Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krótkie biegi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krótkie biegi. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 czerwca 2026

MiG-iem po lesie – podejście drugie

Podium TS + organizatorzy

Nazwa zawodów: XV Mistrzostwa Gminy Garbów w Marszach na Orientację

Data: 20 czerwca, sobota

Miejsce: Wola Przybysławska koło Lublina

Formuła zawodów: rogaining, 20 PK, 90 minut.

Mapa: 1:10.000, czarno-biała, częściowo aktualizowana.

Startujących w kategorii TS (seniorzy) – 12

Mój wynik: 2 miejsce, 16/20 PK zaliczonych w tym 1 stowarzysz.

Czas na trasie: 91 minut.

Pogoda: upał 30 stopni, słonecznie, sucho.

Mapa z naniesionym śladem GPS z mojego zegarka

Wrażenia

To mój drugi start w tych zawodach. Poprzedni był w 2018 roku i wtedy wygrałem. W tym roku miałem nie startować, lecz Piknik Biegowy „Biała Biega” zaplanowany na połowę czerwca został niespodziewanie odwołany i to sprawiło, że zacząłem się rozglądać za zawodami zastępczymi. Padło na MIG-a, przy okazji można było coś załatwić w pobliskim Lublinie.

Na miejsce jechałem z Białej blisko 2 godziny. Miejsce startu znalazłem bez większych problemów bo było tam, gdzie kilka lat temu: na początku sporego lasu na wschód od Woli Przybysławskiej, po drodze do Meszna. Biuro zawodów? Tak szumnie bym tego nie nazwał bo był samochód, stolik rozkładany przy drodze, kilka krzesełek i 2-3 organizatorów. Można powiedzieć „biuro mobilne”. Dookoła kręciło się kilkadziesiąt osób, głównie dzieci i młodzieży. Widać było, że większość nastawiona jest na spokojny marsz z mapą. Wyglądających na typowych biegaczy dostrzegłem zaledwie kilku. Przebrałem się, nawodniłem, przygotowałem wszystko, co trzeba. Plecaka postanowiłem nie brać, pomimo upału. Tylko 90 minut – jakoś to wytrzymam bez picia.

Start był interwałowy - każdy miał inną godzinę startu. Swoją mapę otrzymałem jako jeden z ostatnich. W 2 minuty wyrysowałem optymalny w moim mniemaniu wariant przebiegu i rura. Po kilkuset metrach – stop! Przebiegłem banalnie łatwy PK (punkt kontrolny) nr 10. Musiałem wrócić. Dobrze, że nie daleko. Zły to jednak prognostyk na dalsze 19 punktów, jeśli wtapiam na tak prostych zadaniach.

Długi przelot asfaltem do PK 38. Wszedł gładko. PK 24 – kolejny na liście, już jednak nie. Szukałem go tam gdzie trzeba, lecz… nie z tej strony drzewa. Jakaś pani mi pokazała z daleka, że na drzewie obok mnie przybity jest lampion. Dziękuję! Kolejny PK 23 – na skrzyżowaniu dróg – wszedł lekko. PK 33 – kolejny – wydało mi się, że dobrze zaliczyłem a tymczasem w domu, po naniesieniu śladu GPS na mapę okazało się, że byłem kilkadziesiąt-100m przed nim. Musiałem zatem przybić stowarzysza. PK 34 i PK 42 weszły lekko. Minęło pół godziny. Miałem jeszcze godzinę na resztę punktów. Może zdążę?

I wtedy przytrafił mi się PK 41. Dochodziłem, szukałem, czesałem krzaki – i nie mogłem dojść. No nie tu. To gdzie? Po stracie kwadransa wybrałem desperacką opcję, że cofnę się do PK 34 i wejdę na niego od strony wioski Kruk. Bingo! Zadziałało. Był w dolince na polu, w zagłębieniu chyba po jakiejś sadzawce. Ze 20 minut tu straciłem, wszystko przez mój brak precyzji. Po prostu szukałem go 100 m za wcześnie, nie po tej stronie drogi.

Moje "czary-mary" przy PK 41

Kolejne punkty: PK 36, PK 40 i PK 35 weszły gładko. Były położone na charakterystycznych elementach rzeźby terenu lub przy drogach. Nie były trudne. Dopiero PK 31 znowu wybił mnie z rytmu. Zagłębienia z punktem szukałem ciut za daleko przez co znowu zmitrężyłem z 10 minut. Wiedziałem już, że wszystkich punktów w limicie nie zbiorę gdyż zostało około 20 minut i 8 punktów.  Postanowiłem poszukać jeszcze PK 30 w jakimś obniżeniu terenu w lesie. Wszedł, aczkolwiek musiałem zatoczyć koło w miejscu, gdzie powinien być.

Zostało mniej niż 10 minut więc odpuściłem PK 21 i zdecydowałem gonić do głównej drogi leśnej. Jak to zrobiłem, że poleciałem na wschód zamiast na północny wschód – nie wiem do dziś. Miałem jakieś zaćmienie umysłu i przez to nadłożyłem drogi. Na tej głównej drodze, dosłownie w biegu przybiłem jeszcze PK 22, potem również w biegu 2 kolejne łatwe punkty: PK 14 i PK 12. Pędziłem ile miałem sił do mety bo wyobrażałem sobie, że lepiej nie mieć punktu, niż spóźnić się minutę. I tu był mój błąd gdyż za spóźnienie minutę było 25 punktów kary a za najtańszy nawet punkt – 100 punktów. Innymi słowy opłacało się spóźnić, jeśli była okazja podbić po drodze szybkie i łatwe punkty. Paweł – następnym razem czytaj dokładnie regulamin!

Dobiegłem mając zaliczonych 16 PK na 20 PK. Czas: 91 minut. Byli już chłopcy-biegacze ale to, że byli, nic nie znaczyło. Nie wiadomo było jakie i ile mieli punktów, w jakim czasie zrobili trasę. Fajny jest ten rogaining – biegniesz, mijasz się z kimś i aż do ogłoszenia wyników nie wiesz, kto prowadzi. Każdy mógł robić inny wariant, wystartować w innym czasie, w innym czasie wrócić.

Po godzinie czy dwóch, chowaniu się w cieniu, upieczeniu kiełbaski przy ognisku na pobliskiej łące, wypiciu soku z wodą ogłoszono wyniki. O dziwo byłem 2 na 12. Myślałem, że z tymi babolami będę poza podium a tu takie miłe zaskoczenie. Oprócz dyplomu i gratulacji dostałem termos. Miło.

Fajne te zawody. Takie bardzo rodzinne, amatorskie, kameralne. Ale przecież tak naprawdę nic więcej nie trzeba. Opłata symboliczna -20zł- nie rujnuje budżetu. Nie ma napinki na wielkie ściganie na wielkich zawodach. Jedni sobie chodzą z mapą, inni biegają. Bardzo fajne wydarzenie jako zawody i jako trening. Świetnie, że MIG - z tego co mi mówiono - po 3 latach nieobecności wrócił do kalendarza zawodów. Kolejna impreza na orientację w tym samym miejscu odbędzie się jesienią. Warto obserwować jej stronę [LINK]


Dziękuję organizatorom (Marcin Filipiak i Sławomir Juraszewski) oraz Wójtowi Gminy Garbów za świetną zabawę.

środa, 4 marca 2026

XIV Bieg Tropem Wilczym Pamięci Żołnierzy Wyklętych

Historia

Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” obchodzony co roku 1 marca poświęcony jest polskim patriotom z organizacji takich jak AK, WiN czy NSZ, którzy od 1944 roku nie chcieli pogodzić się z zajęciem kraju przez stalinowski, totalitarny i ateistyczny reżim z Moskwy wprowadzający jak deklarował „równość”, „postęp” i „demokrację”. Prowadzili działania propagandowe i walkę partyzancką ze służbami ZSRR oraz ich polskimi odpowiednikami. Data 1 marca została przyjęta na cześć Łukasza Cieplińskiego „Pług” - ostatniego prezesa polskiej niepodległościowej organizacji IV Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość” (WiN) zabitego wraz z 6 towarzyszami w warszawskim więzieniu właśnie 1 marca 1951 roku. Egzekucję wykonano nocą, strzałem w tył głowy.  Pod protokołem potwierdzającym wykonanie egzekucji podpisali się: naczelnik więzienia mokotowskiego mjr Alojzy Grabicki, prokurator mjr Arnold Rak, kpt. lekarz Kazimierz Jezierski, oraz kat, st. sierż. Aleksander Drej. Ciała Łukasza Cieplińskiego do dziś nie odnaleziono. Zachowały się jednak tajne listy (grypsy) pisane z więzienia do najbliższych. W Wolnej Polsce Łukasz Ciepliński został pośmiertnie uhonorowany najwyższym odznaczeniem państwowym – Orderem Orła Białego.


Elżbieta, Jakimek_Zapart, Sny ustaną... Grypsy Łukasza Cieplińskiego z celi śmierci

Bieg

Czas: 1 marca 2026, start o 12:40, niedziela.

Miejsce: Biała Podlaska

Dystans: 5 km

Trasa: 2 pętle po centrum Białej, głównie asfalt, trochę kostki brukowej. Liczne zakręty

Pogoda: około 11 stopni, niewielki wiatr, bez śniegu, słońce, wilgotno.

Uczestnicy: 71 biegaczy (52 mężczyzn, 19 kobiet)

Numer startowy: 57

Mój czas: 00:19:43 brutto (00:19:42 netto)

Miejsce OPEN: 10 na 71

Miejsce wśród mężczyzn: 9 na 52

Wrażenia

Pogoda fajna. Czuję się dobrze. W ciągu ostatnich 2 miesięcy tej naszej wyjątkowej w tym roku pełnej zimy biegałem w miarę regularnie. Nie tak dużo kilometrów jak kiedyś, ale systematycznie. Niestety waga nadal wskazuje kilka kilo za dużo. Cóż - zobaczymy, co da się zrobić. W południe, po biegu honorowym na 1963 metry ustawiamy się na linii startu przy więzieniu w Białej Podlaskiej na ulicy Prostej. Miałem biec na długi rękaw + koszulka ale jednak jest za ciepło. Zrzucam koszulkę, zostaje tylko longsleeve. Gotowy ustawiam się w trzeciej linii.

Darek daje sygnał i lecimy. Jest nas około siedemdziesięciu. Pierwsze setki metrów powinny być spokojne. Zerkam na zegarek – tempo poniżej 4:00. Przed sobą kilka osób, tłum stopniowo rzednie. Na licznych zakrętach trasy stoją moi uczniowie. Pomagają w organizacji, kibicują, dopingują. Poznają mnie choć w stroju jestem niezbyt nauczycielskim. To miłe. Pierwszy kilometr wychodzi w 3:54. Przed sobą widzę kogoś, jeszcze kogoś i Rafała. Może dałbym radę go dogonić? Byłby świetnym pacemakerem. Minął drugi kilometr, chłopaki przede mną zamiast się przybliżać uciekają do przodu.




Dwa i pół kilometra, mija pierwsza pętla. Nieźle się czuję, ale już ten trzeci kilometr biegnę ciut wolniej. Wychodzi w 4:08. Kolejny – czwarty – w 4:06. Zwolniłem 10 sekund na kilometrze. Chwilę temu kibicujący uczeń zachęcał mnie, abym dogonił „tego białego”. Nic z tego. Widzę, że nie dogonię już nikogo. Wchodząc w ostatni kilometr słyszę od kibiców na deptaku, że jestem dziesiąty. Fajnie! Teraz aby to dowieść do mety. Oglądam się za siebie, nasłuchuję czy ktoś mnie nie zachce na końcu pożreć. Cisza za mną, cisza prze de mną. Samotność długodystansowca. Jest psychiczny komfort że ani nikt mnie, ani ja nikogo. Ostatnie setki metrów, skręt z deptaka w Prostą i już widać metę. Końcówkę przyśpieszam, aby zakończyć godnie. Dosłownie wskakuję w bramę mety. Czas ostatniego kilometra – równo 4:00. Rzeczywiście jestem 10 na 71. Czas 19:43 brutto. Średnie tempo 4:00 na kilometr. Fajny bieg. Może zacząłem ciut za szybko ale ogólnie biegło mi się dobrze.

Dziękuję organizatorom, obsłudze biegu i kibicom.

Zdjęcie: Ola Hordejuk-Gryczka

czwartek, 30 października 2025

Bieg pamięci bohaterskich lotników – dla mnie po raz piąty

Czas: 25 października 2025, start o 18:30, sobota.

Miejsce: Biała Podlaska

Dystans: 5 km

Trasa: ok 85% asfalt, reszta to ścieżki gruntowe w Parku Radziwiłłowskim.

Pogoda: noc, około 8 stopni, bezwietrznie, mokry asfalt po wczorajszym deszczu.

Uczestnicy: 190 biegaczy (130 mężczyzn, 60 kobiet)

Numer startowy: 134

Mój czas: 00:20:00 brutto (00:19:59 netto)

Miejsce OPEN: 27 na 190, 25 wśród mężczyzn

Miejsce w M 41+: 9 na 64

Przed startem

Noc, Park Radziwiłłowski w Białej Podlaskiej, wokół pełno ludzi z czołówkami. Darek daje biegaczom ostatnie instrukcje. Moi uczniowie pomagają zabezpieczać trasę a jeden pierwszak nawet biegnie. Fajnie. Pogoda jest dobra: wiatru nie czuć, jest wilgotno ale niezbyt zimno. Sygnał startu i ruszyliśmy.

Pierwsze setki metrów – aby się w tłumie nie potknąć o czyjeś nogi. Mijamy kibicującego tym razem Rafała i za galerią wybieg na asfalt. Przecinamy ukosem Zamkową i na Narutowicza. Jest sporo osób, biegnie też kilku znajomych. Wyprzedził mnie Jacek, widać dziś jest w dobrej formie. Pierwszy kilometr minął ciut poniżej 4 min/km, nieźle, tylko czy to tempo utrzymam do końca? Wątpię. Skręcamy w Aleję Tysiąclecia, na pierwszy most na Krznie. Wyprzedzam swojego ucznia ale mam wrażenie, że gdzieś tam mi biegnie tuż za plecami. Na mecie się dowiem, że tak rzeczywiście było – przybiegł pół minuty za mną. 

Tymczasem stawka się rozciągnęła. Drugi kilometr minąłem znowu ciut poniżej 4 minut. Dobrze, ale czuję, że zwalniam. Trochę ze zmęczenia, trochę przez lekkie podbiegi na Alei i na Sidorskiej. Wyprzedził mnie wysoki blondyn. Może go jeszcze dopędzę? Dobiegamy do drugiego mostu, tu wyprzedza mnie Marcin, który zupełnie niedawno ukończył Łemkowynę 150 km. Nawet teraz, kilometr przed metą zmęczonym oddechem wyrzucam z siebie gratulacje. Łemkowyna 150 to i dla mnie najdłuższy ukończony marszobieg górski więc mam wyobrażenie, ile wysiłku trzeba włożyć, aby tę błotnistą wyrypę ukończyć.


Ostatni kilometr to parkowa ścieżka oświetlona rozstawionymi lampkami. Przywodzą na myśl zbliżające się Święto Wszystkich Świętych, które już za tydzień. Znowu spotykam Rafała. Za mną blisko nikogo nie słyszę. Z przodu 2 osoby. Długowłosy blondynek świszczy oddechem – chyba przeżywa ciężkie chwile. Już mam się brać za wyprzedzanie gdy niefortunnie potykam o występ na mostku drewnianym w parku i upadam. Kolano lekko rozbite lecz nie marudzę, nie rozczulam nad sobą tylko biegnę dalej. Doganiam i przeganiam blondynka, który nie zdążył zbyt daleko uciec. Zostało kilkaset metrów. Kluczymy po wale imitującym dawne radziwiłłowskie umocnienia. Zabieram się już za kobietę biegnącą przede mną, ale ta nie – zachowała słoik energii na ostatni moment i teraz włącza turboprzyśpieszenie. Wbiega na metę jako 2-ga wśród kobiet. Ja tuż za nią.

Na mecie medal, woda i ciepła herbata a w muszli jest jeszcze smaczna zupa dyniowa. O tak – tego mi było trzeba. Idę po dokładkę. Udany to był bieg – bez rekordów, ale ukończony w przyzwoitym czasie, bez niepokojących sygnałów bolącej nogi. Dziękuję.


W tym roku medal zdobił wizerunek samolotu PWS-16. To dwumiejscowy, szkolno-treningowy, jednosilnikowy dwupłatowiec opracowany przez konstruktora Augusta Bobka-Zdaniewskiego w 1933 roku. W kolejnym roku na zamówienie wojska w Białej powstało 20 takich samolotów. PWS-16 od 1935 roku służyły do szkolenia pilotów wojskowych, głównie w Dęblinie. Pierwsze wersje nie były uzbrojone, dopiero model PWS-16 bis otrzymał karabin 7,9 mm. Latały z prędkością maksymalną 190 km/h, pułap 4500 m. Masa własna 837 kg. Rozwinięcie PWS-16 doprowadziło do powstania samolotu PWS-26 – najlepszej i najbardziej znanej konstrukcji zaprojektowanej w Białej Podlaskiej.



wtorek, 15 lipca 2025

O pilotach i biegaczach – relacja w IX Biegu Pamięci Dywizjonu 303

Podniebni „Kościuszkowcy”

Nie samym bieganiem i pływaniem człowiek żyje. Zajmuję się czasami historią regionalną i niedawno napisałem artykuł  przybliżający biografię Tadeusza Koca, polskiego pilota myśliwskiego z okresu II wojny światowej pochodzącego z okolic Białej Podlaskiej, w latach 1943-1944 dowódcy 303 Dywizjonu Myśliwskiego im. Tadeusza Kościuszki („Bialski Przegląd Akademicki”, nr 56, marzec 2025). Jednostka ta zasłynęła dużą skutecznością m.in. w bitwie powietrznej o W. Brytanię (1940).

Tadeusz Koc i Zdzisław Krasnodębski (Foto: muzeum303.pl i IPN)

Pierwszy dowódca 303 Dywizjonu Myśliwskiego – Zdzisław Krasnodębski – także pochodził z Południowego Podlasia. Urodził się 10 lipca 1904 roku w Woli Osowińskiej koło Radzynia Podlaskiego. W 1940 roku dowodził dywizjonem „kościuszkowskim”. Był to człowiek niewątpliwie bardzo odważny, już mając lat 16 walczył ochotniczo w wojnie polsko - bolszewickiej 1920 roku. W okresie międzywojennym wyszkolił się na pilota. Podczas II wojny światowej został dwukrotnie zestrzelony i ratował się skokiem ze spadochronem. Tym drugim razem został dotkliwie poparzony płonącym paliwem. Czytając biografię Krasnodębskiego zauważymy, że jego koleje losu są zbliżone do losów Koca. Nie tylko pochodzili z nieodległych stron, ale walczyli w wojnie obronnej 1939, potem trafili do Francji, następnie do W. Brytanii, gdzie przewinęli się przez Dywizjon 303. Obaj doświadczyli zestrzelenia, po wojnie i jeden i drugi wyjechał do Południowej Afryki a w końcu obaj trafili do Kanady, gdzie spędzili resztę życia. Krasnodębski dowodził 303 Dywizjonem w tym bardziej gorącym okresie i zdążył powalczyć jeszcze we Francji. Koc włączył się do walk na Zachodzie później, ale był wyraźnie skuteczniejszy. „Lista Bajana” przyznaje Krasnodębskiemu 1/3 zestrzelenia i sytuuje na 368 miejscu. Koc ma na koncie 4 i 1/3 zestrzelenia co wynosi go na 50 miejsce Listy. Obaj dla przedwojennej Polski wiele ryzykowali, dzielnie walczyli i nic dziwnego, że społeczność Południowego Podlasia stara się zachować o pamięć o Bohaterach. Jedną z takich inicjatyw jest organizowany w Gminie Borki koło Woli Osowińskej Bieg Pamięci Dywizjonu 303. Odbywa się on od kilku lat, w lipcu, blisko daty urodzin Zdzisława Krasnodębskiego. Tegoroczny bieg odbył się w Starej Wsi 13 lipca, w niedzielę. O nim właśnie będzie poniżej.

Pilota „Powrót z gwiazd”

Na bieg jechałem z Wisznic słuchając audiobooka „Powrót z gwiazd” Stanisława Lema. Lem – wiadomo – klasyka polskiego SF i wstyd się przyznać, że jakoś ten pisarz był mi nie po drodze i nie pamiętam, abym wcześniej coś Lema czytał. Może w okresie młodzieżowym? Teraz, jadąc na bieg poświęcony pilotom zbiegiem okoliczności słuchałem powieści fantastycznej o losach pilota…, tyle że kosmicznego. Książka opowiada o człowieku, który wyleciał z misją kosmiczną jako pilot-astronauta w podróż trwającą 10 lat. Wraca na Ziemię, gdzie w wyniku paradoksu czasowego Einsteina czas mijał dużo szybciej i gdzie kalendarz przesunął się już o ponad 100 lat. Jego bliscy, znajomi w olbrzymiej większości nie żyją. Jak się czytelniku domyślasz bohaterowi książki trudno sprostać realiom pełnym nowinek technologicznych, które upowszechniły się po odlocie. Nie to jest jednak sednem książki. Sednem jest przedstawienie zmian socjologicznych i psychologicznych w społeczeństwie, z którymi teraz musi się zmierzyć główny bohater, niczym neandertalczyk odmrożony z bryły lodu i ożywiony. Najbardziej doniosłą zmianę wprowadziła „betryzacja” – zabieg chemiczny/medyczny, który zabił w ludziach skłonność do agresji i ryzyka. Nowe społeczeństwo tworzą potulne baranki. Wojen nie ma, nikt się z nikim nie bije, nie gwałci. Nie trzeba pracować, całą pracę wykonują roboty – takie jakieś w mowie i zachowaniu przerażająco ludzkie. Za hotel nie płacisz, za jedzenie nie płacisz. Utopia, nie? Płacisz za dobra luksusowe, za turystykę. Zwierzęta takie jak lwy możesz bez strachu wyczochrać i nic ci nie zrobią bo są także „betryzowane”. Ciekawe, że aby mieć dzieci trzeba wpierw ukończyć studia... z ich posiadania i wychowania. Te, jak już się urodzą są poddawane wychowaniu w różnorodności i w potulności. „Betryzacja” jak to jest dosłownie napisane (w audiobooku przeczytane) „zabiła człowieka w człowieku”. Ludzie zrezygnowali z eksploracji kosmosu bo uznano to za zbyt niebezpieczne. Nie uprawiają sportów ekstremalnych. Są chuderlawi i niscy. Kobiety drżą ze strachu przed nielicznymi mężczyznami, którzy nie byli „betryzowani” tak jak dziś drżałby każdy, wszedłszy do klatki tygrysa. Jednocześnie czują pociąg i fascynację, gdyż mężczyzna taki, targany namiętnościami, jest jakby bardziej naturalny. Wygląda na to, że ta „miękka klucha”, w którą zmieniono społeczeństwo jest taka tylko na powierzchni; tak jakby natura gdzieś tam w skrytości, ciągle upominała się o swoje. Świat wymalowany piórem Lema może się podobać, część elementów może kusić. Zero wojen, zero agresji, bezpieczeństwo, całe życie na samorealizację. Z drugiej strony ta pozorna utopia z masową indoktrynacją i psychiczną kastracją podejrzanie skłania się ku antyutopii. Ciekawa jest to książka od strony socjologicznej, z tego zdaje się Lem przecież słynie. Z drugiej jednak strony nie jest to literatura fantastyczna tak przyjemnie łatwa, jak współczesne książki takich autorów jak choćby Sapkowski, Kristoff, Sanderson, Piekara czy Grzędowicz. Współcześnie więcej jest dialogów, wartkiej akcji, zwrotów. Tu mamy dużo narratora, wyraźnie mniej dialogów, sporo rozkminiania psychicznych trudności i traum z podróży. Jeszcze nie skończyłem „Powrotu z gwiazd”, ale myślę, że warto po tę książkę sięgnąć. Ciekawa fantastyka socjologiczno-psychologiczna starej daty.

A bieg? Co z tym biegiem Paweł?

A tak, bieg. Dojechałem o dziesiątej trafiając bez problemu w okolice stadionu w Starej Wsi. Jadąc od Radzynia trzeba po prostu w Borkach skręcić w lewo. Gdy ujrzymy skupisko samochodów oraz chodzących po ulicy strażaków kierujących ruchem, znaczy, że to tu. Bieg miał się zacząć o jedenastej. Została spokojna godzina na przebranie i odbiór pakietu startowego. Czułem się w miarę fajnie. Nic mnie nie bolało, nie byłem przemęczony. Nastrój dopisywał. Mogłem ponarzekać na pogodę bo zamiast chmur zapowiadanych przez prognozę pogody było słonecznie i ciepło – około 25 stopni. Ludzie zapytani w kolejce o trasę opowiadali, że ta jest prawie w całości asfaltowa i pozbawiona cienia. A zatem szykowała się walka w słońcu na dystansie 11 kilometrów  i symbolicznych 303 metrów. To IX edycja biegu a nigdy tu wcześniej nie startowałem. Nie łudziłem się, że będę pierwszy dlatego też nie martwiłem się, którędy będę biegł. Po prostu będę biegł za tymi, co przede mną. By trochę złagodzić efekt skwaru tuż przed startem pobiegłem do rzeczki Bystrzycy 400 metrów dalej i zmoczyłem włosy. Na linii startu stanąłem z 88 zawodnikami. Plan był taki, aby biec tym razem na samopoczucie. Miałem Garmina, ale postanowiłem na ekran za dużo nie patrzeć. Jak się uda biec w okolicach 4:15 na kilometr to dobrze, ale nie chcę być niewolnikiem własnego zegarka. Bez sensu się napinać – od swojej życiówki i tak będę daleko a i ścisłej czołówce amatorów-biegaczy, z którymi będę się ścigać, z pewnością nie zagrożę.

Ruszyliśmy o czasie. Początek – oho – ze stadionu ostro pod górkę, potem skręt w prawo na asfalt i zaraz wybiegamy poza wieś. Przed nami podbieg pod dłuższą górkę i jeszcze pod wiatr. Wiem, że muszę tu ostrożnie dozować tempo – tak, aby nie zamarudzić ale i nie zagotować się już na pierwszym kilometrze. Biegnę w drugiej dziesiątce biegaczy i stopniowo przesuwam do przodu. Mijamy Maruszewiec i zmierzamy w stronę Tchórzewa. Trasa jest prosta, bez ostrych zakrętów. Bieg pod wiatr i pod słońce jest wymagający, ale nie kasujący. Chyba roztropnie dobrałem tempo. Około trzeciego kilometra pierwsze stoliki z wodą. Nie piję bo wiem, że na takim dystansie nie ma to sensu, tylko w pełnym biegu wylewam kubeczek na głowę. Do pierwszej połowy wyprzedziłem kilka osób. Czołówkę dłuższy czas widziałem biegnącą za czerwonym strażackim samochodem. W drugiej połowie biegu już zniknęła mi z oczu. Stawka koło mnie się rozciągnęła. Zastanawiałem się, jak będzie przebiegać dalsza część bo dotychczas pagórkowatość trochę mnie zaskoczyła. Dobiegniemy do 5,6 kilometra, agrafka i powrót tą samą trasą? Po 6 kilometrze wiem, że jednak nie. Stoją drugie stoliki z wodą, znowu tylko się polewam w biegu. Zaraz za nimi skręciliśmy w prawo w asfalt ale węższy i bardziej drugorzędny niż ten, którym biegliśmy dotychczas. Jest dająca ochłodę kurtyna wodna. Pagórki też są, ale wyraźnie mniejsze. Zdarzają się pojedynczy kibice zagrzewający biegaczy do wysiłku. W tej drugiej połowie trasy, która układa się w jedną, dużą pętlę  jest łatwiej, jakby więcej zbiegów, tak, jakby trasa opadała. Na „ogonie” siedzi mi biegacz w pomarańczowej koszulce (Jacek Bazela z Chełma, kategoria M20 - pozdrawiam) mądrze kryjąc się przed wiatrem za moją sylwetką. Pewnie zrobi to, co ja bym zrobił na jego miejscu czyli na ostatnim kilometrze wyprzedzi. Wyprzedza rzeczywiście, już na dwa kilometry przed metą. Ostatni kilometr jest przyjemny bo dobiegamy na szczyt pagórka w Maruszewcu: tego, na który wbiegaliśmy na drugim kilometrze startu i teraz zostaje tylko zbieg do mety w Starej Wsi, już wyraźnie widocznej i słyszalnej. Jacek jest ze 20 metrów przede mną. Jeszcze się czujnie ogląda co jakiś czas, czy nie zechcę na końcówce powalczyć. Nie zechcę. Za mną nie ma nikogo blisko więc biegnę sobie w psychicznym komforcie akceptując pozycję, na której jestem. Fizycznie też czuję się dobrze. Nie mogę napisać, że mógłbym pobiec dużo szybciej bo nie, ale nie czuję się też „zadziabany”. Solidnie, zdrowo zmęczony, ale wszystko pod kontrolą. 

Na metę wbiegam jako 11 zawodnik OPEN na 88. Czas 49:20 netto i brutto. Zajmuję 3 miejsce w kategorii wiekowej M40 na 27. Garmin pokazuje, że biegłem średnim tempem 4:22. Niestety kilka sekund wolniej od planowanego 4:15 ale i takich pagórków się nie spodziewałem. Słońce też nie pomagało. Startówki od INOV-8, które z obawą na bieg założyłem nie zabiły mnie. Lekko tylko odparzyłem sobie spód lewej stopy od tego klepania o asfalt. Garmin słodzi mi, że dyszkę mijałem o 10 sekund szybciej, niż na pikniku Biegowym Biała Biega miesiąc wcześniej. Ha, schudłem do 80 kg to i lżej się biega. W dobrym nastroju, mile zaskoczony perspektywą odebrania pucharka za 2 miejsce w kategorii (pierwszy z M40 był nagradzany w pierwszej trójce OPEN dlatego przesunąłem się w dekoracji kategorii z 3 na 2 miejsce) spędzam czas pod parasolami rozmawiając ze znajomymi biegaczami z Białej Podlaskiej  i okolic. Wracam do Wisznic w przeświadczeniu, że to był dobry bieg, dobry czas i fajnie spędzona lipcowa niedziela. 

W biegu na 11.303 km najlepszy wynik uzyskał Piotr Maciejewski z Lublina (42:27), w biegu na 3.303 km Mateusz Śliwiński także z Lublina (12:22) a w marszu Nordic Walking na 5.303 km Sylwester Męczyński z Misiów (30:17). Gratuluję! Pełne wyniki opublikowano na stronie time2go.pl


wtorek, 10 czerwca 2025

14. Rodzinny Piknik Biegowy Biała Biega – wrażenia własne

Przed startem, jeszcze na świeżości

Bieg uliczny - dycha i piątka oraz 5 km Nordic Walking – sztandarowa impreza klubu biegowego w Białej Podlaskiej. Biegłem już w III Pikniku (2014) i V Pikniku (2016). W ostatnich latach rzadziej bo i mniej trenowałem. W tym roku biegam znowu więcej (ok. 200 km w miesiącu), lecz nadal nie tyle, co w czasach świetności (ponad 400 km w miesiącu). Zapisałem się na Piknik po raz trzeci. Kategoria wiekowa M40-49. Dwa miesiące wcześniej pobiegłem leśną dychę w 42 minuty (I Leśny Bieg Zająca), trochę od tego czasu schudłem dlatego miałem podstawy sądzić, że uda się nabiegać 41, może nawet 40 minut z haczykiem. Prędkość to żadna dlatego nie wygłupiałem się z ubieraniem startówek. Założyłem asfaltowe Merrell’e – buty duże, ale jak na treningowe stosunkowo lekkie. W przeddzień było upalnie i parno. Wieczorem popadał deszcz, który schłodził powietrze. Można było liczyć na wcale niezłe wyniki.

Start miał być w niedzielę, z pod hali sportowej Podlasia, o 10:40. To dla mnie nowa trasa i nowe miejsce startu – funkcjonujące od ubiegłego roku. Plan pokazuje dwie pętle po 5 km, prowadzące do Parku Radziwiłłowskiego, potem w okolice AWF-u. Trasa trochę pokręcona i omijająca ścisłe centrum miasta. Na miejscu jestem 40 minut przed. W biurze i okolicach pełno znajomych. Miło porozmawiać z dawno niewidzianymi osobami. Kto biega, kto startuje i gdzie, kto złapał kontuzję i teraz leci bez napinki, aby tylko zaliczyć.

Grafika: organizator

Z kilkuminutowym opóźnieniem ruszyła piątka. Potem my. Czuję się dobrze, niepokoi tylko, że robi się znowu gorąco i parno. Ponad 20 stopni, słońce na przemian z chmurami. Wiem, że będzie ciężko dlatego zwilżam odkryte nogi, ręce i buffa zimną wodą. Ustawiam się w trzeciej, czwartej linii. Jestem gotowy.

Ruszyliśmy. Spokojnie, tylko spokojnie. Aby nie zacząć za szybko. Na pierwszych kilometrach chcę trzymać tempo 4:10 i nawet wychodzi. Takie tempo ma licznych zwolenników, wokół mnie ciżba całkiem spora. Cześć oczywiście przecenia siły i w drugiej połowie spuchnie, część jednak to „przyczajone tygrysy, ukryte smoki” – dobrze rozkładają siły i na końcówce jeszcze gotowi przyśpieszyć. Przede mną biegnie dziewczyna w stroju biegowym szytym u jakiegoś skąpego krawca. Zapewne Białorusinka lub Ukraina  - one lubią startować w takich biegowych bikini. Przez moment kusi mnie, aby podgonić i biec za nią, może mając taki widok będzie mi łatwiej znieść cierpienie, które bez ochyby wkrótce się pojawi. Nie, jednak nie. Muszę się trzymać tempa i koniec. Żadnych fantazji Paweł, żadnych fantazji.

Trzeci kilometr, 1/3 trasy. Nie jest dobrze. Zegarek pokazuje tętno 181. Niby nogi dają radę, ale zdaję sobie sprawę, że na takim poziomie tętna nie dojadę do 10 kilometra. Trzeba zwolnić więc zwalniam do 4:20, na podbiegu 4:30. Tak mija pierwsza połowa. Nikt mnie za bardzo nie wyprzedza, ale i ja nikogo specjalnie nie doganiam. Stawka się rozciągnęła. Czasem mijamy jakieś Nordiki, ostatnich biegaczy na 5 km. Czasem pomacham do moich uczniów stojących na skrzyżowaniach. Chłopak biegnący przy mnie sapie głośno jak parowóz wydając przy tym rytmiczne dźwięki, przywodzące na myśl krótkie i wulgarne polskie słowo. Może bym się zaśmiał, ale nie mam siły. 

Trasa jest rzeczywiście trochę pokręcona, ale też dobrze oznaczona. Zdarzają się krótkie odcinki po betonowej kostce, oraz niewielki podbieg koło nowej siedziby bialskiego „Medyka” – mojego dawnego miejsca pracy. Agrafka jest jedna. W sumie nie jest to trasa ani bardzo szybka, ani też trudna. Rzekłbym średnia.

W II połowie cierpię umiarkowanie. Tętno przekracza 190 pomimo, że zwolniłem.  Tętno maksymalne (HRMax) to podobno 220 minus wiek, czyli u mnie powinno być 172. A jak mi serce pęknie?! Mogłoby jeszcze pokochać jakąś kobietę, więc jak pęknie to co? Strata będzie nieodżałowana, strach myśleć. Trudno, biegnę. 

Traf chce, że znowu jestem za jakąś dziewczyną, nie znaną mi i nie najmłodszą chyba, ale mającą mocne nogi. Cisnę, cisnę i ledwo, ledwo udaje mi się z nią zrównać. Dopiero na 8 kilometrze. Planuję taktycznie zachomikować siły na końcówkę, gdzie może nastąpić kontratak. Ktoś mi może wyskoczyć zza pleców na 300 metrów przed metą. Zapewne są tu takie wspominane wcześniej, „przyczajone tygrysy”. Marzę, aby mieć skitrany jakiś Jet (Fallout), Fisstech (Wiedźmin), Skoomę (Oblivion) bądź abym potrafił spalić cynę z ołowiem (Z mgły zrodzony). Niestety, to nie książka fantastyczna ani gra komputerowa. To prawdziwe życie. „Przyjaciela oszukasz, mamusię oszukasz, ale życia nie oszukasz” – deklamował swoje mądrości Król sedesów w kultowej polskiej komedii. To jest  wyścig; tu jest jak na lekcji matematyki. Biegałeś po tyle i tyle, takim a takim tempem. Rozciągałeś się bądź nie, robiłeś gimnastykę siłową bądź nie. Wszystko zsumowane da Ci taki a nie inny wynik. Zawody to Temida – bezwzględna sędzia, która daje ci to, co sam sobie wcześniej uwarzyłeś. 


Na metę wbiegam niezagrożony z czasem 43 minuty i 40 sekund. Dwie minuty słabiej, niż mi się wcześniej marzyło. Garmin pisze, że koryguje moje maksymalne tętno do 195 i gratuluje super wyniku na 10 km. Młody jest. Skąd może wiedzieć, że 2014 roku pobiegłem tu ten sam dystans w 37 minut i kręciłem nosem, że za wolno. Teraz miejsce 23 na 132. W kategorii wiekowej 7 na 32. Chwilę później wbiega dziewczyna, którą tak ciężko było mi wyprzedzić. Jest druga wśród kobiet ale za metą pada na trawę i muszą się nią zająć ratownicy. Nie nią jedyną zresztą. Za jakiś czas jeszcze jakąś dziewczynę przeprowadzają przez metę, słania się na nogach. Duchota, stąd chyba interwencji było sporo.


Czy jestem zadowolony? Mawiają, że nawet najgorsze zawody są lepsze, niż najlepszy trening a zatem jestem. Zważywszy, że to nie były wcale najgorsze zawody. Pomimo wyniku gorszego od oczekiwań fajnie było się znowu zmordować. Jak za dawnych czasów. Fajna była cała część towarzyska. A telewizor? Cóż, nie udało się go wylosować teraz, może uda się za rok.

piątek, 18 kwietnia 2025

Ekstremalna Droga Krzyżowa + I Bieg Zająca

    Sobota rano. Jadę do Sokołowa Podlaskiego na bieg na 10 km. To znaczy jadę swoim samochodem tylko do Janowa. Bałem się, że zasnę za kierownicą więc poprosiłem Kasię i Jacka, którzy jechali tam samo, aby zabrali mnie z Janowa do Sokołowa. Dobrze zrobiłem bo istotnie, czułem się śpiący. Gdy tylko wsiadłem do samochodu Kasi od razu oznajmiłem, że idę spać. Całą noc nie spałem tylko szedłem. Należało mi się. Ale po kolei…

„Edek”

Początek i koniec trasy - kościół św. Antoniego w Białej Podlaskiej

- Paweł, mam grupę uczniów, którzy chcą przejść w tym roku Ekstremalną Drogę Krzyżową. Może z nami pójdziesz? - powiedział mój kolega z pracy w szkole. Trasa EDK zaczynała się w piątek wieczorem, wiodła przez 14 stacji rozłożonych na dystansie 41 km z Białej Podlaskiej do sanktuarium w Leśnej Podlaskiej i z powrotem do kościoła św. Antoniego w Białej. Następnego dnia rano miałem wyjazd na Leśny Bieg Zająca (LBZ) do Sokołowa Podlaskiego. Robienie takich combo bywa niebezpieczne, łatwo złapać kontuzję. Robiłem już takie wyzwania jak 4-dniowy Bieg Pamięci Dzieci Zamojszczyzny na 100 km ale to w czasach, gdy byłem w dobrej formie. Nie wahałem się jednak bo na biegu o nic wielkiego nie zawalczę, może go sobie tylko przetruchtam, a jak coś mnie będzie bolało po EDK, to nie pojadę.

W piątek po powrocie z pracy przygotowałem ubranie i sprzęt na EDK, w lasu wyniosłem dwie gałęzie brzozowe, z których wykonałem krzyż. Widziałem, na zdjęciach, że EDK ludzie chodzą ze swoimi krzyżami – nie kupczymi, ale skleconymi samodzielnie i pod siebie. Na własną miarę, własne barki. Została mi jeszcze godzina na drzemkę przed mszą świętą o 18:30 w kościele św. Antoniego w Białej Podlaskiej.

Po mszy wyruszyliśmy. Było ok 19:30. Lekko mżyło, lecz pogoda zapowiadała, że powinno to z czasem ustępować. Temperatura z plus 7 miała nad ranem spaść do zera. Trasę EDK robiłem opiekując się kilkoma uczniami. Przy poszczególnych stacjach zatrzymywaliśmy się na modlitwę, na odczytanie bądź wysłuchanie rozważań, które wraz z przebiegiem trasy znajdowały się w aplikacji EDK. Szliśmy głównie asfaltami, czasem polnymi drogami. Problemów nawigacyjnych nie było, więc kompas, który na wszelki wypadek wziąłem, był mi zbędny. Tak samo mapa papierowa. Wystarczył telefon z powerbankiem. Nie przeżywałem żadnych fizycznych katuszy, gdyż byłem dobrze przygotowany. To, co z tej wyprawy zapamiętam oprócz treści rozważań, czasu modlitwy i obaw o moich uczniów to piękny księżyc święcący wprost na nas, prawie w pełni. Można było iść przez pola bez latarki - tak było widno. Niezapomniany efekt.

Trasę pokonywaliśmy wolno, z licznymi postojami na 10-15 minut lecz i tak szybciej, niż inne grupy z naszej szkoły. Na 15 kilometrze jeden z chłopców źle się poczuł dlatego poczekałem wraz z nim na przyjazd mamy. W środku nocy byliśmy już w sanktuarium w Leśnej, gdzie dwie młode i sympatyczne dziewczęta czekały na nas z ciepłą herbatą i kawą. Dziękuję! Gdy zostało ostatnie 10 kilometrów włączyłem szybsze tempo i wraz z Jankiem - uczniem klasy III - o 6:30 zameldowaliśmy się pod pomnikiem Jana Pawła II, z pod którego niecałe 11 godzin wcześniej wyruszyliśmy. Jan i  Paweł pod pomnikiem Jana Pawła – taki imionowy zbieg okoliczności. A może nie zbieg? Niektórzy mówią, że w życiu nie ma przypadków..


I Bieg Zająca

Po powrocie z EDK spędziłem w domu 15 minut i musiałem wyjeżdżać do Janowa, skąd Jacek i Kasia mieli mnie zabrać do Sokołowa. Dobrze, że na Sokołów miałem już wszystko przygotowane. W samochodzie tak jak napisałem wcześniej – spałem. Obudziłem się już w Sokołowie aby wspomnieć, że to tu na rynku Rosjanie powiesili księdza Brzóskę – ostatniego przywódcę jednego z partyzanckich oddziałów powstania styczniowego. Ksiądz Brzóska urodził się u nas, w Dokudowie. Podczas długich wybiegań regularnie dobiegałem z Wisznic do Dokudowa, gdzie na skrzyżowaniu dróg, pod krzyżem stoi głaz upamiętniający księdza Brzóskę.

Dzięki pinezce przesłanej przez organizatora bezbłędnie trafiliśmy do lasu, na miejsce startu. Było słonecznie i coraz cieplej - na tyle ciepło, że zasadnym stało się rozważanie, czy nie pobiec na krótko. Wziąłem spodenki ¾ i jednak długi rękaw; czułem się jeszcze wychłodzony po nocy na EDK. Minąwszy wesołą ekipę strażaków od organizatora, przeszedłem kilkaset metrów z parkingu do biura zawodów. Tam.. dostałem drzewo. Takie małe, sadzonkę do zasadzenia. Niespodziewany i bardzo fajny podarunek. Ogólnie widać było, że Nadleśnictwo Sokołów jest w ten bieg bardzo zaangażowane i ładnie to wszystko wyszło. Z resztą i innych sponsorów i partnerów było dużo, tak, że jak ktoś czegoś nie wygrał to mógł potem wylosować – od odkurzacza po karnet na spływ kajakowy czy wizytę w muzeum.

Zdjęcie: obieżypowiat

A jak bieg? Dobrze, nawet nadspodziewanie dobrze. Wystartowało 56 osób, jedna pętla w całości po leśnych drogach. Podbiegi lekkie i krótkie. Miejscami piach, ale w większości dobra do biegania droga gruntowa. Ustawiłem się w połowie stawki. Z wyniku ostatniego startu na piątkę wynikało, że powinienem pobiec dychę w 42-43 minuty. No, ale to nie uwzględniało całonocnego spaceru kilka godzin przed. Zacząłem biec tempem w okolicach 4:15. Już na pierwszym kilometrze zauważyłem, że żadne „orły” tu nie przyjechały. Długo widziałem prowadzących pomimo, że  biegłem powyżej 4 na kilometr, a zatem rywalizowałem jedynie ze średnio wytrenowanymi biegaczami z regionu. 

Po kilku kilometrach stawka się rozciągnęła. Pierwsza piątka minęła mi prawie bezboleśnie. W II połowie zacząłem umiarkowanie cierpieć. Ciut zwolniłem, do 4:30 na kilometr. Pomimo tego dziewczyna - chyba Monika - która przez połowę trasy biegła za moimi plecami, nie zdecydowała się na wyprzedzenie. Na dwa kilometry przed metą wyprzedził mnie jakiś „rzeźnik” – chłopak ubrany od stóp do głów w stylu miłośnika górskich ultra. Nie cisnąłem, cieszyłem się z tego co mam oraz z tego, że już blisko do mety, że trasa jest dobrze oznaczona i ładna. Wyglądało na to, że załapię się do pierwszej dziesiątki. 

Gdy został ostatni kilometr zostało mi jeszcze energii, aby przyśpieszyć. Monikę stopniowo odstawiłem do tyłu, tak dla bezpieczeństwa. Gdy 200 m przed metą zupełnie spokojny obejrzałem się za siebie zobaczyłem pędzącą niczym rozpędzona lokomotywa Kasię. Oho! Ta to zawsze na końcu zachowa w rękawie turbodoładowanie – przekonałem się na ostatnim biegu Tropem Wilczym, gdzie ta sama Kasia nie miała dla mnie litości na ostatnim kilometrze przed metą. Tym razem i ja też miałem coś-niecoś w zapasie. Przyśpieszyłem i nie dałem się.

Czas nędzny,  45:16 brutto (45:10 netto) dał mi 7 miejsce OPEN  i 2 w kategorii wiekowej M40-49 na 33 startujących. Cieszyłem się z drewnianego klocka za kategorię, bo dawno już nie stałem na podium. Jest to – co tu ukrywać – bardzo przyjemne. Wygrał Kamil Rafalik z czasem 41:18. Bieg ogólnie był bardzo udany. Piękna pogoda, ładna trasa, dobrze oznaczona, zdrowa dla nóg, mnóstwo nagród od sponsorów. Mam nadzieję, że impreza w lesie pod Sokołowem będzie już cykliczna.

czwartek, 6 marca 2025

„Piątka” dla upamiętnienia antykomunistycznych partyzantów

2 marca, w niedzielne południe w Białej Podlaskiej odbył się XIII Bieg „Tropem Wilczym” na honorowe 1963 metry a następnie wyścigowe 5 kilometrów. Przygotowałem się do niego fizycznie i mentalnie. Fizycznie bo w lutym zacząłem trochę więcej biegać dochodząc prawie do 200 kilometrów w miesiącu. Jak na mnie w ostatnich 2 latach – wynik WOW! Mentalnie bo na tydzień przed startem przesłuchałem audiobooka Luizy Łuniewskiej „Szukając Inki. Życie i śmierć Danki Siedzikówny”. Dobry reportaż. Pokazuje nie tylko samą sanitariuszkę-nastolatkę zamordowaną strzałem w tył głowy w 1946 roku, ale też jej podlaskie a potem pomorskie środowisko. Autorka nie boi się przytaczać skrajnie różnych opinii o „Ince” i jej dowódcy „Łupaszce”, także tych nieprzychylnych. Dobra książka – bo jest też książka papierowa – polecam. Zbiegiem okoliczności okazało się, że po ukończeniu biegu honorowego na mecie zawieszono mi medal właśnie z wizerunkiem Danuty Siedzikówny.


Wyścigową „piątkę” Tropem Wilczym pobiegłem po raz szósty. Różnie mi to kiedyś szło: w 2024 nie biegłem, w 2023 miałem 19:41. Najlepiej wyszło w 2016 roku, gdy nabiegałem 17:50 i 5 miejsce OPEN. Cóż - piękne czasy - nie wrócą już. Zawsze można je jednak z nostalgią powspominać. W Białej przed biegiem gdzie się człowiek nie obrócił, tam widział znajomych sprzed lat. Z czasów, gdy co miesiąc gdzieś się startowało.

W tym roku trasa była podobna jak wcześniej. Start po uroczystościach przed więzieniem na Prostej, gdzie przetrzymywano bojowników o niepodległość. O 12:45 ruszyliśmy. Grupa w porównaniu do biegu honorowego nieliczna – 51 osób. Nie miałem Ambita bo akurat mi się rozładował. Nie wygłupiałem się też z ubieraniem startówek. Jak ktoś nie biega dychy poniżej 40 minut to nie ma to sensu. A poza tym, przy mojej wadze – o zgrozo 87 kg – bezpieczniej w butach przyzwoicie amortyzowanych. Było dosyć chłodno, ledwie kilka stopni na plusie, wiatr północy, miejscami wyraźnie odczuwalny. Trasę o dwóch pętlach, obfitującą w zakręty obstawiali dzielni uczniowie z mojego liceum. Trochę to mobilizowało, aby nie wyglądać na fajtłapę i nie wlec się gdzieś z tyłu.


Po starcie biegłem w okolicach 10 miejsca. Za mną Łukasz – tegoroczny maturzysta, przede mną Jacek i Rafał. Stawka wiadomo, z czasem się rozciągnęła. Starałem się nie szarżować, aby nie wypalić paliwa w połowie wyścigu. Pomimo asekuranctwa na trzecim kilometrze poczułem, że ciut zwalniam. Chłopcy z przodu się oddalili, Łukasz czaił się za moimi plecami. Chętnie bym go puścił, ale nie chciał. Za nim był jeszcze ktoś więc już wiedziałem, że spokojnego finiszu nie będzie. Będzie ścigańsko do końca. I tak było. Ostatni kilometr – pozujemy do obiektywu fotografa Krzyśka i za chwilę Łukasz uruchamia dopalacze i ucieka mi do przodu. Za nim ten drugi. Ha – ja też mam jakieś rezerwy więc gdy wychodzimy na ostatnią prostą – nomem omen ulicę Prostą – przyśpieszam i ja. Nie przynosi to jednak poprawy miejsca, co najwyżej niweluje stratę do uciekinierów. I jeszcze na ostatnich kilkuset metrach wyprzedza mnie Katarzyna – pierwsza wśród kobiet.

Na mecie jestem zdyszany, ale zadowolony. Obstawiałem 2 dziesiątkę OPEN i rzeczywiście przybiegłem 14-sty z czasem 20:31 brutto. Też mniej więcej tego czasu się spodziewałem. Jeszcze pamiątkowe zdjęcia, jeszcze ciepła grochóweczka i można z czystym sumieniem udać się do domu. Wygrał Tomasz Borowski z Janowa z czasem 16:15. Drugi był Rafał Golec, trzeci Dawid Skraburski. Gratuluję!

Najlepsi


wtorek, 31 października 2023

XIV Adamowska Dziesiątka – powrót na tarczy

Zdjęcie: Klub Biegacza V-Max Adamów


Czas: 29 października 2023, start o 11:30, niedziela.

Miejsce: Adamów koło Kocka

Dystans: 10 km, trasa z atestem PZLA

Trasa: 100% Asfalt 

Pogoda: około 12 stopni, słonecznie, niewielki wiatr i mokry asfalt po deszczach.

Uczestnicy: 121 Osób (87 mężczyzn, 33 kobiety)

Numer startowy: 92

Mój czas: 00:43:43 brutto (00:43:41 netto)

Miejsce OPEN: 40 na 121, 36 wśród mężczyzn.

Miejsce w M40: 15 na 30


Nigdy tu nie biegłem asfaltowej dychy. Pomysł startu pojawił się tydzień wcześniej znienacka. Grześ zaproponował mi, że możemy pobiec ekipą z Wisznic i spróbować zawalczyć drużynowo. Liczą się 4 najlepsze osoby z drużyny, w tym musi być jedna białogłowa. Taki trochę rajd przygodowy tylko z jedną dyscypliną, na asfalcie i bez kompasu. W postartowej euforii po akurat ukończonej Nocnej Piątce Pamięci Bohaterskich Lotników Podlasia pomyślałem – czemu nie? Niby stopy trochę bolą bo tę piątkę biegłem w startówkach, ale chyba dam radę. Zapisałem się.


Dzień zawodów zapowiadał się ładnie: bez deszczu i silnego wiatru, nawet słonecznie, około 12 stopni. Trasa jak mówiono – płaska. Nie bardzo się jednak czułem. Gardło mnie bolało, tak jakby zaczynało się przeziębienie (dziś dwa dni po zawodach wiem, że istotnie się zaczynało). Ubrałem długi rękaw pomimo, że można było biec na krótko. Do tego ten mój Achilles chyba miał dość biegania ostatnio i trochę go czułem. No nic, zobaczymy co się da zrobić. 


Po starcie postanowiłem biec według wskazań Ambita z tempem około 4:00/kilometr. Według Tabel VDOT Danielsa jak miałem wynik na piątkę ciut poniżej 20 minut, to powinienem zrobić dychę w 41 minut. Na to mniej więcej liczyłem. No, trochę więcej: obstawiałem 41-42 minuty, bo tym razem dla bezpieczeństwa ubrałem buty treningowe, zamiast lekkich startówek.



Na pierwszych kilometrach dosyć dużo osób mnie wyprzedziło, wyglądało na to, że stawka jest mocna jak na 121 startujących. Andrzej Starzyński który dobiegnie na metę w 31:20 wyraźnie wybił się do przodu już od pierwszych setek metrów. Sam utrzymałem tempo 4:00 tylko dwa kilometry. Potem poczułem, że Achilles boli mnie coraz bardziej. Zdecydowałem nie ryzykować i odpuściłem. Zwolniłem i biegłem przez resztę dystansu tempem pomiędzy 4:15 a 4:30. Bez napinki i bez złości. Słabo się czułem, także wydolnościowo. Słońce świeciło ładnie, wiatr się trochę wzmógł, a ja siły nie miałem. Jeszcze ten Achilles. Bardziej amortyzowane buty nie pomagały – i tak pobolewał. Zdecydowałem, że zrobię z tych zawodów długi trening w II zakresie.


Nawrotka była poza Adamowem. Po pięciu kilometrach rozpoczęliśmy powrót tą samą trasą co bardzo przypominało mi „piekielną” kodeńską piętnastkę. Tam trasa skonstruowana jest bardzo podobnie. Na ostatnich trzech kilometrach zwolniłem jeszcze bardziej, do 4:35 – 4:40 na kilometr. Wyprzedziła mnie żona Grześka Ania i kilka innych osób. Na metę wbiegłem z czasem 43 minuty i 43 sekundy jako 40-sty zawodnik. Niebyt zmęczony, ale obolały. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek pokonał asfaltową dychę na zawodach tak wolno. W drużynówce z czasem 02:54:31 zajęliśmy dopiero 6 miejsce, na 8 drużyn. Abyśmy mieli szansę na podium musiałbym pobiec tę dychę w czasie poniżej 40 minut. Niestety, tym razem nie dałem rady. Inni członkowie naszej drużyny też narzekali, że to nie był ich dzień.


Co dalej? Trzeba na razie tydzień odpocząć. Odpuścić II Bieg Niepodległości, który odbędzie się w Białej 11 listopada [LINK do zapisów]. W międzyczasie zamówić nowe, mięciutkie buty. I potem powoli, spokojnie w nich biegać. Przyzwyczajać stopniowo Achillesa do większych obciążeń, mniej jeść. Cieszyć się bieganiem po lesie i gimnastyką. A jak będzie zdrowie i choć ułamek dawnej formy, to znowu się gdzieś zapisać.

niedziela, 22 października 2023

VII Nocny Bieg Pamięci Bohaterskich Lotników Podlasia

Czas: 21 października 2023, start o 18:30, sobota.

Miejsce: Biała Podlaska, Park Radziwiłłowski

Dystans: 5 km.

Trasa: Asfalt (głównie), 300m kostki brukowej, kilkaset metrów ścieżki pieszo-rowerowej, Płasko. 1 pętla

Pogoda: około 12 stopni, noc, bezwietrznie, trochę wilgotno.

Uczestnicy: 165 Osób (113 mężczyzn, 52 kobiety)

Numer startowy: 108

Mój czas: 00:19:51 brutto (00:19:47 netto)

Miejsce OPEN: 12

Miejsce w M41+: 4 na 56



Warunki są świetne. Trochę biegam przed startem to tu, to tam, bo i znajomych dużo i z moimi uczniami chcę zrobić zdjęcie, aby było do szkolnych mediów. Stajemy na kostce brukowej w Parku Radziwiłłowskim, czekamy na sygnał do startu. Jest na tyle ciepło, że ubrałem się w zasadzie letnio: krótkie spodenki i krótka koszulka. Ustawiłem się pokornie w 4-5 rzędzie. Wiem, że w ścisłej czołówce walczyć nie będę. 


Gdy po odliczaniu nastąpił start ruszyłem ostrożnie. Sporo ludzi dookoła, noc, kostka brukowa – czynniki te zwiększają groźbę kontuzji. Po 200 metrach wybiegamy na asfalt, gdzie jest już szerzej i bezpieczniej. Widzę, że ustawiłem się zbyt mocno z tyłu, bo sporo osób wyprzedzę, zanim minie 500 metrów biegu.


Skręcamy w ulicę Narutowicza. Stopniowo doganiam to jednego, to drugiego kolegę. - Nawet nie muszę się oglądać, aby wiedzieć, ze to Paweł Pakuła biegnie – mówi jeden. Drugi komentuje podobnie. Domyślam się, że i pewnie po sapaniu można mnie poznać. Na mecie tłumaczą mi, że te moje INOV-8 startowe jakoś tak charakterystycznie klapią.


Po pierwszym kilometrze jestem gdzieś w drugiej dziesiątce biegu. Jeszcze i tu wyprzedzam, ale już nie tak łatwo. Na 2-3 kilometrze, gdy przebiegamy po raz pierwszy przez most na Krznie nie mogę uwierzyć własnym oczom. Doganiam dziewczynkę - taką sięgającą mi może do piersi. Toż to dziecko jeszcze. Biegnie tempem 4:00. Ledwie co ją wyprzedzam, bo i mnie stać akurat na takie tempo. Na mecie dowiem się, że ta dziewczynka ma 12 lat i oczywiście stanęła na pudle na równi z dorosłymi. Bardzo niespotykana sytuacja. Z jednej strony chce się bić brawo za świetne wyniki w tak młodym wieku a z drugiej człowiek się zastanawia, czy to nie za wcześnie na tak forsowne bieganie?



Na 3-4 kilometrze widzę swojego ucznia. Biegnie spokojnie i mam trudności, aby go dogonić. Powoli się zbliża, wyprzedzamy jeszcze kogoś oraz dziewczynę, która z nieznanych mi powodów przeszła w marsz. W końcu, na kilometr przed metą wyprzedzam licealistę i wyrabiam sobie bezpieczną przewagę, której nie odpuszczę już do mety.


Po raz wtóry przebiegamy most na Krznie i skręcamy w ścieżkę do parku. Nie zabrałem czołówki ale wytyczona lampkami droga w zupełności wystarcza, aby biec bezpiecznie. Już słychać wrzawę mety, ale jest jeszcze wał odtworzonej niedawno fortyfikacji bastionowej, który trzeba przebiec. Jeszcze około 600 metrów: troszkę zakrętasów na wale, troszkę pod górę i w końcu kierujemy się w stronę mety. Tym razem już naprawdę. 


Oglądam się za siebie, ale jest bezpiecznie. Wbiegam na metę umiarkowanie zmęczony. Chyba tym razem równo rozłożyłem tempo. Czas 00:19:51 brutto, miejsce 12 OPEN na 165.


Fajnie było. Pobiegłem tyle, ile przewidywałem. Prognozowałem przed startem około 20 minut i tak też wyszło. Świetny trening, przyjemne spotkanie ze znajomymi biegaczami. Za tydzień – dycha w Adamowie. Powalczymy jako 4-osobowy team Wisznice.

niedziela, 5 marca 2023

Piąty raz na biegu „Tropem Wilczym”

Nazwa imprezy: Tropem Wilczym. XI Bieg Pamięci Żołnierzy Wyklętych

Czas: 5 marca 2023, start o 12:40, niedziela.

Miejsce: Biała Podlaska, ul. Prosta

Dystans: 5 km.

Trasa: Asfalt (głównie), trochę kostki brukowej. Płasko. 2 pętle

Pogoda: około 3 stopni, słonecznie, silny wiatr.

Uczestnicy: 60 osób (46 mężczyzn, 14 kobiet)

Mój czas: 00:19:41 (brutto i netto)

Miejsce OPEN: 12


Wrażenia

Po podleczeniu złamania ręki zacząłem się trochę więcej ruszać, ale zacząłem zbyt raptownie i złapałem kontuzję łydki. Na 3 tygodnie był szlaban na bieg, w sumie i dobrze, bo miałem sporo do pisania (bawię się ostatnio coraz więcej w różne artykuły). Przed biegiem wyszedłem ze 3 razy na trening truchtany. Ta piątka miała być pierwszym biegiem szybszym po kontuzji.

Czułem się dobrze. Pogoda niezbyt sprzyjająca, bo chłodno i wietrznie, ale lepiej niż jeszcze dzień wcześniej. Najpierw rundka honorowa z uczniami ku pamięci antykomunistycznych partyzantów, potem już przebieżki, trochę rozciągania i start. 

Zacząłem ciut wolniej, ale bez marudzenia. Po kilkuset metrach wskoczyłem na właściwe obroty, poniżej 4:00 na kilometr. Biegłem przez większość czasu około 11 miejsca. Problemów z oznaczeniem trasy nie było, pod tym względem wszystko było OK. Wolontariusze, także z mojej szkoły, pilnowali za zakrętach. Biegło się w miarę dobrze, choć jak to w takim krótkim dystansie, zadyszka ostra i serce w przełyku. Klaudiusza – ucznia, którego uczę – widziałem przez pierwszą pętlę, potem już nie. Uciekł mi do przodu.

Na początku drugiego okrążenia ciut zwolniłem powyżej 4:00 na kilometr i pyknął mnie jakiś gość. Trudno. Widać trzymał równe tempo i był lepiej przygotowany. A potem? Potem zaczęła się do mnie dobierać pierwsza wśród kobiet. Jakaś młoda i zgrabna, jak to biegaczka. Wyprzedziła, wyskoczyła na metr-dwa, a na Placu Wolności zrównaliśmy się i z kolei ja wyprzedziłem. Trzymała się tuż za mną więc na Prostej, jak już było widać metę to przyśpieszyłem z 10-15 sekund na kilometrze. Wbiegłem 12-ty OPEN.

Wyszło jak wyszło. Jestem całkiem zadowolony. Kontuzja łydki się nie odezwała. Czas poniżej 20 minut na 5 km pozwala mieć nadzieję, że znowu będzie forma rosła. Było całkiem fajnie. 

Dziękuję organizatorom i dziękuję fundacji Wolne Dźwięki za audiobooka o „Ince”, którego mogę sobie w ramach pakietu startowego ściągnąć i posłuchać. 

sobota, 1 stycznia 2022

Noworoczna Piątka, czyli tam i z powrotem

 
Najlepsi w biegu na 5 km

Serniczki, wędlinki, rybka przyrządzana na przeróżne sposoby - u niektórych czuć jeszcze w oddechu spożywaną niedawno „wodę ognistą”. Biegać w Nowy Rok nie jest łatwo, zwłaszcza, że zupełnie niedawno były święta Bożego Narodzenia. Kto się oparł pokusie suto zastawionego stołu, tego można nazwać prawdziwym „biegaczem niezłomnym”.

Ja się nie oparłem, dlatego choć Sylwester spędziłem jak mnich klasztorny, nie doczekawszy nawet do północy, to jednak biegło mi się ciężko. W Święta trochę na wadze „urosłem” co w połączeniu z niedotrenowaniem dało efekt łatwy do przewidzenia.


Bialscy biegacze od lat już organizują bieg noworoczny na 5 km. „Noworoczna piątka” organizowana jest tuż za miastem, przy ruchliwej trasie E30 z Warszawy do słynącej ostatnio z gościnności „demokracji a’la Lukashenka”. Na szczęście trasa samego biegu aż tak daleko nie dociera. Na całej długości wiedzie po prostym chodniku wzdłuż jezdni, w całości wyłożonym kostką. 2,5 km wzdłuż drogi i nawrotna do mety. Nigdy jakoś w tym biegu nie startowałem, dziś był pierwszy raz.

Na starcie stanęło 102 biegaczy, głównie lokalnych. Był m.in. Prezydent Miasta Biała Podlaska Pan Michał Litwiniuk z małżonką. Część miała świetne przebrania, co obejrzeć można na zdjęciach pod relacją. Ja sam ubrałem się standardowo, na biegowo. Odziany prawie w całości na czarno odgrywałem rolę „czarnego charakteru”.

Tuż po sygnale startu uważać trzeba było na dwie rzeczy: po pierwsze aby się nie potknąć o czyjeś nogi, po drugie aby nie zacząć za szybko. Pierwsze mi się udało, drugie niekoniecznie. Chciałem usilnie trzymać silną grupę przed sobą około 10 osób, co pociągnęło za sobą zbyt szybkie jak na moje obecne możliwości tempo. W połowie pierwszego kilometra po raz pierwszy spojrzałem na zegarek, który pokazywał 3:45 na kilometr. Za szybko. Zacząłem zwalniać do ok. 4:00 na kilometr, grupa prowadząca zaczęła mi odchodzić.

Po nawrotce było trudniej biec bo pod wiatr. Tu już katastrofa: tempo spadło do 4:10 – 4:25 na kilometr. Nie było już sił, nie było oddechu, jeszcze pod wiatr. Wyprzedził mnie jeden chłopak. Na kilometr przed metą zacząłem się oglądać do tyłu. Biegła za mną grupa kilku osób więc przyśpieszyłem znowu do 4:00. Obawiałem się, aby im nie przyszły do głowy niecne zamiary wyprzedzenia mnie sto metrów przed metą.

W ten sposób doczłapałem do mety z czasem 00:20:52. Na 13 miejscu spośród 102 uczestników biegu. Średnie tempo: 4:10. Wygrał Jacek Chruściel z Międzyrzeca Podlaskiego, który przybiegł z czasem 00:17:15. Szału nie zrobiłem, ale przyjemnie przedmuchałem płuca i rozruszałem nogi w Nowy Rok. Skosztowałem pysznego ciasta na mecie, popiłem ciepłą herbatą, spotkałem trochę znajomych i przyjaciół.


Dziękuję organizatorom i wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!