poniedziałek, 9 lutego 2026

Roztoczańska Mordęga – powrót do długich tras na orientację


Piękną mamy zimę w tym roku. Tak - wiem, że się powtarzam i wiem, że zupełnie inną opinię mają na ten temat kierowcy, zwyczajni spacerowicze, osoby, którym brakuje na opał i SUP-erzy. Ale dla biegaczy, zwłaszcza tych terenowych zima jest bajkowa. Po lekko górskim biegu w Kielcach postanowiłem przeprosić się z kompasem. Niestety problemem dla orientalistów ze Wschodu jest brak długodystansowych imprez w bliskiej okolicy. Piesze maratony na orientację na 50 km i 100 km rozgrywane są w centrum lub na zachodzie Polski. Przeglądając kalendarz trafiłem na zapowiedź „Roztoczańskiej Mordęgi”. Pod Zamościem czyli niezbyt daleko. Co prawda najdłuższa trasa tylko 25 km ale za to na Roztoczu, w piękniej zimowej scenerii. Od razu przypomniałem sobie niezapomniane roztoczańskie „Skorpiony”, na których przed laty tyle razy walczyłem z różnym skutkiem. Może tu będzie podobnie? 25 km z dużą ilością punktów, w trudnych warunkach też potrafi porządnie sponiewierać. Zapisałem się. Na liście było niewiele osób, około 20 na trasę 25 km, nieco więcej na trasę 10 km i krótkie trasy dziecięco-familijne. Cóż, będzie kameralnie.

Do Zamościa dojechałem w przeddzień startu. Wieczorem mała pizza na starym mieście, nocleg w Hostelu „Starówka”. Rano wyjazd do miejsca startu – wsi Wierzchowiny. Po wpisaniu w Google okazało się, że to miejscowość z tragiczną historią. Blisko 200 jej ukraińskich mieszkańców zostało latem 1945 roku zabitych przez oddział NSZ pod dowództwem Mieczysława Pazderskiego pseudonim „Szary”. Podobno mieszkańcy ci mieli wyjątkowo antypolskie nastawienie: w czasie wojny kolaborowali z Niemcami a tuż po niej zasilili szeregi milicjantów i „uzbrojonych bandytów” (UB). Wśród „Eneszetowców”, którzy brali udział w akcji w Wierzchowinach około 1/3 pochodziło z Wołynia co w pewnym stopniu tłumaczy ich wrogość wobec osób narodowości ukraińskiej. Po akcji narodowi partyzanci byli tropieni przez silną grupę pościgową sowieckiego NKWD i zostali wystrzelani. Krew za krew, wendetta za wendettę - takie były smutne realia w okupowanej i powojennej Polsce. Czytając takie historie człowiek bardziej docenia, że żyje w czasach współczesnych. Przyjemniejsze konteksty historyczno-przyrodnicze zostały nam przekazane na odprawie. Otóż teren naszych przyszłych zmagań to dawne lasy ordynacji Zamoyskich, dziś przylegające do Roztoczańskiego Parku Narodowego. Mieliśmy w nich spotkać m.in. dawne nasypy kolejowe. Mapa w nietypowej skali 1:17500 (jeden centymetr to 175 metrów), z północą zorientowaną ukośnie miała dwie strefy. Cześć bliżej bazy to zwykła mapa do BnO z zaznaczoną przebieżnością lasów, drogami i dróżkami. Część dalsza to Lidar – mapa pokazywała głównie rzeźbę. Nie miałem pojęcia jak będzie mi się po tym biegało. 22 PK do zebrania w limicie 360 minut zapowiadało, że będzie co robić. Ubrałem sprawdzony sprzęt, ten sam co od lat. Plecak Camelbak z jedną butelką sprawdzonego Kubutka, jeden żel (nie zjedzony), spodnie zimowe Dobsomy, buty INOV-8 ze stuptutami, u góry dwie warstwy i czapka. Rękawiczki zabrałem ale niepotrzebnie. Całą drogę przesiedziały zatknięte za pasem. W plecaku obowiązkowa apteczka pierwszej pomocy, telefon, kamera sportowa, na ręku dwa zegarki: Garmin do zapisu tracka i zwykły Timex ze stoperem do nawigacji. Po raz pierwszy w życiu założyłem okulary i całą drogę w nich biegłem. Niestety w moim wieku, z moim wzrokiem bez okularów nie widziałbym na mapie poziomic ani dróg.


Przebieg trasy (symulacja wyścigu n Livelox)

Kilka minut przed 9 rano dostajemy mapy. Jakiś życzliwy zawodnik z krótszej trasy pożycza mi zakreślacz, którym planuję wariant na mapie. Uwijam się szybko bo i sygnał do startu już był, znowu jestem spóźniony minutę lub dwie. Po wyjściu z bazy od razu skręcam w prawo, do PK 23. Optymalnie by było, gdyby wszyscy robili trasę w odwrotnym kierunku, wtedy nie czułbym presji ścigania. Coś takiego może niepotrzebnie wyeksploatować siły, daleko przed metą. Niestety, przed sobą widzę dwóch chłopaków. Wybrali ten sam wariant, co ja. Trudno. Równocześnie dobiegamy do PK 23 ustawionego za przydrożną kapliczką. Punkt łatwy - podbijamy kartę i lecimy dalej. Wychodzę na prowadzenie ale chłopaki są niedaleko za mną.



Kolejny na mapie PK 13 wchodzi łatwo, podobnie następny PK 16. Punkty mają charakter zawieszanych, szmacianych lampionów  z perforatorem - nie biało czerwonych kartek przybijanych na drzewie. Nie są jakoś szczególnie poukrywane. Brak liści na drzewach oraz kontrastujący z bielą i szarością czerwony kolor sprawiają, że często widać je z odległości 100 metrów. Pod względem nawigacyjnym początek trudny nie jest. Co innego teren. Wyjeżdżona droga dawno się skończyła. Teraz brniemy przez mokry, ciężki śnieg powyżej kostki. Temperatura około zera stopni. Biegać od biedy się da, ale nawet trucht pochłania dużo energii. Już widzę, że zawody będą bardzo wytrzymałościowo-siłowe, nie szybkościowe. Wygra ten, który będzie dobrze nawigował i da radę jak najdłużej utrzymać się w biegu.

PK 17 już jest nieco trudniejszy bo położony przy mało uczęszczanej dróżce, blisko granicy Parku. Udaje się go jednak podbić bez pudła. Dalej długi przelot do PK 35. Wiem, że jestem na dobrej drodze bo są parkowe tabliczki, jest też oznaczenie biało zielonego szlaku, który pokazywano nam na odprawie. Drogi nadal ciężko przebieżne, nic tędy nie jeździło, nie ma nawet wąskich kolein. Wobec powyższego tnę na przełaj. Za 35 podbitą sprawnie myślałem, że jest droga. A guzik – to rów. Trochę nim biegnę, a trochę idę do PK 24 położonego na skraju wysoczyzny. Do tej pory jest płasko i z ciekawością czekam na bardziej urozmaicony teren. To już strefa lidarowa. W końcu widać pagórki, odbijam w prawo i zaraz na cyplu jest punkt. Lecę dalej, do PK 28 czymś co miałem nadzieję będzie drogą. Figa – znowu rów. Nic to, dobrze, że jest w terenie coś, o co można się nawigacyjnie zahaczyć. Długi przelot do PK 28 - jak zwykle w śniegu za kostkę - kończy się sprawnym podbiciem punktu. Teraz PK 31. Stoi w środku lasu, daleko od jakichś charakterystycznych miejsc, potencjalnych punktów ataku. Czuję, że może sprawić problemy. Idę, biegnę po rzeźbie, wzdłuż wysoczyzny. Trzeba się wbić w dróżkę w lewo. Tylko która to będzie? Wbijam się myśląc że to ta. Mija 200 metrów, patrzę w lewo. Nic nie ma. Chyba przestrzeliłem. Dobra, to wracam do wysoczyzny, chcę namierzyć zakręt, w którym wyniesienie skręca na południe. To będzie punkt ataku. Tak robię i znajduję punkt. Trochę tu straciłem ale nie za dużo, może 10 minut. 

Kolejny obiekt do zdobycia to PK 31. Położony przy narożniku pola a zatem łatwy. Potem długi przelot do PK 33, położonego niedaleko gospodarstw. W końcu pojawiają się wyjeżdżone drogi. Dawno ich nie widziałem, aż dziwnie lekko się biegnie. Punkt wchodzi łatwo. Teraz dalej - o nieba - wyjeżdżoną drogą, na czternastkę. Punkt 14 położony na skraju lasu, niedaleko budynku. Powinien być łatwy, tylko te gęstwinki w pobliżu niepokoją. Niepotrzebnie, punkt problemów nie sprawił. Wracając od niego spotykam chłopaków, dawnych znajomych. Wygląda na to, że są kilkaset metrów za mną - o ile robią ten sam wariant. Zatem muszę biec, nie dać się wyprzedzić. Wracam trochę dookolnym wariantem do wyjeżdżonej drogi i z niej wbiegam na PK 26, uczepiony przy jakiejś kapliczce. Znowu długi przelot, do PK 25. Wygląda łatwo bo przy jakimś gospodarstwie (leśniczówka?). Droga jest ujeżdżona, nic tylko biec. Łatwo napisać. To brniecie w śniegu nieźle mnie już wymęczyło. Nogi są jakieś ciężkie, buty się ślizgają. Walczę z sobą by biec, jakkolwiek. 

Po łatwym i szybkim podbiciu PK 25 namierzam się na PK 32 – punkt, którego najbardziej się obawiałem. Położony w samym środku lasu, daleko od potencjalnych punktów ataku. „Jak tu wylecę w kosmos to będę się namierzał drugi raz przez kolejne pół godziny” - pomyślałem. Od gospodarstwa wracam kawałek i skręcam w prawo. Droga? Nie, znowu rów. Ledwie widoczny w lesie, ale jest. Brnę wzdłuż. Dobra nasza, jest drugi rów dochodzący z lewej, potem jest też zakręt. Teraz 100  metrów i powinna być ścieżka prowadząca na punkt. Oto i jest, nawet coś nią jeździło. Może quad? Wkrótce jest i PK 32. Uff.., udało się.

Z PK 32 do PK 18. Tu może być ciężko ale pomagają mi tropy innych biegaczy. Z ich pomocą docieram na PK 18, potem bez problemów PK 27. PK 34 położony jest na skraju lasu, przy myśliwskiej ambonie. Bieg ostatkiem sił, skrajem pola, gdzie nierówne bruzdy wykręcają stopy na wszystkie strony, to istna mordęga. Tak, „Mordęga” to dobra nazwa na te zimowe zawody. Znowu trochę idąc, trochę truchtając docieram do narożnika pola i stamtąd atakuję PK 15. Skutecznie. Kolejny, PK 29 położony jest na skraju lasu, niedaleko narożnika. Namierzenie go to tylko formalność, aby tylko utrzymać bieg. Jakikolwiek bieg. Na szczęście sporo ludzi tu już było, pod nogami widzę coś, co przy odrobinie dobrej woli nazwać można wydeptaną w śniegu ścieżką. Jest coraz lepiej, coraz łatwiej, coraz bliżej bazy.


Podbijając PK 29 zauważyłem zgubioną kartę startową uczestnika trasy TP 10. Zabieram ze sobą z myślą, że przekażę sędziemu. Tymczasem konstatuję, że mam już 19 podbitych PK, zostały ostatnie trzy. Wyglądają na łatwe. Wszystko to uskrzydla, skłania do wykorzystania resztki sił. Dopijam ostatnie łyki z Kubutka. Żelu nie ruszam, już zbyt blisko mety. PK 20 położony jest wśród pagórków, blisko głównej drogi. Nie ma problemów aby tam trafić, tym bardziej, że jest to niego wydeptana autostrada. Biegnąc dalej, do PK 12 widzę po prawej bazę – cóż za piękny, wytęskniony widok. Zostały ostatnie setki metrów. Dwunastka bez problemów, na deser PK 11 – ładnie położony punkt w podmokłym terenie, nad jakimś lokalnym ciekiem. Mijam się tu z uczestnikami krótszych tras, bliskość mety uskrzydla.

Dobiegam do bazy - szkoły w Wierzchowinach po 4 godzinach i 12 minutach od startu. Po oddaniu karty jest jeszcze chwila niepewności bo sędzia nie może się u mnie dopatrzyć podbitego PK 23. Zaniepokojony sprawdzam kartę, niemożliwe, przecież to ten pierwszy punkt, za kapliczką, pamiętam jak go podbijałem w towarzystwie dwóch kolegów. Wszystko się wyjaśnia pozytywnie. Jestem... pierwszy! Myślałem, że będę wysoko bo większość trasy przebiegłem i nie zrobiłem większych nawigacyjnych błędów. Jednak pierwsze miejsce mile zaskakuje. Kolejny zawodnik, Karol Galicz z Warszawy (Bielański Klub Sportowy „Wataha”) przybiegł ok 20 minut później. Opublikowana przez organizatora lista wyników błędnie podaje, że różnica pomiędzy nami wyniosła 5 minut a mój wynik to 13:30. Zarówno Garmin jak i GPS na Livelox podaje czas mojej aktywności: od 9:00 do 13:12. Wbiegając na metę nagrywałem film i wchodząc w drzwi szkoły zapisałem go o czasie 13:14:08 (dane z pliku filmowego). Tak więc mój czas jest około 16 minut lepszy niż podany w oficjalnych wynikach. Organizator sam może to sprawdzić bo przybiegających na metę, przed drzwiami szkoły, łapał na zdjęciach fotograf. Zrobił zdjęcie także mi i wystarczy sprawdzić we właściwościach pliku, kiedy dokładnie zostało zrobione. W sumie trasę 25 km ukończyło 14 osób, z których kompletem 22 punktów może się pochwalić 9 osób.


Wrażenia

Było dobrze, nadspodziewanie. Jadąc myślałem, że będzie krócej i łatwiej. Tymczasem nasyciłem się w pełni szukaniem tych 22 punktów i porządnie sponiewierałem w mokrym śniegu. Spodziewałem się też pagórków, jarów i wąwozów jak na „Skorpionach” w Krasnobrodzie, w Batorzu. Tu było jednak płasko. Fajnie, że oprócz przedstawiciela „starej gwardii” – Hiubiego, który kiedyś organizował Rajdy Dolnego Sanu i z którym przyjemnie było znowu porozmawiać po latach – nikt mnie tu nie znał. Nie miałem ciśnienia na nic. Nie jechałem tu jako faworyt. Ostatnie moje zawody na orientację były 5-6 lat temu. Cieszę się, że nadal radzę sobie z mapą i kompasem, tylko siły już nie te. Już orienterskiej setki nie przebiegłbym na pewno. Sprawdziły się okulary na nosie. Zawody w Wierzchowinach okazały się bardzo i przyjemne i dla mnie szczęśliwe. Organizacja w porządku, mapy porządne, ciekawe, zaktualizowane. Atmosfera miła. Warto tu przyjeżdżać częściej.

[LINK] do Livelox

[LINK] do krótkiego filmu na YT

[LINK] do listy wyników

[LINK] do strony organizatora


piątek, 9 stycznia 2026

Ultramaraton „Piekielna Pętla” – pierwsze ultra od pięciu lat

 

Dlaczego znowu wystartowałem

Tak, wiem. Zarzekałem się, że już tych długich biegów uprawiać nie będę, że po kilkunastu latach mam już dość. Jestem zmęczony, starzeję się. Bardziej zależy mi na ściganiu na SUP-ie na bardzo długim dystansie. Przyszła jednak ładna, mroźna zima, posypało śniegiem. W ostatnich miesiącach biegałem po 100-200 km w miesiącu: niezbyt dużo, ale wystarczająco, aby jakiś maraton albo krótki ultramaraton przebiec. Kusiło mnie coś górskiego i niezbyt długiego. Góry są wszak piękne, a nie byłem w nich w ostatnim czasie. Z Białej Podlaskiej najbliższe góry wznoszą się w Świętokrzyskiem. W święto Trzech Króli (6 stycznia wtorek) zaplanowano tam cykliczną imprezę biegowo-rowerową: Ultra CK Maraton. Były trzy trasy, w tym 2 biegowe: dłuższa „Piekielna Pętla” o dystansie 51 km i około 1500 m+ oraz krótsza „Czarci Oddech” o dystansie 15 km. Wybrałem tę dłuższą szacując, że powinienem dać radę ukończyć. W wyborze tych właśnie zawodów pozytywnym aspektem był wygodny dojazd. Z Białej Podlaskiej do Kielc istnieje w miarę tanie (ok 120 zł w obie strony) połączenie kolejowe via Warszawa. Nocleg zamówiłem w położonym rzut kamieniem od linii startu Hotelu „Maraton” (cena: 130 zł za pokój jednoosobowy). W sumie cały wyjazd, wliczając dojazd, nocleg i opłatę startową zmieścił się w kwocie poniżej 500 zł, a zatem do zaakceptowania. Przygotowałem sprzęt, prowiant i w poniedziałek po południu wyszedłem z plecakiem na stację PKP.


Przygotowanie do startu

W Kielcach byłem wieczorem w poniedziałek. Po przejściu około 3-4 km z PKP do Hotelu, lekturze do poduszki poszedłem spać. Nocą i nad ranem temperatura sięgała -7 stopni Celsjusza. Leżała cienka, kilkucentymetrowa warstwa białego puchu. Miało być pochmurno, lecz prawie bezwietrznie. Po 6 rano zjadłem lekkie śniadanie i ubrałem wyposażenie. Na dół buty La Sportiva z wkrętami w podeszwie i stuptutami INOV-8, spodnie Dobsom zimowe. U góry T-shirt sportowy Columbia, długi rękaw z merino i czerwona bluza Columbia. Na szyi wind-stoper, na głowie zimowy buff, rękawiczki polarowe i Garmin na nadgarstku. Plecak biegowy Camelbak, w nim wyposażenie obowiązkowe: latarka-czołówka, folia NRC, telefon, zapasowa kurtka wiatrówka od Columbii i skarpety, chusteczki higieniczne, mini kamera sportowa, 2 żele, do picia Kubuś Play i 2/3 softflaska z wodą.  W sumie wyposażenie miałem niezbyt ciężkie. W większości był to mój stary, wielokrotnie sprawdzany sprzęt. Miałem wrażenie, że może za dużo zabrałem picia, wszak na trasie co 10-15 km miał być bufet z piciem i żywnością. Dodatkowej kurtki i skarpet normalnie bym nie brał, ale że długo nie biegałem 50 km  to nie wiedziałem, czy nie „spuchnę” w połowie i nie będę musiał iść. Albo czy buty lub skarpety nie skasują mi stóp. Była możliwość zostawienia rzeczy na przepaku lecz  darowałem sobie. To miał być w miarę żwawy wyścig, nie ma co bawić się w przepaki.

Po odebraniu numeru startowego (402), pozostawieniu plecaka w depozycie wysłuchaliśmy odprawy. Na trasę miało wybiec około 110 osób. Poruszać się mamy za czerwonymi strzałkami, w drodze powrotnej oznaczonymi dodatkowo odblaskami, to dla tych – którzy będą robić część trasy po zmroku. Jeszcze zdjęcie przed bramą startową i byłem gotowy.


Ruszamy!

Osób na starcie nie za dużo. Część ma kije, ja startuję bez nich. Większość zabrała biegowe plecaki. Ruszam truchcikiem. Tuż za halą sportową skręcamy do lasu, do miejskiego parku. Na razie płasko lub lekko pod górkę. Wszyscy biegną spokojnie, i ja też w tempie około 6:00 na kilometr. Takie spokojne wybieganie. Dosyć szybko zaczynam czuć, że kostnieje mi twarz od mrozu. Cóż, dużo gadał po drodze nie będę. 

Trasa od początku prowadzi przez las, zaczynamy się wspinać pod górkę. Po pierwszych kilometrach czuję, że tu nie warto już biec, więc przechodzę w marsz. Wspinamy się na Pasmo Posłowickie, którym – jak sądzę będziemy biec grzbietem. Czyli aby do góry, potem tylko na grzbiecie niewielkie windy góra-dół. Jesteśmy na grzbiecie i już zaczynają się ładne widoki – stok w dół na lewo, stok w dół na prawo. Jest górka Biesak (377 metrów n.p.m.). Biegniemy grzbietem porośniętym lasem. Trzeba uważać na korzenie i kamienie, częściowo lub całkowicie skryte pod śniegiem. 

Pasmo kończy się i zbiegamy do Słowika. Jest tu stromy zbieg do trasy 762, którą pokonujemy niewielkim tunelem pod powierzchnią. Za chwilę przebiegamy mostkiem nad rzeczką Bobrzą. Pomimo mrozu i śniegu nie jest zamarznięta. Już oceniam, że fajnie byłoby ją popłynąć na SUP-ie. 

Za Słowikiem zaczyna się kolejne pasmo – Zgórskie. Znowu pagórki i górki porośnięte lasem. Przejście trasy S7 i zaraz strome podejście pod górę. Nie pamiętam już które. Stawka się rozciągnęła. Muszę uważać na podłoże bo suche liście wymieszane są z suchym śniegiem, nie do końca wiadomo po czym się stąpa. Zwłaszcza na zbiegach trzeba uważać. Widzę czasem 2-3 osoby przed sobą. Jakiś biegacz - na oko 60-letni - wyprzedza mnie i nieźle ciśnie. Staram się trzymać jego tempo wpatrując drętwo w łydki. Potem doganiam młodą brunetkę, ma fajnie pokryte szronem, ciemne brwi. Widać, że mróz jest i działa. Już około 20-tego kilometra zaczynam czuć dystans i czuć pagórki. Myślę o oszczędzaniu sił, dlatego tylko naprawdę łagodne podejścia biegnę. Wszystkie bardziej strome – idę. Słucham swojego organizmu. Woda którą zabrałem do softflaska zaczęła zamarzać zamieniając się w mokry śnieg. Wylewam ją, aby mi nie ciążyła. Zostaje tylko 2/3 butelki „Kubutka”.

Kolejny odcinek, aż do skałek w rezerwacie przyrody Góra Zalejowa a potem jaskini Piekło jest w miarę płaski. Tu w zasadzie bieg przez kilka kilometrów przypomina nie tyle bieg górski ile leśny crossowy. Fajnie, bo można odpocząć, nabijać szybko kilometry. Już przebiegliśmy ponad 20 kilometrów, jeszcze kilka i będzie półmetek. Nie mogę się go doczekać, bo wyraźnie już czuję zmęczenie. Biegnę, aby tylko biec. Skałki w rezerwacie są fajne. Tu i ówdzie widać jaskinie, jakieś niebezpieczne dziury. Miejscami jest trudniej technicznie na tyle, że organizator pozostawił biegaczom liny asekuracyjne. Ładnie to wszystko wygląda, jakiś biegacz koło mnie zatrzymuje się i nagrywa relację telefonem. Przy jaskini Piekło czai się fotograf. Chcę przebiec koło niej lecz obsługa mówi, że trzeba wbiec do wnętrza i wyjść dziurą zaraz na lewo. OK, to już wiem skąd nazwa biegu – „Piekielna Pętla” – od tej właśnie jaskini i stojących w pobliżu drewnianych rzeźb różnych piekielnych potworków.

Za Piekłem wracamy powoli do Kielc, drogą bardzo podobną do tej, którą przybiegliśmy. Znowu odcinek kilku kilometrów względnie łatwego, bardziej leśnego niż górskiego terenu, potem, na ostatnich 15 kilometrach znowu górki. Czasem biegnę nie widząc nikogo. Na pierwszym bufecie mówiono mi, że jestem 22 na 110. Potem kilku wyprzedziłem ale i mnie wyprzedzano. Jeden mijany skarżył się, że wysiadło mu kolano. Cóż, szkoda chłopa. Nie wiem czy skończył. Na kolejnym punkcie pomiarowym informują, że jestem w pierwszej 20-stce. Aha, czyli jest nieźle. Przypominam sobie jak przed przyjazdem czytałem, że w ubiegłorocznej edycji startował tu od nas z Białej Rafał Pajdosz. Zrobił trasę w 6 godzin i przybiegł 7 OPEN. Wiem, że jestem obecnie słabszy od Rafała czyli powinienem przybiec tak myślę, w 7 godzin, może 6:30. Bycie w pierwszej 20-stce na 110 nie będzie złe. Aby tylko jeszcze przebiec te cholerne, ostatnie pagórki. 

Zmuszam się, by biec truchtem wszystko co płaskie lub ledwie, ledwie pod górkę. Żele zjadłem, jeden na 20-stym, drugi na 35 kilometrze. Picia też nie mam, bazuję na tym co dają w bufetach na trasie. A bufety są zaopatrzone nieźle. Są banany, ciastka, ciepła zupa, herbata kawa i cola. Biorę kawę, biorę herbatę. Z doświadczenia wiem, jak bardzo ciepłe picie podnosi morale podczas zawodów na mrozie. Naprawdę, działa to super. Ostatni punkt gastronomiczny jest na 42 kilometrze. 9 kilometrów przed metą. Wyprzedziłem „niebieskiego” ale ten dogonił mnie na punkcie i nie zatrzymując się popędził dalej. Jak się potem okazało już go nie dogoniłem, przybiegł przede mną kilka minut i był z mojej kategorii wiekowej. 

Ostatnie kilometry. Zrobiłem te ostatnie kilka wind góra-dół po stromych, pokrytych luźną śniegowo-liściastą masą zboczach. Na szczęście nigdzie nie wywinąłem orła. Teraz wiem, że już tylko głównie zbieg do Kielc. O – jest wyciąg narciarski, bawią się rodziny z dziećmi. Trasa nasza znowu trzy-kolorowa, czyli jesteśmy blisko mety. Jakiś starszy pan patrzy na mnie i mówi, że teraz będzie ostro. Jakie ostro - przecież już tylko w dół, po szlaku. Jest stromo, jest trochę hopek dla MTB, ale w końcu jest park. Widzę masę biegaczy pnących się pod górę. To piętnastka ruszyła, a miała ruszyć o 14:00-tej. Mówią, że meta za 2 km. Czyli jestem na trasie ponad 6 godzin. To mnie uskrzydla. Ostatnie kilometry już biegnę ciesząc się, że to koniec mordęgi. Wpadam na metę z czasem 6:18:12. Miejsce 17 OPEN na 110, wśród mężczyzn 16. W kategorii wiekowej miejsce 9 na 36. Było 5 DNF-ów, ukończyło według listy wyników 87 mężczyzn i 19 kobiet, ostatni robili trasę prawie 10 godzin.


Jak było? 

Fajnie. To raczej impreza lokalna, nie żaden festiwal z rozmachem. Trasa dobrze oznaczona. Dwa razy miałem momenty zawahania, ale zaraz odnalazłem oznaczenia i nie było większych strat czasowych. Bufety są trzy, dobrze zaopatrzone. Więcej nie trzeba. Trasa jest w połowie, może w maksymalnie 2/3 łagodnie górska, reszta to bieg trailowy leśny. Opłata startowa poniżej 200 zł uważam, że jest akceptowalna. Jak wyglądało zakończenie – nie wiem bo nie widziałem, miałem wkrótce pociąg powrotny do Warszawy i do Białej Podlaskiej.

Cieszę się że tu przyjechałem, że dystans pokonałem, dałem radę. Wynik myślę adekwatny do mojej aktualnej formy. Tyle nabiegałem, na ile mnie było stać. Udało mi się nie zaliczyć wywrotki, nawet buty i skarpety miło mnie zaskoczyły – żadnych obtarć, żadnych odcisków. Są oczywiście zakwasy, ból nóg, pleców i tyłka. Cóż - to i piękno ale i ból biegów ultra.

czwartek, 30 października 2025

Bieg pamięci bohaterskich lotników – dla mnie po raz piąty

Czas: 25 października 2025, start o 18:30, sobota.

Miejsce: Biała Podlaska

Dystans: 5 km

Trasa: ok 85% asfalt, reszta to ścieżki gruntowe w Parku Radziwiłłowskim.

Pogoda: noc, około 8 stopni, bezwietrznie, mokry asfalt po wczorajszym deszczu.

Uczestnicy: 190 biegaczy (130 mężczyzn, 60 kobiet)

Numer startowy: 134

Mój czas: 00:20:00 brutto (00:19:59 netto)

Miejsce OPEN: 27 na 190, 25 wśród mężczyzn

Miejsce w M 41+: 9 na 64

Przed startem

Noc, Park Radziwiłłowski w Białej Podlaskiej, wokół pełno ludzi z czołówkami. Darek daje biegaczom ostatnie instrukcje. Moi uczniowie pomagają zabezpieczać trasę a jeden pierwszak nawet biegnie. Fajnie. Pogoda jest dobra: wiatru nie czuć, jest wilgotno ale niezbyt zimno. Sygnał startu i ruszyliśmy.

Pierwsze setki metrów – aby się w tłumie nie potknąć o czyjeś nogi. Mijamy kibicującego tym razem Rafała i za galerią wybieg na asfalt. Przecinamy ukosem Zamkową i na Narutowicza. Jest sporo osób, biegnie też kilku znajomych. Wyprzedził mnie Jacek, widać dziś jest w dobrej formie. Pierwszy kilometr minął ciut poniżej 4 min/km, nieźle, tylko czy to tempo utrzymam do końca? Wątpię. Skręcamy w Aleję Tysiąclecia, na pierwszy most na Krznie. Wyprzedzam swojego ucznia ale mam wrażenie, że gdzieś tam mi biegnie tuż za plecami. Na mecie się dowiem, że tak rzeczywiście było – przybiegł pół minuty za mną. 

Tymczasem stawka się rozciągnęła. Drugi kilometr minąłem znowu ciut poniżej 4 minut. Dobrze, ale czuję, że zwalniam. Trochę ze zmęczenia, trochę przez lekkie podbiegi na Alei i na Sidorskiej. Wyprzedził mnie wysoki blondyn. Może go jeszcze dopędzę? Dobiegamy do drugiego mostu, tu wyprzedza mnie Marcin, który zupełnie niedawno ukończył Łemkowynę 150 km. Nawet teraz, kilometr przed metą zmęczonym oddechem wyrzucam z siebie gratulacje. Łemkowyna 150 to i dla mnie najdłuższy ukończony marszobieg górski więc mam wyobrażenie, ile wysiłku trzeba włożyć, aby tę błotnistą wyrypę ukończyć.


Ostatni kilometr to parkowa ścieżka oświetlona rozstawionymi lampkami. Przywodzą na myśl zbliżające się Święto Wszystkich Świętych, które już za tydzień. Znowu spotykam Rafała. Za mną blisko nikogo nie słyszę. Z przodu 2 osoby. Długowłosy blondynek świszczy oddechem – chyba przeżywa ciężkie chwile. Już mam się brać za wyprzedzanie gdy niefortunnie potykam o występ na mostku drewnianym w parku i upadam. Kolano lekko rozbite lecz nie marudzę, nie rozczulam nad sobą tylko biegnę dalej. Doganiam i przeganiam blondynka, który nie zdążył zbyt daleko uciec. Zostało kilkaset metrów. Kluczymy po wale imitującym dawne radziwiłłowskie umocnienia. Zabieram się już za kobietę biegnącą przede mną, ale ta nie – zachowała słoik energii na ostatni moment i teraz włącza turboprzyśpieszenie. Wbiega na metę jako 2-ga wśród kobiet. Ja tuż za nią.

Na mecie medal, woda i ciepła herbata a w muszli jest jeszcze smaczna zupa dyniowa. O tak – tego mi było trzeba. Idę po dokładkę. Udany to był bieg – bez rekordów, ale ukończony w przyzwoitym czasie, bez niepokojących sygnałów bolącej nogi. Dziękuję.


W tym roku medal zdobił wizerunek samolotu PWS-16. To dwumiejscowy, szkolno-treningowy, jednosilnikowy dwupłatowiec opracowany przez konstruktora Augusta Bobka-Zdaniewskiego w 1933 roku. W kolejnym roku na zamówienie wojska w Białej powstało 20 takich samolotów. PWS-16 od 1935 roku służyły do szkolenia pilotów wojskowych, głównie w Dęblinie. Pierwsze wersje nie były uzbrojone, dopiero model PWS-16 bis otrzymał karabin 7,9 mm. Latały z prędkością maksymalną 190 km/h, pułap 4500 m. Masa własna 837 kg. Rozwinięcie PWS-16 doprowadziło do powstania samolotu PWS-26 – najlepszej i najbardziej znanej konstrukcji zaprojektowanej w Białej Podlaskiej.



środa, 15 października 2025

Wiosłując dolnym Wieprzem

Jak NIE zapisywać się na zawody (fragment wspomnień)

Czerwiec 2021, wypożyczalnia kajaków w Kośminie nad Wieprzem. Odbieram dziwny, naklejany numer startowy, który mocuje się nie na sobie jak w biegach ulicznych, lecz przykleja na kajak. Do opłaty startowej dopłacam za jego wypożyczenie i transport. Będzie to zwykły kajak turystyczny, jednoosobowy. Moja deklaracja, że chcę nim płynąć dłuższą trasę – 104 km wyraźnie zaskakuje i ożywia organizatora. Jeszcze nie wiem dlaczego: kajak jak kajak, czy to duża różnica? Na pytanie, czy trenowałem przed startem odpowiadam enigmatycznie „trochę...”. Przecież nie powiem mu otwarcie, że nie trenowałem i że jutro będę siedział pierwszy raz w kajaku w tym roku. Jeszcze mnie nie puści na tę długą trasę. – No sam jestem ciekaw, jak to się skończy – kończy rozmowę Pan od kajaków.

Na campingu rozbijam namiot i przyglądam kajakom zapakowanym już na przyczepkę transportową. Ale maszyny: smukłe, o ostrych kształtach, bardzo wąskie. Mają ster na rufie, a nawet wysuwany kil. Swojego jeszcze nie widziałem. Robię kilka zdjęć tym na przyczepce. Podchodzi do mnie dziewczyna, przyjaźnie zagaduje. Ja że pierwszy raz, że będę miał kajak od organizatora. – On pierwszy raz, będzie płynął 104 km na „turystyku” – podaje wiadomość dalej do swoich znajomych, najwyraźniej stałych bywalców takich imprez. Panowie podchodzą, zapoznają się, lekko uśmiechają, trochę kręcą głowami. – Oj, nie na takich kajakach kończyli – mówi jeden. Patrzy na mnie pocieszająco trochę jak na skazańca, któremu mówi się, że to tylko szybkie dziabnięcie toporem i po wszystkim. Nie będzie długo bolało. Towarzystwo wprowadza mnie w temat kajakarstwa a ja zaczynam sobie uświadamiać, że tu wszyscy mają szybkie kajaki wyścigowe, a ja jeden na tym „turystyku” będę się wygłupiał. W głowie zaczyna się sączyć strach i stres. – Będę płynął aby się mieścić w limitach na poszczególnych odcinkach - postanawiam. Nie dam rady dopłynąć? Trudno. Zwiozą mnie. Organizator mówił, że w razie czego telefon i po mnie przyjeżdżają. Luz blus Paweł, jakoś będzie. 

Następnego dnia wczesnym rankiem witam się z moim kajakiem zapakowanym na przyczepkę. Ładny, żółciutki. Tylko jakiś taki dużo bardziej pękaty niż konkurencji. ”Wigraszek” mu na imię. Będzie moim środkiem transportu na dobre i na złe, przez następne kilkanaście godzin.


Maraton kajakowy na rzece Wieprz – zawody w cyklu CANOA CUP

Od 2019 roku na Wieprzu organizowany jest maraton kajakowy. Zawody odbywają się zwykle w końcu czerwca a organizatorem są organizacje pozarządowe: Lokalna Grupa Działania „Zielony Pierścień” z prezesem Zbigniewem Pacholikiem, Fundacja „Przyroda – Tradycja – Ludzie” oraz Lokalna Grupa Działania „Doliną Wieprza i Leśnym Szlakiem”. Baza zawodów mieści się na kempingu w Kośminie, przy zabytkowym klasycystycznym dworku z początku XX wieku, należącym do rodziny Kossaków. To tu młodość spędziła Zofia Kossak-Szczucka, autorka popularnych przed wojną powieści historycznych, w czasie okupacji współzałożycielka Rady Pomocy Żydom „Żegota”, działaczka konspiracyjnych organizacji katolickich. Niestety, dziś na skutek zawieruchy wojen światowych w pięknie położonym nad Wieprzem dworku po Kossakach zachowały się jedynie polichromie przypisywane Wojciechowi Kossakowi.


Amatorzy kajakarstwa, którzy w liczbie kilkudziesięciu co roku stawiają się w Kośminie mają do wyboru trzy trasy. Trasa główna, najbardziej prestiżowa liczy 104 kilometry i zaczyna się w Lubartowie. Decyduje się na nią zwykle kilkunastu najbardziej doświadczonych i dysponujących najlepszym sprzętem kajakarzy. Dla mniej wytrwałych dedykowana jest trasa 43 km z Jeziorzan. Zwolennicy kajakarstwa zupełnie rekreacyjnego wybierają zwykle trasę rodzinną długości 21 kilometrów ze startem w Baranowie. Meta wszystkich trzech tras mieści się przy dworku w Kośminie. Różnicą oprócz dystansu jest też godzina startu. Najwcześniej, o 6 rano startuje trasa długa. Na pokonanie 104 kilometrów kajakarze mają 14 godzin, czyli muszą dopłynąć do Kośmina do 20:00 wieczorem. Proporcjonalnie późniejszą godzinę startu oraz krótsze limity czasowe mają kajakarze na trasach średniej i krótkiej. Organizator zapewnia oprócz miejsca noclegowego na kampingu, przewozu kajaków, całej obsługi związanej z rywalizacją sportową także trzy punkty gastronomiczne na trasie. Na życzenie wypożycza też kajaki, lecz nie są to wysokiej klasy kajaki wyścigowe, a jedynie zwykłe turystyczne.


Kajakowy maraton na rzece Wieprz wchodzi w skład cyklu 10 maratonów kajakowych rozgrywanych corocznie w różnych częściach Polski. Długość tras tych zawodów jest różna, nie krótsza jednak niż 42 kilometry. Uczestnicy mogą poznawać piękno polskich rzek ścigając się w wybranych zawodach pojedynczych lub też skrupulatnie zaliczać maratony po kolei zbierając punkty w ramach całego Pucharu CANOA. Stowarzyszeniem organizującym rywalizację w ramach CANOA CUP kieruje Piotr Rosada, doświadczony i utytułowany polski kajakarz, wielokrotny zwycięzca opisywanego maratonu na rzece Wieprz.

Zgłaszając się do startu w 3. Maratonie Kajakowym na Rzece Wieprz nie miałem większego doświadczenia w kajakarstwie co opisałem na wstępie przywołując wspomnienia. Szczęśliwie dla mnie pogoda nie przeszkadzała: pochmurno, nieco ponad 20 stopni, wiatr od dziobu ale niezbyt silny. Rzeka zaskoczyła swoją dzikością i wybitnie meandrującym korytem. Starając się ścinać zakręty często trafiałem na mielizny, słabo widoczne w niezbyt przejrzystej wodzie. Po drodze można było podziwiać strome skarpy zamieszkałe przez jaskółki brzegówki i inne dzikie ptactwo, zatopione drzewa z wystającymi z wody konarami, czasem pale będące reliktami dawnych mostów. Choć nad brzegiem rosną drzewa to rzeka wije się zwykle wśród pól nie prowadząc prawie nigdzie przez las. W konsekwencji kajakarze są bardziej narażeni na upał i silny wiatr. Pozytywną stroną kajakarstwa na Wieprzu na odcinku obejmującym trasę zawodów jest prawie zupełny brak konstrukcji hydrotechnicznych: zapór, jazów, śluz czy progów wodnych. Nie musiałem nigdzie wychodzić na brzeg i przenosić kajaka.

Zawodnicy startujący w maratonie są przez prawie cały czas otoczeni dziką przyrodą. Tu i ówdzie widać na brzegach pracujących rolników, czasem przepłyną pod mostami, w oddali zamajaczy biała wieża kościoła. Można nawet natrafić na groźnie wyglądające kukły przebrane w kurtki „straży wędkarskiej”. Choć uczestnicy maratonu nie mają czasu ani okazji aby zajmować się tradycyjną turystyką to warto wiedzieć, że miasta, miejscowości i tereny nad dolnym Wieprzem mają bogatą historię. Lubartów zwany był dawniej Lewartowem ma XVI-wieczną metrykę i należał do możnych rodów Firlejów oraz Sanguszków. Był prężnym ośrodkiem arianizmu – radykalnego odłamu reformacji w pierwszej Rzeczypospolitej. W mieście zachowały się XVIII-wieczne zabytki w tym pałac Sanguszków oraz bazylika św. Anny projektu Pawła Fontany. 

Blisko Wieprza choć nie nad samą rzeką położony jest Kock. W jego pobliżu uchodzi do Wieprza rzeczka Tyśmienica. Miasteczko zamieszkiwali dawniej głównie Żydzi, w tym cadyk chasydzki Menachem Morgenstern. Kock znany jest też dobrze historykom wojskowości. W XIX stuleciu pod miastem rozegrało się kilka bitew. W 1809 roku w walkach z Austriakami zginął tu Berek Joselewicz, pułkownik wojska polskiego żydowskiego pochodzenia. Wreszcie to pod Kockiem w dniach 2-5 października 1939 roku rozegrała się ostatnia duża bitwa wojny obronnej Polski, w której generał Kleeberg na czele Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” starł się z żołnierzami niemieckimi. Kolejna miejscowość na trasie to pięknie położona w pradolinie Wieprza wieś Jeziorzany - dawne miasto założone w XVI wieku. Pierwotnie nosiło nazwę Przetoczno, potem Łysobyki. Wieś przechrzczono na Jeziorzany niedawno, dopiero w czasach Gomułki. Po drodze do opisanego już Kośmina w pobliżu koryta rzeki znajdziemy jeszcze Sobieszyn – wieś należącą do rodu Sobieskich oraz Baranów – kolejny, dawny ośrodek reformacji – tym razem w odmianie kalwińskiej.


Na całej długości odcinka maratonu, w rejonie dolnego i środkowego odcinka rzeki w połowie sierpnia 1920 roku wojska polskie rozpoczęły kontrofensywę przeciwko rosyjskim komunistom – bolszewikom. Atak zakończony sukcesem wywołał panikę i odwrót z przedpola Warszawy wojsk niosących „walkę z religią, z wyzyskiwaczami, postęp i równość społeczną”. W nawiązaniu do rozegranej kilka lat wcześniej bitwy nad Marną, w której Francuzi i Brytyjczycy w dramatycznych okolicznościach zatrzymali atak niemiecki i zwanej „Cudem nad Marną” Bitwa Warszawska nazwana została „Cudem nad Wisłą”.

W takich okolicznościach przyrodniczo-historycznych wiosłowało mi się dobrze i zgodnie z planem mniej więcej do połowy trasy. Potem, jak to często bywa w długodystansowych wyścigach – przyszedł kryzys. Bolały ręce i siedzenie a z nieba lał się żar. Pojawiły się wątpliwości czy dopłynę na czas oraz myśli o rezygnacji. Ostatecznie pomimo mojego dyletanctwa w wyścigach kajakowych udało się ukończyć, głównie dzięki doświadczeniu wyniesionemu z biegów ultradystansowych. Dopłynąłem jako ostatni po 13 godzinach i 30 minutach, pół godziny przed limitem czasowym. Zwycięzca Piotr Rosada „zrobił” trasę w 8 godzin i 23 minuty. Przedostatni zawodnik przypłynął dwie godziny przede mną dlatego trochę mi było niezręcznie, że wszyscy czekali na mnie z dekoracją i oficjalnym zakończeniem.


Z kajakiem ci nie po drodze? – można też na desce SUP

Od tego roku organizatorzy postanowili poszerzyć grono uczestników maratonu o wioślarzy SUP. Stand Up Paddling czyli wiosłowanie na stojąco (SUP) to coraz częściej widywana w Polsce forma rekreacji, popularna zwłaszcza nad jeziorami w okresie wakacyjnym. Dmuchana deska z wiosłem nie kosztuje dużo (ceny już od ok. 1000 zł), łatwo ją przenieść w plecaku w dowolne miejsce, napompować ręczną pompką a po pływaniu spuścić powietrze i złożyć do tego samego plecaka. SUPy wykorzystywane są też do dłuższych wycieczek, jogi, wędkarstwa i wyścigów sportowych. 

Wśród kilkunastu amatorów tej ostatniej aktywności, którzy zgłosili się na 7. Maraton Kajakowy byłem i ja. Postanowiłem po kilku latach powrócić na trasę wyścigu po dolnym Wieprzu, tym razem na desce SUP. Zaproponowano nam do wyboru dwie trasy: średnią z Jeziorzan i krótką z Baranowa. Finalnie na trasę 43 km wyruszyło tylko trzech mężczyzn, o jednego za mało, aby wyróżnić osobną kategorię i podium. Pokonanie trasy w piękny, słoneczny, może trochę zbyt wietrzny dzień zajęło mi nieco ponad 5 godzin. 


Większym wzięciem wśród SUP-erów cieszyła się trasa krótka – 21 km. Tu zwolennicy wiosłowania na stojąco nawet przeważali nad kajakarzami. Wśród mężczyzn najszybciej trasę pokonał Bartłomiej Iwaniak (02:32:27) a wśród kobiet Sonia Borkowska (02:49:42). 

Uczestnicy maratonu oczekując na oficjalne ogłoszenie wyników odpoczywali przed dworkiem Kossaków, regenerowali siły posiłkiem zapewnionym przez organizatora i sponsorów. Po oficjalnym zakończeniu Pan Zbigniew Pacholik zaproponował oprowadzenie po dworku, z czego część osób chętnie skorzystała. Główny sponsor – Spółdzielnia Mleczarska Ryki - zabrała resztę uczestników na swoją nie lada atrakcję, którą była możliwość bezpłatnego wzlotu balonem i podziwiania panoramy okolic Kośmina o zachodzie słońca.

Organizator liczy, że w przyszłym roku, na 8. Maratonie Kajakowym na rzece Wieprz grono kajakarzy i wioślarzy SUP będzie jeszcze liczniejsze. Jako uczestnik dwóch edycji tego wyścigu polecam i zachęcam.



czwartek, 18 września 2025

Swedbank Vilniaus maratonas 2025 - relacja

Przedwojenne Wilno

"Wilno, jak mówią jego przedwojenni mieszkańcy, to miasto serdeczne i najpiękniejsze ich zdaniem na świecie. Przy ujściu Wilejki do Wilii. Okolone z trzech stron lesistymi wzgórzami. Polskie Ateny. Z kościołami i z Matką Boską w Ostrej Bramie, z cerkwiami i synagogami. Z placami i z zaułkami, wileńskim barokiem i klasycyzmem, gdzie w eleganckich cukierniach, z których najmodniejsze były trzy "Sztralle" - czerwony, zielony i czarny - siedziało się nad gazetą, i mała czarną. Ukochane miasto Adama Mickiewicza i Józefa Piłsudskiego. Z eleganckim hotelem "St. Georges" zwanym nie inaczej jak "Żorżem". Z tradycją kaziuków, zdobionych piernikowych serc i smorgońskich obwarzanków. Ze szkołami, klasztorami i uniwersytetem. I z lupanarem „Cioci Rózi” o którym nikt nie śmiał powiedzieć że to nierząd, bo przecież sam rząd tam bywał".

(Cytat z audiobooka "Szukając Inki. Życie i śmierć Danuty Siedzikówny" autorstwa Luizy Łuniewskiej. 19 odcinek, 2 minuta).

Bieg

- Odważnie – powiedziała koleżanka siedząca przy stoliku w hotelowej stołówce. Był to komentarz do mojego menu, w którym znalazły się: dwie kanapki z dżemem, jajko na miękko i kawa. To wszystko na 2 godziny przed startem maratonu. Komentarz był jak się okazało celny, gdyż w drodze z hotelu „Panorama” na miejsce startu tak mi się zagotowało w brzuchu, że gdyby nie szczęśliwie otwarty po drodze hotel z gościnnie dostępną toaletą, nie wiem jak by się to wszystko skończyło. Przeczyściło mi układ pokarmowy dokumentnie. Trochę się martwiłem odwodnieniem i możliwą dalszą kontynuacją problemów, ale i cieszyłem: wszak będę lżejszy.

Nad rzeczką Wilejką

Dotarliśmy na Plac Katedralny. Stoi przy nim wielka, klasycystyczna Archikatedra św. Stanisława Biskupa i św. Władysława, którą znam z podręcznika do historii oraz pomnik Giedymina, legendarnego założyciela miasta. Jest pół godziny przed startem. Trochę przeraża długaśna kolejka do depozytu, ale obsługa i biegacze sprawnie zdają rzeczy więc zdążam w sam raz, aby ustawić się na starcie. Ludzi sporo - kilka tysięcy - startuje razem półmaraton i maraton. Trasa przez pół drogi ta sama. Pogoda fajna, 16-18 stopni, jest trochę chmurek, nie czuć silnego wiatru. Trasa według planu wydała mi się skomplikowana i pokręcona. Obstawiam swój wynik na pomiędzy 3:30 a 4:00. Trudno dokładnie oszacować, bo z jednej strony wiosną i w lipcu biegałem regularnie po około 200 km, w sierpniu zaś jedynie 80 km biegu i 341 km wiosłowania na SUP. Jak to wpłynie na możliwości biegowe? Nie wiem.

Poleciał hymn i zaraz po nim sygnał do startu. Włączyłem Garmina po jakichś 2 minutach, gdy mijałem bramę startową. Będzie mi wskazywał czas netto (od przekroczenia bramy startowej) a nie brutto (od wystrzału startera). Powoli, powoli, wraz z innymi obok przechodzę w trucht. Jest kostka brukowa, tłumy obok bo ustawiłem się w strefie 3:30-4:00. Ciężko tu coś szybciej zacząć, choć pierwsze setki metrów prowadzą zbiegiem w dół. Przy wiwatach kibiców powoli wchodzimy w rytm. Tempo planowałem początkowo 6:00, po kilometrze-dwóch przyśpieszenie do 5:30, potem – jeśli będzie dobre samopoczucie – podkręcenie do 5:00-5:10. 

Pierwsze kilometry zweryfikowały założenia. Zacząłem biec dosyć szybko w tempie docelowym 5:10 a nawet poniżej 5:00. Czułem się w miarę dobrze, noga podawała. Wiem, że na pierwszych kilometrach to nie sztuka, że tłum niesie, że jest pozytywna euforia. Cóż jednak, skoro biegnie mi się dobrze, nie czuję zbytniego wysiłku oddechowego, to dlaczego się hamować? Było w tym wszystkim sporo szarpania tempa gdyż na pierwszych 10 kilometrach trasa obfitowała w zakręty, fragmenty z brukiem i podbiegi. Na tych ostatnich nie walczyłem z tempem lecz zwalniałem, nawet do 6:30 na kilometr. Doświadczenia podpowiadało mi ostrożność. Po długim podbiegu, który – jak koledzy potem wspominali - był na 9 kilometrze, pobiegliśmy w zacienione alejki parkowe. Tu już nie było tak kręto i pagórkowato. Cień, rozrzedzenie tłumu oraz miłe dla nóg łagodne zbiegi budowały fajną, maratońską atmosferę. Można było zagadać z biegnącym obok Litwinem, pożartować. Mijając dosyć gęsto ustawione stoliki z wodą pilnowałem, aby za każdym razem łyknąć trochę wody utraconej gwałtownie w hotelowej toalecie.

Trasa (organizator)

Na 14 kilometrze ciągle czułem się dobrze. Tempo 4:50-5:00 cały czas pasowało. Zjadłem żel, który zabrałem do kieszonki. Wybiegliśmy nad Wilję i biegliśmy, kilka kilometrów płaskim nabrzeżem rzeki. Czuć tu było i wiatr i słońce. Usłyszałem syreny, potem ujrzałem karetkę i ratowników pochylonych nad leżącym biegaczem. Cóż, zdarzają się takie sceny na ulicznych maratonach. Wbiegliśmy na most i zaraz za nim rozchodziły się trasy półmaratonu i maratonu. Uff…, ubyło ponad 2800 osób, bo tyle startowało w półmaratonie. Zostało około 1500 maratończyków. Trasa się przerzedziła, można było teraz bardziej optymalnie pokonywać zakręty. Niestety, do półmetka przez tłum i niemożność biegu najkrótszą ścieżką dorobiłem się 400 metrów ekstra. Tak wynikało z porównania odczytów mojego Garmina i tabliczek ustawionych przy trasie. Niedobrze, bo na mecie będzie to oznaczało 2 minuty czasu w plecy. 

Od czasu do czasu minąłem znajomych z naszego bialskiego klubu biegacza „Biała Biega”. Cześć z założenia biegła rekreacyjnie, część była mocniejsza ode mnie, lecz tego akurat dnia miała słabszą dyspozycję. Na agrafkach widziałem biegnących z naprzeciwka a wyprzedzających mnie: Kasię Pajdosz i Dawida Skraburskiego. Oni, oraz Rafał Pajdosz, który odsadził mnie na tyle, że nawet go nie widziałem, będą nas mecie przede mną. 


Na 28 kilometrze dogoniłem w końcu zająców biegnących na czas 3:30. Trochę już czułem zmęczenie, ale jeszcze nie było źle. Cały czas trzymałem tempo 4:45-5:00 na płaskim. Chwilę schowałem się za grupą, ale nie odpoczywałem zbyt długo. Korciło, aby wyprzedzić i zrobić zapas. Kto wie, czy na samej końcówce nie będzie znowu morderczych podbiegów, a zające nawet na nich nie zwolnią tempa. Wyprzedziłem ich biegnąc znowu długą, prostą ulicą nad rzeką. Mijały kolejne kilometry. Po trzydziestym czułem już wyraźny dyskomfort. Wcześniej zjadłem pół banana, potem jeszcze jeden żel, tym razem ze stolika organizatora. Regularnie popijałem wodę. Nogi zrobiły się cięższe, jakby mozolniej mieliły kilometry. Ból przy dużym palcu u prawej stopy oznaczał, że pękł odcisk. Nie bolało długo, byłem już przyzwyczajony. Pewnie na mecie jak zwykle będę miał zafarbowaną na czerwono skarpetkę.

Ostatnie 5 kilometrów – jest ciężko. Wróciliśmy w okolice starego miasta, znowu te cholerne podbiegi, zakrętasy i kostka. Wydaje mi się że zwolniłem, ale mozolnie trzymam tempo 5:00-5:10. Zające na 3:30 doganiają mnie i na podbiegu na 40 kilometrze uciekają troszeczkę do przodu. Niedużo, może 100, może 200 metrów. Widzę ich, ale dogonić nie mam siły. Wodą już się tylko polewam dla schłodzenia; wiem, że pić nie ma sensu. Wbiegamy przez mostek na Zarzecze. Wrzawa kibiców narasta, wiem, że jesteśmy niedaleko finiszu. Zostały ostatnie dwa, potem jeden kilometr. Są drzewa, jest park, czyli już tuż, tuż. Poprawiam pasek z numerem startowym przesuwając go na przód. Trzeba jakoś wyglądać jak się na tą upragnioną metę wpadnie. W końcu jest. Zbieram siły na ostatni zryw, podnoszę ręce w górę w geście siły i zwycięstwa. Na twarzy rozkwita banan. Nastolatki z obsługi biegu zawieszają mi medal, dają wodę. Zegar na mecie pokazywał 3:30 z haczykiem, zaś mój Garmin 3:28, i to przy pokonanym dystansie 42 km i 640 metrów. A zatem będzie brutto powyżej 3:30 a netto 3:28. 

Naszych przy mecie nie widzę. Obolały, z odciskami na stopach idę po depozyt, potem pamiątkowe zdjęcie na ściance i na loda za 3,50 euro. Zanim jeszcze wrócę do hotelu pójdę na Zarzecze, pod bar przy moście na Wilejce, tam, gdzie nad wodą zawieszona jest ławeczka i gdzie wczoraj brodziłem po łydki w chłodnej wodzie. Idę tam znowu, tym razem bezwstydnie rozbieram do spodenek i ładuję do rzeczki cały. Jest przejrzysta, rosną w niej roślinki, nie śmierdzi. Wiem, że chłodna woda znakomicie przyśpiesza regenerację po ciężkim biegu. Myję się nie zważając na nic a tymczasem przechodnie robią zdjęcia. Znać, że widok kogoś klęczącego we wrześniu w środku Wilejki, w wodzie po pas, w samych spodenkach, nie jest tu popularny. Trudno, nikt mnie tu nie zna, nie będą mieli okazji wytykać palcami. 


Wynik końcowy to 3:30:35,6 brutto, 3:28:32,4 netto. Zważywszy, że dołożyłem sobie około 400 metrów ekstra, nie jest źle. Miejsce 267 na 1560, którzy ukończyli (były ponadto 54 DNF-y). Kategorii wiekowych nie wyodrębniono. Z naszej grupy bialskiej przybiegłem czwarty. Najlepiej trasę zrobili Pajdoszowie: Rafał nabiegał 3:08 i był 5 wśród Polaków (78 miejsce OPEN). Jego żona Kasia z wynikiem 3:26 była pierwszą Polką i 8 kobietą na mecie. Ładnie pobiegł też Dawid Skraburski – 3:15 i miejsce 118 na 1560. Podium wileńskiego maratonu zdominowali biegacze krajowi. Widać nie ma tu zwyczaju zapraszania murzyńskich mistrzów. Może nagrody za zwycięstwo są symboliczne i nie opłaca się startować komercyjnie? Nie sprawdzałem. W każdym razie pierwszych ośmiu najlepszych to Litwini. Wygrał Lukas Tarasevicius z czasem 2:28. Wśród kobiet triumfowała jego rodaczka Modesta Buzeryte. Nabiegała 2:55.

Jaki był maraton w mieście obcym, a jednocześnie tak Polakom bliskim? Ciekawy, dobrze zorganizowany, z mocno pokręconą trasą. Na pierwszych 10 kilometrach trasa jest trudniejsza, z licznymi zakrętami, brukiem i podbiegami. Garmin pokazał mi 231 metrów podbiegów, a to jak sprawdzał Rafał znacznie więcej, niż w uchodzącym za trudny Maratonie Lubelskim. Nie jest to trasa na ambitną życiówkę, ale na fajny, bliski wyjazd zagraniczny opcja godna polecenia. Rekomendację wzmacniają turystyczne walory miasta.

Ostra Brama (przed wojną)

środa, 27 sierpnia 2025

SUP CUP OLSZTYN – pierwsze doświadczenia w SUP-owych sprintach

 Co ja robię tu – uuuu - co ty tutaj robisz?!

Każdy, kto mnie zna wie, że lubię dystanse długie. W bieganiu najlepiej czuję się na maratonach i biegach ultra – na 100 km i dalej. Na SUP-ie podobnie – Fajnie płynęło mi się całą Krznę (79 km) na raz, potem Bug etapami po 40-70 kilometrów, podobnie na Parsęta River Trophy a w końcu w tym roku wisienka na torcie – Sup King Marathon Salaca 100 – 100 km na Łotwie non-stop. Dlaczego zatem pojechałem szmat drogi na SUP-owe zawody, których dystans nie przekroczy 1 (słownie: JEDNEGO) kilometra? Odpowiedzi są dwie. Po pierwsze po to, aby sprawdzić jak to jest na sprincie i wyścigu technicznym. Aby przetestować inne deski, które będzie można przymierzyć, aby podpatrzeć, jak na krótkim dystansie radzą sobie lepsi ode mnie. I odpowiedź druga: mam wakacje, mogłem ten wyjazd potraktować w kategoriach turystycznych. Po wszystkim planowałem opłynąć podolsztyńskie jezioro Ukiel, zwiedzić samo miasto, może wracając też coś po drodze.

Przygotowanie

Jechałem autem z Białej do Olsztyna. Na końcówce było mi już ciężko, tym bardziej, że trasa ze Szczytna do Olsztyna była kręta i pagórkowata. Przed północą trafiłem na zarezerwowany wcześniej Agro Camping położony tuż nad jeziorem. Za samochód, namiot i osobę zapłaciłem 70 zł. Szybko spać i w sobotę rano po śniadaniu jadę te kilka kilometrów na plażę w Olsztynie, gdzie mają odbyć się zawody. Zaraz zaraz – ale którą plażę? Regulamin podaje plażę nr 3. A zatem jest kilka plaż. Google Maps wskazuje tylko jedną, ogólną plażę w Olsztynie dlatego pytam miejscowych. Idę brzegiem jeziora – zabudowanym infrastrukturą turystyczną jak w Okunince - te kilkaset metrów w lewo, we wskazane miejsce. Jest jakaś zaciszna zatoczka - widzę, że dziewczyny uprawiają SUP-jogę. OK, są SUP-y, ale to nie tu. Idę dalej. Rzeczywiście, stoi już dmuchana bramka od Dacathlonu, w jeziorze pływają żółte boje, pomiędzy którymi będziemy się ścigać. Biuro w namiocie na plaży. Ludzi niewiele. Kilkanaście osób. Rzucam okiem  na deski bo ciekawi mnie, ile osób będzie miało profesjonalne, sztywne deski. Jest tylko jedna sztywna dłubanka. Reszta to pneumatyki. Wcale nie takie wąskie. Odbieram pakiet startowy, idę przeparkować samochód bliżej plaży, przygotować SUP-a. Mam jeszcze czas.

Zaczynamy od sprintu 200 metrów

Mój SUP to wyścigowy Gladiator 14x25 Elite Race. Deska jak na wyścig z innymi pnematykami nie powiem – bardzo dobra. Chłopaki na plaży, którzy mają deski wyścigowe lub touringi, lecz nie tak wąskie jak moja, cmokają z zachwytem. - taka deska pewnie sama płynie – mówią. - może płynie, ale na pewno potrzebuje dobrego wioślarza – myślę. Zakładam koszulkę startową z numerem 21 (do zwrotu). Jezioro taflę wody ma w miarę spokojną, jest ciepło, warunki rzekłbym bardzo dobre. Trochę sobie ćwiczę, kontrolnie wpadam do wody, sprawdzam, jak się opływa boje. Sędzia zbiera nasz wszystkich, tłumaczy zasady, dzieli te kilkadziesiąt osób na grupy wiekowe i płciowe. Ja kwalifikuję się do kilkuosobowej grupy Masters Men. Płyniemy ostatni.

Pierwszy wyścig polega na przepłynięciu 200 metrów od linii pomiędzy dwoma bojami do plaży i wbieg z wiosłem (bez SUP-a) w bramkę Decathlonu ustawioną kilka metrów od brzegu. Prosta sprawa, żadnych zakrętów. Ustawiając się na starcie trochę stremowany wpadam do wody. Cóż, inni przede mną też wpadali. Zawody mają w nazwie „amatorskie” i to wyraźnie widać. Wyróżnia się tylko jeden człowiek, Przemek Wojciechowski, według zapowiedzi sędziego były zawodnik PRO (fesjonalny), który ma deskę sztywną szerokości 21. On jednak przyjechał tak sobie, nie będzie się liczył w klasyfikacji. 

Sygnał START i lecimy. Ruszyłem nieźle. Zapomniałem włączyć Garmina ale nic to. Deska nabiera prędkości, jestem w czołówce. Wojciechowski oczywiście bije nas na głowę, jeden na dmuchańcu mnie wyprzedza. Jestem drugi, już minęło 2/3 dystansu. SUP mi trochę skręca więc postanawiam zmienić stronę wiosłowania. Zostało kilka metrów do brzegu – BŁĄD! Trzeba było dowiosłować jakkolwiek. Tak to wytraciłem minimalnie prędkość, ktoś obok mnie wyprzedził i spadłem na 3 miejsce. Uff.., szybko było. Stresująco. Trochę zbyt, jak dla mnie. Mogło być II miejsce podium, jest trzecie, ale i tak jestem zadowolony. Jednak nie jestem taki słaby.

Dekoracja będzie po wszystkim, teraz przerwa około 2 godziny na posiłek, odpoczynek, przestawienie bojek do drugiej części – wyścigu technicznego. Ten czas wykorzystuję na pogaduchy, na jedzenie, na testowanie SUP-ów które przygotowali pracownicy wiosłujcie.pl i Starboard. Testuję touringowego Starboarda i Aqua Marinę. Fajne są, zwłaszcza Starboard bo nie ma uniesionego dziobu, ale to touringi. Touringa już mam. 

Z Przemkiem Wojciechowskim konsultuję temat wiosła, mogę też popływać na jego sztywnej dłubance 21 cali. Pierwszy raz w czymś takim i nie jest źle. Jest węższa od mojego Gladiatora, na którym sam nie czuję się pewnie, ale dosyć stabilna. To pewnie przez to, że ma wydłubany kokpit i stoi się dosyć nisko, na wysokości lustra wody. Choć pierwszy raz pływałem na czymś tak wąskim to ani razu nie wpadłem. Fajnie było, ale pozostanę przy pneumatyku. Jest wolniejszy, ale bardziej pakowny, daje możliwość większej autonomii.

Część druga – wyścig techniczny na 800 metrów

Po przydługiej przerwie – obiedzie, odpoczynku, testach desek przymierzamy się do drugiego ścigania. Tym razem ma to być około 800 metrów pomiędzy 4 bojami ustawionymi w kształt lejka. Dwie bojki bliżej plaży są ustawione węziej, dwie w głębi jeziora szerzej. Trzeba przepłynąć pomiędzy tymi bliżej i opłynąć od zewnątrz te dwie w oddali. Warunki trochę się pogorszyły. Spochmurniało, po południu zaczęło bardziej wiać. Pojawiły się fale, czasem potęgowane przez ludzi na skuterach wodnych. Widać było, że tym razem będzie trudniej. Zakręty przy bojach i wiosłowanie wzdłuż brzegu czyli z boczną falą.

Moja kategoria Mastersi Men składa się z około 9 osób i startuje ostatnia. Mamy czas, aby przyjrzeć się grupom, które startują wcześniej. Jest na co patrzeć bo dzieje się! Niektórzy wpadają do wody już na starcie, inni gdzieś po drodze. Niektórzy są na desce 2-gi raz w życiu i ciężko im w ogóle dopłynąć. Cóż - tak jak pisałem wcześniej – jesteśmy wszyscy amatorami. 

W końcu staję na brzegu, na linii startu. Deski mamy pod pachą w pogotowiu, wiosła w ręku. Leasha nie musimy przypinać ani zakładać kamizelki - pilnuje nas WOPR więc jest zabezpieczenie. Mamy opłynąć boje i wbiec z wiosłem w bramkę zostawiając SUP-a na brzegu. Rozbrzmiewa sygnał startowy i dwie sekundy później u mnie już przygody. W zamieszaniu i ścisku na płyciźnie spadam z deski. Wchodzę i znowu spadam. Katastrofa! Jestem ostatni. Z uśmiechem ale już bez wielkiej woli walki pędzę za grupą. Z 9 pozycji znowu awansuję na około 6. Mam szybszą deskę i to procentuje. Po nawrotce, gdzieś przy tych bocznych falach spadam po raz drugi. - Nie no, to już podcina mi skrzydła dokumentnie. Znowu jestem ostatni, coś tam gadam do innych koło mnie, żartuję. Teraz już aby dopłynąć. Po nawrotce, na końcówce jeszcze przyśpieszam i mijam jednego sympatycznego wioślarza tak, abym nie był ostatni. Wbiegam na metę przedostatni. Niestety, tu nie udało się nic ugrać.

Jak było?

Było z pewnością pouczająco. Jestem wytrzymały na długim dystansie, ale wąską deskę mam jeszcze opanowaną słabo. Nic dziwnego, przecież mam ją dopiero pół roku. Choć pivotów tu nawet nie próbowałem (czasem je robię ale na spokojnie, u siebie na jeziorze), to i tak spadałem z deski. Jest sporo do poprawy. Tym bardziej, że sędzia i instruktor pokazywał nam w międzyczasie, jak się pływa. U mnie, np. zwrócił uwagę, że za wąsko trzymam wiosło. Ogólnie zobaczyłem, że pod względem sportowym na podobnych zawodach nie mam czego szukać. Braki w technice, jestem już za stary, za ciężki. Przemek Wojciechowski – ode mnie  dużo sprawniejszy technicznie – jest już na SUP-owej emeryturze. To do czego ja się zabieram? Takie krótkie, szybkie i techniczne zawody to nie dla mnie. Nic tu nie osiągnę. Na maraton SUP, na duży ultra wyścig w rodzaju Salaca100 chętnie się wybiorę, ale nie na coś takiego. Może, jak będzie coś blisko to przyjadę, ale na pewno nie pojadę nigdzie daleko.

O 16-tej jest zakończenie. Staję na podium za III miejsce w sprincie, odbieram drobne nagrody i drewniany, brązowy medal. To była pierwsza edycja zawodów. Organizatorzy dziękują wszystkim, którzy przyjechali. Ogłaszają, że za rok zawody też się odbędą, wtedy już może nawet będzie oddzielna kategoria dla zawodników PRO.

Część turystyczna

Jeszcze tego samego dnia udałem się do centrum miasta, na starówkę. Jest w miarę ładna. Zwiedziłem Muzeum Warmii i Mazur z wystawą o ziołolecznictwie, o Koperniku, o sakralnych rzeźbach, o Olsztynie w filmie. Wystawa „W damskiej gotowalni” uświadamiała zwiedzającym, że nazwa gotowalnia może być myląca. Wcale się tam nie gotowało obiadu tylko szykowało (toaleta, ubranie) do wyjścia - (przy)GOTOWYWAŁO się. Na marginesie - kafelek z gotowalnią występuje m.in. w ciekawej grze planszowej pod tytułem „Obsesja”. Na wieży w sali była wystawa prac znanego malarza Edwarda Dwurnika, autora ponad 8000 obrazów na płótnie. Trochę bazgroły jak to w sztuce współczesnej, ale niektóre interesujące, zwłaszcza te, które komentują życie społeczno-polityczne w PRL. Potem pizza i z powrotem na camping.

E. Dwurnik "Konfesjonał w plenerze"

Plan na następny dzień był taki, aby spróbować w całości lub w części opłynąć jezioro Ukiel. Deszcz nad ranem skutecznie mnie jednak zniechęcił. Wyjechałem z pochmurnego campingu z myślą, że zrekompensuję sobie te niedzielne plany w inny sposób. 

Odwiedziłem znajdujące się akurat po drodze Jedwabne. Nigdy tu wcześniej nie byłem; myślałem,  że to zabita deskami wieś na końcu świata. Tymczasem to takie sobie miasteczko. Dziś głośne z tragicznej śmierci miejscowych Żydów w czasie II wojny światowej. 10 lipca 1941 spędzono ich do stodoły, którą potem podpalono. Wiemy na pewno, że oprócz Żydów byli przy zbrodni niemieccy mundurowi i polska ludność cywilna. Kto był sprawcą? Według Żydów zrobili to Polacy. Twierdzą, że chodzi im jedynie o prawdę historyczną, nawet tę bolesną dla Polaków. Polacy doszukują się w tym drugiego dna -  asa w rękawie w grze o wyłudzenie odszkodowań od współczesnego państwa polskiego (Przedsiębiorstwo holokaust). Argumentują, że dopóki nie nadeszli Niemcy, nic się tu złego Żydom nie działo. Dopiero ich obecność doprowadziła do tragedii. Według doktora Jarosława Szarka z IPN „wykonawcami tej zbrodni byli Niemcy, którzy wykorzystali w machinie własnego terroru pod przymusem grupkę Polaków. I tutaj odpowiedzialność w pełni pada na niemiecki totalitaryzm” (cyt. za Krytyka Polityczna). Sprawa do dziś pozostaje niewyjaśniona i skrajnie upolityczniona. Badań archeologicznych dokończyć nie można bo polski rząd nie chce narazić się lobby żydowskiemu w USA. Spór nie stygnie: pomimo zagrożenia atakami hejterów lub donosów do prokuratury pojawiają się co raz nowe książki, artykuły, filmy i... pomniki.

Pomnik upamiętniający zamordowanych Żydów w Jedwabnem

Pierwszy pomnik to ten najbardziej znany, na który przyjeżdżają władze państwowe i poświęcony pamięci spalonych w stodole Żydów. Prosty sześcian z wmurowaną spaloną deską, niewiele słów, u stóp tabliczka z cytatem z Jana Pawła II o holokauście i złożone kwiaty od przedstawicieli władz. 

Doktor Marek Baterowicz podaje za Ewą Kurek, że w Jedwabnem był też drugi pomnik dla odmiany „upamiętniający Polaków, których w latach 1939-1941 Sowieci zamordowali na Syberii dlatego, że sąsiedzi Żydzi donieśli do NKWD, że wskazani przez nich Polacy nie kochają komunizmu” (cyt. za Stodola Grossa). 

Ostatnia tablica z "Pomnika prawdy o zbrodni w Jedwabnem"

Trzeci to „Pomnik prawdy o zbrodni w Jedwabnem” grupa ośmiu głazów ustawionych niecałe dwa miesiące temu na prywatnym polu przez środowiska narodowe, około 50 metrów od oficjalnego pomnika. Powiewa tam na wysokim maszcie polska flaga, w pobliżu spacerują bociany. Teren jest kamerowany dla ochrony  przed „nieznanymi sprawcami”. Metalowe tablice przymocowane do głazów nie tylko podkreślają udział Niemców w zbrodni, ale też kreślą skrótową historię zamieszkania Żydów na terenie Polski nie omijając faktów kolaboracji Żydów z wrogami Polaków, szczególnie z komunistami. Tablice te już budzą kontrowersje w mainstreamie, prokuratura już pracuje. Jak dalej potoczą się jej losy – zobaczymy. Tylko naiwni mogą wierzyć, że historycy w tak upolitycznionej sprawie i w warunkach takich jakie są, podadzą nam obiektywną prawdę. Stare porzekadło mówi, że „historię piszą zwycięzcy” więc zależnie od tego, kto będzie nami rządził, taka będzie narracja.

Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu

Drugim punktem w drodze powrotnej było Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu. Ciekawe, dosyć duże. Bez przewodnika a z biletem spacerowym w ręku przejdziemy się pomiędzy domkami, wiatrakiem, kościołem drewnianym, ale zwykle nie zajrzymy do środka domostw. Do murowanego budynku muzeum w centrum też się nie wchodzi. W domkach będących częścią wystawy stoi wyposażenie, i aby je zobaczyć trzeba brać przewodnika. Nie wziąłem ale i tak miło spędziłem czas. W części dawnych gospodarstw nadal hodowane są zwierzęta. Po prawej stronie można zobaczyć ciekawą wystawę o księdzu Janie Krzysztofie Kluku, znanym botaniku z Ciechanowca, wielce zasłużonym dla rozwoju ziołolecznictwa. Dalej w grządkach rośnie to, czym ksiądz Kluk się zajmował – rośliny lecznicze.