Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żywność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żywność. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 lutego 2015

Nowy izotonik OSHEE dla biegaczy – test


Jakieś 2 tygodnie temu dostałem duży karton wypełniony napojem izotonicznym firmy OSHEE dedykowanym specjalnie dla biegaczy. Zabierałem go na treningi biegowe, używałem też podczas treningów w domu. Poniżej opis produktu oraz wrażenia z testu.

PICIE I IZOTONIKI

No dobrze, ale po co pić i dlaczego akurat izotoniki? Pijemy, bo tracimy wodę. Wodę tracimy, gdyż organizm wykonując wysiłek fizyczny wytwarza energię. Energia jest nam potrzebna do wykonania ruchu. To jest fajne i tego chcemy. Szkopuł w tym, że skutkiem ubocznym owej produkcji energii jest ciepło. Organizm broni się przed przegrzaniem wydalając pot na zewnątrz ciała, przez co chłodzi organizm pozbywając się nadmiaru ciepła. Wraz z potem tracimy więc wodę i musimy tę wodę uzupełnić. Dlaczego musimy? Bo organizm odwodniony to organizm bardziej podatny na kontuzje. Bo woda jest składnikiem krwi a krew dostarcza do komórek glukozę, tłuszcze i tlen a wydala niepotrzebne produkty przemiany materii. Zaczyna brakować wody, cała machina zaczyna szwankować. Wystarczy się lekko odwodnić tracąc 1% masy ciała (600-800 ml) a nasze możliwości fizyczne się pogarszają. Utrata 3% masy ciała w wyniku odwodnienia to duży spadek wydolności fizycznej i ryzyko powikłań zdrowotnych. Tracisz 7-10% i nie możesz już kontynuować wysiłku fizycznego. Utrata 20% jest groźna dla zdrowia. Proste? Proste.

Pić zatem trzeba. Nie można jednak za dużo i nie warto za dużo. Organizm jest w stanie przyjąć maksymalnie 0,8 litra na godzinę. Nie warto pić dużo na zapas, bo tylko obciążymy żołądek i będzie nam nieprzyjemnie bulgotało w brzuchu.

No dobrze. Ale dlaczego izotoniki a nie zwykłą wodę? Izotonik ma taką samą osmolalność (gęstość) jak krew przez co łatwo się z nią miesza szybko nawadniając organizm. Izotoniki są ponadto wzbogacone o węglowodany, witaminy i składniki mineralne. Zaleca się, by na zawodach nie lecieć od razu na izotoniku, ale najpierw pić wodę a dopiero w dalszej części zawodów przejść na izotonik. *

OSHEE FOR RUNNER’S


Według materiałów, jakie dostałem wraz z napojem firma OSHEE sprzedaje swoje izotoniki w 25 krajach świata. W Polsce jest liderem w ilości sprzedawanych izotoników (ponad 70 milionów sztuk rocznie).

OSHEE, obserwując rosnącą popularność biegania wprowadziło na rynek nowy produkt dedykowany specjalnie dla biegaczy. Według producenta zawiera on kolagen, który wspomaga regenerację stawów, ponadto magnez i potas które wspomagają gospodarkę elektrolitową oraz witaminy z grupy B wspierające układ odpornościowy, poprawiające metabolizm a także zmniejszające uczucie zmęczenia.

Napój sprzedawany jest w butelkach o pojemności 0,75 L. Producent zaleca napić się pół godziny przed treningiem lub zawodami oraz pół godziny po. Jeśli trening lub zawody trwają dłużej niż pół godziny należy popijać w trakcie biegu, małymi łykami.

MOJE WRAŻENIA Z TESTU


Izotonik OSHEE sprzedawany jest w nietypowo dużych, 0,75 L butelkach. Dla mnie taka pojemność jest trochę za duża, bo nie piję zbyt dużo na treningach. W związku z tym wychodząc na trening zwykle przelewałem sobie zawartość do butelki o pojemności około 400 ml. Wtedy jedna butelka izotoniku wystarczała mi na dwa razy.

Zamknięcie oryginalnej butelki jest bardzo dobre i wygodne. Nie trzeba się siłować zębami w trakcie biegu by otworzyć wylew, który w tym przypadku zamykany jest kapturkiem. Pije się z niego wygodnie i łatwo a po zamknięciu płyn nie wylewa się na zewnątrz.

Sam napój ma kolor pomarańczowy i też pomarańczowo smakuje. Nie jest zbyt słodki, bardziej nawet kwaskowaty. Smakuje dobrze, trochę jak popularne gazowane napoje pomarańczowe tylko nie jest gazowany. Przypadł mi do gustu, choć kwestia smaku to sprawa bardzo indywidualna.

Napój testowałem zgodnie z zaleceniem producenta popijając przed wyjściem na trening, w trakcie wybiegań (10-20 km) oraz po treningu. Nie zauważyłem tu żadnych nadzwyczajnych reakcji mojego organizmu. Dobrze się czułem, nie miałem żadnych atrakcji żołądkowych, skutecznie gasiłem pragnienie, ale jakiegoś silnego zastrzyku energii spowodowanego popijaniem OSHEE nie odczułem. Trenowało mi się normalnie, dobrze.

Produkt najbardziej sprawdził się podczas treningu na rowerze stacjonarnym w domu. Biegając w terenie, zwłaszcza teraz, zimą nie pocę się zbyt mocno i nie odczuwam wielkiego pragnienia. Za to trenując na rowerze stacjonarnym w zamkniętym pomieszczeniu pociłem się wyjątkowo intensywnie i wtedy nowy produkt OSHEE sprawdzał się bardzo dobrze szybko gasząc pragnienie.

Jedyna rzecz jaka mi się w testowanym izotoniku nie spodobała to bardzo bogata zawartość. Generalnie dużo chemii. Przytaczam skład napoju: „woda, glukoza, maltodekstryna, kwas: kwas cytrynowy; regulator kwasowości: cytrynian sodu; cytryniany potasu, węglan magnezu, substancje konserwujące: sorbinian potasu, benzoesan sodu; hydrolizat kolagenowy; stabilizatory: guma arabska, estry glicerolu, i żywicy roślinnej; przeciwutleniacz: kwas askorbinowy; substancje słodzące: aspartam i acesulfam K; aromat, substancje wzbogacające: niacyna, witamina E, kwas pantotenowy, witamina B6, biotyna, E-110, […] E-150d, i E-160a; sok owocowy odtworzony z zagęszczonego soku jabłkowego.”
 

Dużo tego. Przyzwyczajony jestem na co dzień do zdecydowanie bardziej naturalnego żywienia i jak widzę w czymś np. benzoesan sodu to od razu mnie to odrzuca. Podobnie aspartam, o którym czytam w artykule poświęconym nawadnianiu biegaczy: „Oczywiście [izotoniki – P.P.] zawierają też słodziki, o których coraz więcej mówi się, że mają szkodliwe działanie dla tkanki mózgowej. Dlatego dobry napój nie powinien zawierać dodatku aspartamu”.** Niby dobrze, że w nowym izotoniku OSHEE dużo jest witamin, potasu, kolagenu, ale także i zasadność obecności tych składników może być dyskusyjna. Dietetycy-specjaliści twierdzą na przykład, że przyswajalność kolagenu występującego w różnych drażetkach, rozpuszczalnych pastylkach a zapewne też w izotoniku jest śladowa (patrz: moja relacja z półmaratonu w Radomiu - LINK). Dr Zbigniew Szyguła, kierownik zakładu medycyny WF i Sportu w AWF w Krakowie w artykule poświęconym napojom izotonicznym napisał m.in. „Dodatek potasu czy magnezu do napoju spożywanego podczas wysiłku fizycznego nie znajduje naukowego uzasadnienia, podobnie zresztą jak dodatki w postaci witamin”.***

Dla mnie, trochę tych składników jest zbyt wiele; niektóre są prawdopodobnie niepotrzebne, inne mogą być wręcz niezdrowe. Na miejscu producenta starałbym się jakoś wyeliminować składniki takie jak konserwanty czy słodziki a postawić bardziej na naturalność produktu dla sportowców. Myślę, że to co jest ECO, naturalne, zdrowe będzie coraz chętniej wybierane przez coraz bardziej świadomych amatorów sportu.

Nowy izotonik OSHEE może być bardzo dobrą propozycją dla amatorów biegania, którym trudno rozstać się z ich ulubionymi gazowanymi napojami z czasów przedsportowych. OSHEE FOR RUNNER’S smakuje podobnie jak pomarańczowy napój gazowany a jest z pewnością dużo zdrowszy.









* Informacje na podstawie: I. Czajka, Pij byle z głową, "Bieganie", jesień 2005, s. 8-11; Z. Szyguła, Izotoniki, "Bieganie", nr 3, 2006, s. 20-24.

** I. Czajka, Pij..., s. 9.

*** Z. Szyguła, Izotoniki..., s. 24.



Treningowa niedziela z napojem OSHEE FOR RUNNER's






piątek, 1 sierpnia 2014

Żywność energetyczna MuleBar - test


Zdjęcie: Danuta Nowak
Lenia mam strasznego. Do pisania, ale także do trenowania. Niby wakacje, najlepszy czas dla nauczyciela, mnóstwo wolnego, ale ja jakoś nie mogę ogarnąć wszystkiego, co mam do zrobienia. A to szukanie pracy, a to przydomowe zajęcia, a to porządki tu i tam, a to trening, a to rodzinna partyjka w „osadników z Catanu”, a to „na chwilę” włączę Morrowinda, a to wyjazd do dziewczyny i często budzę się wieczorem „z ręką w nocniku” i świadomością, że tak naprawdę to ja dziś nic nie zrobiłem. Już chyba sprawniej działam, gdy mam stałą pracę w regularnych godzinach. Trenuję obecnie mniej niż w roku szkolnym, co nie wróży dobrego wyniku na zbliżającym się Biegu 7 Dolin.

Ale dosyć tego smęcenia. Relacje z ostatnich biegów w końcu kiedyś napiszę, kto mnie zna ten wie, że potrafię to zrobić nawet po pół roku. Tymczasem relacja z testów żywności dla sportowców. Od portalu ultrabiegi.pl dostałem do sprawdzenia paczkę z batonami i żelami „MuleBar”. To angielska firma zaopatrująca biegaczy, triathlonistów, alpinistów i każdego, kto zgłasza zapotrzebowanie na szybkiego, energetycznego kopniaka. Kto z elity jedzie na „MuleBar”? A na przykład Anna Frost, ścisła czołówka światowego, górskiego ultra-biegania. Na tegorocznych Mistrzostwach Świata w Skyrunning w Chamonix była druga, przed naszą Magdą Łączak.

Dla mnie konsumpcja testowanych żeli i batonów była doświadczeniem całkiem przyjemnym. Żele okazały się mocne i słodkie, najlepszy z nich to według mnie ten z dodatkową porcją kofeiny. Batony „MuleBar” okazały się smaczniejsze niż żele, nie tak słodkie, o przyjemnej konsystencji musli w syropie.

Chętnych do poczytania pełnej relacji zapraszam na stronę ultrabiegi.pl [LINK].

W Polsce dystrybucją żywności „MuleBar” zajmuje się sportango.pl. [LINK]

piątek, 21 października 2011

Herbatka z pigwą


Ileż można biegać? W końcu się człowiek zmęczy i musi odpocząć. Wtedy po powrocie z chłodnego, wieczornego biegania do domu można zasiąść na przykład nad ciepłą herbatą z cytryną. A dlaczego zamiast popularnej cytryny nie wykorzystać pigwy? Ostatnio przypadkowo sąsiad zwrócił mi uwagę, że przed domem rosną pigwy a ja ich nie zbieram. Jakie pigwa ma zastosowanie? Można ją dodać do nalewek. Można też ją wykorzystać podobnie jak cytrynę: jako dodatek do herbaty. To pierwsze mnie nie interesowało, ale to drugie i owszem. Za radą życzliwego sąsiada pozbierałem akurat dojrzałą pigwę i wykorzystałem jako zastępczy dodatek do herbaty. Popijam taką herbatę z pigwą od kilku dni. Jak smakuje? Fajnie! Zawsze to jakaś odmiana od cytryny. Trzeba pamiętać, że umytą pigwę do herbaty wrzucamy pokrojoną na cienkie plasterki. Ma ona podobno dużo witaminy C, więc jeśli komuś zależy na leczniczych właściwościach dodatku nie powinien go wrzucać do wrzątku. Podobnie z resztą jak cytryny.


Owoce pigwy można zbierać właśnie teraz, jesienią. Trzeba zdążyć przed pierwszymi przymrozkami, bo one podobno zniszczą owoce.

Na zdrowie!


P.S. Gdy pisałem ten tekst, doczytałem się w Internecie, że można inaczej jeszcze przygotować pigwę do herbaty, bardziej profesjonalnie. Trzeba owoce po oczyszczeniu z pestek pokroić w plasterki, zmieszać z cukrem i umieścić w słoiku. Wtedy pigwa puści sok tworząc syrop. Słoiki z syropem z pigwy można pasteryzować, ale niekoniecznie. Herbatka z takim dodatkiem ponoć smakuje świetnie. Poniżej linki do prostego przepisu na herbatę z pigwą.


[link1] [link2]


środa, 15 kwietnia 2009

Skosztuj grzyba

Prawie nie pijam alkoholu, z różnych powodów. Ostatnimi czasy odkryłem za to inny napój, który nie ma tylu efektów ubocznych a jest smaczny i ponoć bardzo zdrowy. Zwie się grzybem Kombucha (Kombucza) lub grzybem herbacianym. Napój uzyskiwany przy jego pomocy znano już przed Chrystusem na Dalekim Wschodzie. Pierwsze wzmianki o stosowaniu grzyba pochodzą z II wieku p.n.e. Według źródeł w 414 roku Kombuchę sprowadzono z Chin do Japonii na życzenie samego cesarza. Grzyba uprawiali też Koreańczycy i mieszkańcy południowych krańców dzisiejszej Rosji. W następnych wiekach znajomość fermentacji Kombuchy prawie zaginęła. Odkryto go ponownie na początku XX wieku. Pewna japońska lekarka zaskoczona długowiecznością i wyjątkowo dobrym zdrowiem kaukaskich górali we wsi Karkasom odkryła, że popijali oni regularnie napój z grzyba herbacianego. Podobno to dzięki niemu zachowali zdrowie i uniknęli wielu chorób. Lekarka zabrała grzyba do Japonii. Stamtąd rozprzestrzenił się w innych krajach i jest dziś uprawiany m.in. w Polsce. Tyle historii.
Wszystko fajnie, ale cóż to za kuriozum ten grzyb Kombucha? Mówiąc najprościej jest to taki niezbyt apetycznie wyglądający „naleśnik” pływający pod powierzchnią wewnątrz słoja z napojem; trochę galaretowaty, trochę żelowaty. Młody grzyb jest cienki i prawie przezroczysty; starsze są grubsze i ciemniejsze. Z naukowego punktu widzenia nie jest to grzyb a raczej porost złożony z mnóstwa grzybów drożdżowych i bakterii żyjących w symbiozie. Drożdże pływające w słodkim roztworze fermentują produkując alkohol, który z kolei jest pożywką dla bakterii. Rozwijające się w grzybie bakterie wytwarzają szereg wartościowych kwasów, witamin, enzymów (m.in. kwas glukuronowy, foliowy, mlekowy, aminokwasy, enzymy, substancje antybiotykowe, witaminy B1, B2, B6, B12, C i śladowe ilości alkoholu). Rozpuszczone w orzeźwiającym napoju stają się cennym dodatkiem do naszego menu.
Oprócz walorów smakowych i orzeźwiających grzyb Kombucha ma podobno duże walory lecznicze. Nie wiem ile w tym prawdy, bo gdy czytam opisy to trudno mi znaleźć, na jaką dolegliwość grzyb nie pomaga. Działa ponoć na wszystko. Piję go zbyt krótko, by stwierdzić cokolwiek z autopsji, a więc powtórzę za innymi, że Kombucha ma przede wszystkim silne właściwości detoksykacyjne (odtruwające). Ponadto wzmacnia układ immunologiczny (mniej przeziębień), reguluje przemianę materii i ciśnienie we krwi, dodaje siły (yes,yes,yes), poprawia koncentrację, zmniejsza ryzyko nowotworów, wzmacnia serce, włosy oraz skórę, poprawia wzrok, zmniejsza poziom cholesterolu, łagodzi objawy migreny, pomaga w leczeniu astmy, łagodzi objawy reumatyzmu, przywraca mikroflorę jelit (jeśli wcześniej łykaliśmy antybiotyki), wpływa kojąco na układ nerwowy, zmniejsza objawy menopauzy, pomaga w rozkładaniu białek, cukrów i tłuszczy, przeciwdziała zakłóceniom równowagi kwasowo-zasadowej organizmu, wspomaga spalanie tkanki tłuszczowej oraz hamuje rozwój bakterii gnilnych i patogennych. Sporo tego. Jednym słowem „jeśli cokolwiek ci dolega – chlaj Kombuchę” – zdają się twierdzić entuzjaści. Istne panaceum. Tylko na otwarte złamania raczej nie pomoże. Choć kto wie.
A skutki uboczne? Owszem, zanotowano takie. Napiszę i o nich by nie było, że nie ostrzegałem. Ponoć u kilku osób na sto zauważono niepożądane objawy takie jak: zaparcia, pieczenie w okolicy serca i żołądka, krwawienie z nosa, zakażenie grzybem Candida Albicans. U kobiet mogą wystąpić zmiany w menopauzie i menstruacji.
Wszyscy czytający są już zapewne zachęceni cudotwórczymi właściwościami grzyba i nie mogą się doczekać by założyć hodowlę. Mam dla nich dobrą wiadomość: uprawa Kombuchy jest banalnie prosta. Opiszę jak to się robi zgodnie z recepturą, którą sam dostałem wraz pierwszym grzybem. Oto, czego potrzebujemy:
 
- zdrowy grzyb Kombucha (najlepiej dostać go od kogoś, kto już grzyba hoduje, ewentualnie nabyć za niewielkie pieniądze przez Internet)
- duży słoik (najlepiej 3 litrowy) wraz z kawałkiem gazy i gumką do przykrycia.
- herbata liściasta (sam hoduję grzyba na herbacie zielonej, ale ponoć można też na czarnej)
- cukier i woda
 
To wszystko. Możemy zabrać się do pracy. Nastawienie grzyba zajmie nam jakieś 15 minut. Najpierw przez 10 minut parzymy zieloną herbatę. Na 3 litrowy słój wystarczą dwie łyżeczki liści. Gdy herbata nam się parzy przygotowujemy słój zapełniając go w połowie wodą o letniej temperaturze (najlepiej źródlaną, ale jeśli ktoś żyje w czystym regionie to ostatecznie może być woda z kranu). Do słoja dosypujemy ok. ¾ szklanki cukru. Mieszamy do całkowitego rozpuszczenia. Herbata pewnie już się zaparzyła, więc wlewamy ją przez sitko (bez liści) do słoja. Już prawie gotowe. Teraz trzeba jeszcze dodać główny składnik: samego grzyba. Najlepiej wlać go wraz ze szklanką napoju (starter), w którym pływał - przyśpieszy to proces fermentacji. Grzyb powinien pływać tuż pod powierzchnią, gładką stroną do góry. Jeszcze tylko w razie potrzeby dolewamy wody (nie do pełna!) i otwór słoika zakrywamy gazą oraz gumką. Voilà! Gotowe. Pozostało nam odstawić przygotowany słój w ciepłe (20 – 27 stopni Celsjusza) oraz ciemne miejsce (może być np. szafka kuchenna z uchylonymi dla przewietrzenia drzwiami) i cierpliwie czekać. Około 8 – 12 dni. Po upływie tego czasu sprawdzamy czy napój jest gotowy. Poruszamy delikatnie słojem. Jeśli uchodzą bąbelki to znaczy, że fermentacja jeszcze się nie zakończyła. Można i taki napój pić, ponoć ma trochę więcej alkoholu niż dojrzały (nie więcej niż 0,5 %). Jeśli bąbelki nie uchodzą to znak, że napój dojrzał. Otwieramy słój i przekładamy grzyba z niewielką ilością napoju do oddzielnego pojemnika. Zauważymy, że grzyb trochę nam się rozrósł. Ma czasem brunatne naleciałości, które możemy delikatnie usunąć przemywając pod letnią wodą. Czysty grzyb rozdzielamy na dwoje; ciemniejsza powierzchnia to grzyb stary (pierwotny) zaś jasna, delikatna i przeźroczysta to nowy. Po rozdzieleniu uzyskujemy dwa grzyby; możemy teraz nastawić dwa słoje lub oddać jeden z grzybów chętnym znajomym. Możemy też włożyć do niewielkiego słoika ze starterem i schować do lodówki. Niska temperatura powstrzyma proces fermentacji i zachowa grzyba w dobrym stanie jeszcze przez kilka miesięcy. Wracamy teraz do najważniejszego, czyli do napoju. Zlewamy go ze słoja do butelek lub słoików najlepiej wcześniej przecedzając przez sitko. Mogą w nim pływać brunatne, grzybowe farfocle. Butelki z napojem, niezbyt szczelnie zamknięte przechowujemy w lodówce.
Każdy oczywiście zechce zaraz skosztować grzybowego napoju, czy aby się udał. Ma on specyficzny smak, trochę kwaskowy, trochę octowy. Niektórym kojarzy się z sokiem jabłkowym. Bywa całkiem mocny, bywa też słaby. Zależy jak się uda. Gdy degustowałem po raz pierwszy wydał mi się mocny i dziwny. Byłem ostrożny i popijałem niewielkimi łykami upewniwszy wpierw, że w niedalekim zasięgu mam wolną toaletę. Obawiałem się ostrej jazdy bez trzymanki na sedesie, ale nic niezwykłego się nie stało. Dziś popijam Kombuchę przynajmniej raz dziennie, w niewielkich ilościach. Tak po pół szklaneczki. Smakuje całkiem nieźle. Polecam i życzę smacznego.
p.s. Więcej informacji można znaleźć w Internecie. Tutaj są najbardziej wiarygodne informacje; tutaj i tutaj opisano hodowlę grzyba bardziej szczegółowo.

 Poradnik o grzybie herbacianym