Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieg Rzeźnika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieg Rzeźnika. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 czerwca 2015

Bieg Rzeźnika "ultra" - relacja

Z Piotrem Sawickim na mecie. Zdjęcie: Jan Kwiatkowski
Zaliczyłem właśnie kolejny długi bieg, mój najcięższy w tym roku. Bieg Rzeźnika "ultra" zakończony w ostatni weekend, kilka dni przed klasycznym Biegiem Rzeźnika. Było grubo, ponad 140 kilometrów po bieszczadzkich górach i ponad 6000 metrów podejść. Miałem kryzysy ale jakoś dowiozłem się do mety na drugim miejscu, choć w słabym czasie. Z 248 startujących w limicie 24h zmieściło się tylko 16 zawodników. Stąd cieszę się, że w ogóle ukończyłem.


Relację z biegu napisałem dla Festiwalu Biegowego. Kto ma chęć poczytać, tu jest [LINK]

Zdjęcie: Piotr Drewnik

środa, 5 listopada 2014

XI Bieg Rzeźnika – relacja

Prolog

Plan trasy
Mój trzeci start w Rzeźniku. Tym razem lecę z Piotrkiem Sawickim, rekordzistą Polski w biegu 24-godzinnym, dwukrotnym wicemistrzem Polski w biegu 24-godzinnym, maratończykiem z życiówką 2:39. Zgadaliśmy się po supermaratonie w Kaliszu – Piotrek go wygrał, ja byłem drugi. Trochę się obawiam tego startu, bo Piotrek jest ode mnie mocniejszy, szybszy – boję się, że mnie zajedzie. Liczę jednak, że skoro On ma większe doświadczenie na ulicy a ja większe w terenie to może na szlaku te dysproporcje się wyrównają. Plan minimum dla mnie: złamać dotychczasową życiówkę (9:53). Plan średni: zmieścić się w czasie pomiędzy 9:00 a 9:30 i stanąć na pudle. Plan maksimum: złamać 9 godzin i wygrać. Lista startowa do ostatnich dni nie straszy potwornymi nazwiskami. Część mocnych kolegów z Rzeźnika zrezygnowała m.in. z powodu dosyć wysokiego wpisowego. Z zespołów, które mogą nam dołożyć widzę tylko Krzyśka Dołęgowskiego i Kamila Leśniaka. Na moje oko z nimi nie wygramy. Krzysiek jest mocny i bardzo doświadczony. No chyba, że Kamilek – bardzo mocny ale jeszcze młody i narwany - coś wywinie. Niebezpieczny może być jeszcze Konrad Ciuraszkiewicz z kolegą. Wykręcił ładny czas na B7D, zimą wygrał coś w górach. Jeśli w ostatnich miesiącach nie zapuścił brzucha i ma mocnego partnera – też może być wysoko. W każdym razie wydaje się, że mamy spore szanse na pudło. Optymizm odnośnie szans w rywalizacji schodzi ze mnie, gdy dojeżdżamy na zawody. Okazuje się, że w ostatniej chwili zgłosiły się dwa, bardzo mocne zespoły. W jednym jest Przemysław Sobczyk - zwycięzca Biegu Ultra Granią Tatr - z Kubą Wiśniewskim - bardzo mocnym biegaczem z ulicy. Kuba jest w tym związku ogniwem niepewnym, bo ponoć nie startował górskim ultra. Zastanawiamy się, jaki będzie Jego pierwszy raz. W biurze zawodów, które się bardzo rozrosło panuje piknikowa atmosfera. Ludzi jest pełno. Stoją w kolejkach po odbiór pakietów startowych. Te są całkiem bogate: koszulka Newline, bardzo fajny, okolicznościowy buff, spray na stłuczenia, jeszcze jakieś rzeczy. Wpisowego nie ma co żałować. Głośno gra muzyka, nawet przytępione nosy wyczuwają zapach kiełbasek z grilla. Wśród tłumów dostrzegam przechadzającego się Bartosza Gorczycę z pakietem startowym na ramieniu. To nowa twarz w czołówce polskiego, górskiego ultra. Wygrał jesienią Ultra Maraton Bieszczadzki, ten, w którym ja byłem 4. Nie wiem, z kim biegnie, ale z pewnością dobrał sobie partnera o podobnych możliwościach. Czyli to kolejny zespół, mocniejszy od naszego. Piotrek jest bojowo nastawiony i wielkich kalkulacji nie prowadzi, bo wiadomo: ultra, góry – dużo rzeczy może się zdarzyć. Ja zdroworozsądkowo szacuję nasze szanse na 4 miejsce. I się nie pomylę.

Etap I – Komańcza – Przełęcz Żebrak

Profil
3:30 rano, piątek 20 czerwca. Ruszyliśmy. Piotrek bez rękawiczek bo zgubił je gdzieś tuż przed startem. Z Komańczy biegnie ulicą tłum ludzi. Ważne by się tu nie zgubić. Tempo jak na ultra dosyć mocne, w okolicach 4:30. Piotrek z przodu, ja staram się nadążyć. Kilkukilometrowa droga do Duszatyna jest lekko pagórkowata. Niedługo po starcie zaczyna padać. Będzie błoto, na Rzeźniku to już tradycja. To moje warunki, jestem zadowolony. Oczami wyobraźni widzę miny Stefana i Dominika nastawionych, że deszcz będzie od 14-tej. Tak zapowiadała prognoza pogody. Mijamy się z mniejszymi i większymi grupkami innych biegaczy. Na ubraniach i plecakach często świeci się napis „Salomon”. – Na następny bieg muszę sobie kupić coś Salmona bo wyglądam nieprofesjonalnie – zagaduję półżartem do Piotrka.

Pierwszy błąd: zgodnie z oznaczeniem czerwonego szlaku skręcamy w lewo, w ścieżkę, która następnie biegnie równolegle do szutrówki. Za wcześnie, niepotrzebnie. Po jakimś czasie zbiegamy z powrotem do drogi, mamy wokół już innych ludzi. Trochę czasu straciliśmy ale ile dokładnie – trudno powiedzieć.

Zdjęcie: Weganka biega

W pewnym momencie kończy się droga, zaczyna podejście. Wchodzimy w teren, na Chryszczatą (998 m.). Podejścia Piotrek lekko podbiega, ja raźno podchodzę. Dwie metody a tempo mniej więcej podobne. Dumam, czy się mój partner nie zajedzie tym bieganiem pod górkę ale nic nie mówię. Wie co robi, a nawet jak lekko spuchnie to i mnie jako słabszemu ogniwu będzie w tym duecie łatwiej przetrwać. Wokół nas ludzi coraz mniej. Trochę popadało ale w lesie, pod drzewami szlak jeszcze nie rozmókł. Dobrze się biegnie. Moją uwagę zwraca niewysoki chłopak z wesołą miną gnający na zbiegach jak burza. W oddali za plecami słychać nawoływania: - Seeebaaa! - pooooczeekaj! – [w domyśle]. – Kur….a!!! – to już na głos. To ani chybi partner tego zwinnego, wesołego: najwidoczniej niezbyt zadowolony z wyścigowego tempa kolegi. Seba się zatrzymuje i czeka na partnera puszczającego w okoliczne krzaki siarczyste wiązanki a my zbiegamy do Przełęczy Żebrak (16 kilometr).

Prognoza pogody w przeddzień startu

Etap II – Przełęcz Żebrak – Cisna

Na przełęczy dwa zdania do kamery dla znajomego dziennikarza - biegacza Piotrka Falkowskiego; dwa szybkie łyki jakiegoś izotoniku i lecimy dalej. Niezbyt długie podejście na Wołosań (1071 m.). Jesteśmy w czołówce, nikogo wokół nas nie widać. Raz się niegroźnie wykotłowałem ale generalnie buty Columbia Conspiracy trzymają dobrze. Czuję się średnio, trochę mało zabrałem zaopatrzenia. Do nerki za dużo nie weszło. Na grzbiecie to ja nadaję tempo, Piotrek nadawał je na podejściu. Fajnie nam się razem napiera, dobrze się dobraliśmy. Nie widać dysproporcji mocy; w terenie nie widać, by jeden był wyraźnie mocniejszy od drugiego. Na asfalcie wyraźnie szybszy jest Piotrek. Widać to także  wtedy, gdy zbiegamy do Cisnej. Muszę dobrze przebierać nogami, by za nim nadążyć. Przed miejscowością podjeżdża do nas Mirek Bieniecki, organizator. Coś tam zagaduje. Fajnie jest. Na przepak w Cisnej (32 kilometr) wbiegamy jako 4 z blisko 600 zespołów.

Etap III – Cisna – Smerek

W Cisnej na przepaku spędzamy trochę więcej czasu niż drużyna, która dotarła do niego tuż za nami toteż ruszamy na dalszy etap jako 5 team. Wybiegających dopinguje sam Marcin Świerc. Podjadłem, napiłem się, czuję się świetnie. Żwawo podchodzę pod górę, zmierzamy w stronę Okrąglika (1101 m.). Na grzbiecie też biegnie mi się bardzo dobrze. Przyroda jest piękna, warunki są świetne. Na szlaku omal nie rozdeptuję wylegającej się beztrosko salamandry. Wyprzedziliśmy jeden zespół, teraz wyprzedzamy kolejny wskakując na trzecie miejsce. Pudło jest w garści, teraz tylko nie dać go sobie wydrzeć.

Miejsce zgubienia trasy
Niestety za dobrze być nie może i za chwilę czeka nas przykra niespodzianka. W okolicach Okrąglika gubimy drogę. Jest mgła, dobiegamy do rozwidlenia ścieżek na połoninie. Faworków znaczących trasę nie widać więc wybieram ścieżkę bardziej wyrobioną. Biegniemy nią kilkaset metrów lecz oznaczeń szlaku nie dostrzegamy. W głowie zapala mi się ostrzegawcza lampka. Na szczęście pojawiają się turyści. Zapytani czy to czerwony szlak odpowiadają że nie. To ścieżka do Strzebowisk. Jasna cholera, musimy się wrócić. W powietrze puszczam wiązankę, której jako nauczycielowi i wychowawcy nie wypada mi tu cytować. A tak było pięknie. Wracając natrafiamy na biegnący w naszą stronę 5 team. Oni też pomylili trasę. Wyprowadzamy chłopaków z błędu, zawracają i biegną za nami. Wracamy na właściwy szlak, niestety straciliśmy kilka minut i znowu jesteśmy na 4 pozycji. 

Na grzebiecie i na zbiegu w naszym zespole prowadzę ja. Piotr nie może zbyt szybko zbiegać, ma jakąś nie do końca zagojoną kontuzję stopy. Zbiegliśmy do „drogi Mirka”. Teraz kilka kilometrów łagodnego zbiegu po szutrze i asfalcie. Na tym etapie powietrze ze mnie schodzi i czuję się słabo. To chyba zbliżające się problemy żołądkowe. Piotr prowadzi, nadaje tempo i musi na mnie czekać. Prawie w biegu korzystam z przydrożnego rowu jako toalety. Nie ma chwili do stracenia bo różnice pomiędzy zespołami są niewielkie. Na długich prostych widzimy biegnący przed nami 3 zespół i biegnącą za nami 5 drużynę. Po 100 niekończących się zakrętach „drogi Mirka” osiągamy przepak w Smereku (56 kilometr).

Etap IV – Smerek – Brzegi Górne

Na przepaku dopada nas zespół INOV-8: Krzychu Dołęgowski i Kamil Leśniak. Chłopcy zaczęli bardzo spokojnie a teraz poruszają się ruchem jednostajnie przyśpieszonym. Czując nóż na gardle poganiam Piotra byśmy się szybciej zawijali na trasę. Zaraz po wyjściu wyprzedzamy trzeci zespół zajmując jego pozycję. Tylko jednak na chwilę. Kilka minut później, na podejściu dochodzą nas chłopaki z INOV-8. Mają nas na widelcu. Piotr naciska mocniej, ja jestem zrezygnowany. Jakoś nie wierzę, że damy im radę. Znowu spadamy na 4 pozycję. 



Gdy wchodzimy na Połoninę Wetlińską Piotrka dopada kryzys. Lekko odstaje z tyłu, coś tam burczy pod nosem, że tych połonin to on nienawidzi czy też ma ich dosyć. Ja dla odmiany czuję się świetnie. W dobrym humorze przeskakuję po krętych ścieżkach, kluczę pomiędzy kamieniami. Prawie nie czuję przebytych kilometrów. Na szczycie mocno wieje, jest pochmurno i mgliście. Krzysiek i Kamil znikają w oddali. Po osiągnięciu schroniska „Chatka Puchatka” (1228 m.) zbiegamy do Brzegów. Robimy to dosyć wolno, dla Piotra coraz bardziej dokucza stopa. 

Etap V – Brzegi Górne – Ustrzyki Górne (Meta)

W Brzegach (69 kilometr) czekają nas kibice. Wychodzimy na ostatni etap. Zaczyna się strome podejście na Połoninę Caryńską z najwyższym szczytem sięgającym 1297 m. Piotr zdychał na Wetlińskiej to teraz dla odmiany zdycham ja. Łapię się desperacko drewnianych poręczy ustawionych wzdłuż ścieżki, co jakiś czas przystaję dla złapania oddechu. – Paweł, musimy to podejść, choćby się skały srały – zagrzewa mnie do walki idący na przedzie Piotr. Ja mam już dosyć. Gramolę się na tę połoninę ostatkiem sił. Od czasu do czasu mijamy turystów. Szlak robi się coraz bardziej tłoczny. Jakież szczęście, że to ostatni etap. 

Na połoninie odżywam. Wraca humor i moc w nogach. Trudny technicznie szlak z wystającymi taflami skał wśród których trzeba umiejętnie kluczyć sprawia mi przyjemność. Jeszcze większą radość sprawiają mi słowa partnera. – Pawełku – zagaduje pieszczotliwie Piotrek – złamiemy 9 godzin! Coś takiego, wspaniale! Staram się hamować zbytnią radość, bo na nią będzie czas na mecie. – Oby się tylko teraz nie wyłożyć – kołacze mi w głowie. 

Tymczasem biegniemy ostatnie kilometry. Kibice biją brawo, turyści życzliwie ustępują ze szlaku. Zaczyna się ostatni, stromy zbieg po schodach. Niewygodny, nieprzyjemny, niebezpieczny ale to już ostatni akcent. Cali w skowronkach wbiegamy na linię mety. 78 kilometrów czerwonego szlaku w Bieszczadach pokonane.

Zdjęcie: Fundacja Caroline B. LeFrak

Epilog

Nasz zespół „Columbia / 9 Dywersyjna” zajął ostatecznie 4 miejsce na 597 drużyn. Czas 8 godzin, 44 minuty i 46 sekund to 6 najlepszy wynik w 11-letniej historii imprezy i 5 najlepszy zespół w historii Rzeźnika. Dla mnie jest to duży sukces bo choć na podium ostatecznie nie stanęliśmy to poprawiłem swój poprzedni rekord o ponad godzinę. Co zadecydowało o tym, że się udało? Przede wszystkim trafił mi się bardzo dobry partner; dobrze przygotowany, dopasowany do mnie możliwościami. Dziękuję Piotr! Po drugie dopisała pogoda: było chłodno i niezbyt błotniście. Prawie idealnie. Po trzecie nie popełniliśmy żadnego poważniejszego błędu sprzętowego, taktycznego czy żywieniowego. Prawie wszystko zagrało. Owszem, trafiły się dwa nawigacyjne błędy, można by było gdybać co by było gdyby ale chyba nie ma to sensu. I tak jest to dla mnie najbardziej udany bieg w tym sezonie.



Tegoroczna edycja Rzeźnika była udana nie tylko dla nas ale i dla wielu innych zespołów. Czasy były takie, że część z kibicujących w domach wręcz dopytywała się, czy trasa nie została skrócona. Nie została. Dwa pierwsze zespoły wykręciły rewelacyjne czasy łamiąc rekord trasy. Trzeci na pudle zespół INOV-8 osiągnął znakomity wynik 8 godzin 32 minuty i dołożył nam 12 minut. Po nas jeszcze dwa zespoły złamały 9 godzin. W sumie na mecie znalazło się 6 zespołów 9-łamaczy. Wynik jak na Bieg Rzeźnika wyjątkowy.



Użyty sprzęt:

Buty Columbia Conspiracy
Skarpety sportowe Motive
Legginsy ¾ Columbia Speed Trek Capri
Bluza oddychająca z długim rękawem RMD Rockommended
Rękawiczki treningowe Nike
Czapka z daszkiem Go Sport
Nerka New Balance
Plecak biegowy Kalenji 12 L
Pulsometr Suunto Ambit Silver HR
Czołówka Petzl Myo XP

Pierwsza 6 – wyniki

1. Przemek Sobczyk i Kuba Wiśniewski – 7:54:04
2. Bartosz Gorczyca i Łukasz Szumiec – 8:07:14
3. Krzysztof Dołęgowski i Kamil Leśniak - 8:32:53
4. Piotr Sawicki i Paweł Pakuła – 8:44:46
5. Dominik Jagieła i Wojciech Pawul – 8:53:43
6. Konrad Pociask i Michał Kopyczok – 8:58:10

[LINK] do strony zawodów

środa, 7 marca 2012

Jakie buty na Rzeźnika?


Już zaraz, już niedługo, już za chwilkę (dokładnie 8 czerwca) kolejna IX edycja (ojej, jak ten czas leci!) Biegu o Puchar Rzeźnika. Startowałem w nim dwa razy, w 2009 roku (z Maciejem Więckiem, czas 10:16, miejsce 6) i w 2010 roku (z Andrzejem Buchajewiczem, czas 9:53, miejsce 4). W tym roku niestety znowu nie wystartuję ale nie po to to piszę, by się pożalić i czekać na pocieszenie. Otóż kilka znajomych osób zapytało mnie ostatnio jakie buty bym na ten bieg wybrał. W ramach takiej bardziej rozwiniętej odpowiedzi napisałem na ten temat tekst, który opublikował portal bieganie.pl. Link poniżej.


czwartek, 6 stycznia 2011

Filmy z Rzeźnika i Ełckiej Zmarzliny


Poniżej dwie rzeczy z serwisu Youtube: krótka, minutowa relacja telewizyjna z Biegu Rzeźnika 2010 pokazywana w TVN24 i wywiad z organizatorami pieszego maratonu na orientację Ełcka Zmarzlina 2010. Film pierwszy to świetne wspomnienie i pamiątka, nawet gdzieś tam się załapaliśmy z Andrzejem w kadr (09, 32 i 35 sekunda filmu). Nie mam praw do tego dzieła, więc niedługo może zniknąć z serwisu. Na drugim filmie Ireneusz Dzienisiewicz i Wiesław Rusak w Radiu 5 Ełk opowiadają o zbliżających się zimowych zawodach na 100 kilometrów na orientację. Film dobrze wprowadza w temat, wyjaśnia, na czym polegają piesze setki.


Filmy fajne tylko drażni mnie nieco powtarzanie jak mantry słów „prawdziwi mężczyźni” i „ekstremalna impreza”. Ludzie z poza środowiska oblepiają tymi wielkimi słowami wszelkie dłuższe imprezy a tymczasem to nie jest tak. Przecież tam jeżdżą normalni ludzie. Turyści górscy, sportowcy – amatorzy, czasem ludzie ze służb mundurowych lub militaryści. Nie wiem jak inni, ale ja, choć nieźle mi takie starty wychodzą nie uważam się za żadnego „twardziela”, „prawdziwego mężczyznę” od „ekstremalnych imprez”. Jak przypadkowo natknę się na bandę dresiarzy, którzy chcą wydusić dwa złote to mam pełną zbroję i serce w przełyku ze strachu. Za żadnego twardziela się nie uważam. Dla mnie jest to po prostu sport z dużą dawką przygody. A może odwrotnie? Może przygoda z dużą dawką sportu? Mniejsza o to. W każdym razie nie trzeba być „prawdziwym mężczyzną”, bo te imprezy zaliczać. Trzeba mieć tylko czas i zacięcie do systematycznego treningu. Podobnie jest z tym słowem „ekstremalne”. Ekstremalne przygody to mają chłopcy w Afganistanie, gdy wyjeżdżają na patrol i nie wiedzą, czy wrócą w jednym kawałku. A na tych naszych imprezach? Owszem, bywa niebezpiecznie: można złamać lub skręcić nogę, połamać rękę, coś odmrozić. Nabawić się odcisków, obtarć i siniaków. Na pewno można się porządnie zmęczyć. W Polsce jeszcze chyba nikt nie zginął, ale (odpukać w niemalowane) i to się pewnie kiedyś zdarzy. Umierają ludzie na ulicach to i kiedyś na którejś z naszych imprez przytrafi się wypadek. Oby jak najpóźniej a najlepiej nigdy. Ale póki, co z tymi „ekstremalnymi imprezami” dla „prawdziwych mężczyzn” ja bym nie przesadzał. Zbyt wielkie to słowa i niepasujące do tematu.




niedziela, 13 czerwca 2010

VII Bieg o Puchar Rzeźnika


Podstawowe informacje o biegu:

Miejsce: Bieszczady

Dystans: 75,2 km

Limit: 16 godzin

Rodzaj zawodów: ultradystansowy bieg liniowy, w ogromnej większości terenowy, górski.

Czas i miejsce: 4 czerwca 2010, Start w Komańczy o 3:30 rano, meta w Ustrzykach Górnych.

Opis Trasy: Czerwony szlak bieszczadzki, bieg po grzbietach wzgórz, połoninach. Wspinaczka na wzniesienia dochodzące do 1300 m. n.p.m. Po drodze 4 punkty kontrolne / przepaki.



I znowu Rzeźnik. To już drugie podejście. W zeszłym roku ukończyłem ten bieg w parze z Maćkiem Więckiem. Uzyskaliśmy czas 10:16 i szóste miejsce. Ciężko było, zajechałem się w połowie trasy, potem trochę odżyłem, lecz na metę wpadłem ledwo żywy. Partner był ode mnie znacznie mocniejszy, dlatego na ten rok postanowiłem poszukać kogoś o bardziej zbliżonych do mnie możliwościach. Padło na Andrzeja Buchajewicza, doświadczonego biegacza pokonującego maraton w mniej niż 3 godziny i lokującego się w ścisłej czołówce startujących w orienterskich setkach (jest jednym ze zwycięzców wiosennej edycji tegorocznego Harpagana). Bardzo pasował mi start z Andrzejem gdyż po porównaniu wyników z ostatnich startów w biegach ulicznych okazało się, że mamy bardzo zbliżone możliwości. Zgłosiliśmy więc naszą drużynę „Sherpas Raidteam” do startu w siódmej edycji Biegu o Puchar Rzeźnika. Cele? Założenia? Po pierwsze złamać 10 godzin. Po drugie zająć możliwie wysokie miejsce. Pozostało uczciwie trenować by cel zrealizować i nie zawieść partnera.


Wystartowaliśmy o 3:30 „rano”. Jakie tam rano? To wyglądało jak środek nocy. Do tego mżawka, na trasie pełno błota i wody po ostatnich intensywnych opadach. Nie lubię takich warunków, już jadąc do Cisnej marudziłem na myśl o przyszłych męczarniach. Trudno, klamka zapadła. Trzeba zrobić swoje. Po sygnale wystrzału z jakiejś prehistorycznej strzelby 167 zespołów wybiegło na blisko osiemdziesięciokilometrowy górski szlak z Komańczy do Ustrzyk Górnych. Początek był tłumny i w naszym przypadku wolny. Uważałem na partnera, by go w tym początkowym zagęszczeniu ponad trzystu osób nie zgubić. Truchtaliśmy lekko szutrową drogą przez kilka kilometrów robiąc krótkie przerwy na marsz przy podejściu na pagórki. Według Andrzeja pokonaliśmy ten odcinek zbyt wolno. Ja wolałem zacząć spokojnie i ostrożnie by stopniowo przyzwyczajać organizm do ultradystansowego wysiłku. W końcu szuter się skończył i wbiegliśmy na górską drogę, która z czasem przeszła w leśną ścieżkę. Na tym etapie Bieg Rzeźnika zaczął mi coraz bardziej przypominać Bieg Katorżnika, w którym kiedyś startowałem. Błoto, woda, poślizg, górka, błoto, deszcz, błoto. Pierwsze kilka kilometrów przeprowadziło wstępną selekcję. Tłumu już nie było, były pojedyncze grupki. Biegliśmy czołówce, może 8 lub 10ta para. Stopniowo się rozwidniało, można było dostrzec czerwone oznaczenie szlaku. Początkowo naiwnie oszczędzałem buty i uważałem, by nie przemoczyć stóp. Wszystko na nic. Po paru kilometrach dobiegliśmy do strumienia, który w tamtym roku przechodziłem suchą nogą skacząc po kamieniach. Teraz nie było szans. Tylko dwie sekundy na pożegnanie z suchymi stopami i wskoczyliśmy do wezbranego potoku przechodząc na drugą stronę. Woda sięgała do górnej części łydki. Miałem w miarę nowe, słabo rozbiegane buty. Bałem się, czy mokre nie dadzą mi się we znaki. Jak by coś na przepaku w Cisnej zostawiłem zapasowe. Na szczęście na razie wszystko było w porządku. Wijącą się górską ścieżką, w półmroku i przy kropiącym deszczu wspięliśmy się na Chryszczatą (998 m.). Po drodze zostaliśmy wyprzedzeni przez bardzo mocny zespół naszych kolegów: Maciek Więcek i Michał Jędroszkowiak. Chłopcy na krótko zgubili szlak i musieli wrócić. Stąd przez moment biegli za nami. Potem się oddalili i znikli z oczu. Przewagę kolegów było widać zgłasza na zbiegach. Mieli świetną technikę i robili to bardzo szybko. Po niecałych 17 kilometrach zbiegliśmy na Przełęcz Żebrak gdzie znajdował się pierwszy punkt kontrolny. Z czasem 1:53 byliśmy 6 zespołem. Traciliśmy do prowadzących niecałe 9 minut. Dwa szybkie łyki izotoniku i polecieliśmy dalej.

Po wyjściu z przełęczy znowu winda pod górę. Tym razem wspinaliśmy się na grań, której najwyższym wzniesieniem jest Wołosań (1071 m.). Utrzymywaliśmy w miarę mocne tempo na podejściach, po płaskim i z górki przechodziliśmy w bieg. Tam, gdzie tempo było wolniejsze dobierałem się do plecaka pałaszując kanapkę, kawał kiełbasy, batona. Pamiętałem zeszłoroczną lekcję, gdy przez słabe odżywianie „odcięło mi prąd”. Chciałem biec, droga była piękna, z górki, równa. Nie mogłem. Dziś nie chciałem przeżywać tego ponownie. Opychałem się nie bacząc na maniery. Bezpośrednio przed nami biegły dwa teamy. Pierwszy podbiegał pod górkę i niezbyt sprawnie zbiegał, więc był do łyknięcia. Drugi, bardziej doświadczony bronił się aż do Cisnej. Po 32 kilometrach ponownie zbiegliśmy z porośniętej lasem grani do miejscowości depcząc po piętach czwartemu zespołowi. Z czasem 3:27 byliśmy na piątej pozycji. Pokonanie ostatniego etapu zajęło nam godzinę i 34 minuty. Na przepaku zostawiliśmy zbędne rzeczy (ja między innymi ortalionową kurtkę Dobsoma, czego później żałowałem), pobraliśmy zaopatrzenie i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Uwinęliśmy się szybciej niż konkurenci i awansowaliśmy na czwartą pozycję. Miejsce na pudle było coraz bliżej.


Z Cisnej czerwony szlak prowadził nas w stronę słowackiej granicy, potem odbijał w kierunku Smereka. Znowu mieliśmy przed sobą podejście na grań. Najwyższe wzniesienia, które na nas czekały to Jasło (1153 m.), Okrąglik (1101 m.) i Fereczata (1102 m.). Niedługo po wyjściu z przepaku trafiliśmy na wezbrany strumień. Kolega tłumaczył nam przed startem jak go pokonać suchą stopą. Teraz nie miało to znaczenia, bo stopy i tak były przemoczone. Po raz kolejny i nie ostatni wskoczyliśmy do wody. Podeszliśmy na wzgórza trzymając nadal przyzwoite tempo. Gdzieś po drodze zaskoczył nas jeden z prowadzących zespołów. Biegł w przeciwną stronę, wracał do Cisnej. Nie za bardzo rozumiałem, co się stało: chłopcy biegli, nie wyglądali na kontuzjowanych. Dopiero po zawodach przeczytałem, że byli faworytami, lecz jeden z członków zespołu nie wytrzymał bardzo ostrego tempa. „Odcięło mu prąd”. Tym sposobem niespodziewanie wskoczyliśmy na trzecią pozycję. Biegliśmy po miejsce na pudle. Wspomniałem o tym Andrzejowi, nie chciał wierzyć. Przy słowackiej granicy udało nam się nie popełnić błędu przy rozwidleniu szlaków i nie tracąc czasu wkroczyliśmy na Wielką Grań Wopistów. Pokonaliśmy ją sprawnie, lecz mojego partnera kosztowało to bardzo dużo wysiłku. Andrzej ostrzegł, że takie tempo niedługo go zarżnie. Musieliśmy zwolnić. Zaraz potem ujrzeliśmy doganiający nas czwarty zespół. Myślałem, że to ci, z którymi ścigaliśmy się u bram Cisnej. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem Pawła Dybka i Magdę Łączak. O Pawle słyszałem wiele, jest bardzo mocnym zawodnikiem startującym w rajdach przygodowych, niepokonanym rekordzistą Kieratu. Paweł startował jednak z dziewczyną i przed startem nie przypuszczałem, że mogą nam zagrozić. Okazało się, że Magda w swoim wytrenowaniu nie ustępowała niczym męskiej czołówce. Gdy nas „Dybkowie” wyprzedzali na zbiegu do Smereka byłem zaskoczony i pełen podziwu dla dziewczyny. Dobiegliśmy do szutrowej drogi wijącej się delikatnie w dół. Jeszcze kilka kilometrów i będziemy na kolejnym przepaku. Truchtaliśmy powoli odpoczywając w biegu. Szutrówka dłużyła się niemiłosiernie. Zakręt, zakręt, za nim znowu zakręt. Niekończące się zakręty. Andrzej miał ich serdecznie dosyć. Doskonale go rozumiałem. W zeszłym roku tu właśnie miałem kryzys, nie dałem rady biec, myślałem, że owe zakręty nigdy się nie skończą. Tym razem było lepiej. Spokojnie dobiegliśmy do Smereka, gdzie za mostem czekał przepak, pyszne bułki z dżemem oraz kibicująca nam Ula. Byliśmy tam po 6 godzinach i 11 minutach od startu. Pokonanie odcinka Cisna – Smerek zajęło nam 2 godziny i 43 minuty. Traciliśmy 36 minut do prowadzących. Mając w nogach już 56 kilometrów wyruszyliśmy na przedostatni odcinek.


Po wyjściu z przepaku czekał nas powtarzany już kilkakrotnie scenariusz. Najpierw wspinaczka pod górę, potem dłuższy bieg pagórkowatym grzbietem i na koniec zbieg do ostatniego punktu kontrolnego usytuowanego w Berehach Górnych, na 68 kilometrze. Na tym etapie wyszliśmy w końcu z lasu na Połoninę Wetlińską (Bieszczadzki Park Narodowy) gdzie mżawka i silny wiatr dawały się we znaki. Było naprawdę chłodno, żałowałem, że kurtkę zostawiłem na przepaku. Dobrze, że Andrzej pożyczył mi swoje rękawiczki. Najwyższym szczytem na tym etapie jest Smerek (1222 m.) i Roh (1255 m.). Truchtaliśmy spokojnym tempem po połoninach nikogo nie wyprzedzając i nie będąc przez nikogo łykniętym. Nie wiedzieliśmy, że już do mety nie zobaczymy żadnego innego zespołu. Zbiegając z połonin do Berehów zauważyłem, że Andrzej zbiegał dużo szybciej niż na początku. Chyba w trakcie biegu udało mu się poprawić technikę. Do ostatniego przepaku dotarliśmy z czasem 8:29 utrzymując czwarte miejsce. Ten etap zajął nam 2 godziny i 17 minut. Do najlepszych traciliśmy 24 minuty, o 12 mniej niż wcześniej. Po kilku łykach energetycznego napoju ruszyliśmy na ostatni odcinek. Jeszcze tylko 9 kilometrów i będziemy w domu.

Z Berehów wspinaczka na nieco wyższą niż poprzednia Połoninę Caryńską. Podejście jest bardziej strome niż zwykle, stąd pracownicy Parku zamontowali na ścieżce stopnie i drewniane poręcze. Nogi miały już trochę dosyć stąd wciągałem się rękoma po poręczach niczym po linie. Po wyjściu ze strefy lasu jeszcze krótka wspinaczka do grzbietu połoniny i znowu trucht. Byliśmy teraz po najwyższych wzniesieniach na trasie biegu sięgających prawie 1300 metrów (Kruhly Wierch – 1297 m.). Wspinaczka zajęła nam trochę czasu, wspomniałem Andrzejowi, że chyba nie damy rady złamać 10 godzin. Partner nic nie powiedział, ale jakby zaczął mocniej przyciskać. Biegliśmy znowu w miarę szybko i sprawnie, jak na początku biegu. Było to dosyć trudne gdyż ścieżka na połoninach najeżona jest wystającymi kamieniami. Mijaliśmy turystów, którzy pomimo fatalnej pogody wybrali się na spacer w góry. Bili brawo, pozdrawiali, dopingowali. Czasem wspominali, którym zespołem jesteśmy i ile tracimy do tych przed nami. Jeden z napotkanych turystów zachęcał do podkręcenia tempa. Jego zdaniem ci przed nami słabną, są mocno wyczerpani, nawet wysępili od niego batona. Czyżby stalowa Magda w końcu słabła? Tak w pierwszej chwili pomyślałem. Dopiero na mecie okazało się, że to nie „Dybkowie” mieli kryzys a Maciek z Michałem. Paweł z Magdą wyprzedzili naszych kolegów i niespodziewanie awansowali na drugą pozycję. My jak poprzednio biegliśmy na czwartym miejscu i raczej nie myśleliśmy o podium. Nasze głowy zaprzątała walka o cel główny: złamanie 10 godzin. Gdy w końcu skończyła się połonina i zaczęliśmy nasz ostatni zbieg do godziny „0” pozostawało z 30 lub 20 minut. Zbiegałem po schodach i spływającym po nich potoku nerwowo spoglądając na zegarek. Obracałem się, co jakiś czas do kolegi krzycząc: „Andrzej, jeszcze 18 minut, Andrzej, jeszcze 12 minut”, itd. Gdy w końcu poprzez prześwit w lesie ujrzałem dmuchany namiot „The North Face” wiedziałem, że zdążymy. Wbiegliśmy z Andrzejem na metę z czasem 09:53:32. Utrzymaliśmy czwarte miejsce w klasyfikacji generalnej i trzecie w kategorii męskiej. VII edycję Biegu o Puchar Rzeźnika wygrał zespół „AZS AWF Gorzów WLKP. / OTK Rzeźnik – Montrail CW-X” w składzie Krzysztof Lisak i Marek Szopa. Chłopcy wbiegli na metę 22 minuty przed nami uzyskując czas 09:31:05. Tylko niecałe 4 minuty po nich do celu dotarł pierwszy MIX: Paweł Dybek i Magda Łączak (Team 360 stopni – czas: 09:34:57). Jako trzeci zameldował się zespół INOV-8 w składzie Maciej Więcek i Michał Jędroszkowiak. Koledzy byli 10 minut szybsi od nas, wbiegli na metę z czasem 09:43:27. Warto jeszcze wspomnieć, że drugi zespół „Sherpas Raidteam” w składzie Marcin Klisz, Łuczko Grzegorz uzyskał wynik 11:20:20 i wysokie, 12 miejsce. Ogólnie spośród 167 zespołów, które wyszły na trasę do mety dotarło 99. Resztę wykosiły trudne warunki pogodowe, kontuzje i słabe przygotowanie kondycyjne.

Podsumowania wielkiego pisał nie będę, bo wiele jest wyjaśnione w relacji. Bieg Rzeźnika to dobrze zorganizowana, bardzo przyjemna ultradystansowa impreza. Być może oznaczenie szlaku nie jest najlepsze, zwłaszcza dla gości z zagranicy (utyskiwali trochę na to poznani po biegu Łotysze mający za sobą start w prestiżowym Ultra – Trail du Mont - Blanc), ale na to organizator biegu wpływ ma niewielki. W tym roku warunki były ciężkie. Wszędobylskie błoto i lekka acz ciągła mżawka dawała się we znaki; wezbrane potoki stawiały zawodników przed koniecznością pokonania prawie całej trasy w przemoczonych butach. Tylko temperatura była odpowiednia. Teraz przeciwnie niż w poprzednim roku byłem dobrze przygotowany. Podobnie mój towarzysz. Nie popełniliśmy żadnych większych błędów, udało nam się dotrzeć do mety na wysokiej pozycji i złamać 10 godzin. Wykonaliśmy przedstartowy plan. Dziękuję Andrzejowi, że zgodził się ze mną wystartować, odpowiednio przygotował i na trasie nie zawiódł. To była świetna przygoda.


[link do relacji z Biegu Rzeźnika 2009]

[link do strony organizatora]

Pierwsze trzy zdjęcia od góry pochodzą z galerii Grzegorza Wasyla Grabowskiego [wasylfoto.pl]

Ostatnie jest autorstwa Urszuli Wojciechowskiej z "Sherpas Raidteam"


niedziela, 26 lipca 2009

VI Bieg o Puchar Rzeźnika


Ponad miesiąc temu, 12 czerwca wziąłem udział w VI edycji Biegu Rzeźnika. Jest to najcięższy jednodniowy bieg górski w Polsce. Trasa z Komańczy do Ustrzyk Górnych liczy około 78 kilometrów. Prowadzi czerwonym szlakiem po najwyższych bieszczadzkich wzniesieniach. Suma przewyższenia sięga ponad 3200 metrów. Start jest o świcie (3:24 rano), limit czasu wynosi 16 godzin. Biegnie się parami. W tym roku wyzwanie podjęło 185 drużyn. Ukończyło 140 zespołów. Najlepsi (Speleo Salomon Gore-Tex) w 9 godzin i 14 minut. Biegłem razem z Maćkiem Więckiem z Krakowa, z którym znamy się z orienterskich setek. Debiut wyszedł nam bardzo dobrze. Z czasem 10 godzin i 16 minut zajęliśmy 6 miejsce. Napisałem obszerną relację z moich zmagań z Rzeźnikiem, została opublikowana na stronie PK4.pl Team, tutaj. Chętnych i cierpliwych zapraszam do przeczytania.

p.s. Maciek Więcek uzyskał niedawno na Wielkopolskiej Szybkiej Setce wynik równo 11 godzin. Jest to nieoficjalny rekord, jaki ktokolwiek i kiedykolwiek osiągnął w Polsce w marszobiegu na 100 km na orientację. Polecam bardzo ciekawy wywiad, jakiego udzielił bohater WSS na stronie sherpas.pl. Maciek opowiada w nim o swoich początkach w marszobiegach na dystansie ultra, o zawodach, o treningach, a także o naszym wspólnym starcie w Biegu Rzeźnika.

sobota, 21 marca 2009

Poszukuję partnera


Nie, nie do stałego związku
:) Poszukuję drugiej osoby do udziału w zawodach. No tak, to można się domyśleć, ale jakich? – zapytają niecierpliwi. Już wyjaśniam: chodzi o VI Bieg Rzeźnika. Pewnie większość czytających to osób, kojarzy, czym jest tzw. Rzeźnik (może ktoś już przebiegł?), ale na wszelki wypadek załączam skrótowy opis.

Bieg Rzeźnika to ultradystansowy bieg górski rozgrywany w Bieszczadach. Trasa liczy około 80 km po górach, czerwonym szlakiem. Wiedzie z Komańczy do Ustrzyków Górnych. Start odbędzie się 12 czerwca (piątek) o wschodzie słońca (3:24 rano). Jest to bieg liniowy, czyli nawigacji praktycznie nie ma. Trzeba się jedynie trzymać szlaku. Ze względów bezpieczeństwa trasę można pokonać tylko i wyłącznie w dwuosobowych drużynach. Po drodze będzie pięć przepaków - punktów kontrolnych. Limit czasu na pokonanie całej trasy to 16 godzin. Nie ma zmiłuj się, by zdążyć przed czasem trzeba większość przebiec. To nie Kierat. Opłata startowa wynosi 100 zł (do 15 maja), po tym terminie wzrasta dwukrotnie.

Jak ja widzę swój (nasz?) udział w tej zabawie? Cel główny to przede wszystkim ukończyć. Sam nigdy wcześniej nie startowałem w Rzeźniku, nigdy też nie biegłem w drużynie. Jest zatem sporo niewiadomych i nie ma co szarżować. Żadnego podbiegania pod górkę, spokojny trucht tylko po płaskim i na zbiegach. Najchętniej wystartowałbym z kimś o podobnych do mnie możliwościach. Nie wiem, w jakiej jestem obecnie formie (ostatnich dwóch zimowych setek niestety nie ukończyłem), ale rok temu zaliczyłem Kierat i Wielkopolską Szybką Setkę (w tej ostatniej wynik 17:40). Pobiegłem też maraton z wynikiem 3:28. Teraz sporo trenuję i wierzę, że mam szansę pokonać Rzeźnika. Chcę to zrobić. Jeśli jest ktoś, kto chciałby podjąć wyzwanie wspólnie ze mną to serdecznie zapraszam. Można się ze mną skontaktować mailowo (royksopp (małpa) o2.pl), przez GG (5218953) lub przez komentarz pod tekstem.

p.s. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do oficjalnej strony zawodów. Można tam poczytać regulamin, relacje z poprzednich edycji, obejrzeć zdjęcia. Fotografię poniżej pożyczyłem właśnie stamtąd.