko prawie 8 godzin, z karą za stowarzysza przy PK 13 oficjalny czas wynosi 8:39. Miejsce – cóż, przez jakiś czas miałem nadzieję na ostatni stopień pudła. Niestety, stowarzysz mnie pogrążył. I to szukanie PK 3 też. I ten stowarzysz przy PK 3 także. Wkrótce spadłem z trzeciego, na piąte miejsce. Na trasie rywalizowało 14 osób. Z tej liczby 9 zebrało wszystkie 14 PK. Na wszystkich trasach razem rywalizowało ponad 50-ciu uczestników. Moją kategorię TP50 wygrał Adam Kwiatkowski z czasem 6:46. Dziś myślę, że ja też w sumie wygrałem... pod względem liczby przybitych stowarzyszy. I to bezapelacyjnie: miałem ich aż dwa. Był jeszcze jeden zawodnik, który zaliczył jednego. Reszta robiła trasę czysto. Następnym razem muszę namówić Pawła, aby już nie stawiał tych stowarzyszy. Przecież widać wyraźnie, że nie cieszą się wzięciem. Tylko ja jestem ich amatorem.

Ogólnie było fajnie. Uznałem, że zdecydowanie za rzadko jeżdżę na orienterskie imprezy. Wyszedłem z wprawy. Także biegowo to już nie to, co kiedyś. Cieszę się jednak, że dałem radę truchtać przez blisko 8 godzin. To znacznie lepiej, niż dałbym radę jeszcze miesiąc temu. Tak się złożyło, że od miesiąca mieszkam już w Białej Podlaskiej. Zobaczymy, może przeprowadzka, porzucenie codziennych, 40 kilometrowych dojazdów do pracy sprawi, że znowu znajdę czas i chęci na regularne treningi.

Tymczasem serdecznie gratuluję najlepszym uczestnikom i dziękuję organizatorom: AZS Lublin i Klub Imprez na Orientację „Inochodziec”, za bardzo przyjemną imprezę.


Zwycięzcy TP50

Dane z Ambita

Mapa całości

wtorek, 21 lipca 2020

II CROSS Półmaraton w Kaliłowie


Zdjęcie: P. Dymowski
Startów w czasach epidemii ciąg dalszy. Chciałoby się napisać, że z tygodnia na tydzień zaraza się cofa, lecz niestety tak nie jest. W naszym powiecie zachorowalność na wirusa w ostatnich dniach wystrzeliła. Informacje o licznych zarażonych w gminie Piszczac dotarły do mediów o ogólnopolskim zasięgu. Wszystko to sprawiło, że poważnie zastanawiałem się, czy jechać na opłacony już półmaraton do Kaliłowa. Na pierwszej edycji nie byłem, żal było opuścić i drugą więc ostatecznie chęć startu zwyciężyła. Zabunkrowałem się w okulary, maseczkę na twarz, gumowe rękawiczki, spryskiwacz dezynfekujący i pojechałem. Koledzy mieli ze mnie ubaw, ale ja – co tu dużo mówić – autentycznie się obawiałem. Trochę o siebie, ale też i o starszych wiekiem bliskich, z którymi mam kontakt. Na miejscu mierzono nam temperaturę i ograniczono do minimum czas przebywania w biurze zawodów. Czy to jednak wystarczy? Taka 100-osobowa ciżba kupiąca się przed bramą startu to przecież jak wesele. Niech przyjdzie jeden „rozsiewacz” i nieszczęście gotowe. Może przesadzam, może jestem panikarzem, ponadprzeciętną odwagą nigdy nie grzeszyłem, ale coraz bardziej skłaniam się ku startom interwałowym: tak, jak rozwiązali to organizatorzy Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich.

Wystarczy tego straszenia, wróćmy do zawodów. Jak się biegło w Kaliłowie?

środa, 1 lipca 2020

„Mokra robota” na południowym Podlasiu

Ekspedycja Zielawa 2020

Jednym lewych dopływów Bugu jest Rzeka Krzna przepływająca przez Białą Podlaską, zaś jednym z prawych dopływów Krzny jest rzeczka Zielawa. Ma ona według danych zamieszczonych w Internecie długość 68 km. W połowie swojej długości przepływa przez największą miejscowość po drodze – Wisznice. Tu się urodziłem a w czasach szkolnych nad rzekę miałem kilkaset metrów. W wakacje na „starej tamie” spędzałem beztrosko całe dnie na zmianę pływając i opalając się. To były późne lata 80-te i wczesne 90-te, koniec PRL-u i początki III RP. Czas poszedł do przodu, szkoła się skończyła, bywalcy „starej tamy”, założyli rodziny, zapuścili brzuchy, wyjechali na studia lub poszli do pracy. Dawne wisznickie kąpielisko zarosło i wcale już nie przypomina miejsca sprzed trzydziestu lat. Współczesna młodzież dużo bardziej zmotoryzowana niż my w czasach młodości woli zamiast nad Zielawę pojechać nad Jezioro Białe lub Białkę, a w najgorszym wypadku nad zalew w Horodyszczu. 

Stara tama w Wisznicach. Lata 70-te XX w.

Ja sam też nie zażywam kąpieli w dawnej ukochanej rzeczce, ale wróciłem nad nią w innej roli. Łukasz Węda - jeden z biegowych kolegów z nieodległej Studzianki - organizuje spływy kajakowe, bardzo często po fragmencie Zielawy. Tak pomiędzy 10 a 20 km. Tym razem rzucił w Internecie pomysł, aby spróbować przepłynąć  całą rzekę w ciągu jednego dnia. Całe 68 km od domniemanego źródła w zbiorniku w Mostach, przez Rusiły, Horodyszcze, Wisznice, Rossosz, Łomazy, Studziankę, Ortel do ujścia Zielawy do Krzny w Woskrzenicach. Wiemy, że kilka osób przepłynęło Zielawę indywidualnie ale w latach 70-tych, gdy rzeka była dużo bardziej drożna i był inny poziom wody. Łukasz też próbował „zrobić” Zielawę solo ale przy tak niskim stanie wód, jaki mamy obecnie okazało się to niemożliwe. Od źródła, przez 10 km – jak sam mówi - więcej ciągnął kajak po błocie niż płynął. W Podedwórzu zrezygnował. Tym razem wyprawa miała dużo większe szanse powodzenia. Wczesnym latem przyszły ulewne deszcze które tak podniosły poziom rzeki, że wylała na okoliczne pola. Była szansa, że da się płynąć od samych Mostów. Do założonego na Facebooku wydarzenia „Ekspedycja Zielawa 2020” finalnie dopisało się 12 osób. Doświadczeni kajakarze, jedna dziewczyna i dwóch młodych chłopaków, w tym jeden niepełnoletni. Byłem w tej grupie i ja. Postanowiliśmy zmierzyć się z Zielawą i jako pierwsi przepłynąć ją w ciągu jednego dnia, w całości i zorganizowaną grupą.


czwartek, 25 czerwca 2020

GLUT – Gnojno, parno i wesoło

Koronawirus nie odpuszcza, krąży po świecie i po Polsce. Pomimo zagrożenia próbujemy wracać do normalnego życia. Klub Biegacza Biała Biega wraz z firmą Time2Go zaprosiły biegaczy i chodziarzy na nową imprezę. Małą, bo tylko takie można na razie organizować, ale w pięknym miejscu. W Gnojnie nad zakolem Bugu, niedaleko Serpelic. Jest tam znany w okolicy punkt widokowy usytuowany na skarpie, na zakolu rzeki. Zapisało się kilkadziesiąt osób, w tym i ja.

Foto: P. Dymowski