Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turystyka. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 sierpnia 2025

SUP CUP OLSZTYN – pierwsze doświadczenia w SUP-owych sprintach

 Co ja robię tu – uuuu - co ty tutaj robisz?!

Każdy, kto mnie zna wie, że lubię dystanse długie. W bieganiu najlepiej czuję się na maratonach i biegach ultra – na 100 km i dalej. Na SUP-ie podobnie – Fajnie płynęło mi się całą Krznę (79 km) na raz, potem Bug etapami po 40-70 kilometrów, podobnie na Parsęta River Trophy a w końcu w tym roku wisienka na torcie – Sup King Marathon Salaca 100 – 100 km na Łotwie non-stop. Dlaczego zatem pojechałem szmat drogi na SUP-owe zawody, których dystans nie przekroczy 1 (słownie: JEDNEGO) kilometra? Odpowiedzi są dwie. Po pierwsze po to, aby sprawdzić jak to jest na sprincie i wyścigu technicznym. Aby przetestować inne deski, które będzie można przymierzyć, aby podpatrzeć, jak na krótkim dystansie radzą sobie lepsi ode mnie. I odpowiedź druga: mam wakacje, mogłem ten wyjazd potraktować w kategoriach turystycznych. Po wszystkim planowałem opłynąć podolsztyńskie jezioro Ukiel, zwiedzić samo miasto, może wracając też coś po drodze.

Przygotowanie

Jechałem autem z Białej do Olsztyna. Na końcówce było mi już ciężko, tym bardziej, że trasa ze Szczytna do Olsztyna była kręta i pagórkowata. Przed północą trafiłem na zarezerwowany wcześniej Agro Camping położony tuż nad jeziorem. Za samochód, namiot i osobę zapłaciłem 70 zł. Szybko spać i w sobotę rano po śniadaniu jadę te kilka kilometrów na plażę w Olsztynie, gdzie mają odbyć się zawody. Zaraz zaraz – ale którą plażę? Regulamin podaje plażę nr 3. A zatem jest kilka plaż. Google Maps wskazuje tylko jedną, ogólną plażę w Olsztynie dlatego pytam miejscowych. Idę brzegiem jeziora – zabudowanym infrastrukturą turystyczną jak w Okunince - te kilkaset metrów w lewo, we wskazane miejsce. Jest jakaś zaciszna zatoczka - widzę, że dziewczyny uprawiają SUP-jogę. OK, są SUP-y, ale to nie tu. Idę dalej. Rzeczywiście, stoi już dmuchana bramka od Dacathlonu, w jeziorze pływają żółte boje, pomiędzy którymi będziemy się ścigać. Biuro w namiocie na plaży. Ludzi niewiele. Kilkanaście osób. Rzucam okiem  na deski bo ciekawi mnie, ile osób będzie miało profesjonalne, sztywne deski. Jest tylko jedna sztywna dłubanka. Reszta to pneumatyki. Wcale nie takie wąskie. Odbieram pakiet startowy, idę przeparkować samochód bliżej plaży, przygotować SUP-a. Mam jeszcze czas.

Zaczynamy od sprintu 200 metrów

Mój SUP to wyścigowy Gladiator 14x25 Elite Race. Deska jak na wyścig z innymi pnematykami nie powiem – bardzo dobra. Chłopaki na plaży, którzy mają deski wyścigowe lub touringi, lecz nie tak wąskie jak moja, cmokają z zachwytem. - taka deska pewnie sama płynie – mówią. - może płynie, ale na pewno potrzebuje dobrego wioślarza – myślę. Zakładam koszulkę startową z numerem 21 (do zwrotu). Jezioro taflę wody ma w miarę spokojną, jest ciepło, warunki rzekłbym bardzo dobre. Trochę sobie ćwiczę, kontrolnie wpadam do wody, sprawdzam, jak się opływa boje. Sędzia zbiera nasz wszystkich, tłumaczy zasady, dzieli te kilkadziesiąt osób na grupy wiekowe i płciowe. Ja kwalifikuję się do kilkuosobowej grupy Masters Men. Płyniemy ostatni.

Pierwszy wyścig polega na przepłynięciu 200 metrów od linii pomiędzy dwoma bojami do plaży i wbieg z wiosłem (bez SUP-a) w bramkę Decathlonu ustawioną kilka metrów od brzegu. Prosta sprawa, żadnych zakrętów. Ustawiając się na starcie trochę stremowany wpadam do wody. Cóż, inni przede mną też wpadali. Zawody mają w nazwie „amatorskie” i to wyraźnie widać. Wyróżnia się tylko jeden człowiek, Przemek Wojciechowski, według zapowiedzi sędziego były zawodnik PRO (fesjonalny), który ma deskę sztywną szerokości 21. On jednak przyjechał tak sobie, nie będzie się liczył w klasyfikacji. 

Sygnał START i lecimy. Ruszyłem nieźle. Zapomniałem włączyć Garmina ale nic to. Deska nabiera prędkości, jestem w czołówce. Wojciechowski oczywiście bije nas na głowę, jeden na dmuchańcu mnie wyprzedza. Jestem drugi, już minęło 2/3 dystansu. SUP mi trochę skręca więc postanawiam zmienić stronę wiosłowania. Zostało kilka metrów do brzegu – BŁĄD! Trzeba było dowiosłować jakkolwiek. Tak to wytraciłem minimalnie prędkość, ktoś obok mnie wyprzedził i spadłem na 3 miejsce. Uff.., szybko było. Stresująco. Trochę zbyt, jak dla mnie. Mogło być II miejsce podium, jest trzecie, ale i tak jestem zadowolony. Jednak nie jestem taki słaby.

Dekoracja będzie po wszystkim, teraz przerwa około 2 godziny na posiłek, odpoczynek, przestawienie bojek do drugiej części – wyścigu technicznego. Ten czas wykorzystuję na pogaduchy, na jedzenie, na testowanie SUP-ów które przygotowali pracownicy wiosłujcie.pl i Starboard. Testuję touringowego Starboarda i Aqua Marinę. Fajne są, zwłaszcza Starboard bo nie ma uniesionego dziobu, ale to touringi. Touringa już mam. 

Z Przemkiem Wojciechowskim konsultuję temat wiosła, mogę też popływać na jego sztywnej dłubance 21 cali. Pierwszy raz w czymś takim i nie jest źle. Jest węższa od mojego Gladiatora, na którym sam nie czuję się pewnie, ale dosyć stabilna. To pewnie przez to, że ma wydłubany kokpit i stoi się dosyć nisko, na wysokości lustra wody. Choć pierwszy raz pływałem na czymś tak wąskim to ani razu nie wpadłem. Fajnie było, ale pozostanę przy pneumatyku. Jest wolniejszy, ale bardziej pakowny, daje możliwość większej autonomii.

Część druga – wyścig techniczny na 800 metrów

Po przydługiej przerwie – obiedzie, odpoczynku, testach desek przymierzamy się do drugiego ścigania. Tym razem ma to być około 800 metrów pomiędzy 4 bojami ustawionymi w kształt lejka. Dwie bojki bliżej plaży są ustawione węziej, dwie w głębi jeziora szerzej. Trzeba przepłynąć pomiędzy tymi bliżej i opłynąć od zewnątrz te dwie w oddali. Warunki trochę się pogorszyły. Spochmurniało, po południu zaczęło bardziej wiać. Pojawiły się fale, czasem potęgowane przez ludzi na skuterach wodnych. Widać było, że tym razem będzie trudniej. Zakręty przy bojach i wiosłowanie wzdłuż brzegu czyli z boczną falą.

Moja kategoria Mastersi Men składa się z około 9 osób i startuje ostatnia. Mamy czas, aby przyjrzeć się grupom, które startują wcześniej. Jest na co patrzeć bo dzieje się! Niektórzy wpadają do wody już na starcie, inni gdzieś po drodze. Niektórzy są na desce 2-gi raz w życiu i ciężko im w ogóle dopłynąć. Cóż - tak jak pisałem wcześniej – jesteśmy wszyscy amatorami. 

W końcu staję na brzegu, na linii startu. Deski mamy pod pachą w pogotowiu, wiosła w ręku. Leasha nie musimy przypinać ani zakładać kamizelki - pilnuje nas WOPR więc jest zabezpieczenie. Mamy opłynąć boje i wbiec z wiosłem w bramkę zostawiając SUP-a na brzegu. Rozbrzmiewa sygnał startowy i dwie sekundy później u mnie już przygody. W zamieszaniu i ścisku na płyciźnie spadam z deski. Wchodzę i znowu spadam. Katastrofa! Jestem ostatni. Z uśmiechem ale już bez wielkiej woli walki pędzę za grupą. Z 9 pozycji znowu awansuję na około 6. Mam szybszą deskę i to procentuje. Po nawrotce, gdzieś przy tych bocznych falach spadam po raz drugi. - Nie no, to już podcina mi skrzydła dokumentnie. Znowu jestem ostatni, coś tam gadam do innych koło mnie, żartuję. Teraz już aby dopłynąć. Po nawrotce, na końcówce jeszcze przyśpieszam i mijam jednego sympatycznego wioślarza tak, abym nie był ostatni. Wbiegam na metę przedostatni. Niestety, tu nie udało się nic ugrać.

Jak było?

Było z pewnością pouczająco. Jestem wytrzymały na długim dystansie, ale wąską deskę mam jeszcze opanowaną słabo. Nic dziwnego, przecież mam ją dopiero pół roku. Choć pivotów tu nawet nie próbowałem (czasem je robię ale na spokojnie, u siebie na jeziorze), to i tak spadałem z deski. Jest sporo do poprawy. Tym bardziej, że sędzia i instruktor pokazywał nam w międzyczasie, jak się pływa. U mnie, np. zwrócił uwagę, że za wąsko trzymam wiosło. Ogólnie zobaczyłem, że pod względem sportowym na podobnych zawodach nie mam czego szukać. Braki w technice, jestem już za stary, za ciężki. Przemek Wojciechowski – ode mnie  dużo sprawniejszy technicznie – jest już na SUP-owej emeryturze. To do czego ja się zabieram? Takie krótkie, szybkie i techniczne zawody to nie dla mnie. Nic tu nie osiągnę. Na maraton SUP, na duży ultra wyścig w rodzaju Salaca100 chętnie się wybiorę, ale nie na coś takiego. Może, jak będzie coś blisko to przyjadę, ale na pewno nie pojadę nigdzie daleko.

O 16-tej jest zakończenie. Staję na podium za III miejsce w sprincie, odbieram drobne nagrody i drewniany, brązowy medal. To była pierwsza edycja zawodów. Organizatorzy dziękują wszystkim, którzy przyjechali. Ogłaszają, że za rok zawody też się odbędą, wtedy już może nawet będzie oddzielna kategoria dla zawodników PRO.

Część turystyczna

Jeszcze tego samego dnia udałem się do centrum miasta, na starówkę. Jest w miarę ładna. Zwiedziłem Muzeum Warmii i Mazur z wystawą o ziołolecznictwie, o Koperniku, o sakralnych rzeźbach, o Olsztynie w filmie. Wystawa „W damskiej gotowalni” uświadamiała zwiedzającym, że nazwa gotowalnia może być myląca. Wcale się tam nie gotowało obiadu tylko szykowało (toaleta, ubranie) do wyjścia - (przy)GOTOWYWAŁO się. Na marginesie - kafelek z gotowalnią występuje m.in. w ciekawej grze planszowej pod tytułem „Obsesja”. Na wieży w sali była wystawa prac znanego malarza Edwarda Dwurnika, autora ponad 8000 obrazów na płótnie. Trochę bazgroły jak to w sztuce współczesnej, ale niektóre interesujące, zwłaszcza te, które komentują życie społeczno-polityczne w PRL. Potem pizza i z powrotem na camping.

E. Dwurnik "Konfesjonał w plenerze"

Plan na następny dzień był taki, aby spróbować w całości lub w części opłynąć jezioro Ukiel. Deszcz nad ranem skutecznie mnie jednak zniechęcił. Wyjechałem z pochmurnego campingu z myślą, że zrekompensuję sobie te niedzielne plany w inny sposób. 

Odwiedziłem znajdujące się akurat po drodze Jedwabne. Nigdy tu wcześniej nie byłem; myślałem,  że to zabita deskami wieś na końcu świata. Tymczasem to takie sobie miasteczko. Dziś głośne z tragicznej śmierci miejscowych Żydów w czasie II wojny światowej. 10 lipca 1941 spędzono ich do stodoły, którą potem podpalono. Wiemy na pewno, że oprócz Żydów byli przy zbrodni niemieccy mundurowi i polska ludność cywilna. Kto był sprawcą? Według Żydów zrobili to Polacy. Twierdzą, że chodzi im jedynie o prawdę historyczną, nawet tę bolesną dla Polaków. Polacy doszukują się w tym drugiego dna -  asa w rękawie w grze o wyłudzenie odszkodowań od współczesnego państwa polskiego (Przedsiębiorstwo holokaust). Argumentują, że dopóki nie nadeszli Niemcy, nic się tu złego Żydom nie działo. Dopiero ich obecność doprowadziła do tragedii. Według doktora Jarosława Szarka z IPN „wykonawcami tej zbrodni byli Niemcy, którzy wykorzystali w machinie własnego terroru pod przymusem grupkę Polaków. I tutaj odpowiedzialność w pełni pada na niemiecki totalitaryzm” (cyt. za Krytyka Polityczna). Sprawa do dziś pozostaje niewyjaśniona i skrajnie upolityczniona. Badań archeologicznych dokończyć nie można bo polski rząd nie chce narazić się lobby żydowskiemu w USA. Spór nie stygnie: pomimo zagrożenia atakami hejterów lub donosów do prokuratury pojawiają się co raz nowe książki, artykuły, filmy i... pomniki.

Pomnik upamiętniający zamordowanych Żydów w Jedwabnem

Pierwszy pomnik to ten najbardziej znany, na który przyjeżdżają władze państwowe i poświęcony pamięci spalonych w stodole Żydów. Prosty sześcian z wmurowaną spaloną deską, niewiele słów, u stóp tabliczka z cytatem z Jana Pawła II o holokauście i złożone kwiaty od przedstawicieli władz. 

Doktor Marek Baterowicz podaje za Ewą Kurek, że w Jedwabnem był też drugi pomnik dla odmiany „upamiętniający Polaków, których w latach 1939-1941 Sowieci zamordowali na Syberii dlatego, że sąsiedzi Żydzi donieśli do NKWD, że wskazani przez nich Polacy nie kochają komunizmu” (cyt. za Stodola Grossa). 

Ostatnia tablica z "Pomnika prawdy o zbrodni w Jedwabnem"

Trzeci to „Pomnik prawdy o zbrodni w Jedwabnem” grupa ośmiu głazów ustawionych niecałe dwa miesiące temu na prywatnym polu przez środowiska narodowe, około 50 metrów od oficjalnego pomnika. Powiewa tam na wysokim maszcie polska flaga, w pobliżu spacerują bociany. Teren jest kamerowany dla ochrony  przed „nieznanymi sprawcami”. Metalowe tablice przymocowane do głazów nie tylko podkreślają udział Niemców w zbrodni, ale też kreślą skrótową historię zamieszkania Żydów na terenie Polski nie omijając faktów kolaboracji Żydów z wrogami Polaków, szczególnie z komunistami. Tablice te już budzą kontrowersje w mainstreamie, prokuratura już pracuje. Jak dalej potoczą się jej losy – zobaczymy. Tylko naiwni mogą wierzyć, że historycy w tak upolitycznionej sprawie i w warunkach takich jakie są, podadzą nam obiektywną prawdę. Stare porzekadło mówi, że „historię piszą zwycięzcy” więc zależnie od tego, kto będzie nami rządził, taka będzie narracja.

Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu

Drugim punktem w drodze powrotnej było Muzeum Rolnictwa w Ciechanowcu. Ciekawe, dosyć duże. Bez przewodnika a z biletem spacerowym w ręku przejdziemy się pomiędzy domkami, wiatrakiem, kościołem drewnianym, ale zwykle nie zajrzymy do środka domostw. Do murowanego budynku muzeum w centrum też się nie wchodzi. W domkach będących częścią wystawy stoi wyposażenie, i aby je zobaczyć trzeba brać przewodnika. Nie wziąłem ale i tak miło spędziłem czas. W części dawnych gospodarstw nadal hodowane są zwierzęta. Po prawej stronie można zobaczyć ciekawą wystawę o księdzu Janie Krzysztofie Kluku, znanym botaniku z Ciechanowca, wielce zasłużonym dla rozwoju ziołolecznictwa. Dalej w grządkach rośnie to, czym ksiądz Kluk się zajmował – rośliny lecznicze.

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Florencja w 3 dni (cz.4) - Pitti Uomo 96

[dla chętnych podkład muzyczny: Waldorf - Fashionist]

Zakupy

Florencja, jak każdy duży ośrodek turystyczny obfituje w przeróżne sklepy. Miłośnicy konsumpcyjnego stylu życia i regularnego odchudzania portfela swojego, swojego męża bądź swoich rodziców z pewnością znajdą tu coś dla siebie. Co się sprzedaje w stolicy włoskiego renesansu?
 
Przede wszystkim tony kiczu dla turystów. Wiadomo: pamiątkowe kubki, zawieszki, koszulki typu „I love Florencja” a nawet spodenki z wizerunkiem marmurowego krocza jakiegoś antycznego Adonisa. Tym co mnie zaskoczyło i czego jest nadspodziewanie dużo to skóry. Jak w Wenecji popularne są maski i prawdziwe bądź podrabiane szkło z Murano, tak we Florencji stragany zawalone są skórzanymi torebkami i kurtkami. Najczęściej kolorowymi. Dlaczego akurat skóry a nie na przykład wino, z którego Toskania słynie? Pojęcia nie mam. Widoczni muszą się sprzedawać skoro jest aż taka podaż.

Mnie interesowały księgarnie, galerie a zwłaszcza sklepy z męskimi ubraniami. Chodziłem, przymierzałem, robiłem zdjęcia. Nie jest tak, że wszystko jest drogie: można znaleźć fajne rzeczy w rozsądnej – nawet jak na polskie warunki – cenie. Są też sklepy sartorialne gdzie oferowane są rzeczy z górnej półki i gdzie trzeba uważać. Człowiek przymierza, wydaje się, że spoko więc patrzy na metkę. Potem patrzy znowu i zastanawia się, czy aby na pewno dobrze policzył zera. Mierzyłem raz marynarkę, której ceny dobrze nie pamiętam, ale było to coś koło polskich 8 tysięcy złotych. Całkiem sporo. Ostrożnie odłożyłem, aby czegoś nie uszkodzić. Miałbym się z pyszna, gdybym musiał ją kupić.








Pitti Uomo 96

Florencja jest stolicą klasycznej mody męskiej. Od 1972 roku, w Fortezza da Basso odbywają się tu najbardziej prestiżowe na świecie targi mody męskiej - Pitti Immagine Uomo. Impreza ma w ciągu roku dwie edycje: zimową i letnią. Targi trwają 4 dni. Pojawia się około 30.000 zwiedzających, ponad tysiąc przeróżnych marek. To „Mekka” współczesnych dandysów. Bloggerzy, instagramerzy z całego świata - Stany, Japonia, Afryka, Europa, także ludzie z Polski - przyjeżdżają zobaczyć co nowego, nawiązać kontakty towarzysko-biznesowe. Niektórzy szykują stylizacje, w które się potem ubierają i pozwalają fotografować, a po powrocie publikują materiały w mediach społecznościowych.

Gdy kilka lat temu zobaczyłem zdjęcia z Pitti pomyślałem, że ciekawe to i że tam mnie jeszcze nie było. Z miejsca polubiłem zwłaszcza dwa charakterystyczne elementy targów. Pierwszy: wśród pokazujących się tam dominują zadbani mężczyźni w średnim i starszym wieku, pomiędzy 30-50 lat. Młodzieży, a zwłaszcza młodzieży, ubranej typowo młodzieżowo jest tam bardzo mało. Drugi element to charakterystyczny włoski styl albo też styl Pitti. Ludzie ubrani są ciekawie, nierzadko kolorowo, ale najczęściej bazą stylizacji jest klasyczny, męski strój: koszula, garnitur, pantofle. Czasem kapelusz i płaszcz. Wiem, że ubranie to próżność, zbytek, konsumpcja czyli grzechy współczesnego świata, ale jest to też niezaprzeczalnie element kultury: ciekawy, zróżnicowany dużo bardziej niż zdaje się sugerować polska ulica i niedoceniany. Trochę interesuję się ostatnio kulturą starszą, tą sprzed antykulturowej rewolucji ‘68 roku dlatego owe liczne nawiązania do mody męskiej przedwojennej, z lat 40-tych, 50-tych czy 60-tych bardzo przypadły mi do gustu.

Niektórych mogą razić stylizacje zjeżdżających do Florencji dandysów. Najbardziej kolorowi i oryginalnie ubrani mają swoich zagorzałych wielbicieli jak i zagorzałych krytyków. Ci drudzy zwą złośliwie owych przegiętych modnisiów: „peacocks” – pawie. Ktoś przyzwyczajony do szarości, brązów, koszuli w kratę czy niebieskich dżinsów widząc takiego cudaka gotów posądzić go o – jak to się dziś politycznie poprawnie mówi – nieheteronormatywność. Ja, jako historyk wojskowości takich skojarzeń nie mam. Mam inne: przeciwne i związane z wojskiem.

Właśnie we Włoszech, w tym w Toskanii w I połowie XVI wieku, toczyły się tak zwane wojny włoskie, pomiędzy Francją, Habsburgami i innymi, pomniejszymi stronami. Wśród piechoty, która wówczas walczyła wyróżniali się lancknechci. Wojsko piesze plebejskie: bitne, odważne, okrutne i walczące za pieniądze. Prawdziwi zabijacy ale ubrani tak cudacznie i z dzisiejszego punktu widzenia – niemęsko, że z pewnością zawstydziliby niejednego współczesnego dandysa lub waginosceptyka. Poniżej przykładowy obraz lancknechtów. Gdyby ktoś chciał poczytać o nich więcej jest polska książka autorstwa Profesora Plewczyńskiego z Siedlec. Z końca ubiegłego wieku, ale podobno dobra. Tytuł „Daj nam Boże sto lat wojny: dzieje niemieckich lancknechtów 1477-1559”.


Lancknechci (źródło: Wikipedia)
Planując podróż do Florencji i zwiedzanie zabytków tak dobrałem sobie termin, aby jednocześnie trafić na Pitti. Odbywała się wówczas 96. edycja targów. Raczej nie liczyłem, że wejdę na nie i zwiedzę stoiska. To jednak prywatna impreza, przeznaczona dla ludzi z branży. Trzeba być modowym bloggerem, instagramerem, dziennikarzem związanym z modą. Inaczej nici. Poszedłem i tak z myślą, że zobaczę tyle, ile się da. Tym bardziej, że z hostelu miałem do fortecy może 5 minut piechotką. Dotarłszy na miejsce, tak jak kilku innych fotografów robiłem zdjęcia wchodzącym i wychodzącym. Nie było to nic niezwykłego, bywalcy Pitti są do tego przyzwyczajeni. Niektórzy widząc wycelowany obiektyw prężyli się pozując niczym modelka na wybiegu, a po zrobieniu zdjęcia uprzejmie dziękowali. Ludzie byli różni: większość prezentująca się rzeczywiście ciekawie. Byli też nieliczni, którzy chcieli przede wszystkim zaszokować. I to w prymitywny sposób. Przez ponad godzinę robiłem zdjęcia ciekawym stylizacjom, momentami rozpoznając postacie znane mi dotychczas jedynie z Internetu. Podziwiałem, ale też czasem współczułem modelom. 33 stopnie w cieniu, ja się pocę będąc tylko w białej, lnianej koszulce z krótkim rękawem a tu idzie ktoś w trzyczęściowym garniturze i jeszcze z fularem pod szyją. Stylizacja super, ale nie na taką pogodę. Nie wierzę w żadne cudowne tkaniny - choćby marynarki za 8 tysięcy - które sprawią, że człowiek się w takim upale i takim stroju nie zagotuje.

Część zdjęć, które zrobiłem można obejrzeć poniżej. Pitti Uomo 97 odbędzie się w dniach 7-10 stycznia 2020.























































 
Życzenia

Z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia życzę czytelnikom bloga dużo wiary, pogody ducha, łask bożych i jak najmniej tematów, które trzeba będzie poruszyć z księdzem na najbliższej spowiedzi a niewierzącym po prostu udanego wypoczynku i uzupełnienia zasobów pozytywnej energii.


[LINK] do cz. 3
[LINK] do cz. 2
[LINK] do cz. 1