Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TVSB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TVSB. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 stycznia 2015

X-Alpine – relacja


Mało ostatnio startuję i zamierzam ogólnie startować w tym roku mniej niż w zeszłym. W styczniu nie wystartowałem w niczym, co dało mi więcej czasu na nadrabianie pisarskich zaległości. Naskrobałem w końcu (po pół roku!) relację z lipcowego biegu ultra w Szwajcarii: X-Alpine, 105 km, 7300+. Pojechałem tam już trzeci raz, celowałem w pierwszą dziesiątkę. Początek szedł nieźle, ale jak to mawiał klasyk - „mężczyzn poznaje się nie po tym jak zaczynają, ale po tym jak kończą”. Ja kończyłem wpół-żywy, wymęczony, w dziurawych butach, wyziębiony i ubłocony. Nie sugeruję bynajmniej, że kiepski ze mnie mężczyzna, ale nie da się ukryć, że końcówka była daleka od wymarzonej. Zamiast „Top Ten” wyszło miejsce 18-ste. Niby słabo, ale biorąc pod uwagę fakt, że większość z 362 startujących nie ukończyła to może nie było jednak tak źle. Wyszło średnio na jeża.

Relacja ukazała się na portalu festiwalbiegowy.pl Jeśli ktoś chce ją poczytać to link jest [TU] ale ostrzegam, że tekst jest długi i nudny.

Szczególnie uparci i mocno zainteresowani mogą poczytać moje wcześniejsze relacje klikając po lewej stronie na zakładkę „TVSB”. Taką nazwę nosił wcześniej X-Alpine.

W tym roku już na X-Alpine nie jadę. To świetna impreza i szczerze ją polecam, ale byłem tam już 3 razy, na razie wystarczy. Jest mnóstwo świetnych biegów, w których nigdy nie startowałem. W grudniu zgłosiłem się na UTMB, ale nie miałem szczęścia w losowaniu. Może spróbuję za rok.

W Szwajcarii pomogła mi grupa mieszkających w pobliżu Verbier, bardzo życzliwych ludzi. Danka, Gabriel, Jeanne – Merci!

Jeszcze [LINK] do strony zawodów.

W Bourg St. Pierre. Zdjęcie: Jeanne

 Przed metą. Zdjęcie: Jeanne

 Na mecie. Zdjęcie: Jeanne

 Buty po biegu. W tle: Le Catogne.

piątek, 11 lipca 2014

Trail Verbier St. Bernard 2014 - przed startem


Wpis będzie krótki i może trochę chaotyczny. Znowu jestem w Szwajcarii, niedaleko Sembrancher. Jutro startuję po raz trzeci w Trail Verbier St. Bernard  na najdłuższej trasie X-Alpine: 111 km po górach z sumą podejść 8600 m. Jest to najdłuższy terenowy bieg ultra rozgrywany w całości na terytorium Szwajcarii. Kwalifikuje się by zaliczyć go do biegów typu skyrunning gdyż trasa prowadzi po szczytach o wysokości 2600 - 2800 m. n.p.m. Wersja X-Alpine rozgrywana jest po raz pierwszy w sześcioletniej historii tej imprezy. Jeszcze w zeszłym roku główny wyścig liczył 110 km przy 7000 metrów podejść. Od tego roku dodano 1 km więcej i 1600 metrów podejścia więcej. Zmiana ta wynikła z dodania 2 nowych gór, których wcześniej nie zaliczaliśmy: Le Catogne (2598 m) i Orny (2826 m).



Zatrzymałem się u gościnnych przyjaciół mieszkających niedaleko, w wiosce na wysokości 1200 m a poznanych w zeszłym roku. Przyjechałem wczoraj, więc żadnej sensownej aklimatyzacji przejść nie zdążę. Trudno. Może kiedyś trzeba będzie o czymś takim pomyśleć.

Czuję się w miarę dobrze, już nie czuję pleców, które pobolewały mnie jeszcze kilka dni wcześniej. Przetruchtałem dziś jakieś 45 minut, wszystko wydaje się działać dobrze.

Pogoda. Jest dobrze i źle jednocześnie. Dobrze, bo wczoraj i dzisiaj padał tu lekki deszczyk. Deszcz lubię o ile nie jest to jakaś wściekła ulewa i zwykle robię w deszczowo-błotnistej pogodzie fajne wyniki. Tutaj jednak może być nie tak wesoło: jak tylko przyjechałem to się dowiedziałem, że tu pada śnieg a nie deszcz. Czy deszcz czy śnieg - na wysokości ponad 2500 metrów plus porywisty wiatr i może się wszystkiego odechcieć. Na jutro, czyli dzień startu zapowiadają deszcz na 90%. Ma być burza i ulewa. Pochmurno, temperatura ok 21 stopni w Sembrancher. Deszcz na zawodach w Alpach kojarzy mi się z moim nieszczęsnym startem w UTMB sprzed kilku lat gdzie organizatorzy przerwali wyścig ze względu na trudne warunki pogodowe. Niewesołe miny mają pewnie także organizatorzy jutrzejszego TVSB. Od wczoraj ślą mi SMS-y. Najpierw dostałem taki:

"X-Alpine - weather/ Catogne Point: we are doing our best to keep the original way, well tell you at noon tomorrow if starting times delayed".

Start był przewidziany na 1 w nocy dla wolniejszych (planują spędzić na trasie ponad 28 h) i 4 rano dla szybszych (chcą zrobić wynik poniżej 28 godzin). Ja miałem startować rano o czwartej. Dziś dostałem drugiego SMS-a:

"Security for X-Alpine: not possible to do Catogne and Col de Breya. One depart only at  5am for everyone, also for relay.Details on trailvsb.com".

No i się stało, startujemy wszyscy razem godzinę później, Le Catogne odpada, ale co z najwyższym szczytem - Orny? Dowiem się za kilka godzin jak pojadę na odbiór pakietu startowego i sprawdzenie wyposażenia obowiązkowego. Szkoda mi trochę tego Catona bo nigdy na tej górce nie byłem, choć właśnie widzę ją z okna. Stroma jest. W jednej z wcześniejszych informacji podali, że zejście z Le Catogne to T3 w skali trudności szlaków od T1 do T6. Nie znam się na tej skali ale dla mnie znaczy to, że za szybko to się z tego Catona zbiegać by nie dało.  Trochę martwię się jaka będzie widoczność bo chmury są nisko, szczyty są ukryte we mgle. Boję się czy nie zgubię gdzieś szlaku. Jeśli skrócą trasę to trudno, nie dziwię się organizatorom, w sumie puszczają w wysokie góry 1420 osób razem ze sztafetą i krótszą trasą The Traverse. Boją się o ludzi, to normalne. Oby tylko nie wykręcili takiego numeru jak na UTMB i nie odwołali wyścigu.

Konkurencja. Konkurencja jest mocna. "HOKA comes strong" - głosił jeden z newsów na stronie organizatora. Rzeczywiście, przyjechał Ludo - Ludovic Pommeret - zwycięzca z 2011 roku. Ma też być Arnaud Lejeune (czyta się: Liżen) - gość który był kiedyś w pierwszej 10 UTMB. Obaj są z teamu HOKA. Mogę powiedzieć, że z nimi sympatyzuję, lubię buty HOKA. Mam takich jedną parę, za chwilę jadę kupić następną. Obaj ci wymiatacze mogą wygrać. Kto jeszcze pretenduje do pudła? Na przykład Jules Henry Gabbioud - Szwajcar, wygrał Tor des Geants w 2011 roku. Ma być też jakiś mocny Fin, Fritjof Fagerlund oraz znany tu powszechnie, co roku startujący Szwajcar Ryan Bauman z Salomona. Nie ma co, jest z kim się pościgać.

Sprzęt. Nie biorę żadnych wynalazków. Biegnę w butach Columbia Conspiracy. Trochę cięższe niż Bare-Grip 200 w których robiłem TVSB w zeszłym roku ale umożliwiają szybsze zbiegi. Dobrze się sprawdziły na Ultra Maratonie Bieszczadzkim i na ostatnim Rzeźniku. Powinny i tu dać radę. Kijów nie biorę bo nie umiem z nimi biegać. Do tego spodenki Columbia na 3/4, bluza na długi rękaw RMD, rękawiczki, plecak z kamizelką Kalenji, czołówka od Miśka Petzl Myo XP. Do plecaka wrzucę kurtkę wiatrówkę Columbia (jest wymagana kurtka przeciwdeszczowa) i koszulkę na krótki rękaw. Przepak jest jeden, w Bourg st. Pierre i zostawię tam tylko żywność (Kubutki, parę kanapek i batony Mule Bar, które dostałem do testów. Pierwsze próby tych batonów wypadły dobrze więc biorę je na wyścig).

Jaki cel tu mam, co chcę osiągnąć? Przede wszystkim pobiec całość, nie rozkwasić się gdzieś na skałach, nic nie połamać. Chcę oczywiście zająć jak najlepsze miejsce. Jakiejś przebiegłej taktyki nie zaplanowałem, chcę biec dosyć mocno i równo od początku. Muszę pilnować pulsometra i uważać, by się nie zajechać. Co z tego wyjdzie, zobaczymy. W tamtym roku zrobiłem trasę w 17:40. W tym trudno powiedzieć co będzie bo jeszcze nie wiem, jaka będzie dokładnie trasa. Na razie nie koncentruję się na wyniku. Koncentruję się na tym by to pobiec dobrze, w miarę szybko ale się nie zajechać, by nie wywinąć orła i nie pogubić trasy we mgle. Na myśleniu o miejscu i czasie będzie czas na mecie.

To tyle. Czyli wiecie co macie robić? - jutro od rana trzymać kciuki. Jakieś wyniki, może relacja LIVE będzie na stronie zawodów, www.trailvsb.com.

PS. Właśnie odczytałem najnowszą wiadomość na stronie FB zawodów: 

"X-Alpine, one start only at 5:00 am; "Le Catogne" will unfortunately not be for this year but the course remains very alpine passing by Orny (2'826m) and keeping an Ultra distance, i.e. 105 km".

środa, 27 listopada 2013

Ultra po szwajcarsku


Spóźniony

Dzwoni budzik. Zaspanym wzrokiem spoglądam na zegarek. Jest 6 lipca, 4:30 rano. Jasna cholera! Za pół godziny rusza wyścig a ja jestem jeszcze w łóżku, kilkanaście kilometrów od linii startu. Źle ustawiłem zegarek. Zrywam się na równe nogi, pakuję prawie w biegu. Szczęście, że większość potrzebnych rzeczy przyszykowałem poprzedniego dnia. Życzliwy Szwajcar Gabriel, u którego goszczę podwozi mnie do Verbier. Droga wije się serpentynami pod górę na wysokość 1500 metrów n.p.m. Nadal panuje mrok, choć zza szczytów wyzierają już skrawki nadchodzącego dnia. W samochodzie dojadam spóźnione śniadanie co chwila nerwowo zerkając na zegarek. Docieramy do celu 10 minut po starcie. Zgodnie z moimi przewidywaniami poślizgu nie było, wszyscy już ruszyli, przy bramie startowej kręci się ledwie kilka osób. Żegnam się w pośpiechu z Gabrielem, lecę do organizatorów informując, że jestem spóźniony, ktoś skanuje mi chipa. Przekraczam bramę i ruszam na trasę ultradystansowego biegu górskiego Trail Verbier St. Bernard w wersji „the Boucle” (pętla). Jego dystans wynosi 110 km i jest to najdłuższy bieg górski, którego trasa poprowadzona jest w całości po terytorium Szwajcarii. Suma podejść sięga 7000 metrów, wysokość waha się od 700 do 2700 metrów n.p.m. Limit czasu na pokonanie trasy: 31 godzin. W tym roku podobnie jak w latach poprzednich startuje około 300 osób, głównie Szwajcarów i Francuzów. Tradycyjnie około 40% z nich nie dotrze do mety.

Początek

Trasa pierwszych dwóch kilometrów prowadzących po Verbier jest słabo oznaczona. Szczęśliwie pamiętam ją, bo startowałem tu już 2 lata temu. Ukończyłem wtedy wyścig na 42 pozycji z wynikiem 20 godzin i 19 minut. Dziś chciałbym ten wynik poprawić, ale - kurka wodna - jak będę miał resztę wyścigu taką jak początek to nic z tego poprawiania nie wyjdzie. Na razie biegnę na pamięć, do ronda, w lewo i w dół opustoszałą ulicą. Po kilkuset metrach dogania mnie samochód. To organizator. Zaprasza mnie do środka i podwozi jakieś kilometr dalej. Zatrzymujemy się, w oddali widzę już korowód światełek pnących się w półmroku pod górę. Wysiadam tuż za idącym na końcu człowiekiem zbierającym do plecaka chorągiewki znaczące trasę. Zaczyna się wyścig, teraz już naprawdę. Humor mam dobry, choć trochę mnie wkurza ten wąż ludzi, który trzeba mozolnie wyprzedzać. Z drugiej jednak strony może to i dobrze, bo dzięki temu nie przycisnę za mocno na początku i się nie zagotuję. Podchodzimy na Pierre Avoi (2400 m. n.p.m.), szczyt położony niedaleko Verbier. Pniemy się drogą wśród pastwisk, następnie trawersujemy stromy stok wśród lasu, potem znowu wychodzimy na otwartą przestrzeń, gdzie ścieżka prowadzi wśród skał i traw. Tu już do wyprzedzania się nie palę, bo po pierwsze obok zdarzają się przepaście, w które nie chciałbym spaść a po drugie trawa obok szlaku jest całkowicie mokra. Na ściganie, wymijanie będzie jeszcze dużo, dużo czasu i okazji. Pierwszy pagórek - a jakże - wchodzi łatwo. Na zbiegu zapijając polskiego „Kubusia” wypinam pierś i szczerzę zęby do aparatu. Jest fajnie. Teraz bardzo długi dwudziestokilometrowy zbieg do Sembrancher – z 2400 na 720 metrów n.p.m. Buty ubrałem ryzykowne, minimalistyczne, bez żadnej amortyzacji. Trochę „kłapią” o ziemię, gdy szybko zbiegam szutrową drogą, ale ogólnie dają radę. Wschodzi piękne słońce. Ależ się cieszę, że tu jestem, czego mi trzeba więcej? Robi się jeszcze przyjemniej, gdy po wyskoczeniu w bok, do leśnej toalety zostawiam tam kilogram „towaru”. No, teraz to już w ogóle mogę śmigać! Sznur zawodników znacznie się w międzyczasie rozciągnął. Niewielki i łagodny podbieg, który przerywa na moment długi zbieg pokonuję marszobiegiem zmieniając przy okazji ubranie na lżejsze. Będąc w dobrym humorze zagaduję innych zawodników. Obok mnie biegnie sympatyczny Anglik, który w tamtym roku wykręcił tu 20 godzin 47 minut. W którymś momencie bliskość innych zawodników ratuje mi skórę, bo biegnąc za jakimś biegaczem tak jak on mylę trasę. Na szczęście inni zauważają to i nas wołają. Dziękujemy sobie i lecimy dalej, nad rzekę, do Sembrancher. Pierwsze 27 kilometrów mamy za sobą. To już koniec przyjemnej fazy biegowej wycieczki; zaczyna się stopniowo narastające uczucie dyskomfortu.

W drodze na przełęcz

Jeszcze przed Sembrancher słońce zaczyna coraz mocniej przygrzewać. Czapkę z daszkiem moczę gdzie się da, a to w korytach, a to w źródełkach, a to w studzienkach. Na punkcie tracę minimum czasu: minuta – dwie i w drogę. Trasa zaczyna piąć się stromo pod górę w kierunku Champex (1473 m. n.p.m.). Zaczyna być ciężkawo. Podchodzę raźno, choć z zaciągniętym hamulcem – zarzynać się na tym etapie wyścigu byłoby czystą głupotą. Co jakiś czas mijam się z jakimś starszym biegaczem. Szybko zasuwa, mocny jest, pewnie jakiś stary górski wyga. Z Champex jest najpierw krótki zbieg a następnie łagodne podejście do La Fouly. Na punkcie ładuję płyny do pełna; pamiętam jak poprzednim razem skończyła mi się na tym odcinku woda tak, że w desperacji zapijałem „kałużankę”. Nie chcę ponownie tego doświadczać i tym razem błędu nie popełniam. W dobrej formie, choć już lekko podmęczony i podsuszony przez słońce dobiegam do La Fouly. To 50 kilometr trasy. Niby blisko połowa, ale dla mnie połowa jest na 60 kilometrze, na przełęczy Świętego Bernarda. Druga część trasy jest według mnie bardziej wymagająca stąd i półmetek przesuwam 10 kilometrów wyżej. Na punkcie odżywczym znowu staram się stracić jak najmniej czasu. Śpieszę się wyjść w górę w kierunku Col Fenetre (2698 m. n.p.m.). Wiem, że lekko nie będzie, ale im wyżej tym przynajmniej chłodniej. Podejście początkowo jest łagodne, z czasem staje się bardziej wymagające. Na tym etapie nie wiem czy z powodu braku sił, czy z powodu wysokości po raz pierwszy przystaję dla złapania oddechu. Czapkę regularnie zwilżam w strumieniach, przemywam rozgrzane ciało śniegiem, którego czapy zalegają jeszcze gdzieniegdzie przy szlaku. Początkowo nie ma go dużo, lecz z czasem im bliżej szczytu tym leży go więcej i więcej. W końcu wchodzimy na śnieżne pole. Jest początek lipca a my, zdyszani, zasapani brniemy mozolnie w spodenkach po śniegu w kierunku dużej przełęczy Świętego Bernarda położonej na granicy Szwajcarii i Włoch. Tu już regularnie i często urozmaicam marsz przystankami. Śniegu jest dużo, więcej niż zazwyczaj. Górskie jeziorka jeszcze nie rozmarzły, ich szmaragdowe tafle ledwie wystają spod śnieżnej pokrywy. O bieganiu w takich warunkach nie może być mowy. W końcu jest: namiot miejscowych ratowników górskich, potem trasa prowadzi w dół. Normalnie bym nią zbiegł, ale teraz cała jest pokryta grubą warstwą śniegu i stroma. Ma wyżłobione koryto prowadzące w dół niczym tor bobslejowy. Ani chybi – ktoś przede mną zjeżdżał tu na zadku i w tenże sposób wyżłobił ową rynnę. Siadam w nią i ja. Jadę. Ale super jest! Rewelacja! Mknę w dół zbocza konsumując nagrodę za niedawne wyczerpujące podejście. Oczy mam przy tym duże, bo z maksymalną uwagą śledzę wnętrze toru, po którym zjeżdżam. Przy całej tej beztroskiej radości pomimo wszystko trochę się boję, że trafię na wystający spod śniegu kamień, który z impetem wbije mi się pomiędzy pośladki. Bardzo bym nie chciał poczuć, jak to boli. Czarny scenariusz się nie sprawdza i zjazd kończę w stanie nienaruszonym. Dobiegam do przełęczy gdzie na punkcie odżywczym uzupełniam zapasy i ruszam w dalszą drogę.

Zdążyć przed zmierzchem

Od tego momentu po raz pierwszy zaczynam zwracać uwagę na to, kto za mną a kto przede mną. Jeszcze na punkcie zauważam zawodnika, który widząc mnie szybko się oddalił. Usiłuję go dogonić. Dosyć szybko biegnie po tych skałach, nie jest wcale łatwo. Dopiero, gdy pojawia się kolejne śnieżne pole on ostrożnie schodzi ja zaś tak jak poprzednio zjeżdżam na zadku po „bobslejowym” torze. Tym to łatwym sposobem w krótkim czasie przeskakuję 100 metrów przed konkurenta. Na następnych kilometrach mijam dosyć często innych zawodników, lecz nie są to zwykle ludzie z mojej trasy, ale z „the Traverse” – krótszej o połowę wersji biegu, która wystartowała z La Fouly. Mają numery startowe w innym kolorze stąd już na pierwszy rzut oka mogę rozpoznać, czy mijany zawodnik jest dla mnie konkurencją, czy nie.

Po zejściu z drugiej najwyższej góry, Col des Chevaux (2714 m. n.p.m.) zaczyna się długi, kilkunastokilometrowy zbieg do doliny. Szlak prowadzi wzdłuż strumienia wśród skał i traw, następnie obok sztucznego zbiornika ze szmaragdową wodą i dalej do miejscowości Bourg St Pierre (1632 m. n.p.m.). Jest już po południu, ale w dolinie nadal jest dosyć gorąco. Truchtam umiarkowanie zmęczony mając świadomość, że przede mną jeszcze dwie góry. Ta ostatnia jest szczególnie ważna, bo stroma i poprzednim razem podchodziłem ją bardzo wolno tracąc dużo czasu. Tym razem chcę zachować wystarczającą ilość sił by pokonać ją możliwie sprawnie. Tymczasem zbliża się Bourg St Pierre – duży przepak i miejsce, gdzie można zjeść porządny obiad. Zostawiłem tu lepiej amortyzowane buty, ale stopy mam w dobrym stanie, więc postanawiam biec dalej w tych, które mam na nogach. Na obiad się nie rozsiadam, będzie na to czas na mecie. Teraz tylko płyny do butelek, trochę jedzenia i w drogę. Było w dół to teraz - jak to w górach - musi być pod górę. Zaczyna się podejście na Cbne Mille (2480 m. n.p.m.), wierzchołek położony na 88 kilometrze trasy. Nazywam je „niekończącym się podejściem”, bo choć nie jest strome to dłuży się niemiłosiernie. Górska droga wije się łagodnie pod górę; wydaje się, że już się jest wysoko, już ponad strefą lasu, już tuż, tuż powinien być namiot sędziów a tymczasem za każdym zakrętem jest kolejny, za nim następny i następny. Po drodze robię regularne przystanki dla złapania oddechu, znowu poruszamy się częściowo po śnieżnych czapach. Szczęście, że woda spływa z nich obficie, można w niej umoczyć czapkę i ulżyć sobie w cierpieniu. Dobiegam w końcu do punktu kontrolnego: teraz długi zbieg to Lourtier 1400 metrów w dół, na wysokość 1074 m. n.p.m. Słabo to zbiegam, czasem przechodzę w marsz. Jest z górki, lecz jakoś nie mam tu sił. W końcu jest: Loutrier – ostatnia wioska przed Verbier. Zostało 10 kilometrów do mety. Słońce właśnie zaczyna zachodzić, łudzę się, że może jeszcze choć podejście zrobię bez latarki. Na punkcie spędzam chwilę: łyk napoju, jakieś ciastka i w górę. 

Nie warto oszczędzać na sprzęcie

Z Lourtier na La Chaux to decydujące, najgorsze, najbardziej strome podejście – wznoszące się na dystansie 5 km z 1074 na 2200 m. n.p.m. Znam je dobrze z poprzedniego startu, dało mi się wtedy ostro we znaki. Teraz też wiem, że będzie ciężko. Już na jego początku łyka mnie konkurent: ostro zasuwa z kijkami pod górę, nie robi żadnych przerw. Nie mam z nim szans, nawet nie podejmuję walki. Na dalszych metrach idę mozolnie stromymi trawersami po leśnym zboczu. Razem ze mną ciężko dysząc podchodzi korowód innych zawodników. Na szczęście to ludzie z „the Traverse”. Ktoś patrzy na mój numer w innym kolorze zadziera kciuk do góry i mówi, że będzie „good position”. No nie wiem, słońce zaczyna zachodzić a jeszcze sporo do mety. Nie mam głowy przeliczać, jak długo już jestem na trasie. Po prostu napieram pod górę, byle bliżej Verbier. To już tylko kilka kilometrów. Nie jest lekko, bo znowu robię regularne przystanki dla złapania oddechu. Tym razem wchodzę jednak znacznie sprawniej niż przed dwoma laty. Nie wyprzedza mnie nikt z mojej trasy co ma teraz dla mnie zasadnicze znaczenie. Po dłuższym czasie kończy się strefa lasu. Teraz wiem, że jeszcze chwila po łąkach, kawałek wzdłuż zbocza i będzie punkt. Ostatni punkt przed metą. Zanim do niego dotrę, na końcu podejścia widzę sielski obrazek: zachodzące słońce, piękne góry, na łąkach pasie się bydło a obok ścieżki siedzi jakiś uczestnik „the Traverse” i wymiotuje. Urocze, esencja ultra. 

La Chaux osiągam, gdy słońce skryło się za horyzontem. To 104 kilometr trasy, ostatnie 6 i koniec mordęgi. Już tylko zbieg do Verbier. Łykam kubeczek coli na pobudzenie i w optymistycznym nastroju rwę się do mety. Bez latarki się jednak nie obejdzie. Wyciągam tę, którą niosłem w plecaku przez cały dystans. Nie działa. Cholera. To bazarowa, zwykła latarka, ale lekka. Zawsze działała, teraz w tak ważnym momencie zawiodła. Przystaję, coś tam przy niej grzebię. Może baterie nie tak włożyłem? Przekładam je zgrabiałymi palcami a minuty lecą. Mijają mnie jacyś ludzie, chyba z „the Traverse”. Nic, nic to nie daje. Klnę pod nosem na czym świat stoi i wyciągam małą elitkę Petzla. Mała, lekka, ale i świeci słabo. Z głowy słabo oświetla ziemię, więc trzymam ją w ręku. Truchtam z nią wzdłuż zbocza, robi się już zupełnie ciemno. Postanawiam przykleić się do kogoś z porządną czołówką, kto zasuwa w miarę szybko. Tak też robię, biegnę razem z grupą jakichś chłopaków. Trochę po drodze rozmawiamy, śmieją się, że żeruję na ich latarce i wspominają coś o piwie na mecie. Biegniemy stromym zejściem wśród lasu. Pełno tam korzeni i jest dosyć niebezpiecznie. W którymś momencie mija nas kolejny zawodnik z kijkami. Czuję, że jest z mojej trasy, ale jakoś nie mam sił i chęci do walki. Nie utrzymam się za nim bazując na jego latarce, nie dam rady. Poza tym to niebezpieczne, trochę karkołomne. Zbiegam dalej z poprzednią grupą. Dopiero w momencie, gdy teren się wypłaszcza, droga staje się szersza i dochodzi nas kolejny zawodnik zabieram się razem z nim. O nie, koniec tego dobrego – tego już przed sobą nie puszczę. Biegniemy razem. Z pomiędzy drzew wystają już światła Verbier. Już tuż tuż. Wybiegamy na asfaltową drogę, teraz tylko rura, do centrum miejscowości. Wyprzedzam chłopaka, z którym biegłem i raźnym tempem wbiegam w światło mety. Czas 17 godzin, 40 minut i 38 sekund. Miejsce 12 na około 300 startujących, 6 w swojej kategorii. Oglądam się za siebie, chłopak, którego przed chwilą wyprzedziłem jest jednak nie z mojej trasy. Minutę później spotykam tego, którego puściłem wcześniej. Motyla noga: ten jednak był z mojej. Przybiegł 3 minuty wcześniej. Ach, gdybym zabrał porządną latarkę.

Lepiej już nie będzie

Bieg wygrał Antoine Guillon: chudy i żylasty Francuz z teamu Lafumy. Wspominał o nim Scott Jurek w książce „Jedz i biegaj”. Wykręcił czas 14:45:07, dołożył mi niecałe 3 godziny. Kilka minut po zwycięzcy przybiegł inny Francuz, Franck Vulliez a prawie godzinę później (15:34:12) ex aequo dwóch Szwajcarów: Yan Balduchelli oraz Ryan Baumann – ten ostatni to bardzo lubiany zawodnik z miejscowego teamu Salomona. W sumie wyprzedziło mnie 4 Francuzów, 6 Szwajcarów i Austriak. Nie byłem jedynym Polakiem, który ten bieg ukończył. Całość „the Boucle” zrobił też Krzysiek Małkowski. Z czasem 24:44:01 zajął 102 miejsce na około 300 zawodników. Nieźle jak na debiut i na tak trudnej trasie. 

Było dobrze. Oprócz wtopy ze spóźnieniem i wtopy z latarką wszystko inne się udało. Poprawiłem wynik sprzed 2 lat o 2 godziny i 39 minut. To będzie prawdopodobnie mój najlepszy start w tym sezonie. Będzie też najlepszym wynikiem w Trail Verbier St. Bernard jaki kiedykolwiek osiągnąłem bo nigdy już tej trasy tak szybko nie pobiegnę. Dlaczego? Ano dlatego, że organizator postanowił co nieco uatrakcyjnić imprezę. Na przyszły rok zapowiedział zmianę nazwy na „X-Alpine” i modyfikację trasy. Teraz będzie ona o kilometr dłuższa (111 km) i mająca 1600 metrów podejść więcej (8600 m). Zamiast łagodnego podejścia z Sembrancher do La Fouly trzeba będzie po drodze zaliczyć La Catogne (2598 m. n.p.m.), potem winda w dół do Champex i znowu w górę na najwyższy szczyt trasy: Orny (2826 m. n.p.m.). Będzie się działo.

Użyty sprzęt:

Buty INOV-8 Bare-Grip 200
Buty Columbia Conspiracy (zostawione na przepaku)
Skarpety sportowe Motive
Bokserki Craft Zero Extreme Boxer
Legginsy ¾ Columbia Speed Trek Capri
Koszulka Columbia Freeze Degree Short Sleeve Crew
Bluza oddychająca z długim rękawem RMD Rockommended (użyta tylko na początku)
Wiatrówka męska Columbia Trail Drier (cały czas w plecaku)
Czapka z daszkiem Go Sport
Rękawiczki treningowe Nike (bez palców)
Plecak biegowy Kalenji (bez bukłaka)
Zegarek Timex Ironman Sleek 150-Lap
Czołówka  KingCamp (ta się zepsuła)
Czołówka zapasowa Petzl E+Lite

Serdecznie dziękuję firmie Columbia za wsparcie sprzętowe oraz mieszkającym w okolicy Verbier Gabrielowi i Dance za wspaniałą szkołę gościnności i wszelką pomoc.

[link] do strony zawodów wraz z galerią
[link] do krótkiego filmu ze zjazdu po torze "bobslejowym"
[link] do mojej relacji z 2011 roku

środa, 3 lipca 2013

Trail Verbier Saint-Bernard – drugie podejście


Wyjeżdżam dziś na kilka dni do Szwajcarii. W najbliższy weekend startuję w górskim biegu ultra – Trail Verbier Saint-Bernard. 110 km z 7000 m podejść w maksymalnie 31 godzin. Górki dochodzące do 2700 m. n.p.m, częściowo pokryte śniegiem. Już raz biegłem w tym biegu, dwa lata temu. Wykręciłem wtedy czas 20:19 i zająłem 42 miejsce na około 300 zawodników (40% nie ukończyło). Strasznie wtedy spuchłem na ostatniej górce i wyprzedził mnie tabun ludzi. Dziś jadę spróbować ponownie i mam nadzieję nie popełniać starych błędów.

"Uzbrojenie" na TVSB 2013
Jaki czas chcę wykręcić, jakie miejsce zająć? Nie myślę o tym i nie chcę tego precyzować. Nie mam opracowanych żadnych planów, że np. muszę być o tej i o tej godzinie w La Fouly by skończyć z takim a takim czasem. W długich biegach terenowych nigdy takich rzeczy nie zakładam, bo biegam na samopoczucie. Będzie dobrze to będę grzał; poczuję, że się zarzynam to zwolnię. Poza tym to długie ultra, różne rzeczy mogą się zdarzyć. Wiadomo, że chcę przede wszystkim ukończyć, najlepiej z czasem lepszym niż przed dwoma laty. Miejsce chcę mieć oczywiście jak najlepsze, ale nie wiem, z kim przyjdzie mi się ścigać. Uczestników nie będzie pewnie aż tak wielu (kilkuset), ale elita na pewno dotrze. Z lepszych na liście są: Franck Bussieres (zwycięzca TDS 2011), Antoine Guillon (pierwszy na Grand Raid 2012), Jerome Challier (gość z teamu Lafuma, zdaje się trzeci Francuz na UTMB 2008) i Denise Zimmermann (notorycznie wygrywa w Verbier kobiecą rywalizację). Pogoda ma być według organizatorów „letnia”, „pobłażliwa”. Nie wiem do końca jak to interpretować, bo to może być lampa z nieba, która usmaży mnie na kamieniach w dolinie niczym jajka sadzone na masce rozgrzanego Jeepa. Na zdjęciu sprzęt, który zabieram. Polecę najprawdopodobniej w butach INOV-8 Bare-Grip 200 bo to najlżejsze buty w dobrym stanie, jakie mam (290 g w moim rozmiarze). Mają zero amortyzacji, dlatego trochę się boję jak wytrzymają moje stawy na 20-kilometrowych zbiegach. Jak będzie źle to na przepak w połowie zostawię nieco cięższe ale wygodne i amortyzowane buty Columbia Conspiracy (340 g w moim rozmiarze). Reszta sprzętu to standard, żadnych wynalazków. Może oprócz jednego: wezmę czapkę z daszkiem. Poprzednim razem tak mnie słońce przysmaliło w przerzedzoną czuprynę, że przez następny tydzień wydłubywałem strupy spomiędzy włosów. Nie chcę tego przerabiać ponownie.

Włączyłem przed wyjazdem taką aplikację, że jak będę mijał punkty kontrolne to na Facebooka (prywatnego, nie szkolnego) będzie wysyłana informacja jak mi idzie, który jestem itp. Nie wiem do końca jak to działa, mam nadzieję, że nie będą to jakieś upierdliwe, prywatne wiadomości do każdego znajomego tylko, że będzie zwykła informacja na wall’u. Jak ktoś chce pokibicować to zapraszam. Start w sobotę o 5 rano. Pewnie też na stronie imprezy jest jakaś możliwość śledzenia wyników na żywo, nie sprawdzałem.

Jeszcze link do mojej relacji z przed dwóch lat [link] i link do strony imprezy [link]

No, to trzymajcie kciuki. Jak wszystko pójdzie zgodnie z planem to wracam w połowie przyszłego tygodnia. Opiszę, jak było.

niedziela, 31 lipca 2011

Alpejska wyrypa, pierwszy skyrunning


Napisałem niedawno relację z Trail Verbier - St. Bernard W Szwajcarii. Biegu ultradystansowego na dystansie 110 km z 7000 metrów podejść (Rzeźnik ma 3200 metrów podejść, Bieg Siedmiu Dolin 4400). Pojechaliśmy tam po przygodę, po wyniki i testować sprzęt biegowy firmy Columbia. Było ciężko ale ukończyłem. Na 300 startujących ukończyło 163. Przybiegłem jako 42, czas 20 godzin 19 minut. Zwycięzca, niesamowity Francuz Ludovic Pommeret zrobił trasę w 14 godzin. Generalnie świetny bieg, świetna pogoda, piękne widoki (biegliśmy nawet po śniegu na wysokości 2700 metrów n.p.m.!). Po więcej szczegółów zapraszam do relacji, została opublikowana na portalu maratonypolskie.pl

Poniżej oficjalny film organizatora z tegorocznej edycji TVSB.


środa, 29 czerwca 2011

Ja nie mogę, spalą nas...


Jadę z trzema kolegami na TVSB testować sprzęt do trailowego biegania firmy Columbia. TVSB to taki ultradystansowy bieg górski za granicą. Nie wiem zupełnie co z tego wyniknie i czy to ukończę bo podobnych przewyższeń jeszcze nigdy nie robiłem (+ 7000 m). Ponadto dawno nie biegłem ultra i nie wiem w jakiej jestem formie. Wiem, że powinienem pobiec asekuracyjnie ale pewnie mnie poniesie ścigacki zew. W każdym razie będzie ciężko. Oby pogoda nie nawaliła jak na UTMB. Trzymajcie kciuki. Relacja po powrocie.