Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rogaining. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rogaining. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 czerwca 2019

Roztoczańska 13 – dla mnie pechowa

Rogaining 8-godzinny w pagórkowatym terenie opodal Kraśnika. Rodzaj bieg/marszu na orientację polegającego na znalezieniu jak największej liczby punktów oznaczonych na mapie. Limit zwykle jest długi: kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt godzin. Punktów również kilkadziesiąt. Można się nachodzić, nabiegać, a i tak wszystkiego się nie zbierze. Zabawę dodatkowo komplikuje różna wartość punktów: jedne są tanie, inne, zwykle te dalej położone bądź trudno dostępne są cenniejsze. Mapę dostaje się odpowiednio wcześniej tak, że można dokładnie zaplanować trasę jeszcze przed startem. Wygrywa ten, kto w danym limicie czasu zbierze punktów najwięcej.

Pewne doświadczenia w rogainingu już mam. Startowałem w nim kilka razy, m.in. na Litwie oraz w Mistrzostwach Czech i Polski w górach, na trójstyku Polski, Czech i Słowacji. Nie jest to typ imprezy na orientację szczególnie u nas popularny dlatego chętnie zapisałem się na rogaining niezbyt niedaleko od moich Wisznic, w Kraśniku koło Lublina. W tym roku odbyła się 7 edycja imprezy. Byłem dwa tygodnie po Maratonie Lubelskim, może nie w pełni zregenerowany, ale chciałem spróbować powalczyć, ile dam radę. Zapisało się bodaj kilkadziesiąt osób a zatem impreza miała mieć charakter kameralny.

Mapa główna
Na trasie – część biegowa

Biorę mapę, pisakiem planuję trasę. Fajnie byłoby zebrać wszystko, punktów jest pewnie z 50. Przypuszczalnie się nie uda, ale rysuję wariant taki, jakby się miało udać. Osiem godzin - sporo czasu. Najwyżej na końcówce utnę część punktów i je zostawię. Chcę lecieć najpierw dół – zachód, potem zachodnim krańcem po cenne punkty na górze, a na końcu wyzbierać punkty niedaleko bazy. W tym te w lesie, tanie za 2 punkty każdy, oznaczone na dodatkowej mapie 1:20.000. W tymże lesie jest punkt uzupełnienia wody oraz strzelanie z Paintballa, za które można złapać kilka dodatkowych punktów. Trochę za daleko ta woda – martwię się – ale co tam, jakoś dobiegnę.

Wychodzę z bazy nieśpiesznie, kilka minut po wszystkich. Nagle bzzzz.... i bach! Coś mnie dziabnęło w odsłonięty kark. Pszczoła, już się wije w przedśmiertnych konwulsjach na chodniku bo wbijając żądło wyrwała też część własnego tułowia. Od razu przypomina mi się Kilian Jornet, ikona ultra-długich biegów górskich, który wystartował w UTMB lecz zaraz zszedł z trasy bo słabo się czuł. Tłumaczył, że tuż przed startem użądliła go pszczoła i bardzo osłabiła. Czy i ze mną tak będzie? Na razie trochę swędzi ale cieszę się że nie użądliła z przodu. Za darmo mnie dziabnęła, przecież nic jej nie zrobiłem. Pięknie się zaczyna, czyżby prognostyk na resztę rajdu?

Zaczynam od spokojnego truchtu doookolnym, lecz wygodnym, asfaltowym wariantem przez Wyżnicę do PK 34. Jestem na miejscu, szukam punktu. Z mapy głównej wynika, że powinien być tuż przy miejscu, gdzie kończy się asfalt i jest skrzyżowanie. Może 50 metrów stąd. Czeszę krzaki, brodzę w pokrzywach, przeskakuję jakiś strumyk. Nic. Mija 10 minut, idę, sprawdzę dalej. Jest punkt dalej, w krzakach. Dopiero wtedy sprawdzam na dodatkowej mapce z rozświetleniami punktów. Według rozświetlenia stoi poprawnie. Mój błąd, ze patrzyłem tylko na mapę główną. Punkt wydawał się na tyle łatwy, że nie raczyłem spojrzeć na rozświetlenia. Wydaje mi się że PK 34 był nieprecyzyjnie naniesiony na mapę główną. Z niej wynika, że powinien być ok. 50 metrów od skrzyżowania, tymczasem jak sprawdziłem na Google Maps po powrocie, punkt stał ok. 130 metrów od skrzyżowania. Dla mnie od razu wtopa i ok. 12 minut straty na „tanim” punkcie (wyjaśnienie: punkty dawane są za dziesiątki: przykładowo za PK 34 mam 3 punkty, a za PK 85 8 punktów).

Lecę do pobliskiego PK 33. Też „tani” punkt ale organizator ostrzegał, że jest w trudnym terenie. Jest nad rzeczką Wyżnicą, i wg mapy nie ma do niego drogi. Liczę, że mapa 1:50:000 wszystkiego nie pokazuje i jest choć ścieżka. Ładuję się na ten punkt, można biec tylko początkowo. Potem pokrzywy i trzciny. Punkt jest łatwo umieszczony lecz w terenie, który uniemożliwia bieganie i bardzo spowalnia. Podbijam go i lecę na zachód, do PK 86. Cofać się głupio bo wyjdzie strasznie dookolnie. To tnę wprost, wzdłuż rzeczki. Jakoś przejdę. 

Rozświetlenia i opisy

Niestety, im dalej w „las”, tym jest gorzej. Pokrzywy po pas, trzciny po szyję. Nie ma tu kompletnie, żadnej ścieżki. Totalna dzicz. Pluję sobie w brodę, że w ogóle poszedłem po ten punkt. Zegarek pożyczony od brata na czas zawodów wydał krótkie piknięcie. Oznaczało ono, ze minęła godzina od startu. Godzina, a ja jestem w środku jakiegoś trzcinowiska, nogi mam dokumentnie wysmagane pokrzywami bo cienkie spodnie „Dobsomy” przed nimi nie chronią; na koncie mam ledwie 6 punktów z dwóch „tanich” PK. Ale kaszana. Pociesza jedynie to, że przedzierając się przez trzciny widzę przed sobą świeże ślady. Wkrótce doganiam dwoje zawodników torujących drogę wśród trzcin, mężczyznę i kobietę. „Cieszę się, że nie tylko ja sfrajerzyłem idąc po ten PK 33” – mówię na dzień dobry. Potwierdzają moje wrażenia, że nie warto było w ogóle się tu pchać.

Lecę do PK 86. „No, limit wtop już wyczerpany, teraz będzie dobrze. Łatwy punkt przy ulicy, a za aż 8 punktów” – myślę. Dobiegam w okolicę, patrzę, już jakiś chłopak z rozpaczą czesze krzaki. I nic. Czytamy opis: „Punkt 20 m na pn. wschód od zatoczki”. Pech chce, że w pobliżu jest duży zbiornik wodny więc patrzymy na pobliskie jeziorko, - Hmmm..., gdzie ta zatoczka? Czyżby znowu organizator coś nieprecyzyjnie ustawił? – dumam. Czeszemy las przy ulicy 10 minut. W końcu nadbiega ktoś trzeci, krzyczy, że jest. Podbijam, wybiegam i patrzę, że tu z ulicy jest lekki zjazd, taka „zatoczka” ale uliczna, nawet bez poszerzonego asfaltu. Krzyczę do tego, który ze mną rozpaczliwie szukał punktu, że to chodziło o „zatoczkę” na drodze. Widzę jeszcze, jak z oddali zamaszyście klepie się w czoło. Zrozumiał.

„Kiedy ja w końcu, normalnie, bez problemów podbiję jakiś punkt na tym rajdzie?” – zastanawiam się truchtając pod górkę przez Wyżniankę, do PK 44. No, pierwszy wszedł jako – tako, bez straty czasowej. Dalej pagórkowata droga wśród pól, błoto po niedawnych deszczach klei się do podeszew butów. PK 61 – łatwo ustawiony, dobrze ustawiony a i tu zaliczam wtopę. Tak jak w większości przypadków całkowicie z mojej winy. Po prostu biegnę w jego kierunku drogą równoległą zamiast właściwą. Przestrzeliwuję ze 300 metrów, muszę wracać. Czas, czas, czas...

Na punkcie 62 „za młynem” tracę z 5 minut bo szukam rzeczywiście za młynem, lecz trochę z innej strony. W wiosce Mikuszewskie popełniam strategiczny błąd, który zaważy na dalszej części rajdu. Przebiegam koło otwartego sklepu i... nie uzupełniam płynów. Myślę o tym, mam już niewiele wody ale decyduję się zaryzykować i uzupełnić płyny w Skorczycach lub Leszczynie, za 6 kolejnych punktów, kilkanaście kilometrów biegu.

Kolejne punkty (63,81,92,85,93) podbijam łatwo bo są proste, położone na skraju lasu. Ich wysoka waga – głównie ósemki i dziewiątki - wynika wyłącznie z dużej odległości od bazy rajdu, nie z trudności w odnalezieniu. Po drodze zaczyna mnie suszyć. Wypijam ostatnie krople wody. Słońce niemiłosiernie praży. Jest może ze 20 stopni w cieniu, w słońcu zapewne więcej. Znowu zapomniałem kapelusza lub choćby czapki z daszkiem. Dałem się nabrać na prognozę pogody, która wspominała coś o zachmurzonym niebie. A figa z makiem. Takie warunki, plus brak wody to dla mnie prawie zawsze kaplica. Są biegacze, najczęściej drobni i niscy, którym gorąco i słońce nie przeszkadza. Mnie, wysokiego i ciężkiego, rozkłada to dosyć szybko. Dlatego w upale – a dla mnie upał zaczyna się od 20 stopni + słońce -  staram się nie rywalizować: po co mam dawać konkurentom fory?

Punktem załamania był PK 72. Bardzo łatwy, w polu, mała górka z której wybierają piasek. Przy drodze. Jakoś, nie wiem jak, źle obliczyłem czas dotarcia do niego, przestrzeliłem go o kilkaset metrów. Musiałem wracać. Wracam do niego piechotą. Żar leje się z nieba. Obok jeździ ciągnik i smrodzi opryskami. Po 4 godzinach od startu nie chce mi się już biegać. Widzę, że to nie będzie mój dzień ani moje zawody.

Na trasie – część piesza

Decyduję iść pieszo do Skorczyc, złapać 54 i 73. Tam w sklepie uzupełnić wodę i może jeszcze pobiegać. Jak nie znajdę sklepu to po prostu sobie iść w kierunku bazy, podbijając po drodze punkty, które będą blisko. Rywalizację już odpuszczam.

Nawet na głupim przejściu do Skorczyc, z PK 72 na południowy wschód, ładuję się w jakiś las, gdzie gubię drogę. Tnę na przełaj, przez pola. Tracę czas i siły. Jak nie idzie, to nie idzie. W Skorczycach sklep jest, ale zamknięty. Wiem, że mogę żebrać o wodę u lokalsów ale jakoś mi się nie chce. Zagadani gospodarze mówią, że jest sklep w Popkowicach, ale dodają: „O Panie, to daleko, ze 4 kilometry”.

Docierając do PK 72 spotykam Hiubiego, przyszłego zwycięzcę. Krótka wymiana wrażeń, Jemu w przeciwieństwie do mnie idzie znakomicie. Chwali organizatora, że w końcu dobrze ustawia punkty. Szczęście też mu sprzyja, bo nawet jak coś stało źle to i tak przypadkowo na ten punkt wszedł. Patrząc na Hiubiego w spodenkach zastanawiam się, jak on te pokrzywy i chaszcze czesze w gołych nogach. Ja mam całe nogi zsiekane przez pokrzywy. Jeśli prawdą jest, że oparzenia pokrzyw działają leczniczo, to po powrocie będę niewątpliwie najzdrowszym człowiekiem w Wisznicach. A może on wybierał te punkty, i te przeloty, gdzie chaszczy nie było?

Na drodze przed Popkowicami ścieżki moje i Hiubiego rozchodzą się. On poleciał na południe, ja poszedłem do Popkowic licząc, że znajdę tam jakiś otwarty jeszcze sklep. Nie znalazłem, ale też nie dotarłem do centrum. Uznałem, że uzupełnienie płynów na dwie godziny przed limitem zawodów i tak mnie nie uratuje i niczego nie zmieni.

Skręcam w kierunku lasu, tego z mapą 1:20:000 i masą drobnych punktów. Już teraz strasznie chce mi się pić. Jestem tak odwodniony, że znalazłszy leżące przy drodze łodygi rabarbaru, które jakiś gospodarz najpewniej wiózł i zgubił, odzieram ze skórki i wysysam kwaśny miąższ. Przynosi to chwilową ulgę.

Odnalazłszy się na mapie 1:20:000 biorę po drodze bez problemów punkty po drodze do bazy: B, C i D. Ostatnie punkty, już na mapie głównej, to PK 32 i PK 31. Ten PK 32, za jakimiś betonowymi zbiornikami, jest tak skitrany, w że gdyby nie wydeptana przez innych zawodników ścieżka, to pewnie pół godziny bym go szukał. - Na pewno żaden uczciwy człowiek w takie miejsca nie zagląda – myślę wracając.

Mapa 1:20.000
Z ostatnim punktem, PK 31 też mam problemy, bo nie chciało mi się spojrzeć na rozświetlenie i doszedłem do przepustu od przeciwnej strony. Do bazy dotarłem ok. 17 minut przed limitem czasu. Idąc po drodze policzyłem zaliczone PK i liczbę uzyskanych z nich punktów. Wyszło mi 19 PK a liczba punktów - chyba 101. Podobno pełne wyniki są na stronie pmno.pl ale gdzie - nie mam pojęcia. Zwycięzca, Hubert Puka miał punktów ponad 130, drugi w kolejności sto-kilkanaście. Ja ze swoimi 101 jestem gdzieś pewnie pod koniec pierwszej dziesiątki na około 50-ciu zawodników.

Ogólne wrażenia

Rajd ogólnie fajny, wart polecenia. Ma swoją specyfikę, którą trzeba wziąć pod uwagę. Budowniczy trasy nadaje punktom wagę patrząc głównie na odległość od bazy, ewentualnie skrajność położenia na mapie. Stąd punkty w drugim końcu mapy były banalne i cenne, tyle że odległe. Punkty niedaleko bazy (np. PK 33 i PK 32) były tanie, i jeszcze umieszczone w taki sposób, że ich branie było czaso i energo-chłonne. Zupełnie się nie opłacało ich dotykać. Część z tych punktów kojarzyła mi się z „jaszczurową” imprezą, gdzie budowniczy również lubi wpuszczać zawodników w takie zapomniane przez Boga i ludzi miejsca.

Najlepsi z wszystkich tras

Fajnym elementem zawodów są też nagrody. Kolega wylosował dla żony piękny, damski rower. W czasie losowania stałem tuż obok, widać prawie w epicentrum „strefy szczęścia”. Tak blisko, a jednak nie ja. A co tam, może sprawiedliwie, bo przecież nie mam żony.

W bazie zawodów stoi wypchany dzik, kończący zawody są też częstowani pieczonym dzikiem. Wiem, ze nie wszyscy startujący w wyścigach na orientację pochwalają te elementy utożsamiając je z promowaniem kultury łowieckiej, której się sprzeciwiają. Dobrze, że organizator dla wegetarian przygotował posiłek alternatywny: pierogi ruskie. Je właśnie poddałem konsumpcji zamiast dzika, były bardzo smaczne.

Na mój słaby wynik złożyło się szereg czynników. Chyba najbardziej poległem na wariancie zaczynając zbierać punkty od przeciwnej strony, niż ta, gdzie był punkt z wodą i paintball, do którego ostatecznie nie dotarłem. Do tego władowałem się kompletnie bez sensu w punkty tanie i ciężko dostępne. Nawet na wejściu w niektóre łatwe punkty popełniałem błędy nawigacyjne. Zabrałem stanowczo za mało wody jak na taki dzień. Dwa półlitrowe i nawet nie wypełnione do końca softflaski. Nie uzupełniłem picia we wsi, gdzie miałem ku temu okazję. Pogoda była stanowczo nie pode mnie. No i w końcu wytrenowanie fizyczne, które jest u mnie coraz słabsze. W momencie gdy piszę ten tekst trwają właśnie zawody DYMnO na Mazowszu. 50 km na orientację. Byłem na nie zapisany, opłacony, ale nie pojechałem. W tym tygodniu, tak jak w tygodniu przed Roztoczańską 13 biegałem tylko 2 razy. Pochłaniały mnie różne ważne sprawy osobiste. Podliczyłem kilometraż z maja – tylko 260 kilometrów. Niewątpliwie mógłbym pojechać i ukończyć to DYMnO, ale z takim przygotowaniem byłbym poza czołówką. Uznałem, że nie warto.

Kącik historyczny. Piątek trzynastego – czy wiesz, dlaczego jest pechowy?

Przekonanie, że dzień piątek trzynastego przynosi pecha powiązane jest z wydarzeniem w średniowieczu, gdy aresztowano przedstawicieli zakonu templariuszy. Templariusze byli pierwszym zakonem rycerskim powstałym w Ziemi Świętej, w okresie wypraw krzyżowych. Zgodnie ze statutem opiekowali się pielgrzymami, modlili się i walczyli z poganami. Z czasem zakonnicy ci zgromadzili wielkie bogactwa i uchodzili wręcz za bankierów władców.

Dobra doczesne, jak to w życiu bywa, budzą często zazdrość i pożądanie u bliźnich. Ówczesny król Francji, Filip IV Piękny mający akurat irytujące pustki w skarbcu postanowił położyć łapę na bogactwach templariuszy. Zainspirowany przez doradcę, rycerza-kanalię Wilhelma de Nogaret zmusił swojego totumfackiego, papieża Klemensa V będącego w tzw. niewoli awiniońskiej u króla Francji, aby ten oskarżył templariuszy o herezję.

Spalenie templariuszy. Wyobrażenie z manuskryptu z XV wieku

Właśnie w piątek 13 października 1307 roku aresztowano przywódców templariuszy, z wielkim mistrzem Jacobem de Molay na czele. Oskarżono ich o czyny będące obrzydliwościami w oczach Boga, m.in. o homoseksualizm i oddawanie czci bożkowi Bafometowi (przypuszczalnie chodzi tu o Mahometa). Aresztowani zakonnicy byli torturowani. Wielki mistrz Jacob de Molay został poddany ciężkiej próbie wiary i silnego charakteru. Pod wpływem tortur to przyznawał się do zmyślonych zarzutów, to potem je odwoływał.

Gdy 18 marca 1314 z rozkazu Filipa IV Pięknego palono go na stosie, ten tuż przed śmiercią odwołał swe przyznanie się do winy a na sprawców nieszczęścia templariuszy rzucił klątwę i wezwał na Sąd Boży. Według podań miał krzyknąć.

„Papieżu Klemensie, królu Filipie, rycerzu Wilhelmie! Nim rok minie spotkamy się na Sądzie Bożym!”

Faktycznie upadły rycerz Wilhelm de Nogaret od roku już nie żył. Papież Klemens V i król Francji Filip IV Piękny zmarli wkrótce w tajemniczych okolicznościach, nie przeżywszy nawet roku od spalenia Jacoba de Molay.

W 2001 roku odnaleziono zaginiony od setek lat protokół z przesłuchania templariuszy. Według niego byli oni niewinni (Pergamin z Chinon)

Audycja radiowa Polskiego Radia o tym wydarzeniu [LINK]
Artykuł w "Rzeczypospolitej" [LINK]
Salve Regina - jedna z popularnych pieśni templariuszy [LINK]

niedziela, 13 maja 2012

Nieudana rejza na Litwę


[9th European Rogaining Championships - Lithuania 2012]

W ostatni weekend (4-6 maja 2012) wybrałem się z Pawłem Kotlarzem na 9 Mistrzostwa Europy w Rogainingu. Poszło słabo, głównie z mojej winy. O tym jak było można poczytać w poniższej, „słownikowej” relacji.

B – jak bandaże

Często nie biorę na zawody ani środków opatrunkowych, ani apteczki, jeśli nie jest wymagana. Najczęściej i na szczęście się nie przydaje. Tym razem coś mnie tknęło, wziąłem i się przydała. Niedługo po starcie lecieliśmy z Pawłem po 3 czy 4 lampion. Paweł trochę z tyłu, obejrzałem się za siebie czy jest tuż za mną, patrzę a ten trzyma palec w ustach. Ręka cała we krwi, usta dookoła też. Rozharatał palec na jakimś drzewie. Wyciągnąłem zaraz opatrunek i bandaż. Myślałem, że może będziemy wracać do bazy by to jakoś porządnie opatrzono, ale Paweł tylko zawinął palec, umył rękę oraz usta i polecieliśmy dalej.

F – jak forma

Myślałem, że w moim przypadku będzie z tym bardzo źle, bo z powodu kontuzji w kwietniu biegałem bardzo mało. Szczęśliwie baza, którą zrobiłem kilka miesięcy wcześniej wystarczyła. Na tle partnera pod względem formy nie wypadłem źle, choć z pewnością nie byłem dobrze przygotowany.

H – jak Holandia

Towarzystwo na zawodach nie było aż tak wielonarodowe jak być powinno na zawodach mających rangę Mistrzostw Europy. Dominowały zespoły z Europy środkowo-wschodniej: Litwini, Estończycy, Polacy (17 drużyn), Łotysze, Ukraińcy, Rosjanie, Białorusini, Czesi i Finowie. Z krajów zaliczanych do tak zwanej Europy Zachodniej przyjechali tylko Szwedzi i reprezentanci Holandii. Ci ostatni wyglądali jak Hindusi lub Pakistańczycy i obaj mieli na imię… Mohammad. Fajnie, że przyjechali, ale gdzie reszta mieszkańców Europy Zachodniej? Gdzie Hiszpanie? Gdzie Niemcy? Gdzie Włosi i Francuzi? Gdzie Brytyjczycy i Irlandczycy? Szkoda, że ich zabrakło. Z tego powodu zawody na Litwie były w moim odczuciu Mistrzostwami Europy tylko z nazwy.

K - jak kontuzja

Niestety po dosyć mocnych startach i intensywnych treningach z początku wiosny załapałem kontuzję. Bolała mnie łydka i lewe kolano. Próbowałem biegać, ale bolało, coś w kolanie strzelało, więc odpuszczałem na kilka dni, tydzień. Potem znowu ostrożnie biegałem i znowu czułem ból, więc znowu przerwa. Kolejne 1,5 tygodnia. Przez to w kwietniu przebiegłem tylko 92 kilometry. Zastanawiałem się czy nie odwołać startu, ale stwierdziłem, że może jakoś dam radę. Na zawodach zaskoczenie: kolano i łydka działały bez zarzutu, zaczęła mnie natomiast pobolewać pachwina, po drugiej stronie. Zawsze coś musi być. „Jak nie urok to sraczka”.

L – jak lampiony

Na terenie zawodów były 73 lampiony. Miały zróżnicowaną wartość, od 2 do 9 punktów. O tym jak wartościowy jest punkt informowała pierwsza cyfra z numeru punktu. Gdy przykładowo biegłem na PK 45 – wiedziałem, że dostanę za niego 4 punkty. Kolejność podbijania punktów i ich liczba była oczywiście dowolna. Lampiony – jeśli dobrze pamiętam - nie miały odblasków. Raczej nie były poukrywane w zagłębieniach, choć zdarzały się takie przypadki. Punkt podbijało się przez przyłożenie karty SI do czytnika. Karta przymocowana była na stałe do nadgarstka. Czas podbicia lampionu pomiędzy pierwszym a drugim członkiem zespołu nie mógł być dłuższy niż 60 sekund.

M – jak mapa

Mapa była duża, kolorowa i miała nietypową skalę: 1:35.000. Myślałem, że będę miał z tym problemy, ale nie było żadnych. Sieć drożna była w miarę aktualna. Trochę dziwne były te znaczki na mapie opisujące usytuowanie punktu piktogramami. Pierwszy raz się z tym spotkałem. Na szczęście miałem dobrego „tłumacza” Pawła i radziliśmy sobie bez problemu.

N – jak nawigacja

Kolejne zaskoczenie. Koledzy mi opowiadali, jak to strasznie było w zeszłym roku na Łotwie: że straszna nawigacja i straszny teren. Jadąc na Litwę nastawiłem się, że pod tym względem będzie ciężko. Ani ja ani mój imiennik nie jesteśmy wysokiej klasy nawigatorami i obawialiśmy się, że na nawigacji możemy sporo stracić. Jak się w praktyce okazało obawialiśmy się niepotrzebnie. Mapa była czytelna, współczesna, sieć drożna gęsta i aktualna. Spośród 40 czy 50 punktów, które podbiliśmy mieliśmy może drobne problemy z 2 czy 4. Zaliczyliśmy przy nich wpadki nawigacyjne na góra kilka minut. Nawigacja poszła nadspodziewanie dobrze.

O – jak odciski

Kilka rzeczy złożyło się na moje osłabienie i w konsekwencji zejście z trasy, ale ta była chyba najbardziej znacząca. Przez kilkanaście godzin ścigania non-stop w mokrych butach, wchodzenia i wychodzenia z bagna, w gorącym dniu dorobiłem się pięknych odcisków. Rozłożyły się równomiernie w najgorszych miejscach: dwa na śródstopiu i dwa na pięcie. Po jakimś czasie bolał każdy krok. Nie wiem, dlaczego tak sobie załatwiłem te stopy, czy buty były nieodpowiednie czy może skarpety. Stawiałbym raczej na buty (Asics Gel Trail Attack), są dosyć grube i mało przewiewne. Dobrze sprawdziły się np. na Skorpionie zimą, ale na mokre i gorące warunki mogły być zwyczajnie za ciepłe.

P – jak przyroda

Była piękna. Lasy w pagórkowatym terenie, najczęściej dosyć dobrze przebieżne. Wśród lasów dużo mniejszych i większych jezior. Gdy dochodziłem do lampionu stojącego na brzegu jednego z nich pod stopami uginał mi się „kożuch” roślinności. Ale dziwne uczucie. Dużych zwierząt typu łosie czy dziki nie widziałem. W którym momencie dogoniłem inny zespół, który wypatrywał coś w krzakach. „Snake” – powiedział jeden z zawodników pokazując na coś długiego, z zygzakowatym wzorem na grzbiecie, znikającego wśród gęstej roślinności. Komary cięły umiarkowanie, najintensywniej wieczorem. Najgorsze spotkania z litewską przyrodą przeżyłem po powrocie do bazy. Znalazłem na sobie dwa kleszcze. Jeden niestety zdążył się już wbić. Paskudztwo.

R – jak rogaining

To jedna z odmian długodystansowych imprez na orientację. Trwa 6, 12 lub 24 godziny. Nie ma określonego dystansu. Zawodnicy startujący w zespołach, co najmniej 2-osobowych dostają mapę, na której jest rozmieszczonych bardzo dużo punktów kontrolnych. Na tyle dużo, że teoretycznie nie da się wszystkich zebrać. Muszą więc wybierać, po które punkty idą a po które nie. By sprawa była bardziej skomplikowana różne punkty mają różną wartość. Jeden z moich kolegów porównał zbieranie punktów podczas zabawy w rogaining do zbierania grzybów: wygrywa ten zespół, który zbierze jak najwięcej i jak najładniejszych. Słuszne porównanie.

S – jak sleepmonster

Sleepmonsterem określa się okrutną senność, która ogarnia uczestników rajdów przygodowych podczas jednej z kolejnych nocy długiego wyścigu. Ludzie wtedy śpią na chodząco, zasypiają na rowerze, mają jakieś zwidy. Mnie taka okrutna senność dopadła już podczas pierwszej nocy wyścigu. Poprzednią noc spędziłem w autobusie jadącym z Warszawy do Wilna. Był on w połowie pusty i wydaje mi się, że wyspałem się w nim wystarczająco. Jak się okazało nie. Około 2 czy 3 w nocy, gdy idąc robiliśmy długie przeloty dopadła mnie okrutna senność. Zataczałem się na drodze i nie kontaktowałem, co się wokół mnie dzieje. Paweł przejął nawigację i teraz to ja, nękany dodatkowo przez odciski wlokłem się za nim. Od bardzo dawna nie miałem takich problemów, bo zawsze nocą biegałem i to mnie rozbudzało. Tym razem jednak szliśmy i myślę, że to mnie tak strasznie uśpiło. Nie poprzednia noc w autobusie. Można zapytać, dlaczego w takim razie nie zaczęliśmy biegać by się rozbudzić? Nie biegaliśmy, bo z jednej strony Paweł nie miał na to mocy a z drugiej mi przeszkadzały odciski i boląca pachwina. Sytuacja była dla mnie bliska krytycznej. Teraz wystarczyła tylko iskra, bym postanowił zejść z trasy.

T – jak teren

Zawody rozgrywane były na terenie wschodniej Litwy, w rejonie miasta Malaty. Bazą był dom wczasowy „Tolieja”. Otaczały go rozległe lasy i pojezierze z jeziorem Stirniai.

U – jak ulewa

Ulewa to słowo zdecydowanie na wyrost, ale pasowało mi tu do słownika. W rzeczywistości był to średniej intensywności przelotny deszcz, który padał może 10 minut. Wystarczyło, by mnie ubranego na lekko przemoczyć. Było około 3 w nocy i dosyć chłodno. Ubrany byłem biegowo, więc po przemoczeniu, w temperaturze kilku stopni zaczęło mną trząść. Biegać by się rozgrzać nie mogłem. Byłem w kropce. To była ta „iskra”, która zadecydowała o zejściu. Jeszcze przez jakiś czas wlokłem się za Pawłem, ale jak zobaczyłem, że on chce iść kawał drogi od bazy, w południowo-zachodni kraniec mapy to się przestraszyłem, że nie dam rady stamtąd wrócić. Poprosiłem partnera o wcześniejsze zejście do bazy. Nie był zadowolony, ale cóż miał biedny robić, przecież mnie nie poniesie. Około 4 rano zdecydowaliśmy o odwrocie, wracaliśmy prosto do bazy nie podbijając nawet punktów, które stały po drodze. Byliśmy na miejscu o 6. Powrót ślimaczym tempem zajął nam jakieś 1,5 – 2 godziny.

W – jak woda

To była wpadka organizatorów. Było dosyć gorąco i obiecali, że na kilku punktach zaznaczonych na mapie będzie można uzupełnić wodę. Przybiegliśmy z Pawłem na pierwszy punkt: nie ma. Może będzie w drugim? Biegniemy do drugiego: puste baniaki. Woda kończyła nam się w bukłakach a nadal był jeszcze ciepły dzień. Pierwszy złamał się Paweł. Gdy przebiegaliśmy obok jednego z jezior skoczył na pomost i zagarnął bukłak „jezioranki”. Ponoć smakowo nie była zła. Potem, gdy okazało się, że i na trzecim wodopoju nie ma wody złamałem się i ja. Też zagarnąłem wodę z leśnego jeziora. Moja była brunatna jak herbata. Na szczęście niewiele jej upiłem, bo przebiegając przez jakąś wioskę zaczerpnęliśmy wodę ze studni. Oczywiście za zgodą miejscowego gospodarza.

Z – jak zakończenie

Na 198 zgłoszonych zespołów 13 zebrało wszystkie punkty. Wśród nich był jeden polski zespół: Sabina Giełzak i Marcin Krasuski. Zebrali oni wszystkie punkty i zajęli 2 miejsce w mixach. Najszybsi okazali się Estończycy: pokonali trasę w 17 godzin i 8 minut. Dla zespołów, które zebrały wszystko był to raczej scorelauf niż rogaining. Mojemu zespołowi udało się zebrać większość punktów, ale nie wszystkie. Kończąc 8 godzin przed limitem (6 godzin przed limitem byliśmy w bazie, ale przez ostatnie 2h powrotu nie zbieraliśmy punktów) mieliśmy 294 punkty na 392 możliwe. W kategorii MO (Men Open) byliśmy 28 drużyną na 35 sklasyfikowanych. W generalce zajęliśmy 222 i 223 miejsce na 455 sklasyfikowanych zawodników. Prawie dokładnie w połowie.


Link do większej mapy
Link do strony organizatora
Link do galerii
Link do mojej relacji z Mistrzostw Czech i polski w Rogainingu 2010

wtorek, 29 czerwca 2010

Międzynarodowe Mistrzostwa Czech i Polski w Rogainingu

(Bukovec, 26 - 27 czerwca 2010)

Rogaining – czym jest?


Jest to jedna z odmian biegu na orientację. Startujesz pieszo w zespole liczącym od dwóch do pięciu osób. Na starcie dostajesz mapę, na której zaznaczonych jest mnóstwo punktów kontrolnych. Organizatorzy włączają stoper. Masz 24 godziny by znaleźć oraz podbić jak największą ich liczbę i przed upływem doby wrócić na metę. Przygotuj się, że przejdziesz lub przebiegniesz około 100 kilometrów. Jeśli jesteś mocniejszy – więcej, jeśli słabszy – mniej. Nie możesz używać GPS-u, liczy się tylko mapa, kompas, mądra głowa i mocne nogi. Żeby sprawę dodatkowo skąplikować punkty mają różną wartość. Jedne są warte więcej, inne mniej. Zapomnij, że podbijesz każdy z nich. Chyba, że jesteś Chuckiem Norrisem. Jeśli nie jesteś musisz wybrać, do których lecisz a które pomijasz. Sprawia to, że bardzo istotną rolę w zawodach (oprócz tradycyjnie mocnej łydki i dobrej nawigacji) pełni strategia. Umiejętność takiego zaplanowania trasy, by dysponując swoimi i partnera możliwościami zebrać możliwie największą liczbę najbardziej wartościowych punktów kontrolnych.


Rogaining wymyślili w latach 40-tych XX wieku trzej Australijczycy: Rod Phillips, Gail Davis i Neil Phillips. Od imion założycieli pochodzi nazwa dyscypliny (RoGaiNe = Rogaining). Dziś sport ten zwłaszcza w świecie zachodnim bardzo się rozwinął. Są organizowane mistrzostwa świata, działa Międzynarodowa Federacja Rogainingu. Są różne odmiany rogainingu; wersje z krótszym limitem czasu (np. 12 lub 6 godzin) w nietypowym środowisku (metrogaine – rogaining w mieście) lub z wykorzystaniem przeróżnych środków transportu (snogaine – na nartach lub w rakietach śnieżnych, paddlogaine – łódkami, kajakami po jeziorkach, cyclogaine – rogaining na rowerach).


Nasz start


Wcale nie marzyłem o tych zawodach. Coś tam o nich wcześniej słyszałem, koledzy się wybierali. Opowieści brzmiały ciekawie, ale po Rzeźniku myślałem już głównie o zbliżającym się UTMB. Niecałe dwa tygodnie przed zawodami skontaktował się ze mną Maciej Więcek. Kolega szukał partnera do wspólnego startu. Na początku nie bardzo chciałem. A to, że przez 24 godziny z bardzo mocnym i ambitnym kompanem zarżnę się w tych górach; a to, że funduszy brak. Ostatecznie jednak się namyśliłem. Start za granicą, impreza ultra, ciekawa formuła, z mocnym kolegą. Może jednak warto spróbować. Zgłosiliśmy nasz team „Sherpas Inov-8” jako jeden z 88 zespołów na trasę 24 h. Były także mniej popularne wersje krótsze: 12 godzinne i 6 godzinne. Organizatorzy przewidzieli osobą klasyfikację dla weteranów, juniorów, zespołów stricte kobiecych i mixów (kobieta + mężczyzna). Uczestnicy to główne Czesi. Przyjechali też Słowacy, 12 drużyn z Polski, Ukraińcy, Łotysze, Niemcy a nawet egzotyczni goście z Nowej Kaledonii (przyznam się, że niedawno nie wiedziałem gdzie leży to państwo).


Jak nam poszło? Poszło słabo, choć nie beznadziejnie. Zdobyliśmy 1690 punktów zajmując 6 miejsce na 28 zespołów w kategorii otwartej. Pierwsze trzy miejsca zajęli Czesi (dla porównania podam, że zwycięski team zebrał 2400 punktów, drugi 2000, trzeci 1740). Czwarte i piąte miejsca zajęli nasi rodacy (zespoły „Raidlight napieraj.pl” Gaweł Boguta i Adam Foland – 1730 punktów oraz „Kraina-Czasu” Leszek Herman-Iżycki i Tadek Podraza – 1710 punktów). Generalnie Polacy wypadli raczej słabo. We wszystkich kategoriach chyba tylko zespół Jana Gracjasza i Zenona Krzysztonka stanął na podium (2 miejsce w kategorii weteranów).


Wynik to jednak nie wszystko. Liczy się też zabawa a ta była przednia. Przynajmniej dla mnie. Góry były piękne, trening nawigacji wartościowy, doświadczenie bezcenne, zjazdy do strumieni po stromej, kilkumetrowej skarpie mocno przygodowe. Dziękuję Maćkowi za wspólny start i wielką wolę walki, którą wykazał się na trasie.


Słownik zamiast relacji


B – jak bezmyślność


Czesaliśmy z Maćkiem jakieś wzgórze porośnięte lasem. Nagle patrzę: ognisko. Nie dość, że w środku lasu, to jeszcze nikt go nie pilnuje. Porozglądałem się wokół, nie było nikogo. Byliśmy na czeskiej bądź słowackiej stronie. Gdzie tu dzwonić po kogoś, jaki numer? Ostatecznie wylałem na ognisko całą wodę z butelki i to, co miałem w bukłaku. Gdy odchodziłem jeszcze trochę się tliło, mam nadzieję, że żadnego pożaru z tego nie było. Nie rozumiem, jak można tak beztrosko zostawić w lesie płonące ognisko.


C – jak chip


Po raz pierwszy startowałem w zawodach na orientację, gdzie zamiast tradycyjnego perforatora bądź spisywania kodu z lampionów był elektroniczny chip. Wygląda to tak, że na starcie przypinają ci do nadgarstka coś, co wygląda jak plastikowy kluczyk. Biegniesz do punktu, wkładasz „kluczyk do dziurki, rozlega się sygnał, zapala lampka i możesz biec dalej. Bransoletkę z kluczem ma każdy z zawodników, nie można jej zdjąć (jest zaplombowana) ani zgubić. Grozi za to dyskwalifikacja. Co ważne każdy z członków zespołu musi podbić punkt w odstępie nie większym niż minuta od czasu podbicia przez pozostałych członków zespołu. Na początku trochę nie ufaliśmy tej nowoczesnej technice (wszystko, co elektroniczne łatwo zepsuć), ale wynalazek okazał się w porządku. Taka technologia wiele ułatwia i częściowo zabezpiecza przed nieuczciwą rywalizacją (typu np. ja podbijam twoją i swoją kartę a ty tu zaczekaj).


K - jak kleszcze


Po takim terenowym bieganiu trzeba się dokładnie obejrzeć, odważnie zajrzeć w najciemniejsze zakamarki własnego ciała. Gdy wróciłem z zawodów wyrwałem z siebie 4 kleszcze. Piąty był wybredny, jeszcze po mnie chodził nie mogąc zdecydować, gdzie by się tu wbić. Przejrzałem się dokładnie; mam nadzieję, że na dniach nie odkryję kolejnego „obcego”.


N – jak nawigacja


Nie była trudna. Rzeźba terenu była urozmaicona, mapy „Compass”, o których tyle słyszałem dobrego były rzeczywiście niezłej jakości. Wszystkich punktów kontrolnych było 54, zaliczyliśmy 36. Większość podbiliśmy z biegu, w kilku przypadkach szukaliśmy lampionu przez kilka minut. Działo się tak najczęściej przy trudno dostępnych i gęsto zarośniętych strumieniach. Raz nad ranem cięliśmy przez las na azymut i wyszliśmy nie bardzo wiedząc gdzie. Dumaliśmy nad mapą 15 lub 20 minut. Generalnie bardzo fajnie się z Maćkiem uzupełnialiśmy przy nawigacji. Gdzie ja pobłądziłem Maciek sprowadzał mnie na ziemię, gdzie Maciek coś pokręcił tam ja pomagałem. Tu współpraca ułożyła nam się znakomicie.


O - jak odparzenia


Jedna z dwóch rzeczy, które nas położyły. Mokre przez wiele godzin buty + 3 pary skarpet sprawiły, że Maciek, odparzył sobie stopy. Z czasem bolało go coraz bardziej. Chodził wolno, z trudem biegał. Nad ranem zrobiliśmy nawet postój na ok. 20 minut by partner mógł zdjąć skarpety i nieco podsuszyć stopy. Jak je potem założył z powrotem, to mnie bolało na sam widok jego cierpienia. Byliśmy wtedy dosyć daleko od bazy. Zacząłem się zastanawiać, czy w takim stanie w ogóle dotrzemy do finiszu. Podpytywałem Maćka czy nie skrócić planowanej trasy, i nie iść jak najkrótszą drogą do mety z pominięciem punktów. Maciek przeżywał katusze, ale jego ambicja i wola walki okazały się silniejsze. Kolega zacisnął zęby i walczyliśmy dalej. Ostatnie dwie godziny wyścigu były nadspodziewanie szybkie, znowu sporo biegliśmy i sprawnie podbijaliśmy punkty. Na mecie Maciej zdjął skarpety i ujrzał dwa dorodne „kalafiory”.


P – jak pogoda


Pogoda nam dopisała. Tuż po starcie, w sobotę w południe było dosyć ciepło. Wyjrzało słońce, temperatura sięgała może 20 stopni. Wieczorem się ochłodziło, na szczęście nie padało. Było idealnie.


R – jak regeneracja


Jest ważna, zwłaszcza, gdy się bierze udział w imprezach ultradystansowych. Tydzień odpoczynku to zdecydowanie za mało by być na kolejnych zawodach w dobrej formie. Maciek tydzień przed naszymi zawodami ukończył pieszy maraton na orientację „Grassor” na dystansie 100 kilometrów lokując się na podium. Odbiło się to jednak na naszym starcie w rogainingu. Przez pierwsze dwanaście godzin zawodów biegliśmy sprawnie, potem jednak kolega zaczął słabnąć. „Grassor” zaczął się odzywać. Jednak nie ma sensu przesadzać z częstotliwością startów. Nikt nie jest ze stali.


S – jak strategia


Jest trzecim najważniejszym elementem decydującym o zwycięstwie, po umiejętnościach nawigacyjnych i przygotowaniu fizycznym. To była druga sprawa, która nas położyła. Słabo zaplanowaliśmy warianty. Chcieliśmy podbić prawie wszystkie punkty. Początkowo wybraliśmy się na południe, gdzie były one rzadziej rozmieszczone. To chyba był błąd. Trzeba było skupić się na głównym terenie leżącym na północ od bazy zawodów. Może też niepotrzebnie walczyliśmy w trudno dostępnych chaszczach o lampiony „ważące” 10 czy 20 punktów. Lepiej skupić się na tych cenniejszych, za 60 czy 80 punktów.


T – jak teren


Bazą zawodów był Bukovec w Beskidzie Śląskim, miejscowość położona na terenie Czech, tuż przy trójstyku granic Polski, Czech i Słowacji. Punkty kontrolne umieszczono na terenie każdego z trzech państw. Teren górzysty, wysokość pagórków wahała się pomiędzy 550 a 900 metrów n.p.m. Przebieżność różna. Lampiony rozmieszczone były nieraz w stromych, głębokich i zarośniętych parowach, których dnem płynął strumień. Wejście i wyjście z takiej dziury stanowiło nie lada wysiłek. Czasem przypominało to Skorpiona w wersji letniej.


U – jak ubranie


Tu się nie popisałem. Zamiast długich spodni ubrałem spodenki na ¾. Piszczele i łydki miałem odsłonięte. Swój błąd zrozumiałem zaraz, gdy weszliśmy do gęściej zarośniętego lasu. Pokrzywy, suche gałęzie sosenek, gałązki świerków, jeżyny, wszelkie badyle chłostały mnie niemiłosiernie. Po takim wielogodzinnym biczowaniu nogi mam całe w strupach. Dostałem nauczkę. Nigdy więcej na długi bieg przełajowy nie zakładać spodenek.


W – jak woda


Z tym problemów nie było. Najczęściej uzupełnialiśmy wodę z licznych w okolicy, górskich strumieni. Była chłodna i czysta. Gdy ktoś spocony i zmęczony – smakuje wybornie.



Do młodego rajdowca (wersja zero jeden)


Gdy daleka droga przez krzaki, gałęzie, jeżyny,

Ubierz długie spodnie, a to z tej przyczyny,

Że niewinne gałązki w bicze się zamienią,

Będą smagać twe nogi, w krwawą ranę je zmienią