Data: 20 czerwca, sobota
Miejsce: Wola Przybysławska koło Lublina
Formuła zawodów: rogaining, 20 PK, 90 minut.
Mapa: 1:10.000, czarno-biała, częściowo aktualizowana.
Startujących w kategorii TS (seniorzy) – 12
Mój wynik: 2 miejsce, 16/20 PK zaliczonych w tym 1 stowarzysz.
Czas na trasie: 91 minut.
Pogoda: upał 30 stopni, słonecznie, sucho.
![]() |
| Mapa z naniesionym śladem GPS z mojego zegarka |
Wrażenia
To mój drugi start w tych zawodach. Poprzedni był w 2018 roku i wtedy wygrałem. W tym roku miałem nie startować, lecz Piknik Biegowy „Biała Biega” zaplanowany na połowę czerwca został niespodziewanie odwołany i to sprawiło, że zacząłem się rozglądać za zawodami zastępczymi. Padło na MIG-a, przy okazji można było coś załatwić w pobliskim Lublinie.
Na miejsce jechałem z Białej blisko 2 godziny. Miejsce startu znalazłem bez większych problemów bo było tam, gdzie kilka lat temu: na początku sporego lasu na wschód od Woli Przybysławskiej, po drodze do Meszna. Biuro zawodów? Tak szumnie bym tego nie nazwał bo był samochód, stolik rozkładany przy drodze, kilka krzesełek i 2-3 organizatorów. Można powiedzieć „biuro mobilne”. Dookoła kręciło się kilkadziesiąt osób, głównie dzieci i młodzieży. Widać było, że większość nastawiona jest na spokojny marsz z mapą. Wyglądających na typowych biegaczy dostrzegłem zaledwie kilku. Przebrałem się, nawodniłem, przygotowałem wszystko, co trzeba. Plecaka postanowiłem nie brać, pomimo upału. Tylko 90 minut – jakoś to wytrzymam bez picia.
Start był interwałowy - każdy miał inną godzinę startu. Swoją mapę otrzymałem jako jeden z ostatnich. W 2 minuty wyrysowałem optymalny w moim mniemaniu wariant przebiegu i rura. Po kilkuset metrach – stop! Przebiegłem banalnie łatwy PK (punkt kontrolny) nr 10. Musiałem wrócić. Dobrze, że nie daleko. Zły to jednak prognostyk na dalsze 19 punktów, jeśli wtapiam na tak prostych zadaniach.
Długi przelot asfaltem do PK 38. Wszedł gładko. PK 24 – kolejny na liście, już jednak nie. Szukałem go tam gdzie trzeba, lecz… nie z tej strony drzewa. Jakaś pani mi pokazała z daleka, że na drzewie obok mnie przybity jest lampion. Dziękuję! Kolejny PK 23 – na skrzyżowaniu dróg – wszedł lekko. PK 33 – kolejny – wydało mi się, że dobrze zaliczyłem a tymczasem w domu, po naniesieniu śladu GPS na mapę okazało się, że byłem kilkadziesiąt-100m przed nim. Musiałem zatem przybić stowarzysza. PK 34 i PK 42 weszły lekko. Minęło pół godziny. Miałem jeszcze godzinę na resztę punktów. Może zdążę?
I wtedy przytrafił mi się PK 41. Dochodziłem, szukałem, czesałem krzaki – i nie mogłem dojść. No nie tu. To gdzie? Po stracie kwadransa wybrałem desperacką opcję, że cofnę się do PK 34 i wejdę na niego od strony wioski Kruk. Bingo! Zadziałało. Był w dolince na polu, w zagłębieniu chyba po jakiejś sadzawce. Ze 20 minut tu straciłem, wszystko przez mój brak precyzji. Po prostu szukałem go 100 m za wcześnie, nie po tej stronie drogi.
![]() |
| Moje "czary-mary" przy PK 41 |
Kolejne punkty: PK 36, PK 40 i PK 35 weszły gładko. Były położone na charakterystycznych elementach rzeźby terenu lub przy drogach. Nie były trudne. Dopiero PK 31 znowu wybił mnie z rytmu. Zagłębienia z punktem szukałem ciut za daleko przez co znowu zmitrężyłem z 10 minut. Wiedziałem już, że wszystkich punktów w limicie nie zbiorę gdyż zostało około 20 minut i 8 punktów. Postanowiłem poszukać jeszcze PK 30 w jakimś obniżeniu terenu w lesie. Wszedł, aczkolwiek musiałem zatoczyć koło w miejscu, gdzie powinien być.
Zostało mniej niż 10 minut więc odpuściłem PK 21 i zdecydowałem gonić do głównej drogi leśnej. Jak to zrobiłem, że poleciałem na wschód zamiast na północny wschód – nie wiem do dziś. Miałem jakieś zaćmienie umysłu i przez to nadłożyłem drogi. Na tej głównej drodze, dosłownie w biegu przybiłem jeszcze PK 22, potem również w biegu 2 kolejne łatwe punkty: PK 14 i PK 12. Pędziłem ile miałem sił do mety bo wyobrażałem sobie, że lepiej nie mieć punktu, niż spóźnić się minutę. I tu był mój błąd gdyż za spóźnienie minutę było 25 punktów kary a za najtańszy nawet punkt – 100 punktów. Innymi słowy opłacało się spóźnić, jeśli była okazja podbić po drodze szybkie i łatwe punkty. Paweł – następnym razem czytaj dokładnie regulamin!
Dobiegłem mając zaliczonych 16 PK na 20 PK. Czas: 91 minut. Byli już chłopcy-biegacze ale to, że byli, nic nie znaczyło. Nie wiadomo było jakie i ile mieli punktów, w jakim czasie zrobili trasę. Fajny jest ten rogaining – biegniesz, mijasz się z kimś i aż do ogłoszenia wyników nie wiesz, kto prowadzi. Każdy mógł robić inny wariant, wystartować w innym czasie, w innym czasie wrócić.
Po godzinie czy dwóch, chowaniu się w cieniu, upieczeniu kiełbaski przy ognisku na pobliskiej łące, wypiciu soku z wodą ogłoszono wyniki. O dziwo byłem 2 na 12. Myślałem, że z tymi babolami będę poza podium a tu takie miłe zaskoczenie. Oprócz dyplomu i gratulacji dostałem termos. Miło.
Fajne te zawody. Takie bardzo rodzinne, amatorskie, kameralne. Ale przecież tak naprawdę nic więcej nie trzeba. Opłata symboliczna -20zł- nie rujnuje budżetu. Nie ma napinki na wielkie ściganie na wielkich zawodach. Jedni sobie chodzą z mapą, inni biegają. Bardzo fajne wydarzenie jako zawody i jako trening. Świetnie, że MIG - z tego co mi mówiono - po 3 latach nieobecności wrócił do kalendarza zawodów. Kolejna impreza na orientację w tym samym miejscu odbędzie się jesienią. Warto obserwować jej stronę [LINK]
Dziękuję organizatorom (Marcin Filipiak i Sławomir Juraszewski) oraz Wójtowi Gminy Garbów za świetną zabawę.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz