Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rajdy przygodowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rajdy przygodowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 czerwca 2016

Bydgoszcz City Race

18 czerwca, sobota. Startuję z koleżanką w małym rajdzie przygodowym. Pierwszy raz z Agatą i pierwszy raz w rajdzie miejskim. 50 km rowerem, 20 km biegu, 7 km kajakiem plus sporo zadań specjalnych. W sam raz na początek. Jest zgłoszonych około 50 zespołów, w tym sporo MIX-ów. Na wielkie ściganie się nie nastawiam bo Agata biega więcej od niedawna, ja w szybkim BnO jestem słaby i rowery mamy byle jakie. Ale dla nas ma to być po prostu dobra zabawa. Jak się uda zając wyższe miejsce to będzie oczywiście dodatkowo fajnie.

Dojeżdżamy ciut za późno więc śpieszymy się z szykowaniem przepaków i atmosfera przed startem jest trochę nerwowa. W końcu stajemy na starcie, na wyspie w centrum Bydgoszczy. Pamiątkowa fotka, start i już lecę po woreczek z foto-mapą. Ta jest pocięta na kilka kawałków, trzeba najpierw ułożyć puzzle, przenieść punkty na inną mapę, oblecieć, podbić i wrócić w miejsce startu. To prolog mający w optymalnym wariancie 3 kilometry. Truchtamy sobie z Agatą w miarę spokojnie. Trochę ja nawiguję, trochę daję się pobawić koleżance aby też miała radochę. Jeden punkt nieco przestrzeliłem i musieliśmy kawałek wrócić ale generalnie było OK. Pozostałe drużyny są znacznie od nas szybsze. Wracamy z prologu jako jedni z ostatnich i lecimy na 2-kilometrowy przelot na kajaki.

Na tym odcinku również zaliczamy krótką przygodę. Jesteśmy już nie daleko, trzeba tylko przejść na drugą stronę Brdy po moście kolejowym. Zatrzymuję się za małą potrzebą polecając Agacie, aby biegła dalej. Ja ją dogonię. To gonię, gonię i jakoś nie widać. Wbiegam na most, potem przez tory, zbieg po nasypie, jakieś chaszcze, skok przez płot i jestem na drodze do kajaków. Coś przekombinowałem z wariantem, niepotrzebnie biegałem po torach i skakałem przez ogrodzenie. Dobiegam do kajaków, prawie wszyscy już wypłynęli a mojej partnerki nie ma. Dzwonię ale przypominam sobie, że zostawiła swój telefon w bazie. To wracam kawałek. Jest, biegnie. Też się gdzieś zamotała ale już jest w porządku. Miły pan z obsługi, ze względu na Agatę spuszcza nam kajak na wodę.

Kajak wiedzie najpierw pod prąd po dwa punkty. Mozolnie idzie ale jakoś idzie. Agata nie ma doświadczenia w kajakarstwie, ja też wioślarskim orłem nie jestem. Mijamy delegację bydgoskiej młodzieży zgromadzoną na brzegu, potem też rodzinę łabędzi. Dopływając do pierwszego punktu z radością zauważam, że nie jesteśmy ostatni tylko przedostatni. Jacyś dwaj goście mocno wtopili na prologu i teraz muszą wszystkich gonić. Zagadujemy czasem tych, co już wracają. Fajnie jest, nie za gorąco, nic też nie pada. Akurat.

Wracamy i kolejne punkty lecą już z prądem. W centrum miasta robi się tłoczno: to motorówka robi fale, to statek wycieczkowy, to kajakarze trenują. Ostatni punkt wodny - minutę waham się czy go podbić  bo na mapie jest zaznaczony na wodzie a słyszałem na odprawie, że wszystkie punkty podbija się z kajaka. Tymczasem ten który widzimy jest na brzegu i trzeba do niego wyjść. To jednak ten. Podbijamy i dopływamy do mety kajakowego etapu. Tuż za nami dwaj spóźnieni rajdowcy zamykający stawkę.

Kolejny etap: bieg na orientację po mieście, scorelauf, 9 km na mapie 1:11:000. Już przed startem wybrałem kolejność punktów i tak je zaliczamy: B,C,A,D,E,F,G,K,I,J,H. To jest fajny etap. Mijamy się czasem z innymi drużynami. Pozdrawiamy. Ktoś zagaduje, że oni to na takim rajdzie po raz pierwszy. Nie ma wielkiej napinki, jest zabawa. Truchtamy prawie wszystko. Agata niezbyt dobrze znosi powietrze na zatłoczonych ulicach ale większość pokonujemy wzdłuż ulic niezbyt ruchliwych więc biegać się da. 

Punkty umieszczone są w różnych miejskich parkach, zielonych skwerach, przy pomnikach w charakterystycznych miejscach. Najfajniejsze na tym etapie są zadania. Najprzeróżniejsze ale zwykle nie fizyczne. Tu zwykle wykazuje się Agata mająca głowę o wiele tęższą niż moja. Trzeba na przykład policzyć ile lat miał Kazimierz III Wielki w momencie nadania praw miejskich Bydgoszczy mając poboczne dane. Ja się do tego w ogóle nie zabieram bo to czysta matematyka. Agata rozwiązuje to szybko i poprawnie. Drugie: rozszyfrowanie słowa przy jednym ze skwerów – znowu Agata rozkminia sprawę bardzo ładnie. Kolejne zadanie: wiązanie dwóch węzłów na podstawie rysunku. To zrobiliśmy wspólnie, szybko i dobrze. Kolejne to geografia: określenie węzła kolejowego, z którego można dojechać w podane miejsca. To też zaliczone. Inne: rozpoznawanie nazwy herbaty po smaku. Agata to weganka, specjalistka od kuchni i smaków, nawet magisterkę pisała chyba o francuskich winach. Smakowała długo i namiętnie, aż się niecierpliwiłem. Cześć zgadła, ale w pewnym momencie się pomyliła. Zła była potem bo twierdziła, że miała rację a herbata, którą smakowała nie miała w smaku tego, co według metki mieć powinna. Nie ważne. Ja tego nie przeżywałem. Po prostu za każde źle wykonane zadanie mieliśmy pod koniec zaliczyć dodatkowe 8 minut biegania. Potem wtopiliśmy jeszcze na zadaniu polegającym na dopasowaniu charakterystycznych scen z polskich komedii do nazw filmów. Jedynym zadaniem, które wykonałem samodzielnie było pływanie po kanale na desce bez żagla: do fontanny i z powrotem. Pierwszy raz na czymś takim pływałem manewrując wiosłem to z jednej to z drugiej strony. Fajnie było i się nie skąpałem.

Wracamy do bazy i widzimy, że jest jeszcze sporo rowerów. Czyli na tym etapie podgoniliśmy trochę. Już nie jesteśmy ostatni ale nadal w drugiej połowie stawki. W bazie niestety się rozleniwiamy. Tu łyczek napoju, tam kanapieczka, potem toaleta. To wziąć, to zostawić i tak ze 20-30 minut schodzi. Znowu się niecierpliwię.

W końcu wychodzimy na rowery i jazda do PK 1. Nie jest to nic przyjemnego. Jazda rowerem na orientację po mieście to dla mnie wieczne oglądanie się, gdzie Agata i czy jakiś TIR nie zamierza po nas przejechać. Partnerka myśli podobnie. Podbijamy jedynkę i byle już jak najszybciej uciec z tych śmierdzących spalinami ulic, do lasu. Dojeżdżamy w końcu do lasku Emilianowo, gdzie rozmieszczono 5 punktów. Łapiemy jedynkę, piątkę i  trójkę gdzie na zadaniu specjalnym strzelamy sobie z łuku. Celnie. Potem wszystko się kaszani.

Przez cały rower mapnik mam tylko ja więc Agata jedyne co musi robić, to nadążyć za mną. Nudne to - myślę sobie. Niech dziewczyna ma trochę zabawy i ponawiguje w lesie do dwóch ostatnich punktów. Proponuję, że zamienimy się rowerami. Zamieniamy się akurat tuż przed sporą, piaszczystą wydmą. Pcham jej rower pod górę, potem zjeżdżam w miarę szybko, trochę po drodze hamując bo jest stromo. I rower się psuje. Łańcuch spada, koło zaczyna dziwnie trzeć o ramę. Mam rowerowego multitoola ale nie mam klucza takiego, jak śruba przy tylnym kole. Z resztą mechanik ze mnie żaden. Kaszana. Tylko sto metrów podjechałem i już zepsułem Agaty rower. Przed nami jeszcze dwa punkty w Emilianówce i 7 na mapie 1:33:000. Sporo jeżdżenia.

Nie chcę się tak łatwo poddać, czasu jest jeszcze sporo więc proponuję, że tę resztę trasy, pewnie ponad 40 km, to przebiegnę z rowerem Agaty a ona będzie jechała na moim. No dobra, tak zaczynamy. Zaliczamy jeszcze jeden PK i wtedy dzieje się rzecz gorsza niż zepsuty rower: Agata wywraca się na moim ciężkim i zbyt dużym rowerze tak nieszczęśliwie, że skręca kolano. Po chwili wstaje, jakoś chodzi, powoli jedzie ale przy ruchu na boki boli jak cholera. Wkrótce podejmujemy decyzję o zejściu z trasy. Ja z zepsutym rowerem, Agata z obolałym kolanem.

Wracamy w minorowych nastrojach pocieszając się, że w sumie większość rajdu była fajna, że zadania były ciekawe i bieganie poszło nie najgorzej. Może się jeszcze kiedyś odkujemy i ukończymy razem rajd. Na razie trzymam kciuki, aby kolano partnerki wróciło jak najszybciej do zdrowia.

[LINK] do map na stronie rajdu


poniedziałek, 2 czerwca 2014

ZaDYMnO - relacja


[LINK] do strony zawodów i map
[LINK] do galerii zdjęć z zawodów autorstwa Piotr Silniewicza (silne-studio.pl)

Zdjęcie: Piotr Silniewicz
W ubiegłym roku wystartowałem po raz pierwszy w krótkim rajdzie przygodowym niedaleko Warszawy o nazwie „DYMnO – Długodystansowy Rajd na Orientację”. Wygraliśmy [relacja z rajdu]. Moim partnerem był Paweł Janiak (Jasiekpol) z Siedlec, bardzo dobry biegacz - orientalista i triathlonista. Mile zapamiętałem ten smak zwycięstwa, dlatego gdy w tym roku Jasiek ponownie zaproponował mi wspólny start bez wahania się zgodziłem. Nie było to już co prawda „DYMnO” ale „ZaDYMnO” – impreza o tym samym charakterze i także na Mazowszu ale już z nowym organizatorem (Team 360°). W tegorocznej edycji bazą miała być Stara Wieś niedaleko Otwocka a terenem zmagań Mazowiecki Park Krajobrazowy i obszar położony na południowy-wschód od Warszawy. Poznałem te okolice jakiś czas temu, gdy mieszkałem w Aninie. Wiedziałem, że będzie ciekawie. Zgłosiliśmy się z Jaśkiem jako jeden z 11 zespołów. Konkurenci nie wyglądali na mocarzy, ale stresowałem się i tak, z dwóch powodów. Pierwszy to start z partnerem – zawsze to dodatkowa odpowiedzialność, także za wynik kolegi z zespołu. Druga sprawa - konkurencje. W zeszłym roku poszło nam dobrze m.in. dlatego, że lwią część dystansu pokonaliśmy biegnąc na orientację (około 70 km). W tym jestem niezły i w tym dobrze się czułem. Kajak był długi (4 godziny) trochę mnie zmęczył, ale rowerowania było tylko 30 km. Dystans symboliczny. W tym roku proporcje miały ulec odwróceniu. Bieganie miało stanowić tylko 15 kilometrów. Reszta to rower w 3 etapach po 20 km, rolki (nigdy na rolkach nie jeździłem) i kajak. Zapowiadało się niełatwo i tak rzeczywiście było, choć trudności zjawiły się nie tam, gdzie się ich spodziewaliśmy. Oto, co nas spotkało na poszczególnych etapach rajdu.

Rower – jazda na orientację – 20 km

Nasz ślad GPS w okolicach PK 2. Zdjęcie: Paweł Janiak
Startujemy w sobotę o 2 w nocy. Nic nie pada, nie jest gorąco, pogoda wydaje się idealna. Przed startem trochę się zdrzemnąłem, więc jestem raczej wypoczęty i gotowy do walki. Na kierownicy mojego M-Bike’a mam zamontowany mapnik, „made by Jasiekpol”. Dziś go dostałem. Wygląda solidnie i działa jak należy, ale jeszcze nigdy nie używałem mapnika na rowerze, więc musze się z tym ustrojstwem oswoić. Niedługo po starcie wjeżdżamy w las. Błota nie ma zbyt dużo, gdzieniegdzie trafiają się kałuże po niedawnych deszczach. Na początku usiłuję kontrolować mapę i zachować świadomość położenia, ale ambicje takie mam tylko przez krótki, początkowy etap rajdu. Jasiek jest ode mnie o wiele mocniejszy w rowerze, ma też SPD-y, ja jadę w zwykłych butach. Sprawnie nawiguje, jadąc nocą po leśnych, wąskich ścieżkach. W tej sytuacji odpuszczam swoje niezdarne próby kontrolowania mapy i całą uwagę skupiam na tym by nadążyć za partnerem i go nie zgubić. Gdy jesteśmy przy punkcie pełnię funkcję „podbijacza” karty. Jasiek już w tym czasie ogląda mapę i planuje kolejne warianty. Jedynka weszła sprawnie, wokół nas jest jeszcze kilka innych zespołów. Lecimy do dwójki. Jesteśmy przy niej po 15 minutach od startu. Zaczynamy czesać las na wzgórku otoczonym mokradłami. Tu powinien stać PK 2. Czeszemy, czeszemy i nic. Atakujemy punkt z różnych stron. Nic. Taszcząc rower za Jaśkiem przez zarośla nieźle się męczę, tętno sięga zwykle 140-160 uderzeń. W którymś momencie wśród gałęzi łamię plastikową osłonę przedniej zębatki. Odrywam resztki tego, co zostało przy rowerze i gonię partnera. Zjeżdża się coraz więcej ekip, które także bezskutecznie czeszą las. Proponuję Jaśkowi, by zadzwonić do organizatora, ale on jakoś nie zwykł tego robić. Czeszemy jeszcze jakiś czas, w końcu Jasiek wkurzony i zniechęcony postanawia odpuścić. Po godzinie od startu czyli po 45 minutach czesania okolic PK 2 odjeżdżamy do kolejnego punktu. Na mecie okaże się, że feralny punkt był po prostu źle ustawiony. Szukaliśmy we właściwym miejscu. Organizator uznał swój błąd i zaliczył go wszystkim ekipom, które były na miejscu, ale punktu nie podbiły. Szkoda tylko tych 45 minut i sił, które straciliśmy w zaroślach.

Kolejne punkty podbijamy już raczej bez przeszkód, tylko w okolicach PK 5 zaliczamy lekkie wahnięcie tracąc kilka minut. Podział zadań mamy standardowy: Jasiek nawiguje, dowodzi i dyktuje tempo. Ja staram się za nim nadążyć i przy punkcie podbijam kartę. Po drodze forsujemy jakiś strumień skracając przelot. Gdy dojeżdżamy do przepaku „A” po ponad 2 godzinach ścigania mamy przejechane prawie 23 kilometry. Minęła 4 rano, wstaje nowy dzień.

Rolkotrek (25 km)

Teraz czeka nas rolkotrek, czyli jazda na orientację na rolkach po ulicy a gdzie się jechać nie da to biegiem, z rolkami w rękach lub w plecaku. Wszystko fajnie tylko by ten etap zrobić trzeba mieć rolki. My nie mamy bo nie ma naszego przepaku. Tuż przed startem zapomnieliśmy oddać worek z naszym przepakiem „A” organizatorom. Ja zaniosłem karton na przepak „B”, Jasiek zaniósł worek na przepak „C” a worek na przepak „A” został na sali gimnastycznej. Jasiek myślał, że ja go wziąłem, a ja myślałem że on. Efekt? Konkurencja się przebiera i rusza na trasę, obsługa punktu ma z nas polewkę a my robiąc dobrą minę czekamy aż nam dowiozą rolki. Ciśnienie z nas schodzi, chęć do ścigania i optymizm również. Już się zaczynam zastanawiać, czy nie powinniśmy zejść z trasy. Mija tak około 40 minut. W końcu przyjeżdżają rolki. Już bez wielkiej spiny wrzucamy je na nogi i wychodzimy na ulicę. 

Zdjęcie: Piotr Silniewicz
„Teraz się dopiero zacznie” – myślę sobie. Stracham się trochę rolkami, bo nie mam w tym za grosz doświadczenia. Dopuszczam możliwość, że jak będzie źle to wezmę je w ręce i będę zwyczajnie biegł za partnerem. Jasiek, by mi ułatwić sprawę stosuje patent z kijem: On trochę z przodu, w prawej ręce trzyma kij, który ja trzymam swoją lewą ręką. Tak połączeni kawałkiem drewna zaczynamy rolkowy wyścig. Jest wczesny ranek stąd na szczęście ruch na ulicach jest niewielki. Pomimo moich obaw idzie całkiem fajnie, rozkręcamy się do tempa około 17 km/h. Nieźle jak na pierwszy raz. Wyprzedzamy Leszka „Poduszkowca” z partnerką i doganiamy jeszcze jakąś ekipę. Nawiguje Jasiek, ja całą uwagę skupiam na tym, by nie wywinąć orła i nie pojechać na czołówkę z TIR-em. Podbijamy kolejne punkty. Cały etap rolkotreku moglibyśmy zaliczyć do udanych gdyby nie poważny, nawigacyjny babol pomiędzy PK 9 a PK 10. Zjeżdżamy wtedy z ulicy o jedno skrzyżowanie za wcześnie; kiedy orientujemy się w pomyłce jest zbyt późno, by wracać. Musimy wziąć rolki w ręce i przebiec z nimi przez las, do Kącka. Błąd ten sprawia, że wyprzedza nas ekipa chłopaków, którzy byli za nami. Chwilę po nietrafionym zjeździe z ulicy, na szutrowej drodze wywracam się ze dwa razy do tyłu. Prędkość żadna i nic sobie nie obcieram, ale nadgarstek boleśnie wyginam. Potem będę go czuł jeszcze po rajdzie i pójdę z nim do specjalisty. Lekarz oglądający prześwietlenie na szczęście stwierdzi, że nic połamane nie jest. Muszę tylko uważać na tę rękę i dać sobie na wstrzymanie z rowerem przez najbliższe dwa tygodnie. 

RTG mojego nadgarstka
Niedługo przed zakończeniem etapu zaczyna coraz mocniej kropić. W końcu pada konkretnie. W którymś momencie wiatr zaczyna fajnie wiać w plecy tak, że nie musimy wykonywać żadnych ruchów, by szybko jechać do przodu. Jeszcze więcej emocji dochodzi w momencie, gdy droga wchodzi w las i pojawia się lekki zjazd. Moje oczy robią się coraz większe, proporcjonalnie do niekontrolowanie wzrastającej prędkości. Tu pęd powierza, tu deszcz, tu jakieś dziury w jezdni a Jasiek gdzieś uciekł na drugą stronę ulicy. Raptem z za zakrętu wyjeżdża samochód. Na rolkach hamować jeszcze nie umiem, więc niewiele myśląc zjeżdżam do krawędzi drogi, rolki hamują w piachu a ja daję szczupaka w pobocze. Zaryłem kaskiem w piach, ale nic mi nie jest. Oglądają się ludzie z tego samochodu, i jakiś rowerzysta, który akurat przejeżdżał obok. Podnoszę kciuk do góry, że OK. Jasiek żałuje, że nie wziął kamerki Go Pro, byłyby fajne nagrania. Etap rolkotreku to w naszym przypadku dystans około 25 km, który robimy w około 2 godziny i 10 minut. W tym wszystkim jest oczywiście kilkukrotne zdejmowanie i wkładanie rolek, co zajmuje sporo czasu.

Kajak (13 km)

Prognoza pogody
Jest 7 rano, podjadamy coś na przepaku „B”, zostawiamy rolki, ubieramy kapoki, zabieramy kajak i zaczynamy spływ po Świdrze. Cieszę się z tej zmiany dyscypliny, teraz trochę popracują ręce a odpoczną nogi. Rzeczka, którą płyniemy jest piękna, dzika, kręta. Ciągle jednak trzeba się mieć na baczności, bo gdzieniegdzie wystają spod wody głazy; w innym miejscu drogę blokują zatopione drzewa i konary. Bywa, że musimy precyzyjnie lawirować pomiędzy przeszkodami. Raz zmuszeni jesteśmy przejść brzegiem a kajak przepchnąć pod zwalonym konarem. Widoki są bardzo ładne i wszystko byłoby pięknie gdyby nie wzmagający się deszcz, który około 8 rano zmienia się w ulewę. Leje, leje i nie zamierza przestać. Wkrótce jestem przemoczony do suchej nitki. Zaczyna mną telepać. Przeziębienia się nie boję tylko siedzenia w zimnej wodzie. Kilka lat wcześniej na „Rajdzie Konwalii”, na etapie kajakowym nabawiłem się rwy kulszowej właśnie przez długotrwałe siedzenie w zimnej wodzie. Miałem potem na długi czas problem z szybszym bieganiem. Obawiam się powtórki z rozrywki. Mam co prawda kawałek karimaty, na której siedzę i który izoluje mnie od plastikowego siedzenia ale wszystko dookoła jest już mokre. Czuję, że siedzę w kałuży. Kajak zaczyna się dłużyć, nie mogę się już doczekać, kiedy wyjdziemy na brzeg. Z zimna zaczynam opadać z sił, odlatywać, coraz częściej robię krótką przerwę w wiosłowaniu. W końcu tuż przy moście czeka ekipa organizatora od kajaków. Wychodzimy na brzeg po ponad 1,5 godziny wiosłowania.

Rower – jazda na orientację – 20 km

Zdjęcie: Piotr Silniewicz
Tu mam kryzys największy. Wychodzimy z kajaków, leje, jestem kompletnie przemoczony i wyziębiony. Moje dzwonienie zębami słyszą chyba sąsiedzi. Idziemy do baraku się przebrać. Przed rajdem zastanawiałem się, czy nie zostawiam za dużo rzeczy na przepakach, pewnie i tak ich nie wykorzystam. Teraz pluję sobie w brodę, że nie zostawiłem więcej suchych ubrań. Nie ma za bardzo w co się przebrać; na mokre legginsy Columbia zakładam suche Dobsomy, które zaraz robią się mokre ale przynajmniej całość lepiej trzyma ciepło. Przełamuję się, by wyjść na deszcz i wsiąść na rower. Po rozgrzaniu się nie jest źle. Wraca mi dobry humor. Jasiek tradycyjnie nawiguje i robi to dobrze. W którymś momencie deszcz znowu zmienia się w ulewę, zatrzymujemy się pod jakimś sklepem by ją przeczekać i coś podjeść. Jedziemy przez Michalin, Aleje Nadwiślańskie i Otwock. Ten etap przyjemny nie jest, bo ulice są ruchliwe i musimy bardzo uważać na przejeżdżające samochody. Do tego leje deszcz a ulice i chodniki są pozalewane tak, jak by przed chwilą było tu oberwanie chmury. Ludzie, którzy nas widzą zza szyb samochodów pewnie stukają się w głowę myśląc, co robią ci ludzie na rowerach w taką pogodę. Doganiamy jakiegoś MIX-a (zespół damsko - męski) i już do końca jedziemy we czwórkę. Około 20 km robimy w godzinę i 15 minut.

Zadanie Specjalne 1

Jesteśmy w Otwocku na jakimś starym stadionie. Zaraz wychodzimy na etap pieszy, ale najpierw czeka nas zadanie specjalne. Polega ono na rozwiązaniu zagadki matematycznej o 4 grzybach. Mamy część informacji o tym gdzie niektóre rosną, i jaką mają średnicę, trzeba ustalić pozostałe niewiadome. Niby prosta rzecz, wiem jak się takie łamigłówki rozwiązuje, ale jakoś na tej przemoczonej kartce, na której usiłuję wyrysować tabelkę nic mi nie wychodzi. W końcu za zadanie bierze się Jasiek. Szczęka zębami i trzęsie się tak, że nie może utrzymać długopisu. Teraz to ja żałuję, że nie mam kamerki Go Pro. Czas mija, a my dalej męczymy się z zadaniem. Trochę wstyd, bo inne ekipy już to zrobiły i poszły do lasu, a obsługa punktu twierdzi, że zadanie jest banalne. Niezrobienie go nie wchodzi w grę, bo za to jest godzina kary czasowej. W końcu Jasiek zagadkę rozwiązuje. Możemy ruszać.

Trek – bieg na orientację – 15 km (?)

To nasz najlepszy fragment rajdu. W końcu bieg na orientację, powinienem tutaj nawigować ale że podczas ulewy „rozpuściłem” swoją mapę, to znowu po prostu biegnę za partnerem. Robię co mogę ale nawet w biegu jestem hamulcowym z powodu zmęczenia, przemoczenia i obciążenia plecakiem. Nie dam rady biec szybciej niż 5 minut na kilometr. Jasiek znowu nawiguje i pokazuje co potrafi. Zrzucił plecak na przepaku, wyraźnie odżył i ma ochotę biec naprawdę szybko. Jest pełen wigoru ale niestety musi na mnie czekać. W podotwockim lesie mijamy uczestników trasy pieszej w tym Jerzego Parzewskiego, weterana, znakomitego biegacza na orientację. Jasiek nawiguje perfekcyjnie, dzięki czemu szybko pojawiamy się z powrotem na punkcie budząc zdziwienie obsługi. Trasę o długości około 9 kilometrów robimy w około 50 minut. W tym czasie wyprzedzamy 3 inne zespoły i przeskakujemy ze środkowego miejsca stawki na 4 pozycję.

Zadanie Specjalne 2

Strzelanie z łuku. Wystarczy raz trafić w tarczę, by mieć zadanie zaliczone. Obsługa pyta, czy kiedyś strzelaliśmy. Jasiek wydaje z siebie lakoniczne „tak”, napina łuk i pakuje strzałę w tarczę. Nie bawimy się w dalsze strzelanie tylko wskakujemy na rowery i ruszamy na ostatni etap.


Rower – jazda na orientację – 25 km (?)

To już końcówka, niewiele z niej pamiętam. Jedziemy głównie po leśnych ścieżkach, Jasiek nawiguje, ja podbijam kartę. Trochę ciężko jest bo piaszczysto i pagórkowato ale to już końcówka, to dodaje optymizmu. Czasem się oglądam za siebie czy nie dochodzi nas jakaś ekipa, którą wyprzedziliśmy na BnO. Nikogo nie widać, tylko od czasu do czasu przemkną obok nas biegacze - orientaliści z innych tras. Ostatnie 9 km robimy w około 37 minut. Wjeżdżamy na metę w Starej Wsi o godzinie 12:32 w sobotę, po 10 godzinach i 17 minutach od startu. Mój GPS podaje, że zrobiliśmy 103 kilometry. Jesteśmy 4 drużyną na 11 startujących. W kategorii zespołów męskich mamy 2 miejsce bo wyprzedziły nas dwa MIX-y. Do trzeciego zespołu, czyli najniższego stopnia pudła straciliśmy równo godzinę. Wyniki z czasami przedstawiają się następująco:


Podsumowanie

Było ciężko i było fajnie choć zajęte miejsce pozostawia niedosyt. Nie spodziewałem się, takich problemów z deszczem i zimnem. Przecież jeszcze niedawno było tak ciepło. Szkoda tej głupoty z zostawionym przepakiem, na której sporo straciliśmy. Szkoda tego bezsensownego poszukiwania PK 2. Następnym razem w razie pewności pobytu we właściwym miejscu trzeba dzwonić do organizatora. Muszę też bardziej udzielać się nawigacyjnie, bo na tym rajdzie całą pracę z mapą zrobił Jasiek, za co mu serdecznie dziękuję. Co jeszcze? Może trzeba jeszcze kupić SPD-y, rolki, poćwiczyć z jednym i z drugim, poćwiczyć rowerową jazdę na orientację. Wtedy może w przyszłości spróbujemy jakiegoś rewanżu z ekipami, od których dziś dostaliśmy łomot. Tymczasem zwycięzcom należą się brawa i serdeczne gratulacje.


piątek, 28 czerwca 2013

DYMnO 2013 - relacja


Nieudany skok o tyczce. Foto: Jasiek (komórka)
Już półtorej miesiąca minęło od zakończenia Długodystansowego Rajdu na Orientację DYMnO. Bazą rajdu było miasto Łochów położone na północny wschód od Warszawy. Startowałem w tych zawodach już kilkakrotnie, zawsze na trasie pieszej. Tym razem kolega (Paweł Janiak) namówił mnie na start w rajdzie przygodowym, moim pierwszym w życiu. Pojechaliśmy, przebiegliśmy ponad 75 km, przepłynęliśmy kajakiem 20 km, przejechaliśmy rowerem 27 km i po niecałych szesnastu godzinach wróciliśmy do bazy. Wygraliśmy. Zajęliśmy pierwsze miejsce na 19 zespołów. Było fajnie. Kto ciekaw szczegółów zapraszam na dłuższą relację na portal napieraj.pl [link]

Tu link do szczegółowych danych z trasy z jaśkowego Endomondo [link]
Strona zawodów - inne relacje, zdjęcia, wyniki [link]

Użyty sprzęt:

Buty Columbia Ravenous Lite
Skarpety sportowe Motive
Bokserki Craft Zero Extreme Boxer
Spodnie Dobsom R-90
Koszulka chłodząca Columbia Baselayer Lightweight
Plecak biegowy Kalenji (z Decathlonu)
Czapka z daszkiem New Balance
Zegarek Timex Ironman Sleek 150-Lap

piątek, 21 czerwca 2013

Rajd na orientację


Wiem, od dawna nic nie napisałem. Startowałem już spory czas temu w moim pierwszym rajdzie na orientację. Napisałem z tego wydarzenia relację i wysłałem na stronę poświęconą rajdom (napieraj.pl). Relacja ta zaległa jednak gdzieś u Kshyśka (admina) w czeluściach jego skrzynki mailowej. Trudno, jeszcze na publikację poczekam. Tymczasem wrzucam plakat informujący o małym rajdzie w Wyszkowie na początku lipca. Trasa krótka, trochę biegania, trochę rowerowania - w sam raz dla początkujących. Blisko mają zwłaszcza warszawiacy. Ja jestem zapisany w tym czasie na inną wyrypę ale może ktoś zorganizuje ekipę i się skusi?

Tu więcej informacji [link]