Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieg Siedmiu Dolin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieg Siedmiu Dolin. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 września 2016

Bieg 7 Dolin – piąte podejście

Zdjęcie: festiwalbiegowy.pl
Zwariowałem. Dwa tygodnie po zrobieniu 142 km i 8000 podejść zapisałem się na Bieg 7 Dolin na 100 km. Już po powrocie z Chamonix obiecywałem sobie, że w góry na razie przestanę jeździć, dopóki mieszkam tu, gdzie mieszkam, gdyż nie jestem w stanie przygotować się należycie. Nie mam tu żadnej górki.

A jednak podkusiło mnie, aby do Krynicy pojechać. Raz, że czułem się nadzwyczaj dobrze; dwa, że zwyczajnie miałem ochotę w Krynicy pobiegać. Zdawałem sobie sprawę, że pewnie nic nie nabiegam, bo słaba forma, bo UTMB, bo upał, ale akceptowałem to.

Pojechałem i z bólem oraz przygodami, ale w ukończyłem. Czas 12:29, miejsce 49. Szału nie ma. Co się działo, jak się biegło – o tym można przeczytać w relacji, która ukazała się na portalu festiwalbiegowy.pl Zapraszam.

[LINK] do relacji

piątek, 12 września 2014

Bieg 7 Dolin 2014 – zapis porażki



Górski, liniowy ultramaraton na dystansie 100 kilometrów po górach okalających Krynicę Zdrój. Startuję tu od pierwszej edycji w 2010 roku, z przerwą w roku 2011. Swój rekordowy czas – 10:48 - nabiegałem w 2012 roku. Zeszłoroczny start w wynikiem końcowym 11:16 i miejscem w trzeciej dziesiątce uznałem za nieudany. Teraz jechałem się odkuć. Bardziej interesował mnie czas, poprawa prywatnego wyniku niż wysokie miejsce w bardzo silnie obsadzonym, dużym biegu. Tym razem impreza i tak już prestiżowa nabrała dodatkowego blasku: w jej ramach miały odbyć się I Mistrzostwa Polski w ultramaratonie. Nie jakieś tam mistrzostwa, które ktoś sam sobie wymyślił tylko Mistrzostwa Polski uznane przez PZLA. Nie wypadało się nie pojawić.

Do Rytra

Startujemy z krynickiego deptaka o 3 w nocy. Jest sucho i wyjątkowo ciepło. Lecę na krótki rękawek. Tym razem zdążyłem z przygotowaniem przepaków. Na razie wszystko gra. Przed startem spotykam jeszcze moich bialskich znajomych, z którymi przyjechałem. Chwilę później gotów do wyścigu staję obok Macieja Więcka i Bartosza Gorczycy.


Ruszamy. Tłum ludzi, ultramaratończycy i uczestnicy Iron Run. Ależ nas dużo. Na ścieżce trochę tłoczno. Po raz pierwszy w życiu wziąłem na bieg kije, składane karbonowe Raidlight’y. Trochę z nimi przed startem poćwiczyłem i dziś eksperymentalnie zabrałem. Nie wiem czy bardziej pomogą, czy bardziej będą ciążyć. Staram się je od początku maksymalnie wykorzystać na każdym, nawet lekkim podejściu. Trochę podbiegam, trochę mocno podchodzę w zależności od stopnia pochylenia stoku. Zerkam, co jakiś czas na pulsometr kontrolując tętno. Jako kijkowy nowicjusz ze dwa razy niechcący nadziewam kogoś na mój nowy zakup. Na szczęście niegroźnie. Przy okazji zauważam ciekawą rzecz: niektórzy ludzie trzymają kije w ręce i biegną pod górę. Nie używają ich, tylko niosą. Po co? Czekają, kiedy spuchną i dopiero wtedy przypomną sobie, że je mają? Dziwne.

Zbiegi. Idą mi raczej cienko. Raz, że jest sporo ludzi; dwa, że moja latarka niezbyt dobrze oświetla ścieżkę przy szybkim zbiegu; trzy, że mam w ręku kije i jakoś trudniej mi się puścić ostro w dół mając zajęte ręce. Cztery: gdzieniegdzie jest trochę błota i jest ślisko. Na Jaworzynę Krynicką wbiegłem w miarę lekko, ale chyba za wolno: patrząc po ludziach, zdaję sobie sprawę, że jestem daleko za czołówką. Droga do Łabowskiej Hali trochę się dłuży. Mijam się z czasem z Iwoną Turosz, potem też z Justyną Frączek. Dziewczyny wokół siebie kojarzę, mężczyzn nie za bardzo.

Wstaje świt i jest to piękny świt w górach. Z mroku stopniowo wyłaniają się, skąpane w białej mgle wzgórza. Niczym wyspy na archipelagu. Przypominam sobie o mp3 i załączam pierwszy kawałek z TOTAL 14: Dauwd – Lidia. Robi się magicznie. W półmroku biegniemy jeszcze przez jakiś czas, potem zaczyna się zbieg do Rytra. Mam na nogach Trailroc 255 z dobrze izolującą podeszwą. Powinienem móc puścić się szybko w dół, ale jakoś nie potrafię się przełamać. Może to przez to, że ręce zajęte kijkami nie pozwolą na asekurację podczas ewentualnego upadku? Najbardziej techniczny odcinek tego biegu pokonuję już za dnia. Jeszcze kilka lat temu biegłem go w półmroku. Znowu mam wrażenie, że jestem spóźniony. Jeśli tak dalej będę biegł to z łamania 10:48 nic nie wyjdzie.

Zanim dobiegnę do Rytra walczę z butami. Na zbiegach pięta regularnie przesuwa mi się do przodu trąc o wkładkę. Robi się pod piętą ciepło, czuję, że jak nic z tym nie zrobię to niedługo niechcący wykrzesam ogień. Zatrzymuję się i wiążę but mocniej. Biegnę kilka kroków. Kurka – za ciasno. Aż boli stopa. Muszę jednak poluźnić. Znowu się zatrzymuję a czas leci. Dobrze, że już jestem prawie na dole. Truchtam bardzo łagodnym, asfaltowym podbiegiem do przepaku w Rytrze. Nawet tu odpycham się kijkami.

W Rytrze, na 36 kilometrze wyścigu zabawiam trochę dłużej, niż planowałem. Zmieniam skarpetki na nowe. Może w nich stopa nie będzie się przesuwała w bucie? Dziewczyny od przepaków mówią coś we wschodnim języku. Ukrainki? Z worka zabieram kanapki i swoją wodę. Mam swoją prywatną, bo na odprawie przedstartowej usłyszałem, że woda na punktach będzie znowu „leciutko gazowana” i podziękowałem. Przyłatwiłem się tą ich gazowaną wodą w zeszłym roku, wolę mieć teraz swoją, zwyczajną, źródlaną - taką, jaką dają na innych zawodach.

Do Piwnicznej

Za Rytrem lekki podbieg ulicą, potem szutrówką. Truchtam leniwie zajadając bułkę. Przy drodze grasuje Józek Pawlica gorąco dopingując biegaczy. Ścisła czołówka polskich, górskich biegów; tak jak Kamil Leśniak czy Bartosz Gorczyca należący do młodego pokolenia mocnych, polskich „ultra-górali”. W tamtym roku był tu trzeci, złamał 10 godzin. Tym razem nie biegnie.

Zaczyna się dosyć wymagające podejście na Halę Przehyba, z 400 na 1100 metrów n.p.m. Szaleję na nim z kijami. Ależ się fajnie podchodzi. Idzie mi sprawnie i lekko. Wyprzedzam kilka osób, kije nie plączą mi się pod nogami, pomimo niewielkiej praktyki. Rzeczywiście: na takim podejściu kije fajnie jest mieć. Wszedłem na halę chyba z podobną prędkością jak przed laty, gdy kijów nie używałem. Wtedy jednak byłem na szczycie znacznie bardziej zmęczony. To jest moim zdaniem podstawowa zaleta kijów: nie tyle zwiększają one prędkość ile pozwalają na zaoszczędzenie energii na podejściach. 

Na Hali Przehyba tankuję zwykłą wodę, niegazowaną. Mają tu taką. Potem biegnę kawałek tą samą trasą, którą przybiegłem. Fajne miejsce ta agrafka: można podejrzeć, kto przed tobą a kto za. Widziałem Kubę Wolskiego, zawodnika, który też był tu kiedyś wysoko (4 miejsce w 2012 roku, czas poniżej 10 godzin). Przed nim biegł jeszcze ktoś z mocniejszych biegaczy. Nachodzi mnie optymistyczna myśl, że zaczynam doganiać szeroko rozumianą czołówkę. Za agrafką, około półmetka doganiam w końcu Rafała Pajdosza, kolegę z Białej Podlaskiej. Maraton biega koło trójki, ultra dopiero zaczyna, ale tu już całkiem mocno pędzi. Bardzo dobrze mu idzie, jak utrzyma tak mocne tempo to 12 godzin ma szanse złamać. Aż się zaczynam zastanawiać, czy na pewno dam radę mu uciec. 

Józef Kubik
Przed Radziejową, najwyższym szczytem wyścigu (1292 metry n.p.m.) zbaczam na chwilę w sosenki „zostawić” wczorajszą pizzę. Nieco lżejszy zaczynam dłuuuugi zbieg do Piwnicznej. Niby podejścia mnie nie zmęczyły, ale czuję się coraz słabiej. Słońce coraz bardziej grzeje, mam wrażenie, że powtarza się pogoda sprzed roku. To nie są warunki dla mnie, wolę błoto, zimno i deszcz. Z powodu ciepła picie kończy mi się szybciej, niż planowałem. Nie mogę się doczekać betonu: kilkukilometrowej drogi z betonowych płyt, obijającej stopy, ale zwiastującej bliski punkt kontrolny w Piwnicznej. Trasa coraz częściej prowadzi po otwartych przestrzeniach. Lampa z nieba odbiera mi chęci do biegu i rywalizacji. Wyścig idzie słabo. Od dłuższego czasu nikogo nie wyprzedziłem, biegnę mniej więcej w otoczeniu tych samych osób. Znowu spotykam gościa (Józef Kubik z Ropczyc), z którym już się kiedyś mijałem a który wygląda jak mój wykapany kolega Hiubi. Jest tylko trochę starszy. Coś mnie zagaduje po drodze, chyba prowadzi w kategorii M 50 i chce to utrzymać. Przed Piwniczną spotykam przy szlaku jakąś grupkę dzieci. Wysuszony przez słońce biorę od chłopca łyk Coca Coli. Równocześnie zastanawiam się, czy nie łamię regulaminu Mistrzostw, czy ten regulamin nie zabrania korzystać z takiej pomocy. A pal to licho, co będzie. 

W końcu jest: Piwniczna Zdrój – 66 kilometr trasy. Nie wiem, która jest godzina, nie wypisałem międzyczasów ze swojego rekordowego biegu z 2012 roku. Mam jednak wrażenie, że jest źle. Wbiegam na przepak, uzupełniam zaopatrzenie i wychodzę. Zaraz za wyjściem słyszę po raz pierwszy konkretną informację, o swoim położeniu. Jakiś człowiek, mówi mi, że jestem w okolicach 35 miejsca. Marność i lipa. Albo „ch.., dupa i kamieni kupa” – jak mawiają nasze elity, potomkowie narodowych wieszczów.

Zejście


Przed wyjściem z punktu widzę kątem oka taką oto scenę. Chwilę za mną dobiega na przepak Kuba Wolski. Józek Pawlica, który w międzyczasie „teleportował” się z Rytra do Piwnicznej dopinguje Kubę by ruszał na trasę i ostro walczył. Kuba minę ma jednak nietęgą; mówi, że formy nie ma i schodzi. Idę dalej, zaczynam podejście w kierunku Łomnicy. Niedawno widziana scenka na przepaku odegrana przez Józka i Kubę zasiała mi w głowie pewną myśl. A może by tak zejść? Hmmm.., pomysł kuszący. Idę jeszcze pod górę i myślę. Miejsce mam fatalne, czas niewątpliwie też. 11 godzin nie złamię nie mówiąc już o pobiciu rekordu sprzed 2 lat. Po co mam po raz drugi walczyć bohatersko o 11 godzin z hakiem, skoro taki czas mnie nie satysfakcjonuje. Miejsce? Też będzie kiepskie. Znając życie wyprzedzę jeszcze kilka osób, część konkurentów spuchnie, ale mało prawdopodobne, bym wszedł do drugiej dziesiątki. Warto się jeszcze męczyć do końca by potem „błyszczeć” na liście wyników około 30 miejsca? Eeee tam. Do tego ten cholerny upał. Nieźle mnie przesuszył jeszcze przed Piwniczną. Trochę się orzeźwiłem źródełkiem tryskającym w miejscowości, niedaleko przed przepakiem. Teraz jednak znowu jest nieznośnie gorąco. Ledwie wyszedłem z punktu a już pół butelki wody zużyłem. Ambit pokazuje 27 stopni. Pewnie oszukuje łobuz, a może nie? Zatrzymuję się i wiszę na kijkach. To jest ten moment. Ten moment decydujący. W tę albo we w tę. Waham się kilka minut, w międzyczasie mijają mnie kolejne osoby. Tu dwie, tam trzy, potem kolejne. Chrzanić to. Zbiegam do Piwnicznej. Oddaję chipa i numer startowy. To koniec. 

Niedługo później siedzę pod spożywczakiem zajadając bułki ze zsiadłym mlekiem i czekając na odjazd autobusu do Krynicy. Koło mnie koledzy w nieszczęściu: między innymi Kuba, Jacek Michulec i Arek Recław. Popijamy piwo, dzielimy się wrażeniami i plotkujemy. Czuję trochę ten niesmak związany z zejściem, ale nie tyle jestem zły, że zszedłem ile, że się należycie nie przygotowałem. Cóż – zebrałem plon swojej wakacyjnej pracy. A że praca była byle jaka, to i plon jest taki, jaki jest.

Gdy wróciłem do domu zajrzałem do swoich międzyczasów z Biegu 7 Dolin w ciągu ostatnich 3 lat. Tendencja jest wyraźnie spadkowa i nie napawa optymizmem. Weźmy trzy punkty: Rytro (36 km), Piwniczną (66 km) i metę (100 km). Oto czasy na punktach i czasy na mecie.

ROK
RYTRO
PIWNICZNA ZDRÓJ
META
2012
03:28:43
06:43:13
10:48:08
2013
03:31:17
06:54:51
11:16:06
2014
03:46:21
07:14:35
?

Jaki z tej historii morał? Krótki i prosty: najpierw trzeba uczciwie i mocno przepracować na treningach kilka miesięcy a później ewentualnie oczekiwać poprawiania rekordów.

Po biegu, gdy dojechałem do Krynicy zabrałem aparat i poszedłem na trasę zrobić zdjęcia finiszującym. Można na nich zobaczyć, jak bardzo „atrakcyjna” była końcówka, przypominająca bardziej tor przeszkód z biegu pokroju Katorżnika niż trasę ultramaratonu. Zapraszam do galerii [LINK].

Użyty sprzęt:

Buty INOV-8 Trailroc 255
Skarpety sportowe Motive
Skarpety CAT (od Rytra)
Spodenki 3/4 Columbia Speed Trek Capri
Koszulka Columbia Trail Pro II Crew
Rękawiczki treningowe Nike
Plecak biegowy Kalenji 12 L
Kije karbonowe, składane Raidlight 2012
Pulsometr Suunto Ambit Silver HR
MP3 Player Sandisk Sansa Clip 8GB
Czołówka Petzl Myo XP
Buff

P.S. Jakiś czas po napisaniu tego tekstu bardziej na chłodno przemyślałem swój tegoroczny start w Krynicy. Doszedłem do wniosku, że chyba za bardzo się napinam na wynik. „Wielki Pan Paweł Pakuła” musi być w czołówce - jak nie jest to chodzi niezadowolony i ma do siebie pretensje. Po co się tak napinać? Już kiedyś miałem takie niezdrowe podejście; może i czasem mobilizujące do lepszych wyników, ale odbierające znaczną część przyjemności ze sportu. Przecież i tak jestem tylko amatorem; może trochę lepszym niż przeciętny, ale nie startuję przecież w olimpiadzie. Po co to prężenie muskułów, napinanie się na rekordy. Nie wyszło? Trudno, może się uda następnym razem. Nawet, jeśli nie to świat się nie zawali. A wschód słońca w górach i tak pozostanie piękny. Wrzuć na luz Paweł.

niedziela, 12 stycznia 2014

Bieg 7 Dolin 2013 – relacja


Migawka z trasy

Zdjęcie: NonStopAdventure.pl
Osiemdziesiąty siódmy kilometr trasy. Góry, słońce, przede mną szeroka szutrowa droga wijąca się łagodnie pod górę. Z powodu zmęczenia świński trucht regularnie przerywam marszem. Niedługo za mną podąża inny biegacz, dzieli nas nie więcej niż 500 metrów. Za każdym zakrętem nerwowo oglądam się za siebie, czy aby mnie nie dochodzi. Ze słabym wynikiem już się niby pogodziłem, ale jakoś tak im bliżej końca tym wola walki wzrasta. Jeszcze ze dwa kilometry i dotrę do schroniska Bacówka nad Wierchomlą. Stamtąd już do mety prawie cały czas z górki. W pewnej chwili słyszę syrenę. Mija mnie karetka. Kilkanaście minut później, gdy docieram do schroniska samochód akurat odjeżdża. Dowiaduję się od wolontariuszy, że właśnie zwożą Ukraińca, który widać mocno cisnął i zasłabł na kilkanaście kilometrów przed metą. Wstyd się przyznać, że w nieszczęściu bliźniego widzę pozytywy: na mecie będę oczko wyżej. Wychodzę z punktu w momencie, gdy ścigający mnie konkurent właśnie do niego dochodzi. Będąc na około 29 pozycji zaczynam ostro zasuwać. Dopiero teraz, po pokonaniu 90 kilometrów budzi się we mnie łowca. Stanowczo, stanowczo za późno. Co jakiś czas połykam kolejne „ofiary” – jeden nie daje rady biec więc idzie; inny z pokrwawionymi kolanami w krótkiej wymianie zdań zwierza się, że leżał już trzy razy. Jeszcze inny zaciskając zęby truchta bardzo, bardzo wolno. Dobiegam w końcu jednego ze znajomych. Ten dla odmiany ciśnie mocno. Z trudem go doganiam i pytam, która godzina. 14:48 – odpowiada. 10 godzin i 48 minut od startu. Cholera – rok temu dokładnie z takim czasem wbiegałem na metę. Teraz jestem jeszcze kilka kilometrów przed nią. Zostawiam kolegę i pędzę ile sił do mety. Pomimo wszystko chcę walczyć do końca.

Cztery lata po debiucie

Zdjęcie: NonStopAdventure.pl
Jeszcze dziś pamiętam swój start w 2010 roku. W Biegu 7 Dolin wystartowało wtedy jedynie 65 osób. Jechaliśmy do Krynicy z nadziejami, ale i wątpliwościami. Czy impreza wypali, czy trasa będzie dobrze oznaczona, czy punkty odżywiania będą dobrze zaopatrzone? Organizatorzy mają fundusze, gdyż impreza odbywa się przy okazji Forum Ekonomicznego. Czy to jednak wystarczy by zorganizować od razu tak dużą imprezę biegową z wieloma rodzajami biegów, na różnych trasach, o różnej długości? Wystarczyło. Debiut krynickiego festiwalu wypadł bardzo dobrze. W następnych latach na Bieg 7 Dolin zapisywało się coraz więcej uczestników, podnosił się też jego poziom. Wysokie nagrody finansowe, dobra organizacja i ładna trasa sprawiły, że bieg ten stał się najbardziej prestiżowym ultramaratonem górskim w Polsce. Wśród uwiedzionych byłem i ja: spodobała mi się pierwsza edycja, na drugiej nie mogłem być z powodu choroby. Pojechałem za to na trzecią i poprawiłem swój rekord o 2 godziny. W tym roku także się zgłosiłem podobnie jak setki innych polskich ultradystansowców. Wiedziałem, że będzie już zupełnie inaczej niż przed czterema laty. Nie ma już szans na kameralność, bieg się rozrósł pod względem frekwencji, poziomu zawodników i rozmachu organizacyjnego. Obecnie przyciąga najlepszych ultrasów z Polski a także bardzo mocnych gości z zagranicy. Cztery lata po debiucie Festiwal Biegowy Forum Ekonomicznego w Krynicy wyrósł na jedną z największych imprez biegowych w kraju i utrzymuje bardzo wysoki poziom.

Bolesna lekcja

Zdjęcie: FotoMaraton.pl
Przed startem wydawało mi się, że jestem dobrze przygotowany. Byłem w bojowym nastroju gotowy powalczyć o wynik poniżej 10:30. Początek pobiegłem lekko, już miałem zacząć się rozpędzać, gdy pierwsze zbiegi po górskich, kamienistych ścieżkach sprowadziły mnie na ziemię. Okazało się, że popełniłem błąd ubierając minimalistyczne buty bez amortyzacji. Wcześniej dobrze mi się w nich biegało: dały mi 12 miejsce w ultradystansowym biegu górskim w Szwajcarii i 3 miejsce na Chudym Wawrzyńcu. Tym razem jednak robiły mi krzywdę. Na poprzednich zawodach musiałem porządnie obić od spodu lewą piętę. W Krynicy, tuż po starcie wyszło na jaw, że pięta jeszcze się nie zagoiła. Gdy tylko stanąłem na kamień, który ostrą krawędzią wchodził pomiędzy zęby bieżnika – wyłem z bólu. Artykułowałem przy tym wszelkie znajome mi przekleństwa. Wyścig był dla mnie pozamiatany. Wszędzie gdzie widziałem rumowisko kamieni, zwłaszcza na zbiegach - natychmiast zwalniałem. Marzyłem o lepiej amortyzowanych butach, które czekały 50 kilometrów dalej, w Piwnicznej. Gdy je w końcu zmieniłem problemy z obolałą stopą zastąpiły problemy żołądkowe. Nie wiem skąd się wzięły: może ta woda gazowana na punktach odżywczych mi nie służyła, może zjadłem coś niewłaściwego. Jeszcze to prażące słońce. W każdym razie o szybszym biegu dalej nie mogło być mowy. Odżyłem i przyśpieszyłem dopiero 12 kilometrów przed metą. Stanowczo za późno, by poprawić życiowy wynik i za późno by się ścigać z czołówką. Trasę 100 km pokonałem z czasem 11:16:06 zajmując 24 miejsce.

Ja tu jeszcze wrócę

Pomimo bolesnej lekcji, pomimo ciągłej walki z przeciwnościami - podobało mi się. Organizacja wypadła jak zwykle bardzo dobrze, miałem szanse powalczyć ze znakomicie przygotowaną konkurencją. Bardzo mile wspominam dzieciaki, które stały gromadką na szlaku w okolicach Piwnicznej i witały nadbiegających gromkim „łaaaa!!!”. Jestem też wdzięczny życzliwej Pani z Wierchomli, która częstowała biegaczy kompotem i śliwkami. Trasa biegu była wszędzie dobrze oznaczona i zabezpieczona. By nie zagłaskać organizatorów na śmierć dodam też do pochwał łyżkę dziegciu: uważam, że po pierwsze, skoro są tak wysokie nagrody to najlepsi powinni być poddani kontroli antydopingowej. Po drugie na punktach powinna być woda niegazowana. Są to dwie rzeczy, które bym w przyszłości poprawił. Niezależnie od tego, jakie zmiany wprowadzą organizatorzy najprawdopodobniej i tak pojawię się w Krynicy w przyszłym roku. Lubię krynicką imprezę i mam z jej najdłuższą trasą rachunki do wyrównania.

Użyty sprzęt:

Buty INOV-8 Bare-Grip 200
Buty INOV-8 Trailroc 255 (w II połowie trasy)
Skarpety sportowe Motive
Krótkie spodenki biegowe Nike Dri-Fit
Bluza oddychająca z długim rękawem RMD Rockommended (użyta tylko na początku)
Koszulka Columbia Freeze Degree Short Sleeve Crew
Zegarek Timex Ironman Sleek 150-Lap
Czapka z daszkiem Go Sport
Rękawiczki treningowe Nike
Plecak biegowy Kalenji 12 L

piątek, 5 października 2012

Bieg Siedmiu Dolin - relacja


Jazda bez trzymanki

Start sztafety
Cały mój tegoroczny wyjazd do Krynicy stał pod znakiem zapytania z powodu odległości i braku czasu. Traf chciał, że tuż przed zawodami zmieniłem pracę i wróciłem do rodzimych Wisznic. Kombinowałem jak tu dojechać na wieczór w góry skoro jeszcze w piątek do południa prowadziłem lekcje. Myślałem już o wypożyczeniu samochodu z wypożyczalni w Lublinie, ale ostatecznie udało mi się pożyczyć pojazd od rodzinki. Przejechałem kilkaset kilometrów i dojechałem do biura zawodów w Krynicy na 21:50. Do 22:00 miały być wydawane pakiety startowe więc zdążyłem na styk. Następnego dnia o trzeciej w nocy zaplanowany był start. Do pobudki pozostały 4 godziny. Skoczyłem jeszcze na smażone pierogi do gospody, w której byliśmy ze znajomymi dwa lata temu, potem po zakupy do nocnego i w końcu na nocleg do MOSiR-u. Byłem tak zmęczony, że nawet nie rozpakowałem pakietu startowego. Czym prędzej położyłem się spać. Sen był ciężki. Śniły mi się jakieś koszmary. Miałem ich po dziurki w nosie, więc wstałem w miarę sprawnie. Dalsze przygotowanie do biegu szło jednak opornie. Gdy wlałem już wodę do bukłaka okazało się, że czyszcząc rurkę przed wyjazdem zdjąłem ustnik i zostawiłem go w domu. Bukłak był bezużyteczny. Rad nie rad spakowałem do plecaka picie w 4 plastikowych butelkach. Fatalnie wyglądała też sprawa przepaków. Mogliśmy pozostawić w kilku miejscach na trasie rzeczy na zmianę, napoje bądź żywność. Tak się guzdrałem nad ranem, że owych przepaków nie zdążyłem przygotować. Kilkanaście minut przed godziną startu byłem jeszcze w proszku. Jakiś zupełnie mi nieznany dziadek, który spał obok zaczął mnie w końcu poganiać ostrzegając, że nie zdążę. Zostawiłem te wszystkie worki od przepaków całkowicie z nich rezygnując. Potruchtałem do pobliskiego miejsca startu na deptaku w Krynicy. Gdy tam dobiegłem zostało jeszcze 7 minut.

Na co mogłem liczyć

Bieg na 100 kilometrów po górach w okolicach Krynicy organizowany był już po raz trzeci. Startowałem w pierwszej edycji Biegu Siedmiu Dolin dwa lata temu. Na 65 osób, które wystartowały byłem 8. Było to ostatnie miejsce nagrodowe, można powiedzieć ostatni stopień bardzo pojemnego podium. Wygrałem wtedy całe 500 zł, zwrócił mi się przejazd i jeszcze zostało na buty. Były to świetne zawody a jednocześnie przeprowadzone w trudnych warunkach. Najpierw mgła, w której część zawodników pogubiła trasę, potem deszcz i w konsekwencji tony błota na szlakach. Osiągnąłem czas 12:49. Adam Długosz (zwycięzca) przybiegł w 11:17. Wtedy wydawało nam się, że to świetny czas. W następnej edycji z przed roku w Biegu Siedmiu Dolin nie wystartowałem, choć byłem na liście startowej. Kilka tygodni przed startem, na Rajdzie Konwalii dopadła mnie rwa kulszowa. Wyeliminowało mnie to z treningów i poważniejszych startów na jakieś dwa miesiące. W każdym razie pod moją nieobecność na krynickim ultramaratonie działy się ciekawe rzeczy. Przyjechało spore grono naprawdę mocnych ultrasów. Nagrody za pierwsze miejsca były wysokie, więc było o co walczyć. Do tego dopisała pogoda. Rekord trasy został wyśrubowany przez zwycięzcę (Jan Wydra) do wyniku 9:45. Wow! Złamał 10 godzin. Wtedy, podobnie jak przed rokiem także wydawało nam się, że to świetny czas. W tym roku zapisałem się znowu. Po raz trzeci. Liczba zgłoszonych kilkakrotnie wyższa niż podczas pierwszej edycji (ponad 300 osób) oraz mocne nazwiska groziły nowym rekordem trasy. Patrząc jak dosłownie w oczach podnosi się poziom rywalizacji w Krynicy byłem raczej świadom swojego miejsca w szeregu. Walka zapowiadała się bardzo ciężka. Na ścisłą czołówkę liczyć nawet nie śmiałem, ale okolice 8-12 miejsca, przy odrobinie szczęścia wydawały się w zasięgu. Miałem nadzieję, na zajęcie przynajmniej ostatniego miejsca na długim pudle (dwunastego), co dałoby mi rzadką w tym hobby okazję do podreperowania budżetu (za ostatnie na pudle, 12 miejsce przewidziano nagrodę w wysokości 1500 zł. Na każde kolejne miejsce wyżej kilkaset złotych więcej). Prognozowanie miejsca było oczywiście przedstartowym gdybaniem, którego raczej nie lubię. Na liście startowej było pełno nazwisk, które nic mi nie mówiły. Mogli wśród nich być bardzo mocni biegacze, o których nawet nie słyszałem. Czymś bardziej konkretnym był czas. Mój wynik z przed dwóch lat z dzisiejszego punktu widzenia był bardzo taki sobie. Zdecydowanie domagał się poprawy. Kolejna sprawa, która na pewno liczyła się, gdy jechałem do Krynicy to możliwość sprawdzenia się. Czasem zdarza mi się zajmować miejsce na pudle, ale cóż to za sztuka być trzecim skoro na zawody dojechało tylko trzech mocnych zawodników? Krynica to zupełnie inna para kaloszy. Tu zdecydowanie jest się z kim pościgać i można obiektywnie porównać swoją moc na tle innych. Na co zatem liczyłem jadąc na trzecią edycję Biegu Siedmiu Dolin? Na poprawę czasu, jedno z ostatnich miejsc na podium, podreperowanie budżetu i ostre ścigańsko z najlepszymi w naszym regionie. A piękne widoki i przygoda? Zapyta ktoś. Owszem, owszem. To tak oczywiste, że nawet o tym nie wspominam.

Bieg – 95% według planu


Początek pobiegłem standardowo jak na mnie, czyli spokojnie. Po drodze prowadziłem luźne rozmowy z napotkanymi kolegami i psychicznie odpoczywałem, przed zbliżającym się wysiłkiem. Niedaleko od startu zaczęliśmy się wspinać. Było jeszcze zupełnie ciemno i dosyć chłodno. W tym momencie starałem się już wskoczyć we właściwy rytm pracy, dostosować tempo do panujących warunków. Ciekawiło mnie, że niektórzy biegacze mieli zupełnie różną ode mnie taktykę. Mijałem się na przykład kilkakrotnie z pewnym starszym uczestnikiem biegu. Miał on wszędzie takie same tempo: było stromo pod górę – lekko truchtał; było płasko lub z górki – truchtał tak samo wolno jak pod górę. Nigdy nie widziałem, by gdzieś przeszedł w marsz. Oryginalna taktyka, ciekawe jak mu się sprawdziła.


Gdy wbiegliśmy na grań i posuwaliśmy się w stronę Hali Łabowskiej (22 kilometr) biegliśmy już w dużo bardziej rozciągniętym szeregu. Widziałem przed sobą jednego, czasem dwóch zawodników. Mgły utrudniającej orientację tym razem nie było. Przez część tego odcinka miałem dodatkowe oświetlenie gdyż przez dłuższy czas jechał za mną quad. Z jednej strony jego światła dawały lepszy widok na nierówności terenu, z drugiej bałem się wywrotki i wpadnięcia pod koła nadjeżdżającego pojazdu. Na szczęście nic takiego nie nastąpiło. Na punkcie odżywczym na Hali Łabowskiej nie spędziłem nawet kilkunastu sekund. Miałem jeszcze sporo zaopatrzenia ze sobą, więc wypiłem zdaje się kubeczek napoju i ruszyłem w drogę. Byłem nawet tak zaaferowany parciem do przodu, że po dwudziestu metrach zacząłem się zastanawiać, czy zeskanowano mi chipa. Chciałem nawet wracać, ale biegnący tuż za mną kolega uspokoił, że wszystko jest OK i polecieliśmy dalej.

Na zbiegu do Rytra (33 kilometr) zaczynało świtać. Trasa w tym miejscu była czasem mocno techniczna i w półmroku wymagająca dużej uwagi. Szczęśliwie buty trzymały dobrze i żadnej wywrotki nie zaliczyłem. Na szlaku stała Pani fotograf, od której dowiedziałem się, że biegnę sporo poza pierwszą trzydziestką. Daleko. Niedługo potem dogonił mnie Maciej Więcek. Normalnie byłby dużo przede mną, ale że miał po drodze różne przygody i był tydzień po 24-godzinnym rogainingu w górach to w Krynicy biegł poza ścisłą czołówką. Razem dobiegliśmy do punktu kontrolnego w Rytrze gdzie choć nie miałem zostawionego worka przepakowego wyprosiłem obsługę, by przechowała latarki-czołówki: moje dwie i jedną Macieja. Ludzie na punkcie załatwili sprawę szybko stąd mogłem ponownie w bardzo krótkim czasie wyruszyć na trasę.

Kolejny etap to przede wszystkim podejście do schroniska na Hali Przehyba (45 kilometr), potem bieg grzbietem przez Radziejową (1262 m. n.p.m.) i zbieg do Piwnicznej-Zdroju (66 kilometr). Z tej części najbardziej bałem się tego stromego podejścia, tuż za Rytrem. Pamiętam, że dwa lata wcześniej to na nim bardzo spuchłem i musiałem regularnie przystawać dla złapania oddechu. Wyprzedził mnie wtedy Jan Michałowski. Tym razem czułem się znacznie lepiej i to ja wyprzedzałem innych. W międzyczasie trochę popsuła się pogoda. Zaczęło padać. Gdzieniegdzie powstało błoto lecz szlaki w lesie pozostawały raczej suche. Na dobiegu do schroniska na Hali Przehyba należało zrobić „agrafkę” – dobiegało się do punktu a następnie przez jakiś czas wracało tą samą drogą. Była okazja podejrzeć, kto i jak daleko jest przede mną. Ku mojej uciesze okazało się, że biegnie przede mną kilka osób i są całkiem nie daleko. Na punkcie zeskanowano mi chipa i chyba nawet nie wziąłem niczego do picia. Byłem zaaferowany informacją, jaką usłyszałem od obsługi. Ponoć prowadził jakiś Węgier. A niech to! Czyżby to ten mocny Węgier, który kończy w pierwszej dziesiątce UTMB? Przypuszczalnie. Nowinami o prowadzeniu Węgra podzieliłem się w biegu z Maciejem, który podążał niedaleko za mną. Czułem się w tym momencie trochę jak uczestnik i kibic jednocześnie. Starałem się w miarę sprawnie przebierać nogami a równocześnie myślałem, jakim wynikiem zakończy się starcie pomiędzy polską czołówką ultra a mocnym Węgrem. W drodze do Piwnicznej forma ciągle mi dopisywała. Wyprzedziłem kolejne kilka osób przesuwając się w klasyfikacji.

Kolejny etap to bieg przez Łomnicę Zdrój do Wierchomli Małej. Z perspektywy czasu, gdy piszę tę relację miesiąc po wydarzeniach niewiele z tego odcinka pamiętam. Wiem, że po raz kolejny punkt kontrolny w Piwnicznej opuściłem szybko zostawiając w nim kilku uczestników, dzięki czemu znowu podskoczyłem w klasyfikacji. Dalsze kilometry pokonałem w dobrym humorze zagadując lokalsów i wyprzedzając innych zawodników. Punkt w Wierchomli Małej (77 kilometr) opuściłem pośpiesznie czując na plecach oddech konkurentów. Tuż za Wierchomlą znajdował się jeden z trudniejszych etapów biegu: przeklinane przez wszystkich podejście pod wyciąg narciarski. Bałem się go trochę, ale poszedł w miarę bezboleśnie. Energii do sprawnego podchodzenia dodawał mi widok dwóch innych zawodników przede mną. Byli tak blisko! Na wierzchołku czy też później na zbiegu – pamięć już mnie zawodzi - wyprzedziłem jednego, potem drugiego. Tym drugim był Jacek Michulec z Żywca, biegacz, który wygrał trasę 80 km „Chudego Wawrzyńca” dokładając mi ponad godzinę. Tym razem Go dogoniłem, co znacznie mnie podbudowało. Wskoczyłem na 10 miejsce w klasyfikacji, nie na długo jednak. Kilka kroków przed punktem kontrolnym w Szczawniku Jacek mobilizowany przez jakiegoś kibica-zaklinacza wziął się do roboty. Wyprzedził mnie i powoli acz konsekwentnie zaczął truchtać pod ostatni dłuższy a bardzo łagodny podbieg – do schroniska Bacówka nad Wierchomlą. Podbieg ten, długi na jakieś 5 km jest owymi 5 procentami planu, którego nie udało mi się zrealizować. Założenie przedstartowe było takie, że będę tak gospodarował siłami by ten bardzo łagodny podbieg przytruchtać. Moje plany zweryfikowała wyścigowa rzeczywistość. Nie dałem rady przebiec tego odcinka. Próbowałem jeszcze przez jakiś czas nadążyć za Jackiem, ale stopniowo coraz bardziej zostawałem w tyle. Czasem trochę podbiegałem, ale głównie szedłem. Oglądałem się nerwowo do tyłu ile osób mnie za chwilę „pożre”. Okazało się, że oprócz Jacka na odcinku do Bacówki „pożarły” mnie jeszcze 2 osoby. Tomek Kobos, młody, bo 24-letni, ale silny biegacz oraz inny młody chłopak. W tym drugim przypadku udało mi się jednak odzyskać straconą pozycję, dzięki czemu na tym kryzysowym dla mnie odcinku ze Szczawnika do Bacówki nad Wierchomlą straciłem 2 pozycje spadając na 12 miejsce. Wybiegając z ostatniego punktu kontrolnego, nieco wypoczęty po kilkukilometrowym marszu postanowiłem bronić zajmowanej pozycji jak lew.

Końcówka była nerwowa, ale przebiegła na szczęście bez większych atrakcji. Najpierw było lekkie podejście potem długi, najczęściej łagodny zbieg do Krynicy. Oglądałem się, co chwila czy ktoś mnie nie dochodzi, biegłem wypoczęty znowu w dobrej formie. Na końcu zacząłem nawet mocniej przyciskać licząc, że a nóż dogonię Tomka lub Jacka. Jednak nic z tego. Widok ogrodzenia, obok którego przebiegaliśmy na zbiegu obwieścił mi, że meta jest tuż, tuż. Wybiegłem szczęśliwy na ulicę, odrzuciłem butelki z piciem, teraz już do niczego nie potrzebne i pogrzałem w stronę nieodległej mety. Wbiegałem do niej po deptaku obsadzonym przez kibiców. Pozdrawiałem ich, kłaniałem się, wygłupiałem. Nie byłem nawet świadomy, że 40 sekund za mną biegnie kolejny biegacz. Wpadłem na metę z czasem 10:48:08, Miejsce 12 w kategorii OPEN, 12 wśród mężczyzn i 10 wśród Polaków. Pierwsza dwunastka przedstawia się następująco:

1.         Csaba Neneth                           08:51:10         HUN
2.         Marcin Świerc                           08:55:09         POL
3.         Jan Wydra                                  09:35:46         POL
4.         Jakub Wolski                             09:53:22         POL
5.         Adam Długosz                           10:04:43         POL
6.         Gediminas Grinius                    10:10:05         LTU
7.         Tamas Juhasz Karlovitz            10:27:34        POL
8.         Tomasz Kłodnicki                    10:28:25          POL
9.         Marcin Rembiasz                     10:34:38          POL
10.       Jacek Michulec                        10:41:24          POL
11.       Tomasz Kobos                        10:46:32          POL
12.       Paweł Pakuła                           10:48:08          POL

Wśród kobiet wygrała Ewa Majer z czasem 11:59:01. Druga była Irina Safranova z Rosji (12:25:20), trzecia Agnieszka Malinowska–Sypek (12:43:18). Ogólnie trasę 100 km ukończyło 293 osoby. Wśród nich było 19 kobiet.

Podsumowanie

Tegoroczny Bieg Siedmiu Dolin potwierdził swoją renomę świetnej imprezy. Organizacja była bez zarzutu, oznaczenie trasy też. Pogoda była całkiem dobra, prawie idealna na długodystansowe ściganie. Niewielki deszczyk padał krótko i nie zdążył porządnie rozmoczyć szlaków. Frekwencja znowu była wyższa niż poprzednio, także poziom sportowy czołówki znacznie wzrósł. Nie prowadziłem kwerendy, ale chyba po raz pierwszy na polskie zawody w górskim ultra przyjechał ktoś ze ścisłej, światowej czołówki. Wynik zwycięzcy poniżej 9 godzin robi wrażenie, choć moim zdaniem jest on do poprawy, nawet przez samego autora. Trzeba pamiętać, że Węgier nie pobiegł na 100 % możliwości, bo tydzień wcześniej zrobił skrócone UTMB, co z pewnością pozostawiło ślady w jego nogach. Po drugie biegł przez większość trasy na czele i w zasadzie nie miał motywacji, by kogoś ścigać. Przypuszczam, że tegoroczny zwycięzca mógłby w optymalnych warunkach złamać 8:30. Czy da się zejść jeszcze niżej? Można z gdybaniem posunąć się dalej i prognozować, co by było, gdyby do Krynicy przyjechał kiedyś jakiś Iker Carrera.

W każdym razie z roku na rok poziom Biegu Siedmiu Dolin znacznie się podnosi. Nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że oprócz dobrej organizacji pierwszorzędną rolę odgrywają w tym wysokie nagrody finansowe, które skutecznie ściągają na festiwal najlepszych biegaczy z kraju oraz mocnych zawodników z zagranicy. Z tego co się dosyć mgliście orientuję, w europejskich ultradystansowych biegach górskich wysokie nagrody wcale nie są normą. Pozwala to snuć przypuszczenia, że w przyszłym roku mocnych gości z za granicy może być więcej. To dobrze. Przyjazd cyborgów światowej klasy powinien podziałać inspirująco; pokazać możliwym to, co wydaje się być niemożliwe.

Jak się zapatruję na mój wynik i mój start? Ogólnie - jestem zadowolony. Miejsce mogłoby być wyższe; przyznam, że marzyła mi się pierwsza dziesiątka. Nie udało się, trudno. W każdym razie było blisko. Zabrakło kilku minut, a może kilku kropel silnej woli by zacisnąć zęby i walczyć mocniej na końcówce. Nie ma co już tego drążyć. Trzeba się cieszyć z dwunastego miejsca, gdyż w jego okolicach było całkiem tłoczno. Jedenasty przybiegł 1,5 minuty przede mną, trzynasty 45 sekund po mnie. Niewiele brakowało a nie załapałbym się do pierwszej dwunastki. Znacznie bardziej niż z miejsca cieszę się z czasu, który osiągnąłem. Nie jest to jakiś czas graniczny jak 10:00:09 na Chudym Wawrzyńcu. Te 10:48:08 to jak na mnie dobry wynik; taki, na jaki mnie aktualnie stać i taki, który dał mi poprawę życiówki o 2 godziny. Przy okazji porównywania stosunku czasu do miejsca można się zastanowić: skoro dwa lata temu z czasem 12:49 byłem ósmy, w tym roku z czasem 10:48 byłem 12-ty to jakie miejsce zapewni podobny czas w edycji A.D. 2013? Czy złamanie 11 godzin zapewni miejsce w pierwszej dwudziestce? Ha! Patrząc na rosnącą w geometrycznym tempie konkurencję i coroczne śrubowanie wyników obawiam się, że może być problem.

Swoją relację zakończę inaczej niż zwykle złotą myślą - poradą, którą kilka lat temu wyczytałem na pewnym rajdowym forum:

„Trzeba świczyć wiency!” ;)

P.S. Poniżej kilka zdjęć ze Skansenu Archeologicznego "Karpacka Troja" w Trzcinicy. Wstąpiłem do niego wracając z Biegu Siedmiu Dolin.










sobota, 2 października 2010

Ultramaraton - Bieg Siedmiu Dolin




Wyprawa do Francji na Ultra-Trail du Mont-Blanc zakończyła się porażką dlatego zaraz po powrocie do kraju rozglądałem się za kolejnym biegiem. Dwa tygodnie później pojechałem do Krynicy na Festiwal Biegowy zorganizowany przy okazji Forum Ekonomicznego. W ramach festiwalu przewidziano między innymi górski ultramaraton na dystansie 100 kilometrów, teoretycznie bez elementu nawigacji (liniówka). Zawody ukończyłem z czasem 12:49:52 zajmując 8 miejsce na 65 osób, które wystartowały. Załapałem się na pudło, bo to było długie, aż do ósmego miejsca. Pierwszy raz na zawodach biegowych wygrałem jakieś pieniądze. 500 złotych to nie dużo ale pokryło koszty wyjazdu i jeszcze na buty zostało. Pełna relacja znajduje się na portalu napieraj.pl. Link poniżej.




Autor zdjęć: Grzegorz Wasyl Grabowski [www.wasylfoto.pl]