Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 stycznia 2025

Sportowe podsumowanie roku 2024

 Bieganie

Biegam dla zdrowia i kondycji, gdy mam czas i chęci – tak mógłbym jednym zdaniem podsumować miniony rok pod względem biegowym. Brak jest systematyczności i kilometrażu co wyraźnie widać w tabelce powyżej. Przebiegłem o 1/3 mniej, niż w 2023 roku (1517 km), a kiedyś potrafiłem biegać nawet 3500 km w roku. To, oraz 5 kilogramowa nadwaga sprawiły, że nie zapisywałem się na zawody. 

Jedyny bieg, w jakim dosyć przypadkowo wystartowałem to I Bieg Niepodległości w Barcelonie zorganizowany w niedzielę 10 listopada dla tamtejszej Polonii. Dystans wynosił symboliczne 1918 metrów. Była to pierwsza edycja biegu, bez profesjonalnego pomiaru czasu z użyciem chipów. Nie mam oficjalnego czasu ani wyników. Wiem, że przybiegłem 4-ty na kilkadziesiąt osób. Sympatyczne wydarzenie, które mam nadzieję w kolejnych latach będzie kontynuowane.

SUP

Bardziej wciągające, niż bieganie było w tym roku pływanie na SUP-ie, którego przecież też nie trenuje, ale lubię wyskoczyć na dłuższe wyprawy. W tym roku przepłynąłem 355 km, czyli prawie połowę tego, co przebiegłem. Po raz pierwszy zapisałem się też na SUP-owe zawody. Nie jestem technicznie dobry, deskę mam budżetową turingową: Hydroforce Fastblast - nie wyścigową. Jestem ultrasem-emerytem więc naturalnym wyborem był długi dystans. Niestety zawody na desce z wiosłem dopiero w Polsce raczkują więc na pierwszy SUP-owy maraton – I Parsęta River Trophy – musiałem pojechać aż do Kołobrzegu. 43 km zrobiłem w około 5,5 godziny, co dało mi 7 (ostatnie) miejsce. I tak fajnie było a rzeka Parsęta w sierpniu – bardzo ładna i wcale nie płytka. Pierwsze koty za płoty.


Drugim wyścigiem miał być All Sup Race w Warszawie – 11 km po Wiśle, w niedzielę pierwszego września. To głównie impreza integracyjna z możliwością ścigania dlatego mając możliwość przepisania się z grupy Race do Chill, obładowany zakupami, zrezygnowałem z wyścigu. Przepłynąłem sobie relaksacyjnie robiąc zdjęcia, nagrywając filmy. W drugiej połowie trasy włączyłem żwawe tempo więc w grupie Chill byłem jednym z pierwszych. Fajna impreza i co niezwykłe – darmowa. Warto być za rok.

Drugi rodzaj aktywności to długodystansowe wyzwania robione własnym sumptem. Eksploruję najchętniej rzeki: Krznę i Bug. W końcu kwietnia poprawiłem się na Krznie robiąc jej cały spławny fragment ciągiem, w jeden dzień. Wyszło 75 km z Jelnicy do Nepli w niecałe 13,5 godziny. Fajna wyprawa, pomimo niesprzyjającego wiatru. Niestety, taki odcinek można na Krznie robić tylko do maja – potem rzeka zarasta, spłyca się i jest spławna tylko w dolnym biegu. Opis wyprawy ukazał się w periodyku turystyczno-krajoznawczym „Poznaj Swój Kraj” (nr spóźniony 12/2023)

Drugie wyzwanie to kontynuacja wyprawy Bugiem. Z ubiegłego roku miałem już zrobiony cały Bug polski – od Serpelic do Narwi i potem jeszcze Narwią do Wisły (240 km). Został Bug graniczny i ukraiński. W połowie sierpnia z Kasią wzięliśmy się za Bug polsko-ukraiński. Zaczęliśmy we wsi Gołębie koło Hrubieszowa, gdzie Bug wpływa z Ukrainy. Dalej przez 4,5 dnia – od piątku rano do wtorku w południe płynęliśmy do trójstyku granic Polski, Ukrainy i Białorusi w Orchówku robiąc 230 km. Nocowaliśmy na brzegu. Czy się skąpaliśmy? Do rzeki przypadkowo wpadłem tylko raz, Kasia też raz. Ogólnie była to świetna wyprawa i mam nadzieję ją kiedyś opisać. Na razie ukazało się tylko krótkie wspomnienie na portalu Meteolu.pl o odkrytych przez nas po drodze archeologicznych „skarbach”. [LINK]

Czekając na Kasię. Ranek gdzieś przed Dorohuskiem

Rok zakończyłem ciekawie płynąc Krzną w Sylwestra, o północy, 6 km z Porosiuk do Ul. Orzechowej w Białej Podlaskiej. Nie – nie robiłem tego pierwszy raz – ćwiczyłem już wcześniej. Byłem ubrany w piankę, miałem na głowie czołówkę. Zacząłem spływ w 2024 roku, skończyłem w 2025. Ciekawie się pływa nocą. Poziom wody był niski więc było w miarę bezpiecznie. Zauważyłem, że trzeba jednak uważać na lód, który po kilku km zaczyna pokrywać deskę. Nie polecam takich wypraw na dalej niż kilka kilometrów, chyba że ktoś ma suchy skafander.

Spływ sylwestrowy 2024

Jeden z nocnych treningów w grudniu 2024

Na grupie SUP My Race, gdzie 754 SUP-erów z różnych stroń świata chwali się swoim dystansem  miałem niezłe miejsce w rankingu w sierpniu. W całorocznym podsumowaniu zostałem sklasyfikowany na 258 miejscu, 25 wśród Polaków. Pierwszym z rodaków był Józef Truszkowski (2205 km). Warto zauważyć, że najwięcej pływają Anglicy, Australijczycy i Francuzi. Polacy wysoko – na 4 miejscu – przed Włochami, Holendrami, Niemcami i Amerykanami.

Tyle ze sportu. Dużo tego nie ma. Było też trochę wycieczek rowerowych, trochę nurkowania, ale nie na tyle dużo, aby o tym pisać. Moja uwaga w tym roku, tak jak i w latach poprzednich przesunęła się bardziej w zajęcia pozasportowe: praca, pisanie o historii, gry, modelarstwo. Niestety z powodu braku czasu zawiesiłem też malowanie. Może i o innych aktywnościach kiedyś napiszę bo o bieganiu już nie bardzo jest co.

niedziela, 26 maja 2024

Czas pomyśleć o POLEXICIE

….albo o powrocie do współpracy europejskiej na polu wyłącznie gospodarczym. W mojej ocenie współczesny Zachód jest od strony rządowej i biznesowej w dużym stopniu tworem imperialnym i marksistowskim kulturowo: krok po kroku pieniędzmi i szantażem odbiera suwerenność niepodległym państwom, zwalcza tradycyjną religię europejską, zezwala na jawny satanizm w przestrzeni publicznej, promuje homoseksualne obrzydliwości jednocześnie prześladując tych, którzy zacytują treść Pisma Świętego na ich temat; narzuca zgodę na kolonizację przez barbarzyńców, fałszuje historię i popkulturę starając się wcisnąć do niej przedstawicieli grup wypadających najsłabiej w testach na inteligencję, co wygląda żenująco. Prozachodnie, wulgarne "nowe elity" nierzadko zachowują się jak bydło a media, choć piszą i mówią po polsku często polskie nie są. Do tego sieją propagandę, teraz szczególnie nachalną, po wybuchu wojny na Ukrainie. To tylko część powodów, dla których Polska powinna trzymać się z dala od tzw. „zachodnich wartości”. Tak, wiem że Zachód ma pieniądze, strefa Schengen jest fajna i że przez pierwsze kilka lat po wyjściu z UE będzie bolało finansowo, ale myślę, że i tak warto.

Akapit powyżej nie powinien być odbierany jako narzekanie i czarnowidztwo, gdyż dzieje się też dużo dobrego. Dzięki Bogu lewacki Zachód słabnie – demograficznie, gospodarczo, militarnie i politycznie. Świat zwyczajnie przestał się go bać. Krytycznie podchodzi do tzw. „wartości”, choćby tych w akapicie powyżej. Kraje niezachodnie różnych ras, religii i systemów politycznych krytyczne wobec zachodniego imperializmu rozwijają wzajemną współpracę. Coraz lepiej dzieje się też w środku: wraz z postępującą degeneracją słabną partie lewackie i pseudo-prawica natomiast rosną w siłę ugrupowania tożsamościowe. Dobrze by było, gdyby do tych dobrych wiadomości dodać też przejęcie władzy w Brukseli przez środowiska dążące do radykalnej przebudowy lub wprost do demontażu UE.

Będę o tym pamiętał w najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego – tego samego, na którym wypisano srebrnymi zgłoskami imię i nazwisko włoskiego komunisty Altiero Spinellego - mam nadzieję, że wielu innych także.






sobota, 27 stycznia 2024

2023 – podsumowanie roku

Na mecie setnej edycji najstarszego maratonu w Europie

Sport

Miniony rok był pod względem aktywności ruchowej dla mnie rokiem ustabilizowania na poziomie 3=. Weźmy najpierw bieganie. Przebiegłem 1517 kilometrów. Miesięcznie było to od 60 do ponad 200 kilometrów. Około 300 km więcej, niż w 2022 roku. Za mało, aby mówić o formie na zawody, ale wystarczająco, aby bez trudności przebiec sobie treningowo 10-20 km. Ot tak, ruszam się sportowo dla zdrowia, samopoczucia i sylwetki. Dlaczego tak mało? Powody są prozaiczne: brak czasu, kontuzje, choroby, coraz starszy wiek i świadomość, że musiałbym bardzo dużo wysiłku włożyć, aby wrócić do ścigania. Zwyczajnie mi się już nie chce. Ponadto odkrywam inne aktywności, które są dla mnie nowe i ciekawe.


Dla towarzystwa i przygody wystartowałem w kilku biegach. Największym z nich był 100. maraton w Koszycach na Słowacji. Pewnie normalnie bym się na to nie zapisał, ale że spora grupa znajomych jechała, że dałem się namówić ponad pół roku wcześniej na zapisanie i opłacenie startowego, to nie było rady – musiałem pojechać. Ostatecznie nie żałuję, bo było naprawdę fajnie. Turystyczno  - towarzysko oczywiście, bo wynik 3:23 trudno uznać w moim przypadku za rewelację. Owszem - jak na to moje bieganie po 120 km w miesiącu, myślę, że w porządku. 

    Trochę jeździłem na rowerze. Ba, kupiłem nawet nowy rower MTB z myślą o szybkim pokonywaniu płaskich ścieżek leśnych i polnych. Nastawiałem się na bicie prywatnych rekordów na szlakach turystycznych w moim regionie, ale nie wyszło. Zamiast tego zwiedzałem te szlaki z przyjaciółmi, którzy tak jak ja, lubią turystykę, region, przyrodę i historię. Tempo było na wskroś turystyczne, z przystankami w miejscach ciekawych, opowiadaniem o ich historii. W ten sposób objechałem kilkukrotnie zielony Bialski Szlak Pamięci Narodowej (40 km), potem żółty szlak z Janowa Podlaskiego do Międzyrzeca Podlaskiego (50 km) a na końcu – już w dwa dni - niebieski szlak z Białej Podlaskiej do Hanny (70 km). Zwiedzaliśmy też gminę Leśna Podlaska, gdzie mieszka kolega. Roczny kilometraż rowerowy – 500 km – jest niewielki, ale zawsze to coś.

Szlaki turystyczne Południowego Podlasia


    SUP – czyli deska do wiosłowania na stojąco. Jeśli mam mówić o sukcesach to chyba tylko na tym polu. 3 i 4 maja przepłynąłem rzeczkę Krznę właściwą, która przepływa przez Białą Podlaską. Zrobiłem to wiosną bo tylko wtedy jest na tyle wysoki poziom wody, że da się to zrobić. 69 km zrobiłem w 2 etapach: pierwszego dnia 34 km trasy Międzyrzec – Biała, drugiego dnia 35 kilometrów z Białej do Bugu. Było przede wszystkim ekscytująco i ciekawie. Fizycznie nie sterałem się za bardzo. Próg moich możliwości jest znacznie powyżej 6 godzin wiosłowania dziennie, co pokazały kolejne wyzwania na SUP.

W czerwcu przyszła operacja wyjęcia zespolenia ze złamanej ręki. Po zagojeniu rany i zdjęciu szwów, w sierpniu ruszyłem znowu na wodę. Tym razem na coś większego – na Bug. W dwudniowej wyprawie z namiotem i śpiworem na desce zrobiłem odcinek od Serpelic (Bug przy granicy z Białorusią) do mostu Małkinia/Treblinka. 73 km pierwszego dnia, 41 drugiego; razem wyszło 114 km. We wrześniu, już nie samotnie a z koleżanką z SUP-owego forum zrobiliśmy drugi odcinek: Z Małkini do ujścia Bugu do Narwi w Zegrzu, potem Zalewem Zegrzyńskim do zapory Dębe, dalej po przenosce już do ujścia Narwi do Wisły w Nowym Dworze Mazowieckim. Wyszło razem 127 km w dwa dni. W sumie w sierpniu i wrześniu tego roku przepłynąłem cały polski Bug plus dolny odcinek Narwi, do Wisły. Bywało, że wiosłowałem po 11-12 godzin. Było świetnie. Tak, wiem, że nie było z tego relacji na blogu. Może to nadrobię w najbliższym czasie.

Na jeziorze Rokola koło Otwocka

Plastyka

Coś tam robiłem na tym polu, ale niewiele. Znowu – brak czasu. Malowaniem zajmowałem się tylko na początku 2023 roku, gdy po raz kolejny złapałem COVID-a. Byłem uziemiony w domu i dzięki temu mogłem dokończyć wcześniej zaczęty obraz „Sielanka w Romanowie” albo „Kajetan przyjmuje gości”. Obraz spory jak na mnie bo 60x90 cm. Akryl na płótnie, mocno tradycyjny, wręcz cepeliowy. Nie uznaję go za zbyt udany, końcówka mnie męczyła. Trafnie odgadł moje perypetie jeden z lokalnych artystów, który oglądając obraz w galerii skomentował, że budynek wyszedł świetnie, zaś do wykończenia obrazu, jakbym nie miał już serca. Tak było. Koniec końców cieszę się, że pracę doprowadziłem do końca. Nie lubię zostawiać rzeczy niedokończonych.



Druga rzecz to model kartonowy samolotu RWD-8 PWS z wydawnictwa „Mały Modelarz”. Samolot ukończyłem 26 listopada 2023 roku, dokładnie dzień przed 100. rocznicą powstania Podlaskiej Wytwórni Samolotów w Białej Podlaskiej (27 listopada 1923). Skleiłem go dosyć szybko, bo chciałem zdążyć na rocznicę. Model zaprojektowany przez Krzysztofa Dolnego był w miarę łatwy i jestem z niego zadowolony. Żałuje, że nie sklejałem w tym roku więcej.


Gry

Gothic III – gra z otwartym światem (sandbox) z dodatkiem Zmierzch bogów. Kilka lat wcześniej ukończyłem też Gothic I i II z dodatkiem. Wrażenia? Tak, to wielka saga i słusznie ma status legendy. Jedynka i dwójka to niezbyt duże światy, ale ze świetnym klimatem. Trójka jest z tego rodzeństwa najmłodsza. Ma duży świat, piękną grafikę i oprawę muzyczną, którą stanowi klimatyczna muzyka chóralna. Do dziś jej czasem słucham, gdyż jest tak jak inne ścieżki dźwiękowe, dostępna na YT.

Niestety część trzecia zatraciła w pewnym stopniu klimat dwóch pierwszych części. Inne wady to mała inteligencja wrogów (biję jednego, pięciu patrzy i czeka na swoją kolejkę) i brak możliwości nanoszenia na mapę swoich notatek. Do tego nudna, powtarzalna zawartość skrzyń, porozrzucanych po polach i lasach. Dziwne przedmioty nie wiadomo do czego (grabie, szpadel, piła, szczotka itp.). Zdarzają się błędy, lagi, wchodzenie w głazy, ściany, itp. 

Pomimo tego narzekania, trójka JEST dobra. Obszedłem i spenetrowałem dokładnie Myrtanę i Nordmar. Natomiast na pustyni Varan z Asasynami już prawie questów nie robiłem, gdyż nie mogłem. Byłem bardzo mocny i asasyni widząc mnie, od razu atakowali, tak jak orkowie. Nie było szans na rozmowę. Nie odnalazłem 1 z 12 ognistych pucharów. Wybrałem służbę Inosowi, wsparłem króla Rhobara, zapewniłem ludziom na długo pokój. Wypędziłem Orków. Nie stanąłem po stronie Xardasa, który chciał wybrać trzecią drogę, pomiędzy dobrym Inosem a złym Beliarem.

Dodatek – Zmierzch Bogów miał opinię słabizny kalającej zasłużoną serię. Rzeczywiście, dialogi są tu słabe. Jeśli mnie pamięć nie myli, jacyś hindusi ten dodatek robili i w ogóle nie czuli klimatu gry. Pomimo wszystko przeszedłem. Da się? Da. Trzeba zjednoczyć Myrtanę więc nie ma tu pustyń i śniegów. Bohater robi questy dla dawnych kolegów,  którzy się ze sobą powadzili. Dla Inoga i Anoga, Gorna i Lee. Thorus knuje z Orkami. Uciekł, ale przywołał bestię. Łatwo się ją zabija. Zostałem na koniec królem Myrtany jako Rhobar III.

Polecam sagę Gothic, ale trzeba być wyrozumiałym dla grafiki, gdyż odbiega od dzisiejszych standardów. Muzyka i klimat się nie zestarzały ani o jotę.

Tak się kończy Gothic III z dodatkiem


Książki

W 2023 roku przeczytałem a częściej przesłuchałem 34 książki. Były niektóre dłuższe, niektóre krótsze; rzeczy słabe i ciekawe. Co podobało mi się najbardziej?

Zdjęcie: wydawca audiobooka

IGOR JANKE – NAPASTNIK
 
Biografia Viktora Orbana. Audiobook z wydawnictwa fundacji Wolnedzwieki.pl. Pierwsze wydanie papierowe pochodzi z 2012 roku. Czyta Maciej Kowalik. Czas 8 godzin, 54 minuty, 39 sekund.

 Dobra książka pisana przez człowieka, który poznał bohatera swojej książki osobiście. Jest w niej sporo ciekawostek o historii Węgier i o życiowej drodze, jaką przeszedł Orban: od niepokornego studenta po przywódcę państwa. Co na przykład? Niewielu wie, że wywodzi się z rodziny kalwińskiej i początkowo był liberałem oraz antyklerykałem. Ba, fanem naszego Michnika! Dopiero żona katoliczka zrobiła go konserwatystą. Jest zapalonym piłkarzem i kibicem; ma pięcioro dzieci a jednym z jego ulubionych filmów jest western "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie", który obejrzał kilkanaście razy. Jego partia jeszcze bardzo liberalna we wczesnym stadium istnienia, miała tendencje do wspierania normalności. Jej plakat wyborczy z 1990 roku okraszony był dwoma zdjęciami. Na zdjęciu u góry dawali sobie obleśnego buziaka dwaj starzy komuniści (Breżniew i Honecker), na dolnym zdjęciu całowali się młody chłopak z dziewczyną. Pomiędzy oboma zdjęciami widniał napis „tessek valasztani” (proszę wybrać). Postać Orbana jest szczególnie ciekawa w czasach obecnych: gdy na Ukrainie zachodni żydo-marksizm kulturowy bije się o dochody i wpływy z imperializmem rosyjskim on zachowuje postawę podmiotową nie dając się szczuć na żadną ze stron i mając na względzie przede wszystkim interesy własnego narodu, państwa i religii. Zauważalną stałą w całej polityce Orbana jest wyraźnie antymarksistowska postawa. W młodości walczył o uwolnienie swojego kraju spod wpływów komunistów radzieckich; dziś gdy ideały rodem z ZSRR rozbrzmiewają częściej w Brukseli niż w Moskwie - Orban także je kontestuje.

Plakat wyborczy Fideszu z 1990 r.


Poniżej jeden z moich ulubionych fragmentów, o tym jak w 2012 roku rozegrał w Parlamencie Europejskim debatę na temat zagrożeń demokracji na Węgrzech:

„Kiedy Orban powiedział, że zaprasza swoich przeciwników na kolację Cohn-Bendit znów poprosił o głos. - Zaprosił nas pan na kolację, ale myśmy stracili apetyt. Nie chcemy z panem jeść kolacji. Te słowa w Budapeszcie wywołały wściekłość. Na zakończenie debaty Orban odpowiedział twardo. - 

Nasza wspólnota polityczna musi uświadomić sobie, że idee które my reprezentujemy, niestety również na tej sali nie cieszą się poparciem większości. Bez cienia wątpliwości nasze ideały są chrześcijańskie, opierają się na odpowiedzialności jednostki. Ważne są dla nas pozytywne uczucia narodowe zaś rodzinę uważamy za fundament przyszłości. Być może wielu ma inny pogląd na te sprawy ale niezależnie od tego nasze stanowisko pozostaje wciąż europejskie. Być może z tymi ideałami jesteśmy w Europie w mniejszości ale to wciąż są poglądy europejskie i wolo nam swoje przekonania reprezentować. Państwo być może nie zgodzą się ze zdaniem, które teraz zacytuję ale osobiście wyznaję pogląd Roberta Schumana (jeden z ojców jednoczącej się Europy po II WŚ – P.P.), że europejska demokracja albo będzie chrześcijańska, albo nie będzie jej wcale. I to też jest europejski pogląd, szanowne panie i panowie. 

Słowa Orbana wywołały entuzjazm na Węgrzech. Efekt debaty w kraju był niezwykły. Trzy dni później na marsz pokoju w obronie Orbana przyjechało blisko pół miliona ludzi.  Pół miliona w dziesięciomilionowym kraju. To tak, jakby w Polsce na demonstrację w obronie rządu przyszły 2 miliony, a w Waszyngtonie 12 milionów ludzi. Laszlo Csizmadia był jednym z głównych, obok Bayera organizatorów marszu. Nieśliśmy transparent „NIE CHCEMY BYĆ KOLONIĄ”.


Zdjęcie: wydawca audiobooka

IWONA KIENZLER – KASIARZE, DOLINIARZE I ZWYKŁE RZEZIMIESZKI. PRZESTĘPCZY PÓŁŚWIATEK W II RP
 
Ładny digipack z jednym CD. Czyta Krzysztof Plawako-Szczerbiński. Czas 8 godzin i 6 minut. Wydawnictwo Lira i Storybox (audiobook). Copyright: Heraklon 2019.

Książka o przestępcach międzywojennej Polski zapisana przez autorkę, która ma na koncie ponad 80 książek. Popularyzatorka historii, pisze sporo o kobietach, zwłaszcza relacje z podróży. Wiele z ciekawostek opisanych w książce pochodzi z detektywistycznego czasopisma wychodzącego przed wojną pod tytułem „Tajny Detektyw”. Znowu, z tej kopalni ciekawych  faktów możemy wymienić tylko przykładowe. Autorka w swoim popularnym opracowaniu pisze na przykład, że prostytucja kwitła pod zaborami gdyż zaborcy z nią nie walczyli. Stanowiła dla nich  element wynaradawiania Polaków. Aż 30%-40% prostytutek w Argentynie było Polkami stąd osoby trudniące się tym procederem zwano „La Polaca”. W Warszawie działało ok 3479 prostytutek zarejestrowanych a licząc z niezarejestrowanymi (szara strefa) - ok 5000. Ogrom! Zwykle miały one poniżej 18 lat, a często były to 14 latki (pomimo że prostytucja nieletnich była nielegalna). Właścicielką kilku dobrze prosperujących domów publicznych w Warszawie była "Ciocia Kujawska". Potem jej biznes przejął „Tata Tasiemka”. Homoseksualiści spotykali się na Placu Napoleona. Autorka pisze, że PPS była organizacją terrorystyczną i nie ma w tym krzty przesady. Ich działalność to także uwalnianie więźniów, napady na banki, pociągi czy sklepy monopolowe. W tych akcjach czasem ginęły przypadkowe ofiary cywilne. W Łodzi Organizację Bojową PPS rozwiązano bo miała za dużo powiązań z światem przestępczym. Słowo „terroryzm” nie było nacechowane jednoznacznie negatywnie: u Piłsudskiego w „Robotniku” był dział "Kronika terrorystyczna" poświęcony zamachom. Autorka pisze sporo o złodziejach, którzy "żyli z pracy rąk własnych i zawartości cudzych kieszeni". Jest o więzieniu na Świętym Krzyżu – polskim Alcatraz oraz o Stefanie Ossowieckim - jasnowidzu, który urządzał seanse spirytystyczne dla Piłsudskiego. Nie sposób tu wymienić wszystkich ciekawostek. Zainteresowanych odsyłam do ciekawej książki.

Do moich ulubionych fragmentów  należy ten o mafii warszawskiej:

„O władzy „Taty Tasiemki” (Łukasza Siemiątkowskiego z Milanówka – P.P.) w przestępczym półświatku przekonał się na własnej skórze generał Felicjan Sławoj-Składkowski, który jak wcześniej wspomniano padł ofiarą kradzieży kieszonkowej podczas pogrzebu generała Daniela Konarzewskiego. Pikanterii sprawie dodawał fakt, iż Składkowski był Ministrem Spraw Wewnętrznych. 

- Jestem więc okradziony! Ładny kawał! Minister spraw wewnętrzny okradziony na oczach komisarza rządu oraz policji mundurowej i tajnej w sercu Warszawy - pisał potem. - Robi się zamieszanie i normalna praca Ministerstwa ulega gwałtownemu zakłóceniu. Ja z przełożonego staję się nagle poszkodowanym. Zjawiają się nagle naczelnicy ministerstwa bezpieczeństwa i komisariatu rządu i szczegółowo, rzeczowo, fachowo przepytują mnie patrząc na mnie jakby z wyrzutem, że narobiłem im takiego wstydu. Portfelu mi żal bo były tam fotografie i legitymacje. Pieniędzy dużo nie było ale szkoda no i wstyd oczywisty, jasny i prosty jak świeca. Jak taki minister innym ma zapewnić bezpieczeństwo jak sam ustrzec się od złodziei nie potrafi. 

Jak łatwo się domyśleć cala stołeczna policja została podstawiona na nogi ale z dość marnym skutkiem. Nie znaleziono sprawcy ani nie znaleziono portfela. Polscy stróże prawa chwycili się wówczas ostatniej deski ratunku: Zwrócili się o pomoc do "Taty Tasiemki". Siemiątkowskiego wezwano do śledczego komisariatu rządu, okazało się że "Tasiemka" był doskonale zorientowany w sprawie. 

- Słyszałem, słyszałem, takie nieszczęście. Kto nie słyszał. Cała Warszawa aż się trzęsie. Polskiego ministra portfela pozbawiać i to przed kościołem. To po tośmy żandarmów carskich strzelali żeby teraz jakiś łobuz, frajer głupi władzę rabował w naszej stolicy? Powiedział w trakcie rozmowy z funkcjonariuszem. Upewniam Pana Komisarza, że to nikt z naszych fachowców. Któż byłby taki głupi, żeby dla marnych pieniędzy wszystkim się narazić? Wiem, że Panu bardzo przykro, ale czy mnie też przyjemnie tu do Pana Komisarza być zaproszonym? Jeszcze kapusia z człowieka zrobią i uczciwego obywatela szpiclem ogłoszą... Pan Komisarz mówi, że głównie o portfel ze zdjęciami i legitymacjami chodzi a pieniądze nieduże mogą zostać u znalazcy. No dobrze - to już łatwiej będzie takiemu durniowi przetłumaczyć, żeby zwrócił.... Nic mi się Panie Komisarzu nie należy za fatygę i kosztów żadnych nie miałem i mieć nie będę. Zawsze gotów jestem bezinteresownie pomóc władzy a jeszcze w takiej sprawie!? 

Siemiątkowski stanął na wysokości zadania i już następnego dnia listonosz przyniósł do Ministerstwa portfel wyjęty z którejś ze stołecznych skrzynek na listy. W środku znaleziono fotografie i legitymacje, na których odzyskaniu tak bardzo zależało ministrowi. A w przegródce na banknoty zamiast pieniędzy widniała kartka, na której twardym ołówkiem stało naskrobane dużymi literami: "Panie miniszcze - trza lepiej pilnować złodziejów".

- Kartkę po zaparafowaniu przekazałem Naczelnikowi Wydziału Bezpieczeństwa jako tam przynależną - wspinał Składkowski.  Owa adnotacja umieszczona na znalezionej w portfelu kartce była niewątpliwie dziełem samego Siemiątkowskiego, który jako półanalfabeta miał poważne problemy z zasadami polskiej pisowni. Pytanie tylko, jak w takim razie zdobył fotel radnego wielkiego europejskiego miasta a potem się na nim utrzymał?”



HENRYK SIENKIEWICZ – LISTY Z PODRÓŻNY DO AMERYKI 
Audiobook ściągnięty z Librivox. Czyta Piotr Nater: taki sobie lektor-amator. Trochę za cicho, ale da się słuchać.  330 MB, 23 pliki mp3.

Sienkiewicz - mistrz polskiej powieści historycznej, noblista. Miał bardzo duży wpływ na kształtowanie postaw patriotycznych kolejnych pokoleń Polaków o czym świadczy o tym choćby to, że w czasie drugiej wojny światowej w polskiej konspiracji pełno było różnych „Zagłobów”, „Kmiciców”, „Bohunów” czy innych bohaterów jego twórczości. Warto czytać Sienkiewicza także dziś.

O Trylogii i o listach z podróży do Afryki pisałem już  TUTAJ. Tym razem wpadły mi w ręce listy z podróży do Ameryki i to od razu w wersji papierowej i w wersji audiobooka. To rzecz dłuższa niż listy z podróży do Afryki. Jest sporo humoru i ciekawe opisy Francuzów, Anglików, Amerykanów, Nowego Yorku, Murzynów, Indian, skwaterów (osadników) i Meksykanów. Co najbardziej wartościowe: autor pisze nie będąc zakneblowanym przez dzisiejszą poprawność polityczną a zatem oddaje rzeczywistość bardziej prawdziwie. Poświęca uwagę sytuacji kobiet w USA, wspiera ich emancypację. Żałuje Indian, ale i zauważa negatywne cechy tej społeczności – brud, kłamstwo, złodziejstwo (?). Podobnie jest z wieloma innymi nacjami czy środowiskami. Świetna rzecz. Czytając warto przejrzeć przypisy bo jest tam sporo wytłumaczonych słów starych, dziś trudno zrozumiałych.

Jeden z fajniejszych, wesołych fragmentów znajdziemy już na początku książki:

„Pewnego poranku przyszedłem do redakcyi i wziąwszy do ręki jedno z pism naszych, począłem je czytać. Było to jakoś w owym czasie, w którym odcinek mój o zelantkach zjednał mi taką sympatię w niektórych sferach naszego społeczeństwa, że stałem się dla nich polnym marszałkiem wszelkich zastępów piekielnych. Zewsząd groziły mi niebezpieczeństwa. Chevalier Zielonogłowski, który już nieraz poprzednio wołał w celu ukarania mnie „o szpadę ojców swoich”, o mały włos nie zabił mnie w pojedynku, ale nie zabił tylko dlatego, że nie wyzwał; [...]

Rozmyślałem tak tedy długo, a żal coraz większy i coraz większa skrucha ogarniała serce moje, gdy nagle usłyszałem swoje nazwisko wymówione w przedpokoju redakcyjnym. Ktoś pytał się woźnego, czy może widzieć się ze mną.

„Wielki Boże!” — pomyślałem sobie. „To zapewne chevalier Zielonogłowski ze „szpadą ojców swoich”.

I zdjął mnie strach przed „szpadą ojców” kawalera Zielonogłowskiego. „Co to będzie? Co to będzie?” — pytałem się sam siebie.

Tymczasem drzwi otworzyły się. Do redakcji wszedł jakiś dżentelmen mający koło sześciu stóp wzrostu, ze wspaniałą jasną brodą.

— Czy z panem Litwosem mam honor mówić? — spytał niskim, basowym głosem, który przypominał mi ryk lwa.

— Czym panu mogę służyć? — odpowiedziałem z uprzejmym pośpiechem, robiąc rękoma z tyłu rozpaczne wysilenia, aby dostać się do laski stojącej w kącie, która jak na złość zsunęła się właśnie na ziemię.

— Czy to pan pisuje „Chwilę obecną”?

„Stało się!” — pomyślałem.

— To jest… właściwie… Bo to widzi pan, czasami reporterowie przynoszą mi mylne fakta… Ale z kimże mam honor?

— Jestem X z Poznańskiego.

Odetchnąłem, albowiem nigdy nic nie pisałem o Poznańskiem.

— A więc pan z Poznańskiego?

— Tak, panie.

— Ach, to właśnie cieszy mnie niewymownie. […]”



MICHEL HOUELLEBECQ – ULEGŁOŚĆ
Z Houellbecqiem mam problem. To moja druga powieść tego głośnego, francuskiego autora i wrażenia mam znowu mieszane. Autor bez krępacji przedstawia zgniłą stronę cywilizacji Zachodu. Człowiek nie chce się w tym babrać, tak samo jak nie chce zaglądać do śmierdzącego garnka ze skisłą zupą. A jednak gdzieś w tym ponurym obrazie widać nie raz promyk światła, który daje nadzieję.

(UWAGA – W TYM AKAPICIE SPOILER!) „Uległość” opowiada o przejęciu władzy we Francji przez Bractwo Muzułmańskie. Wydarzenia obserwujemy oczami głównego bohatera, literaturoznawcy. Jest to pracownik naukowy jednej z paryskich uczelni. Niby człowiek z doktoratem, wykształcony, a jednocześnie życiowo zagubiony. Coś tam czasem napisze do periodyku o dziewiętnastowiecznej literaturze, w domu chędoży w tyłek młodą Żydówkę, studentkę. Gdy okazuje się, że muzułmański kandydat wygrywa wybory bohaterowi strach zagląda w oczy. Najpierw szuka ucieczki w chrześcijaństwie, usiłując zbadać trop Jorisa-Karla Huysmansa (czytaj: Łismounta) – libertyńskiego pisarza francuskiego, który z czasem nawrócił się na katolicyzm. Ostatecznie wygrywa pokusa uległości. Bohater powieści zachęcony perspektywą kariery na nowym, już muzułmańskim uniwersytecie, posiadania wielu żon, w tym nastolatki do posług łóżkowych, skłania się ku islamowi.

Houellbecq pokazał, że lewica, gdy będzie miała alternatywę tylko w postaci nacjonalisty, z nienawiści do rodzimej prawicy, prędzej zagłosuje na umiarkowanego w swoim mniemaniu muzułmanina. Podobnie ciekawie przedstawił swojego kolegę z pracy, dawniej tożsamościowca (Generation Identitaire), który odnajduje w islamie wiele konserwatywnych wartości i z czasem z pozycji skrajnie prawicowych przechodzi na islam.

Autor w licznych miejscach książki odwołuje się do literatury chrześcijańskiej i antyislamskiej znanej także nad Wisłą. Wymienia Orianę Fallaci, historyka cywilizacji Toynbeego, klasyczną pracę Gibbona o upadku Imperium Rzymskiego. Wspomina o organizacji nacjonalistycznej Generation Identitaire. obecnie zdelegalizowanej. Lata temu, gdy interesowałem się Orianą Fallaci, oglądałem na You Tube jej manifest (z napisami w wersji polskiej). Dziś dociekliwi internauci musieliby go szukać gdzieś, po drugiej stronie lustra. Były też rzeczy dla mnie nowe. Czytając „Uległość” dowiedziałem się o podobno bardzo dobrych książkach Jorisa-Karla Huysmansa i kiedyś chciałbym je przeczytać/przesłuchać. 

Przywołując Toynbiego autor przypomina, że wg niego cywilizacje nie upadają pod agresją z zewnątrz, lecz popełniają samobójstwa. Smutne, ale chyba również prawdziwe zdanie pojawia się o Kościele katolickim: że już się poddał liberalizmowi. Ciekawą uwagą jest także to, że muzułmanie wchodząc w koalicję będą zainteresowani przejęciem władzy jedynie nad kluczowymi resortami. Dla komunistów po 1945 roku były to jak wiemy resorty siłowe. Dla francuskich muzułmanów według fikcji Houellbecqa będą to resorty odpowiedzialne za edukację (arcyważne jest kształtowanie świadomości młodych pokoleń), oraz za demografię (bo najważniejsza jest liczba „szabel”, którą ruch polityczny dysponuje). 

Dziwny ten Houellbecq dla mnie – odpychający ale i proroczo trafny zarazem. Na pewno pisarz niebanalny. 


Podsumowanie

Niestety brak czasu związany z pracą na grubo ponad etat, z pewnymi inicjatywami zawodowymi dotyczącymi pisania o historii, o których tu na blogu nie wspominam oraz z operacją po skomplikowanym złamaniu przedramienia sprawiły, że miniony rok nie był obfity w sukcesy sportowe czy plastyczne. Niemniej był to rok dobry. Ruszam się, działam, na miarę swoich możliwości. Być może za dużo tego wszystkiego jest i próbuję złapać zbyt wiele srok za ogon. Stąd wszystko po trochę i po łebkach. Gdybym się skupił na czymś jednym – byłoby inaczej. Dodatkowo coraz częściej spędzam czas grając na uczelni w gry planszowe. Cóż jednak zrobić, skoro jest fajnie i to kusi?


Zobaczymy, co przyniesie kolejne 12 miesięcy. Życzę Wam wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Pokoju na świecie, Wiary w Boga, Czystego środowiska i osobistej pomyślności.

wtorek, 10 października 2023

X zamiast Facebooka. Polski Kodeks Honorowy

    Kilka miesięcy temu usunąłem swój prywatny profil facebookowy. I tak już coraz mniej tam pisałem, komentowałem a wyskakujące tam treści (najczęściej z nie do końca polskich portali typu Gazeta.pl, Tok fm, Onet, Plejada, Duży Format, Newsweek i podobnych) promujące różnego typu zwyrodnialstwa jako „nową postępową normę”, coraz częściej mnie drażniły. Można odnieść wrażenie, że im bardziej świat się odwraca i jednoczy przeciwko marksistom kulturowym, tym ci stają się bardziej wrzaskliwi i napastliwi. Choć sam święty nie jestem, co wie każdy kto mnie bliżej poznał, to nie chcę zbyt dużo z nimi obcować. Wystarczy, że przejrzę parę stron z wiadomościami i kilka innych, które je monitorują (np. Lewica Genitalna – screeny z wieściami ze „świata postępu”). Postanowiłem spróbować X (dawny Tweeter), gdyż być może Elon Musk nie jest aż tak bardzo umoczony, jak reszta zachodnich elit. Tam będą się ukazywały informacje o nowych wpisach na blogu.

A przy okazji: Facebookowi nie spodobał się mój wpis, w którym przytoczyłem fragment polskiej, przedwojennej książki dla gentlemanów, wydanej w II Rzeczpospolitej aż 8 razy. Współcześnie też jest wydawana. Podobno kłuci się z „wartościami” firmy Zuckerberga dlatego przytaczam tu ten wpis jeszcze raz. Wszak to nic groźnego - tylko historia minionej, wysokiej kultury.


Władysław Boziewicz - Polski kodeks honorowy


    Jeszcze na początku XX wieku istniał zwyczaj pojedynkowania się mężczyzn. W Polsce międzywojennej zasady pojedynków obowiązujące gentlemanów określone zostały w Polskim kodeksie honorowym, zwanym potocznie „Kodeksem Boziewicza”. Wydano go przed wojną aż 8 razy. Kodeks obowiązywał tylko ludzi honoru – za ludzi bez honoru Kodeks uznawał:


1. osoby karane przez sąd państwowy za przestępstwo pochodzące z chciwości zysku lub inne, mogące danego osobnika poniżyć w opinii ogółu;

2. denuncjant i zdrajca;

3. tchórz w pojedynku lub na polu bitwy;

4. homoseksualista;

5. dezerter z armii polskiej;

6. nieżądający satysfakcji za ciężką zniewagę, wyrządzoną przez człowieka honorowego;

7. przekraczający zasady honorowe w czasie pojedynku lub pertraktacji honorowych;

8. odwołujący obrazę na miejscu starcia przed pierwszym złożeniem względnie pierwszą wymianą strzałów;

9. przyjmujący utrzymanie od kobiet nie będących jego najbliższymi krewnymi;

10. kompromitujący cześć kobiet niedyskrecją;

11. notorycznie łamiący słowo honoru;

12.zeznający fałsz przed sądem honorowym;

13. gospodarz łamiący prawa gościnności przez obrażanie gości we własnym mieszkaniu;

14. ten, kto nie broni czci kobiet pod jego opieką pozostających;

15. piszący anonimy;

16. oszczerca;

17. notoryczny alkoholik, o ile w stanie nietrzeźwym popełnia czyny poniżające go w opinii społecznej;

18. ten, kto nie płaci w terminie honorowych długów;

19. fałszywy gracz w hazardzie;

20. lichwiarz i paskarz;

21. paszkwilant i członek redakcji pisma paszkwilowego;

22. rozszerzający paszkwile;

23. szantażysta,

24. przywłaszczający sobie nieprawnie tytuły, godności lub odznaczenia;

25. obcujący ustawicznie z ludźmi notorycznie niehonorowymi;

26. podstępnie napadający (z tyłu, z ukrycia itp.);

27. sekundant, który naraził na szwank honor swego klienta;

28. stawiający zarzuty przeciw honorowi osoby drugiej i uchylający się od ich podtrzymania przed sądem honorowym.


Cały Kodeks można przeczytać online: [LINK]

niedziela, 8 stycznia 2023

Rok 2022 – podsumowanie

 Sport

Obniżania poprzeczki ciąg dalszy, tak mógłbym miniony rok podsumować. Główne zajecie sportowe: bieganie odbywało się w ilościach śladowych. Przez pierwsze 6 miesięcy, do czerwca włącznie w ani jednym miesiącu nie przekroczyłem 100 km. Powód? Praca na dwie prace, dyplomowanie wiszące mi przez większość roku nad szyją, niczym miecz Damoklesa. Co to jest to dyplomowanie fajnie opowiada w swoim filmie komik Bartosz Gajda. To taki „dzień świra” skondensowany w 5 minutach. Jak ktoś nie widział to polecam [LINK].

Przyszedł lipiec i wakacje. Udało mi się podkręcić przebieg do rekordowego w tym roku – ho, ho, ho - 243 km. Sierpień – 189 km. Jak na ten rok – nieźle. Początek września złamane w kilku miejscach przedramię, wstawiona blaszana płytka i wkręty, gips, zwolnienie z pracy na 3 miesiące.  Kilometraż we wrześniu i październiku po 40 km. Może zapytacie, czy nie można biegać z gipsem? Tyle wolnego przecież. Owszem, można. O ile ktoś się nie przewróci i nie „poprawi” złamania. Raz próbowałem pobiegać. Tyle, że po biegu ma się mega spoconą rękę pod gipsem, wszystko tam jest mokre i jest to bardzo niekomfortowe. Na czas zagipsowania dałem sobie jednak spokój. Po jego zdjęciu znowu zaczynam ostrożnie biegać. Listopad 234 km, grudzień 154 km. Rok kończy się kilometrażem całkowitym 1224 km. Rok 2021, który był bardzo słaby miał nabite 1908 km.

Ręka po operacji

Zawody? Wystartowałem tylko raz, w noworocznej piątce organizowanej przez Klub Biegacza w Białej Podlaskiej. Taki tam, raczej koleżeński bieg; sympatyczny, ludzie poprzebierani, niektórzy jeszcze lekko „dziabnięci” po Sylwestrze. Bieg po chodniku wzdłuż E30. Nabiegałem 00:20:52 i 13 miejsce na ponad 100. Cieniutko, ale lepiej, niż bym pobiegł teraz, bo gdy teraz pobiegłem Noworoczną Piątkę to wyszło 00:21:34 i miejsce 25. Cóż, takie się ma wyniki, ile się biega. 

Waga w czasach, gdy startowałem i się ścigałem i obecna


Inne sporty? Chciałem kupić rower, już popytałem kilku kolegów, którzy się znają: co ewentualnie warto, na co patrzeć (dzięki Jasiu, Kuba, Mariusz). Tylko, że po złamaniu ręki szybszy rower muszę odpuścić na rok lub dwa, bo podczas jazdy po wertepach idą duże drgania i nacisk na przedramię. A zatem na razie szlaban.

Fragment przydomowej "sali" ćwiczeń


Zacząłem coraz bardziej wkręcać się w kalistenikę, choć jestem w tym cienki. To z drugiej strony plus, bo zaczynając z najniższego szczebla można mieć nadzieję, że przyjemna wspinaczka w górę będzie trwała długo, zanim osiągnę maks swoich możliwości i zacznie się deprymujący regres. Kupiłem paraletki, poręcze, koła gimnastyczne, linę, literaturę; zacząłem ćwiczyć prostsze rzeczy: kruka, półwagi, dipy na poręczach i kołach gimnastycznych, stanie na głowie, śmiganie góra dół po linie. Niestety, wszystko się posypało gdy złamałem rękę we wrześniu. Pewnie na ćwiczeniach – pomyślicie. A skąd. Wchodziłem po drabinie na strych, aby czyścić komin przed sezonem grzewczym. Pośpiech, brak podparcia w 3 punktach, byle jaka drabina stojąca na śliskich kafelkach, pewność siebie. Przecież chodzę po drzewach, wspinam się po linie to jak mogę spaść z jakiejś drabiny? No i spadłem, z wysokości może 1 metra. Śmieszna wysokość, ale wystarczyło by konkretnie połamać kość promieniową w kilku miejscach i na kilka stron. Pierwsze słowa faceta od rentgena jak zobaczył zdjęcie: – Oj, szybko pan z tego nie wyjdzie… Dziś mam wszytą płytkę metalową, która spaja odłamki kości wkrętami. Za może pół roku, jak się zrośnie, to mi wyjmą. Na razie, gdy robią prześwietlenia mówią, że jeszcze nie ma pełnego zrostu. Tyle o złamanej ręce. Pamiętajcie – uważajcie z drabiną. Wygląda niewinnie, a można się konkretnie załatwić. Ja biegi przeszkodowe i kalistenikę mam na razie, albo dożywotnio z głowy. 

Pierwszy raz na SUP

Fajną zajawkę podłapałem latem, nad Jeziorem Białym w Okunince – pływanie SUP-em – deską pompowaną, na której się stoi i wiosłuje jednym wiosłem. Dobry sport wodny bo cichy, przyjazny przyrodzie, nie hałasuje, paliwo stanowią - tak jak w rowerze - mięśnie człowieka. Do tego tani i łatwy logistycznie. Jedyni wkurzeni, którym możemy podpaść to.. wędkarze, gdy im wpłyniemy w żyłkę. SUP-owanie to w zasadzie bardziej rekreacja wakacyjno – urlopowa, ale można to też traktować sportowo i wyczynowo. Są zawody na SUP-ach, są fajne, długie wyprawy. Nie wiele zdążyłem popływać do początku września; już bym się rwał do SUP-a znowu ale ciągle nie zrośnięta ręka mnie wstrzymuje. Boję się coś w tej konstrukcji zruszyć, nie chciałbym znowu napytać sobie biedy.

Pielgrzymka biegowa do sanktuarium w Kodniu (sierpień 2022)

Modelarstwo

To pierwsza z robótek wszelakich, do których mnie z wiekiem coraz bardziej ciągnie. Modelarstwo to moje hobby z czasów młodzieżowych. Jak obserwuję grupy na Facebooku od modelarstwa kartonowego to widzę, że takich Panów po 40-tce, co sobie po 30-tu latach przypomnieli, że wycinanie i sklejanie, to w sumie relaksujące jest, jest całkiem wielu. Skleiłem to prostą katedrę Notre Dame, (darmowy model z internetu), to dokończyłem stary samolot z Małego Modelarza. Nic imponującego, medalu mi za to nie dadzą, pomnika nie postawią, ale frajda była. Sklejałem nawet z ręką w gipsie, palce prawej ręki z gipsu wystawały, więc coś tam się dało przytrzymać.


Malowanie

Też nieco dziubałem, ale podobnie jak wszystkie poprzednie aktywności – w stopniu miernym. Trochę podróżowały moje obrazki z ubiegłego roku; były na wystawie „Barwą i Kreską” Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Plastyków i na wystawie „Nowy Horyzont” – wystawa twórczości bialskiego środowiska plastycznego. Nic w akrylu nowego nie robiłem czego bardzo żałuję i biję się w pierś. Będąc na zwolnieniu próbowałem akwareli. Wszyscy mówią – tania ale trudna technika. To prawda. W oleju czy akrylu, jak coś sknocisz, to możesz to poprawić. W akwareli, gdzie kolory nakłada się od jasnego do ciemnego, jak popsujesz, to już na amen. Niby można wyciągać wilgotną chusteczką, ale to już nie to. Ślad najczęściej zostaje. Pomalowałem trochę akwarelowych rzeczy, ale na razie wyglądają jak prace szkolnych uczniów więc mocno się nie chwalę. Może więcej poćwiczę, to coś zacznie wychodzić. Jak prawie z wszystkim – bez pracy, poświęconych godzin, nabieraniu praktyki, nic nie wyjdzie. 


Książki

Przeczytałem i przesłuchałem 24. To podobnie jak w roku wcześniejszym (25), ale znacznie mniej, niż w latach wcześniejszych (wtedy po około 40). Widać wyraźną korelację pomiędzy liczbą przeczytanych książek z ilością wybieganych kilometrów. Po prostu mniej treningów oznacza mniej czasu spędzonego z audiobookiem na uszach. Jest to jeden z powodów, dla których chciałbym znowu trochę więcej biegać, gdyż głównie wtedy słucham.

Co czytałem – o tym się dłużej rozwodzić nie będę. Były to rzeczy różne bardzo: raz mało ambitna ale lekka i przyjemna w odbiorze literatura beletrystyczna (sensacja, kryminał, fantastyka), innym razem dziaderska klasyka – trudna, ale przedstawiająca bogactwo innych światów. W sensie, wartości, mentalności, postrzegania świata i archaicznego słownictwa, które mnie nie zraża, lecz przyciąga. W najbliższym czasie postaram się coś napisać o ciekawszych pozycjach, ale bez pośpiechu i napinki.

Tymczasem wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Wiem, że wojna, zarazy, inflacje; na mój konserwatywny nos czuć coraz bardziej antycznym Rzymem IV i V wieku po Chrystusie – gnijącym od środka, najeżdżanym z zewnątrz przez witalnych i nie bojących się ryzyka barbarzyńców, ale może to tylko rojenia dziadersa. Nie narzekam jednak i nie rwę szat bo raz, że w tym konflikcie cywilizacji w coraz mniejszym stopniu czuję się stroną; dwa, że dla mnie ten rozpoczynający się rok wygląda wstępnie w miarę optymistycznie. Mam parę fajnych pomysłów. Oby tylko nie przechwalić dnia przed zachodem słońca. Zobaczymy, na ile starczy mi determinacji i co Bóg da.

Na małego nurka też znalazł się czas..

niedziela, 2 stycznia 2022

Podsumowanie roku 2021 – sport

 

Zdjęcie: Radiobiper

DATA

NAZWA

DYSTANS

RODZAJ

CZAS

MIEJSCE

5 czerwca

Roztoczańska 13

Ok. 100 km

Rower na orientację

08:08:00

6 na 13

26 czerwca

3. Maraton Kajakowy na Rzece Wieprz

104 km

Kajak, liniowo

13:30:00

17 na 17

11 lipca

Maratony Kresowe: Mielnik

54 km

MTB

DNF

DNF

22 sierpnia

V Wisznicka Mila

Ok. 6,5 km

Bieg crossowy

00:27:24

4 na 43

30 października

5. Nocny Bieg Pamięci Bohaterskich Lotników Podlasia

5 km

Bieg uliczny

00:19:16

10 na 145

20 listopada

Ultra Tataruk

68 km

Terenowe, płaskie ultra

06:46:00

6 na 17

4 grudnia

Mikołajkowy Cross u Radziwiłłów

6 km

Bieg crossowy

00:26:08

5 na 55

 

Wspaniały to był rok, nie zapomnę go nigdy” – chciałoby się powiedzieć za klasykiem z popularnego w Internecie filmu. Niestety, tak różowo nie było: niektóre rzeczy cieszą, o innych chciałoby się jak najszybciej zapomnieć. Jak rok minął od strony sportowej?

1908 - to liczba kilometrów, które przebiegłem treningowo i na zawodach w minionym roku. Dla porównania: w 2020 roku przebiegłem 2633 km, w latach 2015-2016 przebiegałem 3500 km rocznie. Porównanie tych liczb daje już ogólne wyobrażenie o moim obecnym poziomie sportowym, przynajmniej tym biegowym. Biegam połowę tego co kiedyś, 100-200 km w miesiącu, nieregularnie. Nas przykład w marcu przebiegłem 276 km, zaś w sierpniu jedynie 93 km. Na zawody dalsze i większe nie jeżdżę, bo nie ma po co. Startuję o połowę mniej i głównie blisko domu. Obecnie maraton byłbym w stanie przebiec, złamać 4h myślę że też, ale przebiec go poniżej 3:30? Oj, byłoby ciężko.

Patrząc na tabelę można słusznie zorientować się, że przez pierwsze półrocze trochę eksperymentowałem. Próbowałem szukać sportów innych niż bieganie, może mnie zainteresują. Był więc rower na orientację – przyjemny, ale mało udany. Musiałbym zainwestować kilka/dziesięć tysięcy w dobry sprzęt i nauczyć się przy nim kręcić. Bardzo nieudany start w Mielniku tylko to potwierdził. MTB to nie moja bajka. Doszedłem do wniosku, że z natury „odważny inaczej” nie mam na tyle „cojones” aby zjeżdżać szybko po wyboistym stoku, na wąskiej ścieżce, jeszcze przepychając się pomiędzy rowerami innych zawodników. Wszystko na granicy wywrotki. Sport rowerowy, który przypadłby mi do gustu to albo długie wyścigi terenowe na czas, ale na nizinach i najlepiej z interwałowym startem, albo rowerowa jazda na orientację. Na razie postanowiłem nigdzie nie startować a jedynie wykorzystać rower do rekreacji, treningów zastępczych, ewentualnie robienia swoich prywatnych rekordów na szlakach turystycznych. Robiłem kilkukrotnie rowerem Bialski Szlak Pamięci Narodowej (39 km) i bardzo mi się podobało.

 

 



Drugi eksperyment to kajak. Fajna sprawa, ale sport z kilku względów dla mnie kłopotliwy. Po pierwsze: w okolicy Białej Podlaskiej nie ma maratonów kajakowych. Canoa Cup rozgrywa się głównie w centralnej i północnej Polsce. Gdybym nawet zainwestował w wyścigowy kajak za kolejne kilka tysięcy, taki, z którym byłby sens jeździć na zawody to jeszcze musiałbym mieć miejsce na jego przechowanie – mieszkając w bloku – ciężka sprawa. Musiałbym dokupić bagażnik do samochodu i wozić się z kajakiem po całej Polsce. Krzna jest fajną rzeką do trenowania kajaku, ale wozić go i odwozić 40 kilometrów z Wisznic – czasochłonne i kosztowne. Generalnie za dużo przy tym „ale”.

Próbowałem w międzyczasie poświęcić więcej czasu gimnastyce siłowej, zwłaszcza tej na korpus i ręce. Zacząłem interesować się i trochę ćwiczyć pod kalistenikę. Fajny sport, tani, modny wśród młodych – można robić imponujące rzeczy na drążkach, do tego wyśmienicie kształtuje sylwetkę. Mam jednak wrażenie, że stoję w miejscu. Górę zawsze miałem cherlawą w przeciwieństwie do nóg i chyba do kalisteniki zwyczajnie nie mam predyspozycji. Równie dobrze mógłbym się zacząć wprawiać w sumo – przy swojej posturze miałbym podobne szanse na sukces.

A zatem zostało stare, poczciwe bieganie: tanie, można je uprawiać wszędzie, praktycznie nie zależy od sprzętu. W drugiej połowie roku wystartowałem w kilku krótkich zawodach i zatęskniłem za atmosferą wyścigów. Z byle jaką formą, ale coś tam usiłowałem jeszcze nabiegać, z lepszym lub gorszym skutkiem. Domyślam się, że przyszły rok, przynajmniej do połowy będzie podobny. Nieregularne bieganie 2-4 razy w tygodniu, od czasu do czasu start gdzieś blisko. Bardziej towarzysko niż z nastawieniem na wynik. Po wakacjach – zobaczymy.

Pozytywne jest to, że przeszła mi już kontuzja – zapalenie rozcięgna podeszwowego. Muszę jednak pamiętać, aby nie nadwerężać stopy i nie biegać szybko z palców. Przy wadze ponad 80 kg dla mojego organizmu to za dużo. Trudno, będzie z pięty. Mniej technicznie, ale bezpiecznie.

Ulubione zawody minionego roku? Wymieniłbym dwa: pierwszy to Maraton Kajakowy na Rzece Wieprz. Ktoś może się zdziwić: można cieszyć się z ostatniego miejsca? Można. Startując po raz pierwszy w maratonie kajakowym przypomniałem sobie te emocje, których doświadczają debiutanci w pieszym maratonie na 100 km. Jest więc byle jaki, niestosowny sprzęt bo jeszcze nie bardzo wiadomo, co warto brać. Po drodze kryzysy i rozmowy z samym sobą:

–    Nie jednak schodzę. Do następnego punktu i tam się poddaję. Jednak nie dam rady.

Potem jednak jakoś człowiek się przełamuje i ostatkiem sił dociera do mety. Pal licho który. Może być ostatni, ale dociera. Satysfakcja jest duża, endorfiny tańczą pogo. Coś takiego przeżywałem kilkanaście lat temu na wyścigach ultra, podobne odczucia miałem kończąc wyścig na 100 km kajakiem w Kośminie.
 

Czy w tym roku wystartuję? Nie wiem, nie bardzo chce mi się jechać bez treningu, „na wariata” i płynąć na turystycznym kajaku usiłując zmieścić się w limicie, ale kto wie. Często tak jest, że jak się już coś zrobiło w określonym czasie to chodzą po głowie myśli, aby ten czas poprawić.


Drugi fajny start to Ultra Tataruk. Dosyć ciężki, ale nie kasujący. Bardzo domowy, blisko i ukończony. Z duuużą ilością czasu na wszelkie przemyślenia. Jak to w wyścigach ultra. Dużo przyrody, dużo mierzenia się z własnymi możliwościami fizycznymi i psychicznymi i dużo „samotności długodystansowca”.

Start najbardziej nieudany? MTB Mielnik. Pokazał mi, że jestem cieniutki w porównaniu do wyjadaczy w MTB. Po prostu.


Życzenia noworoczne

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, przede wszystkim zdrowia i odporności na COVID dla Was i Waszych rodzin. Promieniowania tym co dobre (ale nie naiwne) i piękne. Wiary. Zgody w domach. Umiejętności łączenia tradycji z nowoczesnością bez odrzucania tego bądź tamtego. No i pokoju a nie wojny.


Z Bogiem w Nowy Rok.

Wkrótce kolejny wpis: Podsumowanie roku 2021 – książki