Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archeologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą archeologia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 października 2012

Bieg Siedmiu Dolin - relacja


Jazda bez trzymanki

Start sztafety
Cały mój tegoroczny wyjazd do Krynicy stał pod znakiem zapytania z powodu odległości i braku czasu. Traf chciał, że tuż przed zawodami zmieniłem pracę i wróciłem do rodzimych Wisznic. Kombinowałem jak tu dojechać na wieczór w góry skoro jeszcze w piątek do południa prowadziłem lekcje. Myślałem już o wypożyczeniu samochodu z wypożyczalni w Lublinie, ale ostatecznie udało mi się pożyczyć pojazd od rodzinki. Przejechałem kilkaset kilometrów i dojechałem do biura zawodów w Krynicy na 21:50. Do 22:00 miały być wydawane pakiety startowe więc zdążyłem na styk. Następnego dnia o trzeciej w nocy zaplanowany był start. Do pobudki pozostały 4 godziny. Skoczyłem jeszcze na smażone pierogi do gospody, w której byliśmy ze znajomymi dwa lata temu, potem po zakupy do nocnego i w końcu na nocleg do MOSiR-u. Byłem tak zmęczony, że nawet nie rozpakowałem pakietu startowego. Czym prędzej położyłem się spać. Sen był ciężki. Śniły mi się jakieś koszmary. Miałem ich po dziurki w nosie, więc wstałem w miarę sprawnie. Dalsze przygotowanie do biegu szło jednak opornie. Gdy wlałem już wodę do bukłaka okazało się, że czyszcząc rurkę przed wyjazdem zdjąłem ustnik i zostawiłem go w domu. Bukłak był bezużyteczny. Rad nie rad spakowałem do plecaka picie w 4 plastikowych butelkach. Fatalnie wyglądała też sprawa przepaków. Mogliśmy pozostawić w kilku miejscach na trasie rzeczy na zmianę, napoje bądź żywność. Tak się guzdrałem nad ranem, że owych przepaków nie zdążyłem przygotować. Kilkanaście minut przed godziną startu byłem jeszcze w proszku. Jakiś zupełnie mi nieznany dziadek, który spał obok zaczął mnie w końcu poganiać ostrzegając, że nie zdążę. Zostawiłem te wszystkie worki od przepaków całkowicie z nich rezygnując. Potruchtałem do pobliskiego miejsca startu na deptaku w Krynicy. Gdy tam dobiegłem zostało jeszcze 7 minut.

Na co mogłem liczyć

Bieg na 100 kilometrów po górach w okolicach Krynicy organizowany był już po raz trzeci. Startowałem w pierwszej edycji Biegu Siedmiu Dolin dwa lata temu. Na 65 osób, które wystartowały byłem 8. Było to ostatnie miejsce nagrodowe, można powiedzieć ostatni stopień bardzo pojemnego podium. Wygrałem wtedy całe 500 zł, zwrócił mi się przejazd i jeszcze zostało na buty. Były to świetne zawody a jednocześnie przeprowadzone w trudnych warunkach. Najpierw mgła, w której część zawodników pogubiła trasę, potem deszcz i w konsekwencji tony błota na szlakach. Osiągnąłem czas 12:49. Adam Długosz (zwycięzca) przybiegł w 11:17. Wtedy wydawało nam się, że to świetny czas. W następnej edycji z przed roku w Biegu Siedmiu Dolin nie wystartowałem, choć byłem na liście startowej. Kilka tygodni przed startem, na Rajdzie Konwalii dopadła mnie rwa kulszowa. Wyeliminowało mnie to z treningów i poważniejszych startów na jakieś dwa miesiące. W każdym razie pod moją nieobecność na krynickim ultramaratonie działy się ciekawe rzeczy. Przyjechało spore grono naprawdę mocnych ultrasów. Nagrody za pierwsze miejsca były wysokie, więc było o co walczyć. Do tego dopisała pogoda. Rekord trasy został wyśrubowany przez zwycięzcę (Jan Wydra) do wyniku 9:45. Wow! Złamał 10 godzin. Wtedy, podobnie jak przed rokiem także wydawało nam się, że to świetny czas. W tym roku zapisałem się znowu. Po raz trzeci. Liczba zgłoszonych kilkakrotnie wyższa niż podczas pierwszej edycji (ponad 300 osób) oraz mocne nazwiska groziły nowym rekordem trasy. Patrząc jak dosłownie w oczach podnosi się poziom rywalizacji w Krynicy byłem raczej świadom swojego miejsca w szeregu. Walka zapowiadała się bardzo ciężka. Na ścisłą czołówkę liczyć nawet nie śmiałem, ale okolice 8-12 miejsca, przy odrobinie szczęścia wydawały się w zasięgu. Miałem nadzieję, na zajęcie przynajmniej ostatniego miejsca na długim pudle (dwunastego), co dałoby mi rzadką w tym hobby okazję do podreperowania budżetu (za ostatnie na pudle, 12 miejsce przewidziano nagrodę w wysokości 1500 zł. Na każde kolejne miejsce wyżej kilkaset złotych więcej). Prognozowanie miejsca było oczywiście przedstartowym gdybaniem, którego raczej nie lubię. Na liście startowej było pełno nazwisk, które nic mi nie mówiły. Mogli wśród nich być bardzo mocni biegacze, o których nawet nie słyszałem. Czymś bardziej konkretnym był czas. Mój wynik z przed dwóch lat z dzisiejszego punktu widzenia był bardzo taki sobie. Zdecydowanie domagał się poprawy. Kolejna sprawa, która na pewno liczyła się, gdy jechałem do Krynicy to możliwość sprawdzenia się. Czasem zdarza mi się zajmować miejsce na pudle, ale cóż to za sztuka być trzecim skoro na zawody dojechało tylko trzech mocnych zawodników? Krynica to zupełnie inna para kaloszy. Tu zdecydowanie jest się z kim pościgać i można obiektywnie porównać swoją moc na tle innych. Na co zatem liczyłem jadąc na trzecią edycję Biegu Siedmiu Dolin? Na poprawę czasu, jedno z ostatnich miejsc na podium, podreperowanie budżetu i ostre ścigańsko z najlepszymi w naszym regionie. A piękne widoki i przygoda? Zapyta ktoś. Owszem, owszem. To tak oczywiste, że nawet o tym nie wspominam.

Bieg – 95% według planu


Początek pobiegłem standardowo jak na mnie, czyli spokojnie. Po drodze prowadziłem luźne rozmowy z napotkanymi kolegami i psychicznie odpoczywałem, przed zbliżającym się wysiłkiem. Niedaleko od startu zaczęliśmy się wspinać. Było jeszcze zupełnie ciemno i dosyć chłodno. W tym momencie starałem się już wskoczyć we właściwy rytm pracy, dostosować tempo do panujących warunków. Ciekawiło mnie, że niektórzy biegacze mieli zupełnie różną ode mnie taktykę. Mijałem się na przykład kilkakrotnie z pewnym starszym uczestnikiem biegu. Miał on wszędzie takie same tempo: było stromo pod górę – lekko truchtał; było płasko lub z górki – truchtał tak samo wolno jak pod górę. Nigdy nie widziałem, by gdzieś przeszedł w marsz. Oryginalna taktyka, ciekawe jak mu się sprawdziła.


Gdy wbiegliśmy na grań i posuwaliśmy się w stronę Hali Łabowskiej (22 kilometr) biegliśmy już w dużo bardziej rozciągniętym szeregu. Widziałem przed sobą jednego, czasem dwóch zawodników. Mgły utrudniającej orientację tym razem nie było. Przez część tego odcinka miałem dodatkowe oświetlenie gdyż przez dłuższy czas jechał za mną quad. Z jednej strony jego światła dawały lepszy widok na nierówności terenu, z drugiej bałem się wywrotki i wpadnięcia pod koła nadjeżdżającego pojazdu. Na szczęście nic takiego nie nastąpiło. Na punkcie odżywczym na Hali Łabowskiej nie spędziłem nawet kilkunastu sekund. Miałem jeszcze sporo zaopatrzenia ze sobą, więc wypiłem zdaje się kubeczek napoju i ruszyłem w drogę. Byłem nawet tak zaaferowany parciem do przodu, że po dwudziestu metrach zacząłem się zastanawiać, czy zeskanowano mi chipa. Chciałem nawet wracać, ale biegnący tuż za mną kolega uspokoił, że wszystko jest OK i polecieliśmy dalej.

Na zbiegu do Rytra (33 kilometr) zaczynało świtać. Trasa w tym miejscu była czasem mocno techniczna i w półmroku wymagająca dużej uwagi. Szczęśliwie buty trzymały dobrze i żadnej wywrotki nie zaliczyłem. Na szlaku stała Pani fotograf, od której dowiedziałem się, że biegnę sporo poza pierwszą trzydziestką. Daleko. Niedługo potem dogonił mnie Maciej Więcek. Normalnie byłby dużo przede mną, ale że miał po drodze różne przygody i był tydzień po 24-godzinnym rogainingu w górach to w Krynicy biegł poza ścisłą czołówką. Razem dobiegliśmy do punktu kontrolnego w Rytrze gdzie choć nie miałem zostawionego worka przepakowego wyprosiłem obsługę, by przechowała latarki-czołówki: moje dwie i jedną Macieja. Ludzie na punkcie załatwili sprawę szybko stąd mogłem ponownie w bardzo krótkim czasie wyruszyć na trasę.

Kolejny etap to przede wszystkim podejście do schroniska na Hali Przehyba (45 kilometr), potem bieg grzbietem przez Radziejową (1262 m. n.p.m.) i zbieg do Piwnicznej-Zdroju (66 kilometr). Z tej części najbardziej bałem się tego stromego podejścia, tuż za Rytrem. Pamiętam, że dwa lata wcześniej to na nim bardzo spuchłem i musiałem regularnie przystawać dla złapania oddechu. Wyprzedził mnie wtedy Jan Michałowski. Tym razem czułem się znacznie lepiej i to ja wyprzedzałem innych. W międzyczasie trochę popsuła się pogoda. Zaczęło padać. Gdzieniegdzie powstało błoto lecz szlaki w lesie pozostawały raczej suche. Na dobiegu do schroniska na Hali Przehyba należało zrobić „agrafkę” – dobiegało się do punktu a następnie przez jakiś czas wracało tą samą drogą. Była okazja podejrzeć, kto i jak daleko jest przede mną. Ku mojej uciesze okazało się, że biegnie przede mną kilka osób i są całkiem nie daleko. Na punkcie zeskanowano mi chipa i chyba nawet nie wziąłem niczego do picia. Byłem zaaferowany informacją, jaką usłyszałem od obsługi. Ponoć prowadził jakiś Węgier. A niech to! Czyżby to ten mocny Węgier, który kończy w pierwszej dziesiątce UTMB? Przypuszczalnie. Nowinami o prowadzeniu Węgra podzieliłem się w biegu z Maciejem, który podążał niedaleko za mną. Czułem się w tym momencie trochę jak uczestnik i kibic jednocześnie. Starałem się w miarę sprawnie przebierać nogami a równocześnie myślałem, jakim wynikiem zakończy się starcie pomiędzy polską czołówką ultra a mocnym Węgrem. W drodze do Piwnicznej forma ciągle mi dopisywała. Wyprzedziłem kolejne kilka osób przesuwając się w klasyfikacji.

Kolejny etap to bieg przez Łomnicę Zdrój do Wierchomli Małej. Z perspektywy czasu, gdy piszę tę relację miesiąc po wydarzeniach niewiele z tego odcinka pamiętam. Wiem, że po raz kolejny punkt kontrolny w Piwnicznej opuściłem szybko zostawiając w nim kilku uczestników, dzięki czemu znowu podskoczyłem w klasyfikacji. Dalsze kilometry pokonałem w dobrym humorze zagadując lokalsów i wyprzedzając innych zawodników. Punkt w Wierchomli Małej (77 kilometr) opuściłem pośpiesznie czując na plecach oddech konkurentów. Tuż za Wierchomlą znajdował się jeden z trudniejszych etapów biegu: przeklinane przez wszystkich podejście pod wyciąg narciarski. Bałem się go trochę, ale poszedł w miarę bezboleśnie. Energii do sprawnego podchodzenia dodawał mi widok dwóch innych zawodników przede mną. Byli tak blisko! Na wierzchołku czy też później na zbiegu – pamięć już mnie zawodzi - wyprzedziłem jednego, potem drugiego. Tym drugim był Jacek Michulec z Żywca, biegacz, który wygrał trasę 80 km „Chudego Wawrzyńca” dokładając mi ponad godzinę. Tym razem Go dogoniłem, co znacznie mnie podbudowało. Wskoczyłem na 10 miejsce w klasyfikacji, nie na długo jednak. Kilka kroków przed punktem kontrolnym w Szczawniku Jacek mobilizowany przez jakiegoś kibica-zaklinacza wziął się do roboty. Wyprzedził mnie i powoli acz konsekwentnie zaczął truchtać pod ostatni dłuższy a bardzo łagodny podbieg – do schroniska Bacówka nad Wierchomlą. Podbieg ten, długi na jakieś 5 km jest owymi 5 procentami planu, którego nie udało mi się zrealizować. Założenie przedstartowe było takie, że będę tak gospodarował siłami by ten bardzo łagodny podbieg przytruchtać. Moje plany zweryfikowała wyścigowa rzeczywistość. Nie dałem rady przebiec tego odcinka. Próbowałem jeszcze przez jakiś czas nadążyć za Jackiem, ale stopniowo coraz bardziej zostawałem w tyle. Czasem trochę podbiegałem, ale głównie szedłem. Oglądałem się nerwowo do tyłu ile osób mnie za chwilę „pożre”. Okazało się, że oprócz Jacka na odcinku do Bacówki „pożarły” mnie jeszcze 2 osoby. Tomek Kobos, młody, bo 24-letni, ale silny biegacz oraz inny młody chłopak. W tym drugim przypadku udało mi się jednak odzyskać straconą pozycję, dzięki czemu na tym kryzysowym dla mnie odcinku ze Szczawnika do Bacówki nad Wierchomlą straciłem 2 pozycje spadając na 12 miejsce. Wybiegając z ostatniego punktu kontrolnego, nieco wypoczęty po kilkukilometrowym marszu postanowiłem bronić zajmowanej pozycji jak lew.

Końcówka była nerwowa, ale przebiegła na szczęście bez większych atrakcji. Najpierw było lekkie podejście potem długi, najczęściej łagodny zbieg do Krynicy. Oglądałem się, co chwila czy ktoś mnie nie dochodzi, biegłem wypoczęty znowu w dobrej formie. Na końcu zacząłem nawet mocniej przyciskać licząc, że a nóż dogonię Tomka lub Jacka. Jednak nic z tego. Widok ogrodzenia, obok którego przebiegaliśmy na zbiegu obwieścił mi, że meta jest tuż, tuż. Wybiegłem szczęśliwy na ulicę, odrzuciłem butelki z piciem, teraz już do niczego nie potrzebne i pogrzałem w stronę nieodległej mety. Wbiegałem do niej po deptaku obsadzonym przez kibiców. Pozdrawiałem ich, kłaniałem się, wygłupiałem. Nie byłem nawet świadomy, że 40 sekund za mną biegnie kolejny biegacz. Wpadłem na metę z czasem 10:48:08, Miejsce 12 w kategorii OPEN, 12 wśród mężczyzn i 10 wśród Polaków. Pierwsza dwunastka przedstawia się następująco:

1.         Csaba Neneth                           08:51:10         HUN
2.         Marcin Świerc                           08:55:09         POL
3.         Jan Wydra                                  09:35:46         POL
4.         Jakub Wolski                             09:53:22         POL
5.         Adam Długosz                           10:04:43         POL
6.         Gediminas Grinius                    10:10:05         LTU
7.         Tamas Juhasz Karlovitz            10:27:34        POL
8.         Tomasz Kłodnicki                    10:28:25          POL
9.         Marcin Rembiasz                     10:34:38          POL
10.       Jacek Michulec                        10:41:24          POL
11.       Tomasz Kobos                        10:46:32          POL
12.       Paweł Pakuła                           10:48:08          POL

Wśród kobiet wygrała Ewa Majer z czasem 11:59:01. Druga była Irina Safranova z Rosji (12:25:20), trzecia Agnieszka Malinowska–Sypek (12:43:18). Ogólnie trasę 100 km ukończyło 293 osoby. Wśród nich było 19 kobiet.

Podsumowanie

Tegoroczny Bieg Siedmiu Dolin potwierdził swoją renomę świetnej imprezy. Organizacja była bez zarzutu, oznaczenie trasy też. Pogoda była całkiem dobra, prawie idealna na długodystansowe ściganie. Niewielki deszczyk padał krótko i nie zdążył porządnie rozmoczyć szlaków. Frekwencja znowu była wyższa niż poprzednio, także poziom sportowy czołówki znacznie wzrósł. Nie prowadziłem kwerendy, ale chyba po raz pierwszy na polskie zawody w górskim ultra przyjechał ktoś ze ścisłej, światowej czołówki. Wynik zwycięzcy poniżej 9 godzin robi wrażenie, choć moim zdaniem jest on do poprawy, nawet przez samego autora. Trzeba pamiętać, że Węgier nie pobiegł na 100 % możliwości, bo tydzień wcześniej zrobił skrócone UTMB, co z pewnością pozostawiło ślady w jego nogach. Po drugie biegł przez większość trasy na czele i w zasadzie nie miał motywacji, by kogoś ścigać. Przypuszczam, że tegoroczny zwycięzca mógłby w optymalnych warunkach złamać 8:30. Czy da się zejść jeszcze niżej? Można z gdybaniem posunąć się dalej i prognozować, co by było, gdyby do Krynicy przyjechał kiedyś jakiś Iker Carrera.

W każdym razie z roku na rok poziom Biegu Siedmiu Dolin znacznie się podnosi. Nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że oprócz dobrej organizacji pierwszorzędną rolę odgrywają w tym wysokie nagrody finansowe, które skutecznie ściągają na festiwal najlepszych biegaczy z kraju oraz mocnych zawodników z zagranicy. Z tego co się dosyć mgliście orientuję, w europejskich ultradystansowych biegach górskich wysokie nagrody wcale nie są normą. Pozwala to snuć przypuszczenia, że w przyszłym roku mocnych gości z za granicy może być więcej. To dobrze. Przyjazd cyborgów światowej klasy powinien podziałać inspirująco; pokazać możliwym to, co wydaje się być niemożliwe.

Jak się zapatruję na mój wynik i mój start? Ogólnie - jestem zadowolony. Miejsce mogłoby być wyższe; przyznam, że marzyła mi się pierwsza dziesiątka. Nie udało się, trudno. W każdym razie było blisko. Zabrakło kilku minut, a może kilku kropel silnej woli by zacisnąć zęby i walczyć mocniej na końcówce. Nie ma co już tego drążyć. Trzeba się cieszyć z dwunastego miejsca, gdyż w jego okolicach było całkiem tłoczno. Jedenasty przybiegł 1,5 minuty przede mną, trzynasty 45 sekund po mnie. Niewiele brakowało a nie załapałbym się do pierwszej dwunastki. Znacznie bardziej niż z miejsca cieszę się z czasu, który osiągnąłem. Nie jest to jakiś czas graniczny jak 10:00:09 na Chudym Wawrzyńcu. Te 10:48:08 to jak na mnie dobry wynik; taki, na jaki mnie aktualnie stać i taki, który dał mi poprawę życiówki o 2 godziny. Przy okazji porównywania stosunku czasu do miejsca można się zastanowić: skoro dwa lata temu z czasem 12:49 byłem ósmy, w tym roku z czasem 10:48 byłem 12-ty to jakie miejsce zapewni podobny czas w edycji A.D. 2013? Czy złamanie 11 godzin zapewni miejsce w pierwszej dwudziestce? Ha! Patrząc na rosnącą w geometrycznym tempie konkurencję i coroczne śrubowanie wyników obawiam się, że może być problem.

Swoją relację zakończę inaczej niż zwykle złotą myślą - poradą, którą kilka lat temu wyczytałem na pewnym rajdowym forum:

„Trzeba świczyć wiency!” ;)

P.S. Poniżej kilka zdjęć ze Skansenu Archeologicznego "Karpacka Troja" w Trzcinicy. Wstąpiłem do niego wracając z Biegu Siedmiu Dolin.










niedziela, 16 października 2011

Harpagan H-42: Dla mnie bardzo krótki


Ci, co mnie trochę znają wiedzą, że gdy Pawłowi rajd od początku nie idzie i do tego dołoży się psia pogoda to potrafi się szybko i bezwstydnie wycofać. Pieszy maraton na orientację na 100 kilometrów Harpagan H-42, z którego właśnie wróciłem jest klasycznym przykładem takiej właśnie nieudanej imprezy Pawła.



Gdy dojeżdżam do Elbląga już widzę na polach pełno kałuż i błota, które z pewnością utrudnią życie zawodnikom. Do tego pola rzepy, które nieprzyjemnie kojarzą mi się z Nocną Masakrą z przed paru lat. Wtedy mokry i wyziębiony zszedłem z trasy około 70 kilometra. Następne dni odchorowałem w łóżku. Obecny Harpagan zapowiada się podobnie: zimny, błotnisty i deszczowy. Wcale nie mam ochoty brać w nim udziału. W bazie od niechcenia zbieram się do startu. Deszcz co chwila bębni w szyby sali gimnastycznej, która jest naszą noclegownią. O 21 wieczorem dostajemy mapy i ruszamy w trasę. Ja muszę jeszcze chwilę poczekać bo mojej mapy nie ma. Z niewielkim opóźnieniem ruszam za rzędem czołówek kierujących się do PK1. To powinna być prosta sprawa, wzgórze w lesie niedaleko miasta, 4 kilometry od bazy. Niestety już na dzień dobry mam problemy. Pełno błota, wody i śliskich ścieżek a ja i inni, którzy tłumnie wałęsają się z czołówkami po lesie nie możemy namierzyć lampionu. Próbuję się wycofać i namierzyć od pewnego punktu, ale mapa jest pewnie z lat 70-tych ubiegłego wieku, obok jest jakiś cmentarz, którego na mapie nie ma. Szata roślinna też się nie zgadza. Trzeba się orientować według rzeźby i cieków. Zaraz za cmentarzem, w lesie pełnym jarów i pagórków powinien być punkt. Szukam go już sporo czasu. Pewnie faworyci (Michał Jędroszkowiak i Andrzej Buchajewicz) dobiegają już do PK2. Wałęsam się dalej po tych krzakach coraz bardziej zniechęcony. A może by się tak wycofać? Albo zrobić tylko 1 pętlę? Takie myśli zaczynają mi chodzić po głowie. W pewnym momencie wśród tłumu amatorów krążących po lesie z czołówkami spotykam Andrzeja i Michała. A jednak! Skoro najlepsi też mają problem z jedynką to chyba rzeczywiście jest trudny. Gdzieś się rozdzielamy, potem znowu spotykamy. W którymś momencie chłopcy twierdzą, że wiedzą gdzie jest punkt. Wyłączam wtedy mózg i kierowany instynktem stadnym biegnę za nimi. Po przeskoczeniu kilku jarów, wspięciu się na śliskie, błotniste pagórki, potknięciu o wystające korzenie znajdujemy w końcu punkt. Po jakiejś godzinie dwadzieścia od startu i 4 kilometry od bazy. Nieźle. Piękna wtopa na początek. Rozdzielam się z chłopakami i truchtam w stronę PK2. W lesie pali się pełno lampek, wygląda to jak cmentarz nocą podczas „święta zmarłych”, które już niedługo. Mijam niekończące się gromady piechurów. Ależ dużo ludzi wyprzedziło nas biegaczy! Dwójka ustawiona jest łatwo i wchodzi bez problemów. Co chwila jednak pada i szczerze mówiąc nie mam ochoty kontynuować tej taplaniny w błocie. Już wiem, że niewielu tę imprezę ukończy a czasy zwycięzców też imponujące nie będą. Przy moim defetystycznym nastawieniu wystarczy iskra bym zawrócił. Taka „iskra” pojawia się w drodze na PK3. Za wsią Ogrodniki, gdzieś na 15 kilometrze trasy wchodzę w polną drogę, która powinna prosto prowadzić do kolejnej wsi. Tymczasem droga się kończy, pojawiają się jakieś gospodarstwa. Za nimi pola i łąki. Wchodzę w nie i gubię się po raz drugi. Eeetam, mam już dosyć padającego co chwila deszczu i „antycznej” mapy. Wycofuję się w stronę najbliższej ulicy, po kilku kilometrach łapię stopa, który podwozi mnie do Elbląga. O 1 w nocy jestem w bazie. Zszedłem z trasy zanim zdążyłem się porządnie zmęczyć. Niestety, to moje drugie podejście do Harpagana i drugie nieudane. Na tytuł „Harpagana” będę musiał jeszcze kiedyś zapracować.


Wyniki pierwszej trójki z trasy pieszej:


1. Michał Jędroszkowiak 16:00:34

2. Andrzej Buchajewicz 16:06:31

3. Zenon Lulek 20:27:15


Ukończyło trasę 10 osób z 405 zgłoszonych. Olbrzymia większość w ogóle nie wyszła na drugą pętlę. Gratulacje dla Harpaganów!


Niedoszły Harpagan w muzeum


Następnego dnia postanowiłem wykorzystać pobyt w Elblągu tak, by wyjazd na Harpagana nie okazał się całkowicie nieudany. W sobotę rano udałem się do Muzeum Archeologiczno-Historycznego w Elblągu. Na szczęście było otwarte od ósmej. Z legitymacją muzealnika wstęp jest bezpłatny stąd tym chętniej zostawiwszy plecak rzuciłem się do zwiedzania. Na salach wystawowych rozproszonych w dwóch budynkach dostępnych jest kilka wystaw. Mnie zainteresowały w pierwszej kolejności te najstarsze. Pierwsza z nich: „Truso- nadmorskie emporium” poświęcona jest osadzie średniowiecznej odkrytej w Janowie Pomorskim, kilka kilometrów od Elbląga. W wyniku badań okazało się, że przypuszczalnie jest to Truso – skandynawska osada handlowa o której wspomina angielski król Alfred Wielki (872-899) w jednej ze swoich ksiąg. Badania archeologiczne potwierdziły istnienie w Janowie Pomorskim nad jeziorem Dróżno osady rzemieślniczo - handlowej datowanej na IX wiek. Znalezione zabytki obrazują rozwój różnych gałęzi rzemiosła (rogownictwo, bursztyniarstwo, szklarstwo, metalurgia, garncarstwo, ciesielstwo) i handlu oraz technikę budowy łodzi (odkryto m.in. wrakowisko łodzi). Najprawdopodobniej jest to rzeczywiście owe Truso o którym wspominał angielski król. Poniżej kilka zdjęć z sali wystawowej.



Model fragmentu osady Truso


Średniowiecze łyżwy


Bursztynowe pionki do gry hnefatafl (tzw. "szachy Wikingów")


Druga ciekawa wystawa to „Historia gocka”. Obrazuje ona kulturę materialną plemienia Gotów którzy w czasach Chrystusa przywędrowali ze Skandynawii na nasze Pomorze i po jakimś czasie wywędrowali w kierunku nadczarnomorskich stepów. Pozostałości po Gotach oraz bliskim im Gepidach są u nas identyfikowane a archeologiczną kulturą: kulturą wielbarską. Duża część zabytków przedstawionych na wystawie pochodzi z bogatych grobów pełnych drogiego i importowanego wyposażenia. Poniżej kilka zdjęć zabytków z wyposażenia grobowego.


Branzolety: wężykowata (z lewej) i żmijowata (z prawej)


Zapinki kuszowate


Zestaw do picia wina


Drogie, importowane pucharki do wina z grobu "księżniczki"


Inne wystawy w elbląskim muzeum także są ciekawe. Jedna z nich pokazuje znaleziska z samego Elbląga. Miasto jest bardzo stare bo zostało założone w 1237 roku przez Krzyżaków. W czasie II Wojny Światowej stare miasto zostało doszczętnie zniszczone co było wielkim nieszczęściem dla mieszkańców ale manną z nieba dla archeologów. Dlaczego? Dlatego, że w przypadku starych miast takich jak np. Kraków bardzo trudno jest badać pozostałości najstarszej zabudowy gdyż w tym miejscu stoją nadal używane i zamieszkane budynki. Nie można zburzyć kamienicy, by zobaczyć, co jest pod nią. W przypadku Elbląga problem był rozwiązany: wystarczyło usunąć gruzowiska i przed ponowną zabudową dokładnie przebadać teren. Dzięki temu udało się odkryć i zadokumentować wiele znalezisk obrazujących życie mieszkańców Elbląga w średniowieczu i epoce nowożytnej. Poniżej kilka zdjęć z wystawy.


Dawny termofor


Aptekarskie gadżety


Inne wystawy dostępne do obejrzenia w Muzeum Archeologiczno-Historycznym w Elblągu to wystawa sztuki ludowej i nieprofesjonalnej (część obrazków naprawdę fajna!), wystawa ceramiki kadyńskiej (manufaktura ceramiczna z początków XX w.), kolekcja mebli nowożytnych, wyrobów złotniczych i konwisarskich. Poniżej kilka zdjęć z pozostałych wystaw.


Obrazek ludowy

Rzeźba ludowa


Rodzaje wiatru


Ceramika kadyńska


Po spędzeniu 2 godzin w elbląskim muzeum pojechałem do Malborka, gdzie spędziłem kolejne 2 godziny w Muzeum Zamkowym. Szczerze mówiąc nie zrobiło ono na mnie takiego wrażenia jak się spodziewałem. Może dlatego, że byłem tam drugi raz. Oprócz imponującej architektury (w znacznej części zresztą rekonstrukcji – zamek został bardzo zniszczony w trakcie II Wojny Światowej) niewiele ciekawego zobaczyłem. Poszczególne wystawy poukrywane są w zamkowych komnatach i mam wrażenie, że nie dysponując Audio Guide’m lub przewodnikiem trudno do nich trafić. Ja na przykład szukałem zbrojowni i jakoś jej nie znalazłem choć wiem prawie na bank, że jest. W miarę ciekawa choć niewielka była pokazywana tuż przy zamku wystawa machin oblężniczych. Poniżej kilka zdjęć z Malborka.


Malbork

Machiny oblężnicze

niedziela, 20 września 2009

"Kościotrupy" w Wisznicach


No proszę, w mojej małej i spokojnej miejscowości dzieją się ciekawe rzeczy. Wczoraj zaskoczyła mnie wiadomość o wykopaliskach prowadzonych przez grupę archeologów wewnątrz remontowanego kościoła filialnego pod wezwaniem św. Jerzego i Wniebowzięcia NMP. Nie pamiętam by za mojego życia Wisznicach prowadzono wykopaliska, tym chętniej wybrałem się na zwiedzanie.


Kościół, o którym mowa położony jest w centrum miejscowości na niewielkim wyniesieniu górującym nad rzeczką Zielawą. To dawna cerkiew unicka wymurowana w końcu XIX wieku, później zamieniona na świątynię katolicką. Budynek od dawna nie był używany, pusty w środku, (jeśli mnie pamięć nie myli zniszczony przez pożar) był sporadycznie konserwowany i czekał na lepsze czasy. Ostatnio znalazły się środki (projekt unijny) umożliwiające restaurację świątyni. W trakcie prac ziemnych odkryto resztki fundamentów starszych budowli oraz pochówki szkieletowe. Dziś w kościele prowadzone są niewielkie badania ratunkowe budzące zainteresowanie miejscowej ludności.


Na miejscu spotkałem kilkuosobową grupę archeologów z Lublina oraz przybywających, co chwila „turystów”. Wykop wewnątrz niewielkiej świątyni nie był zbyt głęboki, na oko nie przekraczał 1,5 metra. Na bardzo suchym piasku leżało kilkanaście dobrze zachowanych ludzkich szkieletów. W zachodnim skrzydle dało się zauważyć fragmenty kamiennej posadzki W pozostałych częściach nieprzypadkowo ułożone duże kamienie wskazywały na istnienie fundamentów wcześniejszych budowli. Niestety kierownika wykopalisk (Mieczysław Bienia) nie zastałem, o krótkie oprowadzenie po miejscu badań poprosiłem młodą Panią archeolog (niestety nie pamiętam nazwiska. W ogóle żałuję, że nie przyszło mi do głowy by robić notatki. Miałbym pewniejsze informacje a tak muszę zaufać pamięci). W świetle jej relacji sprawa wygląda następująco. W trakcie badań pod podłogą dawnej cerkwi odkryto kamienne fundamenty wcześniejszych świątyń – dwóch drewnianych cerkwi. Miały one nietypową orientację i zostały częściowo zniszczone przez późniejszą zabudowę. Wewnątrz natrafiono na chrześcijańskie pochówki (32). Szkielety były raczej ubogo wyposażone. Znaleziono przy nich trochę monet, fragment fajki, strzępek ubrania, pierścionki, paciorki. Zachowały się ślady trumien (skoble). Cmentarzysko podzielone było na części - w jednej chowano osoby młode (są szkielety dzieci), w innej starsze. Ciekawostką jest szkielet wyjątkowo wysokiej osoby. Znalezione zabytki pozwalają datować odkrycie na XVI – XVIII wiek. W tym okresie osada w Wisznicach należała do rodu Sapiehów i posiadała prawa miejskie. Było to miasto tylko z nazwy, tak naprawdę Wisznice miały podobnie jak wiele podobnych miasteczek bardzo wiejski charakter. Znaczny procent mieszkańców stanowiła ludność pochodzenia żydowskiego. W trakcie badań natrafiono ponadto na fragmenty ceramiki wczesnośredniowiecznej (XI wiek), co wskazuje, że początki osadnictwa na terenie dzisiejszych Wisznic są znacznie starsze niż pierwsze wzmianki pisane.


W ciągu kilku następnych dni prace mają zostać zakończone. Planowane jest udostępnienie najciekawszych zabytków zwiedzającym, zorganizowanie wystawy. Znakomita inicjatywa mogąca przyczynić się do promocji miejscowości. Otworzę tu pewien nawias. Kilka lat temu doszły mnie słuchy, że podczas prac ziemnych odkryto drewnianą studnię, ale archeologów nie poinformowano. Bano się wstrzymania prac, konieczności przeprowadzenia badań archeologicznych na koszt inwestora, opóźnienia inwestycji. Jest to przypadek częsty i niestety spotykany wszędzie. Wielka szkoda. Badania mogłyby rzeczywiście opóźnić prace, ale rezygnacja z nich to nieodwracalne zniszczenie informacji historycznych o regionie. Nie chodzi tu jedynie zabytki, gdyż same zabytki bez odpowiedniej dokumentacji niewiele powiedzą. Profesjonalnie zorganizowane wykopaliska poszerzają wiedzę, promują miejscowość, mogą stać się jej wizytówką, wspomóc rozwój turystyki. Szkoda, że z tej okazji się nie korzysta, że tak wiele zabytków przepada. Kto wie, może wykopaliska w dawnej cerkwi zwrócą uwagę mieszkańców na wartość znalezisk? Może staną się zaczątkiem jakiejś małej wystawy stałej, niewielkiego regionalnego muzeum? Świetnie by było.


Na Picasaweb jest kilkanaście zdjęć, które udało mi się na szybko zrobić dzięki uprzejmości Pani archeolog.