Pokazywanie postów oznaczonych etykietą półmaratony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą półmaratony. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 lipca 2020

II CROSS Półmaraton w Kaliłowie


Zdjęcie: P. Dymowski
Startów w czasach epidemii ciąg dalszy. Chciałoby się napisać, że z tygodnia na tydzień zaraza się cofa, lecz niestety tak nie jest. W naszym powiecie zachorowalność na wirusa w ostatnich dniach wystrzeliła. Informacje o licznych zarażonych w gminie Piszczac dotarły do mediów o ogólnopolskim zasięgu. Wszystko to sprawiło, że poważnie zastanawiałem się, czy jechać na opłacony już półmaraton do Kaliłowa. Na pierwszej edycji nie byłem, żal było opuścić i drugą więc ostatecznie chęć startu zwyciężyła. Zabunkrowałem się w okulary, maseczkę na twarz, gumowe rękawiczki, spryskiwacz dezynfekujący i pojechałem. Koledzy mieli ze mnie ubaw, ale ja – co tu dużo mówić – autentycznie się obawiałem. Trochę o siebie, ale też i o starszych wiekiem bliskich, z którymi mam kontakt. Na miejscu mierzono nam temperaturę i ograniczono do minimum czas przebywania w biurze zawodów. Czy to jednak wystarczy? Taka 100-osobowa ciżba kupiąca się przed bramą startu to przecież jak wesele. Niech przyjdzie jeden „rozsiewacz” i nieszczęście gotowe. Może przesadzam, może jestem panikarzem, ponadprzeciętną odwagą nigdy nie grzeszyłem, ale coraz bardziej skłaniam się ku startom interwałowym: tak, jak rozwiązali to organizatorzy Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich.

Wystarczy tego straszenia, wróćmy do zawodów. Jak się biegło w Kaliłowie?

niedziela, 4 marca 2018

38. Półmaraton Wiązowski 2018 – smak słodko-kwaśny

Bardzo stara impreza, według ulotki, którą dostałem w pakiecie, ten podwarszawski półmaraton rozgrywany jest od 1981 roku. Znany jest z tego, że otwiera sezon na biegi uliczne w Polsce, po zimowym okresie przygotowawczym. Chciałem w nim wystartować gdyż pasował mi termin a ponadto nigdy w Wiązownej nie biegłem. Nawet wtedy, gdy przez kilka lat mieszkałem w stolicy.

Warunki w tym roku były dobre. Około minus 2 stopni, suche ulice, słonecznie, miejscami wietrznie ale nie jakoś porywiście. W mojej ocenie pogoda na 4+. Do tego trasa miała być szybka. Jedynie na 12 kilometrze trzeba było spodziewać się podbiegu.

Warunki w ogólności wydawały się dobre na życiówkę. Organizatorzy podstawili „zająców” na różne czasy, w tym na 1:30 i 1:20. Co w tej sytuacji postanowiłem zrobić ja? Zaryzykować. Spróbować podczepić się pod „zająca” na 1:20 i biec ile się da. Najlepiej do końca. Życiówkę mam 1:20:30 ale zrobiona była w czasach, gdy byłem w dużo lepszej formie. Zdecydowałem biec bez muzyki a nawet rozważałem bieg bez zegarka i paska od pulsometru. Wiem, to pomaga utrzymać tempo. Ale z drugiej strony myślę, że częste spoglądanie na tętno i zegarek hamuje mnie psychicznie. Zobaczę wysokie tempo i szybkość wyższą od planowanej i zwalniam. Tym razem postanowiłem pobiec nie patrząc na zegarek. Przed startem wypiłem „sok z gumijagód”, skitrałem w kieszonce dwa żele, przywitałem się z „zającem” zawierzając mu swój los i byłem gotowy.

 
Wbrew pozorom jestem na tym zdjęciu. Zdjęcie: WarszawaBiegnie.PL

Bieg. Tłok i dużo ludzi. Za „zającem” na 1:20 puściło się ze 30 osób. Kilometry mijają i jakoś trzymam. 4-ty, 5-ty. Na 7 kilometrze zając zaczął mi uciekać. – No ładnie pomyślałem, przy tempie 3:45 - a takie powinien trzymać „zając” - myślałem, że dociągnę choć do 10 kilometra. Tymczasem jest siódmy, a mi „zając” odchodzi na 20 metrów. Był to na szczęście chwilowy kryzys. Wciągnąłem żel, podgoniłem grupę. W zasadzie grupkę. Około 8 kilometra z pierwotnej bandy goniącej za „zającem” na 1:20, zostało nas 6. Trzymałem się grupy z wywalonym do piersi jęzorem. A „zając”? Jak to „zając”: gadka-szmatka to z jednym to z drugim, wyluzowany, widać, że był na wycieczce turystyczno-krajoznawczej.

Zbiegamy w dół, niedługo jest agrafka i nawrót z powrotem do Wiązownej. Jeszcze przed półmetkiem dogonił nas i minął Pan Leszek Stubiński z Piszczaca. Potem do grupy dodreptała jakaś dzieweczka. Malutka, sięgająca mi ledwie po piersi. Ale szybka, skubana. Dzielnie trzymała się w grupie na 1:20. Ostatecznie była chyba 4 wśród kobiet i przybiegła przede mną.

Na 12 kilometrze podbieg przed którym mnie ostrzegano. Był, trochę zwolniłem ale nie zmasakrował mnie za bardzo. Dalej trzymałem się za „zającem”. Niestety, tylko do 14 kilometra. Jakieś 7 kilometrów przed metą „zając” z kilkoma towarzyszącymi osobami zaczął mi odchodzić. 10 metrów, 20, 30.... Nie miałem siły lub wystarczającej woli walki, aby go dojść. Po nawrotce zaczęło wiać w twarz. Poczułem, że nogi robią się ołowiane. Wciągnąłem drugi, ostatni żel. Jeszcze z 5 kilometrów do mety.

 
Końcówka. Zdjęcie: Aktywni Węgrów

Na ostatnich kilku kilometrach trochę się pozbierałem. Odżyłem. „Zająca” na 1:20 jeszcze widziałem przed sobą ale był już może 300 metrów przede mną. Wiedziałem, że go nie dojdę, po prostu zaciskałem zęby, aby te ostatnie kilkanaście minut męki wytrwać godnie. Wcześniej brałem od dzieci ciepłą herbatę. Na końcówce już po prostu zaciskałem zęby i nic nie brałem na punktach. Biegłem sam, aż do mety. Ostatni kilometr pobiegłem szybciej wiedząc, że to ostatni kilometr. Tu trzeba wykrzesać ostatki sił. Zobaczyłem metę a zegarek na niej dosłownie kilkanaście metrów przed końcem. Wskazywał 1:20:30. Kurna!!!!

Przekroczyłem metę w 1:20:33 brutto (1:20:30 netto). Pobiegłem 3 sekundy wolniej niż moja życiówka nabiegana na półmaratonie w Radomiu w... 2013 roku. Poprawa najlepszego wyniku z przed 5 lat była tak blisko, w zasięgu dosłownie kilkunastu kroków. 4 sekundy!

Miejsce zająłem 45 na 1557 zawodników. Wśród mężczyzn byłem 41. Cóż, obsada była mocna więc zajęte miejsce ma dla mnie znaczenie drugorzędne. Na żadne podium tu nie liczyłem. W swojej kategorii wiekowej byłem 11 na 539.

Ważniejszy jest czas i staram się o nim myśleć pozytywnie. Cieszę się, że szklanka jest w połowie pełna a nie rozpaczam, że jest w połowie pusta. W końcu nabiegałem swój drugi najlepszy wynik w półmaratonie. Marzyłem o poprawie życiówki ale nie bardzo wierzyłem, że się uda. Nie udało się, fakt, ale z wyniku jestem i tak zadowolony. Mogę podsumować, że „wiązowska potrawa” smakowała mi bardziej słodko, niż kwaśno. Było fajnie.

Następny start: IV Dycha do Maratonu w Lublinie. Chyba, że jeszcze wcześniej treningowo 5 km na Dzień Kobiet. Zobaczę.



Plan trasy ze strony organizatora

piątek, 16 czerwca 2017

Dyszka tu, połówka tam czyli moje podwórkowe starty w rodzinnych stronach

 II Majowy Bieg „Na Wisznicką Milę”

Zdjęcie: Gmina Wisznice
Proszę, jak to bieganie się rozwija – Wschód Polski pod względem ilości imprez biegowych był zawsze w tyle za częścią zachodnią ale i tu czas nie stoi w miejscu. W moich Wisznicach wystarczyło, abym wyszedł 500 metrów od domu i już mam imprezę biegową na różnych dystansach, w sumie na 133 uczestników. Fakt, że to zawody typowo „podwórkowe”: w biegu na 10 km wystartowały ledwie 22 osoby w tym 4 kobiety, po polnych drogach, bez żadnych chipów do pomiarów czasu ani nawet numerów startowych. Każdy miał jedynie w kieszeni karteczkę z nazwiskiem. Ale jest: pierwsza „dycha” w Wisznicach.

Osobom niewtajemniczonym wyjaśnić należy jeszcze nazwę imprezy. Dlaczego piszę, że pierwsza „dycha” skoro impreza ma numer „2”? Ponieważ w ubiegłym roku bieg główny „Wisznickiej Mili” zorganizowany został na dystansie 5 km. Druga sprawa – „wisznicka mila”. Czyżby był jakiś lokalny, wisznicki system miar, w którym mila miałaby 10 km? Skąd. Bieg główny miał dystans 10 km natomiast przed nim wystartowały biegi krótsze: dla dzieci i młodzieży. Był też bieg na 1609 m czyli właśnie na współczesną milę anglosaską. Dziwić trochę może, odniesienie do obcego na tych terenach, anglosaskiego systemu miar a nie do bliższego nam, stosowanego w dawnej Rzeczypospolitej. U nas w XVI-XVIII wieku mile przecież też były: polskie, litewskie czy ruskie. Ich długość zmieniała się w zależności od rodzaju i czasów wahając w przedziale około 5500 – 8500 metrów.

Jak się biegło? Meta była w centrum Wisznic zaś biegaczy wywieziono dwoma busami na linię startu, na polne peryferia Dubicy – sąsiedniej miejscowości. Wystartowaliśmy na sygnał drąc po żużlowej a następnie polnej drodze, robiąc po drodze jedną pętlę. Warunki łatwe nie były: słońce, około 25 stopni, prawie żadnego cienia, piasek na drodze zwykle sypki. Z powodu gorąca mazgaił się nie będę. „Jest zima to musi być zimno” – tłumaczył pani kierowniczce palacz w „Misiu” [Miś – kotłownia]. Teraz „jest lato to musi być gorąco” – tak możemy sparafrazować misiową sentencję. Trzeba być na upał przygotowanym nawet, gdy ktoś – tak jak ja – go nie lubi. Fortunnie dało się na trasie schłodzić: dwukrotnie przebiegaliśmy obok punktu z wodą. Inny czynnik pozytywny to taki, że wiejący dosyć silny wiatr dmuchał najczęściej w plecy.

Rywalizacja przebiegła w zasadzie zgodnie z moimi przedstartowymi przewidywaniami. Przed wyścigiem spotkałem znajomego ucznia z lokalnego liceum, Rafała Klimka. Przypuszczałem, że z nim przegram bo jest ode mnie szybszy. Im krótszy wyścig, tym mniejsze mam z Nim szanse. Biega zwykle do 5 km więc mogłem się łudzić, że na ostatnich kilometrach biegu na dychę spuchnie i zwolni. Rzeczywiście, trochę zwolnił ale nie na tyle, aby dać się dogonić. Przybiegł trzeci (38:15).

Przyjechał też Marek Jaroszuk z Łomaz z którym zawsze przegrywam dyszki i piątki. Marek, piłkarz lokalnej drużyny, utalentowany biegacz – amator znany w regionie, w dłuższych biegach nie startuje. Ten przybiegł drugi (37:18).

No i był jeszcze jeden biegacz, dla mnie nieznajomy – czarny koń wyścigu. Po ubraniu, startówkach na nogach, bardzo szczupłej sylwetce wyczułem biegowego charta. Nie pomyliłem się: Dawid Kwiatkowski z Lublina wygrał rywalizację z wynikiem 35:29.

A ja? Cóż, z czasem 38:57 przybiegłem czwarty. Zacząłem po 3:42, potem na tym piachu i słońcu nieco spuchłem i biegłem po 4:00. W niezłym stanie wbiegłem na metę tracąc do poprzedzającego Rafała 42 sekundy. Oczywiście, że był to bieg na „własnym boisku” i chciałem się przed wiszniczanami pokazać z jak najlepszej strony. Cudotwórcą jednak nie jestem. W ciągu ostatniego roku VDOT spadło mi z 58 na 55 i osiągam adekwatne do tego stanu wyniki. Z kim miałem wygrać to wygrałem, z kim miałem przegrać to przegrałem. Niespodzianek nie było.

A sam bieg był świetnym treningiem przed innymi, większymi imprezami. Jeśli tylko będę mógł to za rok znowu wystartuję.

4. Maestrocafe Półmaraton Chełmski

Chełm leży 80 km od moich Wisznic a zatem strony nie wydają się "rodzinne", ale rodzinnymi są. Tam mieszkały moja śp. babcia i śp. mama, gdy uciekły z Wołynia przed widłami i siekierami. Tam jeszcze dziś żyje część mojej rodziny. W młodości wielokrotnie przyjeżdżałem do Chełma, chętnie jeżdżę i dziś, choć już znacznie rzadziej. Miasto na pagórkach pełne starych kamienic i brukowanych ulic, stary cmentarz, babcia kochająca zwierzęta, karmiąca gołębie na parapecie swojego okna, z którego widać gmach PKWN - tak mi się kojarzy Chełm.
 
Biegłem tu już kiedyś połówkę - pierwszą edycję (2014). Półmaraton okazał się dosyć upalny, mocno pagórkowaty na pierwszych kilometrach i słabo obsadzony. Miłym zaskoczeniem było dla mnie 3 miejsce OPEN na 228, choć uzyskany czas nie był żadną rewelacją (01:21:36). Z resztą przez większość wyścigu biegłem drugi, dałem się wyprzedzić na końcówce [LINK do relacji].
 
W tym roku pojechałem na czwartą edycję. Co się zmieniło? Przede wszystkim trasa. Start z miejskiego parku, całkiem ładnego, mającego dobrą infrastrukturę i potencjał do bycia bazą zawodów biegowych. To zdecydowanie plus. Do tego trasa - stała się bardziej miejska. Pierwotna wersja prowadziła bardziej po obrzeżach miasta, nad Zalewem „Żółtańce”. Obecna wersja wiodła biegaczy głównie po mieście a że miasto leży na pagórach, to i tych podbiegów było jakby więcej (wg. organizatora +/- 140 metrów).
 
 
 
Był to mój pierwszy półmaraton w tym roku, po różnych problemach z czasem do treningu więc nie zamierzałem kozaczyć. Pierwotnie miałem pobiec w tempie ok 3:50 na km. Gdy zobaczyłem w dniu zawodów upał i bezchmurne niebo przesunąłem poprzeczkę zakładanego tempa na 4:00 na kilometr. Ostatecznie postanowiłem pobiec jeszcze trochę inaczej: na tempo i tętno. Z badań robionych w ubiegłym roku wyszło mi, że powyżej tętna 179 uderzeń na minutę przekraczam próg anaeobowy co z kolei powoduje, że przy dłuższym takim biegu muszę się zadziabać. Wobec tego zdecydowałem biec w granicach 3:50-4:00 i pilnować, aby nie przekroczyć tętna 179 HR.
 
Co wyszło w praktyce z takiego biegu "na zaciągniętym hamulcu"? To, czego się można spodziewać: Bieg w miarę lekki, bez kryzysów ale i bez świetnego czasu. Początkowy etap rywalizacji mocno mnie zaskoczył. Na pierwszych kilometrach widziałem prowadzącego, który biegł wolno, niewiele szybciej ode mnie. Na oko nie szybciej niż 3:40 na km. Młody, szczupły, szybki - przyszły zwycięzca biegu (01:17:08). Oglądał się za siebie pewnie zdziwiony, że nikt go nie goni i nie zmusza do biegu szybciej. Za nim grupka kilku osób, potem ja, gdzieś pod koniec pierwszej dziesiątki. Już na początku widać było, że poziom rywalizacji nie będzie tu wysoki lecz wybitnie amatorski.
 
Biegłem swoje starając się mniej trzymać tempo a bardziej płynnie reagować na zmianę pochyłości terenu, to zwalniając na podbiegach, to wracając do szybkiego tempa na zbiegach. Na jednym ze stromych podbiegów na brukowanej uliczce w centrum miasta zwolniłem wyraźnie. Wykorzystało to chyba pięciu biegaczy, którzy mnie wyprzedzili spychając poza pierwszą dziesiątkę zawodników. Był to może 4, może 5 kilometr trasy. Po cichu liczyłem, że chłopcy robią tu błąd cisnąc ostro pod górę i zapłacą za to na końcowych kilometrach. Tak mi podpowiadało doświadczenie z biegów górskich i ultra i jak się zdaje miałem rację. Wszystkich lub prawie wszystkich tych, co mnie wyprzedzili wyprzedziłem ja, w drugiej połowie trasy.
 
Zdjęcie: Sto kolorów kuchni
Stopniowo wymijałem puchnących lecz nie w szaleńczym tempie. Biegłem asekuracyjnie, trzymając się planu nie przekraczania bariery 179 HR. W okolicach 14 kilometra zacząłem być coraz bardziej zmęczony, tętno zaczęło rosnąć a ja, aby nie szaleć w strefie tętna 180 i wyższym musiałem zwolnić.
 
Przez długi czas, na ostatnich kilometrach widziałem 2 chłopaków biegnących może 200, może 400 metrów przede mną. Byli blisko, pewnie były szanse się z nimi pościgać ale zbyt asekuracyjny bieg sprawił, że przyśpieszyłem dopiero na ostatnich setkach metrów, zbyt późno. Chłopcy biegli razem co zapowiadało, że na finiszu będą się ścigać o 4-5 miejsce i włączą sprint biegnąc "w trupa". Efekt był więc taki, że przybiegłem tuż za nimi uzyskując czas 01:24:45, 6 miejsce OPEN na 265 i pierwsze w kategorii M40.

 
Zrobiłem fotorelację z tego biegu dla Festiwalu Biegowego [LINK do relacji]
 

wtorek, 7 lipca 2015

Przedmuchanie płuc przed Grossglockner Ultra Trail


IV Półmaraton Tradycji w Adamowie miał miejsce w ostatnią sobotę. Miałem na niego nie jechać, ale w końcu pomyślałem, że dlaczego nie? Za Radzyniem Podlaskim, tylko kilkadziesiąt kilometrów od Wisznic. Nigdy tam nie biegłem. Poza tym taki crossowy półmaraton po lesie może być dobrym treningiem przed czekającym mnie za 3 tygodnie górskim biegiem ultradystansowym w Austrii. Pojechałem.

Jak się biegło? Średnio na jeża. Trasa płaska, piaszczysta, miejscami trochę grząska. Upał 30 stopni, ale start o 18-tej i już tak bardzo nie dokuczał. Osób pobiegło ponad 200. Wszyscy zaczęli spokojnie, ruszyli ze 4:00 na kilometr. Jakoś miałem jeszcze wtedy ochotę na szybsze tempo to po kilkuset metrach bezwstydnie wysunąłem się na prowadzenie. Na uszach miałem mp3, energetyczną muzykę. Nic mnie nie interesowało, robiłem swoje. Biegłem sobie tak kilka kilometrów po 3:40-3:50, potem zacząłem puchnąć. Dogonili mnie chłopcy za mną. Jeden, drugi, trzeci. Tempo mi spadło do 4:00.

Gdzieś w połowie doszedł mnie Paweł Młodzikowski, szef adamowskiego klubu V-Max, organizator imprezy. Chłop normalnie dużo ode mnie szybszy, ale powiedział, że był bardzo zajęty sprawami organizacyjnymi, nie miał czasu biegać i nie przygotował się do zawodów. Pobiegliśmy tak razem kilka kilometrów, pogadaliśmy. Jakoś luźno sobie biegłem. Z czasem Paweł pozwolił mi się wyprzedzić.

Ostatnie kilometry pokonywałem po jakieś 4:00-4:15 na kilometr. Męczyłem się, ale nie mogłem się przełamać i przyśpieszyć. Biegłem tak jak na treningach. Jakoś nie miałem siły. Byłem w pierwszej 10. Gdzieś 5 km przed metą wyprzedził mnie Romuald Prószyński. Ja z kolei łyknąłem jakiegoś chłopaka w niebieskiej koszulce i odwróconej czapce, który wyraźnie puchł.

I w ten sposób doturlałem się do mety. Czas 1:25:27. Miejsce 7 na 214, którzy ukończyli. Do szóstego zabrakło mi 13 sekund. Był upał i piach, ale wynik raczej słaby. Na progres nijak nie wskazuje. Ja to już szybszy chyba nie będę. Chciałoby się powiedzieć „starość nie radość”, mam 38 lat, gdzie tu oczekiwać postępów i szybkości? Ale ciekawostka: spośród 6 biegaczy, którzy mnie wyprzedzili 5 miało ponad 40 lat. Może jest jeszcze dla mnie nadzieja?

Czołówka nie była mocna. Najlepszy Sebastian Lipiec wygrał z czasem 1:22:41. Na mecie było dużo jedzenia i picia, także procentowego. Za pierwsze miejsce w kategorii wiekowej M30 dostałem „V-Max izotonic drink” w butelce o kształcie wyraźnie wskazującym na charakter zawartości. Pijam procenty od wielkiego święta, więc butelka poczeka chyba długo na specjalną okazję. Niemniej fajnie, że jest.

Na zakończeniu była swojska uczta: wędliny, kiszone ogórki, chleb ze smalcem i upieczony ssak. Czy to była świnia, dzik czy też guziec – taka świnia z Afryki – nie mnie rozstrzygać. Zoologiem nie jestem. W każdym razie miękkie tkanki owego zwierza dosyć szybko znikły w brzuchach imprezowiczów a ostał się jedynie szkielet.

Impreza w sumie fajna, swojska. Z tą biesiadą i drewnianymi medalami przypomina Półmaraton Hajnowski. Zrobiłem z niej fotorelację dla Festiwalu Biegowego. Gdyby ktoś chciał poczytać, pooglądać zdjęcia - tu jest [LINK].

Podium M 30

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

III Półmaraton Chmielakowy - relacja


[LINK] do relacji z 2013 roku
[LINK] do strony zawodów

Wrażenia

Przyjechałem tu po raz drugi. Tylko 111 km od Wisznic, dobry trening, na super czas nie ma co liczyć bo trasa pagórkowata i częściowo szutrowa. Ale jest kategoria Mistrzostwa Nauczycieli Województwa Lubelskiego w Półmaratonie – to mnie kusiło dodatkowo. W tamtym roku nabiegałem tu 1:21 z hakiem, byłem 14 OPEN i 3 wśród nauczycieli. Ale wtedy byłem w gazie. W tym roku wiedziałem, że jestem w gorszej dyspozycji. Prognozowałem czas 1:23.

Zdjęcie: JKR Ostrowski
Pogoda całkiem niezła na ściganie. W przeddzień treningu nie zrobiłem, ale czułem jeszcze mięśnie po treningu czwartkowym. Wystartowaliśmy z placu w centrum miasta. Biegłem swoje z rzadka patrząc na pulsometr. Zerkałem głównie na tętno uważając, by nie schodzić poniżej 180. Znaczyłoby to, że się zanadto obijam. Na pierwszych kilometrach łyknąłem ze 2 osoby, ale dosyć szybko kolejność uległa stabilizacji. Widziałem przed sobą całkiem sporo osób, szału z biegu na wysokiej pozycji nie było. W II połowie udało mi się dojść Ukrainkę, która nieco zmiękła około 16 kilometra, zaczęła się nerwowo oglądać za siebie a ostatecznie przybiegła druga wśród kobiet. Dogoniłem jeszcze dwóch chłopaków. Jeden z nich spuchł tak, że aż przeszedł w marsz ze 4 kilometry przed metą. Drugi zamarudził przy punkcie z wodą. Na metę wbiegłem niezagrożony z czasem 1:24:11. Marność i lipa – czas gorszy od zeszłorocznego aż o 3 minuty. Miejsce OPEN 15 na 447*. W kategorii wiekowej M36-49 byłem 5 na 168*. W kategorii nauczyciele drugi na 36*. W tym roku stawka nauczycieli była wyraźnie słabsza. Rok wcześniej z czasem 1:21 byłem dopiero trzeci gdyż obaj nauczyciele, którzy byli przede mną zeszli poniżej 1:20. W tym roku Radosław Gromek, który wygrał rywalizację męską wśród nauczycieli zrobił wynik 1:16:55.

Zdjęcie: Rafał Pajdosz
Impreza dosyć fajna, warto na nią przyjechać z kilku powodów. Wraz z półmaratonem są Chmielaki, i dużo się w Krasnymstawie dzieje. Może trochę to wszystko jarmarczne, ale dla piwoszy propozycja kusząca. Można się pościgać na lekko pagórkowatej trasie, powalczyć w kategoriach branżowych, zrobić mocniejszy trening przed Krynicą. Nie należę do tych co narzekają na „chude” pakiety startowe bo jadę na bieg pobiegać a nie po techniczne koszulki których nie nadążam zużywać. Jeśli jednak ktoś zwraca uwagę na to, co dostanie w biurze zawodów prócz numeru startowego i chipa to w Krasnymstawie by nie narzekał. W mojej, do połowy wypełnionej reklamówce były: numer startowy, chip, pamiątkowa koszulka techniczna, piwo „Tyskie”, Powerade, jogurt pitny z krasnostawskiej mleczarni, paluszki od „Lubelli”, batonik „Princessa”, pamiątkowa, chmielakowa smycz i ulotka reklamująca półmaraton w Lubartowie. Wszystko za 40 zł wpisowego.

Minusy? Ciągle chyba są słabo oznaczone kilometry. Tabliczki owszem są, ale w tamtym roku biegnąc tu półmaraton „robiłem” po drodze życiówki na 1000 m biegnąc pomiędzy jedną a drugą tabliczką poniżej 3 minut. W tym roku już na to nie zwracałem uwagi, ale słyszałem niedowierzające komentarze biegnących obok mnie. Chyba nic tu nie poprawiono. Przy dekoracji powstało małe zamieszanie: najpierw kogoś tam (jakiegoś leszcza z Wisznic) nagrodzono w kategorii wiekowej, postawiono na podium, obdarowano, potem kazano podarki oddawać, bo wyszła pomyłka. Sytuacja trochę niezręczna. Tu chyba firma licząca wyniki średnio się spisała.

Ktoś wnikliwy może się zastanawiać jak to jest, że według organizatora cała trasa ma przewyższenia 386 metrów a mój Ambit pokazał 129 metrów. Nie wiem jak to wytłumaczyć, ale wiem, że mój Ambit to czasem niezły oszust jest.

Zdjęcie: Rafał Pajdosz
* Jedna z zagadek dotyczy liczby startujących. W relacji z poprzedniego roku napisałem, że wystartowało blisko 700 osób, z czego aż około 140 nie ukończyło. Dziwnie dużo. Podobno prawda jest taka, że wystartowało blisko 600 osób. Wyniki podają, że ukończyło 548 zawodników a organizator mówił mi w tym roku, że w zeszłym ukończyli prawie wszyscy. Pomyliłem się jakoś o stówę, ale i tak nieściśle to wygląda. W tym roku według słów organizatora wystartowało 447 osób z zapisanych 490. Wyniki od firmy liczącej podają liczbę 440 finisherów na 495 startujących. „Dziennik Wschodni” podaje, że na starcie stanęło 508 zawodników. Jakieś to wszystko nieścisłe. Nie mogę się precyzyjnie doliczyć, ani w tym roku, ani w poprzednim.

Napisałem z zawodów foto-relację dla Festiwalu Biegowego [LINK]

Użyty sprzęt:

Buty INOV-8 Road-X 178 
Skarpety sportowe z Półmaratonu Radomskiego Czerwca ‘78
Krótkie spodenki biegowe Nike Dri-Fit
Koszulka techniczna bez rękawów James & Nicholson ( z Festiwalu Biegowego)
Pulsometr Suunto Ambit Silver HR
MP3 Player Sandisk Sansa Clip 8GB


niedziela, 10 sierpnia 2014

IV Bieg Polesie - tym razem zwycięstwo

Prolog

Początek sierpnia. W ubiegłych latach w tym czasie jeździłem zwykle w góry startować w Chudym Wawrzyńcu (ok. 85 km), w tym roku chcę spróbować czegoś nowego. Wybór padł na Bieg Polesie – bieg transgraniczny z Polski na Ukrainę z powrotem. Jedna z imprez organizowana przez „rzeźników” (OTK Rzeźnik). Kiedyś ją reklamowałem u siebie na blogu ale jak do tej pory nie było okazji wystartować. Dystans i trasa co roku jest trochę inna. W tym roku ma ponoć około 23 kilometrów. Docelowo powinna zahaczać także o Białoruś; będzie to wtedy bieg transgraniczny przez trzy państwa. Prawie UTMB ;) W tym roku wypada czwarta edycja biegu. Z relacji ludzi, którzy tu kiedyś biegli wiem, że to raczej impreza kameralna, towarzyska, bez wielkich nagród i strasznej konkurencji. Trasa niezbyt szybka, ze sporą ilością sypkiego piachu. Na liście startowej tegorocznego biegu około 40 uczestników. Ze znajomych i mocnych jest tylko Krzysiek Lisak, kiedyś zwycięzca Rzeźnika, dziś ścisła czołówka orienterskich pięćdziesiątek. Z Ukrainy nie ma prawie nikogo. Tylko Siergiej Panasiuk, menadżer sprowadzający zawodowców z Afryki i Ukrainy na biegi w Polsce. W jego kraju wielu jest biegaczy-wymiataczy, ale nie przyjechali, bo do wygrania za bardzo nic nie ma a 50 zł wpisowego trzeba zapłacić. Siergiej się zgłosił jako jedyny by nie było, że bieg transgraniczny, wpisany w „Europejskie Dni Dobrosąsiedztwa” a tu biegną sami Polacy i ani jednego Ukraińca. Trochę głupio.

Bieg

Z Wisznic mam blisko, niecałe 60 km ale przyjeżdżam lekko spóźniony. Ważne, że nie zapomniałem paszportu. Na miejscu w Zbereżu skręt w lewo i zjazd piaszczystą drogą w stronę Bugu. Kilkaset metrów dalej widać już most pontonowy, łączący polski i ukraiński brzeg rzeki. Jest to tymczasowe przejście graniczne otwarte o tej porze co roku, na kilka dni. Przy granicy jak to przy granicy, kwitnie turystyka i handelek. Mieszkańcy Zbereża (Zbereźnicy?) i okolicznych miejscowości kursują rowerami, pieszo a nawet konno na Ukrainę. Ukraińcy przybywają do nas chyba bardziej w celach handlowych. Tylko wysiadłem z samochodu a tu co druga osoba chce mi dyskretnie opchnąć fajki lub słodycze. „Ja sportsmien” – tłumaczę.

Około 11 stajemy na starcie. Upał, słońce grzeje, nie sprawdzałem pogody ale na oko pewnie znowu 27 - 30 stopni. Niewielka grupka biegaczy i piechurów od Nordic Walking staje na starcie przed dmuchaną bramą obklejoną logo rzeźnickich imprez. Niestety zapomniałem pulsometru, nie wziąłem nawet zegarka. Będę biegł na samopoczucie. Jest upał, ale średnio mocne tempo spróbuję utrzymać. Ciekawe jak się spiszą nowe X-Talony 212, po raz pierwszy próbuję je na zawodach. Dobrze, że MP3 jest, nie będę się nudził.

Ruszyliśmy. Zbieg w dół, przez metalowy most na drugi brzeg. Na razie jest dosyć ciasno. Na ukraińskiej stronie sporo przechodniów wędrujących ku granicy. Biegnący koło mnie Krzysiek i Siergiej zaczęli spokojnie, więc postanawiam wybiec na czoło i zwyczajnie biec swoje nie oglądając się na nikogo. Już od pierwszego kilometra prowadzę. Biegniemy polną ścieżką, potem przy jakimś piknikowym obozowisku, ze straganami i grillem. Wybiegam na szutrówkę i zgodnie ze strzałkami skręcam w lewo. Klimat zaczyna się robić coraz bardziej magiczny. Przed sobą nie mam nikogo, za siebie przestałem się już oglądać. Przy drodze, po której biegnę, z rzadka rosną krzaki i drzewa. Słońce praży. Co jakiś czas minie mnie pędzące ukraińskie „żiguli”, chwilę później wbiegnę w pozostawiony przez samochód tuman kurzu. Z doliny Bugu trasa lekko się wznosi. Wbiegam do ukraińskiej wioski. Nadal nie ma asfaltu. Jest szutrówka. Muzyka z MP3 zagłusza ciężki oddech. Dobiegam do cerkwi i skręcam w prawo. Czuję dym - ktoś z mieszkańców pali ognisko. Gdzieniegdzie stoją mieszkańcy, czasem zagadną, ale generalnie niespecjalnie kibicują. Bardziej zainteresowane są miejscowe dzieci. Czuję się jak kosmita, który nagle wpadł do ich leniwie żyjącej wioski i beztrosko pędzi główną drogą. 

Zdjęcie: Mirosław Laskowski
Na końcu wsi stoi punkt z wodą i izotonikiem. Wody – do polania i popicia. Jest naprawdę ciepło ale trzymam się na razie całkiem nieźle. Podłoże z szutrowego zmienia się w brukowe. To zmiana raczej na gorsze. Ciężko się po tych kamieniach biegnie, nieprzyjemnie. Pobocze jest albo krzaczaste, albo piaszczyste. Najczęściej wybieram strefę na granicy piachu i bruku, tam jest najbardziej znośnie. Na tym etapie trasa jest dosyć nużąca. Brukowana ulica w lesie przez kilka kilometrów. Za zakrętem kolejny zakręt a za nim następny. Doganiam rowerzystów jadących chyba nad wielkie Jezioro Świteź. Raz na jakiś czas minie mnie ukraiński samochód. Dostrzegam punkt z wodą, gdy już zaczynam słabnąć. Dobrze, że tu jest agrafka – już tylko nawrót i z powrotem tą samą drogą do granicy. Gdy wracam widzę, że przewagę nad chłopakami mam bezpieczną. Za mną jest Krzysiek, kawałek dalej Siergiej. Znowu długie proste w lesie, znowu bruk. Biegnący z naprzeciwka kolejni zawodnicy na mój widok zadzierają kciuk do góry i biją brawo. Bardzo miłe uczucie. Po kilku kilometrach oglądam się za siebie. Już nikogo nie widzę. Nikogo za mną, nikogo przede mną. Jakbym był na mocnym treningu. Znowu wieś, znowu cerkiew, znowu dym z ogniska. Żadnego asfaltu. Na szczęście skończył się bruk. Ta wieś przypomina mi trochę klimat górskich wiosek w Mołdawii, przez które kiedyś wędrowałem. Za wioską już niedaleko do granicy. Wzmagam czujność by we właściwym momencie skręcić z szutrówki nad rzekę. Jeszcze się ostatni raz oglądam za siebie, czy mnie Krzysiek nie dogania. Nikogo nie widać. Bezpieczny pędzę przez ukraiński piknik, do mostu pontonowego, przez prowizoryczne przejście graniczne, w bramę mety. Wygrałem. Czas niezbyt imponujący – 1:42:16. Krzysiek, który przybiegł drugi (1:45:12) mówił, że musiałem trzymać tempo w okolicach 4:10. Nie wiem. Trzeci przybiegł Siergiej (1:50:05). Bieg ukończyło 41 osób.



Podsumowanie

Fajna to nawet impreza, szkoda, że więcej osób z okolicy w niej nie startuje. Pewnie to sprawa wpisowego i braku finansowych nagród (dostałem sportowe skarpety kompresyjne CEP). Szkoda zwłaszcza tego, że nie startują tu prawie wcale goście zza wschodniej granicy. Jeśli to ma być prawdziwy bieg transgraniczny, międzynarodowy to trzeba by coś z tym zrobić. Może można się postarać o fundusze na większe nagrody lub częściowe pokrycie kosztów / zmniejszenie wpisowego z jakichś organizacji samorządowych, unijnych, wspierających inicjatywy na rzecz międzynarodowej przyjaźni? A może dla ludzi z paszportem ukraińskim / białoruskim wpisowe powinno być nieco niższe? Dla nich te 50 zł to jednak trochę więcej niż dla nas. Pewnie część polskich biegaczy kręciłaby nosem na to nierówne traktowanie. Ja nie ale inni - nie wiem. W każdym razie bieg transgraniczny z jednym Ukraińcem i 40 Polakami ("Ali-Baba i 40 rozbójników" ;) ) wygląda mało międzynarodowo. Poza tym było fajnie.

Link do strony zawodów [LINK]

Użyty sprzęt:

Buty INOV-8 X-Talon 212 (nowy model)
Skarpety sportowe Motive
Krótkie spodenki biegowe Nike Dri-Fit
Koszulka HOKA
MP3 Player Sandisk Sansa Clip 8GB

A po dobrze wykonanej robocie....

....... nad jeziorko.... i dyspensa.........

..... na szeiki, gofry z bitą śmietaną i inne niezdrowe świństwa ;)

środa, 11 czerwca 2014

II Międzynarodowy Półmaraton Solidarności


Lubelski lipiec 1980

Kończyło się dziesięciolecie rządów E. Gierka. Cudowny skok gospodarczy obiecywany przez władze zakończył się klapą, gdyż nowe technologie zakupione z Zachodu na kredyt w momencie rozpoczęcia produkcji były już przestarzałe. Zbliżał się kolejny kryzys ekonomiczny. Rząd chcąc ratować budżet 1 lipca 1980 roku podjął decyzję o podniesieniu cen mięsa. Planowano zrobić to po cichu, bez zbytniego rozgłosu, tak by uniknąć ewentualnych protestów. Wszystko na nic. 8 lipca robotnicy z Wydziału Obróbki Mechanicznej Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego PZL „Świdnik” ujrzawszy w zakładowym bufecie ceny wyższe o 60% rozpoczęli strajk. Wkrótce do protestu przystąpił cały zakład. Żądano podniesienia płac lub cofnięcia podwyżki cen. Pojawiły się też inne postulaty dotyczące poprawy warunków pracy i zaopatrzenia. Przedstawiciele strony rządowej po czterech dniach ulegli robotnikom i po raz pierwszy w historii PRL podpisali porozumienie ze strajkującymi. Głównym punktem porozumienia była zgoda władz na podwyżkę płac oraz obietnica poprawy zaopatrzenia miasta w żywność. 11 lipca w strajk zakładach „Świdnik” został zakończony.

Nie uspokoiło to jednak sytuacji ani w regionie, ani w Polsce. Sukces świdnickich robotników ośmielił kolejnych niezadowolonych z pogarszającej się sytuacji gospodarczej kraju. W ciągu kolejnych kilku dni rozpoczęły się strajki w innych zakładach na Lubelszczyźnie. Strajkowy „pożar” wzniecony przez świdnicką „iskrę” a rozdmuchany przez uległość władz rozprzestrzenił się tak, że w dniach 11-24 lipca 1980 roku pracę przerwano w ponad 150 zakładach w regionie. Robotnicy nauczeni krwawymi pacyfikacjami z poprzednich lat tym razem nie wychodzili na ulice gdzie łatwiej ich było rozpędzić, ale prowadzili protest wewnątrz swoich zakładów. Taktyka okazała się skuteczna. Rządzący i tym razem ulegli żądaniom protestujących. Zobowiązali się spełnić ich postulaty, głównie o charakterze ekonomicznym i socjalnym.

Państwowe media nie informowały o wybuchu społecznego niezadowolenia na Lubelszczyźnie by nie prowokować wystąpień w innych częściach kraju. O tym co się dzieje na Wschodzie Polski obszerniej informowało jedynie Radio Wolna Europa. Wicepremier Rakowski podpisując porozumienie ze strajkującymi prosił o zachowanie tajemnicy. Na próżno. Protestujący robotnicy, jeszcze w czasie trwania strajku przyspawali wagony i lokomotywy do torów, przez co nie mogły one dotrzeć na Wybrzeże. Wieści o strajkach i tak rozniosły się po Polsce. W sierpniu 1980 roku zastrajkowała Stocznia Gdańska a jej gwiazdą został wkrótce Lech Wałęsa.

Bieg

Zdjęcie: Elżbieta Mamej
Sobota, 7 czerwca, Świdnik. Dojeżdżam na lotnisko z grupką znajomych biegaczy z Białej Podlaskiej. Czeka nas uliczny półmaraton ze Świdnika do Lublina. To już druga edycja Międzynarodowego Półmaratonu Solidarności. Dla mnie i większości moich bialskich znajomych to już drugi taki bieg w ciągu ostatniego tygodnia. Ledwie 6 dni wcześniej biegliśmy półmaraton w Chełmie. Nie jest może rozsądne tak częste ściganie bo nie służy to ani zdrowiu ani wynikom ale dla mnie jest to start raczej kontrolno-treningowy, przygotowujący do najbliższych zawodów ultra. Nie silę się tu na życiówkę, tym bardziej, że profil trasy najłatwiejszy nie jest a ponadto ma być gorąco. Rzeczywiście: jest jeszcze przed południem, słońce już grzeje a chmur jak na lekarstwo. Dla mnie jest stanowczo zbyt gorąco. Męczące wydaje się nawet stanie w długiej kolejce po odbiór startowego pakietu. Jedynymi zadowolonymi z „tak pięknych okoliczności przyrody (i niepowtarzalnych)” wydają się być Kenijczycy. Przechadzają się po małym, lubelskim lotnisku rozglądając ciekawie dookoła. Ubrani na długi rękaw, mają też długie spodnie. Chyba im jeszcze zimno.


Rozpoczynamy start honorowy. Nawet ten krótki, kilkusetmetrowy odcinek Kenijczycy biegną w tempie, który dla mnie byłby drugim zakresem. Przy drugiej bramie chwilę czekamy na start ostry. Przed sobą widzę konkurentów z województwa. Przez stosunkowo częste starty w moim regionie zaczynam już kojarzyć niektórych biegaczy – amatorów prezentujących podobny do mojego poziom. Wśród obecnych na dzisiejszym półmaratonie jest kilku, którzy biegli kilka dni temu w Chełmie. Z niektórymi wygrałem, z niektórymi przegrałem. Jak dziś będzie? Zobaczymy.

Ruszyliśmy. Przed startem łyknąłem żel energetyczny „Mule Bar” zawierający 100 mg kofeiny. Jeden z tych, które dostałem do testów i które niedługo opiszę. Jestem nakręcony na ściganie. Na pierwszych kilometrach prowadzących po świdnickich uliczkach o nazwach nawiązujących do przemysłowych zakładów (Narzędziowa, Metalurgiczna, Mechaniczna, Elektryczna) trasa wije się lekko pod górę. Tu popełniam błąd, który z pewnością zaważy na ostatecznym wyniku. Biegnę za szybko. Podbiegi, upał, początek a ja jak podniecony sztubak ciągnę tempem w okolicach 3:35. To moje tempo na życiówkę na dychę. Po co więc biegnę takim tempem półmaraton i to jeszcze w niezbyt łatwych warunkach? Chcę zaryzykować. Biegnę patrząc raczej na tętno, starając się je utrzymać w okolicach 185 uderzeń. Wiem, że ryzykownie zagrywam, ale to nie jest mój bieg życia. Zobaczę, co z tego wyjdzie.

Kenijczycy i Ukraińcy wyrwali ostro do przodu już na pierwszych kilometrach. Biegnę na czele drugiej grupy złożonej z szybszych amatorów oraz 4 młodych kobiet: trzech Ukrainek i Węgierki. Ależ te dziewczyny grzeją, przez następne dwa kilometry próbuję się utrzymać w mocnej, damsko-męskiej grupie trzymającej tempo w okolicach, 3:35. Z czasem jednak puchnę i zostaję coraz bardziej z tyłu. Trzy dziewczyny wyrwały do przodu i będą przede mną na mecie. Najlepsza z nich (Tetyana Vernygor), z wynikiem 1:16:59 będzie 10 OPEN. Czwarta z dziewczyn, drobna Ukrainka nie wytrzyma tempa, spuchnie dosyć szybko i tak jak ja zostanie w tyle.

Tymczasem wkraczamy na „patriotyczną” część Świdnika (ulice: Niepodległości, Kardynała S. Wyszyńskiego, Racławicka, Olimpijczyków Polskich). Biegnę sam, inni biegacze są w oddali za mną i przede mną. Tempo spadło na 5 kilometrze w okolice 3:50, na następnych kilometrach obniża się do 4:00. Nie silę się tu na jakąś walkę ani się nie wkurzam, biegnę swoje trzymając tętno 180-kilka. Pomimo spowolnienia nikt mnie nie dogania i nikt nie wyprzedza. Po przebiegnięciu etapu ulic leśnych (Jarzębinowa, Sosnowa) gdzie wydaje mi się, że trasa cały czas prowadzi lekko pod górę wbiegamy na długą i prostą ulicę (trasa S17) prowadzącą prosto do Lublina. Na 12 kilometrze, przed wiaduktem, na który trzeba się będzie wspiąć dogania mnie Jacek Rekiel z Markiem Podlipnym. Jacek wyprzedził mnie na końcówce półmaratonu w Chełmie przed kilkoma dniami, teraz znowu mi dokłada i to na wcześniejszym etapie. Widać jest w gazie. Chłopcy grzeją do przodu z i czasem znikają z oczu; ja dalej robię swoje.

Podium kobiet
Ostatnie kilka kilometrów. Baaaardzo długa i prosta ulica Męczenników Majdanka. Słowo „męczennicy” bardzo pasuje do tego etapu trasy półmaratonu. Jest dosyć ciężko. Moje tempo się zmienia w zależności od warunków: z górki przyśpieszam, pod górkę zwalniam. Tylko tętno staram się trzymać w miarę jednakowe. Dochodzę do wniosku, że w tych zawodach jest bardzo mało płaskich odcinków: biegnie się albo lekko pod górę, albo znowu w dół. Ulica jest ruchliwa, od części użytkowanej przez samochody oddziela nas pas wydzielony przez gumowe pachołki. Nie jest to przyjemny etap: upał, ruch uliczny, pył, z pobliskiego placu budowy wyjeżdżają ciężarówki. Około 15-go kilometra doganiam i wyprzedzam kogoś z czołówki. Ma wyraźny kryzys, snuje się tempem 4:20 na kilometr. Moje tempo też dalekie jest od rewelacji, oscyluje w okolicach 4:10 na kilometr. Na razie wyprzedziło mnie jednak tylko dwóch, pomimo tak znacznego spadku prędkości. Aż się temu dziwię. 

Dwa kilometry przede metą. Słyszałem sygnał karetki lub policji. Zbiegam pod mostem, i kontem oka widzę Jacka siedzącego w otoczeniu dwóch policjantów. Wyprzedził mnie, ale jednak tym razem przedobrzył i chyba zasłabł. Szkoda, do mety miał już tak bardzo blisko. Ostatni kilometr. Ostatnie 500 metrów. Za plecami słyszę tupot stóp. Wyprzedza mnie Maciej Bujak z Lublina, znany mi z widzenia biegacz. O nie, tak łatwo skóry nie oddam, lada chwila ujrzymy przecież bramę mety. Przyśpieszam chcąc się utrzymać za plecami rywala i na finiszu zaatakować. Mobilizuję wszystkie siły, ale starcza ich może na 50 metrów. Tętno ze 185 skacze nagle do równiutkiego 200. Nogi robią się jak z waty; zaczynam się zataczać lekko potrącając rywala. Tej walki jednak nie wygram. Maciej odchodzi do przodu i ostatecznie wyprzedza mnie o kilkanaście sekund. 

Podium mężczyzn
Wpadam na metę z czasem 1:23:57. Zajmuję 19 miejsce OPEN na 506 osób, które ukończyły półmaraton. W swojej kategorii wiekowej jestem 7 na 172, w Mistrzostwach Województwa Lubelskiego w Półmaratonie jestem 7 na 370. Wśród Polaków także jestem 7. Zawody okazały się piekielnie mocno obsadzone. Kenijczycy i Ukraińcy pokazali klasę. Zwycięzca, Charles Toroitich z Kenii nabiegał 1:05:30. W takich warunkach to świetny czas. Co ciekawe skarżył się jednak na upał (mój Ambit wskazał średnią temperaturę 27°C). W pierwszej 10 nie było nikogo z Polski. Najlepszy Polak był dopiero 11. W swojej kategorii wiekowej na miejsce choćby o oczko wyższe nie miałem szans żadnych, bo aby być 6 musiałbym pobiec w 1:10, tyle co Taras Salo, dawny zwycięzca maratonu wrocławskiego.

Warunki były trudne, trasa do najszybszych nie należy ale pomimo to mogłem pobiec lepiej. Mądrzej taktycznie. Nie ma sensu zwalać wszystkiego na upały i pobiegi, bo prawda jest taka jak z przysłowiem, że „kiepskiej baletnicy to i rąbek u spódnicy…”. Widzę wyraźnie, że jestem w gorszej dyspozycji niż w zeszłym roku. Trochę mało trenowałem zimą i wiosną i teraz to wszystko wychodzi. No cóż, przed rzeźnikiem już nic nie poprawię, ale do X-Alpine jeszcze miesiąc. Może coś jeszcze przytrenuję.

Użyty sprzęt:

Buty INOV-8 Road-X 178
Skarpety sportowe Motive
Krótkie spodenki biegowe Nike Dri-Fit
Koszulka techniczna TIMEX (zająca z 32. Maratonu Warszawskiego)
Pulsometr Suunto Ambit Silver HR
MP3 Player Sandisk Sansa Clip 8GB
Czapka z daszkiem Go-Sport




piątek, 6 czerwca 2014

I Chełmski Półmaraton „z Duchem Bieluchem”


Biały miś

Herb Ziemi Chełmskiej. Rys. Eljasz Radzikowski
W czasach, gdy większość ziem pomiędzy Odrą a Bugiem porastały puszcze, gdy zamiast miast istniały grody a w świątyniach czczono Świętowita, w kredowej jaskini na Chełmskim Wzgórzu, pod trzema potężnymi dębami mieszkał niedźwiedź. Nie był to zwykły, średniej wielkości misiek, ale olbrzymi, biały król puszczy będący postrachem żyjących w okolicy ludzi. Pewnego dnia ludzie ci, przełamawszy swój strach przybyli pod jaskinię. Pod nieobecność niedźwiedzia zbudowali świątynię i rozniecili święty ogień. Gdy wrócił niedźwiedź ujrzał najpierw świątynie a zobaczywszy święty ogień umknął zaraz do swojej jaskini. Od tego czasu duch niedźwiedzia zwany Duchem Bieluchem strzegł kredowych labiryntów, świętego ognia i całej okolicy. Będąc duchem łagodnym i przyjaznym ludziom pomagał im wyjść z podziemi oświetlając drogę swoim białym futrem. Gdy jednak trafił na ludzi podłych, o nieczystych intencjach potrafił ich zwodzić tak, że gdy weszli do jaskini nigdy już z niej nie wyszli. Miejscowa ludność mająca w serdecznej pamięci Ducha Bielucha i wdzięczna za protekcję uznała go symbolem Chełma. Herbem miasta jest po dziś dzień potężny biały niedźwiedź stojący pośród trzech wielkich dębów.

Bieg

Autor zdjęcia: Piotr Błaszczuk (fotochelm.net)
Oj pagórkowato, oj wieje trochę, oj szkoda, że trasa bez atestu. Ale są i pozytywy: jest raczej chłodno i mocnych konkurentów jest chyba niewielu. Na życiówkę nie ma co ostrzyć zębów ale może uda się zająć wysokie miejsce. Byłoby to tym bardziej miłe, że do Chełma mam spory sentyment: jest to miasto, w którym żyje cześć mojej rodziny, w którym młodość spędziła moja mama i w którym żyła moja świętej pamięci babcia od czasu, gdy uciekła przed banderowcami z Wołynia. Dobrze by było nabiegać tu coś fajnego. Takie myśli miałem idąc w niedzielny poranek do chełmskiego MOSiR-u po odbiór pakietu startowego.

Ruszyliśmy z piętnastominutowym poślizgiem. Start jak to start: nerwówka, tętno ponad sto pomimo, że jeszcze nie ruszyliśmy. Koncentracja. Nie mam ochoty biec, bo wiem, że wiąże się to z dłuższym przebywaniem daleko poza strefą komfortu. Ale walczyć chcę. Ustawiłem się kulturalnie w drugiej linii zawodników. Uszykowałem energetyczną składankę muzyczną i włączyłem losowy wybór utworów. Niech to już się zacznie.

Początek: lekki zbieg potem wspinaczka w kierunku późnobarokowej Bazyliki Narodzenia Najświętszej Marii Panny – świątyni na górce. To jeden z najbardziej rozpoznawalnych budynków Chełma. Początek tak jak przypuszczałem jest pagórkowaty. Góra- dół, góra - dół. Biegniemy przez centrum miasta. Doszedłem paru chłopaków, z początkowej 8 pozycji awansuję na 4, potem 3. Wyprzedziłem kilka twarzy znanych mi z biegów w województwie. Kiedyś z nimi przegrywałem. Nie za szybko biegnę? Ambit pokazuje 3:50-3:55. No nie za szybko przecież. Może się zarżnę w drugiej połowie trasy, ale ryzyk-fizyk. Wkraczamy na ścieżkę rowerową i biegniemy nią na południe, w stronę Zalewu „Żółtańce”.

Poza miastem biegnie się fajnie, jest płasko, wygodnie, wiatr lekko dmucha. Pogoda jest raczej pochmurna i kibice są rzadkością. Koło 6 czy 7 kilometra dogoniłem i wyprzedziłem drugiego. Nie przywykłem, by w biegu ulicznym biec na drugiej pozycji, czuję się trochę jak profanator, ale staram się tego nie roztrząsać. Nie oglądać się za siebie, nie stresować konkurencją, po prostu biec swoje. Wsłuchać się w samopoczucie i w muzykę. Przebierać nogami, niech czas i kilometry zlecą jak najszybciej. W oddali przed sobą widzę pierwszego. Oddalił się już znacznie i oddala coraz bardziej. Ten jest szybki, nie mam szans by go dojść. Zaczynam się martwić nieco bardziej gdy znika mi z oczu, bo biegnę ścieżką po jakichś bezludnych peryferiach i boję się, że w końcu pomylę gdzieś drogę. Na szczęście na każdym skrzyżowaniu stoją ludzie z obsługi i kierują we właściwą stronę. Na razie jest dobrze.

Dobiegłem do zalewu. Podłoże momentami przestaje być twarde, przez chwilę biegnę gruntową drogą nad wodą. Wędkarze siedzący z kijami w rękach z zainteresowaniem przyglądają się zdyszanemu człowiekowi przemykającemu za ich plecami. Pędzi nie wiadomo po co i dokąd. Jakaś taka egzotyka, spotkanie dwóch światów. 10 kilometr, znowu ulica i lekkie podbiegi. Minimalnie zwalniam. Nawrotka w stronę Chełma, w oddali widać wieże Bazyliki. Jak to dobrze, że już półmetek. Kusi mnie, by na zakrętach obejrzeć się za siebie, ale bronię się przed tym jak mogę. A nóż zobaczę, że konkurencja jest blisko, ciśnienie mi skoczy, po co mi to. Gdzieś na 12 kilometrze, przed wsią Pokrówka ktoś trąbi z mijającego mnie samochodu. Wujek! Ale miło, przyjechał kibicować. Będzie czekał na mnie na mecie. Odbijamy na chwilę na południowy wschód, biegniemy przez wieś i znowu w stronę Chełma. 

Autor zdjęcia: Piotr Błaszczuk (fotochelm.net)
Około 17 kilometra. Końcówka, dla mnie najcięższy moment biegu. Na otwartej przestrzeni wiatr wieje od czoła a teren wznosi się lekko pod górę. Walczę z tym jak mogę, ale tempo spada do 4:10-4:15. Słabo jest, pocieszam się tylko, że konkurencja też cierpi. W mieście, już tak blisko mety, dalej są górki. Gdzieś na 18-19 kilometrze dzieje się to czego się obawiałem: łyka mnie konkurent. A niech to, wiedziałem, że nie może być tak pięknie. Teraz już oglądam się za siebie. Nie ma nikogo, łyknął mnie jeden, ale dobrze, że tylko jeden a nie cały „tramwaj”. To by dopiero była kaszanka – biec jako drugi i być łykniętym przez trzech na dwa kilometry przed metą. Już uspokajam się psychicznie i kończę ostatnie kilometry. Ostatni zakręt i widać dmuchany baner mety przed MOSiR-em. Przyśpieszam, wbiegam rozpromieniony. Na szyję wkładają mi biały medal z niedźwiedziem, chyba gipsowy; do ręki dają wodę i piwo ciemne „Magnus” z browaru Jagiełło. Gratuluję zdyszanym konkurentom. Pierwszy, Łukasz Kutryn z Biszczy pobiegł w 1:16:03, dołożył mi ponad 5 minut. Drugi, ten, który mnie wziął na końcówce to Jacek Rekiel z Lublina. Nabiegał 1:21:10. Ja byłem na mecie 24 sekundy później (1:21:34). Na szczęście dla mnie dwaj pierwsi są młodsi stąd jestem 3 OPEN i 1 w kategorii wiekowej M 36-49. Czwarty zawodnik a pierwszy Chełmianin przybiegł z czasem 1:22:29. Bieg ukończyło 228 zawodników.

Ogólnie wyjazd uważam za bardzo udany. Miło mi się biegło w Chełmie, w dużym stopniu z powodów sentymentalnych. Czas na kolana nie powala, ale cieszą zajęte miejsca. Przydałaby się na przyszłość atestacja trasy. Jedyne co mi się nie spodobało to przyśpieszenie zakończenia. Według regulaminu miało być o 13:30, więc przybiegłem, wziąłem prysznic i przekonany, że mam jeszcze ponad godzinę poszedłem do Bazyliki na niedzielny „churching”. Wracam na 13:30 a tu już prawie po zakończeniu, puchary rozdane tylko losują ostatnie nagrody. Niemile mnie na koniec zaskoczyli. Ale to szczegół, w sumie impreza wyszła fajna. Jak na debiut udała się świetnie.

Użyty sprzęt:

Buty Columbia Ravenous Lite
Skarpetki biegowe Kalenji
Krótkie legginsy biegowe Kalenji
Koszulka biegowa z UTMB
Pulsometr Suunto Ambit Silver HR
MP 3 Player Sansa Clip 8GB
Buff


poniedziałek, 30 grudnia 2013

II Półmaraton Chmielakowy - relacja


Krasnystaw

Miasto w województwie lubelskim, nad Wieprzem, w otulinie Skierbieszowskiego Parku Krajobrazowego. Jego początki sięgają końca pierwszego tysiąclecia, gdy we wczesnym średniowieczu istniał tu gród zwany Szczekarzew. Należał do grupy tzw. Grodów Czerwieńskich położonych na pograniczu polsko-ruskim i w efekcie wielokrotnie zmieniających właściciela. W XIV wieku król Kazimierz Wielki ostatecznie przyłączył osadę do Polski i wzniósł w niej zamek. Nakazał też wykopanie głębokiego stawu doprowadzającego wodę do zamkowej fosy, co miało zwiększyć walory obronne budowli. Miejscowa społeczność ów staw zwała krasnym stawem stąd i nazwa miejscowości wkrótce uległa zmianie. W późnym średniowieczu i w czasach Polski szlacheckiej Krasnystaw przeżywał wzloty i upadki. Formalnie stał się miastem już w końcu XIV wieku, za sprawą decyzji króla Władysława Jagiełły. W końcu XV wieku Krasnystaw zniszczyły najazdy tatarskie zaś w 1524 roku większą połać miasta strawił ogromny pożar. Druga połowa XVI to okres odbudowy i rozwoju miasta. W 1588 roku w miejscowym zamku „gościł” arcyksiążę Maksymilian Habsburg. Pretendował do polskiego tronu, lecz został pobity przez Zamoyskiego w bitwie pod Byczyną i przez jakiś czas przebywał w polskiej niewoli. Więziono go właśnie krasnostawskim zamku. W pobliskim Krupe arianin Paweł Orzechowski wzniósł jeszcze jeden zamek. „Wiek wojen”, czyli siedemnaste stulecie to dla Krasnegostawu ponownie okres niepomyślny. Miasto zniszczyli najpierw Kozacy a następnie wojska szwedzkie. Na przełomie XVII i XVIII wieku w centrum miasta został wzniesiony zespół jezuicki. Część tego zespołu, barokowy kościół pod wezwaniem św. Franciszka Ksawerego jest dziś jedną z charakterystycznych wizytówek miasta. W jego podziemiach pochowani zostali m.in. dwaj chełmscy biskupi oraz Kacper Niesiecki, autor znanego herbarza. W pobliżu pojezuickiego kościoła, w budynku dawnego kolegium mieści się obecnie Muzeum Regionalne. Można w nim obejrzeć zabytki związane z historią, archeologią, sztuką oraz etnografią miasta i okolic. 

Ważnym elementem kultury miasta jest Ogólnopolskie Święto Chmielarzy i Piwowarów zwane potocznie Chmielakami. Tę trzydniową imprezę dla miłośników piwa organizuje się tu od 1971 roku. Wybór Krasnegostawu na piwną stolicę Polski nie był przypadkowy. Uprawę chmielu rozwijano w tych okolicach od początków ubiegłego stulecia, w dużym stopniu za sprawą miejscowego propagatora chmielarstwa, Tadeusza Fleszyńskiego. Dziś Krasnystaw i okolice stanowią chmielowe zagłębie. Miłośnicy piwa zjeżdżający na dożynki w ostatnie dni wakacji mogą na miejscu skosztować wielu gatunków złotego napoju, obkupić się na straganach, potańczyć i posłuchać występów zaproszonych artystów. W tym roku podczas Chmielaków odbywał się w Krasnymstawie także zlot paralotniarzy oraz – już po raz drugi – półmaraton. Mnie jako biegacza z tego wszystkiego najbardziej interesował bieg, dlatego to jemu poświęcę następne akapity.

Półmaraton

Foto: strona organizatora
Była sobota, 24 sierpnia 2013 roku. W gronie 671 osób stanąłem na starcie drugiej edycji krasnostawskiego półmaratonu. Pogoda trafiła się całkiem niezła, około 20 stopni, pochmurno. Na życiówkę tu nie liczyłem, bo trasa jest bez atestu, częściowo trailowa i z sumą podbiegów wynoszącą 386 metrów. Przyjechałem, bo to moje województwo, blisko od Wisznic i była dodatkowa kategoria, w której chciałem rywalizować: Mistrzostwa Województwa Lubelskiego Nauczycieli w Półmaratonie. O 9 rano na sygnał wystartowaliśmy z krasnostawskiego rynku. Kilka kilometrów kluczenia po uliczkach, jeden większy podbieg i wybiegliśmy na przedmieścia. Trasa tak jak się spodziewałem była umiarkowanie pagórkowata. Biegłem czujnie gdzieś w drugiej dziesiątce zawodników dostosowując tempo do pochyłości terenu. Pierwsze kilometry mnie ucieszyły: patrząc na zegarek z satysfakcją odnotowałem, że pomimo niełatwego terenu trzymam tempo grubo poniżej 4 minut na kilometr. Dopiero kolejne tabliczki z oznaczeniami kilometrów pojawiające się niespodziewanie szybko uświadomiły mi, że coś tu jest nie tak. Szósty kilometr pokonałem w rekordowym czasie 2:50, ósmy minąłem w 2:44. „Albo mnie tu do reszty pokręciło, albo organizatorów rozstawiających tabliczki” – powiedziałem do siebie w duchu. W końcu dałem sobie spokój ze zwracaniem uwagi na oznaczenia kilometrów. To jasne, że ustawiono je byle jak i nie ma się nimi co sugerować. Dalszą część trasy biegłem bazując jedynie na samopoczuciu. 

Po wybiegnięciu za miasto wkroczyliśmy na szutrową, szeroką, leśną drogę. W stawce obok mnie wielkich przetasowań nie było. Jeszcze w mieście dałem się na podbiegu wyprzedzić dwóm zawodnikom. Jeden mający - mówiąc eufemistycznie - nieco mniej włosów niż inni odważnie pokonał podbieg, ale później spuchł i wrócił za moje plecy. Drugi, biegacz w czerwonej koszulce utrzymał mocne tempo i na metę dotarł przede mną. Przez większość wyścigu, widziałem przed sobą grupę około pięciu biegaczy. Byli niedaleko i marzyło mi się, by ich dojść. Na przyśpieszenie brakło mi jednak sił a może i odwagi. Ostatecznie doszedłem tylko jednego z nich. Wyprzedziłem go na piętnastym kilometrze, gdy wyraźnie osłabł. Potem zostało już tylko wrócić do krasnostawski rynek i wpaść w światło mety. Z bananów, które były gdzieś po drodze nie korzystałem. Sięgałem jedynie po wodę do picia i polewania gdyż w międzyczasie chmury się rozstąpiły i wyjrzało słońce, które zaczęło nieprzyjemnie przygrzewać. Być może miałbym szanse na pobicie życiówki (1:20:30), ale podbieg usytuowany w mieście, ze 2 kilometry przed metą sprawił, że ugięły mi się nogi. Na tym ciężkim etapie musiałem zwolnić. Ostatecznie wpadłem na rynek przekraczając linię mety z czasem 1:21:12 brutto (1:21:09 netto). Zająłem 14 miejsce OPEN, 5 w kategorii wiekowej i 3 wśród nauczycieli z województwa lubelskiego. Wyjątkowo dużo, bo aż 141 osób spośród blisko 700 startujących nie dotarło do mety. 

Podium w kategorii nauczyciele

Ogólnie – było fajnie. Trasa jest umiarkowanie ładna, choć nie na życiówki. Można tu przyjechać na bieg treningowy, towarzyski lub na ściganie. Jedyne poważne potknięcie organizatorów to oznaczenia kilometrów. Jeśli już się je robi to niech będą ustawione precyzyjnie; rozmieszczone byle jak niewiele dają a tylko wprowadzają zamęt. Cieszę się z trzeciego miejsca wśród nauczycieli. Dwaj pierwsi to WF-iści, biegają mocno. Jeden pobiegł w 1:16, drugi w 1:18. Nie podskoczę im, przynajmniej na razie.

Zwycięzcy: 

Mężczyźni: Bogusław Andrzejuk 1:12:13
Kobiety: Joanna Schab 1:25:21

Użyty sprzęt:

Buty Columbia Ravenous Lite
Skarpety sportowe Motive
Spodenki biegowe Nike Dri-Fit
Koszulka techniczna Puma
Czapka Go-Sport
Zegarek Timex Ironman Sleek 150-Lap