poniedziałek, 31 sierpnia 2026

„The Longest Day” – SUP-ultra po belgijsku


21 sierpnia, piątek

Wczesnym rankiem koleżanka podwozi mnie na lotnisko Chopina w Warszawie. Tobołów mam sporo: główny bagaż to pompowany SUP Gladiator Elite Race 14x25. Do tego całe oporządzenie, nawet kamizelki asekuracyjne – pneumatyczna i klasyczna. Niby w regulaminie nic o nich nie ma ale grom wie, może akurat będą niezbędne. Drugi plecak to namiot, śpiwór, karimata, ubrania, środki czystości. W sumie mam na plecach i w ręku ze 30 kg. Przypomina mi się czytana dwa lata temu książka „Snajper wchodzi pierwszy” Michała Wójcika, weterana z Afganistanu. Pisał, że cały ekwipunek snajpera jest bardzo ciężki, ze 40 kg i trzeba przemieszczać się z tym po górach. Jak skończył służbę i poszedł na badania to lekarz mu powiedział, że ma co prawda 40 lat, ale kręgosłup staruszka. Taki był w każdym razie sens, dokładnego cytatu nie pamiętam. Zastanawiam się, czy i ja od takich wyjazdów nie zniszczę sobie zdrowia. No, na szczęście na razie nie są zbyt częste. Zaraz na bramkach lotniskowych robi się zresztą lżej bo do Ryanaira nie chcę mnie przepuścić z powerbankiem. Mam duży, stanowczo za duży, aby wejść z nim na pokład. Trudno, zamiast wyrzucić do kosza cofam się i obdarowuję pracownika Straży Granicznej. Rok temu pogranicznicy za przepływanie po Bugu na białoruską stronę dali nam tylko ostrzeżenie zamiast mandatu, niech teraz coś mają ode mnie.

Po 2 godzinach lotu lądujemy na Charleroi (Bruksela południe). Trochę błądzę po lotnisku, znajduję w końcu przystanek miejskich autobusów TEC i nim dojeżdżam do dworca głównego w Charleroi. Tam mam mieć pociąg do Walcourt, ale… pociągu nie ma. Remontują tory i jest podstawiony autobus zastępczy. Wsiadając do niego chcę kupić bilet u kierowcy. Ten, że nie sprzedaje, nie ma pieniędzy i pomimo tego – zaprasza mnie z uśmiechem do środka. Trochę się cykam, bo to jawna jazda „na gapę” ale cóż. Siadam, jedziemy do Walcourt. Krajobrazy bardzo wiejskie, teren lekko pagórkowaty. Dziwią mnie asfalty – nie raz tak wąskie, że autobus mijając się na zakręcie z osobówką zmusza ją, by ta trochę zjechała na pobocze. I w autobusach i na dworcach widać dużo ludności pozaeuropejskiego pochodzenia.

W Walcourt dworzec autobusowy mały i pusty. Za 3 czy 4 godziny mam autobus bezpośrednio nad jezioro, do punktu docelowego. Nie chce mi się czekać, więc wsiadam do autobusu do Cerfontaine – to około 6 km od celu. Może stamtąd dotrę szybciej nad jezioro lac d'Eau d'Heure. W Cerfontaine klops: pytani miejscowi i informacja turystyczna tłumaczą zgodnie, że taksówek tu nie ma, autobusu też nie będzie. Jedyna opcja to pieszo lub stopem. Wychodząc z miasta zaglądam jeszcze do miejscowego kościoła. Ładny, w gotyckim stylu, budowany z jasnego kamienia. Ciekawe, ile osób do niego uczęszcza. Obawiam się, że nie za wiele lecz nie będę miał okazji, aby to sprawdzić.

Ciągnę się z tobołami kilometr za miasto. Mam już dosyć choć i tak dobrze, że najcięższa torba z SUP-em (20 kg) ma kółka. Zostało jeszcze 5 km i myślę, że jeśli tam to wszystko zaciągnę sam, to będę padnięty. Mija mnie kolejka objazdowa, jak się potem okaże, jeździ znad jeziora do Cerfontaine. Może by mnie zabrała? Szkoda, że nie zapytałem. Za skrzyżowaniem zaczynam machać stopa. Nie za szybko go złapałem, ale złapałem. Belg w środku jest cały umazany farbą, jakiś lokalny malarz (ścian, nie obrazów). Z uśmiechem zaprasza do środka tylko ni w ząb nie mówi po angielsku. Coś tam moim łamanym francuskim, „Lac, droit, a gausche, a droite” – trochę pokazując na Google Maps, dowozi mnie do celu – do Landal Village. „Merci beaucoup” życzliwy człowieku, niech Ci się w życiu wiedzie.


Spacer po przyjeździe na miejsce. Pogoda taka sobie

Jest wczesne popołudnie. Rozbijam mój mały, teoretycznie 2-osobowy namiot na upatrzonym wcześniej parkingu dla kamperów (camperplaats). Obok już są jacyś ludzie. Zagaduję czy nie nie przeszkadzał i szybo okazuje się, że ci sympatryczni Francuzi też na zawody. Oni wystartują na deskach sztywnych, ich dwoje dzieci na dmuchanych. Przy parkingu nie ma niestety toalet ani tym bardziej kuchni czy pryszniców i to jest problem. Toalety na szczęście są w pobliskiej recepcji przy małym sklepie oraz ciut dalej przy plaży. To ratuję sytuację. Ucinam sobie spacer brzegiem jeziora – już bez tobołów, co a ulga. Pogoda jest zmienna, deszczowo-słoneczna, z mocniejszymi powiewami wiatru. Niezbyt gorąco (18 stopni) to i ludzi nad jeziorem było niewielu. Jak się okazało pogodne warunki panowały też w dniu zawodów. Robię zakupy w sklepie spożywczym, potem burger i kawa w restauracji, których jest w pobliżu kilka. Po 17 otwiera się już biuro zawodów przy plaży. Na miejscu jest główny organizator Vincent i kilka osób. Opłacam wpisowe 58 euro i pytam, o nurtujące mnie sprawy. Czy muszę mieć kamizelkę (nie muszę, tylko leash jest obowiązkowy). Czy będąc zmęczonym można ewentualnie wiosłować na klęcząco/siedząco (w zasadzie nie, ale jeśli nie walczysz o topowe miejsca to jak tak zrobisz, to nikt nie powinien mięć pretensji). Zdając sobie sprawę, że w niedzielę po zawodach będę miał problem z powrotem na lotnisko bo akurat tu autobusy w weekend nie jeżdżą pytam organizatora czy zna kogoś, kto po zawodach jedzie do Charleroi i może mnie zabrać. On, że popyta. Stojący obok ludzie widząc moją czapeczkę Salaca100, słysząc że jestem z Polski życzliwie zagadują. A gdzie byłeś, a jak tam zawody, a mój znajomy też tam był i mówił że fajnie, i tak dalej. Fajnie jest. Najedzony, opłacony, obkupiony żywnością na następny dzień idę spać. Trochę głośno na tym camperplaats, psy szczekają, muzyka, ale z czasem udaje się zasnąć.

22 sierpnia, sobota

Budzik na 6:30 bo o 8 ma być odprawa dla zawodników. Mam trochę dylemat jak się ubrać bo warunki nie są ani na gorąco (wtedy kąpielówki i t-shirt lub długi rękaw) ani na zimno (wtedy cienka pianka). Biorę kilka zestawów nad wodę, w razie czego będę się przebierał w trakcie.

8:00 rano, znosimy deski nad wodę

Jezioro, a w zasadzie sztuczny zbiornik pewnie podobny do naszej Soliny tylko bardziej prostokątny w kształcie, z zaporą na przeciwległym końcu, wygląda w miarę spokojnie. Wielkiej fali nie ma, woda czysta, brzeg kamienisty. Ludzie powoli znoszą deski, prawie wyłącznie sztywne. Dominują szerokości 20-22 cale.  Tylko Francuska (24.5x14) i ja (25x14) mamy „dmuchańce”. Jest nas około czterdziestu. Niewielu. Zawody zaczną się o 9:00. No dobrze – ale o co w nich chodzi?

Zabawa polegać będzie na pokonaniu dziesięciu pętli po jeziorze, każda o długości 5,6 km. Każda z pętli startuje  o równej godzinie począwszy od 9:00. Jeśli przypłyniesz np. w 45 minut to masz 15 minut odpoczynku. Możesz się też spóźnić, zrobić pętlę max w 1:10 minut, wtedy jeszcze wypłyniesz. Jak nie zdążysz lub chcesz odpocząć – możesz godzinę posiedzieć na brzegu. Dozwolone jest pominięcie dowolnej liczby pętli tylko trzeba pamiętać, że w klasyfikacji końcowej liczyć się będzie po pierwsze liczba ukończonych okrążeń, a w drugiej dopiero kolejności ich czas. Ćwiczyłem to w Polsce na zbiorniku w Międzyrzecu i odcinki 5,6 km wchodziły mi mniej więcej po 50 minut. Tylko, że zrobiłem takie dwa z rzędu. A jak będzie po 5 lub 7 okrążeniach, czy będę miał jeszcze siły? No i pogoda, zwłaszcza wiatr będzie miał duże znaczenie. Koszulkę dostałem z numerem 113. Śmiałem się, że 13 to moja szczęśliwa liczba. Przed 9:00 zszedłem na wodę i ustawiłem skromnie z tyłu, na linii startu. Sprawdziłem wodę – ciepła. Jak nawet wpadnę to tragedii być nie powinno. Przypiąłem leash do kostki. Ubranie to spodnie letnie Dobsom, długi rękaw ze spandexu, wodne buty, plecak biegowy z bukłakiem, drobne przekąski, czapka „kibucówka”, Garmin na ręku. Na brzegu zostawiłem dodatkowe jedzenie i picie oraz ubranie na zmianę. Obawiałem się o bezpieczeństwo rzeczy najważniejszych: telefon, dokumenty i pieniądze, więc to zabrałem w wodoodpornej torbie na deskę. Byłem przygotowany.

Gotowy do startu

O równej godzinie 9:00 Vincent dał strzałem sygnał do startu. Wszyscy wcisnęli wiosła do wody i ruszyli z kopyta. Woda się zagotowała. Niepewnie stałem na tej swojej desce myśląc „byle tylko nie wpaść, byle nie wpaść tu przed wszystkimi kibicami - bo będzie wstyd”. Powoli ruszyłem za wszystkim wzdłuż plaży na zachód, do pierwszej, żółtej boi Restube. Tuż przede mną dwoje dzieci na dmuchańcach – te mają pętlę mniejszą, 2 km. Dorośli z czołówki wystartowali mocno. Widać było wyraźnie pierwszą trójkę wykorzystującą „drafting” – ustawienie tuż za inną deską, aby płynąć szybciej. Niektórzy inni też to robili, pozostali – tak jak ja – płynęli swoim tempem, swoją trasą. Za pierwszą boją ostry zwrot na wschód i wiosłowanie do kolejnej boi. Była prawie 2 kilometry dalej, przy przystani po południowej astronie zalewu. Nie widziałem jej, po prostu płynąłem za wszystkimi. Jako ostatni wprawdzie, ale nie odstawałem daleko za „wężem” zawodników. Wtem Francuska na dmuchańcu płynąca tuż przede mną wpadła do wody. „You OK?” – zapytałem? „Chyba w coś uderzyłam” – odpowiedziała. W co mogła tu uderzyć? Pomyślałem. Woda pod deską przejrzysta i głęboka. Czyżby jakaś ryba? Jakiś kuzyn potwora z Loch Ness? Przy przystani, od strony południowej zalewu wiatr był już wyraźnie bardziej odczuwalny, fale też większe. Skręt przy boi i kierunek na północ, do trzeciej ostatniej boi. Tam, od północnej strony woda znowu stawała się spokojniejsza. Zwrot na zachód i ostatni, krótki odcinek do mety. Ukończyłem pętlę w około 50 minut, miałem 10 na odpoczynek. Nie było źle. Francuska, która wróciła samodzielnie na metę wyjaśniła mi, że powodem wpadki było… zgubienie fina. Po prostu zbyt słabo go zamocowała i się odkręcił. Deska gwałtownie skręciła i wpadła. To źle ale i dobrze, że jednak nie kuzyn potwora z Loch Ness. Ufff...

Mój Garmin widział to tak

Ta pierwsza pętla pokazała mi wyraźnie, że z nikim się tu nie pościgam. Ludzie, nawet starsi ode mnie są tu lepsi technicznie, szybsi, silniejsi i mają dużo lepszy sprzęt. Nie będę się starał dogonić kogokolwiek, lecz będę chciał robić wszystkie 10 pętli w czasie. Jedyną moją nadzieją była wytrzymałość. Może nie wszyscy zawodnicy zrobią wszystkie 10 okrążeń, a jeśli ja zrobię 10 to finalnie mogę nie być na ostatnim miejscu klasyfikacji. Jak się potem okazało ten tok rozumowania był słuszny.

Na drugim okrążeniu, które pokonałem w podobnym czasie, wpadłem na chwilę do wody. Była tak jak już pisałem ciepła, więc szkody żadnej nie było. Nawet mnie trochę orzeźwiła. Na brzegu znowu 10 minut odpoczynku i o pełnej godzinie jazda dalej. Minęła 3-cia i 4-tra pętla. Na którejś z nich Francuska na „dmuchańcu” w ogóle nie wystartowała, czułem się przez to samotny, bardziej oddalony od reszty. Od piątej pętli poczułem już zmęczenie, trochę drętwienie stóp bo cały czas stałem. W głowie zaczęła się sączyć myśl – „a może tak godzinkę odpocząć?” Na razie wiosłowałem i wypłynąłem na 6 pętlę, która okazała się najgorsza. Nadchodził deszcz i zerwał się silny wiatr. Przy północnej stronie (zawietrznej) problemem nie był, ale gdy dopłynęliśmy na nawietrzną, w okolice przystani przy drugiej boi – to dopiero było. „Ja się przecież nie zapisywałem na surfing” – myślałem desperacko usiłując trzymać równowagę i wiosłować. Szczęście w nieszczęściu było takie, że wiatr był silny, ale w plecy. Wiało od północnego zachodu a płynęliśmy na wschód. Momentami czułem, że deska jakby płynie na niewielkiej fali. „Ciekawe jaki czas okrążenia teraz wyjdzie?” – rozmyślałem. Tymczasem zauważyłem, że jedna z dziewczyn chyba spanikowała i najkrótszą drogą popędziła do mety, pozostałe trzy czy cztery osoby albo przysiadły albo przyklękły na swoich wąziutkich deskach. To i ja nie miałem wyrzutów sumienia – przez kilometr największego bujania wiosłowałem na siedząco. Kończąc pętlę na mecie byłem dumny, że dopłynąłem. Podniosło to morale i już nie chciałem zostawać na odpoczynek. Przebrałem się tylko w cienką piankę, w razie gdyby przyszło wpadać - będzie ciepło. Tak jak na poprzednich przerwach podjadałem przygotowane banany, batoniki, żelki. Pozostały 4 ostatnie okrążenia.

Dekoracja najlepszych

Końcówkę robiłem w podobnym stylu i podobnym czasie, co okrążenia poprzednie. Tempo miałem stabilne 49-55 minut na okrążenie od początku, do końca wyścigu. Na ostatnich trzech odcinkach, zaczęły mnie boleć ramiona i plecy. Trochę zmieniłem technikę wiosłowania, aby dąć im odpocząć. Na szczęście wiatr nie był już tak silny, jak na 6 pętli, ale przyszedł deszcz. Wtedy ubrana przeze mnie pianka bardzo się przydała. Wiosłując w deszczu, na średnich falach myślałem jak tam mój namiot na camperplaats - czy mocno nasiąka wodą. Znowu dopłynąłem ostatni lub przedostatni. Tak samo było na ostatnim okrążeniu. Dopłynąłem szczęśliwie w 50 minut, odcisków na rękach nie miałem. Pozostało zdjąć piankę, wykąpać się w jeziorze, wysuszyć i spakować deskę, portem pójść na drobny poczęstunek (duży hod-dog z budki na plaży), koncert jakiegoś bandu oraz ogłoszenie wyników i dekorację. Byłem zmęczony ale szczęśliwy, że przepłynąłem bezpiecznie, że udało mi się ukończyć wszystkie 10 okrążeń. Choć często zamykałem pętlę jako ostatni to wstydu nie czułem. Niektórzy mi gratulowali, że na „dmuchańcu” to całkiem dobry wynik.

Impreza na plaży po zawodach

23 sierpnia, niedziela

W powrocie na lotnisko Charleroi bardzo pomógł mi Vincent, który nie znalazł nikogo, kto by jechał po zawodach do Charleroi więc sam mnie zawiózł te 30 km na lotnisko. Vincent – jeszcze raz bardzo dziękuje. W Warszawie w pociąg i przed północą byłem w Białej Podlaskiej. Cztery dni po zawodach organizator opublikował oficjalne wyniki. Wśród mężczyzn zająłem 13 miejsce na 17. Kobiet startowało 8. Do tego były wyścigi zespołowe. To 13 miejsce dało mi przeskok w SUP World Ranking z 40 miejsca (252 punkty) na 28 (328 punktów). Notowanych jest 157 zawodników.

Niedziela rano, gotowy do powrotu. W tle parking dla kamperów

Wyjazd oceniam jako udany. Choć wolę liniowe wyścigi „od–do” a nie ileś pętli po tej samej trasie to podobało mi się. Kto by chciał spróbować wystartować w przyszłorocznym The Longest Day – polecam.

Belgian SUP Tour - LINK

piątek, 31 lipca 2026

8. Maraton Kajakowy na Wieprzu - relacja


Maratony kajakowe na Wieprzu organizowane są corocznie, od 1919 roku. Głównym animatorem wydarzenia jej Lokalna Grupa działania „Zielony Pierścień” ze Zbigniewem Pacholikiem na czele. Bazą dawny dworek Kossaków w Kośminie, tuż nad rzeką. To tu urodziła się Zofia Kossak -Szczucka, wybitna przedwojenna pisarka i działaczka katolicka. Była córką Tadeusza Kossaka, ziemianina, żołnierza, patrioty, sympatyka Narodowej Demokracji i autora „Wspomnień wojennych” z wojny polsko-bolszewickiej. Tadeusz był bratem bliźniakiem znanego malarza Wojciecha Kossaka. Niestety dziś po uzdolnionej rodzinie niewiele w Kośminie zostało. Dworek z resztkami polichromii, ale bez ruchomości. Te zniknęły w wyniku wydarzeń zawieruchy wojennej.

Grafika: LGD Zielony Pierścień

Zawitałem w Kośminie po raz pierwszy w 2021 roku, podczas 3. Maratonu Kajakowego na Wieprzu. Jako jeszcze niedawno ambitny biegacz ultra podczas zapisów pominąłem krótsze dystanse: na 43 km i 21 km. Od razu wybrałem dystans koronny: 104 km z Lubartowa do Kośmina w maksymalnie 14 godzin. Kajaka swojego nie miałem, ale można było wypożyczyć od organizatora. Wziąłem kajak turystyczny „Wigraszek” – tylko taki był dostępny – i stanąłem w szranki z doświadczonymi kajakarzami w sprzęcie wyścigowym. Pomimo kryzysów w drugiej połowie trasy, momentów zwątpienia, do mety dopłynąłem. Jako ostatni, dwie godziny za przedostatnim kajakarzem, pół godziny przed upływem limitu. Tyłek bolał, ręce bolały ale satysfakcja była. „Nikt na ciebie nie stawiał” – usłyszałem już na mecie, od gratulujących mi ludzi. Pierwszy raz popełniłem 100 km na wiośle. [LINK DO PEŁNEJ RELACJI]

Po raz drugi przyjechałem do Kośmina na 7. Maraton Kajakowy, w 2025 roku. Byłem już wtedy zapalonym SUP-erem. Zbigniew Pacholik udostępnił dwie krótsze trasy także dla kategorii „SUP” więc zapisałem się chętnie, oczywiście na tę dłuższą: 43 km z Jeziorzan do Kośmina w limicie 6 godzin. Finalnie dopłynąłem pierwszy z czasem 5 godzin i 10 minut pokonując kolejnego o ponad pół godziny. Niestety regulamin zakładał, że klasyfikacja powstanie, gdy będą w kategorii co najmniej 4 osoby a tu były trzy, o jedną za mało. Mniejsza jednak o oficjalne klasyfikacje, o pucharki, o nagrody. Dobrze mi się wiosłowało meandrami Wieprza, przy słonecznej pogodzie, wśród pól, pomimo dokuczliwego wiatru od frontu. Zabawa była przednia. Zapragnąłem za rok przyjechać ponownie.

W oczekiwaniu na ósmą edycję Maratonu opisałem swoje dotychczasowe wrażenia w artykule, który ukazał się w najnowszym numerze czasopisma kajakarzy „Wiosło”, nr 1/2026. Strony 22-25. Zapraszam do przeczytania relacji mojej i innych, nawet ciekawszych wspomnień wioślarzy, z Polski i z zagranicy. Numer kosztuje jedynie 16 zł.

Magazyn kajakowy "Wiosło" (1/2026)

W Kośminie po raz trzeci

27 czerwca 2026, upalna i sucha sobota pięknego, polskiego lata. Wcześnie rano jadę z Białej do Kośmina. Tym razem odpuściłem przyjazd dzień wcześniej by nie męczyć się noclegiem w namiocie. Start mojej trasy ma być o 11:00 wyjazd do Jeziorzan godzinę wcześniej. Spokojnie zdążam. Na miejscu jest mój główny i jak się okazało jedyny konkurent na SUP-ie: Patryk Saulus. Ma deskę o takich samych parametrach (14x25), ale jest znacznie lżejszy i mocniejszy. Przegram, ale ciekawe o ile? W związku z tym, że regulamin nie przewiduje klasyfikacji dla dwóch osób rozważam rejteradę. Może by wystartować na trasie krótszej: 21 km? Tam jest więcej SUP-erów. Będziemy klasyfikowani. Proponuję to Patrykowi, ale Zbigniew Pacholik w rozmowie z nami odradza. „Jeśli zostaniecie na tej trasie – nie pożałujecie” – mówi tajemniczo. No to OK, zostajemy.

Pakujemy się do busa. My we dwóch i jeszcze jeden kajakarz – Romek Pyt. Na średni dystans jest dziś wyjątkowo mało chętnych gdyż część z naszej trasy przepisała się na trasę długą, w tym roku wyjątkowo skróconą ze 104 do 71 kilometrów. Powód skrócenia? Upał plus historycznie rekordowo niski poziom wody. Organizator w drodze na start przygotowuje nas na najgorsze uprzedzając o trudnych warunkach. „Jest bardzo płytko. Daję wam tak 6-7 godzin” – szacuje nasze czasy na mecie. Pompuję SUP-a już na miejscu w obawie, aby podczas transportu w słońcu nie strzelił. Na wodzie moczę się intencjonalnie cały, dla ochłody. Tuż przed startem mówię z uśmiechem i optymizmem do chłopaków: „Zbyszek daje 6-7 godzin: postarajmy się go zaskoczyć”. Ruszamy trochę wcześniej niż zakładał regulamin, o 10:43. Jest gorąco dlatego im wcześniej, tym lepiej.

Maraton na Wieprzu, tuż po starcie. Ja i Patryk (na drugim planie)
Zdjęcie: organizator

Pierwsze dwa-trzy kilometry, pierwsze pociągnięcia wiosłem pod mostem w Jeziorzanach i wszystko jest jasne. Szoruję piórem o żwir na dnie. Nie, nie sporadycznie – bardzo często. Chłopcy już na początku trochę mi odchodzą. Ledwie kilkadziesiąt metrów ale już to zapowiada, co będzie się działo dalej. Czasem coś nadrobię ryzykownie ścinając zakole gdy oni popłyną głównym nurtem. Innym razem ryzykując skrót zawieszę się na mieliźnie. Krótki, rzeczny fin, który mam pod deską sprawuje się dobrze, ale nawet na nim da się zawiesić. Szczególnie, że woda do najprzejrzystszych nie należy. Mam na sobie plecak biegowy z bukłakiem, z przodu na bagażniku przypięta mała torba z dodatkową wodą. Jak się potem okazało – zupełnie zbędna. Wyposażenie asekuracyjne stanowi kamizelka pneumatyczna umocowana na pasie. Słońce grzeje, wiatr umiarkowany. Fajnie jest, tylko te płycizny i konieczność ciągłego lawirowania w poszukiwaniu koryta, gdzie głębiej.

Trzeci, może czwarty kilometr – drzewo zwalone w poprzek rzeki, zagradza większość koryta. Można je minąć od lewej, od strony wierzchołka, ale trzeba pewnie przeciągnąć deskę kilka metrów po płyciźnie. Można też ryzykownie popłynąć na prawo, pod pniem zawieszonym kilkadziesiąt centymetrów nad lustrem wody. Chłopcy biorą wersję bezpieczniejszą, obnoszą na lewo po płyciźnie. Ja wiosłuję na prawo, chcę popłynąć pod pniem. „Nisko jest, ale jak się położę to przepłynę” – oceniam szybko. Tak robię i udaje mi się… prawie. Wszystko popsuł luźny leash (sprężysta linka wiążąca nogę z deską), który zaczepił się o gałąź gdzieś pod wodą. Spadłem z deski, zgubiłem wiosło. Tymczasem leash ani myślał się odczepić. Patryk pyta czy OK. „OK, dam radę” - odpowiadam. Mocuję się z tą przeklętą linką, ale zaczep jest gdzieś pod wodą. W końcu nie ma rady - muszę ją odpiąć od deski albo od nogi, wyciągnąć i zaczepić jeszcze raz. Ufff.., udało się. Wskoczyłem na deskę, dogoniłem wiosło, już płynę dalej. Niestety na tej przygodzie przewaga chłopaków urosła do kilkuset metrów. Od tej pory płynę już samotnie. Romka w kajaku prawie nie widzę. Czasem widuję w oddali Patryka, gdzieś na chwilę, gdy znika za zakrętem.

Co dalej na trasie? To co na początku tylko w kolejnych dawkach. Meandry rzeki wśród łąk, wśród pól. Zero lasu. Żar leje się z nieba. Co kilkadziesiąt minut schodzę z deski do tej wody po kolana, po pas i na chwilę zanurzam po szyję. Są zatopione gałęzie i wszędobylskie mielizny. Jak jest bardzo płytko, 30 centymetrów, to dno trochę widać. Przy 50 centymetrach – już nie. Trzeba obserwować powierzchnię wody. Nadbrzeżne rośliny oraz wysokie skarpy nie pozwalają zbytnio na podziwianie terenów poza rzeką. Śladów ludzi niewiele. Nie ma tu żadnych budowli hydrotechnicznych. Przez długi czas widzę charakterystyczną, białą, strzelistą wieżę neogotyckiego kościoła w Sobieszynie z końca XIX wieku. W rzece i tuż nad nią przyroda dzika, ożywiona, najczęściej latająca. Jaskółki brzegówki przemykają nad wodą, chowają do tuneli wydrążonych w pionowym zboczu. Gzy tną umiarkowanie, da się przetrwać. Jest trochę strat po mojej stronie, są i ofiary śmiertelne po stronie gziej. Zdarzają się niestety i widoki przykre: tu utopiony prosiaczek, tam cielaczek; w innym miejscu coś bliżej nieokreślonego: małego, włochatego – pewnie pies lub kot.

Na 20 kilometrze, w okolicach Baranowa, jest półmetek i punkt z zaopatrzeniem. Wody nie biorę, tylko na szybko banan i batoniki. „Ile przede mną jest ten drugi na SUP-ie?” – pytam. „Tak z 8 minut” - słyszę po dłuższym zastanowieniu obsługi. Czyli Patryk odsadził mnie o około kilometr. Dlatego już go nie widuję na mocno pokręconej rzece. Bez zbędnego ociągania, bez wychodzenia na brzeg ruszam dalej w pościg. Potem, już na mecie dowiem się, że prowadzący kajakarz Romek wyszedł na chwilę na brzeg na popas. Patryk to wykorzystał, przemknął szybko i objął prowadzenie. W drugiej połowie wyścigu nie wiedziałem, że przed sobą mam najpierw Romka a dalej dopiero Patryka.

Ostatnie dziesięć kilometrów – już odczuwam zmęczenie. Już odmierzam zmniejszający się dystans. Cieszy każdy ubywający kilometr. Coraz częściej robię przystanki na siedząco, zrobi się z tego ze 30-40% całości wyścigu. Z rzadka klęczę. Na trasie jest jakby bardziej cywilizowanie. Tu i ówdzie grupki po 3-4 kajaki. Najczęściej młodzi ludzie, chłopaki, dziewczyna z chłopakiem. Wiosłują leniwie lub też dają się nieść nurtowi w dół rzeki. Popijają to i owo. Wyprzedzam ich i pytam, kiedy był ten pierwszy na SUP-ie. „Oj dawno, już go nie dogonisz” – podcina mi skrzydła jeden łobuz. Trudno, walczę teraz o to, aby strata była jak najmniejsza. Czekam widoku drutów telegraficznych, domków, a następnie mostu Zofii Kossak. Wtedy będę wiedział, że to już końcówka. Słońce, słońce i zakręty. Za nimi znowu to samo. Kiedy to się skończy?

W końcu jest – nowy, duży most nazwany imieniem autorki „Krzyżowców”. Dopływam do Kośmina. Czas 5 godzin 15 minut. Jestem trzeci, czyli ostatni. Drugi był kajakarz Romek z czasem 5:08. Wygrał Patryk z czasem 5:03. Myślałem, że raczej złamie pięć godzin. Jednak trochę mu zabrakło, ale niewiele. Mój wynik okazał się gorszy od zeszłorocznego o 5 minut. Niewiele to zważywszy, że warunki były dużo trudniejsze, wymagały więcej myszkowania po rzece, z jednego brzegu do drugiego. Dobrze oddaje to porównanie dystansu: w zeszłym roku zrobiłem wg Garmina 41,20 km. W tym roku na tej samej trasie 43,57 km – 2,5 kilometra więcej.


Fajny to był wyścig, miłe było też zakończenie. Tradycyjnie już organizator zgotował na mecie wspaniały, kilkudaniowy posiłek. Główny sponsor – Spółdzielnia Mleczarska Ryki raczyła finisherów swoim smacznym, żółtym serem. Przy drewnianych stołach pod dworkiem Kossaków mieliśmy czas zjeść, napić się, podzielić wrażeniami. W końcu przyszedł moment dekoracji. Wszyscy trzej z trasy 43 kilometry zostaliśmy zaproszeni na podium. Najlepszy z nas – Patryk Saulus dostał karnet na darmowy lot balonem. Rację miał organizator – nie żałowaliśmy startu na naszej trasie. Tak jak w dwóch poprzednich przypadkach, znowu wracałem do Wisznic ze wspomnieniem udziału w niszowych, ale bardzo przyjemnych zawodach.

Maraton w Kośminie. Podium trasy 43 km

środa, 22 lipca 2026

Ostatnia „Tatarska Piątka”

 


Nazwa biegu: XV Tatarska Piątka

Data i miejsce: 19.VII.2026 Studzianka

Godzina startu: 15:15

Dystans: 5280 metrów

Nawierzchnia: polna droga, dwie pętle.

Pogoda: ciepło ale pochmurno.

Liczba zawodników: 50 osób

Mój numer startowy: 29

Mój czas i miejsce: czas 21:30, miejsce 5 OPEN

Zwycięzca: Tomek Skóra (19:07)

Koniec pewnej historii

Mój trzeci i niestety ostatni start w Studziance koło Łomaz. Główny organizator Łukasz Węda zapowiedział, że nie będzie dłużej organizował tatarskich biegów. Kilkanaście lat minęło, chłopak w międzyczasie założył rodzinę, ma pracę, dzieci, zdrowie już nie to, nie biega. Rozumiem go, szanuję decyzję i jestem wdzięczny za wszystkie jego sportowe inicjatywy, w których z przyjemnością uczestniczyłem. Pewnie jako regionalista z zamiłowania poświęci się pisaniu. Łukasz - trzymam kciuki, życzę zdrowia i powodzenia. Jeszcze raz dziękuję.

Historia 15 lat biegów w Studziance. Można się było znaleść na zdjęciach...

Bieg

„Szybko, szybko zanim dotrze do nas, że to bez sensu” – mawiał podobno król Julian. Też się spieszyłem do Studzianki, ale z sensem. Wyruszyłem z Wisznic późno a jeszcze musiałem po drodze zabawić w Łomazach. Tak to bywa, gdy zabierasz z Białej „na stopa” podpitego trzydziestolatka, wysadzasz go zgodnie z życzeniem w Łomazach a gdy dojedziesz do domu i wyłaczysz silnik słyszysz cichą muzyczkę dochodzącą spod fotela pasażera. No tak – zostawił telefon. Tyle wiedziałem, że pracuje w tartaku w Studziance i że mieszka w centrum Łomaz. Na szczęście spotkany w Łomazach życzliwy amator piwa i kibicowania na meczach pokierował mnie pod właściwy adres i telefon zwróciłem.

W biurze zawodów byłem 20 minut przed startem. Pośpiesznie przebieram się przy samochodzie bo przecież jeszcze trzeba się rozgrzać. Wtedy ze spodenek wypada mi gumka. Czasu brak na nawlekanie jej z powrotem. Wpadam na pomysł, aby na luźne krótkie spodenki biegowe nałożyć te dłuższe. Może jakoś będzie.

Że „nie będzie” zauważyłem już po kilkunastu metrach od startu. Wewnętrzne spodenki zaczęły mi się zsuwać z tyłka. Co dalej, zatrzymywać się i przebierać? To będzie już po biegu. Nic, tymczasem biegnę, trochę polną drogą, trochę po trawie, pomiędzy koleinami. Wyprzedzam znajomych a tych jest tu nadzwyczaj dużo. Przede mną dawny uczeń Klaudek i jakaś szybka dziewczyna. Tempo na pierwszym kilometrze 4:04, na drugim 4:05. Nie jest źle, tak jak zakładałem po biegu Dywizjonu 303. To tempo mam szansę utrzymać na 5 km biegnąc w startówkach. Na dychę już nie dam rady. Walczę więc dalej. Tylko te spodenki, które zatrzymały się na udach. Dziwne uczucie, ale nie krępują nóg. Trzeci kilometr też 4:05. Stare i wyraźnie już dziurawe startówki od Columbii – te, w których przebiegłem kiedyś maraton w 2:49 - dają radę. Na punktach z wodą tylko się polewam. Pierwsza pętla minęła, jeszcze jedna i meta. Czwarty kilometr – tempo spada do 4:16. Już czuję zmęczenie a do mety jeszcze prawie cała pętla. Na szczęście inni też słabną. Wyprzedzam Klaudka, który daje mi zapraszające gesty ręką, abym leciał naprzód. Dobrze by było jeszcze pyknąć tę dziewczynę (Daniela) ale jakoś ta trzyma się mocno. Nie dość, że nie mogę jej dogonić to jeszcze ona wyprzedza innych i finalnie dobiegnie czwarta OPEN. No trudno, zadowolę się tym co mam. Już widzę metę więc wykorzystuję resztki sił. Ostatnie setki metrów. Aby się nie dać wyprzedzić. Zerkam w tył, jest konkurent za mną, ale chyba nie dojdzie. Wbiegam na metę jako 5 zawodnik OPEN. Czas 00:21:30 brutto. Zająłem 2 miejsce na 9 w kategorii wiekowej M40-49. Pierwszy był w TOP 3 dlatego na dekoracji stanąłem na najwyższym stopniu podium. Fajnie było.

Z ciekawości porównałem rezultat z wynikami II Tatarskiej Piątki z 2013 roku, a potem V Tatarskiej Piątki. Wtedy w obu przypadkach uzyskałem wynik 19:37. Dziś 21:30. Widać, że po kilkunastu latach jestem o około 2 minuty wolniejszy. Niestety lata oraz o połowę mniejsze zaangażowanie treningowe robią swoje.


Najlepsi OPEN

Najlepsze kobiety OPEN

Kategoria M40-49 (trzeci zawodnik już pojechał)



Przy meczecisku - niedaleko jeszcze w 1915 roku stał meczet

wtorek, 21 lipca 2026

(Nie)orientuj się w Mielniku – III Nocny Bieg Terenowy

Grafika reklamowa organizatora

 Średniowieczny gród

„Przypuszcza się, że Gród Mielnicki powstał w 1038 r. podczas wyprawy Wielkiego Księcia Kijowskiego przeciw Jaćwingom. W tym czasie był to teren rywalizacji pomiędzy książętami polskimi i ruskimi. W czasie zwierzchności książąt mazowieckich w 1440 r. od Bolesława IV Mazowieckiego Mielnik otrzymuje prawa miejskie chełmińskie. Pierwsza wzmianka o istnieniu zamku mielnickiego z 1379 r. pochodzi z relacji kronikarza krzyżackiego Wiganda z Marburga. Okres świetności Mielnika przypada na czasy panowania Jagiellonów. W 1486 r. na zamku mielnickim przebywał Kazimierz Jagiellończyk. W 1505 r. oczekiwał tu na koronę Aleksander – przyszły król Polski. Pobyt Aleksandra okazał się bardzo ważny dla miasta. Jako jedno z pierwszych miast podlaskich Mielnik otrzymał prawa miejskie magdeburskie. Tu zostają podpisane dwa ważne dokumenty: unia mielnicka i przywilej mielnicki”

(Zarys historyczny cytowany z informatora turystycznego „Gmina Mielnik” GOKSiR Mielnik)

W XIV wieku Mielnik podobnie jak teren dzisiejszej Białej Podlaskiej, należał do Litwy. Przez Mielnik szły najazdy pogańskich Litwinów na Koronę (Polskę). Fragment mapy "Polska i Litwa w czasach Kazimierza Wielkiego", Atlas Świata, Historia, Wyd. Demart 2010, s. 26-27.

Zawody

Tylko 7,28 km – głosił regulamin zawodów. Dlaczego nie pojechać? Tak treningowo-startowo. Do Mielnika nieco ponad godzina drogi samochodem. Lubię te nadbużańskie rejony: piękne i dzikie przyrodniczo. Ten prom na rzece w Zabużu napędzany siłą mięśni przez dwóch przewoźników specjalnymi, wielkimi kluczami. Podlaski Przełom Bugu etnograficznie ciekawy bo z wyraźnymi wpływami kultury prawosławnej. Święta Góra Grabarka jest niedaleko: jadąc do Mielnika od strony Siemiatycz już widać drogowskazy. Biegłem tu kiedyś Ultramaraton Nadbużański ale tych zawodów – na orientację jak zdaje się sugerować nazwa – jeszcze nie. W formie biegowej jestem średniej, na pewno dużo gorszej, niż przed pandemią, ale może nadrobię nawigacją?

Zapada ciepły, spokojny i słoneczny wieczór. Dojeżdżam do sennej wsi, jeszcze sto lat temu miasteczka. Wiem, że zanim dotrę do centrum mam się wbić w lewo pod górę, w ulicę Dębową, przy której stoi wieża widokowa. To tu jest biuro zawodów. Na miejscu już stoi dmuchana brama startowa Time2Go, już truchtają nieliczni biegacze. Ale zaraz zaraz - ubrani jak do ulicznego biegu liniowego. Jak to? Chwila rozmowy z jednym z uczestników, który tu kiedyś startował i sprawa się wyjaśnia. To nie jest bieg na orientację. Kompas nie jest potrzebny, tylko latarka czołówka. Mapy żadnej nie dadzą, trzeba biec za strzałkami i podbić 6 punktów kontrolnych (PK) u strażaków rozstawionych w lesie. No pięknie, czyli moje orienterskie doświadczenie na nic się tu nie zda. Trudno, pobiegnę i to, na ile dam radę. Po odebraniu pakietu startowego robię przemeblowanie wyposażenia. Jest sucho więc buty INOV-8 z agresywnym bieżnikiem wymieniam na kapciowe, szosowe Merrelle. Zamiast spodni na krzaki Dobsom zwykłe spodenki bawełniane „podomki”. Kompas zostawiam. Lekka rozgrzewka i jestem gotowy do startu. Ten ma być o 21. Ludzi jakoś mało i dziwię się, że w ogóle jest limit 50 osób. Są przecież nagrody finansowe, 400 zł za pierwsze miejsce, 300 i 200 za kolejne. Co tu jest nie tak?

Zdjęcie: Gminny Ośrodek Kultury, Sportu i Rekreacji w Mielniku

Odprawa przedstartowa. Widzę po sylwetkach i ubraniu,  że jest trochę szybkich biegaczy, są ładne dziewczyny o zgrabnych nogach. Organizator mówi mi, że nie powinno być problemów z orientacją, że strzałki kierują tak jednoznacznie, że oznaczenie jest jak dla dzieci. OK, zaufam mu. Ostrzega przed kamieniami i korzeniami w „Głogach”, gdzie dobiega się po względnie prostej rozbiegówce. Podobno, łatwo się tam wywrócić. Czym są te „Głogi”? Nie wiem bo tu nie byłem, ale wkrótce się dowiem*.

Start jest interwałowy. Wypuszczają nas co minutę, kolejność zgodna z numerami przypiętymi na piersi. Ja mam 22 czyli spokojnie, mam jeszcze czas. Jeszcze toaleta, zdjęcie przedstartowe dopóki jestem świeży i uśmiechnięty. Zawsze warto zrobić takie zdjęcie wcześniej bo na mecie nie wiadomo jak będzie. Przychodzi mój czas i ruszam.

Jeszcze na świeżo, przed startem

Polna droga, płasko, lekko w dół, za zakrętem lekko w górę. Minąłem chłopaka z czołówką, nie wiem jednak, czy to zawodnik z trasy. W oddali przed sobą widzę światło. To ta dziewczyna, bardzo wysoka, szczupła i o długich nogach. Tempo trzymam około 4:20. Powoli ją doganiam i po 2 kilometrach przeganiam. Zrobiliśmy pętlę, minęło koło 3 kilometrów, blisko połowa. Na razie jest nudno. I wtedy się zaczyna.

Po krótkim odcinku asfaltowym skręcamy w jakąś leśną ścieżkę, ta wije się niemiłosiernie na boki. Do tego co chwila jest w górę i w dół. Podbiegi nie są długie, kilka, kilkanaście metrów ale cały czas jest taka winda. Płaskiego niewiele. Coś jak tor motocrossowy. Tętno skacze mi momentalnie ze 20 jednostek w górę. Dyszę w ciemności jak stary dziad. Przeganiam innego biegacza, zaraz potem się niegroźnie potykam. Podnoszę i lecę dalej. Pojawiają się schodki drewniane i barierki. Nawet liny poręczowe. Wytężam uwagę, aby się tu nie potknąć ponownie bo może być groźnie. Nocą, na szybkim tempie, w takich warunkach o wypadek niełatwo. Tylko gdzie ci strażacy z punktami kontrolnymi? Już połowa trasy, a ja nie mam nawet pierwszego PK. Nic to, ufam organizatorowi i po prostu biegnę za strzałkami.

Tuż przed metą

W końcu jest – pierwszy strażak. Przybija mi na numerze startowym PK 1 i pokazuje, gdzie biec dalej. Czyli jestem na właściwej ścieżce. Mija kolejny kilometr i w zasadzie nic się specjalnie nie zmienia. Sapanie w ciemnościach, Garmin mi potem pokaże, że na tętnie 180. Góra dół, góra dół, schodki, poręcze zwrot i znowu to samo. Kolejne PK zaliczone, kolejne pieczątki na piersi zebrane. Mijam, wyprzedzam. Ktoś biegnie z naprzeciwka. Nie wiem, czy za mną czy przede mną, nie ma czasu zastanawiać się, pogadać. Maksimum uwagi skupiam na dwóch rzeczach: widzieć i nie przegapić strzałek oraz nie potknąć się na korzeniach czy schodkach. Zmęczenie robi swoje i witam się z ziemią po raz drugi. Tym razem grzmotnąłem konkretniej. Nic – podnoszę się i rura dalej. 5 kilometr – do tej pory wszystko pod górę podbiegałem, teraz na największych stromiznach na kilka sekund pozwalam sobie przejść w marsz. Zaczynam być zadziabany. Na szczęście zegarek mówi, że został mniej niż kilometr. Uff…, strażacy czekają na dole, na asfalcie. Znowu krótki odcinek drogą i już w górę, ale tu spokojnie, łagodnie. Już widać i słuchać metę. Wbiegam zziajany. Skończyło się. Sławek mi mówi, że na razie jestem na pudle ale wiem, że to nic nie znaczy. Start był interwałowy, więc po podliczeniu czasu okaże się, kto był przed kim. Robię kilka zdjęć do ilustracji relacji, potem na kawę i słodkiego wafelka. Jest też ognisko i kiełbaska ale jest piątek więc nie dla mnie. Odkrywam, że boli mnie mały palec u stopy. Pewnie w coś przyrżnąłem, ale adrenalina była taka, że poczułem dopiero na mecie. Oby nie był złamany.

Udało się

Finalnie osiągnąłem czas 00:38:03. Miejsce 5 na 26. Wśród mężczyzn też 5. Ciekawe i nietypowe, że kobiet na tych zawodach było prawie tyle samo (12) co mężczyzn (14). Zostaję do zakończenia i gratuluję najlepszym. Wśród mężczyzn wygrał Karol Żwiruk z Białej (00:34:15), wśród kobiet Emilia Radziwońska z Białegostoku (00:41:13). Jeden nie ukończył.


W drodze powrotnej zastanawiałem się nad tym biegiem. Dziwne to zawody, hybryda liniowego biegu górskiego i biegu na orientację.  Fajne, podobały mi się. Formuła jest ciekawa, jakieś nagrody nawet są, więc dlaczego tak mało ludzi? Podejrzewam, że organizator niepotrzebnie straszy tą orientacją w nazwie. Biegi na orientację to nisza. Jak orientaliści przyjadą, to poczują się oszukani, że to nie BnO. Z kolei biegacze uliczni czy ogólnie liniowi jak zobaczą coś o orientacji w regulaminie to się wystraszą i nie przyjadą.

Ja bieg polecam, głównie ze względu na ciekawą i wymagającą technicznie część w „Głogach”. Pełne wyniki na Time2Go.pl#orientujsiewmielniku

#orientujsiewmielniku

*Zespół Przyrodniczo – Krajobrazowy „Głogi” zajmuje powierzchnię blisko 60 ha. Znajduje się przy wjeździe do Mielnika, na lewo od głównej szosy. Utworzony w 1994 roku chroni krawędź przełomową doliny Bugu. Występują tu ciekawe wzniesienia polodowcowe poprzecinane wąwozami utworzonymi przez wody spływające z wysoczyzny do Bugu. Znaleźć można chronione gatunki roślin i ptaków. Na terenie Zespołu przeprowadzono 4 ścieżki edukacyjno-poznawcze o łącznej długości 3,5 km.

"Głogi", fragment ścieżki turystycznej. Zdjęcie z Google Maps. Autor: Janusz Kaczyński

piątek, 17 lipca 2026

X Bieg Pamięci Dywizjonu 303 – relacja


"Dziubek"

Przezywaliśmy go „Dziubkiem” ale przyznam uczciwie, że nie mam pojęcia skąd się wzięło to przezwisko. Może powodem był jego zwyczaj wydymania warg w dzióbek, może była jakaś inna przyczyna, nie wiem.  Był wątłej budowy, średniego wzrostu, aż trudno zrozumieć, jak przeszedł szczęśliwie przeróżne komisje lekarskie którym każdy lotnik wielokrotnie musi się poddać. Twarz miał chudą, włosy czarne i gęste zaczesane w górę, ale stale opadające na czoło w niesfornych kosmykach. […] „Dziubek” Eugeniusz Horbaczewski był pilotem w słynnym Dywizjonie 303 a nieco później w równie słynnej afrykańskiej eskadrze Skalskiego. W tej właśnie eskadrze operującej nad pustyniami i górami Tunezji Horbaczewski pokazał, co naprawdę potrafi zdziałać w powietrzu. A potrafił rzeczywiście dużo. Nie raz i nie dwa dziwili się jego koledzy, sami wyborowi myśliwcy, nie raz i nie dwa o lotach jego i zwycięstwach rozprawiała wielojęzyczna rzesza lotników zgrupowana w alianckim skrzydle myśliwskim zachodniej pustyni. Dość powiedzieć że w okresie od 17 marca 1943 do 10 maja tegoż roku Horbaczewski zestrzelił na pewno 5 samolotów nieprzyjaciela. O tym jak wysoko wtedy już ceniono „Dziubka” świadczy fakt, że natychmiast po zakończeniu kampanii w Afryce i po rozwiązaniu polskiej eskadry Brytyjczycy ofiarowali mu dowództwo jednego ze swych dywizjonów. Rzecz niemal bez precedensu do w lotnictwie RAF-u rzadko powierzano cudzoziemcom stanowiska dowódcze. […]

Zdjęcie:Wikipedia


Działo się to dnia 18 sierpnia 1944 roku. Kapitan Eugeniusz Horbaczewski prowadził swój dywizjon na lot bojowy, na wymiatanie myśliwskie nad Francją […]. Daleko obok rozłożystego lotniska szły obce samoloty o dobrze znanych sylwetkach: niemieckie Focke-wulfy. Wielka formacja 60 maszyn startująca właśnie z lotniska, zapewne wybierająca się na jakąś wyprawę. W podobnych chwilach trzeba działać błyskawicznie, sekundy znaczą bardzo wiele. Wycofać się? Zmienić kierunek? Przecież stosunek sił był tak nierówny. 12-tu na 60-ciu. Można uniknąć walki i odejść, nikt w takich warunkach nie postawi zarzutów, nikt nie potępi. Jeden na pięciu to za wiele. „Dziubek” nie namyślał się, zareagował momentalnie a jego decyzją było krótkie słowo rzucone w mikrofon „atakujemy”. […] Trzeci Focke-wulf zniszczony ręką „Dziubka” kręci śmiertelny korkociąg. Wystarczy na jedną, najwyżej na dwie serie. Może więc jeszcze jeden nieprzyjaciel znajdzie się na koncie Horbaczewskiego? Nachodzi na ogon wroga, naciska na spust działek. I wtedy z tyłu, niespodziewanie pojawia się wydłużona sylwetka a po skrzydłach samolotu polskiego dowódcy twardo dudnią pociski. Nie wiedział „Dziubek”, kiedy go trafiono. Nie wiedział, kto mu zaszedł od ogona. W momencie gdy naciskał spust broni pokładowej by ostatniego przeciwnika posłać w dół stracił przytomność a maszyna jego zwaliła się w morzu płomieni. Zakończyła się powietrzna walka. Polski dywizjon 315 wracał z lotu. Uczucie rozładowania i słusznej satysfakcji pilotów mącił głęboki żal. 16 samolotów nieprzyjacielskich zestrzelonych w jednym spotkaniu to sukces niezwykły, wyczyn zakrojony na miarę gigantów. Jedyny w historii polskiego lotnictwa. Szesnaście zestrzeleń. Straty własne – Jeden. […] Tak walczyli ongiś polscy myśliwcy. Dwunastu na sześćdziesięciu. Tak walczył i zginał pułkownik Eugeniusz Horbaczewski, którego przezywaliśmy „Dziubkiem”

(Bogdan Arct, Rycerze biało-czerwonej szachownicy (audiobook), Storybox.pl, 2019, czyta Sławomir Holland. Rozdział 14: "Dziubek", fragmenty)


Bieg

Nie jest to łatwy bieg uliczny bo w środku wakacji i pagórki. Tak go zapamiętałem w zeszłym roku, gdy wystartowałem po raz pierwszy. Upał, odparzenia na stopach od startówek INOV-8, ale dotarłem do mety na 11 miejscu na 88, z czasem 00:49:20. Nie było źle, w kategorii wiekowej wskoczyłem nawet na pudło.

W tym roku postanowiłem powalczyć ponownie. Dalej biegam: niezbyt intensywnie, ale w miarę regularnie. Niepokoiła waga (81,5 kg) wyższa o kilogram od zeszłorocznej, pozytywem miała być pogoda: 20 stopni, pochmurno, niezbyt wietrznie. Na miejscu dziewczyny z biura zawodów siedziały przy stolikach w kurtkach. Niebywałe, warunki dużo lepsze niż na wcześniejszej edycji. Na bieg pojechałem z Wisznic ze swoim bratankiem Mikołajem, który przyjechał z Wielkopolski do nas na wakacje. Też biega, choć nie tak intensywnie, miał pobiec swoje luźnym tempem, wycieczkowym.

Trasa biegu Dywizjonu 303

Start był o 11:00. 5-minutowe opóźnienie i już stoimy na linii startu. Ja, gdzieś w 2-3 rzędzie biegaczy. Znam swoje miejsce, obstawiam drugą dziesiątkę. Na nosie eksperymentalnie przeciwsłoneczne okulary, na nogach też lekkie INOV-8, ale nie szosówki tylko lekkie, minimalistyczne trailówki.

Start i od razu wybieg ze stadionu prosto pod niewielką górkę. Tu biegnę wolno, aby się nie zajechać „na dzień dobry”, nie potknąć o czyjeś nogi. O nieszczęście w tłoku nie trudno. Skręcamy w główną ulicę w prawo, teraz długa prosta z podbiegiem. Biegnę gdzieś na 13-14 miejscu. Fajnie się biegnie to ryzykuję. Pierwszy kilometr, na górce i pod lekki wiatr – 4:05. W głowie dzwoni alarm „Paweł zwolnij”. Nie słucham bo tak fajnie się biegnie, niby lekko. Drugi kilometr, dalej wyprzedzam, wyszło po 4:08. Trzeci kilometr to samo. Przed wsią widzę ostrzegawczy prędkościomierz, który nie mając samochodów jakimś cudem zmierzył prędkość grupie biegowej i pokazał 15/km na godzinę. Zielona buźka się uśmiecha i dziękuje. Pięknie!


Trasa jest lekko pagórkowata, wiatr średni a ja czuję, że zaraz zacznę płacić za ułańską fantazję. Na 4 kilometrze znowu podbieg więc sumarycznie wychodzi po 4:32. Piąty znowu szybciej bo co prawda nie szarżuję już niczym nosorożec, ale trzymam się koło 4:20. Myślę, że nawet nieźle bo w zeszłym roku miałem średnią prędkość 4:23. Jest duża szansa na poprawienie się. Stawka się rozciągnęła. Wody nie piję, tylko polewam po głowie. Minął mnie znajomy Jacek z Białej i popędził do przodu. Ciekawe, gdzie jest Kasia, która z nim jeździ? Chyba za mną.

No i przychodzi ten 7 kilometr, czas załamania - czas, gdy się wszystko posypało. Co się stało? Kolka. Łapie, trzyma, nie puszcza dziadyga. To robię to, co wiem, że zrobić trzeba: zwalniam i w biegu skłony: to na jeden to na drugi bok. Nie przechodzi. Mija mnie 2 biegaczy, w tym jeden z mojej kategorii wiekowej. Coś mówi w przelocie, aby cisnąć. „Kolka” – tłumaczę. Dopóki się jej nie pozbędę, nie da rady. Tak biegnę i schylam się przez kilkaset metrów, odpoczywam w tempie 5:00. Głowa chce biec szybciej, ale cóż, gdy nogi i brzuch nie dają rady?

Ósmy kilometr – wracam do życia. Kolka puściła, znowu biegnę po 4:20. Tych dwóch ciągle przede mną. Biegniemy mniej więcej równym tempem. Młodego nawet doganiam i wyprzedzam. Zostały ostatnie kilometry. Pagórki są dalej, a wydawało mi się, że w II połowie ich nie ma. Źle zapamiętałem. Odwracam się za siebie i pytam zdyszany „Jaka kategoria?” Ten, że M30, czyli spokojnie, nie walczymy ze sobą. Chyba, że w OPEN. Kolejny kilometr, chłopak wyprzedza mnie mówiąc, że „jednak spróbuję (powalczyć)”. OK, powodzenia mu życzę. Ja biegnę swoje. Tempo 4:14-4:25, zależnie od warunków. Jedenasty kilometr ładnie: 4:08. Na metę wbiegam z wynikiem 00:48:57 brutto. O 23 sekundy lepiej, niż rok temu, pomimo wyższej wagi. Średnie tempo też lepsze: 4:19. Niestety w lepszych warunkach to inni pobiegli lepiej. OPEN byłem 18 na 88 a w kategorii M40 siódmy na 25.


Już z Mikołajem nie czekaliśmy do zakończenia, do losowania nagród. Po wciągnięciu smacznej zupy przebraliśmy się i do domu. Bieg był dla mnie nierówny bardzo, ale jako trening bardzo dobry. Widzę, że nie mogę szarżować z tempem 4:05 na dychę. Nie utrzymam tego. Może na piątkę, ale nie dalej. Stopy niestety znowu trochę odparzyłem, trochę obtarłem. Cóż, takie ryzyko biegów.

Pełne wyniki na Time2Go.pl

piątek, 26 czerwca 2026

MiG-iem po lesie – podejście drugie

Podium TS + organizatorzy

Nazwa zawodów: XV Mistrzostwa Gminy Garbów w Marszach na Orientację

Data: 20 czerwca, sobota

Miejsce: Wola Przybysławska koło Lublina

Formuła zawodów: rogaining, 20 PK, 90 minut.

Mapa: 1:10.000, czarno-biała, częściowo aktualizowana.

Startujących w kategorii TS (seniorzy) – 12

Mój wynik: 2 miejsce, 16/20 PK zaliczonych w tym 1 stowarzysz.

Czas na trasie: 91 minut.

Pogoda: upał 30 stopni, słonecznie, sucho.

Mapa z naniesionym śladem GPS z mojego zegarka

Wrażenia

To mój drugi start w tych zawodach. Poprzedni był w 2018 roku i wtedy wygrałem. W tym roku miałem nie startować, lecz Piknik Biegowy „Biała Biega” zaplanowany na połowę czerwca został niespodziewanie odwołany i to sprawiło, że zacząłem się rozglądać za zawodami zastępczymi. Padło na MIG-a, przy okazji można było coś załatwić w pobliskim Lublinie.

Na miejsce jechałem z Białej blisko 2 godziny. Miejsce startu znalazłem bez większych problemów bo było tam, gdzie kilka lat temu: na początku sporego lasu na wschód od Woli Przybysławskiej, po drodze do Meszna. Biuro zawodów? Tak szumnie bym tego nie nazwał bo był samochód, stolik rozkładany przy drodze, kilka krzesełek i 2-3 organizatorów. Można powiedzieć „biuro mobilne”. Dookoła kręciło się kilkadziesiąt osób, głównie dzieci i młodzieży. Widać było, że większość nastawiona jest na spokojny marsz z mapą. Wyglądających na typowych biegaczy dostrzegłem zaledwie kilku. Przebrałem się, nawodniłem, przygotowałem wszystko, co trzeba. Plecaka postanowiłem nie brać, pomimo upału. Tylko 90 minut – jakoś to wytrzymam bez picia.

Start był interwałowy - każdy miał inną godzinę startu. Swoją mapę otrzymałem jako jeden z ostatnich. W 2 minuty wyrysowałem optymalny w moim mniemaniu wariant przebiegu i rura. Po kilkuset metrach – stop! Przebiegłem banalnie łatwy PK (punkt kontrolny) nr 10. Musiałem wrócić. Dobrze, że nie daleko. Zły to jednak prognostyk na dalsze 19 punktów, jeśli wtapiam na tak prostych zadaniach.

Długi przelot asfaltem do PK 38. Wszedł gładko. PK 24 – kolejny na liście, już jednak nie. Szukałem go tam gdzie trzeba, lecz… nie z tej strony drzewa. Jakaś pani mi pokazała z daleka, że na drzewie obok mnie przybity jest lampion. Dziękuję! Kolejny PK 23 – na skrzyżowaniu dróg – wszedł lekko. PK 33 – kolejny – wydało mi się, że dobrze zaliczyłem a tymczasem w domu, po naniesieniu śladu GPS na mapę okazało się, że byłem kilkadziesiąt-100m przed nim. Musiałem zatem przybić stowarzysza. PK 34 i PK 42 weszły lekko. Minęło pół godziny. Miałem jeszcze godzinę na resztę punktów. Może zdążę?

I wtedy przytrafił mi się PK 41. Dochodziłem, szukałem, czesałem krzaki – i nie mogłem dojść. No nie tu. To gdzie? Po stracie kwadransa wybrałem desperacką opcję, że cofnę się do PK 34 i wejdę na niego od strony wioski Kruk. Bingo! Zadziałało. Był w dolince na polu, w zagłębieniu chyba po jakiejś sadzawce. Ze 20 minut tu straciłem, wszystko przez mój brak precyzji. Po prostu szukałem go 100 m za wcześnie, nie po tej stronie drogi.

Moje "czary-mary" przy PK 41

Kolejne punkty: PK 36, PK 40 i PK 35 weszły gładko. Były położone na charakterystycznych elementach rzeźby terenu lub przy drogach. Nie były trudne. Dopiero PK 31 znowu wybił mnie z rytmu. Zagłębienia z punktem szukałem ciut za daleko przez co znowu zmitrężyłem z 10 minut. Wiedziałem już, że wszystkich punktów w limicie nie zbiorę gdyż zostało około 20 minut i 8 punktów.  Postanowiłem poszukać jeszcze PK 30 w jakimś obniżeniu terenu w lesie. Wszedł, aczkolwiek musiałem zatoczyć koło w miejscu, gdzie powinien być.

Zostało mniej niż 10 minut więc odpuściłem PK 21 i zdecydowałem gonić do głównej drogi leśnej. Jak to zrobiłem, że poleciałem na wschód zamiast na północny wschód – nie wiem do dziś. Miałem jakieś zaćmienie umysłu i przez to nadłożyłem drogi. Na tej głównej drodze, dosłownie w biegu przybiłem jeszcze PK 22, potem również w biegu 2 kolejne łatwe punkty: PK 14 i PK 12. Pędziłem ile miałem sił do mety bo wyobrażałem sobie, że lepiej nie mieć punktu, niż spóźnić się minutę. I tu był mój błąd gdyż za spóźnienie minutę było 25 punktów kary a za najtańszy nawet punkt – 100 punktów. Innymi słowy opłacało się spóźnić, jeśli była okazja podbić po drodze szybkie i łatwe punkty. Paweł – następnym razem czytaj dokładnie regulamin!

Dobiegłem mając zaliczonych 16 PK na 20 PK. Czas: 91 minut. Byli już chłopcy-biegacze ale to, że byli, nic nie znaczyło. Nie wiadomo było jakie i ile mieli punktów, w jakim czasie zrobili trasę. Fajny jest ten rogaining – biegniesz, mijasz się z kimś i aż do ogłoszenia wyników nie wiesz, kto prowadzi. Każdy mógł robić inny wariant, wystartować w innym czasie, w innym czasie wrócić.

Po godzinie czy dwóch, chowaniu się w cieniu, upieczeniu kiełbaski przy ognisku na pobliskiej łące, wypiciu soku z wodą ogłoszono wyniki. O dziwo byłem 2 na 12. Myślałem, że z tymi babolami będę poza podium a tu takie miłe zaskoczenie. Oprócz dyplomu i gratulacji dostałem termos. Miło.

Fajne te zawody. Takie bardzo rodzinne, amatorskie, kameralne. Ale przecież tak naprawdę nic więcej nie trzeba. Opłata symboliczna -20zł- nie rujnuje budżetu. Nie ma napinki na wielkie ściganie na wielkich zawodach. Jedni sobie chodzą z mapą, inni biegają. Bardzo fajne wydarzenie jako zawody i jako trening. Świetnie, że MIG - z tego co mi mówiono - po 3 latach nieobecności wrócił do kalendarza zawodów. Kolejna impreza na orientację w tym samym miejscu odbędzie się jesienią. Warto obserwować jej stronę [LINK]


Dziękuję organizatorom (Marcin Filipiak i Sławomir Juraszewski) oraz Wójtowi Gminy Garbów za świetną zabawę.