Pokazywanie postów oznaczonych etykietą utmb. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą utmb. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 września 2016

UTMB 2016 – powrót bez tarczy

Zdjęcie: MainDru
Wyjazd przyjemny, obfitujący we wrażenia. Wynik sportowy słaby: nie dotarłem do mety. Zrezygnowałem w Triencie, na 142 kilometrze i ostatnim odcinku w Szwajcarii. Po 28 godzinach walki na 28 kilometrów przed metą. Dlaczego? O tym w relacji, która ukazała się na portalu festiwalbiegowy.pl

[LINK] do relacji

Po lekturze zapraszam też do obejrzenia filmu zawierającego ujęcia z trasy. Film w pełni amatorski, kręcony mini-kamerą. Ścieżka dźwiękowa nie mogła być inna, jak tylko hymn UTMB: „Conquest of paradise” Vangelisa.

wtorek, 31 sierpnia 2010

Półmaraton Ultra-Trail du Mont-Blanc 2010


No i stało się. Często tak mam, że jak odtrąbię wszystkim że gdzieś jadę, napompuję oczekiwania to potem przeżywam rozczarowanie. Tak było i tym razem. Ultra-Trail du Mont-Blanc - górski ultramaraton na dystansie bagatela 166 kilometrów prowadzący przez Francję, Włochy i Szwajcarię miał być zwieńczeniem moich startów na ten rok, najważniejszym wydarzeniem, wisienką w torcie. Marzyłem o starcie w nim od ponad roku, filmy z edycji 2004 i 2008 dostępne na Youtube oglądałem kilkadziesiąt a może i sto razy. Sumiennie trenowałem. Na opłacenie wpisowego i wyjazd wydałem ostatnie oszczędności. Niestety tegoroczna edycja tych prestiżowych zawodów zakończyła się nie tylko dla mnie spektakularną klapą. Jak do tego doszło? Posłuchajcie...



Po wyczerpującej podróży samochodem z Katowic przyjechaliśmy do Chamonix u podnóża Mont-Blanc we wtorek rano. Start miał być w piątek wieczorem, pozostało jeszcze ponad 3 dni. Koledzy (Mirek i Alek) postanowili zostać na kempingu. Ja wybrałem się w góry celem aklimatyzacji. Z Chamonix położonego na wysokości około 1000 metrów n.p.m. wjechałem kolejką i pociągiem na wysokość 2100 metrów. Tego samego dnia wszedłem wyżej i noc spędziłem na wysokość 2700 metrów. Dwa następne dni i jedną noc spędziłem w okolicach lodowca Tete Rousse, na wysokości około 3100 metrów. Nie będę szczegółowo opisywał co tam porabiałem, postaram się poświęcić temu oddzielny wpis. W każdym razie w czwartek po południu zszedłem i zjechałem do Chamonix tak, by mieć cały piątek na odpoczynek przed wieczornym startem. W dniu startu odebrałem pakiet startowy (ubogi: tylko koszulka, worek na śmieci, numer z chipem i jakieś papierki), przygotowałem rzeczy na przepak (jest jeden: w połowie trasy) i poszedłem na pasta party (to z kolei było bogate: można było najeść się do syta, sporo dań, przekąsek na czele z makaronem i pleśniowym serem). Przed osiemnastą zrobiliśmy z Mirkiem przedstartowe zdjęcia w pełnym rynsztunku i poszliśmy do depozytu, potem na start. Ten zaplanowany został o 18:30.


Ważną, wręcz kluczową sprawą tegorocznego UTMB okazała się pogoda. Już będąc u góry, kilka dni przed startem słyszałem, że dotychczasowa piękna słoneczna pogoda w piątek ma się zepsuć. W dniu startu dostaliśmy od organizatora SMS-y ostrzegające, że w czasie zawodów spodziewany jest deszcz, zimno i silny wiatr. Tu na dole to problem niewielki, jest ciepło. Ale u góry? Tam delikatnie mówiąc mocno wieje a temperatura nocą zbliża się do zera. Jak do tego dojdzie jeszcze większy wiatr i deszcz to będzie naprawdę hardcore’owo. Tym bardziej dla mnie bo na zimno + deszcz jestem wyjątkowo mało odporny. Nie mam lekkiej i nieprzemakalnej kurtki biegowej. Zastanawiałem się, czy wziąć lekkie poncho ale to zajmuje sporo miejsca. Przed startem zaczęło się przejaśniać więc zaryzykowałem i ubrałem się na lekko. Z przeciwdeszczowych rzeczy zabrałem tylko wysłużoną bluzę Dobsom’a. Liczyłem, że nawet jak mnie zmoczy to jakoś dotrwam do przepaku. Tam zostawiłem ciepłą bluzę w którą będę mógł się przebrać.



Gdy dochodziliśmy z Mirkiem na rynek w Chamonix było z dziesięć minut do startu. Przechodząc obok zaplecza zobaczyłem jakiegoś zawodnika z numerem „1” otoczonego przez niewielką grupkę. Kilian Jornet! Hiszpan, który wygrał dwie ostatnie edycje UTMB. Z zainteresowaniem przyglądałem się wyposażeniu. Panowie, ten koleś prawie nic nie miał! Białe ciuszki Salomona i jakiś malutki plecaczek wielkości połowy tych, z którymi my śmigamy na setkach tylko lekko odstawał od pleców. Zastanawiałem się jak on przetrwa taką trasę prawie bez wyposażenia. Druga sprawa - jak nie mając prawie nic spełnia regulaminowy wymóg, by plecak na starcie ważył co najmniej 2 kilogramy? Nie mam pojęcia. Niby przed startem plecaków nie ważono i nawet nie sprawdzano, czy wymagany „equipment” uczestnik rzeczywiście posiada. W każdym razie to co Kilian miał na plecach było wyjątkowo małe i dałbym sobie uciąć.., no dobra nic nie dam, zapędziłem się. W każdym razie ten zapakowany plecaczek wyglądał, jakby ważył góra kilkaset gram. Byłem w szoku.



Na starcie pojawiliśmy się trochę późno i dziś uznaję to za błąd. Rynek w Chamonix był zapchany biegaczami i kibicami. Alek poszedł już wcześniej, z Mirkiem rozdzieliliśmy się dochodząc na start. Każdy z nas miał wystartować samemu. Nie mogąc dopchać się przez tłum w okolice czołówki stanąłem całkowicie z tyłu, na frontowych schodach pobliskiego kościoła. I to była piękna chwila, gdyż widok z tego miejsca jest przepiękny, Trzy groźnie wyglądające potężne góry, których szczyty nikną w chmurach stały pochylone nad miejscowością tak, jakby za chwilę miały ją przygnieść. Pomiędzy nimi bystro spływał potok zasilony przez niedawną ulewę. Z głośników puszczono „Conquest of Paradise” Vangelisa. Nie wytrzymałem, łza zakręciła mi się w oku. To był piękny moment na który długo czekałem. Byłem naprawdę wzruszony. Nie dziwię się, że osadnicy którzy wieki temu założyli Chamonix właśnie to miejsce wybrali. Magiczny widok, magiczna chwila. Świątynia, potężne żywioły natury symbolizowane przez potężne góry i muzyka Vangelisa. Czułem się, jak Krzysztof Kolumb ruszający w nieznane na przygodę życia. Dobrze, że ktoś dał w końcu sygnał do startu bo całkowicie bym się rozkleił.



To co potem nastąpiło było zupełnym przeciwieństwem emocji, których doświadczyłem przed startem. Jak za dotknięciem magicznej różczki niedawne wzruszenie zastąpiła irytacja. Jak wspomniałem wcześniej ustawiłem się na samiutkim końcu i w tej chwili tego żałowałem. Najpierw przebijałem się przez kibiców, potem w tłumie startujących prawie dreptałem w miejscu. A czas leciał. Przez wąskie gardło i kibiców którzy zostawili startującym 3 lub 4-metrowe przejście biegacze powoli wydostawali się z centrum. Minuty mijały a ja prawie stałem w miejscu. W myślach narzekałem na organizatorów, którzy nie ustawili barierek zabezpieczających przed bezmyślnością kibiców. Patrzyłem na zegarek. Minęło bite 8 minut zanim byłem w stanie powoli truchtać. Gdy w końcu udało się wydostać z centrum wcale nie było lepiej. Zaczął padać deszcz, z każdą chwilą coraz intensywniej. Nie wyjmowałem kurtki licząc, że zaraz przestanie. Po paru kilometrach truchtania, mokry i zły na całokształt przebijałem się przez tłumy kijkowców (90 % uczestników), którzy niczym pajęczaki dreptali z kijkami pod górkę. Mijałem ich z duszą na ramieniu. Czy mi jakiś nie wbije kija w nogę? Czy nie nadzieję się na niego? Kiedyś nie bardzo rozumiałem spór o kijki który toczył się na Forum dotyczącym Biegu Rzeźnika. Teraz rozumiem narzekających. Przebijanie się przez kijkowców to nic przyjemnego, używanie tego powinno być zabronione na początku trasy, do momentu, aż wąż startujących wystarczająco się rozciągnie.



Szczęśliwie po paru kilometrach dobiegłem do les Houches. Tu zaczynała się pierwszy, 700-metrowy podbieg. Podchodziłem go dosyć żwawo, może nawet zbyt żwawo jak na tak długi wyścig. Zaczynało się ściemniać. Tłum kijkowców rzedł, można było łatwiej wymijać. Minąłem już pierwsze punkty, na których łyknąłem wodę. Jednej rzeczy nie rozumiałem. W wymaganym wyposażeniu był kubek który miał zabezpieczyć przed zaśmieceniem okolicy. Tymczasem na punktach podawano zwykłe plastikowe kubeczki, jak na maratonie. Być może dopiero w wyższych partiach gór trzeba będzie korzystać z kubków? Mniejsza o to. Na razie mozolnie wspinałem się na podejściu. Deszcz nie przestawał padać a nawet się wzmógł. Ubrałem w końcu kurtkę którą założyłem na przemoczone ubranie. Szkoda, że tak późno. Zaczynałem być wychłodzony a to dopiero początek wyścigu. Czy może być jeszcze gorzej? Okazuje się, że może. Jak by tego było mało coraz bardziej bolał mnie brzuch. Objadłem się czegoś przed startem i teraz miałem kłopoty żołądkowe. Nie no, co za dzień. Już czułem, że czeka mnie nieplanowana wizyta w krzakach. Na razie jeszcze dawałem radę, łudziłem się nadzieją, że przejdzie. Wspięliśmy się w końcu na wysokość około 1700 metrów, zaczął się zbieg. Było mokro, miejscami wąsko, miejscami trawiasto. Zapaliłem czołówkę. Udało mi się zbiegać w miarę sprawnie wyprzedzając kolejnych zawodników i nie zaliczając wywrotki. Buty „Ravenous Trail” które dostałem do testów od firmy Columbia dawały radę. Niestety mój brzuch już nie dawał. Na jednym ze zbiegów zrobiłem skok w bok, na przygodną toaletę. Chwilę później wróciłem na ścieżkę i dołączyłem do zbiegających. Tych było wyraźnie mniej. Zaczęły formować się kilkuosobowe grupki. Widziałem przed sobą światełka czołówek, gdzieniegdzie odblaskowe oznaczenia trasy. Z dołu dochodziła wrzawa kibiców oczekujących na biegaczy. Dotruchtałem w końcu do St-Gervais, pierwszej dużej miejscowości położonej na 21 kilometrze wyścigu. Było około 21:13, minęły niecałe 3 godziny od startu. Chwyciłem trochę dobrości z suto zastawionego stołu i chciałem biec dalej. STOP! Zatrzymał mnie ktoś z obsługi. Jak to? Co się dzieje!? Wyścig wstrzymany !! Niemożliwe. Dlaczego? Jakaś Francuzka tłumaczyła mi, że w wyższych partiach gór jest zbyt niebezpiecznie, że spływa jakaś ogromna ilość błota. Początkowo byłem wkurzony na organizatorów. Jak to dużo błota? Owszem, było mokro, padał deszcz ale nie było to nic, czego byśmy nie znali z Rzeźnika czy Kieratu. W wyższych partiach gór pewnie jest gorzej ale trudne warunki nie tłumaczą przerwania wyścigu. Dopiero później dowiedziałem się, że gdzieś na trasie, chyba na 60-tym kilometrze zeszła lawina błotna. To już nie są żarty. Dobrze, że zeszła wcześniej, zanim dotarli w to miejsce biegacze. Szczęście, że nikt nie zginął. Zawiedziony poszedłem do jakiejś dużej hali wskazanej przez organizatorów. Mieliśmy tam czekać nas transport do Chamonix. Wokół mnie byli inni, i miny mieli podobne. Rozmawiałem z jakimś Grekiem. Nie mógł uwierzyć, w to co się stało. Wydał na ten start ostatnie oszczędności, przygotowywał się tyle czasu, przejechał kawał drogi. A tu taka porażka. UTMB przerwany, chyba po raz pierwszy w historii. W podobnym tonie wypowiadał się spotkany Szwed. Dobrze ich rozumiałem, ja czułem się podobnie. Ostro trenowaliśmy, wydaliśmy sporo pieniędzy (sam utopiłem około 1500 zł), przejechaliśmy kawał drogi. I wszystko na nic. My choć byliśmy Europejczykami. A co mają powiedzieć Japończycy czy Kanadyjczycy których także tam widziałem? Łudziliśmy się jeszcze, że może wznowią rywalizację ale oczekując w hali usłyszałem, że tegoroczny UTMB jest definitywnie odwołany z powodu groźnych warunków panujących w górach. Po jakimś czasie podstawiono nam specjalne pociągi którymi z przesiadką w le Fayet, około północy dotarliśmy z powrotem do Chamonix. Zziębnięci i przemoczeni truchtaliśmy do kempingu by się trochę ogrzać, jak najszybciej przebrać i położyć spać.



Tu powinna się cała historia zakończyć, ale nie zakończyła. Obudziłem się w podmakającym namiocie po 8 rano. Sąsiadujący z nami angielski triatlonista tłumaczył coś Alkowi. Alek wołał mnie. Co? Wznawiają UTMB na drugiej połowie trasy? Start z Courmayeur? Spojrzałem na komórkę i odczytałem dwa SMS-y które przyszły nocą, gdy spałem. Pierwszy otrzymany o 4:26 brzmiał następująco:


„TDS UTMB depart commun samedi 28 10H. Parcours Courmayeur – Champex – Chamonix. Bus a partir die 6H30 centre sportif Chamonix”


Drugi przyszedł o 7:02 i brzmiał tak:


„UTMB TDS Cause annulation CCC & repatriement coureurs, depart bus Courmayeur limite a 1000. Due to CCC cancellation buses to Courmayeur limited to 1000 people”


No i teraz cholera burza mózgów. Szybka decyzja. Jedziemy? Jest dobrze po ósmej, na busy nie zdążymy. Mamy półtorej godziny do startu. Trzeba by samochodem przelecieć przez tunel Mont-Blanc na drugą stronę gór, do Courmayeur. Zdążymy? Ja byłem skłonny jechać. Koledzy byli innego zdania. Jeden, że nie warto bo za mało czasu, nie zdążymy, to nie będą równe szanse i tak w ogóle to on przyjechał zrobić UTMB a to co będzie to już na pewno nie będzie UTMB. Drugi podobnie: ciuchy ma całe przemoczone, trzeba by się w nie znowu wbijać bo nie ma zapasowych. Poza tym argument że za późno, że to nie te zawody. Koledzy postanowili jeszcze tego samego dnia zawinąć się z kempingu i wracać do Polski. Ja nie protestowałem, poza tym byłem w mniejszości. Miałem jeszcze suche ciuchy na zmianę, mógłbym pojechać, nawet spóźnić się i zrobić połówkę trasy. Ale po co? Dla zasady, że się walczy do końca? By się w deszczu i błocie dorżnąć niewiadomo na czym? Potem wrócę do Polski i co powiem: że skończyłem UTMB? Przecież to nie będzie żadne UTMB. Gdybyśmy choć przeczytali te SMS-y w czasie gdy przyszły. A tak musieli byśmy ekspresowo się zawijać i pewnie startować z opóźnieniem. Chrzanić to. Trudno, dla nas UTMB się skończyło. Spakowaliśmy manatki i wyjechaliśmy do Polski. Zanim jeszcze opuściliśmy Chamonix poszliśmy na smaczny i bogaty posiłek postartowy (jakieś regionalne dania, sery, wino z kartonów, piwo, keks, owoce). Potem jeszcze wstąpiliśmy odebrać bluzy obiecane przybywającym na metę. Tak, te legendarne bluzy z napisem „Finisher CCC/TDS/UTMB”. Organizatorzy rozdawali je na lewo i prawo, każdemu, kto miał numer startowy. UTMB nie mogli nam dać bo UTMB niby jeszcze trwało. Miałem do wyboru CCC lub TDS-a, wziąłem bluzę TDS. Napis „Finisher TDS” zamaluję czarnym flamastrem bo nie jestem żadnym finisherem i na ten tytuł nie zasłużyłem. W każdym razie dla mnie wartość owych legendarnych bluz w których owego dnia chodziło pół Chamonix mocno spadła. Także z całego UTMB czar jakby prysł. Dla mnie te długo oczekiwane, wytęsknione zawody z którymi wiązałem spore nadzieje okazały się drugą największą porażką tego roku. Być może jeszcze kiedyś wrócę do Chamonix, ale na razie mnie nie ciągnie. Zdecydowanie.


P.S. Będąc już w Polsce dowiedziałem się, że ścisła czołówka też odpuściła sobie namiastkę i nie wyszła na wznowioną, drugą połowę trasy. Przez to jeszcze mniej jej obecnie żałuję. Do organizatorów pretensji nie mam. Uważam, że zrobili słusznie przerywając wyścig. Sam na ich miejscu postąpiłbym podobnie.


niedziela, 22 sierpnia 2010

Ultra-Trail du Mont-Blanc - przed wyjazdem


Koniec zabawy w bieganie ulicznych dziesiątek, piętnastek. Jadę na wielką wyrypę. Prestiżowy ultradystansowy bieg terenowy dookoła masywu Mont-Blanc. Trasa ma długość 166 kilometrów i prowadzi przez trzy kraje: Francję, Włochy i Szwajcarię. Szlak wiedzie dolinami i górkami dochodzącymi do 2500 metrów n.p.m. Pozytywne przewyższenie na całości trasy sięga 9500 metrów. Limit czasu wynosi 46 godzin. Najszybsi zawodnicy robią to w 21 godzin. Na tegoroczną imprezę zakwalifikowało się 2300 zawodników w tym takie światowe sławy ultradystansowych biegów jak Kilian Jornet, Scott Jurek czy Marco Olmo. Dotychczas trasę UTMB ukończyło zaledwie kilku Polaków. Rekordowy czas (na trasie 8 kilometrów krótszej niż obecna) należy do Piotrka Kłosowicza (Petro), który w 2007 roku obiegł Blanca w 29 godzin, 45 minut. W ubiegłym roku bieg ukończyły dwie osoby: Arek Koźmin (41:32) i Rafał Tyszkiewicz (45:44). W tym roku z Polski jedzie aż 8 osób.





Czy to zrobię? Nie wiem. Naprawdę. Dotychczas pokonałem maksymalnie 100 km w górach, nigdy więcej. Wiosną zrobiłem w dobrym czasie Rzeźnika (78 km, 4 miejsce), ale UTMB to dystans dwa razy większy niż bieszczadzki Rzeźnik a przewyższenia trzykrotnie większe. Do tego dochodzi wysokość. Nie wiem jak mój organizm będzie się zachowywał na 2500 metrach. Na wszelki wypadek chciałbym przejść małą aklimatyzację, posiedzieć na większej wysokości na kilka dni przed startem. Jadę razem z dwoma weteranami ultradystansowych tras. Jeden to Aleksy Szablicki (preferuje chyba bardziej uliczne ultra), drugi to Mirek Kot (specjalista od ultra dystansów w górach, wygrał kiedyś Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej – 145 km). Wyjeżdżamy jutro rano. W południe samochodem Alka jedziemy z Katowic do Chamonix we Francji. Na miejscu mamy być we wtorek. Start jest w najbliższy piątek o 18:30. Trzymajcie kciuki!

[link do relacji Piotrka Kłosowicza z jego pierwszego startu w UTMB]

[link do wywiadu z Piotrkiem Kłosowiczem]

[link do strony zawodów]

P.S. Przypuszczalnie w piątek, sobotę, niedzielę w komentarzach pod tym tekstem będą się pojawiały informacje wpisywane przez Ulkę o tym jak mi idzie, na którym miejscu biegnę (lub człapię, czołgam się….).