poniedziałek, 30 sierpnia 2021

V Wisznicka Mila – nowa odsłona

Zdjęcie: Małgorzata Mieńko (Radio Biper)

Tegoroczny bieg lokalny „Na Wisznicką Milę” został przeniesiony do nowej lokalizacji. Biegi poprzednie prowadziły po polnych drogach z finiszem w centrum Wisznic lub na Wygodzie. W ubiegłym roku z powodu zagrożenia covidowego bieg się nie odbył. W tym roku organizatorzy postanowili bieg zorganizować, ale w nowym miejscu. Start i metę usytuowano na terenie zajazdu „Awangarda” dysponującego nowym, bardzo dobrym zapleczem do wszelakich uroczystości, ale także do organizacji biegu. Trasa miała tylko w początkowym i końcowym etapie prowadzić po twardej nawierzchni. 90% dystansu poprowadzono po leśnych drogach w miejscami piaszczystym i pagórkowatym terenie. Dystans z jedną pętlą w lesie liczył ok. 6,5 km. Po 2 kilometrach, u spięcia się pętli usytuowano punkt z wodą. Do rywalizacji zaproszono biegaczy oraz miłośników Nordic Walking.


Imprezę organizowali biegowi koledzy z gminy Wisznice. Zgłosiłem się do pomocy jako wolontariusz ale zostałem też namówiony do startu. Nigdzie ostatnio nie startuję w biegach bo nie trenuję, więc nie ma po co. Ale że kontuzja (rozcięgno podeszwowe) miesiąc wcześniej przeszła, zacząłem ostrożnie biegać przyśpieszenia, choć przy symbolicznym kilometrażu (ok. 100 km w miesiącu), to postanowiłem nie oponować i się zapisać. Tylko 6 km, jakoś to będzie. Zobaczymy, co jeszcze potrafię.


Dzień zawodów według prognoz miał być w miarę chłodny, ok. 20 stopni. Gdy przyszło do startu, zrobiło się słonecznie i ok. 25 stopni. Dla mnie za gorąco. Włosy i czapkę z daszkiem zlałem zimną wodą, ubrałem wyścigowe buty, porwane ale na bardzo cienkiej podeszwie, więc lekkie. Zegarka nie brałem bo coś tam ważył i może by mnie hamował. Wybrałem bieg na samopoczucie. Start przewidziano na 13 w południe.


Zdjęcie: A.Hordejuk-Gryczka

Tuż po starcie mimowolnie wyszedłem na prowadzenie, choć wydało mi się, że zacząłem wolno. Po 300 metrach ustaliła się kolejność czołówki, która nie uległa większym zmianom do samej mety. Na czoło wysunął się gość z Irlandii, podobno niezły wymiatacz, faworyt. Na „Wisznickiej Mili” pierwszy raz. Za nim Kuba Piech. Na trzecim miejscu nieznany mi, młody chłopak w zielonek koszulce i opasce. Początkowo biegł obok Kuby. Po kilometrze czy dwóch Kuba odszedł do przodu. Na czwartym miejscu biegłem ja. Ktoś tam jeszcze sapał i tuptał za mną przez pierwsze dwa kilometry, do punktu z wodą. Nie wiem kto. Potem go nie słyszałem. 



W lesie, ścieżka prowadziła w części po trasie moich dawnych, codziennych treningów. Za wodopojem teren robił się crossowy, miejscami z grząskim, sypkim piaskiem i pagórkami, w tym największym z nich, zwanym przez lokalsów „K2”. W tej okolicy był półmetek. Pierwszego już dawno nie widziałem, Kuba Piech też zniknął. Trzeci w kolejności „zielony” (Kamil z Firleja) zaczął puchnąć i zbliżać się do mnie. Cóż - dają, to biorę. Wyprzedziłem i na dwa kilometry przed metą biegłem na trzecim miejscu. Czy dowiozę to trzecie miejsce OPEN? Tego nie byłem pewien. Sam też byłem coraz bardziej zadziabany, wyraźnie brakowało mi wytrzymałości i długich wybiegań. 20 km zwykłego truchtania to ja nie pamiętam, kiedy robiłem.

No i stało się. Na ostatnim kilometrze Kamil przycisnął, wyskoczył do przodu. Nie miałem siły odpowiedzieć kontratakiem. Wbiegłem jako czwarty z czasem 00:27:24. Zająłem 1 miejsce w gminie Wisznice i 3 miejsce w kat. wiekowej M35-49. Kalkulator biegowy po wpisaniu dystansu i wyniku podaje średnie tempo 4:12. Szału nie ma, ale przy moim kilometrażu z ostatnich miesięcy myślę, że OK. Jaka praca, taki efekt. Nie powinienem być zaskoczony i nie byłem.


Zdjęcia: A.Hordejuk-Gryczka

Wygrał Irlandczyk, John Kinsella. – Skąd się wziął we wschodniej Polsce Irlandczyk? – zapytacie. Rozmawiałem z Nim trochę po biegu. Bardzo sympatyczny gość, niewiele młodszy ode mnie. Imiona John Paul dostał od mamy na cześć polskiego papieża, który w 1979 roku odwiedził Irlandię. Ma żonę Polkę z pobliskiego miasta. Przyjechał w odwiedziny do teściów. Startuje w ulicznych maratonach i biegach górskich. Jest bardzo mocny. Życiówka 2:33 w maratonie mówi sama za siebie. Będąc w Polsce korzysta z okazji i startuje w okolicznych biegach traktując je jako dobry trening. W Wisznicach nie miał się z kim ścigać. Przybiegł z czasem 00:23:19. Bieg ukończyły 43 osoby.


Zdjęcie: Małgorzata Mieńko (Radio Biper)

Ogólnie - było fajnie. Organizacyjnie chyba się udało. Prawie wszyscy ukończyli, nikt się nie zgubił. Jeden ambitny zawodnik zrobił dodatkowe kółko, widocznie jedno mu nie wystarczyło. Moje możliwości wyraźnie spadły, ale nie zdziadziałem jeszcze dokumentnie. To jest pozytywne. Niepokoi natomiast ból stopy, tej niedawno kontuzjowanej. Poczekam kilka dni, jeśli dolegliwość się odnowiła to znowu czeka mnie jedynie truchtanie co 2-3 dzień na 10 km.


Galeria Radio Biper (Małgorzata Mieńko)

środa, 14 lipca 2021

Pierwszy start w MTB


W sobotę wieczorem przeglądam Internet. O, są jakieś „Maratony Kresowe”. Na polskiej ścianie wschodniej, Litwa, Białoruś. O, jutro start jednego z całego cyklu. O, Mielnik nie daleko. Godzina drogi od Białej. Wpisowe stówka. Mam jeszcze zakwasy na udach po dzisiejszych przysiadach, ale może by spróbować? Taki maratonik na 54 km. Zapoznawczo. Decyzja na „tak” zapada o północy, 12h przed startem.


Trasa maratonu – najdłuższego z dystansów do wyboru – będzie miała 54 km. To 3 pętle po 18 km po Mielniku i okolicznych wzgórzach. Na każdej pętli 350 m podjazdów. Suma na całym dystansie: ponad 1000 m. Jadąc do Mielnika zgarnąłem swojego starego M-Bike. Taki rowerek do jeżdżenia po parku kupiony w sklepie w 2012 roku za 959 zł. Nie odkręcałem ani bagażnika, ani stopki. Na miejscu mogę trochę pooglądać, jak się ludzie szykują, jakie mają rowery. Widzę, że żadnych plecaków i bukłaków nie biorą bo choć jest upalnie i słonecznie to po każdej pętli można się zaopatrzyć w bufecie. To ja też nie biorę. Wszystko jest tu dla mnie nowe. Chipy mocuje się do widelca roweru. Numery startowe (844) są dwa: jeden na kierownicę, jeden na plecy. Nakleja się na nie jeszcze kolorowe naklejki oznaczające rodzaj trasy. Wszyscy mają kaski i okulary.


Start jest o 11:45 z doliny Bugu, pod wzgórzem zamkowym w Mielniku. Ultramaraton nadbużański też stąd startuje. Ustawiam się ostatni, ostatni też przekraczam linię startu. Zaraz potem jest podjazd pod górę zamkową. Prawie wszyscy to podjeżdżają, tylko nieliczni, w tym ja, schodzą z roweru. Biegnę pod górę pchając rower. Po kilometrze wyprzedzam przedostatniego i sam jadę przedostatni. Sporo jest tych podjazdów. Najpierw Mielnik, potem okoliczne, trawiaste pola i lasy. Na trawie jest niebezpiecznie zwłaszcza na zjazdach bo zielsko przykrywa koleiny i dziury w ziemi. Trzeciego od końca widzę przed sobą długo, ale nie jestem w stanie dogonić. Oglądam się co jakiś czas do tyłu, czy mnie ten ostatni nie dochodzi. Nie chcę zamykać stawki.


Trasa jest cięższa, niż się spodziewałem. Dużo podjazdów, mało szutru i płaskiego, sporo odcinków trawiastych po jakichś dziurach. Z mozołem podjeżdżam stając na pedałach, często schodzę z roweru i biegnę z nim pod górę, bo tak szybciej. Nie jestem jakoś bardzo zmęczony ale nie jestem też w stanie wykrzesać z mojego wysiłku prędkości. Przepaść pomiędzy mną a innymi zawodnikami widzę dobitnie, gdy dogania mnie i wyprzedza czołówka półmaratonu, który wystartował 15 minut po nas. Tam gdzie ja z mozołem podjeżdżam, czołówka wyścigu podjeżdża lekko nawet nie odrywając tyłka od siedzenia. Nie mam z nimi szans nie tylko pod względem wytrenowania i doświadczenia, ale przede wszystkim pod względem posiadanego sprzętu i wiedzy o nim.


Na 14 kilometrze wyścigu, po kilku zjazdach po kamieniach i wertepach odkrywam, że jakoś ciężej mi się jedzie. Okazuje się, że to flak w przednim kole. Powietrza brak zupełnie. Próbuję dopompować bo małą pompkę zabrałem, ale natychmiast schodzi. Zapasowych gum nie wziąłem. Czyli jest po zawodach. Dobrze, że to stało się 3 km przed końcem pierwszej pętli. Pcham rower do bazy zawodów. To koniec.



Na liście wyników mam DNF (nie ukończył). Wystartowało 41 osób, nie ukończyło wyścigu 7, w tym ja. Wygrał młody chłopak, Michał Kamiński z Białej Podlaskiej. Czas 1:56:40. Jego średnia prędkość to 28 km/h. Dla mnie kosmos. Serdecznie gratuluję!


Start w „Maratonie Kresowym” był dla mnie przede wszystkim lekcją. Nieprzyjemną, ale też i nie nazbyt bolesną. Nigdzie się nie wywróciłem, nie poturbowałem, a awaria przydarzyła się fartownie, blisko bazy. W bazie pooglądałem trochę rowerów, popytałem, co warto ewentualnie kupić aby się dobrze jeździło. Potem jeszcze zwiedzanie dwóch małych muzeów w Mielniku, przeprawa promem do Zabuża, kawa w dworku i do domu.


Maratony Kresowe – strona zawodów

 

Uczę się pracy na krośnie w minimuzeum "Kuferek Mielnicki"

 

piątek, 9 lipca 2021

3. Maraton Kajakowy na rzece Wieprz

 

25 czerwca, piątek wieczorem. Po 2 godzinach dojeżdżam do campingu „Zielona Dolina” i wypożyczalni kajaków w Kośminie. Z miłym zaskoczeniem zauważam, że budynek recepcji campingu to jednocześnie Dwór Kossaków. W Kośminie, choć nie dokładnie w tym dworku, urodziła się Zofia Kossak-Szczucka, bardzo poczytna przedwojenna pisarka katolicka, znana z trylogii o wyprawach krzyżowych, w czasie okupacji obok Ireny Sendlerowej najbardziej znana postać zaangażowana w pomoc prześladowanym Żydom. Autorka głośnego „Protestu” polskich katolików przeciw dramatowi żydowskiemu [treść], współtwórczyni Rady Pomocy Żydom „Żegota”. W korytarzu stoją gabloty z książkami Kossak-Szczuckiej. Planuję kupić audiobooka na pamiątkę, ale wieczorem się śpieszę, po zawodach też, więc ostatecznie nie wychodzi. Może następnym razem.
 

Camping "Zielona Dolina"

Organizator mówi, że moją opłatę startową dostał, ale zgłoszenia nie. Widocznie coś pokręciłem przy rejestracji. Odbieram dziwny, naklejany numer startowy (15), który mocuje się nie na sobie jak w biegach, lecz przykleja na kajak. Dopłacam za wypożyczenie i transport kajaka (40 zł). Będzie to zwykły kajak turystyczny, jednoosobowy. Moja deklaracja, że chcę nim płynąć dłuższą trasę – 104 km wyraźnie zaskakuje i ożywia organizatora. Jeszcze nie wiem dlaczego: kajak jak kajak, czy to duża różnica? Na pytanie, czy trenowałem przed startem odpowiadam enigmatycznie „trochę...”. Przecież nie powiem mu, że jutro będę siedział pierwszy raz w kajaku w tym roku, jeszcze mnie nie puści na tą długą trasę. – No sam jestem ciekaw, jak to się skończy – kończy rozmowę Pan od kajaków.

Na campingu rozbijam namiot i przyglądam się kajakom zapakowanym już na przyczepkę transportową. Ale maszyny: smukłe, o ostrych kształtach, bardzo wąskie. Mają ster na rufie, a nawet wysuwany kil. Swojego jeszcze nie widziałem. Robię kilka zdjęć tym na przyczepce. Podchodzi do mnie dziewczyna, przyjaźnie zagaduje. Ja że pierwszy raz, że będę miał kajak od organizatora. – On pierwszy raz, będzie płynął 104 km na „turystyku” – podaje wiadomość dalej do swoich znajomych, najwyraźniej stałych bywalców takich imprez. Panowie podchodzą, zapoznają się, lekko uśmiechają, trochę kręcą głowami. – Oj, nie na takich kajakach kończyli – mówi jeden. Patrzy na mnie pocieszająco trochę jak na skazańca, któremu mówi się, że to tylko szybkie dziabnięcie toporem i po wszystkim. Nie będzie długo bolało. Towarzystwo wprowadza mnie w temat kajakarstwa a ja zaczynam sobie uświadamiać, że tu wszyscy mają szybkie kajaki wyścigowe, a ja jeden na tym „turystyku” będę się tu wygłupiał. W głowie zaczyna się sączyć strach i stres. – Będę płynął aby się mieścić w limitach na poszczególnych odcinkach - myślę. Nie dam rady dopłynąć? Trudno. Zwiozą mnie. Organizator mówił, że w razie czego telefon i po mnie przyjeżdżają. Luz blus Paweł, jakoś będzie.

 



Noc jest ciężka i nieprzespana. Karimata jest twarda, za stary na to jestem, nie mogę zasnąć. Budzik nastawiony na 3:30, budzę się bez budzika wcześniej. O 4:15 wyjazd do Lubartowa, na miejsce startu. Kajak mój zapakowany na przyczepkę. Ładny, żółciutki. Tylko jakiś taki dużo bardziej pękaty niż konkurencji. ”Wigraszek” mu na imię.  Na prawej burcie naklejam numer startowy. W Lubartowie wypakowujemy się nad Wieprzem. Lata dron, kręci materiał. Muszę lecieć w krzaki za potrzebą dalej, aby mnie przypadkiem nie sfilmował. Towarzystwo nieliczne, kilkanaście, może dwadzieścia osób. Te zawody kajakowe są dużo bardziej kameralne, niszowe, niż bieganie. Fota przedstartowa, wchodzę do kajaka. Oj! Chybotliwy. Aby się tylko nie przewrócić zaraz po wypłynięciu, na oczach wszystkich. Byłby niezły obciach. Znam swoje miejsce w szeregu i ustawiam się skromnie na końcu.

 

Mój "Wigraszek"

6 rano – startujemy. Dystans 104 km, limit 14 godzin czyli do 20 wieczorem. Szybkie i smukłe kajaki – „węgorze” pognały do przodu, ja na swoim pękatym „karpiu” już na pierwszym kilometrze sunę ostatni. Nie szarżuję jednak. Powolutku, bez napinania się. Rozkładam siły na kilkanaście godzin wysiłku. Mówiono mi, że aby ukończyć muszę trzymać tempo ok. 8 km na godzinę. Włączam Ambita na „cycling” i płynę tempem 8-9 km/h przez pierwsze 30 km trasy.

Pogoda bardzo dobra. Początkowo drobny deszczyk, potem tylko pochmurno. Temperatura lekko powyżej 20 stopni. Byłoby wręcz idealnie, gdyby nie wiatr od dziobu. Rzeka Wieprz okazuje się bardzo pokręcona. Wielokrotnie ją przekraczałem jadąc z Wisznic do Lublina, nie spodziewałem się że aż tak meandruje. Płynę samotnie starając się ścinać zakręty. Zwykle wychodzi to dobrze choć zakole rzeki od wewnętrznej jest wypłycone i wielokrotnie czuję, jak wiosłem szoruję po piasku. Do kajaka się przyzwyczaiłem, wywrotka mi nie grozi. Regularnie coś podjadam, popijam. Płynie się dobrze. Już na pierwszym punkcie kontrolnym (Leszkowice – limit 2h i 45 minut) po 19 kilometrach mam 25 minut zapasu. Jest OK.

Po 28 kilometrach mijam punkt kontrolny w Serocku. Tu jeszcze bardziej zwiększam sobie zapas limitu czasu, do około 40 minut. Czuję już pewne oznaki zmęczenia. Kolejny punkt – Wola Skromowska – znajduje się na 39 kilometrze. To pierwszy punkt, gdzie można pobrać wodę i żywność od organizatora. Mam tu już około godziny zapasu w stosunku do limitu. Po drodze wychodziłem z kajaka na piaszczysty brzeg za drobną potrzebą tracąc ok. 5 minut. Na całej trasie zrobię to jeszcze ze 4 razy. W Woli odbieram trochę wody, drożdżówki i nie wychodząc na brzeg płynę dalej. Ręce zbytnio mnie jeszcze nie bolą, ale boli rzyć. Zapomniałem zabrać coś miękkiego pod tyłek a siedzenie w kajaku jest plastikowe. Bardzo twarde. Wpadam na pomysł aby zdjąć kamizelkę ratunkową i na niej usiąść. Rzeczywiście, jest dużo bardziej miękko, ale z kolei zaczynają boleć plecy. A tu jeszcze tyle kilometrów. Dlaczego nie wziąłem czegoś do wymoszczenia sobie kajaka? Ostatecznie ponownie zakładam kamizelkę. Już wolę by bolała mnie rzyć, niż plecy.


Wymuszony przystanek, gdzieś na trasie

Około 50 kilometra przychodzi kryzys. Chmurki się gdzieś rozpłynęły, z nieba smaży słońce. To nie jest upał 30 stopni, ale jest gorąco. Boli tyłek, zaczyna boleć nadgarstek lewej ręki. Tej ważniejszej, gdyż jestem lewusem. Bardzo lubię swoją lewą rękę i boję się ją uszkodzić. Od przodu wiatr coraz bardziej mi przeszkadza. Wychodzę na brzeg na kolejną drobną potrzebę. Robię przerwy w wiosłowaniu na jedzenie i picie. Tempo z początkowych 8-9 km/h spada do 7 km/h. Zaczyna to wyglądać słabo, do głowy przeciskają się myśli o rezygnacji. – Dlaczego nie zapisałem się na trasę krótszą, 43 km? – pluję sobie w brodę. Też bym się zmęczył, ale nie zakatował. Gdy mija 52 kilometr na Ambicie – to półmetek – patrzę na zegarek. Równo 7 godzin. Znaczy to, że drugą połowę muszę przepłynąć co najmniej w takim samym tempie jak pierwszą, jeśli chcę zmieścić się w limicie. – Nie no, nie realne – myślę. Przecież wiadomo, że w drugiej połowie wyścigu człowiek jest bardziej zmęczony. Jedyna nadzieja w tym, że pościnałem trochę zakrętów i w rzeczywistości jestem ze 2 km dalej, niż pokazuje plan trasy. Dopływając do Jeziorzan na 60 kilometrze jestem już prawie przekonany, że nie ukończę wyścigu. Wyluzowuję. Miejscowość jest piękna, Nad Wieprzem na wyspie pasą się luzem konie. Przepływam koło nich, robię zdjęcia telefonem. Jest cudnie. Obsłudze, u której uzupełniam na pomoście jedzenie i picie mówię, że prawdopodobnie nie ukończę, gdyż nie zmieszczę się w limicie. Chcę jednak dopłynąć do ostatniego punktu przed metą Baranów – 80 kilometr – i tam zrezygnuję.

 



Na owych planowanych ostatnich 20 kilometrach podziwiam przyrodę i biję się z myślami. Słońce znowu się schowało, jest ładnie. Wędkarzy nie za dużo, sporo zatopionych drzew i wymoczonych, białych konarów wyrzuconych na piaszczyste łachy. Czasem z głośnym pluskiem zanurkuje bóbr, gdzieniegdzie pływają małe kaczki. Rezygnować na tym osiemdziesiątym kilometrze, czy nie? Według zegarka jak będę płynął tak jak dotychczas to albo dopłynę na styk, albo ze 30 minut po limicie. Męczyć się męczyć, a by potem mieć NKL na wynikach, trochę słabo. Z drugiej strony to ostatnie 24 km, po pokonaniu 80 km. Też szkoda. Może jednak zmieszczę się w czasie? Do tego pogoda prawie idealna, nie za gorąco, nie za zimno. Miały być burze, ale widocznie poszły bokiem. Waham się co zrobić i ostateczną decyzję chcę podjąć na ostatnim punkcie kontrolnym. 


Ostatni etap


W końcu jest Baranów – ostatni punkt kontrolny. Płynę, płynę, nie widzę chłopaków z białą flagą nad brzegiem. 81, 82, potem 83 kilometry. Nie ma. Może ich przeoczyłem? Albo o mnie zapomnieli. No to dylemat rozwiązany, klamka zapadła, spróbuję zmieścić się w limicie. Ręce bolą, tyłek boli. Zaciskam zęby, wrzucam średnio szybkie, ale stałe tempo ok. 8 km/h. Trzeba zawalczyć na tej końcówce. Aby czas szybciej mijał staram się nie patrzeć dużo na zegarek. Potem dzielę dystans na krótsze odcinki. Aby do 15 kilometra, aby do dziesiątego. Jeszcze ze dwa i z górki. Na kilka kilometrów przed metą spotykam turystycznych kajakarzy na spływie. W oddali lata dron. Potem dowiem się, że ten dron był od organizatora – sprawdzał czy żyję, czy płynę, czy wszystko OK. i jak daleko jestem. Ze 3 km przed metą już na mnie czekali panowie od drona i Ci, co dopłynęli. Pytają czy dobrze się czuję, czy nie chcę zakończyć tutaj bo już wszyscy na mnie czekają. – A to tu meta? – pytam. – Nie jeszcze dalej, ok. 15 minut wiosłowania spokojnym tempem. – No to płynę do samej mety! – odpowiedziałem i ruszyłem do finiszu. Meta była tuż za mostem na Wieprzu noszącym – a jakże – imię Zofii Kossak.

Dopłynąłem jak się okazało w limicie z czasem 13 godzin i 30 minut. Miałem jeszcze pół godziny zapasu. Zająłem ostatnie, 17 miejsce. Szesnasty zawodnik, przypłynął w 11 godzin i 17 minut czyli 2 godziny przede mną. Najlepszy był Piotr Rosada, zrobił trasę w 8 godzin im 23 minuty. Wszyscy musieli czekać na mnie z zakończeniem te 2 dodatkowe godziny. Trochę mi było przez to głupio więc postanowiłem, że jeśli jeszcze kiedyś przyjadę tu na maraton kajakowy, to tylko z szybszym, wyścigowym kajakiem. Nie bez przygotowania i na wariata, jak tym razem.


Ze zwycięzcą wyścigu, Piotrem Rosadą

Na zakończeniu odbieram pamiątkowy dyplom, trochę gadżetów od sponsorów (Spółdzielnia Mleczarska w Rykach – dziękuję) i gratulacje. – Nikt na ciebie nie stawiał – mówi jeden. – Przed startem nie chciałem ci tego mówić ale teraz ci mogę powiedzieć. Jak tu jechałem, to myślałem, czy aby nie będę ostatni. Potem jednak jak zobaczyłem twój kajak i wiedziałem, że na pewno nie będę ostatni – mówi inny. Ludzie są mili i życzliwi, nikt mi nie wypomina tych 2 godzin czekania. Zostałem na krótki czas ciekawostką zawodów – gościem, który przyjechał pierwszy raz i zrobił w limicie trasę 104 km na turystycznym „Wigraszku”.

Ogólnie - odejmując ból pleców, tyłka i rąk - było bardzo fajnie. Ręce i plecy już nie bolą. Jeszcze trochę boli tyłek – chyba przez te kilkanaście godzin nabawiłem się „odsiedzin”. Mam nadzieję, że amputacja nie będzie potrzebna. Polecam maraton kajakowy na Wieprzu oraz kemping „Zielona Dolina” wraz z dworem Kossaków.

 
Relacja za stronie "Zielony Pierścień" [LINK]

sobota, 12 czerwca 2021

Roztoczańska 13 – rowerem na orientację

Drugi mój start w Roztoczańskiej trzynastce – imprezie na orientację organizowanej przez KTS Kraśnik w czerwcu w rodzimym mieście. Pierwszy raz startowałem w niej w 2019 roku, na trasie pieszej. Poszło słabo [link do relacji]. 

Przed startem. Zdjęcie: organizator

Tym razem zdecydowałem się na trasę rowerową. Biegam mało, w zasadzie truchtam, więc nie było po co jechać na wyścig pieszy. Rowerem też mało jeżdżę ale to zawsze jakaś nowość. Miał to być mój pierwszy indywidualny start w rowerowej jeździe na orientację. Nie wiem jak się nawiguje z roweru, nóg kolarza nie mam, rower też na niedzielne wycieczki po parku. Świadomość tego, że jestem początkującym dawała mi dużo luzu. Pojechałem z myślą aby zebrać tyle punktów, ile się da ale bez ciśnienia, że powinienem coś tu ugrać.


Kilka dni przed startem pośpiesznie kupiłem licznik rowerowy, Sigma 500, sprzedawca w sklepie mówił, że prosty sprzęt, ale wystarczy. Uwierzyłem na słowo. Z instrukcją zamontowałem, wypróbowałem. Porównałem wskazania z GPS Ambita – okazało się, że dodaje 100 m na 2 kilometrach więc zapamiętałem, że muszę brać poprawkę przy wyliczeniach. W przyszłości muszę dokładniej wyskalować ten licznik.

Wyjechałem rano z Wisznic, 2 godziny i byłem w Kraśniku. W bazie był już mistrz orienterskiego ultra: Michał Jędroszkowiak, który ukończył pieszą pięćdziesiątkę. Zalecał wolno wchodzić/wjeżdżać na punkty, bo podobno nie jest łatwo. Dokręciłem stary mapnik Jaśka słysząc kątem ucha, jak kupiący się nieopodal, doświadczeni rowerzyści podśmiewają się z mojej rowerowej stopki. OK., może trzeba było ją odkręcić, może zakręcić inną. Nie znam się. Butów SPD też nie miałem, miała za to większość konkurencji. Ja tu Panowie dopiero zaczynam. Korzystając z okazji podpytałem trochę o rower doświadczonego rowerzystę Mariusza Łosiewicza, który jak się okazało wygrał trasę rowerową.

Na plecy plecak biegowy z dwoma softflaskami, dwie kanapki, dropsy-mocy, pompka, do kieszonki pod ramą zapasowa dętka, klucze. Nie wiem, czy trzeba takie rzeczy brać, ale zabrałem. Rozdano nam mapy, karty startowe. Swoim zwyczajem rozrysowałem warianty zakreślaczem co sprawiło, że wyjechałem z bazy 14 minut po starcie.

Parametry trasy to 27 PK na dwóch kolorowych mapach 1:30.000, w optymalnym wariancie trasa ma 120 km, limit 8h (9:00-17:00). 



Jazda sama w sobie była fajna. Dawała mi sporo radości. A punkty jak się zbierało? Miernie. Bez katastrofy, ale bardzo często, z „przygodami” na średnio 15 minut. Już w samym mieście przejechałem jedną przecznicę za daleko i nadłożyłem drogi do prostego PK 1. PK 6 – przepust – też szukaliśmy z innym rowerzystą usilnie kilka metrów dalej, pod mostem nad rzeczką, zamiast pod zakrzaczonym przepustem. Jako, że nie prowadziłem a byłem bliżej końca stawki to mogę się przyznać, że w znalezieniu punktów często pomagały mi startujące razem rodziny z dziećmi. Takie miałem właśnie tempo, niewyścigowe. Sporo straciłem przy PK 11, nawet przy banalnym PK 2 – krzyż w wiosce, z którego trzeba było spisać datę sprawił mi problemy. Spisałem, dwa kilometry dalej stwierdziłem, że to nie to skrzyżowanie, nie ten krzyż. Usiłowałem do niego wrócić, gdzieś pobłądziłem. Tragikomedia i strata ok. pół godziny. Chyba ostatecznie był to dobry punkt. PK 12 też było szukane, wyjątkowo PK 13 i PK 14 nie sprawiły problemów.


Na moście przy PK 20


Przeszedłem na drugą mapę i zacząłem zbierać punkty te najbardziej oddalone od bazy. Dotarłem asfaltem do pięknie położonego PK 20 – drewniany, rozsypujący się most w środku lasu, zrobiłem pamiątkowe selfie telefonem, podbiłem punkt i wyjeżdżając zapatrzyłem się w parę polskich Mi-24 akurat przelatujących nad głową. Wtedy postanowiłem zmienić pierwotną koncepcję trasy i więcej objeżdżać asfaltami. Na polnych i leśnych drogach trafiało się sporo piachu, miałem łyse opony i to wszystko skutkowało dramatycznym spadkiem tempa. Uznałem, że dłuższe, ale bardziej asfaltowe przeloty to będzie lepszy pomysł. Pojechałem do PK 22, 21, 23, 27, 24 i 25. PK 23 i 27 weszły spoko. Najdłużej szukałem PK 24, pomnika w lesie. Dotarłem tam z innym rowerzystą, Andrzejem. Chytrze zdałem się najpierw na Andrzeja, że znajdzie, a ja cichaczem skorzystam. Andrzej nie mógł się namierzyć na ten punkt i po kilku próbach odpuścił mówiąc, że i tak już kompletu nie weźmie więc jedzie dalej. Ja się uparłem i szukałem, tym razem namierzając się od przeciwnej strony. Samotny pomniczek żołnierzy radzieckich w lesie stał jak byk.

Pojechałem jeszcze po PK 27 i spojrzałem na zegarek. Było mniej niż godzina do limitu a ja byłem daleko, oj daleko od bazy! Dał tu wyraz mój brak doświadczenia w rowerze, źle obliczyłem czas na dotarcie do bazy. Poza limitem groził NKL. Cóż było robić – na rower i grzałem samymi asfaltami do bazy, nie oglądają się na punkty. Zostało mi aż 9 PK, które pominąłem.

Powrót był ciężki. Nogi już zmęczone, teren nieraz pod górkę, wiatr z przodu. Tak jakoś wolno jechałem, aż zacząłem zaglądać w zębatki, czy mi coś nie blokuje. Czy jakaś gałąź, trawa się nie wplątała. Nie blokowało nic, po prostu nie miałem już sił w nogach. Na zjeździe w dół w stronę Dzieżkowic zrobiło się fajnie, pędziłem tym asfaltem pochylony nad kierownicą ponad 40 km/h. Przypomniałem sobie co powiedział kiedyś Bogusław Linda, gdy go zapytano, co lubi w jeździe motocyklem. – Lubię ten wiatr, który owiewa ryja – odpowiedział. Ja chyba też lubię. Tuż przed Kraśnikiem dogoniłem Andrzeja i razem wjechaliśmy do bazy. Mamy czas ten sam, 8:08. Oczywiście Pakuła nie byłby Pakułą, gdyby nie nałapał stowarzyszy (mylnych punktów stojących dla zmyłki nieopodal tych właściwych). Z 18 PK, które zebrałem miałem 2 stowarzysze więc zaliczono mi 16. Andrzej miał jednego stowarzysza mniej, więc jest wyżej. Od dziś mówcie mi „Stowarzysz collector”.

Ogólnie na całej trasie rowerowej wystartowało 13 osób. Z tego 7 ostatnich zebrało 10 PK. Wygrał Mariusz Łosiewicz, rywalizujący w pucharze rowerowym stary wyjadacz z Pomorza. Jako jedyny zebrał komplet 27 punktów. Przyjechał 15 minut przed upływem limitu. Pozostali mieli 20,19,18 PK, przybyli niedaleko przed nami. Ja, z 16 zaliczonymi PK zostałem jednak sklasyfikowany, na 6 miejscu.

Było fajnie. Pogoda dopisała, trasa ciekawa, z mnóstwem PK. Szału nie zrobiłem, ale i nie miałem zrobić. Nabyłem trochę doświadczenia i świetnie się bawiłem. Dziękuję.

niedziela, 10 stycznia 2021

Rok 2020 – podsumowanie

To był dobry rok. Generalnie - mam za co dziękować. Pewne moje aktywności podupadły, ale to co ważne trzyma się dobrze. Nie przechodziłem korony objawowo, nikt z moich najbliższych na to nie umarł. Czuję się zdrowy, nic mi nie dolega a nawet jeśli napoczyna mnie od środka jakieś choróbsko, to o nim nie wiem więc nie kłopoczę się nas zapas. Mam pracę, która zaspokaja moje potrzeby i pracuję w branży, która choć słabo płatna, to jednak nie ucierpiała zbytnio z powodu kryzysu związanego z zarazą. Mam gdzie mieszkać. Mam czym jeździć. Żyję w kraju, którego nie ogarnęło szaleństwo wojny i który lubię. Kraj ten rządzony jest przez ludzi będących Polakami i deklarującymi przywiązanie do wartości patriotycznych i związanych z nimi chrześcijańskich. Są oni sceptyczni wobec żądań wysyłanych zza wschodniej czy zachodniej zagranicy a zatem można powiedzieć, że Polska jeszcze zachowuje pewien stopień niepodległości. Ogólnoświatowe trendy zgodne z duchem marksizmu kulturowego są bardzo silne: próbuje się UE przekształcić jedno państwo zgodnie z marzeniami włoskiego komunisty Altiero Spinellego - tego samego, którego nazwisko wypisane jest wielkimi, srebrnymi zgłoskami na budynku Parlamentu Europejskiego. W projekcie takim przeszkodą są nie tylko niepodległościowcy, ale i silny Kościół, który zawsze stanowił problem dla każdego, kto próbował podporządkować sobie to terytorium. Nie ma się zatem co dziwić, że niektóre współczesne medialne komunikaty przypominają jako żywo mowy Goebbelsa z 28 maja 1937 wygłaszane po ukazaniu się papieskiej encykliki „Mit brennender Sorge”, potępiającej nazizm. Wszystko to wsparte jest wielkimi pieniędzmi i dominacją w mediach ale na razie jeszcze się nie sprzedaliśmy i jakoś się trzymamy.


SPORT




To powyżej, to to, co ważne. Do rzeczy mniej ważnych acz przyjemnych zaliczam hobby biegowe, które stopniowo schodzi na dalszy plan. To co potrafiłem jeszcze 4 lata temu to już śpiew historii. Biegam bardzo nieregularnie. Raz kilka dni z rzędu po 10-20 km, potem 4 dni przerwy bo nie mam czasu lub zapału. Z tego powodu nie można nazwać tej aktywności trenowaniem, a jedynie bieganiem. W  2020 roku przebiegłem 2633 km co daje średnio 219 km w miesiącu. Były miesiące takie jak wrzesień, gdy przebiegłem 335 km ale i były takie jak sierpień, gdy przebiegłem 88 km. Uzupełnieniem biegania był rower (690 km) i kajak (64 km). Grasujący na świecie mór i związane z nim ograniczenia bardzo mi w treningach nie przeszkadzały. Nawet będąc na kwarantannie biegałem po podwórku, dookoła domu. Jedno okrążenie zabierało mi ok. 40 sekund. Dało się tak zrobić 10 km.


Nieliczne starty w zawodach były odbiciem mojego zaangażowania w ćwiczenia. Przysłowie „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz” ma swoją analogię w osiągnięciach sportowych. Ile mądrego wysiłku włożysz w pracę nad sobą, takie osiągniesz rezultaty. Wysiłek mój był połowiczny, to i rezultaty mierne. Wziąłem udział w 6 imprezach sportowych, samych lokalnych. W tym były 2 mikre pod względem frekwencji ale sympatyczne biegi ultra: Ultra Tatar 50 km – byłem 5 na 19, oraz Tarantula 50 km – byłem 5 na 14. Do tego płaski, terenowy półmaraton w Kaliłowie, gdzie nabiegałem 1:32 oraz trzy biegi krótsze: GLUT na 14 km, gdzie zająłem 4 miejsce, chłodna piątka Tropem Wilczym i upalny Cross u Radziwiłłów na 6 km. Najbardziej jestem zadowolony z leśnego półmaratonu w Kaliłowie oraz z czternastki w Gnojnie. Tarantulę i Ultra Tatara wtopiłem popełniając głupie błędy czy to nawigacyjne, czy związane z rozłożeniem sił na długim dystansie. 


Oprócz zawodów uczestniczyłem w dwóch wyzwaniach. Pierwsze to grupowy, jednodniowy spływ kajakowy Zielawą od umownego źródła do ujścia, który zorganizował Łukasz Węda. Trasa liczyła 64 km, nie była jakoś bardzo wymagająca, trafił się wysoki stan wody i można to było zrobić z marszu. Było fajnie.


Drugie to samotny, trzydniowy, wakacyjny przejazd rowerem Czerwonym Szlakiem Nadbużańskim liczącym ponad 370 km, z Dołhobyczowa do Kózek. Robiłem dziennie około 100 km, głównie po leśnych i polnych drogach, czasem bezdrożach. Główna trudność polegała na odnalezieniu oznaczeń szlaku, który choć dwukrotnie znakowany, nadal nie jest oznaczony dobrze. Nie ma też jego mapy. Przez to błądząc, sprawdzając trasę na skrzyżowaniach, wracając dokręciłem do oficjalnej długości kolejne kilkadziesiąt kilometrów a finalnie i tak po całości nie przejechałem, bo pewnych fragmentów nie odnalazłem. Bywało, że pchałem rower przez pole, przez krzaki, stanowiłem obiad dla komarów ale zabawa była fajna. Nie napisałem z niej relacji. Zabrakło czasu i chęci.


Przyszły rok pod względem sportowym zapowiada się podobnie. Rewolucji nie będzie, powrotu do wyczerpujących, amatorskich treningów raczej też nie. Staram się w miarę dbać o formę, wyjść 4-5 razy w tygodniu pobiegać 10-20 km. Nie mam już tej motywacji co kiedyś. Rodziny nie mam, ale z obu prac uzbierało mi się 1,3 etatu i trochę obowiązków. Dziś wychodząc w teren staram się w większym stopniu popracować nad górnymi partiami ciała, które miałem zawsze słabe. Chcę wracać z lasu mając zmęczone nie tylko nogi, ale też korpus i ręce. Wtedy czuję, że trening był kompletny. Podoba mi się to, co robią np. bracia Sobierajscy i jest to dla mnie jakaś świeżość w porównaniu do uprawianego od wielu lat, zwykłego treningu biegowego.



INNE AKTYWNOŚCI


Gry. Grywam czasem gry komputerowe, głównie w starocie. Raz dlatego, że mam stary komputer a dwa dlatego, że prosta grafika mi nie przeszkadza jeśli grywalność i klimat wykreowanego świata stoją na wysokim poziomie.  Niesamowite, że zwycięzca plebiscytu na grę dziesięciolecia CD Action 1996-2006, gra która pokonała sławne World of Warcraft, trzecia część „Herosów” pomimo ponad dwudziestu lat na karku nadal żyje i dzięki trybowi multiplayer ma się dobrze. Fani zrobili do niej różne usprawnienia. Dodano nowy zamek i plansze generowane losowo. Współczesna wersja głównie do gry wieloosobowej nosi nazwę Horn of the Abyss (HotA). Najbardziej popularna plansza do pojedynków dla dwóch graczy to Jebus Cross. Być może komuś się to wulgarnie skojarzy dlatego wyjaśnię, że jej nazwa - skrzyżowanie z pustynią na środku - nawiązuje do starotestamentowego plemienia Jebuzytów. Ciekawe, że niektórzy młodzi ludzie mając w ofercie nowe gry z wystrzałową grafiką nadal wolą Heroes 3, odbywają się nawet co roku mistrzostwa Polski. Streamerzy relacjonują na żywo swoje pojedynki w sieci. Polacy są dobrzy w „Herosów” ale najlepsi są... Rosjanie. Grywalność tej gry, olbrzymia ilość możliwości taktycznych i jej ponadczasowość skłaniają mnie do porównania, że są to szachy elektronicznej rozrywki. Jedyny minus to to, że HotA jest dodatkiem nieoficjalnym i serwer na którym prowadzone są pojedynki czasem się wykłada z powodu przeciążenia. 


Druga gra to Thief – złodziej. Ukończyłem antologię, w tym roku część trzecią. W czwórkę nie grałem. To gra świetna pod względem klimatu, ze znakomitym dźwiękiem, idealna do grania w nocy, przy zgaszonym świetle, z dobrymi, zamkniętymi słuchawkami na uszach. Grafika pierwszych dwóch części jest leciwa jak na współczesne standardy, ale klimat z każdą kolejną częścią się pogarsza, dlatego bardziej polecam Thief’a 1 i 2 niż Thief’a 3.


[The metal Age - film z gry]


Obecnie na ekranie rządzą klasyczne RPG z otwartymi światami: Gothic i Morrowind. Fabuła jak to fabuła - ot, fantasy. Jako historyk widzę w Morrowindzie sporo nawiązań do wydarzeń historycznych: uniwersalne cesarstwo, wierni dawnym kultom prymitywni tubylcy usiłujący wyzwolić swoją wyspę z poddaństwa wobec postępowego imperium, które ją zagarnęło. Część elit kolaboruje, część konspiruje. Jak to w życiu. Rasy różnią się między sobą inteligencją i predyspozycjami fizycznymi. Istnieje niewolnictwo ale jest też silny ruch abolicjonistów. Można znaleźć analogie w Rzymie z IV wieku po Chrystusie, albo i szereg innych.



Swoją drogą zastanawiam się, kiedy ta młoda działka kultury zostanie potraktowana poważnie i włączona do kanonu omawianego w szkole. Są lektury omawiane na języku polskim, są omawiane filmy takie jak „Pianista”. Współczesne gry RPG od co najmniej 20 lat mają tak rozbudowaną fabułę, że w niczym nie ustępują książkom. Mają nad nią tę przewagę, że w książce jesteśmy tylko biernymi obserwatorami wydarzeń na które nie możemy wpłynąć, zaś w grze wpływamy na przebieg opowiadanej historii. Gry, które nie są już odbijaniem piłeczki czy lataniem statkiem kosmicznym ale zawierają w sobie coraz bardziej rozbudowane alternatywne światy mają olbrzymi potencjał kształtowania kultury. Moim zdaniem to tylko kwestia czasu, gdy do kanonu omawianych w szkole książek, wierszy, filmów, utworów muzycznych, zostaną włączone gry.


Nie udało mi się wrócić w tym roku do malowania akrylami. Nie dokończyłem malowanego obrazu, nie stworzyłem nic nowego. Z rzeczy plastycznych zbudowałem model kartonowy vintage z „Małego Modelarza” – samolot SU-27. Podobno wyszedł dobrze – takie przynajmniej były opinie na modelarskim forum.


Książki. Tych przeczytałem, a trafniej powiedzieć przesłuchałem gdyż większość to audiobooki, 41. To podobna liczna jak w roku ubiegłym. Część to rzeczy fajne, inne zupełnie nietrafione. Nie lubię drążyć książka po książce jednego typu literatury więc książki przekładam: po podróżniczej kryminał, po kryminale, sensacja, po sensacji klasyka z przełomu XIX i XX w. Słucham biegając, lub w trasie, jadąc samochodem. Nawet da się skupić uwagę na audiobooku jednocześnie budując model, o czym się w tym roku przekonałem.


Gdybym miał wybrać pięć najlepszych to poleciłbym:


1. Marcin Wroński – „Kino Venus”, „A na imię jej będzie Aniela”, „Kwestia krwi”, „Portret wisielca”. Cztery kryminały z akcją rozgrywającą się w okresie międzywojennym w Lublinie i Zamościu. Pan Wroński to mniej ponura wersja również dobrych retro-kryminałów Pana Krajewskiego. Wspaniały język, inteligentne dialogi, humor, ciekawie odmalowany obraz środowiska wszelakich mniejszości i patologii. Bardzo przyjemna rozrywka na dobrym poziomie. Wersja teatralna jednej z powieści – „Pogrom w przyszły wtorek” – już jest. Teraz czas na ekranizację.




2. Dominik Rettinger – „Klasa” i „Sokół”. Dwie powieści szpiegowskie rozgrywające się we współczesnej Polsce. Nie słyszałem wcześniej o autorze a Pan Rettinger to nie tylko pisarz ale też reżyser i scenarzysta. Internet donosi, że napisał sztukę o Janie Karskim i scenariusz do filmu „Kamienie na szaniec”. Obie jego przesłuchane powieści zaskoczyły mnie pozytywnie. To polski Tom Clancy z akcją wartką i wciągającą jak u Ludluma i Alistair MacLean w których się zaczytywałem w podstawówce i liceum. Naprawdę nic mu nie brakuje oprócz porównywalnej sławy a warto to docenić, bo przecież powieść sensacyjną o działaniach służb specjalnych napisać jest trudniej niż kryminał o pospolitych przestępstwach. Podobno prawo do ekranizacji powieści ktoś już wykupił i wcale się temu nie dziwię.


3. Tadeusz Olszański – „Kresy kresów: Stanisławów jednak żyje”. Audiobook pobrałem z wolnedzwieki.pl. Jest darmowy. Opowiada o Stanisławowie zwanym „Atenami Pokucia”, mieście na południowych Kresach II Rzeczypospolitej, czasy przedwojenne i podczas okupacji. Autor urodzony w Stanisławowie, to publicysta „Polityki” a ja podchodzę do tego środowiska z ostrożnością, ale książka, muszę przyznać, bardzo dobra. Opowiada o losach społeczności Stanisławowa złożonej z Polaków, Ukraińców, Żydów, Węgrów. Totalna mieszanka kulturowa i jej tragiczne, wojenne losy. Zawiera mnóstwo ciekawostek. Po przesłuchaniu mam wielką ochotę pojechać do tego miasta, które dziś już nie jest polskie i zgodnie z decyzją Chruszczowa nazywa się Iwano-Frankowsk.


4. Elżbieta Cherezińska – „Legion”. Powieść Pani Cherezińskiej, która pisze powieści historyczne, głównie o czasach królów i książąt. Legion to odskocznia od dziejów zamierzchłych: opowieść o Brygadzie Świętokrzyskiej – jednostce partyzanckiej bardzo w Polsce silnego przed wojną, ruchu narodowego. Tym razem wyjątkowo nie tragiczna. Żołnierze ci walczyli z Niemcami, z Sowietami a na koniec szczęśliwie przeszli do aliantów na Zachód. Mam wrażenie, że książka ociera się miejscami o zbiorową hagiografię, ale nie pomija elementów kontrowersyjnych jak agentura „Toma” czy tajemnicza śmierć Stanisława Nakoniecznikoff-Klukowskiego. Jest ciekawa bo opisuje postacie i wydarzenia, mało znane i przez wiele dziesięcioleci zakłamywane przez nienawidzącą ruchu narodowego lewicę. Książka była dla mnie impulsem do dalszych, dokładniejszych poszukiwań w Internecie o występujących w niej postaciach takich jak choćby Bolesław Kontrym, Leonard Zub-Zdanowicz, Irena Iłłakowiczowa, Mirosław Petelicki, księża Puder i Trzeciak. Audiobook ten, już drugi Pani Cherezińskiej, który przesłuchałem, rozkręca się z czasem. Mam zastrzeżenia jedynie do lektora, który czytając dialogi Otmara Wawrzkowicza, robi to tak, jakby wypowiadający słowa był upośledzony.



5. Joseph Conrad – „Jądro ciemności”. Klasyka. Nie pamiętałem jej ze szkoły więc przesłuchałem raz. A potem, że mi się spodobała i była krótka – jeszcze raz. Przedstawiana jest jako manifest przeciw kolonializmowi a tymczasem w moim odczuciu książka jest przestrogą przed anarchizmem i kultem pieniądza. Pokazuje jakie demony mogą wyjść z człowieka, którego nie kontroluje żadne prawo, któremu władza, dążność do sukcesu finansowego i bezkarność uderzyły do głowy. Warta przypomnienia także dlatego, że nie dotknęła jej współczesna cenzura „politycznej poprawności”.



Klamrą spinającą wpis o książkach i o bieganiu niech będzie cytat z „Podróży Guliwera” Irlandczyka Jonathana Swifta, książki także przesłuchanej w audiobooku w tym roku. Opowieść ta, dziś jest archaiczna, mocno moralizatorska, ale świetnie oddaje podróżniczą naturę wyspiarzy I połowy XVIII wieku. Nie ma w tym nic przypadkowego, że ta lektura powstała i była popularna w potężnych niegdyś krajach morskich podróżników. Swift w końcowej partii odmalował utopijny obraz wyspy zamieszkałej przez Houyhnhnmy (czyt. Łinnemów). To inteligentne konie, które rządzą się mądrze i stoją wyżej w hierarchii niż prymitywni i skłonni do złego ludzie. Swift opisał sposób wychowania młodzieży który może się spodobać zwolennikom równouprawnienia a także miłośnikom biegania w terenie:


„Metoda Houyhnhnmy wychowywania młodzieży płci obojga godna jest podziwu i naśladowania. [...] Umiarkowanie, pilność, ćwiczenie ciała i ochędóstwo są bez przerwy młodzieży obojga płci wpajane. Pan mój uważał to za szkaradne postępowanie, iż dajemy niewieście naszej płci różne od męskiego wychowanie, wyjąwszy kilka punktów tyczących się gospodarstwa. Przez to – mówił – połowa mieszkańców naszego kraju do niczego bardziej nie jest zdatna jak do wydawania dzieci na świat, a to, że ich wychowanie powierzamy tak nieużytecznym stworzeniom jest jeszcze jednym dowodem okrucieństwa. Houyhnhnmy kształcą w swojej młodzieży siłę, zręczność i odwagę ćwicząc ją w bieganiu po spadzistych pagórkach i kamienistej ziemi. Skoro się mocno spocą muszą się nurzać aż po szyję w stawie lub w rzece. Cztery razy w roku zgromadza się młodzież pewnych kantonów dla pokazania swych postępów w bieganiu, skakaniu i innych dowodach siły i zręczności. Zwycięzcy nagradzani są pieśnią układaną na ich cześć”. (odcinek 53, 13 minuta)


[Jacek Kaczmarski - Houyhnhnmy]


Wszystkiego najlepszego w roku 2021


P.S. Dziś 85. urodziny obchodzi Pan Lech Jęczmyk, były redaktor naczelny "Nowej Fantastyki", pisarz, tłumacz, medalista mistrzostw Polski w Judo i ochroniarz księdza Jerzego Popiełuszki. Wszystkiego najlepszego, zdrowia i pogody ducha Panie Lechu.


niedziela, 15 listopada 2020

Su-27 z „Małego Modelarza” (nr. 10-11/96)



Kolejny „Mały Modelarz” ukończony. Raz na kilka lat powraca mi chęć na powrót do hobby z młodych lat – modeli kartonowych. Tym razem, gdy w marcu rozpoczęło się zamknięcie ludzi w domach z powodu koronawirusa wziąłem na warsztat Su-27. To ciężki samolot myśliwski produkcji rosyjskiej. Opracowany jeszcze w czasach zimnej wojny, miał być przeciwwagą dla amerykańskich F-15 Eagle. Finalnie okazał się od nich cięższy i większy. W kodzie NATO otrzymał kryptonim „Flanker” (flankujący, oskrzydlający). Obecnie nadal jest produkowany i używany nie tylko w Rosji, ale i w innych krajach.


Model sklejałem od marca do października 2020, z całkowitym wstrzymaniem prac w wakacje. Poszczególne etapy relacjonowałem na swoim szkolnym profilu Facebook, chcąc pokazać uwięzionej w domach młodzieży, że takie hobby jest i można robić fajne rzeczy. Wydawnictwo „Mały Modelarz” wypuściło kilka wersji tego samolotu. Ja miałem to wydanie najstarsze, nr. 10-11/96. Jest ono ciekawe bo prezentuje  samolot w barwach lotnictwa Indii. Wydawca dokonał tu pewnego uproszczenia, gdyż wczytując się dokładnie w temat można zauważyć, że Indie nie mają Su-27, lecz jedną z jego późniejszych wersji: Su-30.

Model miał 24 lata, a zatem klasyfikował się do kategorii „vintage”. Karton taki się trudniej kształtuje: jest gruby, łamliwy, rozdwajający się. Podobno można go wzmocnić Caponem, ale je tego nie zrobiłem. Sklejałem ostrożnie mając świadomość, że dotykam bardzo wartościowych rzeczy. W końcu na okładce jak byk widniała cena: 35000 zł ;)

Projektantem modelu jest Pan Bohdan Wasiak. Ci co sklejają wiedzą mniej więcej, czego się spodziewać. Malowanie efektowne, opracowanie chyba jeszcze w czasach przed-komputerowych, zrobiony z uzbrojeniem – 4 rakiety powietrze powietrze – i to się chwali. Z drugiej strony u tego zasłużonego dla polskiego modelarstwa projektanta zdarzają się niedokładności, które sklejając trzeba korygować. Niestety, to wydanie Su-27 nie jest od nich wolne. Po sklejeniu modelu wysłałem zdjęcia na pewne forum modelarskie. Wiele mówiące komentarze były m.in. takie: „Super wykonanie słabego projektu”, albo: „O kurcze, to jednak da się to skleić!”.

Po zakończeniu budowy mogę powiedzieć, ze nie było tak źle. Pracowało mi się przy Su-27 całkiem przyjemnie. Zrobiłem wersję standardową, z wypuszczonym podwoziem. Minimalna waloryzacja to odcięcie lotek na skrzydłach i statecznikach. Szyba kabiny tłoczona z plexi, zamówiona z GOMIX-u, dedykowana do tego właśnie wydania. Dziś jest dużo innych modeli kartonowych przedstawiających Su-27, także w „Małym Modelarzu”. Są to wydania nowsze, na lepszym papierze, szczegółowsze. Pewnie je warto sklejać, a nie starocia sprzed ponad 20 lat. Gdyby ktoś miał jednak ciśnienie na to wydanie – bo w barwach Indii, bo to jego początki modelarstwa i chciałby spróbować jeszcze raz – to podaję informacje o potencjalnych „minach”, na które trzeba uważać przystępując do budowy.

1.    Pierwsza „mina” czeka na wstępie. Segmenty dziobowe z wręgami 3 i 4. Wręgi nie pasują obwodem z poszyciem. Poszycie jest za wąskie. Trzeba dopasować ostrożnie wręgi z poszyciem i wręgi ze sobą. Nie ma tu nadrukowanej jakiejś siatki, nitów, więc cały dziób pomalowałem szarą farbą.


2.    Kabina. Jest uproszczona. Fotel, drążek i zegary. Problem jest z zegarami (cz. 9) bo wklejając je do kabiny zauważymy, że są trochę za duże i niezbyt się w kabinie mieszczą. Jakoś to na siłę wcisnąłem, ale nie wygląda to najlepiej.


3.    Tylna część kadłuba. Tu jest problem z częścią 35, której linie zagięć rozmijają się z zagięciami, jakie trzeba wykonać na poszyciu górnym i dolnym środka kadłuba (cz. 37 i 38). Niby to nic nie szkodzi, bo finalnie części 35 prawie nie widać – przykryją ją silniki i żądło kończące kadłub – ale trzeba zwrócić na to uwagę. Ponadto zastanawiałem się, jak przykleić poszycie tylnej części centropłata (cz. 37) względem paneli bocznych: część 34. Trochę to słabo pokazano na rysunkach, na jednym z nich jest błąd. Na rys. 4 z jednej strony część 34 schodzi się równo z cz. 35; a z drugiej strony cz. 34 jest wyraźnie szersza.


4.    Wnętrze silników: stożek, który się tam wkleja (cz. 67 b) jest na mały. Trzeba powiększyć lub zamalować brzegi białych pól.


5.    Wzdłużnice szkieletu silników, cz. 60 L i P, trzeba ściąć na końcu bo nie będą pasowały do ostatniej wręgi i do poszycia.



6.    Części 47 i 48 – listwy maskujące połączenie płata z górną częścią kadłuba. To są pomieszane kolory, trzeba dokonać modyfikacji, bo plamy na samolocie nie będą się schodziły. Ja tej modyfikacji (przeciąć i odwrócić góra-dół) nie zrobiłem, i u mnie widać ten błąd.


7.    Części 71 – przykrycie silników na kadłubie (góra) – są za wąskie. Trochę będzie wystawało białe pole, gdzie się je przykleja. Albo trzeba cześć poszerzyć, albo zamalować brzegi białego pola. Ja zrobiłem to drugie.

8.    Części 72 i 73: połączenie kadłuba i skrzydeł u dołu. Miejsce zamocowania podwozia. Tu trzeba dobrze wymierzyć, bo u mnie doszło do przesunięcia do tyłu i z przodu widać brzydką, przerywaną linię.


9.    Końcówka żądła – chyba cz. 52 – jest trochę za krótka. Trzeba dopasować.

10.    Podwozie główne. Tu jest problem z zamontowaniem podpórki goleni głównej, cz. 83d. Szablon z drutu pokazuje trochę inaczej, niż znaki na częściach. Wydaje się, że ta część nie powinna tak wystawać, ale zrobiłem wg. szablonu. Chyba błędnie, ale zgodnie z planem. 

 



11.    W prawym, górnym rogu na arkuszu 1 obok oszklenia kabiny (cz. 20 i 21) widać jakąś część, która nie jest podpisana. Nie wiem do czego ona jest i jej nie przykleiłem.

Skrzydła, rakiety, belki do podwieszania uzbrojenia, stateczniki, silniki – sklejało się w miarę dobrze. Montując model polecam zaglądać na funpage na Facebooku „Su 27 Flanker Family” – tam w galerii jest ogromna ilość zdjęć tego samolotu.

 

 




 





Tak wygląda prawdziwy indyjski Su-30