Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 grudnia 2022

Herbertów trzech - 2/3

Matthew Herbert

"Kaktus" nr. 7/8 2001

Jeszcze 20 lat temu, w czasach bardziej bujnego życia studenckiego słowo „Herbert” łączyłbym pewnie w pierwszej kolejności nie ze Zbigniewem, a z Matthew Herbertem. To brytyjski muzyk kojarzony głównie z muzyka elektroniczną. Facet ma już 50 lat i niewiele mniej lat muzycznego doświadczenia - podobno tworzył już muzykę jako kilkuletni chłopiec. Najpierw grywał na instrumentach klasycznych: skrzypce, fortepian, klawisze. Gra w orkiestrze. Potem przyszedł czas na łączenie tego wszystkiego z nowomodną elektroniką. Zasłynął w latach 90-tych, w złotych czasach muzyki house – techno wydając płyty „Around the House” (1998) i „Bodily Functions” (2001). Łączył w nich delikatny, micro-house z elementami jazzowymi. Klimatu płytom nadawała swoim wokalem amerykańska śpiewaczka jazzowa włoskiego pochodzenia, potem nawet czasowo jego żona – Dani Siciliano. Herbert bardzo chętnie bawił się w remiksy  i stąd powstała płyta „Secondhouse Sounds: Herbert Remixes” (2002).

W kolejnych latach muzyk dalej eksperymentował, próbował nowych rzeczy. A to kawałki bardziej jazzowe a mniej elektroniczne, a to DJ set, a to eksperymentalna płyta złożona z dźwięków wydanych przez… świnię: od narodzin po śmierć w rzeźni. Tej ostatniej płyty nie słuchałem i słuchać nie chcę. Oczywiście wszystkie dźwięki Herbert komputerowo szatkuje, przetwarza, zapętla. Nagrywa dyktafonem, robi sample, następnie skleja bity. Koleżanka ze studiów opowiadała mi kiedyś, że trafiła w Anglii do pubu, gdzie siedział sobie Herbert i tworzył muzykę za żywo, lepioną na bieżąco z dźwięków wydawanych przez... gości lokalu. Mogła mnie oczywiście wkręcać, ale znając Herberta myślę, że to bardzo prawdopodobne. 

W ostatnim roku Matthew Herbert poszedł w tworzenie muzyki filmowej nagrywając ścieżkę dźwiękową do policyjnego thrillera BBC „The Responder” (u nas znany jako „Policjant”). Wyszedł dosyć klimatyczny ambient, niezbyt jednak porywający. Najnowszy projekt to kolaboracja z murzyńską wokalistką Barbarą Panther. Jej rodzice uciekli z Rwandy gdy miała ledwie 3 lata, znaleźli schronienie w Europie. Teraz, już jako osoba dorosła nie chce wracać do Rwandy lecz żyje w Berlinie, robi muzykę i narzeka na otaczającą ją zewsząd „białą supremację”. Płyta nagrana z Herbertem nosi nazwę „Muramuke”. Widoczne w tekstach zaangażowanie w prawdziwe bądź urojone problemy świata nie zaskakuje, gdyż Herbert kojarzony jest światopoglądowo ze środowiskiem ludzi o sercu po lewej stronie. To lamentuje nad faszyzmem na Facebooku, to wzdycha jak koleżanka - coś o białej supremacji, o wzrastającej przemocy politycznej, itd. W związku z tym jest mile widzianym gościem w zachodnich mediach lewicowych takich jak BBC i The Guardian.

Pomijając przekaz ideologiczny, z którym pewnie bym się nie utożsamiał, doceniam muzyczny kunszt Matthew Herberta. Choć już z fascynacji muzyką elektroniczną wyrosłem; dawno przestałem śledzić nowości na rynku muzycznym, recenzje, zapowiedzi; do płyt Herberta lubię wracać. Zdarza mi się posłuchać zwłaszcza tych starszych płyt, które znam najlepiej. Micro-house plus jazz; piękny zmysłowy wokal Dani Siciliano – to w moim odczuciu ciągle brzmi dobrze i świeżo. Z remiksów świetnie wypada przebój Louiego Austen’a w stylu retro – „Hoping”, potem bardziej nowocześniejsze „Highlife” Mono, „Ezio” Motorbass i bardzo znany „Sing it Back” Moloko. Polecam.



niedziela, 18 grudnia 2022

Herbertów trzech - 1/3

 Zbigniew Herbert


„Poeci”

Dziś, im częściej we współczesnej muzyce trafiam na wulgarną i prymitywną warstwę tekstową, tym bardziej doceniam muzykę wykorzystującą teksty poetyckie. Niewiele tego jest, ale perełki się zdarzają. Przykładem  bardzo udanej kolaboracji poezji z muzyką – i to jeszcze hip-hopem, za którym nigdy nie przepadałem – jest płyta „Poeci” wydana przez White House Records. „Poeci do publiczności” Asnyka, „Świat zepsuty” Krasickiego, „Niech nikt nad grobem mi nie płacze” Wyspiańskiego czy znana wszystkim „Reduta Ordona” Mickiewicza brzmią naprawdę dobrze. Byłem bardzo mile zaskoczony, że coś takiego wyszło z hip-hopowego środowiska. 


Dawid Hallmann

Innym ciekawym zjawiskiem na muzycznej scenie jest twórczość Dawida Hallmanna. To neo-folkowy muzyk rodem ze Śląska, zafascynowany twórczością poety Zbigniewa Herberta, entuzjasta przedrozbiorowej Rzeczypospolitej wielu narodów i alternatywnych mediów. W herbertowskim duchu prowadzi swoje niekomercyjne miejsce spotkań, „herberciarnię” – „Królestwo Bez Kresu”(KBK). Lokal to z ciekawą historią, bardzo do Dawida pasujący: przed wojną mieściło się w nim przytulisko dla ostatnich żyjących weteranów powstania styczniowego. Muzyk bawi się we wszelakie patriotyczne aktywności kulturalne takie jak historyczne gry planszowe, czy inicjatywy edukacyjne. Można zauważyć, że Dawid jest ceniony przez ludzi o sercu po prawej stronie, gdyż jego twórczość ma wyraźny sznyt antykomunistyczny, wolnościowy i chrześcijański. Człowiek wielu sztuk, ale też mocno w tym wszystkim offowy. Kiedyś, wracając ze Skoczowa – nieliczni wtajemniczeni wiedzą, że jest to polskie zagłębie kapelusznictwa – postanowiłem wstąpić do Krakowa na pokaz mody z XVI wieku na wawelskim dziedzińcu współorganizowany przez „Nomina Rosae” i przy okazji odwiedzić Dawida w KBK na Biskupiej. Zdziwiłem się, jak ciężko było znaleźć to miejsce. Żadnego szyldu, nic. Gdybym nie wiedział, że to Biskupia 18, Kraków, to bym nie trafił. Już punkowy „Pilon” w Toruniu był bardziej widoczny.

U wejścia do KBK na ulicy Biskupiej


Muzyczna twórczość Dawida to oryginalny miks tekstów poetyckich lub wypowiedzi postaci historycznych z archiwów radiowych, piosenek historycznych – poszatkowany, przetworzony, zabrudzony szumem, zapętlony. Wszystko to okraszone muzyką elektroniczną; może czasami prostą i jednorodną, ale w sumie pasującą do klimatu. Bywa, że Dawid włącza w to jeszcze utwór Chopina, przebój rosyjskiego barda Resrajewa („Russkaja daroga”) lub popularną melodię z filmu („Czarne chmury”). 

Z tej wielowarzywnej, remiksowej, muzycznej zupy wychodzi finalnie bardzo smaczne danie. Płyt ma już Dawid sporo. Patriotyczny „Bas w służbie Polsce” i ścieżka dźwiękowa do gry komputerowej „Sowiet City” mają charakter ostrzejszy: bardziej wojenny i antytotalitarny. Osobiście preferuję nostalgiczne i spokojniejsze płyty, takie jak „Ciepły oddech”,  „Nostalgia” ze znakomitą przeróbką polsko – żydowskiej „Rebeki” i herbertowskim „Powrotem” czy wcześniejsze utwory, nie będące częścią większej całości takie jak sławiące polsko-litewską przyjaźń „Herby (rmx)” czy romantyczny „I będzie”.

Podtytuł tej części wpisu nie jest przypadkowy, gdyż w mojej ocenie właśnie tam, gdzie Dawid wykorzystuje Herberta wychodzą najlepsze rzeczy. Przykładem jest świetny, nostalgiczny a spokojny „Epilog”, gdzie mamy nocturnowe piano plus herbertową recytację; wszystko z nutką elektronicznych brudów, aby nie było za słodko. Inne świetne utwory to „Królestwo” – tekstowo oparte o poezję Zbigniewa Herberta i „Powrót” – Herbert plus rosyjski folk z akordeonem w roli głównej.

Uroku muzyce dodaje oprawa graficzna: gustowne, zapadające w pamięć okładki płyt czy amatorskie teledyski, które chodź robione chałupniczo, wyglądają o niebo bardziej klimatycznie niż to, co można zobaczyć w mediach głównego nurtu (wspomnę jeszcze raz świetne „Królestwo”). Wisienką w torcie dla świadomego słuchacza będzie odkrywanie, skąd Dawid wziął teksty, skąd muzykę. 



Jedna z wcześniejszych płyt, to wspomniana już „Bas w służbie Polsce”. Obecnie, zgodnie z ideą przyjaźni narodów żyjących w ramach historycznej Rzeczypospolitej (nieprzypadkowo na teledysku ujrzymy herb trójdzielny z czasów powstania styczniowego zawierający w trzech polach: Orła Białego – symbol Korony, Pogoń – symbol Litwy i Michała Archanioła – symbol Rusi) Dawid Hallmann stworzył projekt „Bas w służbie Ukrainy”. Jak sama nazwa wskazuje są to utwory wspierające Ukraińców w walce obronnej przeciwko Rosjanom. Utwory i owszem, ciekawe, lecz dla mnie już zbyt mroczno-wojenne. Cóż: trudno by były inne, skoro toczy się wojna.


Na stronie internetowej hallmann.art.pl można pobrać bezpłatnie pliki mp3 z Jego muzyką, można też wesprzeć finansowo działalność „herberciarni” wpłacając darowiznę na numer konta Fundacji, co gorąco rekomenduję.

https://peakd.com/@krolestwo

https://hive.blog/@krolestwo

wtorek, 24 listopada 2009

Muzyka na jesień


Ach ta jesień. Za oknem zimno, mokro i ciemno. Wyjście na trening miast przyjemności stało się męczącym obowiązkiem. Nastroje bardziej dołujące, nieraz i bardziej nerwowe. Niczym z satyrycznej piosenki pt. „Jesienna deprecha”. Cóż lepiej poprawi humor i złagodzi obyczaje jak nie muzyka? Dawno o niej nie pisałem a przecież w zeszłym miesiącu (1 października) obchodziliśmy Światowy Dzień Muzyki. Spóźniony tekst poniżej dotyczyć będzie trzech niezbyt nowych, ale zupełnie niezłych płyt.

Harold Budd & Clive Wright – A Song For Lost Blossoms [Darla Records 2008]

Pierwsza propozycja to płyta nagrana kilka lat temu przez dwóch panów. Pierwszy, Harold Budd to starszy wiekiem Amerykanin rodem z Los Angeles, miłośnik jazzu, awangardy, ambientu. Pierwszą płytę wydał w 1978 roku i dziś ma na koncie pokaźną liczbę muzycznych projektów, nagrywanych zarówno solo jak i w kolaboracji z innymi artystami. Płyty jego, często minimalistyczne okraszone bywają poezją. Mniej znany Clive Wright to gitarzysta amerykańskiej pop - rockowej grupy Cock Robin. Popularna w latach osiemdziesiątych rozpadła się w następnej dekadzie.

Obaj panowie spotkali się i nagrali razem pierwszą płytę, którą nazwali „A Song For Lost Blossoms”. Wydała ją rok temu na krążku CD amerykańska Darla Records. Płyta zawiera 7 utworów o zróżnicowanej długości zarejestrowanych w latach 2004 – 2006 w kilku miejscach. Niektóre kawałki nagrywane były w studio, inne podczas występów na żywo. We wszystkich usłyszymy spokojne, minimalne kompozycje utkane z elektronicznych dźwięków klawiszy i brzdąkania gitary. Tak właśnie brzmi otwierający płytę „Pensie Aphrodite”. Jest wyjątkowo długi, trwa ponad pół godziny. Znacznie krótszy jest tytułowy „Song for Lost Blossoms”. Utwór ten wyróżnia się wokalem a właściwie poetycką, szeptaną recytacją w wykonaniu Anny LaCazio, koleżanki Wright’a z Cock Robin. To mój ulubiony kawałek, przypominający udaną płytę „Explode” AGF i Delay’a. Następne pięć utworów podobnych jest do pierwszego, lecz kilkakrotnie krótszych. To spokojne, minimalne i ciepłe ambientowe pejzaże. Jak zwykle w przypadku tego stylu muzycznego nie są to żadne hity do nucenia pod nosem. Dźwięki zawarte na płycie tworzą doskonałe tło na długie zimowe wieczory w pokoju z przygaszonym światłem. Tworzą klimat, lecz nie absorbują zanadto uwagi. Świetne do odsłuchu na przykład podczas pracy przy komputerze. Polecam.

Fragmentu każdego z utworów odsłuchać można na stronie wytwórni. Na portalu Youtube dostępny jest film z występu na żywo. Pozwoliłem sobie na wykorzystanie jednego z utworów (tytułowego) jako ścieżki dźwiękowej w prezentacji zdjęć… grzybów (tych jadalnych wielokrotnie i tych jadalnych tylko raz). Lubię je zbierać, lecz w tym roku zamiast grzybobrania mieliśmy w październiku śnieg. Zdjęcia z zeszłorocznych wypraw do lasu muszą wystarczyć. Film do obejrzenia poniżej. Jakość słaba, ale nie potrafię jeszcze umieścić prezentacji z dźwiękiem w Internecie do obejrzenia na pełnym ekranie.

Lykke Li – Youth Novels [LL Recordings 2008]

Ach te ciepłe kobiece wokale. Mam do nich słabość, przyznaję. Może, dlatego przyjemnie słucha mi się „Youth Novels”. Płytę tę nagrała młoda, wówczas dwudziestodwuletnia Szwedka Likke Li. Córka fotografa (matka) i muzyka (ojciec). Kilkakrotnie podróżowała z rodzicami do Indii i Nepalu. Nic dziwnego, że bombardowana od lat najmłodszych artystyczno – podróżniczymi impulsami zabrała się w końcu za własną twórczość. Potańczyła trochę zawodowo w szwedzkiej telewizji, później zajęła się muzyką. W 2007 roku nagrała kilka piosenek, które rozpowszechniała na portalu MySpace. Po sukcesie EP’ki „Little Bit” w lutym 2008 roku nagrała pierwszy pełny album pt. „Youth Novels”. Wydany został siłami własnej wytwórni „LL Recordings”.

Jaki styl czy gatunek – tego nie wiem. Recenzenci różnie szufladkują muzykę młodej Szwedki. A to, że Indie Rock, a to, że pop, że miękka elektronika. Jedni piszą, że coś jak Björk, i Stina Nordenstam inni, że jak Royksopp i Robyn (nie znam). Mniejsza o szufladki, mniej więcej wiadomo, czego się spodziewać. Lekka, popowa elektronika w skandynawskim stylu. Nie za bardzo tandetna, ale i nie przesadnie awangardowa. Mój ulubiony złoty środek.

Przejdźmy do płyty. Znajdziemy na niej 12 utworów. Zaczyna się od minimalnego „Melodies and Desires”. Żadnego bitu, rozbudowanej melodii. Na pierwszy plan wysuwa się spokojna recytacja Likke śpiewającej a właściwie mówiącej o miłości. Potem płyta się rozkręca. Znacznie żywszy, choć niezbyt dobry jest drugi utwór - „Dance, Dance, Dance”. Trzeci „I’m Good I’m Gone” jest dużo lepszy - bardziej melodyjny, bardziej piosenkowy. Jako ciekawostkę dodam, że wykorzystano go w grze FIFA 09. „Let it Fall”, choć traktuje o płaczu jest całkiem przyjemny. Po nim usłyszymy, słaby, świątecznie brzmiący „My Love”, następnie zaś główny przebój: wspomniany wcześniej „Little Bit”. Chwytliwa melodia, ciepły głos i poetycki tekst (jego autor to ponoć poeta, niejaki Serge Gainbourg) czynią z tego kawałka miłą dla ucha piosenkę. Po niej chwila odpoczynku, zwolnienie rytmu. „Hanging High” to kołysanka o raczej smutnym przekazie ( … I’m little lost [...] don’t know the reason why, but I’ll always choose the black in front of the white ..). Następny utwór to miniatura okraszona wyraźnym dęciakiem. Spokojna i uboga wokalnie, ale przyjemna. Podobna do kawałka otwierającego płytę. Następujący po niej „Complain Departament” jest bardziej zadziorny niż pozostałe utwory na płycie. Dalej mamy kojarzący się rockowo „Breaking it Up” oraz dla odmiany spokojny i ciepły „Time Flies”. Płytę zamyka niezbyt udany „Window Blues”.

Pierwszy pełny album szwedzkiej piosenkarki nie jest z pewnością jednolity. Ma momenty słabsze, ma i lepsze. Całość trzyma jednak przyzwoity poziom i powinien się spodobać miłośnikom spokojnych piosenek z dużym udziałem elektroniki. Kto lubi Royksopp, Telepopmusic czy Thievery Corporation nie powinien być zawiedziony.

Prosumer & Murat Tepelli – Serenity [Ostgut Töntrager 2008]

Znowu dwaj panowie, podobnie jak w pierwszym przypadku. Tym razem z Niemiec. Achim Brandenburg aka Prosumer to doświadczony DJ-ej grający w berlińskich klubach (Berghain Panorama Bar) tech – house’owe imprezki. Jego kolega to Murat Tepelli. Ponoć klasycznie wykształcony muzyk pracujący jako chirurg (!) niedaleko Kolonii [nawiasem mówiąc nie wiem czy dał bym się takiemu pokroić. Kto wie co on tam zażywa prowadząc nocne, imprezowe życie]. Obecnie na trasie koncertowej w Indiach. Obaj muzycy przed spotkaniem nie mieli opasłej dyskografii. Wydali po kilka EP’ek dla takich wytwórni jak Playhouse czy Cocoon. Spotkanie w jednym z berlińskich klubów zaowocowało współpracą i nagraniem wspólnej płyty pt. „Serenity”. Wydał ją w 2008 roku niewielki label należący do klubu Berghain.

Płyta składa się z siedemnastu zróżnicowanych utworów, których nie będę szczegółowo omawiał. Wszystkie kawałki obracają się wokół stylistyki house w najróżniejszych odmianach. Jest tech – house, jest acid - house, jest minimal – house, są kawałki bardziej wokalne, bardziej piosenkowe (śpiewa Murat i wokalistka Elif Biçer). Ponoć utwory nawiązują do narodzin stylu na przełomie lat 80 tych i 90 tych ubiegłego stulecia. Sporo tam ukłonów w stronę tradycji Chicago house i Detroit techno. Powtarzam to za innymi, bo o wspomnianych szkołach muzycznych mam dość blade pojęcie. Mniejsza z resztą o historię i wpływy. Liczą się dźwięki a te w większości przypadków są całkiem strawne. Już pierwszy na płycie, tytułowy „Serenity” jest bardzo dobry. To minimalna kołysanka z ras szeptanym, raz śpiewanym męskim wokalem. Spośród innych utworów na płycie warto zwrócić uwagę na taneczne „Craze” i „Makes Me Wanna Dance” oraz click’owy „Lov” z ładnym wokalem. Pozostałe są nieco mniej udane, często dużo spokojniejsze, ale niezłe. Fatalny, wręcz irytujący „Give and Take” jest niechlubnym wyjątkiem.

Debiutancka płyta duetu z Niemiec jest całkiem niezła. Trochę różnorodna, momentami melodyjna i taneczna. Oceniłbym ją na cztery w pięciostopniowej skali. Dobra rzecz dla tęskniących za złotymi czasami muzyki house.

piątek, 9 stycznia 2009

Muzyka


Tym razem trochę starszych płyt, z przed kilku lat. Takich, które przegapiłem i dopiero niedawno odkryłem bądź, które znam od dawna i chcę polecić. Z resztą to, czy płyta została wydana teraz czy pięć lat temu nie ma tak naprawdę znaczenia i nie jest wyznacznikiem jej jakości. Mam nawet wrażenie, że kilka, kilkanaście lat temu ukazywało się więcej ciekawych płyt, przynajmniej w elektronice. Dziś chyba jest gorzej, a może to ja się starzeję i nic mnie już nie kręci? Mniejsza o to, przejdźmy do recenzji.

Nouvelle Vague - Bande À Part (Peacefrog Records 2006)

Nouvelle Vague (nowa fala) to francuska grupa grająca covery. Muzykują od dobrych kilku lat i mam wrażenie, że wszyscy ich znają tylko nie ja. Kilka miesięcy temu dostałem linka do jednego z kawałków zespołu. Podchodziłem sceptycznie, ale muzyka okazała się całkiem przyjemna. Panowie i Panie, kto jeszcze nie zna mam przyjemność przedstawić: Nouvelle Vague!

Projekt tworzą dwaj producenci: Marc Collin i Olivier Libaux. Zależnie od sytuacji w skład grupy wchodzą dodatkowe osoby, przede wszystkim wokalistki o ciepłych, anielskich głosach: Marina Celeste, Mélanie Pain i Phoebe Killdeer. Rzeczą najważniejszą, wyróżniającą Francuzów na tle innych zespołów jest to, że grają przeróbki innych znanych i mniej znanych zespołów. Tylko. Ewentualne całkowicie własne projekty wydają pod innymi nazwami.

Grupa początkowo jedynie grała covery rockowych hiciorów przerabiając je w stylu bossa nova. Ludziom się to podobało, więc owe własne aranżacje popularnych piosenek wrzucili na płytę. W ten sposób w 2004 roku ukazała się pierwsza płyta zespołu. Jej tytuł brzmiał tak samo jak nazwa band’u: po prostu Nouvelle Vague. Znalazły się na niej covery takich zespołów jak The Cure, Joy Division, Dead Kennedys, Depeche Mode czy Tuxedmoon. Muzyka ikon nowej fali, punka, post rocka z lat 70tych i 80tych została zaaranżowana na modłę bossa nova. Ponoć wokalistki nie znały nawet pierwotnych wersji piosenek, które miały zaśpiewać. Reakcję na płytę nie były jednoznaczne. Część słuchaczy (zwłaszcza młodsi, nieznający oryginalnych wersji) wpadła w zachwyt. Inni - muzyczni puryści broniący jedynej słusznej wersji swoich kultowych kawałków oskarżyli Francuzów o „muzyczne obrazoburstwo” (jak to określił w wywiadzie sam Marc Collin).

W każdym razie popularność zespołu rosła, dwa lata później grupa wydała kolejną płytę: Bande À Part. Będzie o niej poniżej. W ciągu dwóch ostatnich lat ukazały się dalsze płyty zespołu, których jeszcze nie słyszałem. Na „Coming Home” znaleźć można ponoć jazzowe kawałki podszyte bossa nova i elektroniką. Brzmi zachęcająco, muszę kiedyś posłuchać.

Wróćmy jednak do płyty, o której chciałem napisać kilka słów: Bande À Part. Ukazała się ponad dwa lata temu nakładem brytyjskiej niezależnej wytwórni Peacefrog. Wytwórnia ta istnieje od 1991 roku i wydawała już różne dobre rzeczy, głównie elektroniczne. Można się było spodziewać kolejnej ciekawej płyty. Na krążku znajdziemy 14 kawałków. Będą to oczywiście covery, nie inaczej. Muzycy Nouvelle Vague wzięli tym razem na warsztat piosenki takich grup jak Blondie czy New Order. Znowu nowa fala zmieniona nie do poznania na bossa nova. Przyznam, że nie znam oryginalnych wersji tych utworów; to po prostu nie moje klimaty. Nie przeszkadza mi to jednak słuchać wspomnianych coverów z przyjemnością. Tym bardziej, że podobno nowe wersje ze starymi bardzo się różnią. Z ciekawości poszukałem w necie jednego z oryginałów. Różnica rzeczywiście duża a do tego covery brzmią bardziej przystępnie. Większość kawałków brzmi dobrze. Może nie powalają z nóg, ale słucha się ich całkiem przyjemnie. Ponad inne wybijają się dwa utwory z płyty: „Dance With Me” i „O Pamela”. Pierwszy to przeróbka jednego z kawałów Lords Of The New Chuch, drugi The Wake. Są świetne, zwłaszcza pierwszy z nich. Warto posłuchać.

Ciepła, kobieca muzyka Nouvelle Vague pasuje w sam raz na mroźne zimowe wieczory. Jak zwykle mam problem by ją jednoznacznie zakwalifikować. Pewnie wrzuciłbym Nouvelle Vague do szufladki z podpisem bossa nova, lounge, easy listening i inne downtempo. W każdym razie dla miłośników klimatów z pod znaku składanek Hotel Costes jak znalazł. Polecam.

P.s. Dwie pierwsze płyty są w całości do posłuchania na deezer.com. Komu się spodoba ma spore szanse na posłuchanie muzyków na żywo. W 2008 roku grupa Nouvelle Vague wystąpiła w Polsce kilka razy, m.in. na Ladies Jazz Festiwal w Gdyni. Skoro są popularni to może przyjadą znowu.

Dopplereffekt – Gesamtkunstwerk (Clone Classic Cuts 2007)

Teraz przeskoczymy w klimaty zupełnie inne, w mroczne elektro rodem z Detroit. Grupa Dopplereffekt istnieje już kilkanaście lat. Wydaje swoje płyty od połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Ma na koncie trzy albumy i trochę EP’ek. Tworzą ją bądź tworzyły takie osobistości jak Gerald Donald (znany też z projektu Drexciya), Rudolf Ellis Klorzeiger, Kim Karli i William Scott. Muzykę Dopplereffekt określa się jako klasykę undergrundowego elektro, łączącą stare, analogowe elektro w stylu Kraftwerk z ostrzejszymi brzmieniami Detroit techno.

Płyta Gesamtkunstwerk jest pierwszą w kolejności z trzech płyt grupy. W 1999 roku ukazała się na kultowej dla fanów elektro International Deejay Gigolo Records (na licencji Dataphysix z Detroit). Wytwórnia DJ Hell’a jak i sam styl elektro przeżywał wówczas złoty okres stąd i płyta Dopplereffekt przyjęta została bardzo dobrze. Dziś, gdy dźwięki elektro w większości klubów przebrzmiały niezależna wytwórnia Clone z Rotterdamu postanowiła przypomnieć klasyczne płyty złotych czasów świetności tego stylu. W swoim pododdziale Clone Classic Cuts, po 8 latach wydała ponownie pierwszą płytę Dopplereffekt.

Na płycie znajdziemy 17 kawałków różnej długości, od miniatur trwających nieco ponad minutę do utworów sześciominutowych. Jak na elektro kawałki są jednak dosyć krótkie. Większość utworów to dosyć ciężkie elektro z rzadka okraszone krótkimi i prostymi tekstami. Dotyczą one typowej dla tego stylu tematyki: technologii, przyszłości i … seksu. Zwłaszcza o tym ostatnim jest na płycie dużo. Bardzo to pasuje do wytwórni Gigolo będącej przystanią dla wszelkiej maści zboczeńców i dziwaków. Większość utworów zadowala się jedynie surowymi, elektronicznymi dźwiękami. Tak jest na pierwszych dwóch: „Cellural Phone” i „Technic 1200”. Całkiem dobry, trzeci w kolejności „Scientist” przynosi już pierwszy damski wokal. Dwa następne są znowu oszczędne zaś w szóstym, „Satelites” słyszymy znowu oszczędny głos. Tym razem męski i bardziej przetworzony. Następnie lecą dwie wersje jednego utworu: „Plastiphilia”. To już typowo żigolacki kawałek: mroczny i ociekający perwersją. Następne w kolejności to mało charakterystyczne „Voice activated”, „Speak and Spell” i „Radiometer”. Pomiędzy nimi zaplątał się jeszcze całkiem fajny, melodyjny „Denki No Zuno”. Im bliżej końca płyty tym więcej hiciorów. Mowa przede wszystkim o „Pornoactres” i bardziej melodyjnym „Pornoviever”. Oba są mroczne, perwersyjne, ale bardzo charakterystyczne. Śpiewane teksty są adekwatne do tytułów i nie wymagają komentarza. Również bardzo dobry jest przedostatni na płycie „Sterilization”. W podkładzie zawiera ciekawy głęboki basowy pomruk, który nadaje utworowi niepowtarzalnego charakteru. Płytę kończy kawałek tytułowy, który w ambientowym stylu wycisza dominujące na krążku rytmy elektro.

Pierwsza płyta Dopplereffekt to dobry kawał mrocznego elektro. Nie jest to płyta łatwa, szybko wpadająca w ucho. Większość kawałków jest dosyć ciężka, łatwiej przyswajalne są będące w mniejszości charakterystyczne utwory skąpo oblane wokalami z brudną erotyką. Płyta choć bardzo dobra w domowym odsłuchu szybko męczy. Na zwyczajny parkiet w grzecznej imprezowi też się niezbyt nadaje. Muzykę zawarta na Gesamtkunstwerk pasuje mi jako soundtrack do underdroundowego klubu położonego w najgłębszych piwnicach jakiegoś city. Półmrok, podejrzane persony o dziwnych poglądach i nietypowych preferencjach seksualnych oraz brudna muzyka sącząca się z głośników. Tak, tam płyta Dopplereffekt powinna się sprawdzić.

Xenia Beliayeva – Music (Datapunk 2007)

Pozostańmy jeszcze chwilę w klimacie elektro, tym razem bardziej przystępnym. Xenia Beliayeva to młoda rosyjska DJ-ka pochodząca z Moskwy a obecnie rezydująca w Hamburgu. Od początku zajmowała się branżą muzyczną, na różnych polach. Pracowała w muzycznej telewizji, promowała płyty z niezależnych wytwórni, zarządzała nimi. W połowie lat 90tych stanęła za deckami grając imprezy w hamburskich klubach. Jej sety okazały się na tyle niezłe, że w 1997 roku wystąpiła w centrum sztuki i mediów w Karslruhe obok Laurenta Garniera i Kraftwerk. Obecnie grywa na całym świecie, dziś można np. skoczyć na jej występ do … Australii.

Sety młodej Rosjanki zdobyły popularność m.in. dlatego, że Beliayeva nie ograniczała się do odgrywania muzyki z winyli. Łączyła DJ-owanie z koncertem wplatając w grane kawałki własny, zmysłowy wokal. A stąd już blisko do tworzenia całkowicie własnych utworów. Xenia Beliayeva od 2006 roku wydała kilkanaście dwunastocalowych winyli. Ukazały się głównie na Dance Electric i Datapunk. Obecnie Rosjanka pracuje nad pierwszym, pełnym albumem.

„Music” to siódma dwunastka Xenii. Wyszła ponad rok temu na Datapunk: tłoczni Anthonego Rothera specjalizującej się w klimatach na pograniczu elektro i techno. Na winylu znalazły się tylko dwa kawałki a właściwie jeden w dwóch wersjach. Pierwszy to tytułowy „Music” w wersji oryginalnej, nagrany przez Xenię wspólnie z Remo Frisiną – włoskim producentem i DJ-em. To typowe dla wytwórni Rothera elektro techno: wolno rozkręcające się masywne bity upstrzone ciepłymi klawiszami. Nad całością unosi się wokal Rosjanki: prosty, energetyzujący, taneczny. Taki, jaki powinien być. „Music” rozkręca się zwłaszcza w drugiej połowie i pomimo swojej prostoty nabiera bardzo tanecznego, energetycznego charakteru. Jeden z najlepszych kawałków elektro, jakie dane mi było słyszeć w ostatnich miesiącach.

Przekładając płytę na drugą stronę usłyszymy „Music” w remiksie Kiko. Lubię Kiko - nagrywa mocne, ale bardzo energetyczne rzeczy zwłaszcza w duecie Kiko & Gino. Ale nie tym razem. Odnoszę wrażenie, że uznał on oryginalny „Music” za zbyt melodyjny i postanowił go trochę ubrudzić. Stąd wersja Kiko jest mniej melodyjna i mniej przystępna; bardziej szorstka. Można posłuchać i tego, ale zdecydowanie lepiej wypada wersja oryginalna.

„Music” to nie jedyny bardzo dobry kawałek Beliayevy. Również bardzo dobry, w podobnym klimacie, ale z niemieckim wokalem jest nagrany niedawno „Momentan”. Inny z nowych utworów Xenii („Kak ty”) reprezentuje typowo rosyjskie, delikatnie plumkające minimal techno. Rosjanka śpiewa w swoim ojczystym języku i pokazuje, ze także w tej stylistyce tworzy dobre rzeczy.

Wszystkie wydane ostatnio utwory Beliayevy pokazują, że dziewczyna ma talent. Zdecydowanie. Czekam na pierwszy pełny album Xenii. Może się on okazać równie ważnym elektro wydarzeniem jak „O.K. Cowboy” Vitalic’a czy „Popkiller” Rothera. Oby.

p.s. Tutaj film z jakiejś dużej imprezy w Niemczech. W drugiej połowie „Music” na żywo.

Sol Seppy – The Bells of 1 2 (Grönland Records 2006)

Koniec z elektro sieczką. Czas na spokojniejsze rzeczy. I to nawet mniej elektroniczne a bardziej rockowe.

Pod pseudonimem Sol Seppy ukrywa się Sophie Michalitsianos, klasycznie wykształcona brytyjska (greckiego pochodzenia?) pianistka, wiolonczelistka, wokalistka i producentka. Urodziła się w Wimbledonie (południowy Londyn), ale sporą cześć życia spędziła podróżując po Europie (m.in. Grecja) i świecie. Pisała piosenki od wczesnej młodości. Po przeprowadzce do Australii rozpoczęła studia w Sydney Conservatorium of Music. Tam wyspecjalizowała się jako wiolonczelistka grająca w różnorakich rockowych improwizacjach. W wieku 23 lat przeprowadziła się do USA i dołączyła do indie rockowej grupy Sparklehorse. W latach 1998 – 2001 nagrała z nimi dwie płyty grając na wiolonczeli i podkładając wokal. Koncertowała m.in. jako support podczas trasy Radiohead po stanach. W Nowym Yorku zbudowała studio gdzie z różnymi przygodami (wybuch w studiu i zniszczenie większości dorobku) tworzy własną muzykę.

The Bells of 1 2 jest pierwszym i niestety na razie ostatnim pełnym albumem Sophie. Płyta ukazała się w marcu 2006 roku na Grönland Records, londyńskiej wytwórni Herberta Grönemeyer’a. Zawiera dwanaście utworów. W jej powstaniu oprócz Sophie maczał palce także niejaki Paul Antonell, który zmiksował część utworów. Płyta nie jest jednolita stylistycznie. Obok delikatnych kołysanek z ciepłym głosem artystki zawiera także bardziej zadziorne kawałki o zdecydowanie rockowym charakterze. Treść piosenek jest oczywiście bardziej rozbudowana niż tekstowy minimalizm elektro. Pierwszy na płycie tytułowy „1 2” to miękka strona twórczości Brytyjki: delikatna, rozmarzona piosenka z anielskim głosem Sophie. W podobnym tonie utrzymany jest drugi utwór: „Human”. Oba należą do moich ulubionych z tej płyty. Traci w kolejności „Come Running” wyraźnie przyśpiesza zaś czwarty „Move” jest bardziej rockowy i twardy. Dwa następne utwory, „Gold” i „Enjoy” są bardzo wyciszone, prawie ambientowe. Usłyszymy na nich głównie delikatne klawisze i ciepły wokal. Idealne do sypialni. W drugiej części płyty mamy znowu przeplatanie utworów żywszych z kołysankami. W „Slo Fuzz” Sophie budzi słuchaczy, lecz tylko na chwilę. Następny utwór znowu zwalnia, kolejny też jest spokojny. Ostrzejsze dźwięki odezwą się jeszcze w końcówce dziesiątego utworu. Dwa ostatnie kawałki, „Wonderland” i „Enter One” to ciepłe kołysanki wyciszające płytę.

W zasadzie trudno powiedzieć, które utwory są najlepsze. Cały album trzyma poziom, choć mi bardziej pasuje delikatniejsze granie stąd wolę cieplejszą stronę twórczości Sophie. Bardzo dobra płyta, dziwne, że tak mało popularna w Polsce. Powinna się spodobać miłośnikom spokojnych klimatów na pograniczu delikatnego rocka, popu i elektroniki. Kto lubi płyty z wytwórni Morr Music nie powinien być zawiedziony. Album polecany do domowego odsłuchu na długie, zimowe wieczory.

Chris Watson – Weather Report (Touch 2008)

Ostatnia rekomendowana płyta to kolejna ciekawa reedycja. Ale raczej nietypowa, bo dźwięki na niej zawarte to….nie muzyka. To eksperymentalne utwory budowane z dźwięków natury tworzone przez jednego ze specjalistów od nagłośnienia filmów przyrodniczych.

Christopher Richard Watson to starszy pan pochodzący z Sheffield. Jego muzyczne CV jest długie i imponujące. W początku lat 70tych w swoim rodzinnym mieście współzałożył i był członkiem eksperymentalno – noise’owej grupy Cabaret Voltaire. Po prawie dziesięciu latach odszedł z zespołu i razem z Andrew McKenzie założył The Hafler Trio: kolejną legendarną brytyjską grupę grającą różne eksperymentalne ambienty. W latach 80tych zajął się profesjonalnym nagrywaniem dźwięków otoczenia. Podjął współpracę z brytyjskim Królewskim Towarzystwem Ochrony Ptaków, pracował dla BBC nagrywając dźwięki do filmów przyrodniczych Davida Attenborough. Tworzył też audycje radiowe. Od 1996 roku do dziś wydaje pod swoim nazwiskiem płyty, na których zamieszcza dłuższe i krótsze kompozycje złożone z dźwięków natury.

Weather Report (prognoza pogody) to najbardziej znana płyta Watsona. Po raz pierwszy ukazała się w 2003 roku. Wydała ją (podobnie jak większość pozostałych płyt artysty) brytyjska niezależna wytwórnia Touch specjalizująca się w różnych eksperymentach i ambientach. Znajdziemy na niej tylko trzy utwory, lecz trwające około 18tu minut. Pierwszy „Ol - Olool – O” (jak to się wymawia?) to dźwięki kenijskiego buszu zarejestrowane w październiku 2002 roku. Drugi w kolejności „The Lapaich” zawiera odgłosy jesiennego chłodu szkockich gór. Ostatni „Vatnajökull” nagrany został na islandzkim lodowcu.

Płyta „Weather Report” wzbudziła swego czasu spore zainteresowanie. Różniła się od tego, co można było usłyszeć dotychczas. Dźwięki prezentowane przez Watsona to nie słodkie ćwierkanie słowików, często zawarte w innych, podobnych publikacjach. Utwory „Weather Report” to długie kompozycje tworzące dźwiękowe tło, tapetę raczej zimną i niepokojącą; odartą ze słodkiej cukierkowatości. Magazyn „The Wire” uznał album za jeden z najlepszych w roku, zaś „The Guardian” umieścił na liście 1000 płyt, „które powinieneś usłyszeć zanim umrzesz”. Nic dziwnego, że wytwórnia postanowiła znowu wydać „Weather Report”. Płyta rzeczywiście ciekawa, dobra dla mieszczuchów zmęczonych hałasami miasta. Kiedy wszystko już nas męczy, techno i elektro bity stają się nie do zniesienia, nawet kołysanki Sophie Michalitsianos irytują – wtedy „Weather Report” może być odtrutką. Po niej jest już tylko cisza.

P.s. Fragmenty utworów do posłuchania w sklepie serpent.pl Więcej informacji na stronie Chrisa Watsona.

Zdjęcia pochodzą ze stron internetowych artystów. Większość wspomnianej muzyki można posłuchać na serwisach deezer.com, youtube, last.fm czy wreszcie na stronach własnych artystów.

czwartek, 20 listopada 2008

PLATEAUX Festiwal



Z pewnością każdy, co bardziej zorientowany w muzyce zdaje sobie sprawę, że Polska nie należy do krajów gdzie ambitniejsza muzyka elektroniczna szczególnie się rozwija. Daleko nam do krajów zachodnich gdzie istnieje dłuższa tradycja słuchania a przede wszystkim grania takiej muzyki; gdzie działają liczne niezależne wytwórnie promujące swój własny styl i swoich artystów. Polska posucha to jednak nie dno całkowite – dochowaliśmy się niewielkiej grupki muzyków, których utwory znane są poza granicami; rośnie grono coraz bardziej świadomych, otwartych na nowe brzmienia słuchaczy. Muzyczną edukację znakomicie ułatwia Internet będący oknem, którym wpada do nas świeży powiew dźwiękowych nowinek ze świata. Wspaniałą okazją do poznania nowości lub po prostu wysłuchania wielu ulubionych artystów na żywo są festiwale. Do niedawna najciekawszym festiwalem muzyki elektronicznej w Polsce był płocki Audioriver (dawny Astigmatic). W tym roku swoją pierwszą edycję miało inne, bardzo ciekawe wydarzenie: Festiwal Form Audiowizualnych PLATEAUX.

Festiwal Plateaux miał odbyć się w dniach 7 – 9 listopada w dwóch pobliskich miastach: Toruniu (notabene kandydującym do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016) i Bydgoszczy. Przez pierwsze dwa dni elektroniczne dźwięki brzmieć miały w grodzie Kopernika w niedawno zbudowanym muzeum Centrum Sztuki Współczesnej „Znaki Czasu” oraz w klubie eNeRDe (dawniej NRD). Trzeciego dnia uczestników czekała przeprowadzka do bydgoskiego klubu „Mózg”. Zaproszeni artyści zaprezentować mieli tworzoną przez siebie muzykę w połączeniu za wizualizacjami i filmami. W gronie zaproszonych znalazło się wielu młodych twórców z Polski jednak gros występujących stanowili muzycy z zagranicy: głównie ze Stanów Zjednoczonych i Niemiec. Byli też goście z Francji, Finlandii, Holandii, Kanady i Izraela. Dodatkiem do występów na żywo (tzw. Live Act) miały być panele dyskusyjne, warsztaty i prelekcje. Zważywszy na to, że wielu gości zagrać miało w Polsce po raz pierwszy impreza zapowiadała się bardzo ciekawie.

Przeglądając zapowiedzi zbliżającej się imprezy trochę wahałem się z wyjazdem. Zachęcał ciekawy program (line up), ale zniechęcały koszty, które musiałbym ponieść. Karnet na trzy dni kosztował 85 zł, co nie wydaje się kwotą wygórowaną, ale dochodził jeszcze koszt dojazdu do Torunia (400 km). W końcu się namyśliłem. W tym roku nie wybrałem się do Płocka gdyż program wydal mi się dużo mniej interesujący niż w poprzednich latach (żałuję tylko Villalobos’a, Kalabrese i Agorii). Postanowiłem w zamian zaliczyć festiwal w Toruniu i Bydgoszczy. Połowę z zaproszonych artystów znałem i słyszałem, kilku bardzo lubiłem. Przede wszystkim chciałem jednak zobaczyć ich grę na żywo połączoną z klimatem potęgowanym przez wyświetlane obrazy. Czegoś takiego nigdy nie da mi odsłuch płyt w domowym zaciszu. Zapowiedziałem się u przyjaciół na nocleg, spakowałem manatki i wyjechałem.

Piątek

Pierwszy dzień festiwalu. Rozpoczął się o 18tej trzema prezentacjami w sali kinowej toruńskiego Centrum Sztuki Współczesnej (CSW). Na pierwszy ogień poszedł nieznany mi wcześniej Ran Slavin – artysta z Izraela działający na pograniczu sztuki audio i video. Zaprezentował znany od kilku lat projekt „Insomniac city”. Płyta zawierająca ścieżkę dźwiękową i film wydała niemiecka wytwórnia Mille Plateaux specjalizująca się w eksperymentalnej elektronice. Film odebrałem jako raczej ciężki kawałek sztuki. Elektroniczne dźwięki nie były zbyt natarczywe, tworzyły tło dla obrazu, który zdecydowanie wychodził na plan pierwszy. Film przedstawiał mroczne klimaty wielkiego miasta (chyba Singapuru, w którym Ran spędził część swojego życia). Mgła, wielkie neony na wieżowcach, późna nocna godzina i kobieta w jednym z setek hotelowych pokoi zaszczuta przez jakichś gangsterów. Z filmu wyzierała samotność i zagubienie, całość była smutna, mroczna i ciężka. Dołujące klimaty nie są ostatnio moimi ulubionymi, zwłaszcza w nadmiarze. Wyszedłem z filmu zadowolony, ale bez zachwytu.

Następni w kolejności wystąpili dwaj Polacy: Sadist i Machnik prezentujący projekt „Journey into space”. Do wizualizacji przedstawiającej odpowiednio spreparowane zdjęcia z kosmosu podłożyli muzykę. Dźwięki w przeciwieństwie do poprzednika były rytmiczne: raz połamane clicki kojarzące się z IDM; innym razem głębokie basy al’a Basic Channel. Całość była przyjemna, ale nie stanowiła nic odkrywczego.

Dwóch Amerykanów, którzy wystąpili jako trzeci (Jeffers Egan i Jake Mandell) widziałem tylko przez chwilę gdyż rozpoczynały się właśnie występy na głównej sali. Zapamiętałem, że mieli ciekawe wizualizacje oparte na obrazach uzyskanych zdaje się z mikroskopu.

Wielka sala na pierwszym piętrze muzeum stanowiła jakby scenę główną festiwalu. W narożniku wewnątrz dużego, sterylnego i białego pomieszczenia ustawiono stoliki, na których roiło się od różnego typu elektronicznego sprzętu. Za plecami grających przy stolikach muzyków, na dwóch przylegających do siebie ścianach narożnika wyświetlano wizualizacje. Obraz wyświetlany był też w przeciwległym krańcu pomieszczenia. Publiczność zebrana przed sceną stała a częściej siedziała lub leżała na podłodze. Przygaszone światła sprzyjały koncentracji na muzyce i wyświetlanych obrazach. Na pierwsze piętro nie wolno było wnosić piwa, jedynie niewielkie napoje. Widzowie festiwalu raczej skupiali się na muzyce, hałasy przeszkadzające artystom i słuchaczom należały do rzadkości.

Jako pierwsza wystąpiła AGF. Pod tym pseudonimem kryje się Niemka Antye Greie-Fuchs wydająca swoją muzykę od końca lat 90tych. Tworzone przez nią dźwięki to najczęściej eksperymentalna mikro elektronika, na którą nakładają się raz śpiewane raz szeptane wokale. AGF wydaje płyty samodzielnie bądź też w grupach takich, jak The Dolls lub The Lappetites. Nagrywa także wespół z Finem Vladislav’em Delay’em, prywatnie swoim mężem. Oprócz tworzenia zajmuje się wydawaniem i promocją muzyki kierując własnym labelem (wytwórnią) AGF Production. W Toruniu wystąpiła prezentując materiał z najnowszej płyty „Words are missing”. Wizualizacje tworzyły obrazy kojarzące się z kaligrafią i sztuką dalekiego Wschodu. Występ AGF nie zawiódł mnie, występ był ciekawy a żywy głos Antye nie pozwalał się nudzić.

Po krótkiej przerwie na scenę wszedł Alva Noto. Pod pseudonimem tym ukrywa się Niemiec Carsten Nicolai. Początkowo nagrywał dla wspomnianej już Mille Plateaux, później nawiązał współpracę z innym niezależnym labelem wydającym eksperymentalną elektronikę: niemieckim Raster-Noton. Muzykę Alva Noto znałem wcześniej za sprawą albumu „Vrioon” nagranym wespół z Ryuichi Sakamoto i swego czasu bardzo wysoko ocenionym przez brytyjski magazyn „The Wire”. W toruńskim CSW Carsten Nicolai zaprezentował swój zeszłoroczny projekt: „Xerrox”. Była to bardzo zaszumiona, ambientowa elektronika, do której podłożono czarno białe wizualizacje. Efekt wyszedł ciekawy ale zachwycony nie byłem. Takie eksperymentalne, stricte cyfrowe i zaszumiane dźwiękowe tła to jednak nie dla mnie.

Podobne dźwięki aczkolwiek z tego, co pamiętam mniej szumiące prezentował amerykański producent Geoff White. Tym razem nie był to minimal tech-house jakich ma on wiele w dorobku lecz spokojny, ambientowy projekt w którym Geoff zagrał jako Aeroc. Za wizualizacje odpowiadał „Keep Adding”.

Kolejnych dwóch gości to także Amerykanie. Richard Charter i Taylor Deupree. Pierwszy nagrywa różne eksperymentalne rzeczy na pograniczu ambientu i minimalu. Wiele z nich odtwarzanych jest w różnych muzeach i galeriach. Drugi to szef nowojorskiej wytwórni 12k wydającej minimalną, eksperymentalną elektronikę. Zaprezentowany przez nich projekt „specification.15” wydany został kilka lat wcześniej przez tłocznię „Line”. Powstał na zamówienie Hirshhorn Museum and Sculpture Garden w Waszyngtonie jako tło do retrospekcyjnej wystawy japońskiego fotografika Hiroshi Sugimoto. Wyświetlany morski pejzaż swoim minimalizmem bardzo pasował do muzyki. Spokojne i miękkie jednak dla mnie trochę zbyt usypiające.

Ostatnim z występujących w piątkowy wieczór w CSW artystą był Vladislav Delay. To prawdziwa ikona ciekawej muzyki elektronicznej i to jego występu oczekiwałem najbardziej. Prywatnie mąż AGF, pochodzi z Finlandii i naprawę nazywa się Sasu Ripatti. Zaczynał jako perkusista w zespole jazzowym. Z czasem skierował swoje zainteresowania na elektronikę, zarówno taneczną jak i bardziej eksperymentalną. Z Finlandii przeniósł się tam gdzie w elektronice najwięcej się wówczas działo, do Berlina. Jako Luomo tworzy taneczny deep-house pierwszej klasy, który szczerze polecam. No może z wyjątkiem ostatniej płyty, dla mnie zbyt popowej. Warte zobaczenia są jego występy. Live Act Luomo w poznańskim Eskulapie 13 grudnia 2002 do dziś pamiętam jako najlepszy występ na żywo, na jakim byłem. Mniej taneczne, raz bardziej dubowo-clickowe, innym razem bardziej ambientowe są jego płyty nagrywane pod pseudonimem Uusitalo. Jako Vladislav Delay nagrywa kawałki eksperymentalne, ambientowe, z pewnością nie na parkiet. Są jeszcze jakieś płyty, w których wspomniany Fin występuje jako Sistol oraz Conoco. Pierwszej nie pamiętam zaś drugą ktoś mi na festiwalu bardzo zachwalał. Muszę posłuchać. Tworzoną przez siebie muzykę Sasu Ripatti wydaje głównie we własnej wytwórni Huume.

Występ Fina był ciekawy aczkolwiek bardziej lubię taneczną wersję jego muzyki. Do eksperymentalnych, ambientowych pejzaży granych przez Delay’a wizualizacje podłożył VJ Lillevan. Ten zajmujący się głównie sztuką video Niemiec znany jest ze współpracy z duetem Rechenzentrum, o którym będzie poniżej. Jakiegoś wielkiego wrażenia te wizualizacje na mnie nie zrobiły, ale muszę też przyznać, że bardziej skupiałem się na muzyce.

Po północy widzowie i goście festiwalu przenieśli się do klubu eNeRDe. Bardzo fajne miejsce, z którym wiążę wiele miłych wspomnień. Na dużą imprezę jednak trochę ciasnawe - usiąść nie bardzo było gdzie, stanąć czasami też. Ale co tam, te kilka godzin można wytrzymać, aby muzyka dopisywała. Ta, grana w klubie miała już zdecydowanie inny charakter: mniej eksperymentalny, bardziej taneczny.

Gdy dotarłem na miejsce na głównej sali grał właśnie Tomasz Bednarczyk, student pedagogiki z Wrocławia. Nagrywa od niedawna; ma na koncie jedną EP’kę i jeden album, wydany niedawno przez pewien eksperymentalny label z Australii. Nie słuchałem płyt Tomka, ale muszę przyznać, że to, co słyszałem w Toruniu brzmiało całkiem przyjemnie. Tanecznie, melodyjnie, spokojnie. Wizualizacje do muzyki podłożył Paweł Dudziński.

Po młodych twórcach z Polski na scenę wszedł przedstawiony już wcześniej Alva Noto (Carsten Nicolai). Według zapowiedzi miał zaprezentować materiał z najnowszej płyty wydanej w tym roku na Raster-Noton – „Unitxt”. Ciekaw byłem cóż ten człowiek od zdecydowanie nie-tanecznych eksperymentów zagra na parkiecie. A zagrał bardzo ciekawie. Do typowych dla siebie elektronicznych szumów i zgrzytów o wysokich tonach (próbowaliście kiedyś włączyć kasetę od 8-bitowego komputera Commodore C-64 do zwykłego magnetofonu? To coś w tym stylu) podłożył bit. Wyszło z tego najbardziej cyfrowe, twarde i psychodeliczne techno, jakie ostatnio słyszałem. Pełno wysokich dzwięków, nadzianych szumami i trzaskami niczym dziwactwa z wiedeńskiego Mego. Do tego szybki i płaski bit. Jest to muzyka, która na żaden normalny parkiet się raczej nie nadaje; do domowego odsłuchu podczas romantycznego wieczoru z dziewczyną tym bardziej. Trzeba mieć pancerne uszy by notorycznie słuchać takiej muzyki. Niemniej całość robiła potężne wrażenie - w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Występ Alva Noto był w sumie bardzo ciekawy, pomimo że grane przez niego dźwięki należą do tak trudnych w odbiorze. W małej dawce naprawdę wart posłuchania. Zdecydowanie jeden z najoryginalniejszych występów na festiwalu.

Po Alva Noto, około drugiej w nocy na scenę weszły dziewczyny: An On Bast i VJ Anna Stukot. Obie z Polski. An On Bast to Anna Suda z Poznania. Z wykształcenia prawnik i filozof, z zamiłowania muzyk. Wydała dotychczas trzy płyty, których klimaty kręcą się wokół elektronicznego minimalu. Grywa w Polsce, ale ma na koncie występy w innych ciekawych miejscach. Wymienię choćby Red Bull Music Academy w Melbourne (2006 r) lub hiszpański Sonar (2007). Ładnie prezentują się dziewczyny grające na laptopach z jabłkiem, ale muzyka raczej nie w moim guście. Minimal, który usłyszałem, choć taneczny wydał mi się równie nudny i bezbarwny jak wiele innych, minimalowych płyt, które ostatnimi czasy wydawane są hurtem w Niemczech.

Piątkowe a właściwie już sobotnie występy zakończyć miał duet Nicolaus (Vitalis Popoff wydający muzykę głównie na netlabelu Telescope i Andrzej Kaminsky, obaj z Polski) z wizualizacjami Geometrii. Nie wiem, która była godzina, trzecia, może czwarta w nocy. W każdym razie dla mnie zdecydowanie za późno. Zmęczony poszedłem spać i nie widziałem live Nicolaus’a.

Tekst o festiwalu niebezpiecznie się wydłuża, nie chcę pisać książki stąd pozostałe dwa dni opisze krócej.

Sobota

Sobotnie występy zaczęły się tak jak poprzednio w toruńskim CSW. O 16tej miały rozpocząć się warsztaty trwające cztery godziny. Pierwsze zajęcia zatytułowane „City life, city music – differerent places, different sound” zaplanowane zostały z udziałem takich muzyków jak: R. Chartier, V. Delay, T. Deupree i G. White. W drugich - „Facing the image – painting in light and visual realism” uczestniczyć mieli Lillevan, J. Egan i R. Slavin. Po ich zakończeniu w sali kinowej muzeum rozpoczęły się projekcje. Najpierw wystąpił wspominany już Richard Chartier tym razem z projektem „Colourfield variations”. Po nim także znani z poprzedniego wieczoru Amerykanie: Jeffers Egan i Jake Mandell. Niestety na warsztaty nie dotarłem zaś na pokazy w sali kinowej porządnie się spóźniłem. Tę część festiwalu pozostawię bez komentarza.

Z pewnym opóźnieniem rozpoczęły się występy w głównej sali CSW na pierwszym piętrze. Większość z występujących w sobotę artystów grała też dzień wcześniej, z tym, że oczywiście inne projekty. Na rozgrzewkę publiczność dostała Taylor’a Deupree. Po nim na scenę wyszedł Ran Slavin z projektem „Quiet, video, riot”. Obaj z tego, co pamiętam grali typową dla siebie ambientową, eksperymentalną elektronikę.

Jako trzeci wystąpił Tim Hecker z Kanady. Jego występ to wielka gratka dla fanów gdyż Tim ponoć rzadko grywa w Europie. W Polsce wystąpił po raz pierwszy. Słyszałem go już wcześniej za sprawą głośnych swego czasu płyt „Haunt me, Haunt me, do it again” i „Radio Amor”. Nigdy jednak nie widziałem na żywo. Tim Hecker nagrywa różne eksperymentalne ambienty, które miłośnicy gatunku bardzo cenią. Współpracuje ze znanymi w światku wytwórniami takimi jak Mille Plateaux, amerykańska Kranky czy kanadyjska Alien8.

Kolejnymi rządzącymi górą elektronicznego sprzętu był duet Rechenzentrum. Tworzą go dwaj Niemcy: Christian Nikolaus Conrad i Marc Weiser. O oprawę wizualną, bardzo istotną w przypadku tej grupy, dba wspomniany już Lillevan. Muzyka Rechenzentrum to zwykle typowo cyfrowy ambient z domieszkami innych styli. Pojawiła się w katalogach takich wytwórni jak Shitkatapult, Mille Plateaux czy Kitty-Yo. W Toruniu muzycy tej grupy pokazali znany z zeszłego roku projekt pt. „Silence”. Płyta ta ukazała się tylko w formacie DVD. Zawiera oprócz dźwięków także wizualizacje inspirowane twórczością rosyjskiego ikononisty Andrzeja Rublowa.

Tytułu płyty „Silence” nie należy brać dosłownie. Dźwięki, które usłyszałem tworzyły ambientową tło złożone z różnych pisków, trzasków i szumów. Nie była to jednak muzyka ciężka, raczej mroczna, ale spokojna. Bardzo spokojna. Wygaszone światła, wizualizacje i dźwiękowe tło zachęcały do kontemplacji. Nieco zmęczony po poprzednim dniu wzorem innych położyłem się na podłodze by wygodnie i w spokoju wysłuchać występu. Myślami byłem coraz dalej i dalej. Usnąłem. Obudziłem się chyba po kilku minutach rozglądając nerwowo dookoła. Gdybym drzemiąc zaczął chrapać, zwłaszcza w cichszych fragmentach występu byłby niezły obciach. Na szczęście nikt się na mnie specjalnie nie patrzył, to dobry znak. Chyba mi się upiekło.

Ostatnimi występującymi w Centrum Sztuki Współczesnej było muzyczne małżeństwo: AGF/Delay. Oboje nagrywają głównie samodzielnie, jako duet nagrali dotychczas jedną płytę: „Explode”. Została wydana kilka lat temu nakładem AGF Production i dobrze przyjęta przez krytyków. Ja także lubię zawarte na niej kawałki, dlatego występu muzycznej pary oczekiwałem z zainteresowaniem. I nie zawiodłem się. Na elektroniczne, głównie nie-taneczne tło AGF podłożyła swój kołyszący, szepczący wokal. Występ był ciekawy, oryginalny i żywy. Największe brawa zebrał charakterystyczny, bardziej rytmiczny, drugi utwór z płyty: „Explode Baby”. W mojej ocenie był to chyba najlepszy występ w CSW na tegorocznym Plateaux.

Dobrze po północy festiwal przeniósł się ponownie do eNeRDe. Czekała nas kolejna porcja elektronicznych dźwięków, tym razem w bardziej tanecznym wydaniu. Jako pierwszy zagrali Polacy: Fabienne i VJ Video dec. Pierwszy to Płocczanin mieszkający w Londynie. Rok temu nagrał pierwszą płytę „Kleptomania”, którą wydał netlabel „Qunabu”. Muzyka Fabienne to popularna dzisiaj mieszanina minimalu, techno i dub’u. Jak już pisałem takie klimaty nie kręcą mnie zbytnio gdyż zbyt mało w nich różnorodności. Odnoszę wrażenie, że oryginalnych, ciekawych płyt w tej stylistyce ukazuje się jak na lekarstwo. Wobec reszty mam odczucia podobne jak wobec muzyki Fabienne: można posłuchać, można się pobujać, ale na kolana nie powala. Mało tego, po dłuższym czasie usypia.

P.s. Nie szukajcie Fabienne na portalu „YouTube’ bo wyskakuje Michał Wiśniewski.

Po duecie z Polski przyszła kolej na Niemca, Franka Bretschneidera. Gra on od wielu lat, w 1996 roku współ-założył wytwórnię Raster-Noton. W swojej muzyce łączy minimal, dub i różne eksperymenty. Ponoć jego ostatnia płyta „Rhythm” zebrała pochlebne recenzje. Byłem na występie Bretschneidera tylko, przez chwilę. Łomotliwe i szybkie bity w stylu Alva Noto, ale mniej trzeszczące zdecydowanie mi nie pasowały. Poszedłem do drugiej sali by odpocząć przed kolejnym artystą.

Tym kolejnym miał być wielokrotnie wspominany przeze mnie Vladislav Delay, tym razem w dubowym wcieleniu Uusitalo. Był i zagrał, bardzo fajnie zresztą. Dubowo i melodyjnie. Znakomicie. Władek Diler jak go żartobliwie nazwał jeden z moich kolegów ma u mnie ciągle duży kredyt zaufania, pomimo, że jego ostatnia płyta, jako Luomo nie przypadła mi do gustu. Jako Uusitalo gra jednak ciągle bardzo dobrze. Wizualizacje do występu podłożył Lillevan.

Bardzo późno, około czwartej nad ranem zagrał ostatni z występujących: Geoff White. Tym razem wystąpił w bardziej typowym niż wcześniej wcieleniu. Dźwięki, które wydobywały się z głośników to różne odmiany minimalu i Tech House. Byłem już bardzo zmęczony, ale pamiętam, że niektóre rzeczy wpadły mi w ucho. Nie dotrwałem jednak do końca, nad ranem poszedłem do domu.

Niedziela

Ostatni dzień festiwalu odbywał się głównie w Bydgoszczy. W toruńskim CSW odbywały się jedynie projekcje w sali kinowej. Swoje projekty prezentowali znani z poprzednich dni artyści, dlatego odpuściłem sobie Toruń i pojechałem od razu do drugiego miasta festiwalu, do klubu „Mózg” w Bydgoszczy. Jest on znacznie obszerniejszy niż ciasnawe eNeRDe, stąd wygodniejszy.

Zaplanowany na niedzielę muzyczny wieczór nie był już tak długi, występy miały trwać tylko do północy. Pierwsi zagrali Polacy: Najpierw Stigingeoy z wizualizacjami Pussycrew, następnie Nejmano. Zajrzałem na scenę tylko na chwilę, zaraz uciekłem do baru. Miałem stanowczo dosyć elektronicznego ambientu. Czekałem na Burta Friedmana, który miał wystąpić jako ostatni.

Bardzo senna atmosfera nieco się ożywiła, gdy na scenę weszła dwójka Holendrów (van Heumen i van Koolwijk) z amerykańską wokalistką i wiolonczelistką o azjatyckiej urodzie: Chen. Muzyka przez nich grana była oryginalna, ale bardzo eksperymentalna. Zwracał uwagę zwłaszcza nietypowy wokal Chen. Jak dla mnie wszystko było za ostre i zbyt udziwnione. Uciekłem z powrotem do baru.

Ostatnią grupą grającą przed spodziewaną przeze mnie gwiazdą była trójka Francuzów: Kangding Ray & Band. Nigdy wcześniej ich nie słyszałem (Kangding Ray wydał w ciągu ostatnich dwóch lat dwie płyty na Raster-Noton) i spodziewałem się kolejnej porcji minimalnej elektroniki. Spotkało mnie miła niespodzianka. Wokalista okazał się charyzmatyczny, obudził przysypiającą publiczność i namówił nawet na nieśmiałe tańce. Jak na trzeci dzień imprezy to niemały sukces. To, co grał różne przybierało formy, raz na tyle ciekawe, że nogi same chciały tańczyć, innym razem czuć było dłużyznę. W sumie występ zaliczyć należy do udanych. Byłem mile zaskoczony.

Festiwal Plateaux zakończył się występem duetu Burnt Friedman i Jaki Liebezeit z Niemiec. Czekałem na nich ze sporymi nadziejami, bo liczyłem na wiele. Friedman to połowa projektu Flanger, który znałem i lubiłem. Także nagrana wspólnie z Liebezeit’em (perkusistą zespołu Can) trzyczęściowa seria „Secret Rhythms” to ciekawa sprawa. Słuchałem zwłaszcza pierwszej płyty serii. Niestety trochę się zawiodłem. Występ duetu wydał mi się monotonny. Na pierwszy plan wysuwała się perkusja Liebezait’a która w moim odczuciu trochę tłumiła to, co grał Friedman. Może nie doświadczyłem wielkiego rozczarowania, ale oczekiwałem więcej. O wizualizację podczas występu dbał Jeffers Egan.


Festiwal Plateaux zakończył się w niedzielę około pierwszej w nocy. Wracałem zmęczony, lecz zadowolony. W ciągu trzech dni nasłuchałem się mnóstwo dźwięków, widziałem występy na żywo sporego grona artystów. Wielu z nich było w Polsce po raz pierwszy, być może nie prędko zobaczę ich ponownie. Oglądanie występów na żywo w połączeniu z wizualizacjami to ciekawe doświadczenie, ale najważniejsza była muzyka. Dźwięki rozbrzmiewające w muzeum i klubach były typowymi zwłaszcza dla dwóch wytwórni: Mille Plateaux i Raster-Noton. Ambienty i minimalna elektronika nie powaliły mnie na kolana, ale w większości brzmiały całkiem ciekawie. Jadąc na festiwal nastawiłem się na bardziej taneczne i urozmaicone dźwięki. Liczyłem zwłaszcza na duet AGF/Delay (Uusitalo) i nie zawiodłem się. Występy tej pary zawsze mi się podobały. Nieco rozczarował Burnt Friedman i Jaki Liebezeit, ale miłym zaskoczeniem okazał się Alva Noto i Kangding Ray. Festiwal uznaję za udany i polecam. Pewnie nie każdemu te dziwne i często trudne w odbiorze dźwięki przypadną do gustu, ale zawsze warto uchylić nieco klapki, które mamy na uszach. Przekonać się, że oprócz naszej ulubionej muzyki istnieją też inne, mniej znane a ciekawe style. Kto wie, może coś nas zainteresuje? Ja w każdym razie chętnie się wybiorę do Torunia za rok, o ile line up będzie równie ambitny jak tym razem.

P.S. Uff…, Ale długi wyszedł. To mój pierwszy i ostatni tak długi tekst o festiwalu.

Postanowiłem tym razem nie dawać linków do artystów i utworów granych na festiwalu. Jest tego dużo a myślę, że każdy zainteresowany znajdzie sobie ich muzykę na portalach YouTube, Deezer czy Last.fm. Ograniczę się do kilku przykładowych linków.

Tak wyglądał spot reklamowy festiwalu Plateaux. Muzyka w tle to właśnie Vladislav Delay w dubowym projekcie Uusitalo.

Tu można wysłuchać jedną z dobrych piosenek AGF/Delay

Tak brzmi Taylor Deupree, tak natomiast Tim Hecker.

Rechenzentrum grało w ten sposób zaś spokojniejsze wcielenie Alva Noto w ten.

Urywający nie tylko głowę występ Alva Noto w klubie eNeRDe wyglądał podobnie jak na załączonym obrazku jednak w rzeczywistości dużo mocniej. Po prostu trzeba było tam być.

Nieco więcej zdjęć wrzuciłem na Picasa.