Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kajaki/SUP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kajaki/SUP. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 sierpnia 2025

SUP CUP OLSZTYN – pierwsze doświadczenia w SUP-owych sprintach

 Co ja robię tu – uuuu - co ty tutaj robisz?!

Każdy, kto mnie zna wie, że lubię dystanse długie. W bieganiu najlepiej czuję się na maratonach i biegach ultra – na 100 km i dalej. Na SUP-ie podobnie – Fajnie płynęło mi się całą Krznę (79 km) na raz, potem Bug etapami po 40-70 kilometrów, podobnie na Parsęta River Trophy a w końcu w tym roku wisienka na torcie – Sup King Marathon Salaca 100 – 100 km na Łotwie non-stop. Dlaczego zatem pojechałem szmat drogi na SUP-owe zawody, których dystans nie przekroczy 1 (słownie: JEDNEGO) kilometra? Odpowiedzi są dwie. Po pierwsze po to, aby sprawdzić jak to jest na sprincie i wyścigu technicznym. Aby przetestować inne deski, które będzie można przymierzyć, aby podpatrzeć, jak na krótkim dystansie radzą sobie lepsi ode mnie. I odpowiedź druga: mam wakacje, mogłem ten wyjazd potraktować w kategoriach turystycznych. Po wszystkim planowałem opłynąć podolsztyńskie jezioro Ukiel, zwiedzić samo miasto, może wracając też coś po drodze.

Przygotowanie

Jechałem autem z Białej do Olsztyna. Na końcówce było mi już ciężko, tym bardziej, że trasa ze Szczytna do Olsztyna była kręta i pagórkowata. Przed północą trafiłem na zarezerwowany wcześniej Agro Camping położony tuż nad jeziorem. Za samochód, namiot i osobę zapłaciłem 70 zł. Szybko spać i w sobotę rano po śniadaniu jadę te kilka kilometrów na plażę w Olsztynie, gdzie mają odbyć się zawody. Zaraz zaraz – ale którą plażę? Regulamin podaje plażę nr 3. A zatem jest kilka plaż. Google Maps wskazuje tylko jedną, ogólną plażę w Olsztynie dlatego pytam miejscowych. Idę brzegiem jeziora – zabudowanym infrastrukturą turystyczną jak w Okunince - te kilkaset metrów w lewo, we wskazane miejsce. Jest jakaś zaciszna zatoczka - widzę, że dziewczyny uprawiają SUP-jogę. OK, są SUP-y, ale to nie tu. Idę dalej. Rzeczywiście, stoi już dmuchana bramka od Dacathlonu, w jeziorze pływają żółte boje, pomiędzy którymi będziemy się ścigać. Biuro w namiocie na plaży. Ludzi niewiele. Kilkanaście osób. Rzucam okiem  na deski bo ciekawi mnie, ile osób będzie miało profesjonalne, sztywne deski. Jest tylko jedna sztywna dłubanka. Reszta to pneumatyki. Wcale nie takie wąskie. Odbieram pakiet startowy, idę przeparkować samochód bliżej plaży, przygotować SUP-a. Mam jeszcze czas.

Zaczynamy od sprintu 200 metrów

Mój SUP to wyścigowy Gladiator 14x25 Elite Race. Deska jak na wyścig z innymi pnematykami nie powiem – bardzo dobra. Chłopaki na plaży, którzy mają deski wyścigowe lub touringi, lecz nie tak wąskie jak moja, cmokają z zachwytem. - taka deska pewnie sama płynie – mówią. - może płynie, ale na pewno potrzebuje dobrego wioślarza – myślę. Zakładam koszulkę startową z numerem 21 (do zwrotu). Jezioro taflę wody ma w miarę spokojną, jest ciepło, warunki rzekłbym bardzo dobre. Trochę sobie ćwiczę, kontrolnie wpadam do wody, sprawdzam, jak się opływa boje. Sędzia zbiera nasz wszystkich, tłumaczy zasady, dzieli te kilkadziesiąt osób na grupy wiekowe i płciowe. Ja kwalifikuję się do kilkuosobowej grupy Masters Men. Płyniemy ostatni.

Pierwszy wyścig polega na przepłynięciu 200 metrów od linii pomiędzy dwoma bojami do plaży i wbieg z wiosłem (bez SUP-a) w bramkę Decathlonu ustawioną kilka metrów od brzegu. Prosta sprawa, żadnych zakrętów. Ustawiając się na starcie trochę stremowany wpadam do wody. Cóż, inni przede mną też wpadali. Zawody mają w nazwie „amatorskie” i to wyraźnie widać. Wyróżnia się tylko jeden człowiek, Przemek Wojciechowski, według zapowiedzi sędziego były zawodnik PRO (fesjonalny), który ma deskę sztywną szerokości 21. On jednak przyjechał tak sobie, nie będzie się liczył w klasyfikacji. 

Sygnał START i lecimy. Ruszyłem nieźle. Zapomniałem włączyć Garmina ale nic to. Deska nabiera prędkości, jestem w czołówce. Wojciechowski oczywiście bije nas na głowę, jeden na dmuchańcu mnie wyprzedza. Jestem drugi, już minęło 2/3 dystansu. SUP mi trochę skręca więc postanawiam zmienić stronę wiosłowania. Zostało kilka metrów do brzegu – BŁĄD! Trzeba było dowiosłować jakkolwiek. Tak to wytraciłem minimalnie prędkość, ktoś obok mnie wyprzedził i spadłem na 3 miejsce. Uff.., szybko było. Stresująco. Trochę zbyt, jak dla mnie. Mogło być II miejsce podium, jest trzecie, ale i tak jestem zadowolony. Jednak nie jestem taki słaby.

Dekoracja będzie po wszystkim, teraz przerwa około 2 godziny na posiłek, odpoczynek, przestawienie bojek do drugiej części – wyścigu technicznego. Ten czas wykorzystuję na pogaduchy, na jedzenie, na testowanie SUP-ów które przygotowali pracownicy wiosłujcie.pl i Starboard. Testuję touringowego Starboarda i Aqua Marinę. Fajne są, zwłaszcza Starboard bo nie ma uniesionego dziobu, ale to touringi. Touringa już mam. 

Z Przemkiem Wojciechowskim konsultuję temat wiosła, mogę też popływać na jego sztywnej dłubance 21 cali. Pierwszy raz w czymś takim i nie jest źle. Jest węższa od mojego Gladiatora, na którym sam nie czuję się pewnie, ale dosyć stabilna. To pewnie przez to, że ma wydłubany kokpit i stoi się dosyć nisko, na wysokości lustra wody. Choć pierwszy raz pływałem na czymś tak wąskim to ani razu nie wpadłem. Fajnie było, ale pozostanę przy pneumatyku. Jest wolniejszy, ale bardziej pakowny, daje możliwość większej autonomii.

Część druga – wyścig techniczny na 800 metrów

Po przydługiej przerwie – obiedzie, odpoczynku, testach desek przymierzamy się do drugiego ścigania. Tym razem ma to być około 800 metrów pomiędzy 4 bojami ustawionymi w kształt lejka. Dwie bojki bliżej plaży są ustawione węziej, dwie w głębi jeziora szerzej. Trzeba przepłynąć pomiędzy tymi bliżej i opłynąć od zewnątrz te dwie w oddali. Warunki trochę się pogorszyły. Spochmurniało, po południu zaczęło bardziej wiać. Pojawiły się fale, czasem potęgowane przez ludzi na skuterach wodnych. Widać było, że tym razem będzie trudniej. Zakręty przy bojach i wiosłowanie wzdłuż brzegu czyli z boczną falą.

Moja kategoria Mastersi Men składa się z około 9 osób i startuje ostatnia. Mamy czas, aby przyjrzeć się grupom, które startują wcześniej. Jest na co patrzeć bo dzieje się! Niektórzy wpadają do wody już na starcie, inni gdzieś po drodze. Niektórzy są na desce 2-gi raz w życiu i ciężko im w ogóle dopłynąć. Cóż - tak jak pisałem wcześniej – jesteśmy wszyscy amatorami. 

W końcu staję na brzegu, na linii startu. Deski mamy pod pachą w pogotowiu, wiosła w ręku. Leasha nie musimy przypinać ani zakładać kamizelki - pilnuje nas WOPR więc jest zabezpieczenie. Mamy opłynąć boje i wbiec z wiosłem w bramkę zostawiając SUP-a na brzegu. Rozbrzmiewa sygnał startowy i dwie sekundy później u mnie już przygody. W zamieszaniu i ścisku na płyciźnie spadam z deski. Wchodzę i znowu spadam. Katastrofa! Jestem ostatni. Z uśmiechem ale już bez wielkiej woli walki pędzę za grupą. Z 9 pozycji znowu awansuję na około 6. Mam szybszą deskę i to procentuje. Po nawrotce, gdzieś przy tych bocznych falach spadam po raz drugi. - Nie no, to już podcina mi skrzydła dokumentnie. Znowu jestem ostatni, coś tam gadam do innych koło mnie, żartuję. Teraz już aby dopłynąć. Po nawrotce, na końcówce jeszcze przyśpieszam i mijam jednego sympatycznego wioślarza tak, abym nie był ostatni. Wbiegam na metę przedostatni. Niestety, tu nie udało się nic ugrać.

Jak było?

Było z pewnością pouczająco. Jestem wytrzymały na długim dystansie, ale wąską deskę mam jeszcze opanowaną słabo. Nic dziwnego, przecież mam ją dopiero pół roku. Choć pivotów tu nawet nie próbowałem (czasem je robię ale na spokojnie, u siebie na jeziorze), to i tak spadałem z deski. Jest sporo do poprawy. Tym bardziej, że sędzia i instruktor pokazywał nam w międzyczasie, jak się pływa. U mnie, np. zwrócił uwagę, że za wąsko trzymam wiosło. Ogólnie zobaczyłem, że pod względem sportowym na podobnych zawodach nie mam czego szukać. Braki w technice, jestem już za stary, za ciężki. Przemek Wojciechowski – ode mnie  dużo sprawniejszy technicznie – jest już na SUP-owej emeryturze. To do czego ja się zabieram? Takie krótkie, szybkie i techniczne zawody to nie dla mnie. Nic tu nie osiągnę. Na maraton SUP, na duży ultra wyścig w rodzaju Salaca100 chętnie się wybiorę, ale nie na coś takiego. Może, jak będzie coś blisko to przyjadę, ale na pewno nie pojadę nigdzie daleko.

O 16-tej jest zakończenie. Staję na podium za III miejsce w sprincie, odbieram drobne nagrody i drewniany, brązowy medal. To była pierwsza edycja zawodów. Organizatorzy dziękują wszystkim, którzy przyjechali. Ogłaszają, że za rok zawody też się odbędą, wtedy już może nawet będzie oddzielna kategoria dla zawodników PRO.

Część turystyczna

Jeszcze tego samego dnia udałem się do centrum miasta, na starówkę. Jest w miarę ładna. Zwiedziłem Muzeum Warmii i Mazur z wystawą o ziołolecznictwie, o Koperniku, o sakralnych rzeźbach, o Olsztynie w filmie. Wystawa „W damskiej gotowalni” uświadamiała zwiedzającym, że nazwa gotowalnia może być myląca. Wcale się tam nie gotowało obiadu tylko szykowało (toaleta, ubranie) do wyjścia - (przy)GOTOWYWAŁO się. Na marginesie - kafelek z gotowalnią występuje m.in. w ciekawej grze planszowej pod tytułem „Obsesja”. Na wieży w sali była wystawa prac znanego malarza Edwarda Dwurnika, autora ponad 8000 obrazów na płótnie. Trochę bazgroły jak to w sztuce współczesnej, ale niektóre interesujące, zwłaszcza te, które komentują życie społeczno-polityczne w PRL. Potem pizza i z powrotem na camping.

E. Dwurnik "Konfesjonał w plenerze"

Plan na następny dzień był taki, aby spróbować w całości lub w części opłynąć jezioro Ukiel. Deszcz nad ranem skutecznie mnie jednak zniechęcił. Wyjechałem z pochmurnego campingu z myślą, że zrekompensuję sobie te niedzielne plany w inny sposób. 

Odwiedziłem znajdujące się akurat po drodze Jedwabne. Nigdy tu wcześniej nie byłem; myślałem,  że to zabita deskami wieś na końcu świata. Tymczasem to takie sobie miasteczko. Dziś głośne z tragicznej śmierci miejscowych Żydów w czasie II wojny światowej. 10 lipca 1941 spędzono ich do stodoły, którą potem podpalono. Wiemy na pewno, że oprócz Żydów byli przy zbrodni niemieccy mundurowi i polska ludność cywilna. Kto był sprawcą? Według Żydów zrobili to Polacy. Twierdzą, że chodzi im jedynie o prawdę historyczną, nawet tę bolesną dla Polaków. Polacy doszukują się w tym drugiego dna -  asa w rękawie w grze o wyłudzenie odszkodowań od współczesnego państwa polskiego (Przedsiębiorstwo holokaust). Argumentują, że dopóki nie nadeszli Niemcy, nic się tu złego Żydom nie działo. Dopiero ich obecność doprowadziła do tragedii. Według doktora Jarosława Szarka z IPN „wykonawcami tej zbrodni byli Niemcy, którzy wykorzystali w machinie własnego terroru pod przymusem grupkę Polaków. I tutaj odpowiedzialność w pełni pada na niemiecki totalitaryzm” (cyt. za Krytyka Polityczna). Sprawa do dziś pozostaje niewyjaśniona i skrajnie upolityczniona. Badań archeologicznych dokończyć nie można bo polski rząd nie chce narazić się lobby żydowskiemu w USA. Spór nie stygnie: pomimo zagrożenia atakami hejterów lub donosów do prokuratury pojawiają się co raz nowe książki, artykuły, filmy i... pomniki.

Pomnik upamiętniający zamordowanych Żydów w Jedwabnem

Pierwszy pomnik to ten najbardziej znany, na który przyjeżdżają władze państwowe i poświęcony pamięci spalonych w stodole Żydów. Prosty sześcian z wmurowaną spaloną deską, niewiele słów, u stóp tabliczka z cytatem z Jana Pawła II o holokauście i złożone kwiaty od przedstawicieli władz. 

Doktor Marek Baterowicz podaje za Ewą Kurek, że w Jedwabnem był też drugi pomnik dla odmiany „upamiętniający Polaków, których w latach 1939-1941 Sowieci zamordowali na Syberii dlatego, że sąsiedzi Żydzi donieśli do NKWD, że wskazani przez nich Polacy nie kochają komunizmu” (cyt. za Stodola Grossa). 

Ostatnia tablica z "Pomnika prawdy o zbrodni w Jedwabnem"

Trzeci to „Pomnik prawdy o zbrodni w Jedwabnem” grupa ośmiu głazów ustawionych niecałe dwa miesiące temu na prywatnym polu przez środowiska narodowe, około 50 metrów od oficjalnego pomnika. Powiewa tam na wysokim maszcie polska flaga, w pobliżu spacerują bociany. Teren jest kamerowany dla ochrony  przed „nieznanymi sprawcami”. Metalowe tablice przymocowane do głazów nie tylko podkreślają udział Niemców w zbrodni, ale też kreślą skrótową historię zamieszkania Żydów na terenie Polski nie omijając faktów kolaboracji Żydów z wrogami Polaków, szczególnie z komunistami. Tablice te już budzą kontrowersje w mainstreamie, prokuratura już pracuje. Jak dalej potoczą się jej losy – zobaczymy. Tylko naiwni mogą wierzyć, że historycy w tak upolitycznionej sprawie i w warunkach takich jakie są, podadzą nam obiektywną prawdę. Stare porzekadło mówi, że „historię piszą zwycięzcy” więc zależnie od tego, kto będzie nami rządził, taka będzie narracja.

Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu

Drugim punktem w drodze powrotnej było Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu. Ciekawe, dosyć duże. Bez przewodnika a z biletem spacerowym w ręku przejdziemy się pomiędzy domkami, wiatrakiem, kościołem drewnianym, ale zwykle nie zajrzymy do środka domostw. Do murowanego budynku muzeum w centrum też się nie wchodzi. W domkach będących częścią wystawy stoi wyposażenie, i aby je zobaczyć trzeba brać przewodnika. Nie wziąłem ale i tak miło spędziłem czas. W części dawnych gospodarstw nadal hodowane są zwierzęta. Po prawej stronie można zobaczyć ciekawą wystawę o księdzu Janie Krzysztofie Kluku, znanym botaniku z Ciechanowca, wielce zasłużonym dla rozwoju ziołolecznictwa. Dalej w grządkach rośnie to, czym ksiądz Kluk się zajmował – rośliny lecznicze.

środa, 23 października 2024

75 km SUP-em non-stop

W 2023 roku przepłynąłem rzeczkę Krznę na Południowym Podlasiu w dwóch etapach (34+35 km) o czym i tu pisałem. 30 kwietnia 2024 udało się zrobić całość za jeden raz co było jednym z moich celów-wyzwań. Wyszło 75 km w 13h i 21 minut. Płynąłem od wioski Jelnica (Krzna Północna 5 km na zachód od Międzyrzeca Podlaskiego) przez Międzyrzec i Białą Podlaską do Nepli, gdzie Krzna wpada do Bugu. 



Wrażenia z wyprawy opublikował szacowny polski miesięcznik krajoznawczo-turystyczny „Poznaj Swój Kraj” (numer 702 - 12/2023). Kto chętny – zapraszam do poczytania. Niestety, czasopismo można kupić jedynie wysyłkowo bądź przez prenumeratę. Podobno koszty pobierane przez Empik są na tyle wysokie, że wydawca zrezygnował z tej formy dystrybucji. Smutne. Dobrze, aby miesięcznik, z tak długą historią, propagujący piękno rodzimego kraju; jego przyrodę i zabytki trwał i docierał do jak najszerszych kręgów.




poniedziałek, 30 września 2024

All SUP Race – po raz pierwszy na Wiśle

    Zakończenie wakacji to czas, gdy w wielu miejscach kuszą różne atrakcje. Czasem trudno zdecydować się, co wybrać, zwłaszcza gdy pogoda piękna. Na ostatni weekend przed rozpoczęciem szkoły postanowiłem pojechać na festiwal archeologiczny ARTE-fakty do Pruszkowa, który odbywał się w sobotę a w niedzielę na spływ Wisłą All SUP Race organizowany przez SUP Academy z Warszawy i MIAMI WARS. Impreza – o dziwo darmowa - miała mieć głównie charakter towarzyski. Cel: integracja warszawskiego środowiska supowiczów. Kto jednak chciał się pościgać, zamiast do grupy chill (chillout) mógł się zapisać do grupy RACE. Mam żyłkę do ścigania więc zapisałem się na RACE.


Trasa niezbyt długa i niezbyt krótka lecz w sam raz – około 11 km. Limit startujących: 100 osób. Na start na Plażę Romantyczną (Wawer) dojechałem autobusem 146, sporo przed czasem. Po drodze zahaczyłem niezdrowego Maca. Na miejscu o dziwo – tłumy! Nie tylko supowiczów, ale i wszelkich innych miłośników wypoczynku nad wodą. Ba, byli tacy, co się w Wiśle kąpali! Ja bym jednak nie wlazł. W biurze zawodów przepisałem się z grupy RACE na Chill. Miałem ze sobą różne bambetle, w tym 2 książki, które kupiłem w księgarni, ciężki power-bank, lampkę oliwną kupioną u „Rzymian”. Jak tu się ścigać z tobołami? Poza tym cóż – obiektywnie pisząc, znając swojego SUPa, swoje możliwości i pomny doświadczeń z maratonu w Kołobrzegu byłem świadomy, że nie miałem dużych szans w wyścigu.  Ostatecznie moje bambetle zabrała przemiła, nowo poznana dziewczyna (hematolog), która stanowiła support innej dziewczyny, ale trasy już nie zmieniałem. Popłynę sobie dla funu.


Schodzimy do startu. Zejście z wysokiej skarpy jest strome, schodkowe, ale dno kamienisto muliste. Trzeba uważać, aby taszcząc SUPa na dół nie skręcić stopy. Wyszło słońce i jest naprawdę ciepło i słonecznie. Zdejmuję long sleeva i płynę na górze w samej kamizelce. Tu wyjątkowo może być asekuracyjna a nie ratunkowa. Wedle regulaminu – musi być założona. Ma być też zapięty leash. Pomagam Mariance z SUP-em, wchodzimy na wodę. Przypięcie leasha i organizator daje sygnał, że można ruszać. Wygląda to dużo bardziej chaotycznie niż w biegach, ale płyniemy. Około 85 osób, kolejne kilkanaście wybrało ściganie i wystartują kilkanaście minut po nas.


Jak się płynie? Na początku tłumnie i radośnie. Ludzie gadają o tym i o tamtym. Większość wiosłuje na stojąco, część na siedząco. Niektórzy się przebrali. Słońce świeci, wiatr od frontu tak 10-12 km/h, ani nie słaby, ani nie silny. Wywołuje umiarkowane fale na rzece. Pomyślałem, że te 100 SUP-ów na Wiśle, fajnie musi wyglądać z mostu. Dopiero po kilkuset metrach przypomniałem sobie o Ambicie, dlatego długość zmierzonej trasy jest u mnie skrócona. Oglądam się, to kogoś zagadnę, robię zdjęcia, nagrywam filmy. Fajnie jest. Tak upływa pierwsze 3 km. Raz mało nie wpadłem bo tylko co minąłem duży konar, wystający z dna. Jednak Wisła i tu jest płytka, trzeba uważać na zatopione drzewa.


Gdy już z wszystkimi pogadałem, nakręciłem filmy i zrobiłem zdjęcia, zaczęło mi się nudzić. Włączyłem szybszy bieg i szybszą kadencję ćwicząc przy okazji technikę wiosłowania. Tym sposobem wysunąłem się na czoło chilloutowców, wkrótce jednak wyprzedził mnie zwycięzca opcji RACE – Józef Truszowski. Za nim jeszcze kolega z maratonu w Kołobrzegu oraz czwórka wiosłująca razem na dużym wieloosobowym SUPie – tzw. Dragon SUP. Cała rodzina, od małego na dziobie, po ojca na rufie. Muszę przyznać, że mieli tempo i mieli szybkość. Wraz z upływającymi kilometrami stawka się rozciągnęła. W II połowie trasy wiatr prawie zupełnie ustał. Zakłócenia powodowały jedynie łodzie motorowe, sporadycznie nas mijające. Ustawiałem się wtedy dziobem do fali, lub siadałem. Minęliśmy jeden most (Siekierkowski), w oddali majaczył już drugi (Łazienkowski). Za nim, na Czerniakowie, po lewej stronie stała barka i była meta. Na ostatnich 100 metrach ścigałem się jeszcze z kimś, ale przegrałem. Gdy wszyscy dopłynęli wybrali się na integrację do knajpy. Chciałem zostać ale nie mogłem, gdyż za 1,5 godziny miałem pociąg do Białej. Pluję sobie w brodę, że jednak mogłem bo Warszawa po raz kolejny nie chciała mnie wypuścić z objęć. Pociąg spóźnił się 45’. Szkoda.


Było fajnie. Chętnie wezmę udział za rok. Dzięki SUP Academy i MIAMI WARS.

czwartek, 22 sierpnia 2024

Parsęta River Trophy – pierwszy SUP maraton


Można pływać wypoczynkowo, można podejmować turystyczne, długodystansowe wyprawy, można też pojechać na zawody. Mając tak bogatą przeszłość zawodniczą w amatorskim sporcie biegowym jak moja byłoby dziwne, gdybym się nie pokusił na jakieś zawody w SUP. Wybór padł na maraton w Kołobrzegu. Daleko od Białej Podlaskiej, lecz dystans słuszny (43 km), rzeka którą nigdy nie płynąłem. Miała to być pierwsza edycja. Zapisałem się, opłaciłem. Proponowano mi przyjazd kilka dni wcześniej na główną imprezę: Planet Baltic SUP Race – międzynarodowe zawody w SUP-owych wyścigach na Morzu Bałtyckim. Nie zdecydowałem się z kilku powodów. Krótkie dystanse, na morzu nie mam żadnego doświadczenia i nie mam wystarczająco dobrego sprzętu. Wystarczy mi Parsęta RT. Wyścig miał być w poniedziałek. W niedzielę dojechałem pociągiem do Kołobrzegu taszcząc ze sobą SUP-a i namiot 2-osobowy z osprzętem. Nie nudziłem się po drodze gdyż akurat przeczytałem najnowszą książkę o pływaniu na SUP (Monika Bronicka – Deska SUP Wiosłuj na stojąco! - recenzja TUTAJ). Po drodze zastanawiałem się, jakim olejkiem się smarować i jak się ubrać, aby się nie spalić. Wszak lato tegoroczne takie upalne. Dojeżdżam do Kołobrzegu a tu zimno, deszcz i wieje. Masz ci los. Wykupiłem 2 doby na kampingu Baltic. 60 zł za dobę za osobę z namiotem. Pełno tam Niemców, puszczają głośno swój Teutonic Rock bądź EBM. Taki klimat, w sumie OK. Jeszcze wieczorem przeszedłem się do organizatora, popytać o szczegóły jutrzejszego startu. Po drodze zwiedziłem Kołobrzeg, dawna nazwa: Kolberg – jak nasz etnograf - Oskar Kolberg. Miasteczko dużo mniejsze, niż się spodziewałem, w sezonie wybitnie turystyczne, w czasie tragedii II wojny światowej zniszczone w ponad 90%. W porcie można pooglądać jednostki pływające w tym stare jachty. Obserwacja takielunku może być ciekawa zwłaszcza dla takich jak ja, którzy budują modele żaglowców.

Dzień startu

Poniedziałek, 9 rano. Przy Marine w Kołobrzegu powoli schodzą się ludzie. Jest nas mało, 20-30 osób. Oprócz Polaków są Czesi i jeden Litwin. To pierwsza edycja, ale i tak spodziewałem się liczniejszego grona. Mają z nami płynąć też kajakarze, oczywiście klasyfikowani osobno. Część osób jeszcze się waha, czy płynąć maraton 43 km czy może półmaraton (26 km). Znaczna cześć to zawodnicy z zakończonych wczoraj Planet Baltic, zmordowani po sprintach na Bałtyku. Ostatecznie na długi dystans decyduje się mniejszość. SUP-owiczów siedmiu, w tym część na sztywnych deskach; plus kilku kajakarzy, którzy już czekają w punkcie startu w Karlinie. Jest wśród nich utytułowany Piotr Rosada, uczestnik i zdobywca miejsc na podium w licznych maratonach i ultramaratonach kajakowych, w Polsce i za granicą. Deski pompujemy już w Kołobrzegu i pakujemy na przyczepkę. Czas dojazdu wykorzystuję aby podpytać organizatora o Parsętę. Okazuje się, że rzeka jest w większości nieuregulowana, a zatem kręta. W 75% płynie przez las, dużo w niej zatopionych konarów. Organizator jeszcze niedawno pływał z piłą i ciął bale w wodzie, aby udrożnić trasę. Woda niezbyt przejrzysta. Pierwotnie miała być jedna przenoska: w Pyszce jest uskok wodny i odwój – niebezpieczne miejsce. 11 lat temu utopiła się tam dziewczyna ze spływu kajakowego.  Teraz jednak organizator oświadczył, że możemy płynąć. O dziwo, w tak upalne i suche lato w ostatnim czasie w Parsęcie przybyło 20-30 cm wody. Gdy patrzę na rzekę – rzeczywiście: żadnych szuwarów, żadnych płycizn. Rzeka może nie wezbrana, ale taka zupełnie normalna. Jakże inaczej wygląda Parsęta od naszej płytkiej i zarośniętej Krzny w Białej Podlaskiej, o Zielawie nawet nie wspominając.

 

Karlino - przed startem

Płyniemy

SUP-y napompowane czekają na trawie na brzegu. Na siebie zakładam plecak biegowy z dwoma softflaskami, w zapasie w torbie przypiętej w bagażniku jeszcze 1,5 litra wody, która się nie przyda. Musimy nosić niewygodne, krótkie koszulki zawodnicze, takie jak w rajdach przygodowych, które zakładamy na plecak. Podpowiem tu dla organizatora, że lepsze byłyby laminowane lub gumowe numery startowe przypinane na rozciągliwym pasku, jak w triathlonie. Pamiątkowe zdjęcie całej grupy i chwilę później pada sygnał do startu. Nigdzie nie śpieszę bo wiem, że będę tu walczył o ukończenie w limicie 6,5 godziny a nie o podium. Odpływam z miejsca startu ostatni przypominając Piotrowi, że 3 lata temu przeze mnie czekał 3h na dekorację po 100km maratonie kajakowym na rzece Wieprz [LINK do relacji]. Wtedy płynąłem turystycznym „Wigraszkiem” i dopłynąłem ostatni, długo po wszystkich innych. Ale ukończyłem w limicie. Coś czuję, że tu będzie podobnie.

Zanim zdążyłem dobrze przyłożyć się do wiosła, już przygoda. 50 metrów od startu żyłka przewieszona w poprzek rzeki. Zawodnicy schylają się pod nią i płyną dalej. Gdy płynę ja z krzaków na brzegu odzywa się wędkarz: - A odczepiłby mnie pan tego woblerka? A huk, i tak jestem ostatni, minuta czy dwie mnie nie zbawi. Zawracam, i odczepiam „tego woblerka”. Wędkarz dziękuje i żali się, że ci przede mną nie chcieli pomóc. Tłumaczę mu, że to wyścig i to dlatego; w innym przypadku na pewno by pomogli. Nas SUP-erów wędkarze za bardzo nie lubią bo potrafimy niechcący wpłynąć w żyłki lub spłoszyć ryby, dobrze choć tu dołożyć cegiełkę na rzecz pojednania.

 


Na pierwszych kilometrach płynę sam i jestem ostatni. Jest słonecznie, przyjemnie chłodno tylko wieje od frontu silny, północny wiatr. Podziwiam rzekę rzeczywiście krętą, upstrzoną konarami; w głębi lasu widać skarpy. Są dwa mosty w tym jeden po kolejce wąskotorowej, do tego na lewym brzegu dwa grodziska wczesnośredniowieczne. Zwierząt nie widzę żadnych, ale nie ma w tym nic dziwnego skoro płynę ostatni. Ci przede mną wypłoszyli co ciekawsze okazy. Nikt się w rzece nie kąpie, wędkarze są, ale nieliczni. Staram się mijać ich przy przeciwległym brzegu. Generalnie wrażenia wizualne są pozytywne. Popijam regularnie, co 10 kilometrów wciągam żel lub Dextro. Mam na ręku Suunto Ambit z GPS-em ale bez paska pomiaru tętna. Coś sobie ubzdurałem, że aby zmieścić się w limicie muszę płynąć tempem 6:30 na kilometr. Tymczasem macham, macham - a na zegarku wychodzi 8-9 minut na kilometr. Słabizna. No nie zdążę - zaraz od tyłu dogoni mnie motorówka organizatora, która ma łapać zakały nie rokujące na ukończenie w limicie. To niepokoi, do tego ten wściekły wiatr. W takim wypadku szybko włączam sprawdzoną metodę: siadam po turecku i niczym Indianin wiosłuję na siedząco. Wiem, że tak płynę szybciej bo mam wyższą kadencję, wiatr mnie tak nie hamuje i nie targa SUP-em. Wychodzi tempo około 7-7:30 na kilometr.

 

Jedyna osoba, którą (na chwilę) dogoniłem

Około 7 kilometra w oddali przed sobą w końcu kogoś dostrzegam. Przedostatnim zawodnikiem jest Asia, która płynie na dmuchanym Starboardzie. Zbliżam się do niej bardzo, bardzo wolno, pomimo, że wiosłem macham raźno. Tak mi się przynajmniej wydaje. Uskok wodny w Pyszce, który jest bodaj na 13 kilometrze, przepływam spokojnie. Na brzegu stoi ratownik od organizatora, tak na wszelki (tfu, tfu) wypadek. Na 17 kilometrze, w końcu dogoniłem Asię. Chwila rozmowy i Asia uświadamia mi, że mamy spory zapas limitu i nie mamy się czego obawiać. Zachodzę w głowę, jak ja sobie ten czas przeliczyłem. To wstaję i przez kilka kolejnych kilometrów płynę na stojąco. Oczywiście Asia wtedy odpływa mi do przodu, ale przynajmniej już się nie boję, że nie zdążę.

Gdzieś w połowie drogi, gdy jeszcze płynę obok Asi, trafia się atrakcja: tarasujący rzekę świerk przerzucony od brzegu, do brzegu. A kilka dni temu trasa była sprawdzana i zawałek nie było. Obok świerku zacumowana czerwona motorówka ratowników. Mówią, że opcje są dwie: albo przerzucić SUP-a przez konar na rzece, albo obnieść brzegiem. Wybieram opcję brzegową. Żegnając się ratownicy uspokajają, że nas limit już nie obowiązuje. Mamy spokojnie i bezpiecznie płynąć do Kołobrzegu. 

 



Na drugiej połowie trasy, gdy wiosłuję stojąc, Asia znika mi z przodu. To, oraz wkurzający frontalny wiatr, dokuczliwy zwłaszcza od Rościęcina (33 kilometr), gdy zalesiony brzeg stopniowo ustępuje polom i łąkom, sprawia, że wracam do pozycji siedzącej. Mogę dopłynąć ostatni ale nie chcę, aby tam na mnie na mecie czekali zbyt długo.

Ostatnie 10 kilometrów – końcówka. Tu już czuć Kołobrzegiem. Najpierw duży, nowy most na drodze ekspresowej nr 6, na 38 kilometrze już widać miasto: dźwigi i wieżę kościoła - chyba tego, w którym wczoraj byłem na mszy. Znowu dostrzegam w oddali Asię. Wpływamy w miasto i oglądamy je z koryta Parsęty. Mosty, fontanny w wodzie i bulwar przed Mariną Solną, po którym spacerują wczasowicze. W końcu jest: Most Portowy, przy kołobrzeskiej Marinie – to tu jest meta. Kilka osób wiwatuje, udziela mi się, zaczynam wiwatować i ja. Z tego wszystkiego zapominam, że jeszcze trzeba przepłynąć metę, którą stanowią dwie żółte bojki ustawione na środku rzeki, pod mostem. W ostatniej chwili zmieniam kurs, przepływam i JEST. Pierwszy SUP-maraton ukończony. Pierwszy dla mnie i też pierwszy dla organizatora.


Zakończenie

Przypłynąłem oczywiście ostatni. Czas 5 godzin i 38 minut był rzeczywiście odległy od limitu. Sędzia i organizator okazał się liberalny w stosunku do mojej, nie do końca poprawnej techniki płynięcia. Bogiem a prawdą nie był to SUP – Stand Up Paddling a raczej SDP – Sit Down Paddling. Wkrótce obok Mariny rozpoczęło się zakończenie. Dostaliśmy małe dyplomy z metalową przypinką, wypisanym czasem i miejscem w kategorii. Choć na 7 osób na długim dystansie byłem ostatni to mam wypisane 3 OPEN. Jak do tego doszło? W przeciwieństwie do Zenka - wiem. Otóż na tych 7 SUP-erów oddzielnie sklasyfikowano SUP-y sztywne (hard) – 3 osoby, oddzielnie dziewczynę (Asię) na SUP-ie dmuchanym i oddzielnie mężczyzn na SUP-ach dmuchanych – 3 osoby. Po ceremonii zakończenia był w altanie grill, zupa, piwko dla chętnych i rozmowy o sprzęcie, o planach na przyszłe wyjazdy. Za długo tam nie zabawiłem, bo chciałem pójść na pobliską plażę i spróbować po raz pierwszy popływać SUP-em po morzu. Ostatecznie zrezygnowałem bo wiało, było pochmurno i późno. Może i dobrze bo nie był to dobry dzień. Tego samego dnia żołnierz od nas z jednostki w Białej Podlaskiej będąc na szkoleniu na poligonie w Wicku poszedł sobie popływać w Bałtyku i utonął. Bądź łaskawy dla jego duszy, Panie.

Polecam Parsęta River Trophy. Fajna rzeka, dosyć dzika i ładna; dobry dojazd koleją, nocleg w wersji budżetowej nie zrujnuje portfela, można przy okazji zaliczyć morze i plażing. Dystans na tyle długi, że opłaca się przyjechać, nawet z Białej Podlaskiej. Limit wcale nie jest straszny. Jak ktoś nie lubi - nie koniecznie trzeba się ścigać. Można tak jak ja, po prostu przepłynąć trasę. Dokładnie tak, jak niektórzy zaliczają maratony biegowe. W tym roku było kameralnie, pewnie w kolejnych latach liczba uczestników będzie się zwiększać.

Pełne wyniki długiej trasy

wtorek, 20 sierpnia 2024

Monika Bronicka – DESKA SUP Wiosłuj na stojąco! - recenzja

    


    Wraz z szybkim rozwojem nowej formy rekreacji i sportu, jaką jest wiosłowanie na desce na stojąco (SUP) pojawia się literatura przybliżająca tę aktywność. Najnowszą pozycją dostępną w Polsce jest „DESKA SUP Wiosłuj na stojąco! Wzmocnij ciało, uwolnij umysł, bądź bliżej natury” wydana przez wydawnictwo Pascal z Bielska Białej. Książkę zamówiłem w przedsprzedaży, po cenie promocyjnej. Jej obecna cena okładkowa to 79,99 zł. Nie jest to mało, ale biorąc pod uwagę jakość wydania, autora oraz niewielką liczbę tytułów o podobnej tematyce – nie jest też dużo. Oto wrażenia z lektury.

Autorką jest Monika Bronicka, reprezentantka Polski na Igrzyskach Olimpijskich w żeglarstwie w 2000 i 2004 roku. Jak sama pisze ze sportami wodnymi zaznajamiała się od dziecka i po dojściu na szczyty w sporcie żeglarskim przerzuciła się na SUP-y. Była w tym nowa, ale że wiedzę o wodzie, o psychologii i fizjologii sportu miała już w małym paluszku to poszło jej łatwiej niż typowej debiutantce. Wkrótce trzy razy została mistrzynią Polski w SUP-ie (2020, 2021, 2022). Obecnie prowadzi SUP-owe szkolenia i zajmuje się rodziną. Kompetencje autorki są mocną stroną recenzowanej książki.

Książka dosyć ciężka; wydana na białym papierze, bogata w kolorowe zdjęcia i grafiki. Autorka zaczyna od krótkiej historii SUP-owania powołując się na internetowe, anglojęzyczne źródło. Podaje zalety wiosłowania na stojąco a następnie – już obszerniej – opisuje budowę deski, jej typy, elementy składowe zestawu, uzupełniające wyposażenie. Wyjaśnia słownictwo, co czyni książkę przystępną dla osób nowych (fin, pivot, fiberglass, hydrofoil, rocker, itp.). W tabelce klarownie porównuje deski pneumatyczne i deski sztywne oraz pianki neoprenowe i suche sztormiaki. Pomocna jest też tabelka przeliczająca cale na centymetry. 

Kolejnym ważnym elementem książki jest cześć poświęcona technice: stawanie na SUP-ie, wiosłowanie, wchodzenie na pokład, gdy z niego spadniemy. Fajnym i ciekawym fragmentem książki, rzadko poruszanym na SUP-owych forach w przeciwieństwie do porad sprzętowych, jest scenariusz zajęć na desce. Jak kogoś uczyć pływania, jakie ciekawe zabawy można wprowadzić (SUP waterpolo, joga na SUP-ie, bieganie po deskach). Widać, że autorka wykorzystała tu własne doświadczenie szkoleniowe.

Kolejnym elementem jest sprawa SUP-owych kontuzji – na szczęście rzadkich - oraz aspekty prawne: gdzie możemy pływać a gdzie nie, gdzie możemy chodzić brzegiem. Kto ma pierwszeństwo na wodzie: żaglówka, motorówka, czy my. Autorka przytacza cytaty z aktów prawnych i jest to wartościowa część lektury.

Przedostatni rozdział – Jak stać się mistrzem SUP-a to porady dla tych, którzy chcą rywalizować w raczkujących u nas dopiero, zawodach sportowych. Ostatni rozdział – SUP-owe rozmowy – to wywiady z ludźmi, którzy na deskach pływają. Od amatorów, przez ludzi wykorzystujących SUP-y do ratownictwa, po zawodników i trenerów sportowych.

Książka liczy 270 stron liczbowanych. Niby sporo, ale tak naprawdę mało bo sporo jest zdjęć i kolorowych grafik. Przeczytanie całej książki trwa krócej, niż podróż pociągiem z Białej Podlaskiej do Kołobrzegu, z przesiadką w Warszawie i w Pile, na SUP-owy maraton Parsęta River Trophy (43 km). [LINK do relacji].

Lektura ma szereg zalet i ogólnie jest dobrą, wartościową pozycją dla tych, którzy chcieliby wykorzystać SUP-y do rekreacji nad jeziorem, jak i dla tych, którzy mają zacięcie do rywalizacji. Autorka położyła nacisk na elementy, które najlepiej zna: kwestie sprzętowe, technika i sport. Tematy inne: na przykład SUP joga (brak choćby kilku przykładowych figur) czy SUP-wyprawy (brak przykładowych, atrakcyjnych tras) są tu potraktowane marginalnie. 

Monice Bronickiej gratuluję wydanej książki a zainteresowanym polecam. Sam pływam już na desce od 3 lat, przewiosłowałem na niej setki kilometrów, śledzę internetowe fora i myślałem, że sporo wiem. A jednak dużo się dowiedziałem.

czwartek, 20 lipca 2023

SUP a prawo – moje doświadczenia




    Płynąc swego czasu Krzną przez Białą Podlaską natknąłem się na wędkarza, który wymienił ze mną kilka zdań. Rozmowa nie była przyjemna i wyglądała mniej więcej tak:

On: - A mandatu to pan dawno nie dostał.

Ja: - No nie dostałem.

On: - Krzna nie jest rzeką żeglowną. Zaraz zadzwonię na Policję to panu wlepią mandat.

Ja: - To niech pan dzwoni.


    Popłynąłem spokojnie dalej, żadna Policja mnie nie niepokoiła. Domyślałem się, że facet nie ma pojęcia o czym mówi, gdyż na rzece Krznie, Zielawie, Bugu odbywają się np. spływy kajakowe, są wypożyczalnie kajaków, więc dlaczego miałby być zakaz pływania na desce SUP? Na jednym z SUP-owych forów, gdy sytuację opisałem, napisano mi, abym takich po prostu ignorował. Lubię jednak mieć jasną sytuację prawną, aby na przyszłość móc odpowiedzieć podobnemu „mądralińskiemu”, co rzeczywiście wolno, a czego nie w świetle prawa.

Poszedłem najpierw do Straży Miejskiej z zapytaniem, czy gdy zobaczą mnie na desce SUP to zawołają do brzegu i wlepią mandat. Tam zrobili wielkie oczy i powiedzieli, że to nie ich sprawa. Wysłali mnie do Urzędu Miasta, abym tam dopytał, jak to jest. 

Zanim do UM dotarłem, po drodze był komisariat Policji. Tam sytuacja podobna. Urzędujący funkcjonariusz był podobnie zdziwiony zapytaniem. Mówił, że jeszcze nie słyszał aby ktoś dostał mandat za pływanie SUP-em po rzece, że przecież normalnie odbywają się spływy kajakowe. W podobnym tonie odpowiedzieli mi policjanci spotkani na patrolu.

Dotarłem w końcu do Urzędu Miasta. Panie do których mnie skierowano odpowiedziały, że one się tym nie zajmują. Nie słyszały o żadnych zakazach pływania po Krznie, ale najlepiej zapytać w „Wody Polskie” – one zarządzają rzeką.

I tak, „od Kajfasza do Annasza” – z pomocą Pań z Urzędu Miasta - skontaktowałem się w końcu z instytucją, która rzeczywiście odpowiedzialna jest za rzekę. W „Wodach Polskich” dowiedziałem się, że żadnego zakazu oczywiście nie ma. Indywidualny SUP-owicz może sobie dowolnie pływać; jak będzie ewentualnie jakaś duża, zorganizowana grupa, to można to zgłosić. Wędkarze się denerwują, bo oni płacą za możliwość użytkowania rzeki. W zasadzie w prawnych ustaleniach „Wód Polskich” i wędkarzy najistotniejszy jest brzeg rzeki, a nie samo koryto.

    

A zatem: co można odpowiedzieć awanturującemu się „mądralińskiemu”, który z brzegu będzie nam groził Policją? 

Po pierwsze to, że „Wody Polskie” odpowiadają za rzekę i że według nich można pływać na SUP-ie. Można zaproponować podanie telefonu i adresu do „Wód Polskich” aby człowiek sam dowiedział się, jak jest naprawdę.

Można w końcu odbić piłeczkę i postraszyć grzywną za bezcelowe wezwanie organów porządku publicznego. Otóż artykuł 66 Kodeksu Wykroczeń zatytułowany „Bezprawne wywołanie alarmu lub blokowanie telefonicznego numeru alarmowego” - mówi, że kto „1) chcąc wywołać niepotrzebną czynność, fałszywą informacją lub w inny sposób wprowadza w błąd instytucję użyteczności publicznej albo organ ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego lub zdrowia, 2) umyślnie, bez uzasadnionej przyczyny, blokuje telefoniczny numer alarmowy, utrudniając prawidłowe funkcjonowanie centrum powiadamiania ratunkowego – podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny do 1.500 zł.”

Oczywiście mało prawdopodobne jest, aby Policja jakiś mandat takiemu delikwentowi wlepiła. Prawdopodobnie wezwani Policjanci czy Strażnicy Miejscy wyjaśnili by, co na ten temat mówi prawo a prywatnie pukaliby się  w głowę. Taki byłby finał.

Pamiętać jednak należy, że pływający SUP-em musi mieć na pokładzie kamizelkę. Na pokładzie, to nie znaczy koniecznie na sobie. Ze względów bezpieczeństwa warto mieć ubraną, ale jeśli ktoś nie chce – może być też przypięta do bagażnika. Z tego co się dotychczas zorientowałem: na małych rzekach, jeziorach – wystarczy kamizelka asekuracyjna. Jeśli wypływamy na szlaki żeglugowe na dużych rzekach musimy mieć kamizelkę ratunkową. Tym różni się ona od asekuracyjnej, że ma wysoki kołnierz, który w momencie wywrotki do wody i utraty przytomności utrzyma naszą głowę na powierzchni. Nie zawsze organa porządkowe to sprawdzają, ale podobno np. w takim Wrocławiu sprawdzają i wlepiają mandaty.


    Podsumowując można napisać, że warto być zorientowanym w prawie, mieć zawsze ze sobą kamizelkę ratunkową lub przynajmniej asekuracyjną. Warto znać zapisy prawne odnośnie pływania i w razie sytuacji nieprzyjemnej być asertywnym – wyjaśnić, co mówi prawo, kto zarządza rzeką, ewentualnie ile może kosztować bezzasadne wezwanie Policji i który artykuł Kodeksu Wykroczeń to określa. Niech człowiek zamiast się pienić, zacznie się też zastanawiać. 

Najlepiej oczywiście starać się unikać sytuacji konfliktowych. Wędkarze to hobbyści tak jak my. Chcą korzystać z rzeki, łowić ryby, mieć spokój. Oni też za to płacą. Pływając SUP-em zawsze staram się omijać ich, najdalej jak się da. Czasem mówię zwyczajne „cześć” albo „dzień dobry”, pytam „czy biorą”. I z moich doświadczeń wynika, że olbrzymia większość wędkarzy jest przyjazna. Czasem tylko trafi się jakiś frustrat. Są też czasem sytuacje trudne, gdy wędkarze siedzą gęsto po jednej i po drugiej stronie wąskiej rzeki, albo są tak zamaskowani w szuwarach, że zauważamy ich w ostatniej chwili. Wtedy, pomimo najlepszych chęci ciężko jest płynąć z dala od ich spławików. Jedyne co nam pozostaje, to liczyć na wzajemną wyrozumiałość.

środa, 12 lipca 2023

Krzna SUP-em na dwa razy

3 maja 2022


Sprzęt przygotowany
    

Weekend majowy był długi, zwłaszcza dla nauczyciela. Postanowiłem go wykorzystać na pływanie na długim dystansie na SUP-ie. Nie siliłem się na rekordy – na nie trzeba mieć dużo czasu i w pełni sprawną rękę. Jest wczesna wiosna, dopiero koło południa robiło się przyjemnie ciepło: plus kilkanaście stopni, słonecznie. Dopiero wtedy kładłem deskę na wodę. 


Trasa po rzeczce najbliższej i łatwej – Krznie. To jedna z największych rzek Niziny Południowopodlaskiej. Długość 120 km. Wypływa z okolic Łukowa, z Rezerwatu „Jata”, w postaci dwóch strumieni: Krzny Północnej i Krzny Południowej (tej większej). Po 50 kilometrach strumienie łączą się w Międzyrzecu Podlaskim w jedną rzekę – Krznę (dawniej: Trznę). Rzeka płynie przez następne 70 km przez Białą Podlaską do Nepli, gdzie wpada do Bugu – na tym etapie rzeki granicznej z Białorusią. Jest w większości uregulowana, tylko na ostatnim odcinku meandruje.


Skąd zacząć? Ciągnąć SUP-a gdzieś w pobliże źródeł nie miało sensu bo deska dmuchana nijak nie byłaby w stanie płynąć po jakimś rowie wśród pól. Mógłbym liczyć co najwyżej na jej przebicie. Logicznie było zacząć w miejscu, gdzie da się swobodnie płynąć i gdzie łączą się dwa strumienie: Krzna Północna i Południowa, w Międzyrzecu Podlaskim. Tak też zrobiłem. 


Na miejscu, około południa zostawiłem samochód na parkingu Hotelu „Hesperus” (dziękuję miłej obsłudze za możliwość skorzystania z parkingu) i zabrawszy plecak z SUP-em oraz wyposażeniem udałem się kilkaset metrów dalej, pod most na Krznie Południowej. Miejsce to było dogodne do startu: płytko, łatwo zwodować tu deskę. Strumień 300 m dalej łączył się z Krzną Północną. 

Za chwilę start

Co zabrałem? Plan zakładał, że dopłynę do Białej (ok 30 km), przeniosę SUP-a do domu i następnego dnia wrócę busem do Międzyrzeca po samochód. Zabrane rzeczy to: plecak z pompką pompującą i odsysającą powietrze, kamizelka asekuracyjna, Wodoodporna torba, dokument, telefon i pieniądze w wodoszczelnej torebce, kamerka w wodoszczelnej obudowie, ubranie na przebranie w razie „chlup”, latarka „czołówka” gdyby pojawiły się trudności i trzeba było wracać o zmierzchu, trochę drobnego jedzenia (cukierki „Rafaello” od uczniów na zakończenie 4 klasy), termos z herbatą, sok „Kubuś”. Na siebie założyłem krótką piankę windsurfingową, skarpety neoprenowe i krótkie buty wodne. Byłem gotowy.


Zacząłem niepewnie. To było moje trzecie pływanie w tym roku. Powoli, ostrożnie - jakoś to szło. Już na złączeniu obu strumieni przywitał mnie wędkarz słowami: „tego to tu jeszcze nie grali”. Był miły - nie awanturował się, że mu płoszę ryby. Potem już miasto w słoneczne popołudnie. Tu jakaś para odpoczywa nad brzegiem i patrzy z zainteresowaniem, tam dzieciaki krzyczą z mostu „szerokiej drogi”. Ktoś inny pyta, co to jest. Wędkarzy dalej było niewielu. Nie wystawały nigdzie zielska, nie zahaczyłem o nic statecznikiem (kilem). Poziom wody był idealny.

W Międzyrzecu


Odcinek za Międzyrzecem to uregulowana, z nielicznymi zakrętami i przez to w większości nudna rzeka. Płynie wśród łąk, zielska nie wystają, zatopionych konarów było niewiele bo i drzew rosnących nad brzegiem jak na lekarstwo. Na początku słuchać jeszcze odgłosy ruchliwej trasy Warszawa – Terespol, potem robi się ciszej i bardziej dziko. Nad brzegiem rosną 2-metrowe trzciny, przez co mniej widać, co jest na brzegu. Główną atrakcję tego odcinka stanowiły pojawiające się od czasu do czasu mostki i jazy. W żadnym wypadku nie musiałem SUP-a wyciągać z wody i przenosić za przeszkodę. Przepływając pod mostami siadałem bo wiedziałem z doświadczenia, że często sterczą tam stare, drewniane pale, o które można zaczepić płetwą statecznika. Wtedy łatwo o „chlup”. Raz zaczepiłem lekko, ale nic się nie stało.


Drugą atrakcją była flora i fauna: trzcinowiska ze śladami zejść wydeptanych przez bobry. Stały na brzegu sarenki, na polach widać było bociany, czaplę; na wodzie łabędzia, perkoza. Bobry też czasem z pluskiem skakały z brzegu pod wodę. 

Gdzieś po drodze do Białej...

Późnym latem ubiegłego roku płynąc Krzną na wysokości Białej Podlaskiej widziałem żółty piasek, roślinki, ryby; woda była w miarę przejrzysta. Teraz niestety nie było tak pięknie. Woda wyższa i nieprzyjemnie brązowa, pewnie przez to, co niosła ze sobą z pól. Inny spotkany wędkarz mówił, że widział także martwe ryby. Chyba ten cały syf z nawożonych pół spływa do rzeki i systematycznie truje w nich życie. Bardzo to przykre.


Podróż trochę się dłużyła, nie sprawdzałem na GPS, gdzie jestem. Raz płynąc pod jakimś mostkiem zapytałem „kibiców” o nazwę miejscowości. Potem, gdy usłyszałem śmigłowce już wiedziałem, że zbliżam się do Białej Podlaskiej. Że zdążę przed zmrokiem, że nie będzie potrzebna czołówka. Z piciem i jedzeniem wyrobiłem się idealnie. W Porosiukach było pełno wypoczywających; w Białej także sporo ludzi spacerujących późnym popołudniem nad Krzną, w tym moi byli uczniowie. 

Biała Podlaska

Przepłynąłem przez całą Białą Podlaską z zachodu na wschód i wyciągnąłem deskę pod ostatnim bialskim mostem, na Al. Solidarności. Koleżanka Daria – niech jej się w zdrowiu i we wszystkim szczęści – zwiozła mnie do domu.


GPS z Ambita pokazał 34 km zrobione w 6 godzin i 34 minuty. Średnia prędkość: 5,2 km na godzinę. Jak przetrwałem fizycznie ponad 6 godzin stania na desce i wiosłowania? Całkiem dobrze. Ręce mnie nie bolały, nogi też nie. Problemy były dwa. Pierwszy - drętwiejące stopy. Nauczyłem się co ok 3 km lub 20 minut siadać na chwilę na desce, coś podjadać, zrobić fotkę. Poruszać stopami. Chwilę potem mogłem stać znowu. Druga niedogodność to ból szyi i karku. Od tego ciągłego napięcia, pochylenia, bezruchu pod koniec zaczęły mnie boleć te części ciała. Cóż mogłem poradzić? Ruszałem co jakiś czas szyją i barkami, próbowałem je automasować. 


Do domu wróciłem dumny, że tyle przewiosłowałem w fajnych w sumie warunkach; że – o dziwo - nie było żadnego „chlup”. Pobiłem mój zeszłoroczny rekord jednorazowego pływania SUP-em wynoszący około 20 km. No i zwiedziłem Krznę na odcinku, którym nigdy wcześniej nie pływałem (Międzyrzec – Porosiuki).


4 maja 2022


Następnego dnia planowałem przepłynąć drugą połowę długości rzeki. Dystans wychodził podobny a zatem powinno się udać. Tym razem część niepotrzebnego wyposażenia zostawiłem: latarkę „czołówkę” i kamerkę sportową. Raniutko pojechałem busem po samochód do Międzyrzeca, wróciłem do Białej, zapakowałem się i udałem na most na Al. Solidarności. Tam skończyłem wczoraj i tam chciałem zacząć.


Wystartowałem około 11-tej przed południem. Początek był fajny. Słonecznie, tylko czasem nieprzyjemnie wiał „wmordewind” (określenie jednego z rajdowych kolegów). Miewałem wrażenie, że stoję w miejscu, pomimo wiosłowania. Irytujące uczucie, nie oddające jednak stanu faktycznego. 

Krzna i Zielawa (po lewej)


Pierwsze kilometry, aż do mostu w Woskrzenicach, to odcinek znany mi z ubiegłego roku. Do Czosnówki rzeka szeroka, spokojna, uregulowana. Krajobraz ubogacony siedzącym tu i ówdzie wędkarzem. Od Czosnówki Krzna chwilowo dziczeje: dwumetrowe trzciny na brzegach, błotne ślizgawki bobrów. Oprócz łąk, trzcin i brunatnej wody – zbyt dużo nie widać. Jedną z niewielu atrakcji była Zielawa, która tuż przed mostem wpada do Krzny. 


Przepływając pod mostem w Woskrzenicach postanowiłem wyskoczyć na chwilę na brzeg. Aby czuć się pewniej usiadłem na desce i zacząłem zawracać SUP-a. Nurt pod mostem był jakoś dziwnie szybszy, ale to zlekceważyłem. W pewnym momencie SUP-a okręciło mi bokiem i nawet nie wiem kiedy – CHLUP! Zanim zdążyłem się przestraszyć byłem już w całości pod wodą, co gorsza nogami nawet nie musnąłem dna. Wypływając uderzyłem głową w deskę, która była nade mną, odwrócona już dnem do góry. Wypłynąłem obok, deskę odwróciłem do prawidłowej pozycji i bez zwłoki wgramoliłem na nią swe przemoczone „zwłoki”. Uff – taka kąpiel znienacka - trochę adrenalinki było. Wszystko co cenne miałem w wodoodpornym worku, a zatem strat w ekwipunku nie było. Zdjąłem mokrą czapkę i buffa. Woda była zimna, ale pianka windsurfingowa zapewniła termiczną izolację. Mokry chrzest bojowy został zaliczony. Pierwszy w tym sezonie i to blisko miejsca, gdzie w ubiegłym roku także zaliczyłem nieplanowaną kąpiel. Jakiś pechowy dla mnie ten most w Woskrzenicach.

Feralny most w Woskrzenicach

Poniżej rzeka stanowiła dla mnie „terra incognita”. Znałem ją jedynie z oglądu na Google Maps. Wiedziałem, że w dolnym biegu naturalna, nie uregulowana i mocno meandruje. Nie mogłem się tych zakrętasów doczekać. Będą świetnym urozmaiceniem – pomyślałem.


Zanim do meandrów dopłynąłem czekał mnie jeszcze około 14-kilometrowy etap średnio atrakcyjny. Rzeka z nielicznymi zakrętami, jakby rysowana od linijki; na lewo i na prawo pola. Słońce na przemian z chmurami, miejscami silny i wkurzający wiatr od frontu. Atrakcją były pojawiające się od czasu do czasu mosty, ptactwo wodne w postaci łabędzia i perkoza z małymi, stara, nadrzeczna tabliczka z oznaczeniem przystani kajakowej (Husinka). Taktykę pracy na SUP-ie miałem podobną jak dnia poprzedniego: miarowe, niezbyt forsowne wiosłowanie; co około 20 minut siad na desce dla odpoczynku drętwiejących stóp. Popijanie herbaty z termosu, podjadanie kabanosów. Robiłem zdjęcia i kręciłem filmy telefonem w co ciekawszych miejscach. Kilometry płynęły.


W okolicach Nowosiłółek, Malowej Góry i Nepli – rzeka zaczyna się kręcić i ma ładne wybrzeże. Była to z jednej strony fajna, pozytywna atrakcja, z drugiej – trochę niepokoiła. Krzna – im bliżej ujścia tym była bardziej wezbrana. Miejscami wylewała się na okoliczne łąki. Dojrzeć dna nawet nie próbowałem bo wiedziałem, że nie ma to sensu. Wartki nurt wezbranej rzeczki, miejscami z brzegiem o pionowych, wymytych ścianach i te zakrętasy o 90 i więcej stopni. Walczyłem na stojąco jak mogłem z wiatrem i z nurtem, ale że jeszcze nie jestem doświadczonym SUP-owiczem, to te zakręty różnie mi wychodziły. W co trudniejszych miejscach – siadałem. Musiałem sporo się namęczyć, aby nie dać się rzucić nurtowi w zarośla lub brzeg. 


W Malowej Górze rzeczka się chwilowo uspokoiła. Widać było ładne, drzewa nadbrzeżne, zatopione konary. Gospodarstwa, wiatrak. Tak jak poprzednio przysiadałem, robiłem zdjęcia. Tak byłem zajęty, że jeden bóbr nic sobie nie robiąc podpłynął i zanim zanurkował - prawie dał mi w twarz oślizgłym ogonem. W domu oglądając zdjęcia zauważyłem, że zupełnie nieintencjonalnie, zdążyłem go „pstryknąć”.

"Pan Bober" już się zbliża...

Za Malową Górą znowu zaczęły się meandry, jeszcze większe niż wcześniej. Bałem się, że znowu zaliczę „chlup” więc ponownie spasowałem i usiadłem na desce. Tak zakręty pokonywało się łatwiej. Ładnych momentów na Krznie jest tu najwięcej. Dopłynąłem do piaszczystej skarpy, która bardzo przypominała podobne skarpy na Bugu. Na wysokim brzegu porośniętym lasem jakiś chłopak leżał sobie w hamaku. Jego kajak zacumowany stał przy brzegu. Piękna majówka: dzika rzeka, kajak, hamak, las. Młody mężczyzna, słońce i wolność. Scena jak z opowieści o „westmanach” u Karola Maya.

Kajakowanie - hamakowanie nad Krzną

Podlaskie Serengeti

Przed Neplami, gdzie rzeka wpada do Bugu wody Krzny zalewały okoliczne łąki, na których spokojnie żerowało ptactwo wodne. Stada łabędzi, czapli, perkozów. Czułem się tu, jak w parku narodowym (zdjęcie powyżej). Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy ujrzałem charakterystyczne, na pół zatopione w wodzie rzeźby drewniane a obok pastwisko nadrzeczne, z brzegiem zrytym kopytami. Wiedziałem, już że jestem w Neplach, u celu. Mógłbym tu zakończyć wędrówkę i wyciągnąć SUP-a przy moście ale postanowiłem, że jest jeszcze czas, aby dopłynąć do samego Bugu – 2 kilometry dalej. Tak zrobiłem.

Charakterystyczne Neple

Podróż zakończyłem widząc w oddali rzekę Bug, w mniejszej oddali słupki graniczne, a w najmniejszej oddali – oczekujących mnie na brzegu dwóch strażników granicznych. Na szczęście polskich. Młode chłopaki – sympatyczni, ciekawi, życzliwi. Pozdrawiam serdecznie Nadbużański Oddział Straży Granicznej. Wylegitymowali mnie, sprawdzili dane i pożegnali. Niestety wyciągając SUP-a trochę byłem zagadany, rozkojarzony i popełniłem błąd: odpinałem statecznik stojąc po kolana czarnej wodzie, która wylała na łąkę pod rezerwatem Szwajcaria Podlaska. I tak go niefortunnie wypiąłem, że wysmyknął mi się i wpadł do wody. To nie igła - powiecie – cóż to takiego znaleźć czarną płetwę większą niż ludzka dłoń, która wpadła pod nogi do wody? Aha, guzik. Macałem dno przez około 20 minut. Nic. Tylko pełno liści, błota i patyków. Daria już na mnie czekała, nie chciałem testować jej cierpliwości, więc odpuściłem. Statecznik odnalazłem dopiero, jak przyjechałem w to samo miejsce 3 tygodnie później, gdy opadła woda. Leżał w błocie i na mnie czekał. 

Wieczór. W oddali widać Bug

Drugi i ostatni dzień wyprawy zakończyłem z wynikiem 35 kilometrów w niecałe 7 godzin. Straty to spora opalenizna (lekcja na przyszłość: zabrać krem do opalania lub długi rękaw i kapelusz); popękana skóra na palcu (zabrać następnym razem krem do rąk) i zgubiony chwilowo statecznik. Ciuchy prześmierdły mułem i potem. Wrażenia były dobre – było fajnie, choć miejscami strasznawo. Udało się zrealizować ciekawe, SUP-owe wyzwanie o charakterze sportowo-turystycznym. 

Mapa II etapu

Chcę więcej.



P.S. Dziś Parlament Europejski głosował nad projektem Nature Restoration Law. Zakłada on m.in. przywrócenie naturalnego wyglądu rzekom, poprzez likwidację sztucznych barier, które i tak nie spełniają swej funkcji. Jestem eurosceptykiem, ale akurat prawa o ochronie przyrody wspieram. Przykro, że obie największe partie polskie (PiS i PO) zagłosowały przeciw. Prawo jednak przeszło, lecz mocno "wykastrowane" poprawkami. Być może przywracanie naturalnego biegu rzekom, odtwarzanie bagien zwiększyłoby szanse na odwrócenie niekorzystnego trendu obniżania poziomu wód. Rzeka Krzna nadaje się do pływania tylko wiosną (do maja). Poniżej zdjęcie z lipca - rzeka na całej szerokości zarośnięta jest szuwarami. 

Krzna - lipiec 2023


piątek, 16 września 2022

SUP-er sport. Zapasy z wodą na chybotliwej desce

W jednym z wpisów podsumowujących miniony rok pisałem, że zastanawiam się nad kupnem kajaka. Myśl taka nachodziła mnie zwłaszcza po ukończeniu kajakowego ultramaratonu Lubartów – Kośmin na 100 km [RELACJA]. Kajak jest jednak kłopotliwy logistycznie, stąd ostatecznie do jego zakupu nie doszło.

Okuninka, Jezioro Białe

W te wakacje, będąc z rodziną nad Jeziorem Białym w Okunince spróbowałem zabawy na SUP-ie. Cóż to za dziwo? SUP - Stand Up Paddling – czyli wiosłowanie na stojąco. Deska jest dmuchana, można ją po złożeniu schować do plecaka ważącego z całym osprzętem kilkanaście kg. To dużo wygodniejsze, niż kombinowanie z dowiezieniem a potem zwiezieniem kajaka. Poczytałem trochę na forach, pooglądałem filmy na YT, i zdecydowałem o zakupie. Wiedząc o swoim zacięciu sportowo- wyzwaniowym poszedłem od razu w budżetowego touringa od Hydroforce, nie bawiąc się w bezpiecznego i spokojnego allrounda. Deska przyszła, poleżała napompowana w domu przez dwa dni dla sprawdzenia, czy nie schodzi z niej powietrze. Przyszła też obligatoryjna kamizelka. Teraz trzeba było po raz pierwszy zwodować sprzęt i zobaczyć, jak się zachowuje na wodzie.

KRZNA – 20 km Porosiuki – Woskrzenice

Pierwsze, gdzie najłatwiej było SUP-a wypróbować, to rzeka Krzna przepływająca przez Białą Podlaską. Szczęśliwie kilka dni wcześniej popadało, wzrósł poziom wody i przykrył wystające ponad powierzchnię zielska. Widok z mostu w Białej zapowiadał, że powinno się fajnie płynąć. Rzeczka, nie za duża, nie za mała – w sam raz na pierwszy raz. W oparciu o Google Maps zdecydowałem, że zacznę w Porosiukach, wiosce kilka kilometrów powyżej Białej Podlaskiej, popłynę przez Białą pod kilkoma mostami i skończę albo na tamie w Czosnówce, albo w Woskrzenicach, przy moście tuż za ujściem Zielawy do Krzny. Miejsce dobre do zejścia bo to przy ruchliwej trasie E30 na Terespol - łatwo tam o busa do Białej albo o taksówkę. Pogoda była piękna, około 28 stopni. Nic tylko płynąć.



Dojazd, rozłożenie i pompowanie deski poszło sprawnie. Trzeba się trochę namachać pompką aby nabić kadłub do ciśnienia 15 PSI, ale to jakieś 10 minut dymania. Da się przeżyć, choć jak ktoś kupi pompkę elektryczną (są w Decathlonie za ponad 200 zł) to będzie miał jeszcze łatwiej. Miejscowe, kąpiące się dzieciaki zrobiły mi kilka zdjęć i rozpocząłem wyprawę.

W Porosiukach

Jak się stało? Na początku niepewnie i chybotliwie. Prąd nie był wartki, raczej spokojny; wiatr wiał od przodu i czasami hamował. Płynąłem spokojnie obserwując wodę i brzegi. Woda na odcinku Porosiuki - Biała jest dosyć płytka i czysta. Zwykle widać było roślinki, piaszczyste dno i „taaaakie” ryby. Pisząc „taaaakie” mam na myśli ryby długości ze 30-40 cm. Tak przynajmniej wyglądały. Zauważyłem, że stojąc widać więcej: i tego co się dzieje w wodzie, bo niebo nie odbija się tak w wodzie jak z pozycji siedzącej w kajaku, i tego co się dzieje na brzegu bo głowę mamy wyżej stojąc. Minus w porównaniu do kajaka jest taki, że mięśnie – przynajmniej u początkującego – są cały czas napięte, bo trzeba trzymać równowagę. Tu łatwo o niezaplanowanego nurka do wody w przeciwieństwie do kajaka, gdzie trzeba się mocno starać o wywrotkę.

W Białej, na dzikim kąpielisku przy wygiętym mostku zrobiłem sobie przerwę na picie i odpoczynek, dałem też spróbować popływać miejscowemu chłopakowi na tym, jak mówił, „dziwnym kajaku”. Potem w drogę dalej, nieśpiesznie i ostrożnie. Gdy chciałem odpocząć, zrobić zdjęcie lub napić się wody – dla bezpieczeństwa siadałem. To samo robiłem płynąc pod mostami. Były to jedyne niebezpieczne miejsca na trasie gdyż tam właśnie widać było tuż pod powierzchnią stare, drewniane pale mostowe. Tym razem nie nadziałem się na żaden, ale trzeba być czujnym. 


SUP na Krznie

W dole poza Białą, na wysokości Czosnówki i niżej, charakter rzeki się zmienia. Jest ona głębsza, już zwykle nie widać dna, za tamą w Czosnówce jest odcinek zarośnięty; także brzegi porośnięte są 2 metrowymi trzcinami. Generalnie nie jest tu już tak przyjemnie. Bardziej dziko. Wszelkie mosty, mostki i jazy pokonywałem bez wychodzenia na brzeg – jeśli coś było nad taflą wody to na tyle wysoko, że kładąc się na desce mogłem pod tym przepłynąć. Po jakichś dwóch godzinach czułem, że drętwieją mi pięty od ciągłego stania w napięciu stąd starałem się ruszać i od czasu do czasu siadać.

W końcu, po 4 godzinach od wypłynięcia ujrzałem most w Wostrzenicach przy E30 i ujście Zielawy. Widok ten oznaczał koniec zaplanowanej trasy.

- płynę już 20 kilometrów i ani razu się jeszcze nie skąpałem. Chyba mam do tego talent – pomyślałem.

I wtedy właśnie się skąpałem. Chwila zamyślenia i byłem w wodzie. Na szczęście tylko po pas. Pod nogami wyczułem nieprzyjemny muł i zielska.

Do Białej wróciłem taksówką choć można było busem, z przystanku naprzeciwko hotelu LOTOS. Po zostawieniu plecaka z SUP-em pozostało jedynie pobiec 7 km po samochód zostawiony w Porosiukach. Ta sobota minęła mi bardzo sportowo: biegowo i wiosłowo.

Uściwierz – jezioro na pojezierzu łęczyńsko – włodawskim 6 km


Uściwierz

Następnego dnia, w niedzielę, wybrałem się nad jezioro Uściwierz, gdzie już rezydował mój brat. Tu znowu pompowanie, składanie i popołudniem zejście z drewnianego pomostu na wodę. Jezioro jest wybitnie wędkarskie, prawie całe zarośnięte dookoła trzcinami. Pogoda piękna, znowu 28 stopni, bezwietrznie. Zrobiłem nieśpieszną rundkę dookoła, po drodze schodząc ze 3 razy do wody aby się schłodzić i poćwiczyć wchodzenie na SUP-a z głębokiej wody. Widoki na czyste dno, podwodne łąki - ładne. Chyba muszę coś więcej poczytać o wodnej florze aby wiedzieć, co oglądam. Znam jedynie moczarkę kanadyjską. Znowu się zagapiłem, straciłem równowagę i znowu wpadłem do wody nieintencjonalnie. Taki los początkującego. Kończąc pętlę musiałem bardzo uważać, aby znaleźć miejsce, z którego zacząłem i gdzie jest wyjście na brzeg wśród trzcin. Myślałem że znajdę je bez trudu a tymczasem je przegapiłem i popłynąłem ze 200 m za daleko. Trzeba było wracać. Znowu fajny SUP-er dzień.


Okuninka – Jezioro Białe – 4 km

Kolejnym celem miał być dłuższy spływ Krzną, tym razem z Międzyrzeca. Niestety, po dojechaniu na miejsce okazało się, że na tym odcinku rzeka jest mocno porośnięta zielskiem. Przy tak niskim stanie wody spływ byłby bardzo trudny, o ile w ogóle wykonalny. 

Krzna w Międzyrzecu

Odpuściłem na razie Krznę a że byłem następnego dnia umówiony na nurka w Jeziorze Białym to pomyślałem, że po nurkowaniu zrobię jeszcze rundkę SUP-em dookoła jeziora.

Upały się skończyły, noce stały się zimne; perspektywa chlupnięcia do wody bez pianki – a akurat pianki nie ubrałem – nie wyglądała zachęcająco. Postanowiłem bardziej uważać, czemu sprzyjała spokojna, jeziorna woda, tylko od czasu do czasu wzruszana falami przez motorówkę WOPR. Wycieczka okazała się przyjemna: spokojne płynięcie wzdłuż plaż (stanowią ponad połowę brzegu) i pomoc starszemu państwu na pomoście z wyciągnięciem foliowego woreczka, który wpadł im do wody. Trochę poprzeszkadzałem zaczajonym w trzcinach wędkarzom. Wróciłem do miejsca startu i tym razem udało mi się nie skąpać. Dałem jeszcze spróbować poznanej na nurkowaniu koleżance, jak się na tym pływa.


Znowu było fajnie i w myślach snułem już kolejne wyprawy, coraz dłuższe, bardziej turystyczne i bardziej wyzwaniowe. Na wschodzie Polski jest jeszcze kilka potencjalnie fajnych rzek, a to rzeki wydają mi się SUP-owo ciekawsze, niż kręcenie się w koło Macieju po jeziorze. Niestety, planowanie raptownie przerwał mój upadek z drabiny, tak niefortunny, że zakończony złamaniem przedramienia. Siedzę w domu klepiąc w klawiaturę jedną ręką świadom, że ten sezon mam już z głowy. Mam nadzieję, że wrócę do jako-takiej sprawności i w przyszłym roku jeszcze popływam.