Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprzęt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sprzęt. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 sierpnia 2017

Altra Olympus 2.0 – test

„Słoninowiec”

Altra to amerykańska firma istniejąca od 8 lat. Założył ją Golden Harper, właściciel sklepu sportowego i biegacz. Nazwę możemy w pierwszej chwili kojarzyć z angielską wymową słowa „ultra” choć będzie to rozumowanie błędne – podobno założyciel wymyślił ją jako pochodną łacińskiego słowa oznaczającego naprawianie czegoś, co jest zepsute. Harper uznał, że tradycyjne buty biegowe, mające podniesioną piętę i wąski przód są do kitu i postanowił zaprojektować własne. Znaczna cześć oferty Altra to buty tzw. maksymalistyczne, na dużo grubszej niż w tradycyjnych butach biegowych podeszwie. Coś jak nieco bardziej popularna marka Hoka. Moja koleżanka, widząc Hoki wyartykułowała pierwsze skojarzenie – „buty na słoninie”! Stąd nazywam je potocznie „słoninowce”.

"Słoninowce" - Hoka i Altra
Cechą obuwia od Altra, oprócz grubej podeszwy jest zerowy drop (spadek pięta – palce) oraz szerokie wyprofilowanie cholewki z przodu, dostosowane do kształtu stopy. Firma zwie to systemem Foot Shape.

O marce Altra słyszałem już dawno ale fizycznie zetknąłem się z nimi rok temu, gdy wyjechałem na UTMB do Chamonix. Przymierzyłem na targach model Olympus 2.0, pochodziłem, pobiegałem. Pierwsze wrażenie było fajne. Dobrze leżały na stopie, wydawały się miękkie a jednocześnie nie tak toporne, jak moje Hoki. Miałem już dwie pary Stinsonów od Hoka, jedną już zajechaną, drugą jeszcze w użyciu. Lubiłem i lubię je nadal ale postanowiłem kupić i Altra. Zamówiłem je ze sklepu sportowego z zagranicy, gdyż w Polsce nie były dostępne.

Na targach w Chamonix

W Chamonix - pierwsza przymiarka
Po odbiorze paczki porównałem pierwsze wrażenie z faktami. Rzeczywiście, położone na wagę elektroniczną, pomimo swojej „słoninowej” podeszwy okazały się znacznie lżejsze, niż Hoka Stinson (Altra w rozmiarze 46,5 – 368 gramów , Hoka w rozmiarze 47 i 1/3 – 425 gramów). Miały wagę podobną jak tradycyjne buty treningowo-startowe znanych marek (przykładowy but szosowy znanej marki zamieszkujący moją szafę biegową - 374 gramy). Waga katalogowa Altra Olympus 2.0 w rozmiarze 9 to 11 uncji czyli 312 gramów.


Co ponadto? Bieżnik Vibram, niezbyt agresywny, nieco tylko bardziej niż w Hoka ale żadne tam zęby jak u INOV-8. Pomimo to but jest klasyfikowany jako trailowy. Podeszwa wewnętrzna to dwie warstwy popularnej pianki EVA. Grubość podeszwy: aż 36 mm. Drop zerowy. Wiązanie tradycyjne, na sznurówki. Cholewka wyglądająca dosyć solidnie, trwale ale w okolicy pięty jest dziwnie niska. Noga nie zapada się w bucie tak głęboko jak w Hokach. System Foot Shape układa ją z przodu w kształt stopy. Po włożeniu stopy czuć, że z przodu jest szeroko ale też górna cześć cholewki, ta nad palcami leży stosunkowo nisko. Bałem się, że mi po dłuższym biegu zacznie naciskać paznokcie i utworzy pod nimi odciski. Obawy te nie sprawdziły się.

Na szlaku

W butach Altra najpierw chodziłem na siłownię, potem na krótkie biegi na stadionie a w końcu zabrałem na długie wybieganie – ponad 30 km. Sprawdziły się dobrze. Może nie były rewelacyjnie przewiewne w ciepły dzień ale nie sprawiły mi żadnych otarć ani odcisków.

Postanowiłem zabrać je na długi ultramaraton górski w północnych Włoszech – Südtirol Ultra Skyrace. Dystans wyścigu 120 km, przewyższenia 7500+, limit 40 godzin. Ultramaraton miał charakter skyrunningu, większość dystansu zawodnicy pokonywali na wysokości 2000 metrów i wyższej. Altra wydały mi się dobrym pomysłem gdyż po pierwsze: były w miarę lekkie, po drugie: gruba podeszwa zabezpieczała stopy przed wbijaniem się kamieni w piętę, po trzecie: uznałem że but ten świetnie się sprawdzi na długich zbiegach, zwłaszcza tym ostatnim, gdzie zbiegało się ponad 2000 metrów w dół, do Bolzano.

Zdjęcie: Südtirol Ultra Skyrace

Pomimo pozytywnych doświadczeń nowych butów nie byłem na sto procent pewien. Postanowiłem się zabezpieczyć i zostawić na przepadku na półmetku buty zapasowe: INOV-8 Race Ultra 270. Planowałem, że jeśli po 60 kilometrach coś będzie nie tak z Altra to je wymienię na sprawdzone podczas UTMB „inowejty”. Mniej amortyzowane i twardsze, ale i lżejsze od Altra o 20 gramów (348 gramów w rozmiarze 47)

Początek wyścigu, długie podejście a potem nocny bieg kilku płaskich odcinków i znowu podejście były OK. Buty sprawdzały się bez zarzutu. Szutrowe drogi i leśne ścieżki wyraźnie im pasowały.

Gorzej zaczęło się robić w trudnym terenie, powyżej 2000 metrów. Tak już nie było leśnych ścieżek ale trawiaste zbocza, pełne kamieni lub gołoborza pełne skał. Tu musiałem bardziej uważać, gdyż okazało się, że buty na nierównej powierzchni są mało stabilne. Po drodze kilkukrotnie skręciłem nogę. Na szczęście jestem dosyć sztywny więc nic się nie stało, trochę pobolało i mogłem lecieć dalej. Postanowiłem jednak uważać i nie ryzykować szybkich zbiegów w trudnym, kamienistym terenie aby nie prowokować kontuzji a w konsekwencji zejścia z trasy.

Dodatkowo buty słabo radziły sobie z trzymaniem się na kamieniach. Ślizgały się, pomimo tego, że pogoda w trakcie wyścigu była super. Nic nie padało.

Tak, miałem w przepaku drugie buty, ale zdecydowałem ich nie zakładać lecz zostawić „słoninowce” Altra z myślą o czekających mnie dwóch, bardzo długich zbiegach, na których ich miękkość powinna być zbawienna.

W drugiej połowie trasy, około 80 kilometra pod piętą jednej ze stóp czułem pieczenie i nieprzyjemne uczucie zwiastujące, że coś się tam dzieje. „No, tak, robi się odcisk” – pomyślałem. Zwolniłem, kilkukrotnie zatrzymywałem się aby wyjąć kamyczki notorycznie wpadające do dosyć niskiej cholewki. Czyściłem skarpetkę i but chcąc odsunąć moment pojawienia się bąbla na pięcie jak najdalej w czasie. Potem zdałem sobie sprawę, że owo pieczenie to nie odcisk tylko odparzenie spowodowane gorącem i namoczeniem buta w jednym z potoków. Przy ciepłej pogodzie, wilgoci i niewielkiej oddychalności w okolicy pięty nic dziwnego, że pojawiło się odparzenie. Uznałem, że to nie takie groźne i jakoś z tym dotrę do mety.

Dziesięć kilometrów dalej miałem duży kryzys. Wlokłem się idąc, nawet po płaskim. Byłem tak wyczerpany, że nie miałem siły biec. Nie biegałem także dlatego, że w butach na grubej podeszwie słabo czułem podłoże. Notorycznie potykałem się o kamienie. Mogłem się przeto racjonalnie usprawiedliwić tym, że nie biegnę bo gdybym zaczął biec tak zmęczony i w takich butach to najpewniej wkrótce wywinąłbym efektownego orła. Na kamieniach nie byłoby to nic przyjemnego.

W pewnym momencie, gdy tankowałem energię na punkcie zagadał mnie jakiś biegacz. - O masz na nogach buty Altra? Ja jestem ich ambasadorem. Jak się sprawują? – zagaił. - Amortyzacja fajna, wygodne, ale niezbyt stabilne w trudnym terenie. No i dosyć śliskie na kamieniach, pomimo podeszwy Vibram – odpowiedziałem. Słabej stabilności jakby oczekiwał ale moim narzekaniem na śliskość widocznie się zdziwił.

Na ostatnich dwudziestu kilometrach odnowiłem zapasy paliwa, podniosłem morale i zacząłem zbiegać do mety. Na coraz niższych wysokościach szlak z trudnego stawał się coraz łatwiejszy. Płaska lub lekko opadająca ścieżka wśród łąk, łagodny zbieg leśną dróżką, szutrowa, szeroka droga, w końcu asfalt prowadzący mniej lub bardziej stromo w dół.

Tu moje Altra Olympusy pokazały, co potrafią. Na prostszym technicznie szlaku po prostu śmigały. Zbiegałem jak na poduszkach, wygodnie, miękko i stabilnie. Miałem siły i pędziłem, myślę, że grubo poniżej 5 minut na kilometr. Na tym etapie Altra sprawowały się świetnie. Ostatecznie 24 godzin nie złamałem, zabrakło mi 29 minut ale stóp na tym długim zbiegu nie skasowałem. Nie miałem na mecie żadnych odcisków ani otarć. Zająłem 23 miejsce OPEN na 196 uczestników.

But bardzo dobrze przetrwał wyścig, nic się w nim nie porwało, nie zaczęło pękać. Przebiegłem w nich dotychczas około 200 km i nadal są w bardzo dobrym stanie.

Podsumowanie

Altra Olympus 2.0 to but stosunkowo lekki, jak na but maksymalistyczny. To jedna z jego zalet. Dodatkowo jest wygodny co też ma olbrzymie znaczenie. Ma miękką podeszwę przez co dobrze chroni spód stopy, przed ostrymi kamieniami. Wygląda też na trwały i solidny.



Niestety, są i minusy. W trudnym górskim terenie słabo sobie radzi pod względem stabilności. Nic dziwnego: jeśli połączymy wysoką, 36 mm podeszwę plus płytką cholewkę – taki będzie efekt. Mocniejsze ściśnięcie stopy sznurówkami poprawia sytuację tylko do pewnego stopnia. Pod względem zabezpieczenia przed poślizgiem na skałach też nie jest za wesoło. Znając dobrą renomę Vibram spodziewałem się więcej. Trzecim minusem jest słabe czucie podłoża będące efektem grubej podeszwy. Może powodować częstsze potykanie się o przeszkody, niż w tradycyjnych, niższych butach.

Następnym razem, na długi wyścig w trudnym, skalistym terenie Olympusów już bym nie zabrał. Zabrał bym je na wyścig terenowy lub nawet szosowy ale w terenie łatwiejszym, gdzie dominują łagodne szlaki, szutry, trawiaste ścieżki, długie, niezbyt trudne zbiegi. W takim terenie buty Altra powinny sprawdzić się świetnie. Oczywiście, na długich, spokojnych wybieganiach treningowych także. Do takich celów jak najbardziej je polecam.

Jeszcze rok temu buty Altra były w Polsce niedostępne. Wkrótce jednak najpewniej pojawią się w naszych sklepach. Na Facebooku istnieje profil „Altra Running Polska” z którego treści wynika, że amerykańska marka właśnie wchodzi do Polski.

[LINK] do testu butów na portalu irunfar. Tam testujący miał nieco inne wrażenia, niż moje. Można porównać. Test jest w języku angielskim.

wtorek, 12 kwietnia 2016

INOV-8 X-Talon 200 - test

Testowałem ostatnio nową odsłonę znanych i lubianych "szponów" od INOV-8. But w porównaniu do modelu 212 jest odchudzony, ma mniejszą amortyzację i mniejszy drop. Nadal charakteryzuje się świetną przyczepnością i wygląda na równie trwały, co poprzednik. W mojej ocenie nadaje się znakomicie do szybkiego, terenowego biegania na przeróżnym dystansie. Szczegółowy opis zamieścił portal czasnabieganie.pl

[LINK] do artykułu


czwartek, 15 października 2015

INOV-8 Race Ultra 270 - test

Popełniłem test butów dla „Przeglądu Sportowego”. Wersja wydłużona jest w linku poniżej. Wersja skrócona będzie niedługo na papierze. Zapraszam.

[LINK]


wtorek, 4 sierpnia 2015

Koszulka termoaktywna „Żuawa Śmierci” – test


Koszule na długi rękaw, koszulki termoaktywne to dziś stały element garderoby osoby lubiącej spędzać czas na sportowo. Dostałem niedawno jedną taką do testów. Zanim do samej koszulki jeszcze dwa słowa o „Żuawach Śmierci”, o których być może nie wszyscy słyszeli.

Żuawi nie mają nic wspólnego z nadmorską krainą geograficzną, którą przeciętny Polak kojarzy z depresją, znaną mu z lekcji geografii. To dawna formacja wojskowa. Sformowana przez Francuza, Franciszka Rochebruna (Francois de Rochebrune - czyt. Fransuła Roszębrę) w czasie powstania styczniowego 1863 roku. Francuz, dawny sierżant francuskiej armii przed wybuchem powstania uczył w Krakowie szermierki. Gdy wybuchły walki zaoferował swoje cenne umiejętności władzom powstańczym. Postanowił sformować elitarny oddział wojskowy żuawów, wzorowany na podobnym oddziale istniejącym w armii francuskiej. Francuzi mieli już takie oddziały lekkiej piechoty i świetnie sprawdziły się w wojnie krymskiej i w walkach o zjednoczenie Włoch. Nazwa i strój związane są z nazwą jednego ze szczepów plemienia Kabylów zwanym z arabska „Zuāwa”, żyjącym na terenie Algierii i wspierającym Francuzów.

Polska wersja żuawa miała także elementy stroju nawiązujące do stroju arabskiego, przede wszystkim fez, czyli czapkę w kształcie ściętego stożka z przywieszonym kutasem (w dawnym znaczeniu tego słowa!). Do tego bufiaste spodnie - szarawary i charakterystyczną kamizelkę z białym krzyżem na piersi.

F. Rochebrune
„Żuawi Śmierci” mieli być oddziałem elitarnym powstania. Wzięli udział w kilku bitwach, okazali się rzeczywiście bardzo bitni, ale i ponosili olbrzymie straty. W założeniu mieli nie wycofywać się z walki, lecz walczyć do końca. Może się to kojarzyć z naszą polską wersją starożytnych Spartan. Niestety, pomimo ofiarności powstania nie uratowali. Przewaga Rosjan była zbyt przytłaczająca. W pewnym momencie Rochebruna wysunięto jako kandydata na wodza naczelnego powstania, ale spory polityczne sprawiły, że sprawa nie doszła do skutku. Twórca „Żuawów Śmierci” wyjechał do Francji. Zginął kilka lat później w wojnie francusko-pruskiej.

Pracując kiedyś w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie wielokrotnie pokazywałem zwiedzającym zabytki z powstania styczniowego, także te związane z „Żuawami Śmierci”. W muzeum, na piętrze, w sali powstania styczniowego znajduje się mundur i czapka żuawa. W sąsiedniej gablocie obejrzeć można skrócony pałasz austriacki należący do Rochebruna. Polecam wycieczkę do Muzeum Wojska Polskiego, jest tam sporo innych ciekawych eksponatów.

No, ale ja się tu rozpisałem o „Żuawach Śmierci”, naszych XIX-wiecznych komandosach, a miało być o koszulce termoaktywnej.

Koszulka została wyprodukowana przez zaangażowaną politycznie polską firmę „Red is Bad”, założoną bez wsparcia finansowego z UE, specjalizującą się w odzieży niepodległościowej. Ludzie z RiB robią rzeczy, które mogą się spodobać przede wszystkim odbiorcy o prawicowych, ewentualnie centrowych poglądach. Koszulki, bluzy, czapki i akcesoria. Z symbolami chwalebnych momentów polskiej historii, z wybitnymi postaciami, hasłami niepodległościowymi, itp. „Red is Bad” ma sklep stacjonarny w Warszawie, na jagiellońskiej 69. Polecam przejrzenie oferty na stronie internetowej sklepu: www.redisbad.pl. 

Ostatnio, w związku z 71 rocznicą wybuchu Powstania Warszawskiego pojawiła się tam koszulka z grafiką świetnego, polskiego rysownika Jakuba Różalskiego.

Koszulka, którą dostałem zapakowana była w eleganckim, czarnym pudełku z biało-czerwoną wstęgą. Pierwsza, rzecz, która rzuciła mi się w oczy to bardzo wysoka precyzja nadruku. Nadruk jest bardzo dokładny, ma mnóstwo różnych drobnych elementów. Tkanina jest miękka, miła, w dotyku (92% poliester, 8% elastan). Koszulka nie jest tania, normalnie kosztuje ponad stówę, ale gdy się ją bierze do ręki od razu czuć, że nie jest to ciuszek z dyskontu za 30 złotych.

Z przodu ma wielki, biały krzyż nawiązujący luźno (o grubszych ramionach) do owego krzyża z kamizelki żuawa. Na plecach napis „Polska” oraz „1863 powstanie styczniowe”. Grafika nie jest dwukolorowa, co może słabo widać na zdjęciach, na stronie internetowej sklepu. Na piersi z przodu znajduje się pięć elementów poprzecznych o lekko zielonkawym odcieniu. Na plecach umieszczono elementy odblaskowe poprawiające widoczność a przez to bezpieczeństwo w nocy.

Tyle wrażeń wstępnych. A jak mi się w niej biegało? Bardzo dobrze. Koszulkę ubrałem na kilka treningów biegowych o długości 10-20 km. Bardzo dobrze na mnie leżała; ładnie przylegała, ale nie uciskała i nie ocierała gdyż tkanina połączona jest płaskimi szwami zapobiegającymi obtarciom. Oddychała zupełnie dobrze, tak jak oddychają koszulki sportowe. Po kilku intensywnych treningach koszulka ciągle nieprana, nie śmierdziała. Działa się to zapewne za sprawą jonów srebra zawartych w tkaninie mających za cel likwidację nieprzyjemnego zapachu.

Koszulka podczas kilku wstępnych testów sprawowała się na tyle dobrze, że zabrałem ją do Austrii, na bieg górski na 110 km Grossglockner Ultra Trail [relacja]. W koszulce żuawa biegłem przez pierwsze kilka godzin, potem zamieniłem na koszulę z długim rękawem, bo w nocy i na wysokości zrobiło się zbyt chłodno. Po powrocie zauważyłem, że mój biegowy plecak trochę otarł koszulkę na plecach, dlatego nie polecam zakładania jej pod plecak biegowy na długie zawody. Szkoda jej.

Sprzęt ogólnie zdał test bardzo dobrze. Kto lubi patriotyczne motywy na ubraniach temu polecam przejrzenie oferty sklepu.

[LINK] do strony sklepu z koszulką „Żuawa Śmierci”






Na trasie Grossglockner Ultra Trail (Austria). Zdjęcie: sportograf.com



niedziela, 9 lutego 2014

Kurtka przeciwwiatrowa Columbia Trail Drier i koszulka z krótkim rękawem Columbia Freeze Degree – test


Relacja z testów koszulki technicznej z systemem chłodzącym Freeze Degree oraz kurtki wiatrówki Trail Drier. Wszystko oczywiście firmy Columbia. Koszulka fajna, wygodna, oddychająca, ale tego chłodzenia w koszulkach od Columbii to ja jakoś nie czuję. Kurtka Trail Drier to dobra propozycja dla wszelkich ultra-biegaczy. Jest bardzo lekka (163 g) i do pewnego stopnia nieprzemakalna. Ulewę przepuści ale przed mżawką powinna chronić skutecznie. Ze względu na niską wagę można ją wziąć na każdy długi bieg terenowy, zwłaszcza tam, gdzie kurtka jest regulaminowo wymagana. Miałem ją ze sobą podczas biegu Trail Verbier - St.Bernard na 110 km. Niska cena (135 zł na metce egzemplarza, który dostałem) też jest dużą zaletą tej kurtki. Szkoda tylko, że jak szukam w Internecie to jakoś te testowane przeze mnie produkty Columbii są u nas trudno dostępne.

Relacja ukazała się na portalu maratończyk.pl [LINK]

środa, 22 stycznia 2014

Columbia Conspiracy - test


Test sprzętu i – a jakże – Columbia. Tym razem buty o tajemniczo brzmiącej nazwie „Conspiracy”. To trailówki, odchudzone, ale o klasycznym dropie; wygodne i wściekle żółte. Testowałem je od lata zeszłego roku i zrobiłem w nich kilkaset kilometrów. Początkowo traktowałem jako buty treningowe, a startowałem w lżejszych butach od konkurencji. Wszystko do czasu. Biegnąc Wawrzyńca w butach minimalistycznych obiłem sobie pięty o kamienie. Wtedy doceniłem Columbia Conspiracy, które choć nieco cięższe lepiej izolowały stopę od podłoża. Na szybkich zbiegach to jedna z kluczowych cech, bo jeśli izolacji nie ma, a są kamienie to bieg prędzej czy później zamieni się w drogę krzyżową. Taką drogą krzyżową był dla mnie Bieg 7 Dolin, dlatego następny długi bieg górski, ultra-maraton bieszczadzki pobiegłem w Columbia Conspiracy a nie w lżejszych, ale ryzykownych butach minimalistycznych. Dobrze mi się w nich biegło, przybiegłem na czwartej pozycji. Z czystym sumieniem polecam Columbia Conspiracy, i do treningu i do ścigania na długim dystansie w górach.

[LINK] do relacji z testu

niedziela, 17 marca 2013

Columbia Trail Fire Windbreaker Jacket - test


W ciągu ostatnich kilku miesięcy testowałem wiatrówkę Columbii – Trail Fire. Podstawową jej zaletą jest lekkość i pakowność. To kurtka, którą można schować do dużej kieszeni. Latem bym w niej raczej nie biegał, bo byłoby mi za gorąco. No chyba, że jakieś ultra biegi w wysokich górach. Najlepiej sprawdzi się jako druga lub trzecia warstwa w chłodniejszych porach roku. Kurtka jest też estetyczna i wygodna. Nie brudzi się zbyt szybko. A jak oddychalność? Rewolucji tu nie ma: wiatrówka oddycha wystarczająco przy treningach o niskiej intensywności. Przy wysokiej od wewnętrznej strony rękawów gromadzi się wilgoć. Ogólnie jestem z Trail Fire bardzo zadowolony. Chętnie ją ubieram, nie tylko na treningi. Żałuję, że nie miałem jej na wczorajszym Rajdzie Dolnego Sanu. Zszedłem z trasy po 30 kilometrach, między innymi dlatego, że mnie wygwizdało i wychłodziło okropnie. Relacja z RDS właśnie się pisze a relacja z testów wiatrówki Columbia Trail Fire została opublikowana na portalu 4outdoor.pl:

[Paweł Pakuła: Columbia Trail Fire Windbreaker Jacket – test]

P.S. Tę samą kurtkę testował też Arek Koźmin, jeden z organizatorów Beskidy Ultra Trail. Dla porównania link do Jego relacji z testów:

wtorek, 15 stycznia 2013

Columbia Ravenous II Outdry® - test



Są to obecnie moje podstawowe terenowe buty treningowe na okres zimy. Trochę za ciężkie i sztywne na wyścig, ale na trening w sam raz. Mają membranę nieprzemakalną, więc biega się komfortowo nawet, gdy za oknem plucha i odwilż. Na mrozy też się nadają, bo podeszwa nieźle trzyma także na śniegu i lodzie. 


Pełna relacja z testu ukazała się na portalu bieganie.pl [TUTAJ]



piątek, 21 grudnia 2012

Odzież letnia firmy Columbia – wrażenia z testów



Autor zdjęcia: Sobek
Za oknem mróz, za pasem święta, a dziś koniec świata. Niektórzy w ten koniec nie wierzą i już wertują kalendarz imprez biegowych zaplanowanych na przyszły rok. Osoby te być może zainteresuje test legginsów i koszulki chłodzącej od Columbii. Legginsy ¾ Speed Trek Capri są bardzo fajne; biegłem w nich Chudego Wawrzyńca (85 km), Bieg Siedmiu Dolin (100 km) i Supermaraton Kalisia (100 km). Na nic nie narzekałem, dlatego z czystym sumieniem je polecam. Koszulka Columbia Baselayer Lightweight jest koszulką chłodzącą przeznaczoną do użytkowania szczególnie w upalne dni. W świetle moich doświadczeń jest dosyć wygodna, lekka i estetyczna tylko …nie chłodzi. Biegłem w niej tegoroczną Transjurę (164 km) w 30-stopniowym upale i owego chłodzącego efektu nie uświadczyłem.

Relacja z testów została opublikowana na portalu ultrabiegi.pl. Kto chce doczytać szczegóły zapraszam [TU].

niedziela, 9 grudnia 2012

Narnia

Plac Trzech Krzyży


Minęły już trzy miesiące odkąd przeprowadziłem się z Warszawy do Wisznic. Trochę tęsknię czasem za miejscami i grupką przyjaciół, których tam miałem. Mieszkając w stolicy lubiłem Las Kabacki, gdzie roi się od biegaczy, narciarzy i rowerzystów. Lubiłem Łazienki Królewskie, gdzie wiewiórki i sikorki jedzą spacerowiczom z ręki. Lubiłem „Pierwszą brygadę” wygrywaną o równej godzinie przez zegar w budynku Instytutu Głuchoniemych na Placu Trzech Krzyży. Lubiłem tradycyjne msze w języku łacińskim odprawiane w kościele na Karolkowej a także ich zupełne przeciwieństwo: czysto hedonistyczne elektro-imprezy w „Powiększeniu”. Niewątpliwym plusem Warszawy z punktu widzenia biegacza jest dogodny dojazd w każdą właściwie stronę Polski oraz duża ilość mniejszych imprez biegowych organizowanych na miejscu. Jest tu też prężnie prosperujące biegowe środowisko. Warszawa nie jest ładnym miastem; nie ma się, co oszukiwać, że to drugi Kraków czy Toruń. Niemniej po 2,5 roku mieszkania polubiłem wiele jej twarzy.




Łazienki Królewskie

Teraz znowu żyję poza miastem, znowu w małej miejscowości. Na przeprowadzce coś straciłem coś też zyskałem, to zupełnie normalne. Zamiast otaczającego zewsząd betonu mam pod domem stadion, pola i lasy. Nic tylko biegać. Nawet siłownia jest niedaleko. Do pełni szczęścia brakuje mi tu tylko porządnej górki. Są niby dwa pagórki, lecz to namiastka namiastek; niższe nawet niż wiślana skarpa w Warszawie. Z trenowaniem podbiegów mam zatem problem. Problem mam też z czasem na trening, bo idąc do pracy w liceum dostałem na „dzień dobry” wychowawstwo. Przez to między innymi grafik mam ciągle napięty. A może nie potrafię się dobrze zorganizować? Nie wiem. Ostatnim wyraźnie odczuwalnym minusem jest peryferyjne położenie mojej miejscowości. Strasznie ciężko z nich dojechać na jakiekolwiek zawody. Tym bardziej, że lekcje mam też w piątki a urlopu wziąć nie mogę jak w normalnej pracy. Pozostaje jeździć w ferie i wakacje a pomiędzy nimi tylko czasem, w miarę możliwości. A starty w zawodach w okolicach Wisznic? Niestety w najbliższej okolicy zawodów biegowych jest tyle, co kot napłakał. 


Moja biegowa szafa
Niewątpliwie jednym z plusów mieszkania w Wisznicach, oprócz terenów treningowych jest przestrzeń. Nie tylko przestrzeń treningowa, ale i ogólnie, życiowa. Za warszawskich czasów, gdy tułałem się po stancjach często miałem problem, gdzie tu pomieścić te wszystkie buty biegowe, bluzy, czołówki, plecaki, spodenki, itp. Gdzie to upchnąć wynajmując mały pokoik? Po przeprowadzce do domu problem rozwiązałem tak jak marzyłem to zrobić wcześniej: wygospodarowałem całą, wielką szafę na sprzęt biegowy. Szafa jest pojemna i praktycznie wszystko udało mi się w niej zmieścić. Mój chrześniak, gdy zobaczył ową starą szafę skomentował: „szafa jak z Narni”. Otóż to. Sprzętu mam dużo, jest go gdzie trzymać. Teraz tylko oby czasu i chęci do treningu nie zabrakło. I oby kontuzje (a kysz, a kysz) omijać z daleka. Można zacząć przygotowania pod nowy sezon.

A propos Narni: wraz z grudniem przyszła nam piękna zima. Na prowincji, szczególnie tej wschodniej, zimniejszej jest ona naprawdę urokliwa. Ostatnio robiąc długie wybieganie nie mogłem się nacieszyć bieganiem w białym puchu. Drzewa i pola skąpane w śniegu wyglądały jak scenografia z bajki. Niczym wyjęty z kina kawałek Narni. 






piątek, 24 sierpnia 2012

Columbia Ravenous Lite – test



Wiem, dawno nic nie pisałem. Blog dosyć mocno zapyział. W wakacje byłem bardzo zajęty bo z jednej strony praca (czasem w weekendy też), z drugiej treningi a z trzeciej wieczorowy kurs masażu klasycznego o profilu rozszerzonym. Na pisanie zwyczajnie nie starczyło już czasu. Na czytanie blogów znajomych z resztą też. Wczoraj zdałem egzamin praktyczny z masażu i odebrałem dyplom (jest ktoś chętny do wymasowania? Spokojnie, spokojnie – tylko po kolei, proszę się nie pchać ;)). Dzięki temu przez chwilę jestem wolniejszy, ale od września znowu zacznie się dla mnie bardzo intensywny czas. Nie wchodząc w szczegóły sporo się u mnie zmienia. Nie wiem jak będzie z bieganiem i z pisaniem, ale od czasu do czasu postaram się umieścić na blogu jakiś tekst. Pisać jest o czym bo to, że nie publikuję nie znaczy, że nie startuję. W wakacje startowałem w Transjurze (164 km), w Świder Trail Maraton (42 km) i w Chudym Wawrzyńcu (85 km). Relacje lub linki do relacji, choć spóźnione postaram się sukcesywnie wrzucać na „Długi Dystans”.


Tymczasem poniżej link do relacji z testów minimalistycznych butów terenowych Columbia Ravenous Lite. Są lekkie, wygodne i ogólnie fajnie się w nich biega. Zrobiłem w nich wszystkie wakacyjne wyrypy. Przekonałem się, że minimalizm w butach terenowych bardzo mi odpowiada. Kto chce doczytać szczegóły zapraszam do przeczytania relacji. Ukazała się na portalu bieganie.pl



czwartek, 29 marca 2012

Columbia Mission Ridge Jacket - test


Tak, to znowu test sprzętu. Tak, znowu Columbia. Tym razem softshell Mission Ridge. Biegałem w nim w miesiącach zimowych, grudzień - luty. W marcu sporadycznie. Jakie wrażenia? Ogólnie pozytywne. Fajnie leży, oddycha znośnie choć cudów nie ma; dobrze chroni przed wiatrem i lekkim deszczem. Może trochę ciężkawy i gdzieniegdzie wystają jakieś nitki ale ogólnie jest O.K. Bardzo lubię w nim biegać na treningach w chłodniejsze dni. Polecam.

środa, 7 marca 2012

Jakie buty na Rzeźnika?


Już zaraz, już niedługo, już za chwilkę (dokładnie 8 czerwca) kolejna IX edycja (ojej, jak ten czas leci!) Biegu o Puchar Rzeźnika. Startowałem w nim dwa razy, w 2009 roku (z Maciejem Więckiem, czas 10:16, miejsce 6) i w 2010 roku (z Andrzejem Buchajewiczem, czas 9:53, miejsce 4). W tym roku niestety znowu nie wystartuję ale nie po to to piszę, by się pożalić i czekać na pocieszenie. Otóż kilka znajomych osób zapytało mnie ostatnio jakie buty bym na ten bieg wybrał. W ramach takiej bardziej rozwiniętej odpowiedzi napisałem na ten temat tekst, który opublikował portal bieganie.pl. Link poniżej.


środa, 22 lutego 2012

Plecak Mobex Float AR Backpack - test



Tym razem relacja z testów plecaka: Mobex Float® AR Backpack firmy Columbia. W moim przekonaniu sprzęt do biegania trochę za słaby i generalnie do żadnych zastosowań wyczynowych bym go nie polecał. Wygląda jednak estetycznie i oryginalnie. Jeśli komuś podoba się wygląd i potrzebuje plecaka na krótkie wycieczki rowerowe lub niezobowiązujące wycieczki piesze może rozważyć jego kupno.

czwartek, 9 lutego 2012

Koszulka i getry firmy Columbia - test


Znowu testy sprzętu. Tym razem oddychająca koszulka Columbia Trail Pro II Crew oraz getry Columbia Speed Trek II Tight. Koszulka jest bardzo fajna bo bardzo miękka, trochę jak bawełniana ale w przeciwieństwie do bawełnianych oddycha. Getry również w porządku aczkolwiek nie na obecne mrozy; najlepiej na temperaturę kilka stopni powyżej zera. Polecam. Testy obu produktów opublikował portal jak-biegac.pl



sobota, 28 stycznia 2012

Test dwóch bluz firmy Columbia


Relacji z testów sprzętu ciąg dalszy. Tym razem testy bluz Columbia Fluid Run Half Zip i Optimus Long Sleeve Half Zip. Obie całkiem dobrze nadają się do biegania, trenuję w nich na zmianę prawie codziennie, zabieram też na zawody. Test opublikował portal biegajznami.pl


piątek, 27 stycznia 2012

Kurtka Columbia Baseplate Jacket - test


Znowu relacja z testów sprzętu, tym razem na warsztat wziąłem lekką wiatrówkę formy Columbia - Baseplate Jacket. Oprócz paru drobiazgów to całkiem fajny sprzęt, polecam.

Pełny opis wrażeń z półrocznego użytkowania Baseplate Jacket zamieścił portal Bieganie.pl




niedziela, 22 stycznia 2012

Kurtka Columbia Peak 2 Peak - test


Dziś wróciłem z pieszego maratonu na orientację „Ełcka Zmarzlina”, który był jednocześnie Mistrzostwami Polski w Pieszych Maratonach na Orientację na 100 kilometrów. Ależ była impreza! A jakie ładne bagienko po drodze było! A jak na tym bagienku zaszwankowała mi czołówka! A jak utopiłem tam komórkę! A jak tam błądziliśmy! A jak szukaliśmy „szczęśliwego” PK nr 13! A jaki fajny był basen po imprezie! A jaka była impreza pożegnalna! Z czasem 13 godzin i 49 minut udało mi się zająć III miejsce w klasyfikacji generalnej, z czego jestem niezmiernie szczęśliwy. Jakąś relację z zawodów w Ełku napiszę na dniach. Teraz jeszcze padam z nóg i podpieram się nosem. Na razie daję linka do mojej relacji z testów zaawansowanej technologicznie kurtki z membraną firmy Columbia - Peak 2 Peak. Relację tę zamieścił portal o rajdach przygodowych – napieraj.pl


[link do relacji z testów Columbia Peak 2 Peak]


[link do strony internetowej producenta]


Zdjęcie: Urszula Wojciechowska


sobota, 24 września 2011

Kamerka GoPro Hero Wide - test



Wiosną ponad 2 lata temu, kupiłem sobie zabawkę: kamerę do sportów ekstremalnych: GoPro Hero Wide. Kamera wyglądała na stosunkowo małą i lekką a próbki filmów dostępnych w Internecie wyglądały zachęcająco. Szykowałem się wtedy do Biegu Rzeźnika i pomyślałem, że fajnie byłoby nagrać niezapomniane momenty, których na trasie zapewne trochę będzie. Oczywiście kupiłem ją nie tylko na Bieg Rzeźnika. Wcześniej bardzo często żałowałem, że na biegach, zwłaszcza tych terenowych i na orientację są różne świetne sytuacje a ja nie mogę ich jakoś utrwalić. Mogę je zachować tylko w formie relacji pisanej, co nota bene od kilku lat robię, ale słowo nie odda przecież wszystkiego. Ach, jakby można było jeszcze ubogacić relację filmem obrazującym różne karkołomne przeprawy, wspinaczki, pościgi, wschody słońca, dramatyczne momenty – to byłoby coś.

Z taką to myślą zakupiłem za prawie 900 zł kamerę GoPro Hero Wide. Kamerka przyszła, zabrałem się za jej montowanie, przymierzanie, próbowanie i …. nie byłem zadowolony. Zniechęciła mnie waga. 167 gram to niby nie dużo ale mieć to na głowie i biec przez 100 km to robi dużą różnicę. Poza tym wielkość. Pomimo wszystko kamera w wodoszczelnej obudowie jest trochę duża. Pewnie nie ma to specjalnie znaczenia, jeśli ktoś chce ją zamontować do motocykla, samochodu czy roweru, ale podczas biegania – a do tego ją głównie kupiłem – waga i wielkość to decydujące parametry. Pobiegałem z nią chwilę i odkryłem jeszcze jeden szkopuł: baterie wyczerpywały się bardzo szybko. Stanowczo za szybko. A miała podobno nagrywać prawie godzinne filmy. Zniechęcony rzuciłem kamerę w kąt i na Rzeźnika oczywiście nie zabrałem. Potem o niej zapomniałem.



Trucht z kamerką po warszawskich ścieżkach

Ostatnio jeden z kolegów pytał o ten sprzęt rozważając, czy go nie zabrać na zawody. Odkurzyłem, więc mój nietrafiony zakup, zacząłem znowu testować, nagrałem nawet poglądowe filmy z treningu. Wczytałem się też głębiej w instrukcję i odkryłem, że krótki czas nagrywania filmów wynikał z mojego błędu: do zasilania nie można używać baterii alkalicznych tylko akumulatorków. Ja oczywiście zainstalowałem alkaliczne i stąd problemy. Kamerą bawiłem się ostatnio przez czas jakiś, poniżej zamieszczam jej krótką recenzję.

Najpierw trochę danych technicznych. Kamera według specyfikacji waży 167 gram w wodoszczelnej obudowie. Nie ważyłem jej, ale jeśli się nie mylę razem z akumulatorkami i mocowaniem na głowie waga przekracza 200 gram. Dużo. W środku ma zainstalowaną 5-megapikselową matrycę i szerokokątny obiektyw. Można do niej założyć maksymalnie 2-gigową kartę SD, na którą zmieści się łącznie 56 minut filmu (512 x 384). Zasilana jest z dwóch małych paluszków AAA. Oprócz nagrywania filmów kamera GoPro ma też możliwość wykonywania zdjęć. Mamy tu kilka opcji. Możemy robić zdjęcie w każdym momencie, gdy naciśniemy przycisk. Możemy ustawić opcję samowyzwalacza: kamera zrobi zdjęcie w 10 sekund od momentu wciśnięcia przycisku. Inna opcja to zdjęcia wykonywane automatycznie, co 2 sekundy. Na dwugigową kartę wchodzi około 1940 takich zdjęć. Można ponadto ustawić opcję wykonywania trzech zdjęć pod rząd. Zdjęcia można też kasować. Wszystkie lub te ostatnie. Nagrane filmy lub zdjęcia przenosimy na karcie lub przesyłamy kablem na komputer. GoPro Hero Wide współpracuje z systemami operacyjnymi od Windowsa ME w górę. Obsługuje też Mac’a. W skład zestawu oprócz kamery i kabli wchodzą specjalne mocowania umożliwiające montaż do kierownicy, kasku, deski surfingowej itp.




Tyle danych technicznych. Teraz uwagi o poszczególnych cechach GoPro Hero Wide. Zajmijmy się najpierw sprawą obsługi. Kamerka ma tylko dwa przyciski, jeden niewielki wyświetlacz i lampkę, która daje sygnał, czy sprzęt pracuje czy nie. Włączenie nagrywania sygnalizowane jest lampką i sygnałem dźwiękowym. Inny sygnał słychać, gdy nagrywanie wyłączamy. Z punktu widzenia użytkownika obsługa wygląda prosto. Gdy jednak kamera jest w obudowie i mamy ją na głowie to wciskając przycisk nie słyszę, czy jest to dźwięk włączenia pracy kamery, czy wyłączenia. Stąd nagrywając dużo krótkich ujęć mogę się w końcu pogubić i wyłączać nagrywanie w momencie, gdy chcę je włączyć. Jest to pewna niedogodność.

Druga sprawa: dźwięk. Jego jakość możemy ustawić jako wysoką lub niską. Na niskiej i w obudowie nie słychać nic. W przypadku montowania ostatecznej wersji filmu trzeba do tego dołożyć jakąś ścieżkę dźwiękową. Gdy kamera jest w obudowie i jakość dźwięku jest wysoka słychać głos, ale bardzo cicho. Może można to jakoś podkręcić podczas obróbki w komputerze, ale pomimo wszystko jest to dalekie od oczekiwań. Dopiero, gdy wyjmiemy kamerę z obudowy dźwięk przez nią nagrywany jest poprawny. Cóż z tego skoro prawie zawsze używamy jej w obudowie. Poniżej film z testów dźwięku.





Sprawa trzecia: obraz. Moja kamera dysponuje obiektywem w wersji szerokokątnej. Dzięki temu obejmuje więcej, ale obraz jest mocno „zbeczkowany”. Coś za coś. Dziś chyba wybrałbym jednak węższy zasięg obrazu ale bardziej naturalny. Jakość nagranego filmu jest taka sobie. Słaba ale trzeba pamiętać, że moja kamera ma już ponad dwa lata. Postęp w technice elektronicznej pędzi w szalonym tempie, dziś są dostępne kamery GoPro nagrywające obraz w jakości HD. To duża różnica. Z resztą zobaczcie sami na stronie producenta. Niestety, kamera GoPro Hero nie ma możliwości nagrywania obrazu nocą.


Zdjęcie wykonane kamerką GoPro Hero Wide

Sprawa czwarta: czas pracy. Tu jest w miarę O.K. godzina filmu jest przynajmniej do moich potrzeb zupełnie wystarczająca. Zwykle i tak nagrywam scenki nieprzekraczające minuty stąd możliwości kamery GoPro Hero zupełnie mi odpowiadają.

Sprawa piąta, najważniejsza. Waga i wielkość. Tu jest źle. Źle jak dla biegacza, bo dla kogoś uprawiającego np. sporty motorowe problemu nie będzie. Ja jednak jestem głównie biegaczem i moim zdaniem taka waga i objętość są dla biegaczy startujących na wynik nie do zaakceptowania.



Podsumowując: kamera GoPro Hero to ciekawa zabawka jednak moim zdaniem raczej nie dla biegaczy. Owszem, można ją zabrać na bieg, w którym nie zależy nam na wyniku. Biegniemy by przebiec, obejrzeć trasę, potrenować lub towarzysko. Wtedy pomysł zabrania kamery może nie być zły. Jakość obrazu współcześnie produkowanych kamer HD jest w zupełności wystarczająca. Wielka szkoda, że GoPro nie ma opcji noktowizji. Na setkach czy też biegach górskich zaczynających się jeszcze nocą jest to sprawa bardzo istotna. Dziś nie wydałbym tych dziewięciu stów na kamerę GoPro Hero. To jeszcze nie ta technika. Proponuję poczekać, aż jakość dźwięku i obrazu w parze z wielkością i wagą kamery będą do zaakceptowania dla biegaczy. To, co jest dostępne obecnie, jest za duże i ciężkie. Na razie może lepiej zadowolić się telefonem z możliwością nagrywania dobrych filmów i wykonywania zdjęć. Z telefonem przynajmniej nie ma bólu, że niepotrzebnie się obciążamy, ponieważ często jest wymagany jako obowiązkowe wyposażenie. Ja skoro kamerę już mam to nie zamierzam się jej wyzbywać. Może czasem nakręcę film z biegu, którego nie biegłem na wynik, może czasem zabiorę na trening w fajnym miejscu. Może kiedyś zamontuję do jakiegoś pojazdu, pójdę się po wspinać na ściankę czy zabiorę na nurkowanie. W takich zastosowaniach powinna się sprawdzić.


p.s. Przeglądałem ostatnio pewien dziennik, którego normalnie nie kupuję i przypadkowo znalazłem tam informację o kamerce Looxcie. Malutka, mocuje się ją za uchem jak Bluetooth i nagrywa podobno aż 5 godzin filmu. Może coś takiego byłoby ciekawą alternatywą?

środa, 17 sierpnia 2011

Buty HOKA – pierwsze wrażenie


Niedawno byłem w szwajcarskim Verbier gdzie ukończyłem ultradystansowy bieg górski „Trail Verbier – St. Bernard” (110 km) [relacja]. Na targach poprzedzających start miałem okazję przymierzyć się do nietypowych biegowych butów terenowych francuskiej firmy HOKA. Poniżej o nich słów kilka.


Buty miałem okazję założyć i pobiegać sobie po okolicy. Z wielką chęcią i ciekawością się za to zabrałem gdyż wyglądały bardzo oryginalnie (strasznie gruba podeszwa!) i ciekaw byłem wrażeń. Zanim jednak to zrobiłem wysłuchałem, co ma do powiedzenia przedstawiciel firmy, który – a jak że by inaczej – zachwalał produkt na wszelkie możliwe sposoby. Jak mniej więcej wyglądała rozmowa? Sprzedawca twierdził - a było to też widać - że but ma dużo więcej amortyzującej pianki EVA niż typowe buty (w innej recenzji wyczytałem, że aż 2,5 x więcej) przez to chroni świetnie nogi podczas biegania po górach. Zwłaszcza na zbiegach. Rzeczywiście, patrząc na but można w to uwierzyć. No dobra – myślę zdroworozsądkowo – jak dużo pianki tam napchamy pod stopę to wtedy stopa jest wyżej i jest problem ze stabilizacją tak przecież potrzebną na nierównych górskich ścieżkach. Wyłożyłem mu swoje wątpliwości i w odpowiedzi usłyszałem, że stopa jest w rzeczywistości niżej niż wyglądałoby z zewnątrz patrząc na grubość podeszwy. Jest ona ponoć na tyle nisko, że nie psuje to jej stabilizacji podczas biegu. Mało tego: buty HOKA mają stosunkowo szeroką podeszwę i dzięki temu lepiej i pewniej trzymają podłoże. Pomaga w tym dodatkowo specjalny, antypoślizgowy bieżnik. Kolejna sprawa, o której się dowiedziałem, to zwrot energii podczas biegu. Zdaniem przedstawiciela firmy taka a nie inna konstrukcja podeszwy sprawia, że w trakcie biegu oddaje ona kilkanaście procent energii podczas zbiegania i kilka procent podczas podbiegów. Prowadząc dalej rozmowę doszedłem głośno do wniosku, że skoro mają tak grubą podeszwę to znaczy, że projektantom owego buta przyświecała zupełnie odwrotna filozofia, niż twórcom butów do naturalnego biegania ze śladową amortyzacją takich marek jak np. Inov-8. Przedstawiciel firmy powiedział mi jednak, że nie: że filozofia jest ta sama gdyż but HOKA także wymusza lądowanie na śródstopiu a nie na pięcie. Pokazywał mi przy tym łódkowaty kształt podeszwy przy spojrzeniu z profilu. Tu już za bardzo nie chciało mi się wierzyć, bo myśląc logicznie: jak ktoś ma tyyyyyyle pianki [tu robię gest jakbym złapał dużą rybę] pod piętą to, czy będzie się wysilał, by jeszcze lądować na palcach czy śródstopiu?


Zabrałem się w końcu za ubranie butów i bieg testowy. Pierwsze wrażenie: pozytywne. Buty dziwne, ale podobają mi się bardzo z powodu oryginalnego wyglądu. Przez grubą podeszwę wyglądają topornie, ale but trzymany w ręku zdaje się ważyć tyle co inne, zwykłe buty biegowe. Chyba nie jest cięższy. Wstaję z fotela: stopa leży wygodnie a jak miękko! Ojej, jakie dziwne uczucie. Jak bym stąpał po poduszkach lub lepiej po piłkach do tenisa. Przebiegłem się z 10 minut po lekko pochyłej, niestety tylko asfaltowej nawierzchni w centrum Verbier. Było nadzwyczajnie miękko, tego się spodziewałem i oczekiwałem. Sprawdzałem natomiast jak się zachowują podczas nagłych skrętów, zwrotów. Czy są stabilne, czy stopa się nie skręca, nie przesuwa w bucie? Były stabilne, dobrze trzymały stopę. Pobiegałem sobie jeszcze trochę i muszę powiedzieć, że podobało mi się. Pierwsze wrażenie było dziwne, ale zdecydowanie pozytywne. Szkoda, że nie miałem możliwości pobiegać więcej w tych butach. Mam przeczucie, że pokochałbym je podczas długich zbiegów po kamienistym zboczu. Gdy je zdejmowałem sprzedawca jeszcze zachwalał, że zostały dostrzeżone przez ścisłą czołówkę górskiego ultra. Wymieniał mi nazwiska topowych biegaczy z zachodniej Europy i USA, których ja niestety nie kojarzyłem. Jednego z nich zacząłem jednak dobrze kojarzyć zaledwie dwa dni później. To Ludovic Pommeret – Francuz, który właśnie wygrał „Trail Verbier St. Bernard” poprawiając rekord trasy o godzinę (mi dołożył 6 godzin). Na zdjęciu poniżej widać zwycięzcę stojącego na najwyższym stopniu podium w butach HOKA.


Generalnie konstrukcja bardzo interesująca, mogąca świetnie się sprawdzić podczas długich biegów. Jakoś ich idea bardziej do mnie przemawia, niż buty do naturalnego biegania nieposiadające prawie amortyzacji. Takie jest moje pierwsze wrażenie. Pozytywne. By jednak powiedzieć coś więcej musiałbym je solidnie przetestować.







Ludovic Pommeret na podium TVSB 2011