Krótka historia gdańskiego okrętu i jego zdobyczy
„Piotr z Gdańska” to XV-wieczna karaka, pierwotnie francuska, znana pod nazwą „Pierre de la Rochelle” (część literatury podaje nazwę „wielka karawela”, „Peter von Rassel” lub „Peter van Rasseel”). Ten wyjątkowo duży i nowoczesny jak na owe czasy statek na 350 osób przypłynął na Bałtyk wioząc transport soli i utknął w Gdańsku zniszczony przez burzę. Właściciel miał problemy z opłaceniem naprawy dlatego mieszczanie przejęli jednostkę nadając nazwę „Peter von Danzig” – po polsku „Piotr z Gdańska”. Nazwa jest niemiecka, gdyż ówcześnie mieszczanie pomorscy, tak jak choćby sam Kopernik, mówili częściej po niemiecku, niż po polsku. Od 1471 roku okręt zaczął pływać jako jednostka kaperska, udzielająca się w walkach Hanzy z Anglią. Dla niezorientowanych wyjaśnię, że kaprowie lub korsarze to prywatni właściciele statków mający upoważnienie od jakiegoś państwa bądź miasta na łupienie okrętów przeciwnika. Kaprami na „Peter von Danzig” dowodził sławny korsarz Paweł Beneke. Pewnie nigdy byśmy o tym okręcie nie usłyszeli, gdyby nie jego spotkanie z angielską galerą „Święty Tomasz” (wg innych źródeł „San Matteo”). Kaprowie z Gdańska 27 kwietnia 1473 roku abordażem zdobyli atakowaną jednostkę i w ładowni odkryli bardzo cenny towar. Pomiędzy precjozami znalazł się duży, prawie 2,5 metrowej wysokości obraz w formie tryptyku (trzyczęściowy) namalowany przez wczesnorenesansowego malarza niderlandzkiego Hansa Memlinga „Sąd Ostateczny”. Zgodnie z nazwą przedstawia koniec dziejów, gdy zmartwychwstali ludzie, goli jak święci tureccy są poddawani ostatecznemu i najważniejszemu egzaminowi – czy prowadzili złe, czy dobre życie. W centralnej części obrazu Święty Michał Archanioł – boski „silnoręki” w pięknej zbroi gotyckiej rozdziela zmartwychwstałych na dwie grupy. Na prawo, do niebiańskiego pałacu, na wieczny melanż idą ci dobrzy. Historycy sztuki poznali po twarzach, że nie są to randomowi dobrzy chrześcijanie, lecz „krewni i znajomi królika”, który u Memlinga obraz zamówił. Tym „królikiem” był włoski bankier Jacopo Tani, kierujący oddziałem banku Medyceuszy w Brugii. Niebo to w końcu nie plaża nudystów dlatego po drodze są ubierani, aby nie gorszyć innych Niebian. Ci, którzy wybrali ścieżkę zła idą na lewo, w piekielne czeluście, witani przez ciemnoskóre diabły. Ich się nie ubiera bo przecież nikogo już nie zgorszą – w piekle wszak są ci, którzy sami prowadzili gorszące życie. Diabły o cechach zwierzęcych ciągną nieszczęśników w ogień. Można mieć wątpliwości, jak działa waga Pana Michała, która waży dwie osoby na raz. Przyglądając się obrazowi człowiek może dojść do wniosku, że gdyby doszło co do czego, lepiej być ważonym jak ten włoski bankier Tommaso Portinari - z kimś, kto uczynił mniej dobrego i niewiele waży. Powinniśmy jednak być spokojni gdy spojrzymy w górę. Tam, nad uczciwym przebiegiem Sądu czuwa sam Jezus z Maryją, Janem Chrzcicielem i Apostołami. Piękny i straszny zarazem obraz naszej możliwej przyszłości płynął sobie z Brugii do kościoła pod Florencją. Płynął, płynął i nie dopłynął. Zdobycz została przekazana do Kościoła Najświętszej Marii Panny w Gdańsku. Obecnie poddawany jest konserwacji w Muzeum Narodowym w Gdańsku jako jeden z najcenniejszych zabytków. W roku 2027, który Gdańsk ogłosił Rokiem Memlinga Muzeum planuje ponownie udostępnić dzieło.
![]() |
| "Sąd Ostateczny" Hansa Memlinga |
Modele kartonowe „Piotra z Gdańska”
Karaka gdańska w zasłużonym „Małym Modelarzu” pojawiła się dwa razy. Autorem pierwszego wydania (numer 3/1994) pod nazwą „Piotr z Gdańska, gdańska karawela z XV wieku” był Krzysztof Wolbek. Model jest dosyć kolorowy, rozrysowany na 4 kartonach i 2 cieńszych kartkach, bez druku dwustronnego. Tej wersji nie sklejałem. Mam go w swojej kolekcji i wygląda na bardziej uproszczony, niż wydanie późniejsze. Widać to choćby po talrepach i poszyciu dna zaprojektowanym nie z desek, a w klasyczny sposób. Cechą na plus jest dokładniejsze opisanie historii jednostki, niż w wydaniu nowszym. Model jest mały - skala 1:200.
Sklejałem wydanie drugie, numer 7-8/2005 pod tytułem „Piotr z Gdańska. Gdańska karaka z XV wieku”. Autorem opracowania jest Patryk Zuzański. Skala – 1:200. Na wstępie, zaraz pod rysem historycznym czytamy, że nowe opracowanie powstało m.in. dzięki fachowym materiałom udostępnionym przez Jerzego Litwina z Muzeum Morskiego w Gdańsku. Miałem przyjemność z doktorem Litwinem gdy przyjeżdżał do Instytutu Archeologii UMK, aby poprowadzić wykłady z historii budownictwa okrętowego dla przyszłych archeologów podwodnych. Byłem jednym z jego studentów i dobrze wspominam te zajęcia. Nie wiedziałem wówczas, że Pan Litwin zna się też bardzo dobrze na modelarstwie. Jest między innymi autorem książki o budowie modeli żaglowców.
Model postanowiłem rozpocząć z kilku powodów. Próbowałem już budować żaglowce – we wczesnej młodości zabierałem się za „Mayflowera”, za „Victory”, chyba też za „Cutty Sarka”. Za każdym razem poległem. Tym razem postanowiłem wyrównać rachunki. Model wydawał się pracochłonny, ale też nie nazbyt rozbudowany. Tylko 4 kartki na kartonie, 3 na cienkim papierze. Nie za dużo. Zachęcał druk dwustronny żagli, burt i kilku innych elementów. Części wydawały się schludne, komputerowo zaprojektowane, o cienkiej kresce, bez przesunięć kolorów. Karton jeszcze stosunkowo nowy i biały a zatem nie powinno być problemów z jego rozdwajaniem się. Cieszyła, ładna, brązowo-żółta kolorystyka. Nie ma na tym okręcie żadnej kolorowej pstrokacizny występującej na innych starych żaglowcach. Pewnie to zgodne z prawdą historyczną, ale w moim odczuciu szpeci. Modeli z warsztatu kreślarskiego Patryka i Lecha Zuzańskich – jeśli się nie mylę rodziny wybitnego modelarza gdańskiego, który zginął tragicznie w wypadku samochodowym, gdy wracał z zawodów modelarskich wioząc kolejny sukces. Nie sklejałem jeszcze niczego od Zuzańskich i nie wiedziałem, jak ze spasowaniem części, czego się po tych modelach spodziewać.
Martwiły rzeczy trzy: po pierwsze widoczna na pierwszy rzut oka mała ilość rysunków montażowych, po drugie poszycie dna z długich klepek, które jak mniemałem będzie wyglądało bardziej realistycznie ale sprawi problem przy montażu. Po trzecie drobniutkie części kartonowe przy olinowaniu – bloczki i jufersy.
Przebieg budowy – na co zwrócić uwagę i gdzie są „miny”
Szkielet kadłuba – model zdenerwował mnie już na samym początku, w momencie, gdy wyczytałem, że szkielet kadłuba powinien być naklejony na karton grubości 2mm. Po co aż 2 mm dla modelu długości ledwie 22 cm zamiast zwyczajowego 1mm grubości? Nie wiem do dziś.
Poszycie kadłuba – To trzeba zrobić uważnie i dokładnie. Karaka ma poszycie karawelowe, na styk, nie na zakładkę jak w konstrukcjach wcześniejszych. Przystępując do budowy uważałem, że tzw. podposzycie to nowomodna fanaberia i nie będę go robił. Zrobiłem zgodnie z instrukcją, czyli deski przyklejane do wręg na styk, pomiędzy nie wklejałem od spodu brązowe paski łączące. Wyszło jakoś, ale właśnie - JAKOŚ. Miejscami ujawniły się szpary, zostały mi też dwie krótkie deski 9L i 9P, których nigdzie nie przykleiłem. Powinny być zapewne pod rufą. Czasem widać efekt „krowich żeber”. Niestety instrukcja nie wspomina, że warto zrobić podposzycie, przynajmniej w strefie dna kadłuba. Teraz już wiem, że naprawdę WARTO i następnym razem zrobię. Ogólnie zauważyłem, że projekt Patryka Zuzańskiego należy traktować jako wyjściową bazę dla autorskich metod sklejania. Postępowanie zgodnie z instrukcją, z nikłymi rysunkami, prawdopodobnie skończy się dla mało doświadczonego modelarza tragicznie. I u mnie mało brakowało, abym na tym etapie posłał kadłub do kosza. Wahałem się, ale postanowiłem dokończyć – jakkolwiek ale skończyć swój pierwszy żaglowiec.
Kolejne części które zostały – W6a, W7a, W8a i W9a. Nie występują ani na rysunku montażowym, ani nie są opisane w tekście. To są elementy wręg, wystające ponad pokład. Ja je zwyczajnie pomalowałem na brązowo. Projektant znalazł za to miejsce aby opisać, jak skleić banalną podstawkę pod okręt.
Stępka ze stewami – też warto zrobić ją po swojemu. Postanowiłem gdzie się da unikać kartonu 2 mm. Nakleiłem te elementy na cienki karton; wnętrze wypełniłem brązową masą plastyczną, dzięki której też przy montażu do kadłuba, uniknąłem szpar.
Kasztele dziobowy i rufowy wraz z zadaszeniami – w miarę dobrze je się skleja, podobnie jak wszelkie elementy na pokładzie: szalupę, kabestan, pompy, pachołki, luki ładowni. Jest trochę zabawy z zamocowaniem oczek do want, które zrobiłem z cienkiego drutu. Została mi tekturka pod kasztelem dziobowym, część nr 3. Kolejne zbędne usztywnienie.
Maszty – można zrobić z drewna. Sam zdecydowałem swój pierwszy żaglowiec wykonać z jak największej ilości elementów z kartonu; w tym żagle i maszty. Nie jestem zwolennikiem dokupowania gotowych elementów do modelu kartonowego, gdyż zaczyna on być coraz mniej kartonowy. Maszty i reje można z powodzeniem wykonać z cienkiego kartonu z planów. Trzeba je jednak usztywnić patyczkami bądź drutem w środku (oklejonym do odpowiedniej grubości kartonem. Są tu znowu niepotrzebne elementy, białe krążki, których nie wykorzystałem: 93a, 85a, 80a, 97a, 83a. Bocianie gniazdo skleja się dobrze. Jest sporo zabawy z włóczniami i hakami, które się tam umieszcza. Drzewca wykonałem z drutu a żeleźca z kartonu. Wszystko oczywiście odpowiednio pomalowałem. Drabinka prowadząca na bocianie gniazdo została wykonana z nici usztywnionej wikolem i BCG. Sztagi z trzech skręconych nici czarnych, usztywnionych wikolem i BCG. Trzeba zadbać, aby to wszystko było odpowiednio sztywne, nie sflaczałe. Wydaje się, że sztagi również powinny mieć jufersy, jednak na rysunku generalnym tego nie ma, toteż i ja ich nie zamocowałem (a na końcu zostało mi trochę bloczków, nie wiadomo do czego).
Jufersy, wanty – tu jest dużo zabawy. Znowu mamy do czynienia z dziwnymi pomysłami, aby małe części naklejać na 2mm karton. Trzeba to obejść, np. naklejając obie strony jufersów np. na karton. Wiązania jufersów robiłem z cienkiego drutu, odpowiednio malowanego. Średnio mi to wyszło i nie jestem zadowolony z tych elementów. Tutaj też sztuką jest, aby te elementy były odpowiednio napięte.
Bloczki i olinowanie ruchome – dużo zabawy, tym bardziej, że projektant zadania nie ułatwił. Knagowanie lin (gdzie je przywiązać) jest oznaczone bardzo nieczytelnie. Mikroskopijne bloczki o wielkości 1mmx2mm instrukcja zaleca naklejać na karton 2 mm. Absurd. Problem rozwiązałem w ten sposób, że zwinąłem brązową rurkę, lekko ją spłaszczyłem aby miała kształt i średnicę bloczka, pociąłem na 1,5mm odcinki i następnie zaklejałem je z obu stron częściami 111a i 111b. Łatwiejsze, dużo mniej denerwujące.
Podsumowanie
Model budowałem używając kilku rodzajów kleju: UHU Power, BCG i Wikol (Magic). Retuszowałem farbami i pastelami olejnymi. Kończąc poszczególne etapy polakierowałem matowym akrylem. Przy modelu tym, zwłaszcza przy kadłubie nakląłem się dużo i miałem nieprzychylną opinię o jego projektancie. Z czasem moja ocena stała się bardziej przyjazna i życzliwa wobec autora projektu. Owszem, instrukcja sklejania jest beznadziejnie słaba, rysunków jest mało i ogólnie wygląda to tak, jakby autor wspaniale się bawił projektując model w jakimś programie komputerowym nie wysilając jednak wyobraźni, jak to będzie wyglądało w praktyce. Jak owa młodzież do której przecież „Mały Modelarz” z nazwy jest skierowany wytnie maciupkie bloczki z 2mm kartonu, jak zrobi bez dziur poszycie kadłuba. Wady te sprawiają, że odradzam „Piotra z Gdańska” początkującym.
Tyle mojego narzekania, teraz pochwały. Model jest sklejalny i uważam, że jest ładny. Kolorystyka jest w dobrym guście. Linie cienkie i czytelne, dobry druk dwustronny. Deskowe poszycie, nawet to niezbyt udane moje wydaje mi się bardziej realistyczne, niż gdyby było zrobione tradycyjnie. Zabierając się do budowy trzeba po pierwsze: zgromadzić materiały (też rysunki, rekonstrukcje z Internetu), jak wyglądała karaka, gdzie i jak miała powiązane liny. Pomóc mogą np. Plany Modelarskie 147 „Karaka. Największy okręt XV wieku”, książki Cezary Ciesielski „Budowa modeli żaglowców dla początkujących” oraz Andrzej Karpiński i Stefan Smolis „Modele kartonowe statków i okrętów”, artykuły z miesięcznika „Modelarz” o budowie żaglowców, zwłaszcza o masztach i olinowaniu pióra Cezarego Ciesielskiego, Kazimierza Ratajczaka czy Lecha Zuzańskiego. Po drugie: trzeba przyjąć do wiadomości, że to co jest w instrukcji i to co jest wydrukowane na kartonie to punkt wyjścia. Warto w oparciu o własne doświadczenie i wiedzę modyfikować składanie poszczególnych elementów tak, aby sobie życie ułatwić a nie utrudnić. Jeśli mamy odpowiedni zasób cierpliwości, wiedzy i pozytywnego nastawienia możemy zbudować całkiem ładny żaglowiec.
Gdy model skończyłem to stwierdziłem, że podoba mi się, pomimo widocznych braków. Zbliżała się Bielska Majówka Modelarska 2025 więc zabrałem żaglowiec na wystawę. Nie było w tym roku dużo żaglowców, konkurencja nie była wielka i mój „Piotr z Gdańska” o dziwo, załapał się w konkursie na 3 miejsce podium. Warto było go skleić tym bardziej, że przy okazji rozwinąłem swoją wiedzę o budowie dawnych okrętów.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz