Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 lipca 2025

O pilotach i biegaczach – relacja w IX Biegu Pamięci Dywizjonu 303

Podniebni „Kościuszkowcy”

Nie samym bieganiem i pływaniem człowiek żyje. Zajmuję się czasami historią regionalną i niedawno napisałem artykuł  przybliżający biografię Tadeusza Koca, polskiego pilota myśliwskiego z okresu II wojny światowej pochodzącego z okolic Białej Podlaskiej, w latach 1943-1944 dowódcy 303 Dywizjonu Myśliwskiego im. Tadeusza Kościuszki („Bialski Przegląd Akademicki”, nr 56, marzec 2025). Jednostka ta zasłynęła dużą skutecznością m.in. w bitwie powietrznej o W. Brytanię (1940).

Tadeusz Koc i Zdzisław Krasnodębski (Foto: muzeum303.pl i IPN)

Pierwszy dowódca 303 Dywizjonu Myśliwskiego – Zdzisław Krasnodębski – także pochodził z Południowego Podlasia. Urodził się 10 lipca 1904 roku w Woli Osowińskiej koło Radzynia Podlaskiego. W 1940 roku dowodził dywizjonem „kościuszkowskim”. Był to człowiek niewątpliwie bardzo odważny, już mając lat 16 walczył ochotniczo w wojnie polsko - bolszewickiej 1920 roku. W okresie międzywojennym wyszkolił się na pilota. Podczas II wojny światowej został dwukrotnie zestrzelony i ratował się skokiem ze spadochronem. Tym drugim razem został dotkliwie poparzony płonącym paliwem. Czytając biografię Krasnodębskiego zauważymy, że jego koleje losu są zbliżone do losów Koca. Nie tylko pochodzili z nieodległych stron, ale walczyli w wojnie obronnej 1939, potem trafili do Francji, następnie do W. Brytanii, gdzie przewinęli się przez Dywizjon 303. Obaj doświadczyli zestrzelenia, po wojnie i jeden i drugi wyjechał do Południowej Afryki a w końcu obaj trafili do Kanady, gdzie spędzili resztę życia. Krasnodębski dowodził 303 Dywizjonem w tym bardziej gorącym okresie i zdążył powalczyć jeszcze we Francji. Koc włączył się do walk na Zachodzie później, ale był wyraźnie skuteczniejszy. „Lista Bajana” przyznaje Krasnodębskiemu 1/3 zestrzelenia i sytuuje na 368 miejscu. Koc ma na koncie 4 i 1/3 zestrzelenia co wynosi go na 50 miejsce Listy. Obaj dla przedwojennej Polski wiele ryzykowali, dzielnie walczyli i nic dziwnego, że społeczność Południowego Podlasia stara się zachować o pamięć o Bohaterach. Jedną z takich inicjatyw jest organizowany w Gminie Borki koło Woli Osowińskej Bieg Pamięci Dywizjonu 303. Odbywa się on od kilku lat, w lipcu, blisko daty urodzin Zdzisława Krasnodębskiego. Tegoroczny bieg odbył się w Starej Wsi 13 lipca, w niedzielę. O nim właśnie będzie poniżej.

Pilota „Powrót z gwiazd”

Na bieg jechałem z Wisznic słuchając audiobooka „Powrót z gwiazd” Stanisława Lema. Lem – wiadomo – klasyka polskiego SF i wstyd się przyznać, że jakoś ten pisarz był mi nie po drodze i nie pamiętam, abym wcześniej coś Lema czytał. Może w okresie młodzieżowym? Teraz, jadąc na bieg poświęcony pilotom zbiegiem okoliczności słuchałem powieści fantastycznej o losach pilota…, tyle że kosmicznego. Książka opowiada o człowieku, który wyleciał z misją kosmiczną jako pilot-astronauta w podróż trwającą 10 lat. Wraca na Ziemię, gdzie w wyniku paradoksu czasowego Einsteina czas mijał dużo szybciej i gdzie kalendarz przesunął się już o ponad 100 lat. Jego bliscy, znajomi w olbrzymiej większości nie żyją. Jak się czytelniku domyślasz bohaterowi książki trudno sprostać realiom pełnym nowinek technologicznych, które upowszechniły się po odlocie. Nie to jest jednak sednem książki. Sednem jest przedstawienie zmian socjologicznych i psychologicznych w społeczeństwie, z którymi teraz musi się zmierzyć główny bohater, niczym neandertalczyk odmrożony z bryły lodu i ożywiony. Najbardziej doniosłą zmianę wprowadziła „betryzacja” – zabieg chemiczny/medyczny, który zabił w ludziach skłonność do agresji i ryzyka. Nowe społeczeństwo tworzą potulne baranki. Wojen nie ma, nikt się z nikim nie bije, nie gwałci. Nie trzeba pracować, całą pracę wykonują roboty – takie jakieś w mowie i zachowaniu przerażająco ludzkie. Za hotel nie płacisz, za jedzenie nie płacisz. Utopia, nie? Płacisz za dobra luksusowe, za turystykę. Zwierzęta takie jak lwy możesz bez strachu wyczochrać i nic ci nie zrobią bo są także „betryzowane”. Ciekawe, że aby mieć dzieci trzeba wpierw ukończyć studia... z ich posiadania i wychowania. Te, jak już się urodzą są poddawane wychowaniu w różnorodności i w potulności. „Betryzacja” jak to jest dosłownie napisane (w audiobooku przeczytane) „zabiła człowieka w człowieku”. Ludzie zrezygnowali z eksploracji kosmosu bo uznano to za zbyt niebezpieczne. Nie uprawiają sportów ekstremalnych. Są chuderlawi i niscy. Kobiety drżą ze strachu przed nielicznymi mężczyznami, którzy nie byli „betryzowani” tak jak dziś drżałby każdy, wszedłszy do klatki tygrysa. Jednocześnie czują pociąg i fascynację, gdyż mężczyzna taki, targany namiętnościami, jest jakby bardziej naturalny. Wygląda na to, że ta „miękka klucha”, w którą zmieniono społeczeństwo jest taka tylko na powierzchni; tak jakby natura gdzieś tam w skrytości, ciągle upominała się o swoje. Świat wymalowany piórem Lema może się podobać, część elementów może kusić. Zero wojen, zero agresji, bezpieczeństwo, całe życie na samorealizację. Z drugiej strony ta pozorna utopia z masową indoktrynacją i psychiczną kastracją podejrzanie skłania się ku antyutopii. Ciekawa jest to książka od strony socjologicznej, z tego zdaje się Lem przecież słynie. Z drugiej jednak strony nie jest to literatura fantastyczna tak przyjemnie łatwa, jak współczesne książki takich autorów jak choćby Sapkowski, Kristoff, Sanderson, Piekara czy Grzędowicz. Współcześnie więcej jest dialogów, wartkiej akcji, zwrotów. Tu mamy dużo narratora, wyraźnie mniej dialogów, sporo rozkminiania psychicznych trudności i traum z podróży. Jeszcze nie skończyłem „Powrotu z gwiazd”, ale myślę, że warto po tę książkę sięgnąć. Ciekawa fantastyka socjologiczno-psychologiczna starej daty.

A bieg? Co z tym biegiem Paweł?

A tak, bieg. Dojechałem o dziesiątej trafiając bez problemu w okolice stadionu w Starej Wsi. Jadąc od Radzynia trzeba po prostu w Borkach skręcić w lewo. Gdy ujrzymy skupisko samochodów oraz chodzących po ulicy strażaków kierujących ruchem, znaczy, że to tu. Bieg miał się zacząć o jedenastej. Została spokojna godzina na przebranie i odbiór pakietu startowego. Czułem się w miarę fajnie. Nic mnie nie bolało, nie byłem przemęczony. Nastrój dopisywał. Mogłem ponarzekać na pogodę bo zamiast chmur zapowiadanych przez prognozę pogody było słonecznie i ciepło – około 25 stopni. Ludzie zapytani w kolejce o trasę opowiadali, że ta jest prawie w całości asfaltowa i pozbawiona cienia. A zatem szykowała się walka w słońcu na dystansie 11 kilometrów  i symbolicznych 303 metrów. To IX edycja biegu a nigdy tu wcześniej nie startowałem. Nie łudziłem się, że będę pierwszy dlatego też nie martwiłem się, którędy będę biegł. Po prostu będę biegł za tymi, co przede mną. By trochę złagodzić efekt skwaru tuż przed startem pobiegłem do rzeczki Bystrzycy 400 metrów dalej i zmoczyłem włosy. Na linii startu stanąłem z 88 zawodnikami. Plan był taki, aby biec tym razem na samopoczucie. Miałem Garmina, ale postanowiłem na ekran za dużo nie patrzeć. Jak się uda biec w okolicach 4:15 na kilometr to dobrze, ale nie chcę być niewolnikiem własnego zegarka. Bez sensu się napinać – od swojej życiówki i tak będę daleko a i ścisłej czołówce amatorów-biegaczy, z którymi będę się ścigać, z pewnością nie zagrożę.

Ruszyliśmy o czasie. Początek – oho – ze stadionu ostro pod górkę, potem skręt w prawo na asfalt i zaraz wybiegamy poza wieś. Przed nami podbieg pod dłuższą górkę i jeszcze pod wiatr. Wiem, że muszę tu ostrożnie dozować tempo – tak, aby nie zamarudzić ale i nie zagotować się już na pierwszym kilometrze. Biegnę w drugiej dziesiątce biegaczy i stopniowo przesuwam do przodu. Mijamy Maruszewiec i zmierzamy w stronę Tchórzewa. Trasa jest prosta, bez ostrych zakrętów. Bieg pod wiatr i pod słońce jest wymagający, ale nie kasujący. Chyba roztropnie dobrałem tempo. Około trzeciego kilometra pierwsze stoliki z wodą. Nie piję bo wiem, że na takim dystansie nie ma to sensu, tylko w pełnym biegu wylewam kubeczek na głowę. Do pierwszej połowy wyprzedziłem kilka osób. Czołówkę dłuższy czas widziałem biegnącą za czerwonym strażackim samochodem. W drugiej połowie biegu już zniknęła mi z oczu. Stawka koło mnie się rozciągnęła. Zastanawiałem się, jak będzie przebiegać dalsza część bo dotychczas pagórkowatość trochę mnie zaskoczyła. Dobiegniemy do 5,6 kilometra, agrafka i powrót tą samą trasą? Po 6 kilometrze wiem, że jednak nie. Stoją drugie stoliki z wodą, znowu tylko się polewam w biegu. Zaraz za nimi skręciliśmy w prawo w asfalt ale węższy i bardziej drugorzędny niż ten, którym biegliśmy dotychczas. Jest dająca ochłodę kurtyna wodna. Pagórki też są, ale wyraźnie mniejsze. Zdarzają się pojedynczy kibice zagrzewający biegaczy do wysiłku. W tej drugiej połowie trasy, która układa się w jedną, dużą pętlę  jest łatwiej, jakby więcej zbiegów, tak, jakby trasa opadała. Na „ogonie” siedzi mi biegacz w pomarańczowej koszulce (Jacek Bazela z Chełma, kategoria M20 - pozdrawiam) mądrze kryjąc się przed wiatrem za moją sylwetką. Pewnie zrobi to, co ja bym zrobił na jego miejscu czyli na ostatnim kilometrze wyprzedzi. Wyprzedza rzeczywiście, już na dwa kilometry przed metą. Ostatni kilometr jest przyjemny bo dobiegamy na szczyt pagórka w Maruszewcu: tego, na który wbiegaliśmy na drugim kilometrze startu i teraz zostaje tylko zbieg do mety w Starej Wsi, już wyraźnie widocznej i słyszalnej. Jacek jest ze 20 metrów przede mną. Jeszcze się czujnie ogląda co jakiś czas, czy nie zechcę na końcówce powalczyć. Nie zechcę. Za mną nie ma nikogo blisko więc biegnę sobie w psychicznym komforcie akceptując pozycję, na której jestem. Fizycznie też czuję się dobrze. Nie mogę napisać, że mógłbym pobiec dużo szybciej bo nie, ale nie czuję się też „zadziabany”. Solidnie, zdrowo zmęczony, ale wszystko pod kontrolą. 

Na metę wbiegam jako 11 zawodnik OPEN na 88. Czas 49:20 netto i brutto. Zajmuję 3 miejsce w kategorii wiekowej M40 na 27. Garmin pokazuje, że biegłem średnim tempem 4:22. Niestety kilka sekund wolniej od planowanego 4:15 ale i takich pagórków się nie spodziewałem. Słońce też nie pomagało. Startówki od INOV-8, które z obawą na bieg założyłem nie zabiły mnie. Lekko tylko odparzyłem sobie spód lewej stopy od tego klepania o asfalt. Garmin słodzi mi, że dyszkę mijałem o 10 sekund szybciej, niż na pikniku Biegowym Biała Biega miesiąc wcześniej. Ha, schudłem do 80 kg to i lżej się biega. W dobrym nastroju, mile zaskoczony perspektywą odebrania pucharka za 2 miejsce w kategorii (pierwszy z M40 był nagradzany w pierwszej trójce OPEN dlatego przesunąłem się w dekoracji kategorii z 3 na 2 miejsce) spędzam czas pod parasolami rozmawiając ze znajomymi biegaczami z Białej Podlaskiej  i okolic. Wracam do Wisznic w przeświadczeniu, że to był dobry bieg, dobry czas i fajnie spędzona lipcowa niedziela. 

W biegu na 11.303 km najlepszy wynik uzyskał Piotr Maciejewski z Lublina (42:27), w biegu na 3.303 km Mateusz Śliwiński także z Lublina (12:22) a w marszu Nordic Walking na 5.303 km Sylwester Męczyński z Misiów (30:17). Gratuluję! Pełne wyniki opublikowano na stronie time2go.pl


sobota, 27 stycznia 2024

2023 – podsumowanie roku

Na mecie setnej edycji najstarszego maratonu w Europie

Sport

Miniony rok był pod względem aktywności ruchowej dla mnie rokiem ustabilizowania na poziomie 3=. Weźmy najpierw bieganie. Przebiegłem 1517 kilometrów. Miesięcznie było to od 60 do ponad 200 kilometrów. Około 300 km więcej, niż w 2022 roku. Za mało, aby mówić o formie na zawody, ale wystarczająco, aby bez trudności przebiec sobie treningowo 10-20 km. Ot tak, ruszam się sportowo dla zdrowia, samopoczucia i sylwetki. Dlaczego tak mało? Powody są prozaiczne: brak czasu, kontuzje, choroby, coraz starszy wiek i świadomość, że musiałbym bardzo dużo wysiłku włożyć, aby wrócić do ścigania. Zwyczajnie mi się już nie chce. Ponadto odkrywam inne aktywności, które są dla mnie nowe i ciekawe.


Dla towarzystwa i przygody wystartowałem w kilku biegach. Największym z nich był 100. maraton w Koszycach na Słowacji. Pewnie normalnie bym się na to nie zapisał, ale że spora grupa znajomych jechała, że dałem się namówić ponad pół roku wcześniej na zapisanie i opłacenie startowego, to nie było rady – musiałem pojechać. Ostatecznie nie żałuję, bo było naprawdę fajnie. Turystyczno  - towarzysko oczywiście, bo wynik 3:23 trudno uznać w moim przypadku za rewelację. Owszem - jak na to moje bieganie po 120 km w miesiącu, myślę, że w porządku. 

    Trochę jeździłem na rowerze. Ba, kupiłem nawet nowy rower MTB z myślą o szybkim pokonywaniu płaskich ścieżek leśnych i polnych. Nastawiałem się na bicie prywatnych rekordów na szlakach turystycznych w moim regionie, ale nie wyszło. Zamiast tego zwiedzałem te szlaki z przyjaciółmi, którzy tak jak ja, lubią turystykę, region, przyrodę i historię. Tempo było na wskroś turystyczne, z przystankami w miejscach ciekawych, opowiadaniem o ich historii. W ten sposób objechałem kilkukrotnie zielony Bialski Szlak Pamięci Narodowej (40 km), potem żółty szlak z Janowa Podlaskiego do Międzyrzeca Podlaskiego (50 km) a na końcu – już w dwa dni - niebieski szlak z Białej Podlaskiej do Hanny (70 km). Zwiedzaliśmy też gminę Leśna Podlaska, gdzie mieszka kolega. Roczny kilometraż rowerowy – 500 km – jest niewielki, ale zawsze to coś.

Szlaki turystyczne Południowego Podlasia


    SUP – czyli deska do wiosłowania na stojąco. Jeśli mam mówić o sukcesach to chyba tylko na tym polu. 3 i 4 maja przepłynąłem rzeczkę Krznę właściwą, która przepływa przez Białą Podlaską. Zrobiłem to wiosną bo tylko wtedy jest na tyle wysoki poziom wody, że da się to zrobić. 69 km zrobiłem w 2 etapach: pierwszego dnia 34 km trasy Międzyrzec – Biała, drugiego dnia 35 kilometrów z Białej do Bugu. Było przede wszystkim ekscytująco i ciekawie. Fizycznie nie sterałem się za bardzo. Próg moich możliwości jest znacznie powyżej 6 godzin wiosłowania dziennie, co pokazały kolejne wyzwania na SUP.

W czerwcu przyszła operacja wyjęcia zespolenia ze złamanej ręki. Po zagojeniu rany i zdjęciu szwów, w sierpniu ruszyłem znowu na wodę. Tym razem na coś większego – na Bug. W dwudniowej wyprawie z namiotem i śpiworem na desce zrobiłem odcinek od Serpelic (Bug przy granicy z Białorusią) do mostu Małkinia/Treblinka. 73 km pierwszego dnia, 41 drugiego; razem wyszło 114 km. We wrześniu, już nie samotnie a z koleżanką z SUP-owego forum zrobiliśmy drugi odcinek: Z Małkini do ujścia Bugu do Narwi w Zegrzu, potem Zalewem Zegrzyńskim do zapory Dębe, dalej po przenosce już do ujścia Narwi do Wisły w Nowym Dworze Mazowieckim. Wyszło razem 127 km w dwa dni. W sumie w sierpniu i wrześniu tego roku przepłynąłem cały polski Bug plus dolny odcinek Narwi, do Wisły. Bywało, że wiosłowałem po 11-12 godzin. Było świetnie. Tak, wiem, że nie było z tego relacji na blogu. Może to nadrobię w najbliższym czasie.

Na jeziorze Rokola koło Otwocka

Plastyka

Coś tam robiłem na tym polu, ale niewiele. Znowu – brak czasu. Malowaniem zajmowałem się tylko na początku 2023 roku, gdy po raz kolejny złapałem COVID-a. Byłem uziemiony w domu i dzięki temu mogłem dokończyć wcześniej zaczęty obraz „Sielanka w Romanowie” albo „Kajetan przyjmuje gości”. Obraz spory jak na mnie bo 60x90 cm. Akryl na płótnie, mocno tradycyjny, wręcz cepeliowy. Nie uznaję go za zbyt udany, końcówka mnie męczyła. Trafnie odgadł moje perypetie jeden z lokalnych artystów, który oglądając obraz w galerii skomentował, że budynek wyszedł świetnie, zaś do wykończenia obrazu, jakbym nie miał już serca. Tak było. Koniec końców cieszę się, że pracę doprowadziłem do końca. Nie lubię zostawiać rzeczy niedokończonych.



Druga rzecz to model kartonowy samolotu RWD-8 PWS z wydawnictwa „Mały Modelarz”. Samolot ukończyłem 26 listopada 2023 roku, dokładnie dzień przed 100. rocznicą powstania Podlaskiej Wytwórni Samolotów w Białej Podlaskiej (27 listopada 1923). Skleiłem go dosyć szybko, bo chciałem zdążyć na rocznicę. Model zaprojektowany przez Krzysztofa Dolnego był w miarę łatwy i jestem z niego zadowolony. Żałuje, że nie sklejałem w tym roku więcej.


Gry

Gothic III – gra z otwartym światem (sandbox) z dodatkiem Zmierzch bogów. Kilka lat wcześniej ukończyłem też Gothic I i II z dodatkiem. Wrażenia? Tak, to wielka saga i słusznie ma status legendy. Jedynka i dwójka to niezbyt duże światy, ale ze świetnym klimatem. Trójka jest z tego rodzeństwa najmłodsza. Ma duży świat, piękną grafikę i oprawę muzyczną, którą stanowi klimatyczna muzyka chóralna. Do dziś jej czasem słucham, gdyż jest tak jak inne ścieżki dźwiękowe, dostępna na YT.

Niestety część trzecia zatraciła w pewnym stopniu klimat dwóch pierwszych części. Inne wady to mała inteligencja wrogów (biję jednego, pięciu patrzy i czeka na swoją kolejkę) i brak możliwości nanoszenia na mapę swoich notatek. Do tego nudna, powtarzalna zawartość skrzyń, porozrzucanych po polach i lasach. Dziwne przedmioty nie wiadomo do czego (grabie, szpadel, piła, szczotka itp.). Zdarzają się błędy, lagi, wchodzenie w głazy, ściany, itp. 

Pomimo tego narzekania, trójka JEST dobra. Obszedłem i spenetrowałem dokładnie Myrtanę i Nordmar. Natomiast na pustyni Varan z Asasynami już prawie questów nie robiłem, gdyż nie mogłem. Byłem bardzo mocny i asasyni widząc mnie, od razu atakowali, tak jak orkowie. Nie było szans na rozmowę. Nie odnalazłem 1 z 12 ognistych pucharów. Wybrałem służbę Inosowi, wsparłem króla Rhobara, zapewniłem ludziom na długo pokój. Wypędziłem Orków. Nie stanąłem po stronie Xardasa, który chciał wybrać trzecią drogę, pomiędzy dobrym Inosem a złym Beliarem.

Dodatek – Zmierzch Bogów miał opinię słabizny kalającej zasłużoną serię. Rzeczywiście, dialogi są tu słabe. Jeśli mnie pamięć nie myli, jacyś hindusi ten dodatek robili i w ogóle nie czuli klimatu gry. Pomimo wszystko przeszedłem. Da się? Da. Trzeba zjednoczyć Myrtanę więc nie ma tu pustyń i śniegów. Bohater robi questy dla dawnych kolegów,  którzy się ze sobą powadzili. Dla Inoga i Anoga, Gorna i Lee. Thorus knuje z Orkami. Uciekł, ale przywołał bestię. Łatwo się ją zabija. Zostałem na koniec królem Myrtany jako Rhobar III.

Polecam sagę Gothic, ale trzeba być wyrozumiałym dla grafiki, gdyż odbiega od dzisiejszych standardów. Muzyka i klimat się nie zestarzały ani o jotę.

Tak się kończy Gothic III z dodatkiem


Książki

W 2023 roku przeczytałem a częściej przesłuchałem 34 książki. Były niektóre dłuższe, niektóre krótsze; rzeczy słabe i ciekawe. Co podobało mi się najbardziej?

Zdjęcie: wydawca audiobooka

IGOR JANKE – NAPASTNIK
 
Biografia Viktora Orbana. Audiobook z wydawnictwa fundacji Wolnedzwieki.pl. Pierwsze wydanie papierowe pochodzi z 2012 roku. Czyta Maciej Kowalik. Czas 8 godzin, 54 minuty, 39 sekund.

 Dobra książka pisana przez człowieka, który poznał bohatera swojej książki osobiście. Jest w niej sporo ciekawostek o historii Węgier i o życiowej drodze, jaką przeszedł Orban: od niepokornego studenta po przywódcę państwa. Co na przykład? Niewielu wie, że wywodzi się z rodziny kalwińskiej i początkowo był liberałem oraz antyklerykałem. Ba, fanem naszego Michnika! Dopiero żona katoliczka zrobiła go konserwatystą. Jest zapalonym piłkarzem i kibicem; ma pięcioro dzieci a jednym z jego ulubionych filmów jest western "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie", który obejrzał kilkanaście razy. Jego partia jeszcze bardzo liberalna we wczesnym stadium istnienia, miała tendencje do wspierania normalności. Jej plakat wyborczy z 1990 roku okraszony był dwoma zdjęciami. Na zdjęciu u góry dawali sobie obleśnego buziaka dwaj starzy komuniści (Breżniew i Honecker), na dolnym zdjęciu całowali się młody chłopak z dziewczyną. Pomiędzy oboma zdjęciami widniał napis „tessek valasztani” (proszę wybrać). Postać Orbana jest szczególnie ciekawa w czasach obecnych: gdy na Ukrainie zachodni żydo-marksizm kulturowy bije się o dochody i wpływy z imperializmem rosyjskim on zachowuje postawę podmiotową nie dając się szczuć na żadną ze stron i mając na względzie przede wszystkim interesy własnego narodu, państwa i religii. Zauważalną stałą w całej polityce Orbana jest wyraźnie antymarksistowska postawa. W młodości walczył o uwolnienie swojego kraju spod wpływów komunistów radzieckich; dziś gdy ideały rodem z ZSRR rozbrzmiewają częściej w Brukseli niż w Moskwie - Orban także je kontestuje.

Plakat wyborczy Fideszu z 1990 r.


Poniżej jeden z moich ulubionych fragmentów, o tym jak w 2012 roku rozegrał w Parlamencie Europejskim debatę na temat zagrożeń demokracji na Węgrzech:

„Kiedy Orban powiedział, że zaprasza swoich przeciwników na kolację Cohn-Bendit znów poprosił o głos. - Zaprosił nas pan na kolację, ale myśmy stracili apetyt. Nie chcemy z panem jeść kolacji. Te słowa w Budapeszcie wywołały wściekłość. Na zakończenie debaty Orban odpowiedział twardo. - 

Nasza wspólnota polityczna musi uświadomić sobie, że idee które my reprezentujemy, niestety również na tej sali nie cieszą się poparciem większości. Bez cienia wątpliwości nasze ideały są chrześcijańskie, opierają się na odpowiedzialności jednostki. Ważne są dla nas pozytywne uczucia narodowe zaś rodzinę uważamy za fundament przyszłości. Być może wielu ma inny pogląd na te sprawy ale niezależnie od tego nasze stanowisko pozostaje wciąż europejskie. Być może z tymi ideałami jesteśmy w Europie w mniejszości ale to wciąż są poglądy europejskie i wolo nam swoje przekonania reprezentować. Państwo być może nie zgodzą się ze zdaniem, które teraz zacytuję ale osobiście wyznaję pogląd Roberta Schumana (jeden z ojców jednoczącej się Europy po II WŚ – P.P.), że europejska demokracja albo będzie chrześcijańska, albo nie będzie jej wcale. I to też jest europejski pogląd, szanowne panie i panowie. 

Słowa Orbana wywołały entuzjazm na Węgrzech. Efekt debaty w kraju był niezwykły. Trzy dni później na marsz pokoju w obronie Orbana przyjechało blisko pół miliona ludzi.  Pół miliona w dziesięciomilionowym kraju. To tak, jakby w Polsce na demonstrację w obronie rządu przyszły 2 miliony, a w Waszyngtonie 12 milionów ludzi. Laszlo Csizmadia był jednym z głównych, obok Bayera organizatorów marszu. Nieśliśmy transparent „NIE CHCEMY BYĆ KOLONIĄ”.


Zdjęcie: wydawca audiobooka

IWONA KIENZLER – KASIARZE, DOLINIARZE I ZWYKŁE RZEZIMIESZKI. PRZESTĘPCZY PÓŁŚWIATEK W II RP
 
Ładny digipack z jednym CD. Czyta Krzysztof Plawako-Szczerbiński. Czas 8 godzin i 6 minut. Wydawnictwo Lira i Storybox (audiobook). Copyright: Heraklon 2019.

Książka o przestępcach międzywojennej Polski zapisana przez autorkę, która ma na koncie ponad 80 książek. Popularyzatorka historii, pisze sporo o kobietach, zwłaszcza relacje z podróży. Wiele z ciekawostek opisanych w książce pochodzi z detektywistycznego czasopisma wychodzącego przed wojną pod tytułem „Tajny Detektyw”. Znowu, z tej kopalni ciekawych  faktów możemy wymienić tylko przykładowe. Autorka w swoim popularnym opracowaniu pisze na przykład, że prostytucja kwitła pod zaborami gdyż zaborcy z nią nie walczyli. Stanowiła dla nich  element wynaradawiania Polaków. Aż 30%-40% prostytutek w Argentynie było Polkami stąd osoby trudniące się tym procederem zwano „La Polaca”. W Warszawie działało ok 3479 prostytutek zarejestrowanych a licząc z niezarejestrowanymi (szara strefa) - ok 5000. Ogrom! Zwykle miały one poniżej 18 lat, a często były to 14 latki (pomimo że prostytucja nieletnich była nielegalna). Właścicielką kilku dobrze prosperujących domów publicznych w Warszawie była "Ciocia Kujawska". Potem jej biznes przejął „Tata Tasiemka”. Homoseksualiści spotykali się na Placu Napoleona. Autorka pisze, że PPS była organizacją terrorystyczną i nie ma w tym krzty przesady. Ich działalność to także uwalnianie więźniów, napady na banki, pociągi czy sklepy monopolowe. W tych akcjach czasem ginęły przypadkowe ofiary cywilne. W Łodzi Organizację Bojową PPS rozwiązano bo miała za dużo powiązań z światem przestępczym. Słowo „terroryzm” nie było nacechowane jednoznacznie negatywnie: u Piłsudskiego w „Robotniku” był dział "Kronika terrorystyczna" poświęcony zamachom. Autorka pisze sporo o złodziejach, którzy "żyli z pracy rąk własnych i zawartości cudzych kieszeni". Jest o więzieniu na Świętym Krzyżu – polskim Alcatraz oraz o Stefanie Ossowieckim - jasnowidzu, który urządzał seanse spirytystyczne dla Piłsudskiego. Nie sposób tu wymienić wszystkich ciekawostek. Zainteresowanych odsyłam do ciekawej książki.

Do moich ulubionych fragmentów  należy ten o mafii warszawskiej:

„O władzy „Taty Tasiemki” (Łukasza Siemiątkowskiego z Milanówka – P.P.) w przestępczym półświatku przekonał się na własnej skórze generał Felicjan Sławoj-Składkowski, który jak wcześniej wspomniano padł ofiarą kradzieży kieszonkowej podczas pogrzebu generała Daniela Konarzewskiego. Pikanterii sprawie dodawał fakt, iż Składkowski był Ministrem Spraw Wewnętrznych. 

- Jestem więc okradziony! Ładny kawał! Minister spraw wewnętrzny okradziony na oczach komisarza rządu oraz policji mundurowej i tajnej w sercu Warszawy - pisał potem. - Robi się zamieszanie i normalna praca Ministerstwa ulega gwałtownemu zakłóceniu. Ja z przełożonego staję się nagle poszkodowanym. Zjawiają się nagle naczelnicy ministerstwa bezpieczeństwa i komisariatu rządu i szczegółowo, rzeczowo, fachowo przepytują mnie patrząc na mnie jakby z wyrzutem, że narobiłem im takiego wstydu. Portfelu mi żal bo były tam fotografie i legitymacje. Pieniędzy dużo nie było ale szkoda no i wstyd oczywisty, jasny i prosty jak świeca. Jak taki minister innym ma zapewnić bezpieczeństwo jak sam ustrzec się od złodziei nie potrafi. 

Jak łatwo się domyśleć cala stołeczna policja została podstawiona na nogi ale z dość marnym skutkiem. Nie znaleziono sprawcy ani nie znaleziono portfela. Polscy stróże prawa chwycili się wówczas ostatniej deski ratunku: Zwrócili się o pomoc do "Taty Tasiemki". Siemiątkowskiego wezwano do śledczego komisariatu rządu, okazało się że "Tasiemka" był doskonale zorientowany w sprawie. 

- Słyszałem, słyszałem, takie nieszczęście. Kto nie słyszał. Cała Warszawa aż się trzęsie. Polskiego ministra portfela pozbawiać i to przed kościołem. To po tośmy żandarmów carskich strzelali żeby teraz jakiś łobuz, frajer głupi władzę rabował w naszej stolicy? Powiedział w trakcie rozmowy z funkcjonariuszem. Upewniam Pana Komisarza, że to nikt z naszych fachowców. Któż byłby taki głupi, żeby dla marnych pieniędzy wszystkim się narazić? Wiem, że Panu bardzo przykro, ale czy mnie też przyjemnie tu do Pana Komisarza być zaproszonym? Jeszcze kapusia z człowieka zrobią i uczciwego obywatela szpiclem ogłoszą... Pan Komisarz mówi, że głównie o portfel ze zdjęciami i legitymacjami chodzi a pieniądze nieduże mogą zostać u znalazcy. No dobrze - to już łatwiej będzie takiemu durniowi przetłumaczyć, żeby zwrócił.... Nic mi się Panie Komisarzu nie należy za fatygę i kosztów żadnych nie miałem i mieć nie będę. Zawsze gotów jestem bezinteresownie pomóc władzy a jeszcze w takiej sprawie!? 

Siemiątkowski stanął na wysokości zadania i już następnego dnia listonosz przyniósł do Ministerstwa portfel wyjęty z którejś ze stołecznych skrzynek na listy. W środku znaleziono fotografie i legitymacje, na których odzyskaniu tak bardzo zależało ministrowi. A w przegródce na banknoty zamiast pieniędzy widniała kartka, na której twardym ołówkiem stało naskrobane dużymi literami: "Panie miniszcze - trza lepiej pilnować złodziejów".

- Kartkę po zaparafowaniu przekazałem Naczelnikowi Wydziału Bezpieczeństwa jako tam przynależną - wspinał Składkowski.  Owa adnotacja umieszczona na znalezionej w portfelu kartce była niewątpliwie dziełem samego Siemiątkowskiego, który jako półanalfabeta miał poważne problemy z zasadami polskiej pisowni. Pytanie tylko, jak w takim razie zdobył fotel radnego wielkiego europejskiego miasta a potem się na nim utrzymał?”



HENRYK SIENKIEWICZ – LISTY Z PODRÓŻNY DO AMERYKI 
Audiobook ściągnięty z Librivox. Czyta Piotr Nater: taki sobie lektor-amator. Trochę za cicho, ale da się słuchać.  330 MB, 23 pliki mp3.

Sienkiewicz - mistrz polskiej powieści historycznej, noblista. Miał bardzo duży wpływ na kształtowanie postaw patriotycznych kolejnych pokoleń Polaków o czym świadczy o tym choćby to, że w czasie drugiej wojny światowej w polskiej konspiracji pełno było różnych „Zagłobów”, „Kmiciców”, „Bohunów” czy innych bohaterów jego twórczości. Warto czytać Sienkiewicza także dziś.

O Trylogii i o listach z podróży do Afryki pisałem już  TUTAJ. Tym razem wpadły mi w ręce listy z podróży do Ameryki i to od razu w wersji papierowej i w wersji audiobooka. To rzecz dłuższa niż listy z podróży do Afryki. Jest sporo humoru i ciekawe opisy Francuzów, Anglików, Amerykanów, Nowego Yorku, Murzynów, Indian, skwaterów (osadników) i Meksykanów. Co najbardziej wartościowe: autor pisze nie będąc zakneblowanym przez dzisiejszą poprawność polityczną a zatem oddaje rzeczywistość bardziej prawdziwie. Poświęca uwagę sytuacji kobiet w USA, wspiera ich emancypację. Żałuje Indian, ale i zauważa negatywne cechy tej społeczności – brud, kłamstwo, złodziejstwo (?). Podobnie jest z wieloma innymi nacjami czy środowiskami. Świetna rzecz. Czytając warto przejrzeć przypisy bo jest tam sporo wytłumaczonych słów starych, dziś trudno zrozumiałych.

Jeden z fajniejszych, wesołych fragmentów znajdziemy już na początku książki:

„Pewnego poranku przyszedłem do redakcyi i wziąwszy do ręki jedno z pism naszych, począłem je czytać. Było to jakoś w owym czasie, w którym odcinek mój o zelantkach zjednał mi taką sympatię w niektórych sferach naszego społeczeństwa, że stałem się dla nich polnym marszałkiem wszelkich zastępów piekielnych. Zewsząd groziły mi niebezpieczeństwa. Chevalier Zielonogłowski, który już nieraz poprzednio wołał w celu ukarania mnie „o szpadę ojców swoich”, o mały włos nie zabił mnie w pojedynku, ale nie zabił tylko dlatego, że nie wyzwał; [...]

Rozmyślałem tak tedy długo, a żal coraz większy i coraz większa skrucha ogarniała serce moje, gdy nagle usłyszałem swoje nazwisko wymówione w przedpokoju redakcyjnym. Ktoś pytał się woźnego, czy może widzieć się ze mną.

„Wielki Boże!” — pomyślałem sobie. „To zapewne chevalier Zielonogłowski ze „szpadą ojców swoich”.

I zdjął mnie strach przed „szpadą ojców” kawalera Zielonogłowskiego. „Co to będzie? Co to będzie?” — pytałem się sam siebie.

Tymczasem drzwi otworzyły się. Do redakcji wszedł jakiś dżentelmen mający koło sześciu stóp wzrostu, ze wspaniałą jasną brodą.

— Czy z panem Litwosem mam honor mówić? — spytał niskim, basowym głosem, który przypominał mi ryk lwa.

— Czym panu mogę służyć? — odpowiedziałem z uprzejmym pośpiechem, robiąc rękoma z tyłu rozpaczne wysilenia, aby dostać się do laski stojącej w kącie, która jak na złość zsunęła się właśnie na ziemię.

— Czy to pan pisuje „Chwilę obecną”?

„Stało się!” — pomyślałem.

— To jest… właściwie… Bo to widzi pan, czasami reporterowie przynoszą mi mylne fakta… Ale z kimże mam honor?

— Jestem X z Poznańskiego.

Odetchnąłem, albowiem nigdy nic nie pisałem o Poznańskiem.

— A więc pan z Poznańskiego?

— Tak, panie.

— Ach, to właśnie cieszy mnie niewymownie. […]”



MICHEL HOUELLEBECQ – ULEGŁOŚĆ
Z Houellbecqiem mam problem. To moja druga powieść tego głośnego, francuskiego autora i wrażenia mam znowu mieszane. Autor bez krępacji przedstawia zgniłą stronę cywilizacji Zachodu. Człowiek nie chce się w tym babrać, tak samo jak nie chce zaglądać do śmierdzącego garnka ze skisłą zupą. A jednak gdzieś w tym ponurym obrazie widać nie raz promyk światła, który daje nadzieję.

(UWAGA – W TYM AKAPICIE SPOILER!) „Uległość” opowiada o przejęciu władzy we Francji przez Bractwo Muzułmańskie. Wydarzenia obserwujemy oczami głównego bohatera, literaturoznawcy. Jest to pracownik naukowy jednej z paryskich uczelni. Niby człowiek z doktoratem, wykształcony, a jednocześnie życiowo zagubiony. Coś tam czasem napisze do periodyku o dziewiętnastowiecznej literaturze, w domu chędoży w tyłek młodą Żydówkę, studentkę. Gdy okazuje się, że muzułmański kandydat wygrywa wybory bohaterowi strach zagląda w oczy. Najpierw szuka ucieczki w chrześcijaństwie, usiłując zbadać trop Jorisa-Karla Huysmansa (czytaj: Łismounta) – libertyńskiego pisarza francuskiego, który z czasem nawrócił się na katolicyzm. Ostatecznie wygrywa pokusa uległości. Bohater powieści zachęcony perspektywą kariery na nowym, już muzułmańskim uniwersytecie, posiadania wielu żon, w tym nastolatki do posług łóżkowych, skłania się ku islamowi.

Houellbecq pokazał, że lewica, gdy będzie miała alternatywę tylko w postaci nacjonalisty, z nienawiści do rodzimej prawicy, prędzej zagłosuje na umiarkowanego w swoim mniemaniu muzułmanina. Podobnie ciekawie przedstawił swojego kolegę z pracy, dawniej tożsamościowca (Generation Identitaire), który odnajduje w islamie wiele konserwatywnych wartości i z czasem z pozycji skrajnie prawicowych przechodzi na islam.

Autor w licznych miejscach książki odwołuje się do literatury chrześcijańskiej i antyislamskiej znanej także nad Wisłą. Wymienia Orianę Fallaci, historyka cywilizacji Toynbeego, klasyczną pracę Gibbona o upadku Imperium Rzymskiego. Wspomina o organizacji nacjonalistycznej Generation Identitaire. obecnie zdelegalizowanej. Lata temu, gdy interesowałem się Orianą Fallaci, oglądałem na You Tube jej manifest (z napisami w wersji polskiej). Dziś dociekliwi internauci musieliby go szukać gdzieś, po drugiej stronie lustra. Były też rzeczy dla mnie nowe. Czytając „Uległość” dowiedziałem się o podobno bardzo dobrych książkach Jorisa-Karla Huysmansa i kiedyś chciałbym je przeczytać/przesłuchać. 

Przywołując Toynbiego autor przypomina, że wg niego cywilizacje nie upadają pod agresją z zewnątrz, lecz popełniają samobójstwa. Smutne, ale chyba również prawdziwe zdanie pojawia się o Kościele katolickim: że już się poddał liberalizmowi. Ciekawą uwagą jest także to, że muzułmanie wchodząc w koalicję będą zainteresowani przejęciem władzy jedynie nad kluczowymi resortami. Dla komunistów po 1945 roku były to jak wiemy resorty siłowe. Dla francuskich muzułmanów według fikcji Houellbecqa będą to resorty odpowiedzialne za edukację (arcyważne jest kształtowanie świadomości młodych pokoleń), oraz za demografię (bo najważniejsza jest liczba „szabel”, którą ruch polityczny dysponuje). 

Dziwny ten Houellbecq dla mnie – odpychający ale i proroczo trafny zarazem. Na pewno pisarz niebanalny. 


Podsumowanie

Niestety brak czasu związany z pracą na grubo ponad etat, z pewnymi inicjatywami zawodowymi dotyczącymi pisania o historii, o których tu na blogu nie wspominam oraz z operacją po skomplikowanym złamaniu przedramienia sprawiły, że miniony rok nie był obfity w sukcesy sportowe czy plastyczne. Niemniej był to rok dobry. Ruszam się, działam, na miarę swoich możliwości. Być może za dużo tego wszystkiego jest i próbuję złapać zbyt wiele srok za ogon. Stąd wszystko po trochę i po łebkach. Gdybym się skupił na czymś jednym – byłoby inaczej. Dodatkowo coraz częściej spędzam czas grając na uczelni w gry planszowe. Cóż jednak zrobić, skoro jest fajnie i to kusi?


Zobaczymy, co przyniesie kolejne 12 miesięcy. Życzę Wam wszystkiego najlepszego w Nowym Roku. Pokoju na świecie, Wiary w Boga, Czystego środowiska i osobistej pomyślności.

wtorek, 14 listopada 2023

Leigh Bardugo – uniwersum griszów. Recenzja

  



    Wśród blisko 30 książek, które przeczytałem, a częściej przesłuchałem w tym roku były dwie autorstwa Leigh Bardugo – amerykańskiej Żydówki. Pisarka żyje sobie w Hollywood, gdzie tworzy młodzieżowe fantasy (Young Adult). Zachęcony opisem oraz pozytywnymi recenzjami (8.3 - 8.5 na lubimyczytać.pl) zakupiłem w Dedalusie – taniej książce na Chmielnej – dwa audiobooki tej autorki. Pierwszy to „Szóstka wron” (2015), druga „Królestwo kanciarzy” (2016). Oba składają się na dylogię osadzoną w uniwersum griszów.


„Żadnych żałobników. Żadnych pogrzebów”


    Historia opowiada o grupie młodzieżowych złodziejaszków żyjących w biednej dzielnicy Ketterdamu: miasta wzorowanego na Amsterdamie, gdzie rządzą kupcy a bogiem jest handel. Gang włamuje się, kradnie, zabija jeśli trzeba a także walczy z innym gangiem zwącym się „Lwy za dychę”. Konkurencję stanowią także niektórzy kupcy, którzy od pospolitych przestępców różną się jedynie strojem, majątkiem i miejscem zamieszkania. 


W tomie pierwszym znajdziemy opis wyprawy grupy złodziei poza Ketterdam, do trudno dostępnej fortecy. W tomie drugim dziejącym się już w rodzimym mieście dochodzi do ostatecznego rozrachunku pomiędzy bandą a dwoma głównymi, czarnymi charakterami cyklu.


Autorka stworzyła całkiem ciekawe uniwersum. Są w nim różne państwa, rasy, które ze sobą współpracują bądź walczą: lodowi wojownicy Druskele mający u boku psy bojowe Isenulfy, ceniący honor i walkę. Kojarzą się z Wikingami. Są eko wiedźmy – grisze, na które polują Druskele. Są jacyś nowoziemcy, ciałobójcy, akwatycy potrafiący władać żywiołem wodnym, formatorki potrafiące zmieniać ludziom fizis. Jest groźny narkotyk – parem. Jest miłość, jest i walka. Czarowania za dużo nie ma, ale pojawia się fragment, gdzie jeden z bohaterów animuje zwłoki wiezione na trupiej barce. 



Większość członków młodzieżowej bandy ma za sobą jakieś traumatyczne przejścia, które sprawiły, że są tam, gdzie są. Kaz – chodzący o lasce szef bandy, ze stoickim spokojem przewiduje pięćdziesiąt ruchów do przodu, niczym szachowy mistrz. W młodości stracił starszego brata i teraz szuka zemsty. „Zjawa” sprzedana przez handlarzy niewolników do lupanaru „Menażerii” miała podłą szefową - burdelmamę. Marzy o zwalczaniu procederu niewolnictwa.


"Mamo, tato, zapłać czynsz!

Nie da rady, nie mam czym!" 


    Dialogi są ogólnie dosyć ciekawe, co jest zaletą książek, a jednocześnie bywają infantylne, co z kolei jest ich wadą. No niestety – to nie literatura na poziomie piszącego podobne historie Brandona Sandersona  (cykl „Z mgły zrodzony”), z którym w pierwszej chwili skojarzył mi się cykl o griszach, ani tym bardziej Sapkowskiego czy Grzędowicza. Powieści Leigh Bardugo są słabsze i bardziej młodzieżowe. Ciekawy jest wykreowany świat. Może nie zaskakuje oryginalnością – wszak i złodziei, i nieuczciwych kupców, i wikingów już widzieliśmy po wielokroć – ale jest dosyć spójny. Dużym plusem książki są także zaskakujące zwroty akcji: nie ma nic gorszego, niż opowieść którą już od połowy czytelnik może samemu dopowiedzieć do końca. Autorka potrafi tworzyć sceny i momenty wzruszające, co podnosi jakość tworzonej przez nią literatury. Przyznam, że kilka razy łezka zakręciła mi się w oku i dziękuję autorce za te chwile wzruszenia.


Minusy? Oprócz „młodzieżowości”, naiwności niektórych historii czy dialogów jest też wątek homoseksualny. Jest jednak na tyle poboczny, że nie udaje mu się obrzydzić cyklu. Autorka przynajmniej uczciwie przedstawiła sprawę pokazując, że osoby dotknięte problemami psychicznymi tej natury miały wcześniej kłopoty w relacjach rodzinnych.


Część pierwsza podobała  mi się umiarkowanie. We własnym rankingu wystawiłem jej ocenę 3+ a podręczną recenzję pisaną na użytek prywatny zakończyłem słowami: „Podobać się będzie w slumsach Brazylii. Moralnie śliskie”. Nie czułbym żalu, gdybym nie przesłuchał drugiej części historii. Tak się jednak złożyło, że zakupiłem tom drugi i dobrze zrobiłem. W mojej ocenie „Królestwo kanciarzy” jest lepsze niż „Szóstka wron”: Bardziej wzruszające i mniej przewidywalne. Tom drugi oceniam na 4.


    Po zapoznaniu się z całością mogę spokojnie polecić cały cykl. Jak ktoś szuka przyjemnego, ale nie wybitnego fantasy - może rozważyć zanurzenie się w uniwersum griszów. Polecam oczywiście audiobooka, gdzie świetnym lektorem jest Janusz Zadura. Aha: Netflix  w 2021 roku nakręcił serial „Cień i Kość” na podstawie twórczości Bardugo z uniwersum grishów. Nie oglądam Neflixa, ale może ktoś z czytelników jest fanem tej telewizji – może poszukać serialu o griszach.


wtorek, 10 października 2023

X zamiast Facebooka. Polski Kodeks Honorowy

    Kilka miesięcy temu usunąłem swój prywatny profil facebookowy. I tak już coraz mniej tam pisałem, komentowałem a wyskakujące tam treści (najczęściej z nie do końca polskich portali typu Gazeta.pl, Tok fm, Onet, Plejada, Duży Format, Newsweek i podobnych) promujące różnego typu zwyrodnialstwa jako „nową postępową normę”, coraz częściej mnie drażniły. Można odnieść wrażenie, że im bardziej świat się odwraca i jednoczy przeciwko marksistom kulturowym, tym ci stają się bardziej wrzaskliwi i napastliwi. Choć sam święty nie jestem, co wie każdy kto mnie bliżej poznał, to nie chcę zbyt dużo z nimi obcować. Wystarczy, że przejrzę parę stron z wiadomościami i kilka innych, które je monitorują (np. Lewica Genitalna – screeny z wieściami ze „świata postępu”). Postanowiłem spróbować X (dawny Tweeter), gdyż być może Elon Musk nie jest aż tak bardzo umoczony, jak reszta zachodnich elit. Tam będą się ukazywały informacje o nowych wpisach na blogu.

A przy okazji: Facebookowi nie spodobał się mój wpis, w którym przytoczyłem fragment polskiej, przedwojennej książki dla gentlemanów, wydanej w II Rzeczpospolitej aż 8 razy. Współcześnie też jest wydawana. Podobno kłuci się z „wartościami” firmy Zuckerberga dlatego przytaczam tu ten wpis jeszcze raz. Wszak to nic groźnego - tylko historia minionej, wysokiej kultury.


Władysław Boziewicz - Polski kodeks honorowy


    Jeszcze na początku XX wieku istniał zwyczaj pojedynkowania się mężczyzn. W Polsce międzywojennej zasady pojedynków obowiązujące gentlemanów określone zostały w Polskim kodeksie honorowym, zwanym potocznie „Kodeksem Boziewicza”. Wydano go przed wojną aż 8 razy. Kodeks obowiązywał tylko ludzi honoru – za ludzi bez honoru Kodeks uznawał:


1. osoby karane przez sąd państwowy za przestępstwo pochodzące z chciwości zysku lub inne, mogące danego osobnika poniżyć w opinii ogółu;

2. denuncjant i zdrajca;

3. tchórz w pojedynku lub na polu bitwy;

4. homoseksualista;

5. dezerter z armii polskiej;

6. nieżądający satysfakcji za ciężką zniewagę, wyrządzoną przez człowieka honorowego;

7. przekraczający zasady honorowe w czasie pojedynku lub pertraktacji honorowych;

8. odwołujący obrazę na miejscu starcia przed pierwszym złożeniem względnie pierwszą wymianą strzałów;

9. przyjmujący utrzymanie od kobiet nie będących jego najbliższymi krewnymi;

10. kompromitujący cześć kobiet niedyskrecją;

11. notorycznie łamiący słowo honoru;

12.zeznający fałsz przed sądem honorowym;

13. gospodarz łamiący prawa gościnności przez obrażanie gości we własnym mieszkaniu;

14. ten, kto nie broni czci kobiet pod jego opieką pozostających;

15. piszący anonimy;

16. oszczerca;

17. notoryczny alkoholik, o ile w stanie nietrzeźwym popełnia czyny poniżające go w opinii społecznej;

18. ten, kto nie płaci w terminie honorowych długów;

19. fałszywy gracz w hazardzie;

20. lichwiarz i paskarz;

21. paszkwilant i członek redakcji pisma paszkwilowego;

22. rozszerzający paszkwile;

23. szantażysta,

24. przywłaszczający sobie nieprawnie tytuły, godności lub odznaczenia;

25. obcujący ustawicznie z ludźmi notorycznie niehonorowymi;

26. podstępnie napadający (z tyłu, z ukrycia itp.);

27. sekundant, który naraził na szwank honor swego klienta;

28. stawiający zarzuty przeciw honorowi osoby drugiej i uchylający się od ich podtrzymania przed sądem honorowym.


Cały Kodeks można przeczytać online: [LINK]

czwartek, 22 grudnia 2022

Herbertów trzech - 3/3

Frank Herbert

    To musiało być chyba w liceum, lata 90-te, kiedy czytałem powieść „Diuna” Franka Herberta. Pamiętam miękką okładkę i opasłe tomiszcze. Dla nastolatka, jakim wówczas byłem ciągnęło się to to, dłużyło się, ale dotrwałem do końca i generalnie wrażenia były pozytywne. Świat przyszłości, gdzie ludzie podróżują pomiędzy planetami, o wpływy walczą potężne rody Harkonnenów i Atrydów. Super nowoczesna technika przeplatała się z reliktami rodem jakby ze średniowiecza: zakon wiedźm Bene Gesserit, walki wręcz. Owszem, było to może infantylne, ale mi wówczas nie przeszkadzało. No i w końcu Arrakis - tytułowa Diuna (ang. wydma) – pustynna planeta bogata w cenny surowiec – przyprawę – wielce pożądaną w kosmicznym uniwersum. Żyją na niej pół-dzicy Fremeni (ang. „free men” – wolny człowiek) i zdecydowanie za mocno przerośnięte dżdżownice – czerwie, czyhające na ryzykantów chcących zebrać przyprawę. Było w tej książce sporo fajnych pomysłów. Najbardziej utkwiła mi w pamięci inicjacja młodego księcia Paula z rodu Atrydów. Sprawdzanie, czy jest godny bycia głową rodu przez matkę wielebną Bene Gesserit. Wiedźma przyłożyła do szyi chłopca zabójczy gom dżabbar, aby nie próbował uciekać i poddała testowi, podczas którego młody książe musiał utrzymać dłoń w skrzynce z… bólem [LINK do fragmentu książki]

Książka, ba - wręcz cała saga, okazała się na tyle głośna, że z czasem powstały rożne adaptacje universum Diuny. Jeszcze w czasach 16-bitowej Amigi 500 grałem w grę komputerową Diuna 2. Walczyło się z innymi rodami o panowanie na pustyni, harvesterami zbierało przyprawę, rozbudowywało bazę. Dziś gra uważana jest za babcię współczesnych gier strategicznych czasu rzeczywistego (RTS).


Jest też gra planszowa „Diuna”, grałem w nią rok temu raz czy dwa. Przyzwoita, dosyć rozbudowana, można spróbować. No i film. Pierwszą ekranizację, tę z 1984 roku w reżyserii Lyncha pamiętam tylko z tego, że grał w niej Sting i była epicka scena dosiadania czerwia pustyni.

Rok temu wszedł na ekrany kin film „Diuna” w reżyserii Denisa  Villeneuve'a. To w mojej ocenie jeden z najzdolniejszych współczesnych reżyserów kina komercyjnego. Obok Tarantino, Eastwooda, Scotta, Gibsona, czy odstawionego na bok Jacksona – ścisła czołówka. Po bardzo dobrym "Sicario" i świetnym "Łowcy Androidów” oczekiwałem od tego reżysera wiele i się nie zawiodłem. Film to dłuuugie 2,5 godziny czarowania przede wszystkim obrazem. Monumentalizm wszystkiego, minimalistyczne wnętrza. Fabuła opowiedziana wolnym tempem, ale zgrabnie: mniej więcej tak, jak pamiętam treść książki z czasów liceum. Widać mnóstwo inspiracji kulturą arabską (Fremeni) i wyraźnych skojarzeń z eksploatacją ropy (przyprawa) przez bogatych najeźdźców (Harkonnenowie i Atrydzi) w naszym świecie. Główni aktorzy dobrze wypadli. Całość mniej przegadana i dużo bardziej mroczna niż wszelkie "Gwiezdne wojny", do których nie mogłem się nigdy specjalnie przekonać. Reżyser nie raczy widza scenami  homoseksualnych obrzydliwości, nie przesadził z nachalnym i wyglądającym sztucznie „ubogaceniem” obsady kolorowymi aktorami, więc za to ma u mnie duży plus.  Ogólnie film się Denisowi udał.


Być może narzekać będą ci, co nie znają uniwersum Diuny z gier czy książek, wychowani na fontannach bajeranckich efektów specjalnych, infantylnym kinie superbohaterskim. Przez ponad dwie godziny mogą się nudzić. 

Kinowa „Diuna” z 2021 roku była pierwszą, z zapowiadanych dwóch części filmu. Kolejna ma wejść na ekrany w listopadzie 2023 roku. Czekam z nadzieją, że znowu będzie dobrze.

sobota, 29 stycznia 2022

Podsumowanie roku 2021 – Książki. Literatura rosyjska.

Trafiło mi się w tym roku sporo rzeczy rosyjskich. Było „Metro 2033” Głuchowskiego, ale większość to klasyka: „Wojna i pokój” Tołstoja, „Ojcowie i dzieci” Turgieniewa oraz „Dyrektor pod kanapą i inne opowiadania” Czechowa.
 
Władimir Bogin jako Bazarow. Kadr z filmu "Ojcowie i dzieci"

O Głuchowskim i Czechowie pisać za dużo nie będę. „Metro 2033” jest średnio dobre – ciekawy, oryginalny pomysł, wszechobecna tajemniczość i wciągająca opowieść drogi. Zalety są jednak równoważone przez wady: dłużyzny, niezbyt przekonująco zbudowany świat (np. stacja metra jest zbyt mała, aby stanowić autarkię) i kontrowersyjne przedstawienie zwolenników ideologii, która w XX wieku najskuteczniej wysyłała duszyczki na tamten świat jako trochę zwariowanych, ale w sumie poczciwców. Z drugiej strony może niepotrzebnie się czepiam – to w końcu fantastyka. Na pewno, jak na debiut napisany przez 18-latka rzecz imponuje i jest bardzo dobra, ale jest też dużo rzeczy lepszych.

Czechow w literackich miniaturach kulturalnie maluje psychologiczny obraz społeczeństwa rosyjskiego swojej epoki (końcówka XIX wieku). Robi to z humorem a przygody, które przeżywają bohaterowie oraz ich ułomności są typowo ludzkie. Dzieją się w Rosji, ale równie dobrze mogłyby się dziać na ziemiach polskich czy gdziekolwiek i kiedykolwiek na świecie. Wszak natura ludzka jest wszędzie podobna. Ładnie wydany audiobook w cepeliowym digipaku od Biblioteki Akustycznej mnie nie zachwycił dlatego, że tak krótka forma – opowiadanie trwa przeciętnie 15 minut – nie daje czasu na głębsze przyciągnięcie uwagi słuchacza. W mojej ocenie to się niezbyt nadaje na audiobooka. Nie raz zdarzało mi się, że słuchając odpływałem i myślałem o czymś zupełnie innym. Owszem - te opowiadania mogą być fajne, ale jako książka czytana do poduszki, po jednym opowiadaniu na jeden wieczór.

Treść jednego z zabawniejszych opowiadań p.t. „Zagadkowa natura” jest mniej więcej taka. Pani skarży się pisarzowi. – Oj, jaka ja biedna, jaka nieszczęśliwa, jestem męczennicą w stylu Dostojewskiego.... Zostałam młodo wydana za mąż za bogatego staruszka, starego generała. Taki był obrzydliwy... Teraz zmarł, w końcu mogę być z tym wyśnionym, młodym, ukochanym (w domyśle też: niezbyt majętnym).... Oj, ja nieszczęśliwa.... I tak biadoli. – To dlaczego pani teraz nieszczęśliwa, jak może mieć upragnione szczęście z tym prawdziwie kochanym? Dopytuje się nic nie rozumiejący literat.  – Bo pojawił się na horyzoncie drugi bogaty staruszek.... – odpowiada smutna wdowa.


Lew Tołstoj – Wojna i pokój (Storybox.pl)


Książkowa kobyła, rosyjska epopeja narodowa w czterech tomach; taka „Trylogia” tylko że dla Rosjan. Sienkiewiczowską „Trylogię” lubię i szanuję [LINK do recenzji audiobooka], dlatego bardzo chciałem porównać naszą epopeję narodową, z tym co mają u siebie Rosjanie. 


Audiobook jest bardzo ładnie wydany przez Storybox, w eleganckim, poczwórnym digipaku, w którym znajdziemy cztery płyty CD. Okładka i opis słusznie sugeruje romansidło historyczne. „To jedna z najlepszych powieści wszechczasów” – trąbi bez cienia skromności reklama z tyłu opakowania. Treść w wersji audio to 55 godzin i 41 minut słuchania. Lektor – Marcin Popczyński znany mi z wielu innych audiobooków - czyta dobrze.

Treść przedstawia dzieje arystokracji rosyjskiej w epoce napoleońskiej: Od bitwy trzech cesarzy pod Austerlitz w 1805 roku, gdzie m.in. Rosjanie dostali łomot, po czas rosyjskich zwycięstw i klęsk Napoleona w 1812 roku. Z punktu widzenia Rosjan: od narodowej smuty, do glorii i chwały. Główne postacie to Andrzej Bołkoński, Piotr Bezuchow, i Natasza Rostow. Dzieje wojenne czy historia militarna są w powieści dużo bardziej drugoplanowe, niż w polskiej „Trylogii”. Tołstojowa epopeja w dużo większym stopniu skupia się na wątkach rodzinnych, przede wszystkim miłostkach wśród rosyjskiej elity tego czasu. Dużo mniejsze mają znaczenie i rzadziej występują postacie z niższych warstw społecznych. W „Trylogii” mamy masę drobnej szlachty – możni też są, ale pełnią rolę drugoplanową. Wyraźne różnice są też pod względem humoru – u Tołstoja jest z tym ubogo; u Sienkiewicza jest przemyślny a rubaszny Zagłoba, niewiele mniej śmieszni pół-zbóje Kiemlicze i kombinator Rzędzian.

Po przesłuchaniu uznałem, że nasza „Trylogia” jest dużo przyjemniejsza w odbiorze, niż rosyjska „Wojna i pokój”. Sienkiewicz zwyczajnie dużo lepiej się zestarzał. Oczywiście „Wojna i pokój” ma też szereg ciekawych wątków a nawet przesłania aktualne do dziś. Jest na przykład młody oficer, który gotów jest pozostawić rodzinę, aby bohatersko walczyć za ojczyznę. Zaślepia go żądza zaszczytów, sławy, poklasku u bliźnich. Jest młoda, piękna i niedoświadczona panna z prowincji, która daje się omotać cynicznemu bawidamkowi zaliczającemu najlepsze partie w mieście i później gorzko tego żałuje. W innym miejscu mamy człowieka  poszukującego sensu życia, który poznaje przedstawiciela masonerii i ten mu zaleca lekturę Tomasza A’Kempis. Mason jako gorliwy chrześcijanin polecający jedną z najpoczytniejszych w historii lektur teologii chrześcijańskiej? Dobre sobie – powiedzielibyśmy dzisiaj. Wspomnianemu bohaterowi epizod masoński wśród rosyjskich elit nie posłużył. Prawdziwe chrześcijaństwo pokazał mu ostatecznie nie masoński mędrzec, lecz Płaton Karatajew - przypadkowy towarzysz poznany w niewoli u Francuzów. Prosty więzień ze społecznych nizin, mający u swojego boku kochanego psa. Bardzo ładna, wzruszająca historia. W ogóle jest w książce kilka miejsc takich, gdzie wrażliwcy mogą sobie popłakać, jak chcą.

Tołstoj nie był takim nacjonalistą rosyjskim jak Dostojewski, a przynajmniej nie widać tego w jego najbardziej znanej powieści. Rosyjski duch domagający się obrony swoich jednak daje o sobie znać. Przegrana pod Austerlitz to w świetle książki przede wszystkim wina Niemców bo oni opracowali plan bitwy. W paru miejscach da się też odczuć niechęć autora do zbyt dużej liczby niemieckich oficerów w armii cara. Polacy? Mają u Tołstoja z pewnością dużo lepszą markę, niż u autora „Zbrodni i kary. Występują w kontekście złym – na przykład jako zdrajcy, którzy jeszcze niedawno korzyli się przed carem a gdy przyszedł Napoleon to stanęli po jego stronie i w iście berserkerskim amoku rzucają się do ataku przez głębiny rzeki. W innym miejscu kontekst jest neutralny lub pozytywny: wspominany jest na przykład polski książę Adam Jerzy Czartoryski pełniący u cara funkcję ministra spraw zagranicznych. Jeden z bohaterów będąc w Polsce nauczył się tańczyć modnego Mazura i jest na rosyjskich salonach jednym z czołowych „mazurzystów”. Na kartach przewija się też polski żołnierz, który zdezerterował z armii napoleońskiej, bo tam jego zasługi nie zostały docenione. Przeszedł na stronę Rosjan.

Autor, przedstawiciel XIX-wiecznej arystokracji, pomiędzy historie miłosne dosyć ciekawie wplótł niepokoje ideologiczne swojego czasu. Jedna  głównych postaci konserwatywnie hołduje na przykład staremu porządkowi: car, ojczyzna, bohaterskie walki i tak dalej. Inny z kolei ma duszę reformatora czułego na niedolę warstw niższych: przestrzega przed zbliżającą się rewolucją i nawołuje do reform społecznych, dopóki nie jest za późno. Im bliżej końca tym więcej znajdziemy rozważań historiozoficznych. Autor usiłuje dociec, jaki czynnik determinuje historię narodów. W mojej ocenie dosyć są pokręcone te rozważania Tołstoja i mało przekonujące.

Ogólnie książka jest dosyć ciekawa, choć nie porywająca. Ponad to nie oszukujmy się: trzeba mieć – tak jak ja coś z dziadersa – żeby w XXI wieku interesować się takimi literackimi ramolami. Przypuszczalnie dla olbrzymiej większości czytelników/słuchaczy będzie to zwyczajnie zbyt staroświeckie.


Po przesłuchaniu zainteresowałem się ekranizacjami powieści, których jest kilka. Sięgnąłem najpierw po krótszą, hollywoodzką wersję z lat 50-tych. Audrey Hepburn w roli Nataszy Rostow wygląda rzeczywiście uroczo ale, ale: rosyjskie klimaty a anglosascy aktorzy mówiący po angielsku? Trochę to jakby bluźnierstwo. Prawdopodobnie klimat książki lepiej odda rosyjski serial trwający w sumie aż 8 godzin w reżyserii Siergieja Bondarczuka. W 1968 roku dostał Oscara w kategorii najlepszy film obcojęzyczny. Można go obejrzeć na VOD.TVP – niestety wersja z lektorem, a wolałbym jedynie z polskimi napisami*.

Dopisane 16 lutego b.r.: Film leciał ostatnio w soboty o 20:00 na TVP Historia. 4 odcinki. Oglądałem ostatnie trzy, rzeczywiście rosyjska wersja jest dużo lepsza, niż hollywoodzka. 

--------------

Wybrane cytaty

[Napoleon - P.P.] "Rozmawiał z Bałakowem tak swobodnie, jak gdyby ten należał do jego najbliższego otoczenia; pochwalał jego plany i zamiary, ciesząc się całem sercem jego powodzeniem. Między innemi zaczepił i o Moskwę w rozmowie. Wypytywał się szczegółowo o to miasto wspaniałe, niby zagorzały turysta, który chce zasięgnąć dokładnych wiadomości o kraju dotąd mu nieznanym. Był znowu najmocniej przekonany, że Bałakowowi słuchającemu go, powinno to pochlebić niesłychanie jako Moskalowi, że tak wielki człowiek, raczy interesować się jego krajem barbarzyńskim.

— Ile w Moskwie jest mieszkańców? Ile posiada domów, a ile cerkwi? Czy na prawdę nazywają gród ten „Miastem świętem?“ — badał i badał nieustannie. Gdy mu Bałakow odpowiedział, że jest w Moskwie przeszło dwieście cerkwi, wykrzyknął:
— Na cóż aż tyle?
— Rosjanie są bardzo nabożni — odrzucił Bałakow.
— Jest to jednak cechą niezawodną — zauważył Napoleon zwracając się do Caulaicourt’a — cywilizacji zacofanej i w kolebce zaledwie, jeżeli w jakiem mieście budują tak wielką liczbę kościołów.
Bałakow ośmielił się, mimo całego uszanowania, wystąpić z zdaniem przeciwnem:
— Co kraj, to obyczaj — rzekł w końcu.
— Być może, przyznaj atoli jenerale, że nic podobnego nie spotyka się w całej Europie — Napoleon nie dał za wygranę.
— Wasza cesarska mość raczy mi przebaczyć, ale po za Rosją, mamy jeszcze Hiszpanją, gdzie ilość kościołów i klasztorów jest tak samo niezliczoną.

Ta odpowiedź, która wywołała wielkie wrażenie na dworze cara, o czem Bałakow dowiedział się później, przypominając świeżą porażkę Francuzów w Hiszpanji, przeszła niepostrzeżenie u stołu Napoleona."


[...]

„Nie tylko po owym dniu nieszczęsnym pisał donosząc Paryżowi: „Że pole bitwy przedstawiało się wspaniale!“... Dla czego to pisał? Bo na placu leżało pokotem pięćdziesiąt tysięcy trupów! Jeszcze na wyspie św. Heleny, gdzie spędzał dni całe na opisywaniu swoich czynów, dyktował podobne ustępy:
„Wojna z Rosją powinnaby była stać się najpopularniejszą za naszych czasów. Była to walka zdrowego rozumu, mająca na celu interes ogółu. Miała osiągnąć wypoczynek i bezpieczeństwo niczem nie zamącone dla wszystkich. Wojna to była czysto pokojowa i zachowawcza“. 

„Dla dziejów świata, była ona końcem hazardów niebezpiecznych, a początkiem ogólnego spokoju. Miał się rozwinąć dla świata nowy horyzont, miały zajaśnieć nowe obrazy dobrobytu i pomyślności dla wszystkich narodów. System równowagi europejskiej był w życie wprowadzony; teraz rozchodziło się o to jedynie, żeby go umocnić i należycie zorganizować“.

 „Zadowolony z rezultatu i spokojny na wszystkich punktach, byłbym i ja potrafił stworzyć mój własny Kongres, i moje własne Trójprzymierze. Pomysły te mnie ukradziono. W tem zebraniu potężnem samych monarchów, bylibyśmy roztrząsali nasze wspólne sprawy, jakby w jednej rodzinie, narzucając prawa dowolnie naszym poddanym“.
„Tym sposobem Europa przedstawiałaby była wkrótce jakby jeden naród. Każdy podróżując, czułby się wszędzie jak u siebie, w jednej wielkiej wspólnej ojczyźnie. Byłbym zażądał dla wszystkich wolnej żeglugi po morzach i spławnych rzekach, i zmniejszenia ilości wojska do minimum; tyle tylko, ile byłoby potrzeba na gwardję przyboczną dla każdego z monarchów“.
„Z powrotem do Francji, na łonie mojej ojczyzny, którą byłbym zrobił wielką, silną, wspaniałą, spokojną i pełną chwały niespożytej, byłbym się postarał o zapewnienie jej granic na wieki. Każdą wojnę w przyszłości, byłbym ogłosił jako czysto odporną. Wszelką chęć nowych podbojów, byłbym napiętnował mianem wojny rozbójniczej przeciwnej prawom międzynarodowym. Byłbym zwolna wcielał syna mego w interesa i sprawy Cesarstwa. Moja dyktatura byłaby się skończyła, a byłoby się zaczęło jego panowanie konstytucyjne“.

[...]

On kat i morderca narodów; przeznaczony najfatalniej przez Opatrzność do tej roli ohydnej, wysilał się aby dowieść czarno na białem, że jego celem jedynym było dobro ludzkości; że mógł kierować dowolnie milionami istot stworzonych na podobieństwo Boga, i narzucać im samowładnie swoje dobrodziejstwa!


Iwan Turgieniew – Ojcowie i dzieci (Biblioteka Akustyczna)

Turgiewniew – podobno pierwszy w wielkich psychologów literatury rosyjskiej XIX wieku. Audiobook niezbyt długi, 9 godzin i 9 minut, ładnie wydany tak jak Czechow w serii Kolekcja Arcydzieł Literatury Światowej. Czyta bardzo dobry lektor – Janusz Zadura.

Treść dotyczy konfliktu pokoleń. Młodzi synowie szlacheccy: Jewgienij Bazarow i Arkasza Kirsanow wyjechali ze wsi na nauki do wielkiego miasta, potem wracają do domów, do swoich rodzin i ho, ho! – jacy mądrzy. Rodzina ze zdumieniem odkrywa, że duże miasto zamiast ich rozwinąć i nauczyć kultury – pomieszało w głowach i kultury oduczyło. Czołową postacią książki jest nihilista Bazarow. Jest bardzo postępowy i wysoko nosi głowę, choć jego przodkowie jeszcze niedawno orali pole. Odrzuca tradycję, autorytety, religię; śmieje się z Puszkina, mistrzowie renesansowego malarstwa są w jego oczach niewiele warci. Wierzy w naukę i swoje eksperymenty. Takiego właśnie Bazarowa stworzyło nie tylko duże miasto, ale i nadopiekuńczy rodzice, którzy chuchali-dmuchali na swojego jedynaka. Ich w tej książce najbardziej żal. Zwłaszcza matki, poczciwej Ariny.

Łatwo przewidzieć czym się kończy taka postawa młodych chłopców, gdy zaprezentują swoje poglądy przy rodzinnym obiedzie. Arkasza zapatrzony w twardego niczym skała i kipiącego wewnętrznym gniewem Bazarowa nie jest jednak do końca zaczadzony nihilizmem i ostatecznie wychodzi na ludzi.

Książka bardzo aktualna i jednak optymistyczna. Turgieniew pokazał, że gdy będąc młodymi i głupimi zapatrzymy się w jakieś nowe, postępowe, może teoretycznie piękne idee, to i tak zostaną one sprawdzone w ogniu życia. Ideolodzy mogą wymyślać i wypisywać wszelkie cuda, a i tak przegrają z ludzką naturą – jeśli te idee nie są z nią zgodne. Martwmy się zatem umiarkowanie widząc młodych ludzi skandujących na ulicach czy w mediach dziwne hasła - natura ludzka prędzej czy później to wszystko zweryfikuje. Aby tylko ofiar było jak najmniej.

Powieść została zekranizowana kilkukrotnie przez Rosjan. Obejrzałem na rosyjskim You Tube czteroodcinkowy serial rosyjski z 1983 roku w reżyserii Nikiforowa, oczywiście z rosyjskimi aktorami i bez tłumaczenia. Bez fajerwerków wizualnych, aktorzy z niezbyt wybielonymi zębami, dworek, w którym grane są sceny trochę zrujnowany. Stare, surowe kino, ale dobrze oddaje treść książki. Władimir Bogin świetnie zagrał w nim Bazarowa a Natalia Daniłowa błyszczy urodą jako Odincowa.


Polecam

"Ojcowie i dzieci" - Natalia Daniłowa jako Anna Odincowa