 |
| Zdjęcie: organizator |
Od pomysłu do
przemysłu
Rok
2025 to mój trzeci rok pływania na desce SUP. Nabrałem trochę
doświadczenia, poczułem się pewniej. Zaliczyłem spływ całą
Krzną, najpierw na raty w 2 dni (2023), następnie całość
spławnej rzeki naraz – 75 km w 13 godzin (2024). Zrobiłem
częściowo samotnie a częściowo z Kasią Cholewą cały polski Bug
i część Narwi od Zegrza do Wisły. Wystartowałem w swoim
pierwszym SUP-owym maratonie – Parsęta River Trophy na 42 km
zajmując zaszczytne, ostatnie miejsce (2024). W końcu roku, z myślą
o ambitniejszych czasach na bardzo długim dystansie kupiłem drugą,
tym razem wyścigową deskę pneumatyczną Gladiator Elite Race
14x25. Cięższa ale wąska - wyraźnie szybsza od mojej turingowej
Hydroforce Fastblast, z carbonowym wiosłem, można ją dopompować
nawet do 26 PSI.
Miałem
adekwatny sprzęt, czas było zrobić kolejny krok. Może coś
jeszcze dłuższego? Przeczesałem Internet. Okazało się, że są
świetne zawody SUP-owe, istne wioślarskie odyseje, które porównać
można do biegów ultra-dystansowych trwających dobę i więcej.
Niestety nie w Polsce. W naszym kraju są owszem zawody SUP, ale
głównie na krótkich, bardzo technicznych trasach, gdzie trzeba na
kilkuset metrach – kilku kilometrach przepychać się przy bojach z
innymi zawodnikami. Czasem dodatkowo na falach na morzu. To tak jak
dla biegacza sprinty lub średnie dystanse na stadionie – coś
absolutnie nie dla mnie.
 |
| Gdzie to w ogóle jest? (strzałki) |
Ostatecznie
zdecydowałem się na zawody na Łotwie znane jako „Salaca100” i
reklamowane, jako największa SUP-owa impreza w rejonie Bałtyku.
Poczytałem regulamin. To była II edycja, wyścigu „trasą
królów”, rzeką Salaca na dystansie 100 km w limicie czasowym 24
godzin. Fajny dystans, fajny limit – od razu skojarzył mi się z
„orienterskimi setkami” - pieszymi maratonami na orientację z
tymi samymi parametrami. Przejrzałem profesjonalne zdjęcia
pokazujące dziką rzekę wijącą się w lesie, czasem wśród
pomarańczowych klifów z piaskowca. Byłem urzeczony. Doczytałem,
że w tamtym roku na 121 osób 23 nie ukończyły. Znaczy łatwo nie
jest. Start jest o 7 rano z brzegu Jeziora Burtnieki we wschodniej
Łotwie, w Rezerwacie Biosfery Północnej Liwonii. Po 5 kilometrach
wpływa się w rzekę Salaca i wiosłuje dalsze 95 km do jej ujścia
do morza w Zatoce Ryskiej, w mieście Salis (po łotewsku
Salacgriva). Limit 24 godzin wskazywał, że ci wolniejsi będą
kończyć wyścig nocą. Opłata startowa w wysokości 60 euro nie
była wygórowana. Gdy zbliżał się 3 maja 2025 - dzień startu -
dostrzegłem na liście zgłoszonych zawodników ponad 200 osób.
Wśród nich oprócz mnie było 2 innych Polaków: Józef Truszkowski
i Patryk Saulus. Józka znałem ze słyszenia, Patryka poznałem na
Parsęta River Trophy i wspomniałem mu o zawodach Salaca100 pytając,
czy nie ma ochoty pojechać. No i proszę – jest.
 |
| Piękno rzeki Salaca. Zdjęcie: organizator |
Dojazd
i przygotowanie do startu
Dojazd
z Białej Podlaskiej na miejsce startu wymagał zachodu. To 800
kilometrów. Z racji tego, że start nad jeziorem był głęboko na
prowincji, z małej wsi o nazwie Vecate odrzuciłem pomysł dolotu
samolotem. Trzeba by się potem przesiadać w autobusy, kombinować
nosząc ciężką i dużą torbę z SUP-em, namiot i plecak.
Zaryzykowałem dojazd własnym autem, leciwą Pandą. Spakowałem
cały sprzęt i w czwartek 1 maja wyjechałem z Białej Podlaskiej w
stronę granicy z Litwą. Nocleg wieczorem, w namiocie na campingu w
rejonie Suwałk był tani, ale niezbyt przyjemny. Przymrozek sprawił,
że zawijałem się nad ranem w te pędy, aby tylko wsiąść do
samochodu i włączyć ogrzewanie. Dlaczego nie poszedłem do pokoju
w domku? Była majówka i gdy się obejrzałem wszystko było już
zarezerwowane.
 |
| Zespół klasztorny w Pożajściu (Kowno) |
Po
wjeździe na Litwę 2 maja wybrałem trasę przez Kowno. Miasto
podobno brzydkie lecz jest tam perełka: W Pożajściu – dzielnicy
Kowna, na malowniczym cyplu nad Niemnem stoi największy zespół
klasztorny na Litwie. Ufundowany w końcu XVII wieku dla zakonu
kamedułów z inicjatywy Krzysztofa Zygmunta Paca, kanclerza
wielkiego litewskiego. Reprezentuje styl późnego baroku. Klasztor i
kościół rzeczywiście spory, podobno nietypowy jak na milczących
i lubiących skromność kamedułów. Choć komuniści – wrogowie
religii – w czasach swoich rządów zrobili z niego archiwum i
zakład psychiatryczny to pozostałości nadal robią wrażenie. W
piwnicach zwiedzić można krypty grobowe – katakumby, w których
chowano zmarłych mnichów. Miejsce skłaniało do przemyśleń nad
sensem życia i jego przemijaniem. Jadę teraz na zawody wioślarskie,
jestem zdrowy, sprawny i silny lecz kiedyś to wszystko przeminie.
„Memento mori” - pamiętaj o śmierci.
 |
| Pożajście: katakumby |
Dalsza
trasa prowadziła z Kowna na Poniewież i dalej prosto na północ, w
stronę Rygi. Drogi były gorszej jakości niż w Polsce, trzeba było
uważać na dziury tu i ówdzie, ale jechało się znośnie. Zwracał
uwagę pagórkowaty krajobraz, nieznane u nas szerokie lecz
jednopasmowe ronda oraz widoczne na polach opuszczone domy. Pewnie
część mieszkańców nadbałtyckich republik wyjechała do
większych miast lub za granicę zaś starzy powymierali. Rygę
ominąłem przedmieściami przyglądając się z ciekawością rzece
Dźwinie, którą znałem z historii, a którą widziałem po raz
pierwszy na żywo. Stamtąd kierunek północno-wschodni, w stronę
Wolmaru (po łotewsku: Valmera) – ostatniego miasta przed punktem
startu. W wiosce Vecate nad jeziorem Burtnieki stanąłem wczesnym
wieczorem.
Osada
jest malutka. Nie znalazłem tam żadnego sklepu. Po zjeździe z
asfaltu, kilkaset metrów za strzałkami i już byłem przed biurem
zawodów nad brzegiem jeziora. Ludzie rozbijali namioty,
przygotowywali SUP-y. Przy biurze spotkałem obu Polaków - Patryka i
Józka, którzy przyjechali wcześniej. Po załatwieniu formalności
udałem się jeszcze do pobliskiego namiotu-sklepu. Można tam było
kupić akcesoria sponsora – marki Red - oraz pożyczyć SUP-a na
czas startu. Koszt: 35 euro. Niby nie dużo lecz z tego co pamiętam
były to allroundy i turingi. Nie widziałem tam nic szybszego a 100
km to jednak kawał drogi. Męczyć się na allroundzie – dziękuję
bardzo.
 |
| Vecate: Biuro zawodów |
Nocować
można było w namiocie na łące, obok samochodu. Można też było
udać się do budynku, wioskowego domu kultury/biblioteki w centrum
wsi i tam przespać się na podłodze. Tak zrobiłem. Na miejscu było
już kilka osób, z którymi zaraz znalazłem wspólny język. Temat
wiadomy: zawody, wiosłowanie, sprzęt na SUP-a. Moim rozmówcą był mocno zbudowany Łotysz Maris Zudrags, jak sam mówił w 1/4 Polak bo jego babcia
była Polką. Niestety po polsku już nic nie mówił. Potem okazało
się, że to bardzo mocny zawodnik, który stanął na podium w
kategorii SUP dmuchany (inflable). Zanim się położyłem i usnąłem
wpadła wesoła kompania z muzyką. Oni też na jutrzejsze zawody
tylko będą płynąć na wielkiej, dmuchanej łodzi wieloosobowej –
SUP dragonie. Niczym się nie stresowali, nie spinali, widać, że
przyjechali dobrze się bawić. Z głośników poleciał „Swimmers”
brytyjskiego zespołu Zero 7. Klimat był świetny, cieszyłem się
bardzo, że jestem tu i teraz.
 |
| Maris Zudrags. Zdjęcie: organizator |
Ruszamy
w drogę
Łatwo
powiedzieć, ruszamy. Wcześniej jeszcze powrót na obozowisko
startowe, dmuchanie SUP-a, odprawa przedstartowa w języku łotewskim
i angielskim. Zanim spakowałem plecak z akcesoriami, żywnością i
piciem, zanim ubrałem krótką i cienką piankę windsurfingową
było już 10 minut do startu. A Toi Toi? Patrzę, że jest kolejka.
Trudno. Przecież nie będę wiosłował z dodatkowym balastem i
dyskomfortem w rzyci. Na zdjęciach z momentu startu mnie nie
szukajcie gdyż w tym czasie byłem.. cóż… w toalecie. Nic to,
spokojnie. Podjąłem wiosłowanie spóźniony 7 minut, jako ostatni.
Doświadczenie z biegów ultra mówiło mi, że z perspektywy
kilkunastogodzinnego wyścigu te kilka minut nie będzie miało
znaczenia.
Wiosłuję
na początku na stojąco. Jest słonecznie ale chłodno, około 9
stopni. Wiatr niewielki. Tafla jeziora spokojna, miejscami mijam
wędkarzy. Doganiam ostatnich, ci najlepsi już wracają z nawrotki
na jeziorze. Teraz woda przy mijance i wyprzedzaniu faluje. Nie czuję
się zbyt pewnie w takich warunkach, nie chcę zaliczyć porannej
kąpieli w jeziorze o temperaturze kilku stopni więc asekuracyjnie
siadam i wiosłuję na siedząco, za to z dużą kadencją. Z
naprzeciwka płyną najpierw Józek z Patrykiem a potem „wesoła
kompania” na SUP dragonie. Puszczają muzykę, a z przodu, jako
galion zawiesili korpus kobiecego sklepowego manekina. Ewidentnie
dobrze się bawią chłopaki. Tylko tego SUP-a im współczuję,
sunie po wodzie dosyć wolno i topornie. Domyślam się, że trochę
im zajmie te 100 km, pomimo, że jest ich na pokładzie pięciu.
 |
| "Wesoła kompania". Zdjęcie: organizator |
Po
nawrotce na jeziorze wróciliśmy znowu w okolice miejsca startu.
Minęło 5 kilometrów, pod mostem wpływamy w rzekę – teraz
„tylko” 95 kilometrów Salacą. Rzeka jest niezbyt szeroka,
przypomina nasz Bug w górnym odcinku, może Wieprz. Jeszcze jest
trochę tłoczno, są grupki wioślarzy przede mną i za mną, ale
tafla wody spokojna. Wstaję i wiosłuję na stojąco. Wtem chwila
nieuwagi. Chłopak przede mną zwalnia więc hamuję i siadam na
desce ale tak niefortunnie, że wywracam się do tyłu, wpadam do
wody z główką i na domiar złego odwracam deskę do góry dnem.
Pięknie, a tak się starałem nie wpaść. 6 kilometr i już jestem
cały mokry. Szybko wracam na pokład i aby się rozgrzać wiosłuję
dosyć raźno.
Pierwsze
20-30 kilometrów minęło szybko. Rzeka ładna, dzika i kręta.
Brzegi porastają drzewa, dużo świerków. Miejscami widać ciekawe,
czerwone klify. Sceneria jest ładna, tylko woda „zadymiona” jak
w Bugu, przejrzystość niewielka. Oswoiłem się z warunkami i
wiosłuję miarowo, podziwiając piękne brzegi. Od czasu do czasu
zobaczymy domek, spotkamy wędkarzy. 90% brzegu pokryte jest lasem co
ma tę zaletę, że chroni od wiatru. W takich warunkach z
przyjemnością wiosłuję na stojąco. Gdy trafiają się odcinki
odsłonięte i wieje kilkanaście km na godzinę – siadam. Trudność
rzeki jest na tym etapie umiarkowana.
 |
| Grafika: organizator |
Druga
połowa wyścigu
Półmetek jest za 50-tym kilometrem, w Staicele. Za zakrętem
zobaczymy pozostałości zabytkowej papierni z końca XIX wieku, przy
której jest tama na rzece. Obowiązkowo trzeba ją obnieść. Gdy
wychodzę na brzeg jest 15-sta, czyli I połowa zajęła mi 8 godzin.
Obsługa życzliwie pomaga mi wynieść deskę na brzeg. Wsuwam
owsiankę z mięsem, zapijam izotonikiem i bezalkoholowym piwem. Toi
Toi i w międzyczasie rozważanie – przebierać się, czy nie
przebierać? Jestem już trochę zmęczony, o rezygnacji nie myślę
ale martwi mnie czas. Jeśli II połowę również będę robił 8
godzin to na mecie będę o 23. To znaczy, że 2 godziny trzeba
będzie wiosłować po ciemku. Trudno, nie przebieram się. Kto wie,
może znowu wpadnę to pianka się przyda. Nieśpiesznie schodzę na
brzeg do deski, którą już mi zniosła obsługa.
W drugiej połowie trasy nurt wyraźnie przyśpieszył. Pojawiły się
bystrza (white water) które pokonywałem siedząc. Było ich sporo i
trochę straszyły, trochę wzmagały emocje. W sumie fajnie się
przez nie płynęło, ani razu się nie wywróciłem. Wiosłowałem
dziarsko lecz tu już w większości w pozycji siedzącej, tak jak
zresztą wielu innych. SUP-owym purystom wyjaśnię w tym miejscu, że
nikt tu nie pilnował stojącej pozycji na desce i się tym nie
przejmował; wielu siedziało na krzesłach, skrzynkach, innych
wynalazkach, część wiosłowała na klęcząco. Ot, na takim
dystansie ważne abyś płynął o własnych siłach, na desce SUP i
z wiosłem z jednym piórem. To wszystko. Czy stoisz, siedzisz,
klęczysz czy leżysz – twoja sprawa.
 |
Józek. Zdjęcie: organizator
|
 |
| Patryk. Zdjęcie: organizator |
Co było dalej? Czułem, że wraz ze zbliżaniem wieczora jest mi
coraz bardziej zimno, pomimo pianki i ciągłego ruchu ramion. Obok
mnie płynął jakiś Łotysz. Płynął na lekko: spodenki, t-shirt
i niewielki pakuneczek, pewnie z jedzeniem i piciem. W pewnym
momencie, gdy mijaliśmy siedzących na cyplu dwóch dziadków
wyglądających jak loża szyderców z Mupetów – chłopak przede
mną niespodziewanie wpadł do wody. Gdy wlazł z powrotem
zagadywałem go, czy wszystko w porządku. Niestety nie znał
angielskiego, pokazywał tylko gestami, że mu zimno. Jak
wyruszaliśmy z przenoski to widziałem, że miał support, może mu
dowieziono ubranie do przebrania a może zrezygnował. Nie wiem jak
mu poszło dalej. Popłynąłem wiosłując raźno z myślą, aby
tylko skończyć i aby zahaczyć jak najmniej nocki.
Na
ostatnich kilometrach przed metą w Salis rzeka staje się szersza i
spokojniejsza. Bystrza przepłynąłem szczęśliwie, teraz przy
zachodzącym słońcu odliczałem kilometry do końca. Pojawiły się
zapowiadane na odprawie 3 sztuczne przeszkody: dwa niewielkie progi
oraz drewniana konstrukcja wchodząca na większość szerokości
rzeki. Zgodnie z zaleceniami pierwszy próg przepłynąłem przy
lewym brzegu, drugi też, ale tu już musiałem zejść do płytkiej
wody. Drewniana konstrukcja nie stanowiła przeszkody. Wkrótce
zobaczyłem most, biało-czerwone
boje Red od organizatora;
usłyszałem radosną muzykę. To już meta! A
więc udało się przed
zachodem słońca. Dopływając wśród gratulacji do nabrzeża po
prawej stronie byłem przeszczęśliwy. To koniec.
 |
| Dopłynąłem do mety. Zdjęcie: organizator |
Ukończyłem z czasem 13 godzin i 57 minut. Druga połowa, przez
szybszy nurt i bystrza była wyraźnie szybsza, dlatego udało się
uniknąć płynięcia z latarką czołówką. Może dobrze, że się
nie przebierałem choć po wyjściu na brzeg na mecie byłem mocno
wyziębiony. Trzęsiączkę poczułem dopiero na lądzie. Ledwo
chodziłem i mówiłem. Ostatkiem sił wyniosłem i spakowałem
SUP-a. Na mecie byli już przebrani i odświeżeni Józek z
Patrykiem, którzy pokierowali mnie na prysznic i po jedzenie.
Świetnie popłynęli zajmując wysokie miejsca. Józek z czasem 12
godzin 7 minut zajął 10 miejsce OPEN i 3 w kategorii SUP dmuchany.
Tuż za nim, 13 OPEN z czasem 12 godzin 39 minut był Patryk Saulus.
Ja byłem trzeci z naszych, zająłem 34 miejsce OPEN i 27 w
klasyfikacji Sport Class Men. Uznaję to za niezły wynik zważywszy,
że wystartowało 187 osób a ukończyło 120 (35% DNF-ów). To nie
był łatwy wyścig.
 |
| Zwycięzca - Carlo Arias z Kostaryki na mecie. Zdjęcie: organizator |
Powrót
Organizator zapewniał uczestnikom transport busikiem ze spakowanymi
SUP-ami z powrotem na pole namiotowe w Vecate. Dzięki gorącemu
prysznicowi i posiłkowi doszedłem już do siebie. Dojechaliśmy w
nocy. Niestety nie było już możliwości spania w domu kultury,
trzeba było pójść do namiotu. Następnego dnia wcześnie rano
spakowałem się i ruszyłem w drogę powrotną.
 |
| Wolmar - muzeum |
 |
| Wolmar - tor dla kajakarzy górskich na rzece Gauja |
Szkoda mi było być na Łotwie po raz pierwszy i nic nie zwiedzić
dlatego przejeżdżając przez Wolmar zatrzymałem się na odpoczynek
i spacer po centrum miasteczka. Była niedziela rano, na ulicach
pusto. Mają tam ruiny twierdzy, muzeum, trochę starych budynków i
murów, od których czuć historię. Okazało się, że „nasi tu
byli”. Zimą 1601 roku, w czasie wojny polsko-szwedzkiej pod miasto
przybył sam Jan Zamoyski i po dwumiesięcznym oblężeniu zmusił
załogę szwedzką do kapitulacji. - Mój Boże, zapuszczaliśmy się
w Inflanty, tak daleko od dzisiejszej Polski - pomyślałem. Z
Wolmaru udałem się do drugiego miejsca chwały polsko-litewskiego
oręża – tego bardziej znanego. Blisko Rygi leży miasteczko
Salaspis. To dawny Kircholm, gdzie w 1605 roku hetman litewski Jan
Karol Chodkiewicz pobił 2,5-krotnie liczniejszą armię szwedzką.
Dalej wstąpiłem do pobliskiej Rygi, ale że zaczęło padać nie
spędziłem tam wiele czasu. W lokalnej księgarni zauważyłem serię
o „Wiedźmaku” – lokalne wydanie naszego „Wiedźmina”
Andrzeja Sapkowskiego.
 |
| Pomnik bitwy pod Kircholmem |
 |
"Wiedźmak" do poczytania
|
 |
| Zespół klasztorny w Wigrach |
 |
| Plan dnia zakonników - kamedułów |
Po przejeździe przez granicę i Litwę, tego samego dnia wieczorem
wróciłem do Polski. Nocleg spędziłem w dawnym klasztorze,
nad jeziorem Wigry. Jest tam zespół pokamedulski pochodzący z tego
samego okresu co w Pożajściu i również pięknie położony. Dziś
niestety nie tętni życiem monastycznym. Jest miejscem noclegowym i
turystycznym, można jednak pójść na mszę poranną z czego z
przyjemnością skorzystałem. Ściany wynajętego pokoju opisywały
rozkład dnia niegdysiejszych panów tego przybytku. Szkoda, że
czcigodnych braci już tu nie ma, dobrze, że zachowano choć
namiastki dawnego duchowego życia.
Po porannym śniadaniu wsiadłem w dalszą drogę do domu. Wracałem
z przeświadczeniem, że wziąłem udział ciekawej, świetnej
imprezie SUP-owej, mojej pierwszej setce, którą szczęśliwie
ukończyłem. Po drodze zwiedziłem kilka fajnych miejsc. Udany to
był wyjazd.
[STRONA] zawodów wraz z piękną galerią zdjęć oraz wynikami
 |
| Prognoza pogody |