Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uliczne ultra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uliczne ultra. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 września 2017

Pierwsza etapówka

Chapter One (Zamość – Zwierzyniec 35 km)

- A daleko jeszcze do tego Zwierzyńca? – pytam około piętnastego kilometra ludzi w wiosce, przez którą przebiegamy. – Oooo, ze dwadzieścia kilometry. Ale pan to chyba nie dobiegnie – umiejętnie podniosła mnie na duchu swym responsem starsza pani w chuście na głowie. Tak naprawdę wiedziałem ile jeszcze do mety i troszkę symulowałem zmęczenie ale nie mogłem się oprzeć rozmowie z przygodną publicznością, a zwłaszcza widoku jej reakcji na moje pytanie.

Pierwszy etap jubileuszowej, stukilometrowej etapówki o długiej nazwie: „XXX Bieg Pokoju Pamięci Dzieci Zamojszczyzny” był etapem najdłuższym i najgorętszym. Strona z pogodą sprawdzana przez Internet nieubłaganie zapowiadała lampę i 27 stopni Celsjusza. Normalnie 35 kilometrów biegu nie robi na mnie wrażenia ale w upale to co innego. W trakcie biegu, którego trasę niezbyt skrupulatnie przejrzałem przed przyjazdem okazało się, że jest jeszcze gorzej bo będziemy biec na słońcu. W terenie prawie w całości odkrytym.

„Nie zostać bohaterem jednego etapu” – to było jedno z moich głównych założeń na starcie pierwszego dnia. Pocisnąć w miarę mocno ale nie za mocno, aby mieć siły na trzy kolejne dni. Wyjeżdżając do Zamościa zrobiłem biegowy „rachunek sumienia” analizując obecną formę i możliwości. Nie jestem tak szybki i wybiegany jak 3-4 lata temu więc nie pobiegnę tej 35-tki w tempie 4.00 lub szybciej. Ale w 4:15 powinno być OK. Gdy dotarłem na miejsce i okazało się, że będzie skwar przesunąłem wskaźnik założonego tempa na 4:25.

Byłoby pewnie dobrze, gdyby nie błąd a może dwa błędy. Pierwszy polegał na tym, że początkowe kilka kilometrów pobiegłem w 4:15, szybciej niż planowałem. Wynikło to z tego, że mój Ambit pomimo bezchmurnej pogody nie zdążył się namierzyć w ciągu 3 minut do startu. Zacząłem bez wskaźnika prędkości a trasa nie jest oznaczona kilometrami. Trochę mnie poniosło, dobiegłem w końcu do znajomego Marka i ten mi powiedział, że biegniemy po 4:15. Z czasem Ambit złapał sygnał a ja zwolniłem do 4:25 ale trochę energii mi ten początek zjadł. Drugi błąd polegał chyba na tym, że w trakcie biegu mało jadłem.

Leciałem dalej w miarę spokojnie i beztrosko. Tłumu nie było bo w biegu wzięło udział około 80 zawodników. Biegłem około 10 miejsca. Przez pierwsze kilkanaście kilometrów trasa była zwyczajnie szpetna. Wyobraź sobie, że człapiesz ulicą po lekko pagórkowatej trasie. Droga na Szczebrzeszyn jest dosyć ruchliwa, co chwila mijają cię TIR-y i osobówki. Wdychasz spaliny z samochodów i gorące powietrze falujące nad rozgrzanym asfaltem. Frajdy w tym żadnej.

Po kilkunastu kilometrach skręciliśmy w drugorzędną asfaltową drogę prowadzącą przez podzamojskie wioski. Już było lepiej... do mniej więcej 27 kilometra. Gdzieś wtedy zacząłem stopniowo puchnąć. Może od upału, może od zbyt szybkiego początku a może za mało jadłem i piłem. Tempo mi spadło z 4:25 do około 5:00. W założeniu przedstartowym miałem pędzić do mety a tymczasem pędziłem żywot wynędzniałego człapacza walczącego o utrzymanie tempa, z utęsknieniem wyglądającego końca etapu.

Gdy na kilkaset metrów przed metą wyprzedzał mnie zawodnik z niewielkim plecaczkiem nie walczyłem bo nie miało to znaczenia, czy tu będę 8 czy 9. Ukończyłem 35 km  jako 9 zawodnik i – jak mi uświadomił komentujący sędzia – pierwszy z województwa. Czas 02:39:01. Zwycięzca etapu a w przyszłości całego biegu Sergii Ukrainets ukończył 20 minut wcześniej: w 02:19:21. Pozostała siódemka przede mną nie była już tak szybka. Drugi, Przemysław Basa z Rudy Śląskiej przybiegł 10 minut za Ukraińcem i 10 minut przede mną. Od kolejnych dzieliło mnie tylko kilka minut. Wśród tej grupy znalazła się jedna kobieta, Iryna Masnyk. Pocisnęła mocno i dobiegła w 02:35:05, jako 7 zawodnik.

Zdjęcie: OSiR Zamość
Z czasem zmiarkowałem, że pierwszego etapu odpuścić nie można. Jest on kluczowy bo najdłuższy. Tu różnice pomiędzy biegaczami są największe. Jeśli tu stracisz 10 minut to odrobienie tej straty w biegu na dystansie półmaratonu a tym bardziej 15 km jest prawie niemożliwe.

Podczas powrotu autobusami do Zamościa ludzie mdleli. Każdego dnia mój autobus zatrzymywał się na nieplanowany postój, aby kogoś z pasażerów cucić lub dać mu złapać powietrza. Ja sam nie byłem bardzo zadowolony z czasu, miejsca i tego, że straciłem kilka minut na końcówce ale cieszyłem się, że jestem w dobrej formie i dobrym stanie. Nic mnie nie bolało i wiedziałem, że w ciągu następnych dni będę mógł powalczyć. Aby zwiększyć potencjał zaraz po powrocie zadbałem o regenerację. Poleciałem do sklepu po żele, suplementy diety i na basen (Hotel „Artis”. Cena – 25 zł. Bez limitu czasu).

Chapter Two (Zamość – Krasnobród 29 km)

Miało być gorzej bo według prognoz  jeszcze goręcej niż poprzedniego dnia (28 stopni Celsjusza) a tymczasem było lepiej. Głównie dlatego, że ten fragment trasy jest niezbyt pagórkowaty i w środkowej części prowadzi przez las. Imaginuj sobie waćpan: biegniesz drogą w lesie, dosyć krętą, często prowadzącą lekko w dół. Drzewa po obu stronach, pochylone nad asfaltem tworzą szpaler dając upragniony cień. Jest o niebo ładniej niż podczas przebieżki wśród TIR-ów z poprzedniego dnia; jest też łatwiej. W cieniu, pomimo upału inaczej się biegnie. W lesie jest więcej powietrza.

Nadspodziewanie dobrze mi się biegło. Regularnie podjadałem żele zapijając je wodą. Utrzymałem założone tempo około 4:25, które dało mi 5 miejsce w tym etapie i czas 02:08:12. W ogólnej klasyfikacji przesunąłem się na 6 pozycję. Do czołówki znowu traciłem ale już nie tak dużo, jak poprzednio. Trzeci w etapie i potem w całym biegu Andrzej Piechna dołożył mi 7 minut.

Na mecie zadbałem rzecz jasna o regenerację. Najpierw piwko – było darmowe i czekało na każdego biegacza kończącego etap. Nie jestem piwoszem, pijam rzadko jakiekolwiek alkohole. Ale spragniony, w upalny dzień po 29 kilometrach biegu? – nawet ja z wielką przyjemnością wychyliłem kubek chłodnego napoju.

Basen tym razem odpuściłem a to dlatego, że moczenie ciała załatwiłem w Krasnobrodzie. Tuż przy mecie jest zalew gdzie wypoczywają mieszkańcy. Zaraz tam polecałem i położyłem w chłodnej wodzie. Cóż to była za błogość.

Chapter Three (Zamość – Skierbieszów 21 km)

Półmaraton Hetmański. Nazwą nawiązujący zapewne do postaci hetmana Zamojskiego, założyciela Zamościa. Jedyny etap, który organizator wydzielił jako osobny bieg. Kto nie chciał rypać 100 km w cztery dni bo nie jest jeszcze na tyle wytrenowany mógł pobiec tylko półmaraton. Suponowałem, że przyjedzie nań sporo osób i że to dobra decyzja bo uczyni kameralną imprezę bardziej przystępną. Powiększy się grono uczestników. A guzik. Niewielu było takich, którzy przyjechali tylko na ten etap. Może półmaraton jest jeszcze zbyt słabo rozreklamowany.

Wspaniały. Taki był ten etap dla mnie. Początkowo po mieście, potem drogą do Skierbieszowa. Warunki akurat pode mnie. Po pierwsze to etap najbardziej pagórkowaty, zwłaszcza w drugiej części. Jako góral z bagiennego Polesia czułem się na nich świetnie. Po drugie pogoda w końcu dała żyć. Temperatura spadła do około 20 stopni i było pochmurno. Momentami nawet lekko mżyło.

Tuż po starcie, pełen optymizmu wystrzeliłem na drugie miejsce, za ukraińskim liderem. Niedługo trwała moja szarża, po kilometrze czy dwóch wyprzedził mnie Andrzej Piechna i Przemysław Basa obsadzający zwykle resztę podium. Drugi z nich zniknął mi wkrótce z oczu ale Andrzeja miałem ciągle w zasięgu około 200 metrów. Nie dał się dojść ale i nie dał rady uciec. Biegliśmy około 3:55 na kilometr, pod górkę wolniej, z górki nawet po 3:35.

Ukończyłem półmaraton na czwartej pozycji, w czasie 01:25:50. Zważywszy na pagórkowatość trasy (167 metrów podbiegów) oraz kumulujące się zmęczenie po dwóch pierwszych dniach oceniam, że poszło mi nieźle. Wskoczyłem w całościowej klasyfikacji na piąte miejsce.

Zdjęcie: OSiR Zamość. Od lewej: Ja, Andrzej Piechna, Przemysław Basa

Chapter Four (Zamość – Kryterium uliczne 15 km)

Finałowy bieg ulicami Zamościa. Etap najkrótszy i taki, w którym ścigała się tylko część. Po trzech etapach w wielu przypadkach miejsca na podium oraz dalsze były już rozdane i nie do ruszenia. Jak masz straty do następnego 15 minut to tego nie nadrobisz. Możesz sobie swobodnie pobiec do mety, bez wielkiej napinki.

Wiele osób było już zmęczonych rywalizacją i obolałych. 85 kilometrów w nogach przez trzy dni - niby nie tak dużo ale jest to odczuwalne. Jako ultras dobrze znosiłem dystans. Kontuzji żadnych, tradycyjnie niewielkie odciski nie przeszkadzające w wyścigu. Zakwasów w udach nie miałem, pewnie dlatego, że je więcej trenuję. Ale w łydkach miałem spore i tylko one mnie bolały.

Ten bieg stał pod znakiem pogody, skrajnie różnej od tej z pierwszego dnia. Dżdżyście, chłodno, kilkanaście stopni. Ulice pełne kałuż. W trakcie biegu rozpadało się na dobre i zaczęło lać.

Ścigania nie mogłem odpuścić gdyż w klasyfikacji niecałe dwie minuty za mną był Tomasz Chmurzyński, biegacz z mojej kategorii wiekowej, prowadzący dodatkowo w klasyfikacji osób niedowidzących. Przez pierwsze pięć kilometrów biegł tuż za mną i spodziewałem się, że zechce wyrwać do przodu i odebrać mi te dwie minuty przewagi. Jednak po kilku kilometrach odpuścił, jak tłumaczył na mecie z powodu śliskich butów, które zupełnie się na mokrym asfalcie nie sprawdziły.

Sam nie odpuszczałem i biegłem dalej cztery pętle po Zamościu. W drugiej połowie wyprzedziłem nawet Andrzeja, z którym do tej pory przegrywałem. Widać jemu nie zależało bo nic na tym nie tracił. Jego trzecie miejsce na podium było i tak niezagrożone. Zachował się nawet bardzo fair bo jak biegnąc przed nim pomyliłem trasę to krzyczał za mną, abym wracał.

Wbiegłem na metę w strugach deszczu jako czwarty zawodnik z czasem 00:57:47. W całościowej klasyfikacji obroniłem 5 miejsce OPEN na 72 i 3 w kategorii wiekowej M40. Sumaryczny czas: 07:10:50. Do czwartego (Wojciech Holona) zabrakło mi 9 minut, a zatem sporo. Piąty zawodnik był za mną 4 minuty.

Zdjęcie: OSiR Zamość

Cały bieg wygrał z powodzeniem Sergii Ukrainets z czasem 06:24:39. Drugi był ultras z Rudy Śląskiej Przemysław Basa (06:48:18), Trzeci Andrzej Piechna z Ciechanowa (06:59:20), czwarty Wojciech Holona (07:01:42), piąty ja.

Wśród kobiet w łatwością wygrała Iryna Masnyk z Tarnopola reprezentująca klub biegowy „Shypshyna” ze Lwowa. Na pierwszych etapach zrobiła taką przewagę nad następnymi kobietami, że ostatni etap mogła iść piechotą. Całość ukończyła jako 7 zawodnik OPEN z czasem 07:18:47.

Powrót do przeszłości

Pierwszy raz biegłem etapówkę i pierwszy raz w Zamościu. Pierwotnie plany były inne, miałem się taplać w błocie w biegu przeszkodowym w Dorohusku. Jeden ze znajomych powiedział mi jednak, że ta XXX, okrągła edycja biegu w Zamościu może być ostatnią. Nie wiem czy będzie ostatnią bo na rozpoczęciu a potem na zakończeniu przedstawiciele władz zarzekali się, że  dołożą wszelkich starań aby odbyła się za rok kolejna edycja. Mam nadzieję, że dotrzymają słowa.

Ja w każdym razie wolałem wziąć udział w biegu, zanim przejdzie on do historii. Dziś to impreza trochę zapomniana, nikt ze ścisłej polskiej czołówki tu nie startuje. Ale to bieg z piękną historią. Ile biegów ultra może się pochwalić trzydziestoma edycjami? Ile biegów ultra lub choćby innych biegów ulicznych w Polsce ma historię sięgającą lat 80-tych ubiegłego wieku?

Rozpoczęcie imprezy i potem zakończenie każdego etapu obudowane jest w część historyczno-patriotyczną. Na otwarciu zgromadziło się wyjątkowo wielu przedstawicieli władz i sponsorów. Było ich ze trzydziestu, blisko połowa liczby biegaczy. To dobrze, bo jest zainteresowanie a impreza potrzebuje wsparcia.

Już pierwszego dnia a potem w kolejnych miejscowościach, gdzie była meta biegacze i organizatorzy składali kwiaty pod pomnikiem ofiar działań niemieckich na Zamojszczyźnie w czasie II wojny światowej. 1 września chętni uczestnicy biegu, w tym i ja, wzięli udział w uroczystości upamiętniającej wybuch II wojny światowej. Odbyła się ona w miejscu kaźni Zamojszczan, w Rotundzie gdzie śmierć poniosło 6000 – 8000 ludzi.

Dodatkowe atrakcje – tych organizator nie skąpił. Załatwił biegaczom darmowe zwiedzanie centrum Zamościa z przewodnikiem a w sobotę wieczorem, przed ostatnim etapem także imprezę w restauracji. Chętni musieli do niej dopłacić 40 zł. Nie jestem miłośnikiem bachanaliów; trochę to już nie moje czasy i nie moje klimaty muzyczne. Ale poszedłem zafrapowany, zobaczyć jak jest. Było ciekawie. Biały obrus, zastawiony smakowitymi wiktuałami stół, DJ z muzyką, parkiet, piwo lub inne dobrości, co kto lubił. Impreza na całego, w moich oczach wyglądała jak małe wesele. Integrowali się wszyscy, biegacze tańczyli z niepełnosprawnymi na wózkach którzy też przyjechali na bieg. Goście z Ukrainy też tańcowali. Muszę przyznać, że choć takie weselno-discopolowe klimaty to nie moja bajka to jednak było miło i fajnie. Przyimprezowałem do 2 w nocy i bałem się jak następnego dnia pobiegnę 15-stkę. Jakoś dałem radę.

Rzecz ostatnia: ludzie. Mam już 40 lat a miałem wrażenie, że jestem w tej ekipie smarkaczem. Wszyscy w moim 4-osobowym pokoju byli starsi. Owszem, byli też młodsi ode mnie ale dominowali biegacze 40-to, 50-cio i 60-cioletni. Średnia wieku na pewno była wyższa niż w innych biegach ulicznych w Polsce.

Co ciekawe jak z niektórymi rozmawiałem, to jakbym się cofnął do lat 90-tych. Wielu wspominało jak to wtedy było. Jeden mówił, że biegnie tu już 20 raz. Wielu ma zaliczone kilkanaście edycji. Pokazywali mi okolicznościowe książeczki z czarno-białymi zdjęciami i wykaz finisherów z poszczególnych lat. Janickiego, który biegał tu parę razy kojarzę ale innych nazwisk nie znam. To byli wtedy polscy mistrzowie w ulicznym ultra, w złotych czasach, gdy poziom był znacznie wyższy. Wtedy nie biegało się po górach tak powszechnie jak dziś lecz biegało po ulicy. Dużo szybciej, niż obecnie. Pisząc ten tekst wchodzę na Wikipedię i sprawdzam czasy Janickiego. Przykładowo w 1995 roku pobiegł w Zamościu i wygrał. Miał czas 05:37:20, był blisko godzinę szybszy niż tegoroczny zwycięzca.

Akurat w tym samym czasie trwało UTMB – nieoficjalna olimpiada w górskim ultra. Co chwila zaglądałem do Internetu, emocjonowałem się wynikiem Marcina Świerca w CCC, jego znakomitym drugim miejscem. Dziwiłem się tą ciszą, wokół mnie, brakiem zainteresowania zawodami w Chamonix. Wyjaśniło się potem, że niektórzy nie wiedzieli co to jest UTMB i nie słyszeli o Marcinie Świercu.

Wielu ze spotkanych tam ma już swoje lata i po prostu drepczą sobie każdy etap do mety. Bez napinki, co najwyżej walczą w kategorii wiekowej. Po biegu gdy się integrowaliśmy w pokoju czy jedząc wspólnie śniadania, obiady, kolacje winszowali mi, że jestem w formie, że nie widać po mnie zmęczenia. A potem w rozmowie wychodziło, że ci niepozorni i nie najmłodsi już biegacze mają w półmaratonie połamane 01:10. A ja nawet w swoich najlepszych czasach nie mogłem złamać 01:20.

Inny świat ale mający swój urok. I ten cukier w kostkach stojący obok herbaty na stoliku na punkcie odżywczym. Scena jak żywcem wyjęta z czarno-białych zdjęć z Maratonu Warszawskiego w latach 80-tych. „Powrót do przeszłości” w wersji biegowej. Polecam. Impreza wyraźnie potrzebuje świeżej krwi bo inaczej upadnie. Szkoda zawodów o tak zacnej historii.

[LINK] do strony biegu

wtorek, 6 maja 2014

Przygody Antka


29. Supermaraton Kalisia (26 października 2013, sobota)

Jarantów, godzina 5:50

Autor zdjęcia: Magda Gibon
„O, to już mamy podium” – powiedział Paweł. Był jednym z blisko stu biegaczy ultradystansowych szykujących się do startu. Rozmawiał właśnie z dwójką biegowych znajomych. „To ty wygrasz - ” powiedział patrząc na Piotrka „ - a ty będziesz drugi” wskazał z kolei na Antka. Chłopcy niedawno wysiedli z autobusów, które dowiozły ich z pobliskiego Blizanowa na miejsce startu. Stali przy skrzyżowaniu dróg, pod jednym z wiejskich sklepów. Było jeszcze ciemno, ale zbliżał się świt. Tym razem ranek trafił się dużo cieplejszy niż przed rokiem. Antkowi to pasowało, nie lubił chłodu a nie chciał też ubrać się zbyt grubo. Zależało mu bardzo na dobrym wyniku, bo chciał się zrehabilitować za zeszłoroczny start. Wtedy zaliczył kryzys, słabo zniósł to psychicznie i się poddał. Dziś był w lepszej formie fizycznej, pogoda też zapowiadała się dobra. Chciał powalczyć o ambitny wynik – 100 kilometrów po ulicy w czasie około 8 godzin. Marzyło mu się nawet złamanie ósemki. „Oby tylko psycha dała radę” – pomyślał i jeszcze raz schylił się do nogi sprawdzając wiązanie butów.

Jarantów, godzina 6:10

Wystartowali w asyście policji i strażaków o 6 rano. Antek zarzucił na uszy mp3 ze ścieżką dźwiękową z Kill Bill’a i zaczął biec. Na razie 5.00 – 5.10 na kilometr. Wolniej niż docelowo, ale i nie aż tak asekuracyjnie jak przy poprzednich startach. Piotrka, który mu proponował wspólny bieg puścił przodem. Nie zamierzał biec w duecie gdyż wiedział, że kolega jest mocniejszy a biec z mocniejszym dostosowując do niego swoje tempo to samobójstwo. Postanowił biec samodzielnie trzymając się planu i wskazań pulsometra. „Po to go kupiłem by mieć większą kontrolę nad tempem i nad stanem swojego organizmu. Nie zamierzam się tak zarżnąć jak przed rokiem”. Tak myślał jadąc już po raz czwarty na stukilometrowy bieg do Blizanowa. Teraz chłodno kalkulując obserwował wyświetlacz zegarka. Biegł spokojnie, podczas gdy nadchodzący dzień budził mieszkańców podkaliskich wsi.

Blizanów, około 25 kilometra, godzina 8:00

Autor zdjęcia: Magda Gibon
Jedna czwarta dystansu z głowy. Antek zaliczył już dobieg do Blizanowa i zrobił pierwszą z sześciu 15-kilometrowych pętli pomiędzy wsiami: Blizanów, Godziątków, Jarantów, Lipe, Brudzew i Janków. Czuł się dobrze. Słońce, które wraz z nadejściem dnia pojawiło się na niebie podniosło temperaturę na tyle, że postanowił zdjąć bluzę z długim rękawem i założyć krótką koszulkę. W punkcie pomiarowym w Blizanowie będącym też przepakiem miał schowane zapasowe buty. Przezornie je uszykował bo nie był pewien, jak zareagują jego stopy na bieg w minimalistycznych i dziurawych jak sito butach Columbia Ravenous Lite. Na razie wszystko szło według planu i bez komplikacji. Antek wyruszył na drugą pętlę. Był w świetnym humorze. Przyśpieszył do docelowego tempa: 4:30 - 4:45 na kilometr. Przed Jarantowem dogonił chłopaków, którzy od początku wrzucili mocne tempo. „Ja tak chcę biec około 5.00 na kilometr” – odpowiedział mu jeden z mijanych zawodników, z którym przez chwilę biegł razem. Spojrzał na zegarek, na którym jak byk widniało tempo w okolicach 4:40. Kompan biegł ewidentnie za szybko. Chwilę później dogonił drugą grupę. Biegli jego tempem, grubo poniżej 5 minut na kilometr. Takie tempo utrzymane do końca dale na mecie wynik poniżej ośmiu godzin. Silna konkurencja trochę Antka niepokoiła, ale przypuszczał, że chłopcy zwyczajnie przeszarżowali z tempem. „Ale zapierdzielacie chłopaki, tylu ósemkołamaczy” – zagadnął. Jeden z nich, znajomy Antka odpowiedział, że maraton w takim tempie na pewno da radę przebiec a co będzie dalej to się zobaczy. „Dziwne podejście” – pomyślał. „Gdybym ja zaczął biec 100 km w swoim tempie maratońskim, czyli 4:00 na kilometr to bym się od razu skazał na porażkę”. Na punkcie odżywiania w Jarantowie zatrzymał się po kubek herbaty, po kanapkę i pobiegł dalej.

Brudzew, około 65 kilometra, godzina 11:12

„Cholerne pętle” – burknął cicho do siebie. Bardzo nie lubił biegać jak koń w kieracie. Szczęście, że te pętle były w miarę duże, 15-kilometrowe. Krajobraz dokoła może nie był zbyt atrakcyjny, ale nie był też obrzydliwy. Ot, typowo polskie, rolnicze pejzaże. Przez pierwsze dwie, trzy pętle nawet budziły ciekawość i cieszyły. Na ostatnich okrążeniach, gdy mijało się to samo pole i ten sam domek już 5 czy 6 raz budziły obrzydzenie. „Byle doczłapać do mety”. Myśl ta zaprzątała głowę tym częściej, im bliżej się było końca wyścigu.

Od 60 kilometra Antek zwolnił. Czuł, że tempo 4:30 – 4:40 zaczęło go coraz bardziej męczyć. Potwierdzał to też pulsometr. Do mety zostało jeszcze 40 kilometrów, za daleko na „bieg w trupa”. Roztropnie zwolnił do 5:00-5:10 na kilometr. Musiał odpocząć. 

Rywalizacja na razie układała się w miarę pomyślnie i pozwalała optymistycznie patrzeć w przyszłość. Antek biegł czwarty. Prowadził oczywiście jego kolega Piotrek. Na pierwszych pętlach widział go kilka razy na mijance w Brudzewie. Teraz już go nie widywał, co znaczyło, że lider powiększył przewagę. Miał natomiast na oku jakiegoś nieznajomego chłopaka, który musiał być nie dalej niż kilometr przed nim. Czyniło to nadal otwartą sprawę walki o pudło.

Blizanów, około 85 kilometra, godzina 13:00

„Ten przed tobą wybiegł jakieś dwie i pół minuty temu” – powiedział chłopak z obsługi biegu. Widać, że także emocjonował się wyścigiem na końcówce. Została ostatnia pętla. Antek będąc chwilę wcześniej w Brudzewie na mijance znowu zobaczył poprzedzającego biegacza. Ciągle był w zasięgu, ciągle nie dalej niż kilometr przed nim. „Da się go dogonić, można to zrobić” – zaklinał sam siebie. W międzyczasie doszła go jeszcze jedna, przyjemna wiadomość. Ktoś z prowadzącej trójki się wykruszył. Czyli Antek nie biegł już czwarty: biegł trzeci. Trzeci, ale z szansą na jeszcze jedno oczko wyżej. Ostatnie dwie piętnastokilometrowe pętle odpoczywał. Biegł spokojniej, dublował innych, regularnie podjadał coś na punktach i odpoczywał. Kumulował siły na decydujące starcie. 

Jarantów, około 90 kilometra, godzina 13:19

„Mam cię!” – pomyślał Antek mijając trzeciego tuż przed Jarantowem. Po wyjściu w Blizanowie na ostatnią pętlę zapił resztki „Kubusia”, w odtwarzaczu mp3 włączył specjalną, energetyczną składankę uszykowaną na końcową rozgrywkę i ponownie zaczął biec żwawym tempem 4:30 na kilometr. Rozpoczął się pościg. Po kilku kilometrach Antek ujrzał „ofiarę”, wyprzedził ją, ale na laurach spocząć nie zamierzał. Do mety ciągle pozostawało 10 kilometrów. „To może być jakiś przyczajony tygrys – ukryty smok” – pomyślał z obawą i wspomniał kaliski supermaraton sprzed trzech lat. „Już mnie tak kiedyś Marinero załatwił: czaił się z tyłu, pięć kilometrów przed metą wyprzedził i pomimo pościgu i ostrej walki na końcówce już prowadzenia nie oddał”. Antek cieszył się w duchu z bliskiego sukcesu, ale tym razem postanowił być czujnym do końca.

Dlatego nie zwalniał. Przebiegł jakoś ostatnie kilometry, przebiegł te lekkie podbiegi, które im bliżej metry tym wydawały się trudniejsze i bardziej strome; przebiegł te odcinki, gdzie lekki wiaterek w twarz zdawał się być silnym wiatrem zesłanym przez złośliwych bogów, ale nie zwalniał. Miał przed sobą ostatnie dwa kilometry. Już nie bolało, już meta była zbyt blisko. Endorfiny i radość z bliskości mety zagłuszały i ból i zmęczenie. Już w Blizanowie, gdy meta była za ostatnim zakrętem obok Antka jechał samochód organizatora. „Jesteś drugi!” „Brawo!” Antek z radości fruwał w przestworzach. Pomimo 99 kilometrów w nogach przyśpieszył do tempa 4:10. „A co tam, nic mnie nie boli, ale się rewelacyjnie biegnie” – pomyślał. Jakże dziwną przemianę potrafi dokonać w biegaczu bliskość mety i radość z wysokiego miejsca.

Blizanów, 100 km, meta, godzina 14:08

Wbiegł na metę cały w skowronkach jako drugi zawodnik na 98 uczestników. Czas 8 godzin i 8 minut. Pierwszy, zgodnie z przypuszczeniami przybiegł Piotrek (Piotr Sawicki). Był na mecie 20 minut wcześniej osiągając czas 7:48. Trzecim był Sebastian Grodecki, który na szczęście dla Antka, nie okazał się „przyczajonym tygrysem”. Nabiegał wynik 8:19.

Po złapaniu oddechu, prysznicu i telefonach do bliskich Antek i Piotrek poszli do stołówki coś przekąsić, na herbatę i podzielić się wrażeniami. Jakiś czas później do stołówki wszedł Paweł. „A nie mówiłem, że ty będziesz pierwszy, a ty drugi”? – zagadnął na powitanie zadowolony z trafności swoich przedstartowych przewidywań.

Autor zdjęcia: Magda Gibon
Użyty sprzęt:

Buty Columbia Ravenous Lite
Skarpety sportowe Motive
Spodenki 3/4 Columbia Speed Trek Capri
Oddychająca koszula z długim rękawem RMD Rockommended
Koszulka Columbia Freeze Degree Short Sleeve Crew
Pulsometr Suunto Ambit Silver HR
MP3 Player Sandisk Sansa Clip 8GB
Czapka z daszkiem Go-Sport

poniedziałek, 29 października 2012

28. Supermaraton Kalisia – migawki z trasy



Kilometr 01 - Jest sobota, 6:20 rano. Jeszcze ciemno. Autobus właśnie przywiózł nas na skraj Jarantowa. Nie jest tak zimno jak przed dwoma laty. O tak wczesnej porze lekki chłód jednak czuć, stąd część biegaczy oczekując na start schroniła się do pobliskiego spożywczaka. Udają, że coś kupują. W końcu Mirza (Mariusz Kurzajczyk) – spiritus movens całej tej zbieraniny zabiera nas na pobliski asfalt, przypomina o zasadach bezpieczeństwa i o 6:30 startujemy. Ja początkowo wolno. Może za wolno. W pewnym momencie jestem ostatni, za mną już tylko samochody straży pożarnej i karetka. Ich włączone w półmroku światła kogutów sprawiają, że czuję się jak bym biegł obok samochodów z zakładu komunalnego oczyszczającego miasto. Gdy momentami przechodzę w marsz czuję, że poruszam się niewiele wolniej niż wtedy, gdy biegnę.

Kilometr 10 - Jest pierwsza dyszka, wstał już świt. Zrobiłem ją w ponad godzinę. Bardzo wolno, rozgrzewkowo. Czołówka a nawet przeciętniacy uciekli sporo do przodu. Taka jest jednak moja taktyka: zacząć spacerowo a właściwy bieg rozpocząć po 10 kilometrach, gdy zacznie się pierwsza z zaplanowanych sześciu 15-kilometrowych pętli. Zgodnie zatem z planem po tej rozgrzewkowej dyszce przyśpieszam. Chcę resztę pociągnąć tempem w okolicach 4:45/km. Obliczam sobie, że każdą „piątkę” powinienem robić w 24:45. Co? Że źle obliczyłem i powinno być 23:45? No pewnie, że tak, teraz to i ja o tym wiem. Wtedy jednak w biegowym amoku zwyczajnie pomyliłem się w obliczeniach. Zaplanowałem sobie, że jak pobiegnę takim tempem resztę trasy, to powinno wyjść coś pomiędzy 8 godzin a 8:30. Mój życiowy wynik na dystansie 100 km to 8:33. Jeśli zakręcę się o okolicach 8 godzin – będę zadowolony.

Kilometr 45 - Ale się fajnie biegnie. Jest już zupełnie jasno i ciepło, pewnie około 18 stopni. Bluzę z długim rękawem zamieniłem na przepaku na koszulkę Columbia Trail Pro II Crew. Fajna jest, miękka i przewiewna. Na te warunki idealna. Biegnie mi się na tyle fajnie, że plan, którego miałem się trzymać już dawno wziął w łeb. Kolejne „piątki” zamiast po 24:45 (vel 23:45) wychodzą po 21:51, 23:09, 22:41, 23:36, 24:01, itp. Generalnie za szybko. Niby wiem, że jeśli pobiegnę za szybko początek to pod koniec za to zapłacę, ale co tam. Ponosi mnie ułańska fantazja. Dosyć szybko wyprzedzam grupę biegnącą tempem 5:00. Biegnie w niej m.in. Marinero – Robert Derda, z którym ścigałem się ostro na końcówce tego samego ultramaratonu dwa lata wcześniej. Dalej mijam też Pawła Kotlarza, mam wtedy podobno tempo w okolicach 4:30. Za szybko, 15 sekund za szybko. Na razie jednak jest fajnie. Przybijam piątki z dzieciakami stojącymi z tatą przy ulicy.

Kilometr 65 - Już nie jest fajnie. Zaczynam mieć dosyć, zaczynam „puchnąć”. Sił jakoś braknie, w dodatku zrobił mi się odcisk na największym palcu u nogi i właśnie pękł. Nieprzyjemne uczucie, a do mety jeszcze szmat drogi. Teraz wiem, że przeszarżowałem z tempem. Ostatnie „piątki” są coraz wolniejsze: wychodzą po 27:31, 28:18. Wymarzony rezultat w okolicach 8 godzin sypie się niczym domek z kart. 

Kilometr 70 - W bardzo słabej formie mijam właśnie punkt kontrolny przy przepaku w Blizanowie. Ostatnie pięć kilometrów robiłem w ponad 28 minut. Biegnę już 5 godzin i 50 minut. Do mety jeszcze 30 km. Obliczam sobie, że jeśli każdą kolejną 15-kilometrową pętlę będę robił w 1,5 godziny (tempem 30 min na 5 km) to osiągnę rezultat w okolicach 9 godzin. Taki wynik mnie nie interesuje. Nie jest wart walki, którą trzeba by włożyć w ostatnie 30 km. Do tego boli paluch z pękniętym odciskiem, boli też lekko lewa stopa. Bez przekonania wybiegam jeszcze za Blizanów, truchtam kilkaset metrów i…. zatrzymuję się. Stoję, rozglądam się i kalkuluję swoją sytuację. Ktoś biegnący za mną proponuje mi swoją wodę. Ktoś inny pogania do walki: „dawaj dalej, nie poddawaj się, nie nogi biegną, lecz głowa!” – krzyczy. Ich motywacje na mnie nie działają. Jestem zrezygnowany. Moja psycha skurczyła się i leży pokonana, wdeptana w arenę. Na jej plecach nogę trzyma zwycięzca. Nazywa się „Nie dam rady. Nie uda się. Nie chcę”. Dla mnie to na dziś koniec. Odwracam się na pięcie i idę z powrotem kilkaset metrów. Po drodze informuję biegnących za mną znajomych rywali (Pawła Kotlarza i Roberta Derdę), że się poddałem. Idę do bazy po aparat fotograficzny. Skoro na wyniku rzędu 9 godzin mi nie zależy to wezmę sobie aparat i przejdę lub przytruchtam ostatnie 15 lub 30 kilometrów robiąc innym zdjęcia. Pogoda jest piękna, słoneczna, teraz to już chyba ze 20 stopni. Na otarcie łez pocieszę się bawiąc w sportowego fotografa.

Punkt odżywczy w Jarantowie (75 kilometr)
Kilometr 75 - Ostatnie pięć kilometrów pokonałem w 59 minut, w dwa razy dłużej niż powinienem. Sporo czasu zabrał mi powrót do bazy po aparat, potem trucht przeplatany marszem. Zagaduję chłopaków, którym robię zdjęcia. Teraz już truchtam bez ciśnienia, jest całkiem sympatycznie. Jednym z kolejnych, którzy napatoczyli mi się pod obiektyw jest Marcin Zieliński. Zna mnie. Gdy mu odpowiadam, że ja już się nie liczę, że się poddałem, bo nie zrobię życiówki ten mnie mobilizuje do walki. „Nie za każdym razem bije się rekordy, dawaj, biegnij! Jak dobiegniesz teraz do mety to i tak będziesz miał wynik poniżej 10 godzin. To dobry czas”. Jeszcze się wykręcam i na luzaku kontynuuję marszobieg. Kolejna „piątka”: 34:17, następna: 30:14. Z czasem mój stan psychofizyczny nieco się poprawia. Przez te ostatnie 15 kilometrów odpocząłem sobie na tyle, że słowa Marcina zaczynają przebijać się przez mur mojej niechęci do dalszej rywalizacji. A może by jednak jeszcze powalczyć? 

Kilometr 85 - Zostawiam aparat na przepaku, i tak na nic już mi się nie przyda, bo obiektyw zaparował od potu. Wybiegam na ostatnią pętlę, ostatnie 15 km. Fizycznie lekko nie jest, ale czuję się już znacznie lepiej. Moja psycha, choć poturbowana podnosi się z kolan i otrzepuje z piasku. Życiówki już nie będzie, dobrego rezultatu również, ale powalczę jeszcze tę końcówkę, zrobię ile się da. Powinienem bez problemów zejść poniżej 10 godzin. Stopniowo przyśpieszam i kolejne dwie „piątki” robię 28:10 i 27:31. W międzyczasie mijam idącego Roberta Derdę, który ma kryzys podobnie jak ja wcześniej. Została ostatnia „piątka”. Fizycznie czuję się słabo, ale psychicznie znakomicie. Delektuję się doganianiem i wyprzedzaniem kolejnych zawodników. Ostatnie pięć kilometrów robię w 24:22. Wróciłem do świata żywych. 

Kilometr 100 - Sprężystym krokiem wbiegłem właśnie na metę. Czas 09:15:57. Miejsce 18 na 87 osób, które wystartowały. To mój najgorszy czas w Kaliszu, gorszy nawet od debiutu (9:11). „Paweł, ty mięczaku, dlaczego się poddałeś?” – myślę sobie. Gdybym jakoś przetrwał ten kryzys z 70-tego kilometra i trochę zwolnił, ale kontynuował bieg byłaby jeszcze szansa na życiówkę. Może nie wynik 8:00, ale jakieś 8:20-8:30 powinienem nabiegać. Trzeba było odpocząć 5 lub 10 kilometrów w truchcie a potem znowu wrócić do szybszego tempa. Była szansa, była. I przepadła. Niestety: to jest ultra - tu trzeba mieć mocne nogi i równie mocną głowę. U mnie tego drugiego zabrakło.

Mapa trasy
Supermaraton Kalisia to bieg uliczny na dystansie 100 kilometrów rozgrywany corocznie jesienią w okolicach Kalisza. Trasa prowadzi w większości mało uczęszczanymi, asfaltowymi drogami. Zbudowana jest na 15-to kilometrowej pętli pomiędzy wsiami Blizanów, Jarantów i Brudzew. W każdej z miejscowości znajdują się punkty kontrolne, w których dzieci częstują biegaczy kanapkami, słodyczami, gorącą herbatą, wodą i kawą. Limit czasu na pokonanie trasy wynosi 12,5 godziny. Wpisowe: 140 zł. W tym roku zwyciężyli:

1. Andrzej Radzikowski (07:37:23)
2. Krzysztof Holik (07:48:53)
3. Piotr Sawicki (08:07:25)

Link do strony zawodów: [Supermaraton Kalisz]

P.S. Dziękuję organizatorom, za możliwość odebrania pakietu startowego po terminie, rano przed startem. Gdyby nie Ich życzliwość nie wystartowałbym w Kaliszu, bo nie zdążyłbym dojechać na czas do biura zawodów. 

Zdjęcie pierwsze od góry pochodzi ze strony organizatora [link] Pozostałe są moje.

poniedziałek, 25 października 2010

Setka w Kaliszu po raz drugi


Podstawowe informacje


Nazwa: XXVI Supermaraton Kalisia


Miejsce: Blizanów k/Kalisza


Data: 23 października 2010, Sobota. Start o 6:30 rano.


Dystans: 100 km


Limit czasu: 12,5 godziny (do godziny 19)


Trasa: Piętnastokilometrowa pętla pomiędzy miejscowościami Blizanów – Jarantów – Brudzew. Do pokonania 6 razy + 10 km dobiegu. Nawierzchnia asfaltowa z kilkoma niewielkimi podbiegami. Trasa w większości odkryta, tylko niewielkie fragmenty wśród lasu. Ruch samochodów na większości trasy niewielki (większy tylko w okolicach Blizanowa). Punkty odżywiania co 5 km.


Warunki pogodowe: Bardzo dobre. Na początku dosyć zimno, potem temperatura około 9 stopni. Bez deszczu, słonecznie. Wiatr umiarkowany.


[relacja z zeszłorocznej edycji]




Spokojny początek


Dojechałem do Kalisza bez przygód. W biurze w Starostwie Powiatowym rejestracja i niedługo później autobus wywozi nas do szkoły w Blizanowie na nocleg. W międzyczasie poznaję paru chłopaków, którzy celują w ambitne wyniki. Jeden chce złamać 8 godzin, inny myśli o zwycięstwie. W sumie szanse mają. Ścisła czołówka polskiego ulicznego ultra (Janicki, Szymandera, Baran i inni) do Kalisza w tym roku nie przyjechała. Podobno szykują się do Mistrzostw Świata w biegu na 100 kilometrów w okolicach Gibraltaru. Bieg jest na początku listopada, więc Kalisz im odpadł. Cóż, będzie nam łatwiej zająć wyższe miejsca.

W Blizanowie nocujemy w sali gimnastycznej na podłodze. Standard, jeżdżąc na orienterskie setki już się przyzwyczaiłem. Szkoda tylko, że zapomniałem karimaty. Trudno. Kolację zjadam obfitą i pożywną, potem idę spać. Budzik ustawiłem na 5 rano.


Rano budzę się samodzielnie. Spało się nieźle. Za oknem zupełnie ciemno i pewnie też zimno. Nawet nie mam ochoty sprawdzać jak zimno. Przegryzam jeszcze lekkie śniadanie, ubieram się i o 6tej wychodzimy do autobusów. Te mają nas wywieźć w inne miejsce niż rok temu. Tym razem startujemy nie z rynku w Stawiszynie ale z Jarantowa – wioski na 5 kilometrze pętli. Decyzja organizatorów chyba właściwa. O 6 rano w Stawiszynie i tak kibiców żadnych nie było. Wysiadamy z autobusów niewiele po 6tej przy jakimś budynku, który pewnie kiedyś był sklepem spożywczo - przemysłowym. W koło jakby PGR-owskie klimaty. Jest ciemno, i strasznie zimno. Ale kosta, jest pewnie ze 2 – 3 stopnie. Już żałuję, że nie zabrałem na start polarowych rękawiczek. Tak jak wszyscy dookoła wymachuję rękoma by nie zamarznąć. W końcu przyjeżdża organizator. Robimy wspólne zdjęcie, z którym ponoć wiąże się jakaś niespodzianka i już szykujemy do startu. Z małym poślizgiem, około 6:35 startujemy. Nie mogłem się doczekać, może teraz się rozgrzeję.


Z Jarantowa do Blizanowa mamy 10 kilometrów. Pierwszą dziesiątkę traktuję jako rozgrzewkę. Truchtam sobie spokojnie robiąc czasem przerwy. Większość mnie wyprzedziła. To nic, na początku nie ma to znaczenia. Początek zaplanowałem właśnie bardzo wolny. Dopiero, gdy zacznie się właściwe 6 pętli zamierzam przyśpieszyć. Niestety już na pierwszych kilometrach przypadkowo wyłączam stoper wciskając niewłaściwy przycisk. Trudno. Pętla ma eleganckie oznaczenia co kilometr. Przynajmniej mogę kontrolować prędkość na poszczególnych odcinkach. Pierwsze wychodzą tempem pomiędzy 6 a 5 minut na kilometr. Wolno, tak jak miało być. Dobiegamy do Blizanowa, powoli wstaje świt. Przebiegając przez bramkę z pomiarem czasu patrzę na wyświetlacz z zegarem. Dycha w 58 minut, 9 minut szybciej niż rok temu. Odtąd zamierzam zacząć prawdziwy wyścig. Stopniowo przyśpieszam zbliżając się coraz bardziej do tempa 5 minut na kilometr.



Ambitny środek


Pomimo zwiększenia tempa biegnę ciągle całkiem lekko. Przypomina mi się czytane zalecenie jakiegoś weterana ultra o tym, jak należy biec by dobiec. Pierwsze 33% biegniesz tak, by się nie męczyć. Drugie 33% masz prawo być lekko zmęczony. Trzecie 33% to już jest walka o wynik, o to by biec i się nie zatrzymać. Powtarzam więc sobie na pierwszych dwóch piętnastkach jak mantrę, że biegnę lekko, bez wysiłku. Nie mogę się męczyć.


Warunki na trasie są dużo lepsze. Jest już dzień, jest cieplej. Gdy dobiegam do jednego z punktów odżywiania dzieci z miejscowych szkół serdecznie witają zawodników, częstują czekoladą, kanapkami, bananami i napojami. Taka pomoc jest bezcenna. W chłodny poranek najbardziej smakuje gorąca, słodka herbata. Obsługa punktów puszcza też przeboje. Najbardziej wpadł mi w ucho kawałek „Dziewczyno, choć na wino”. Leciało to mniej więcej tak:


„Wieczorem po kolacji,

wyszedłem znów na łowy.

Na wszelkie propozycje,

chętny i gotowy.

Koszula prasowana,

włosy ulizane.

Marzy mi się dziewczę,

młode i rumiane.”


Jako żywo Maxi Kaz - podrywacz z Ciechocinka tylko celujący w nieco młodsze roczniki. Dalej leci refren:


„Dziewczyno chodź na wino,

odpuść sobie kino.

Chodź na wino,

ze mną zabaw się dziewczyno.

Chodź na wino,

smutki niech odpłyną.

Chodź na wino,

dziś nie będzie źle dziewczyno. […]”


Przebój zespołu Manil pod tytułem „Wino” bardzo pasuje do klimatu [link do teledysku]. Jest świetnie, od razu humor mi się poprawia. Następne parę kilometrów biegnę z uśmiechem nucąc pod nosem piosenkę o dziewczynie i winie. A pomyśleć, że na ostatnim maratonie warszawskim tańczyły baletnice, puszczano jakiegoś Chopina. Chrzanić Chopina, „Dziewczyno, choć na wino” jest lepsze;)


Trochę zbaczam od tematu w muzyczne doznania. Czas wrócić do biegu. Zgodnie z tym, co napisałem powyżej przyśpieszam. Przyśpieszam i przyśpieszam, coraz bardziej przyśpieszam. Na drugiej piętnastce schodzę już sporo poniżej 5 minut na kilometr. Czuję się świetnie, więc dlaczego nie spróbować szybciej? Przez głowę przechodzą mi myśli, że może warto zaryzykować, postawić wszystko na jedną kartę. Że trzeba być czasem odważnym i zdecydować się na śmiały krok. Takie i inne bzdury krążą mi po głowie a ja traktuję je coraz bardziej poważnie. Pod koniec drugiej i na trzeciej piętnastce (50 kilometr) przyśpieszam biegnąc już 4:40 – 4:30 na kilometr. W pewnym momencie nieświadomie przyśpieszam jeszcze bardziej. Notuję wtedy tempo 4:18 – 4:22 na kilometr. Kurcze, przecież to zabójstwo. Zwycięzca z zeszłego roku Paweł Szymandera ponoć wygrał, dlatego, że trzymał przez cały bieg równe tempo 4:30 na kilometr. To po co ja tu wyskakuję z 4:18? Czysta głupota. Z drugiej jednak strony urósł już apetyt na dobry wynik. Przed startem nastawiałem się na złamanie życiówki z poprzedniego roku wynoszącej 9:11. Zamierzałem w tym roku złamać 9 godzin. W połowie biegu okazuje się jednak, że biegnę na złamanie 8 godzin! Uświadamia mi to jeden z mijanych, mocnych zawodników, który zwolnił, bo dokuczało mu kolano. Ktoś inny, dublowany po raz pierwszy (niektórych zdublowałem dwa razy) mówi, że biegnę na 5 pozycji. Piąty na ponad 100 osób! Dowieźć taki wynik do mety byłoby pięknie. Niestety, już na czwartej piętnastce czuję, że jak na ten etap (gdzieś 65 kilometr) jestem zbyt zmęczony. Wmawiam sobie, że mam teraz prawo być najwyżej lekko znużony, ale nie działa. Zaczynam walczyć, w głowie coraz częściej gości myśl by przejść na chwilę w spacerek. Na razie podobne pomysły udaje mi się przepędzić na cztery wiatry.



Zdechła końcówka


Do mety zostały ostatnie dwie piętnastki. Mam za sobą już 70 kilometrów w nogach. Zgadniecie, jakie tempo? 4:30 – 4:40? A skąd! Teraz człapię po asfalcie już coraz bardziej przygięty, biegnąc pomiędzy 5 a 6 minut na kilometr. Przy punktach odżywiania przechodzę na chwilę w marsz. Wtedy taki kilometr z etapem marszowym wychodzi mi w 6:20. Zgroza. Otrzeźwiałem, o złamaniu 8 godzin mogę zapomnieć. Na domiar złego poczułem w którymś momencie, że duży palec u nogi, który od jakiegoś czasu trochę pobolewał dziwnie przykleja się do skarpetki. Patrzę uważniej a tu już krew przesiąkła przez wierzchnią część buta. To pęknięty odcisk, który co prawda wygląda groźnie, ale na szczęście specjalnie nie boli. Na przedostatniej piętnastce mam kryzys chyba największy w całym biegu. Zmęczony już jestem a to jeszcze nie jest ostatnia pętla. Będę musiał oglądać te cholerne pola raz jeszcze. Rzygam nimi. Na punktach odżywiania piosenki puszczane przez dzieci „już nie cieszą jak kiedyś”. Człapię wolno, ale do przodu. Wyprzedzam czasem biegnących powoli lub takich, którzy idą. Niestety, dochodzi mnie i łyka dwóch gości. Nic nie mogę poradzić, nie jestem w stanie walczyć. Spadam z 5 na 7 pozycję. Teraz skupiam się tylko na tym, by się nie zatrzymać. By truchtać, choćby świńskim truchtem. Trucht jest, co prawda coraz bardziej świński, ale to ciągle trucht. Tylko ze 3 razy przeszedłem na krótką chwilę w marsz poza punktami odżywiania. Dobiegam jakoś do punktu pomiaru czasu w Blizanowie. Zaczyna się ostatnia pętla, ostatnie 15 kilometrów. O dziwo nie jest najgorzej. Coś jakby puściło, truchtam wolno, ale z jakby mniejszym wysiłkiem. Cieszy mnie myśl, że PGR-owkie pejzaże, które już oglądałem kilka razy widzę po raz ostatni. To dodaje sił. Zaczyna się pożegnalna rundka. By odciągnąć myśli od zmęczenia myślę jak fajnie będzie jutro. Jak nie będę musiał biegać, jak będę przez najbliższe kilka dni codziennie chodził na solankowy basen, na saunę, na hydromasaże. Będzie pięknie, byle tylko się zmobilizować i pokonać te ostatnie kilometry. Patrzę na zegarek i wygląda na to, że celuję w wynik około 8:40. Mogło być lepiej, ale i tak nie jest źle. Mijam ostatni punkt odżywiania w Brudzewie. Jeszcze 5 kilometrów i fajrant. Niestety, końcówka nie szykuje się spokojna. Będzie mocno emocjonująca. Na ostatnim punkcie dochodzi mnie inny zawodnik, jeden z tych, których wcześniej wyprzedziłem. Marinero (tak ma napisane na koszulce) zbliża się coraz bardziej. Niech to drzwiczki, szykuje się powtórka z Ełckich Roztopów, gdy ścigałem się z Maćkiem. Marinero zbliża się konsekwentnie i na dwa kilometry przed metą mnie wyprzedza. Spadam na 8 pozycję. Nie zamierzam jednak odpuścić. „Czekaj, czorcie” – myślę sobie. „Będę za tobą biegł w niewielkiej odległości i przyatakuję na ostatnich kilkuset metrach dając 100% mocy”. Plan jest dobry pod warunkiem, że Marinero nie ma rezerwy mocy i nie będzie czujny. Dobiegamy do ostatniego kilometra przed metą. Marinero okazuje się ostrożnym i przytomnym biegaczem. Zacząłem już cichutko przyśpieszać, skradać się. Marinero się ogląda, widzi, co się święci i też przyśpiesza! Zaczyna się ściganie. Ostatnie czterysta metrów włączam „sprint” rzucając wszystkie siły do walki. Oczywiście ów sprint to nie sprint w klasycznym rozumieniu tego słowa. To taki sprint, na jaki można sobie pozwolić po 99 kilometrach biegu, w moim przypadku tak około 4:00 - 4:15 na kilometr. Wydaje mi się, że biegnę bardzo szybko jednak sylwetka Marinero, który także pędzi co sił w nogach kontrolnie oglądając za siebie zbliża się tylko nieznacznie. Już widzę metę i zdaję sobie sprawę, że przegrałem. Nie odzyskam 7 pozycji. Wpadam na metę, gdy zegar wyświetla czas 08:33:54. Robert Derda (tak się nazywa ów Marinero) osiągnął wynik 08:33:43. Był o 11 sekund lepszy. Gratulujemy i dziękujemy sobie wzajemnie. Walka była piękna, choć to ja ją umoczyłem. Potem dowiem się, że Robert startował niedawno w spartatlonie a w biegu 24h zdobył brązowy medal. Mocny gość, z byle kim nie przegrałem. Zmachany i obolały, z zakrwawionym butem idę coś zjeść i wziąć prysznic. Czas odpocząć.



Zakończenie


Tegoroczną edycję naszego najbardziej znanego supermaratonu ukończyło 80 osób ze 157 wpisanych na listę (część zapewne nie dojechała). Nie wszyscy przebiegli całe 100 kilometrów. Można było też zejść na 55, 70 i 85 kilometrze i to też liczyło się jako ukończenie. Wygrał Krzysztof Holik, który jako jedyny zszedł poniżej 8 godzin (07:53:36). Drugi był Adam Thiel (08:08:07), trzeci amator Piotr Sawicki (08:09:12). Wśród kobiet triumfowała młoda polska gwiazda biegów ultra – Aleksandra Niwińska (09:42:23). Druga przybiegła Agnieszka Mizera (11:15:16), trzecia Barbara Nowak-Lewandowska (11:22:09). Piotrek Sawicki z Warszawy, który dobiegł jako trzeci to ten sam biegacz, którego pamiętam z zeszłorocznego ultramaraton w Kaliszu. Wtedy wyprzedził mnie efektownie na ostatnim okrążeniu biegnąc mocnym tempem i notując czas nieco poniżej 9 godzin. W tym roku jeszcze bardziej się poprawił. Po biegu wraz z kolegą poczęstował mnie swoją „tajną” bronią: napojem z szałwi argentyńskiej (nasiona Chia). Podobno wspomina o nim Christopher MacDougall w głośnej książce pt. „Urodzeni biegacze”. Dziwny ten napój, taki gęstawy, złożony jakby z nasion z wnętrza pomidora. Smak oczywiście inny, bardzo dobry. Nawet lepszy niż mój grzyb Kombucha. Wziąłem od chłopaków dwie dokładki opróżniając pojemnik do cna. Muszę kiedyś samodzielnie przyrządzić coś podobnego.




Supermaraton w Kaliszu to udana impreza. Wspominałem już, że nie jestem wielkim fanem biegania kółek po asfalcie, ale co tam - raz do roku, dla odmiany można wyjść „z puszczy” i poszaleć na ubitej nawierzchni. Kaliska ultra-imreza jak najbardziej się do tego nadaje. Klimat jest fajny, wesoły, serdeczny. Zupełnie nie wielkomiejski. Podobało mi się oznaczenie trasy na każdym kilometrze, podobało mi się dobre zaopatrzenie w żywność i napoje. Na mecie oprócz żurku i makaronu z sosem był chleb ze smalcem i skwarkami. Pycha, jeszcze wychodząc do samochodu pochłonąłem trzy kanapki. Medal był w tym roku nietypowy: ze szklanym środkiem. Po powrocie przyjrzałem mu się uważniej. Jest na nim grupowe zdjęcie biegaczy, chyba właśnie to, które robiliśmy tuż przed startem. Czyżby dało się w kilka godzin przygotować ponad sto takich „świecuszek”?. Jeśli tak to jestem pod wrażeniem. To chyba właśnie owa niespodzianka, o której wspominał organizator przed startem.


Ze startu jestem zadowolony, choć równocześnie żałuję błędu, który popełniłem. Po co tak mocno przyśpieszyłem w połowie dystansu? Nie wiem. Przypuszczalnie trochę przez to straciłem, zarówno na czasie jak i pewnie na miejscu. Trudno, może ten błąd czegoś mnie nauczy. W każdym razie życiówka jest - poprawiona o 38 minut. To cieszy najbardziej.



p.s. Zdjęcia dwa pierwsze od góry pochodzą z galerii Państwa Bernadety i Krzysztofa Lipińskich (www.forest.karolin.pl)

niedziela, 1 listopada 2009

Smak ulicznego ultra


(25 Kalisia Supermaraton)

Maratony, półmaratony, dziesiątki. Wszystko to staje się coraz popularniejsze; startującym od przynajmniej kilku lat powszednieje z czasem. Większość z długo oczekiwanych krajowych startów przestaje być ekscytującym przeżyciem. Zaczyna niebezpiecznie zbliżać się do rutyny, być zimną kalkulacją, pozbawioną oczekiwanych emocji walką o życiówkę. Amatorzy tacy jak ja usiłują uniknąć tej przykrej strony na różne sposoby. Startują na luzie (imprezy tzw. towarzyskie), w ciekawych miejscach (wyjazdy zagraniczne), w zawodach o nietypowej formule (np. podziemna sztafeta w Bochni, bieg katorżnika w Lublińcu). Jeszcze inni starają się spojrzeć poza znany horyzont, sięgnąć tam gdzie nieznane. Wydłużyć dystans i pobiec dalej i dłużej niż kiedykolwiek przedtem. Swój sportowy rozwój kierują w stronę biegów ultradystansowych, czyli wszystkich dłuższych niż klasyczny maraton (42 km).

Także i mi przestały wystarczać klasyczne, uliczne biegi długodystansowe. Już dużo wcześniej zainteresowałem się marszobiegami na orientację. Kilka miesięcy temu z powodzeniem wystartowałem w Biegu Rzeźnika [relacja]. Był to bieg na dystansie ultra (78 km) rozgrywany po trasie górskiego szlaku. Teraz przyszła kolej na inny niezbadany przeze mnie rejon: bieg ultra rozgrywany w całości po ulicy. Niewiele jest takich biegów w Polsce toteż wielkiego dylematu z wyborem nie miałem. Zgłosiłem się do udziału w jubileuszowym dwudziestym piątym supermaratonie w Kaliszu.

Kaliski supermaraton ma długą tradycję. Rozgrywany jest od lat na terenie pobliskich gmin Stawiszyn i Blizanów. Głównym organizatorem jest Kaliskie Towarzystwo Sportowe Supermaraton Kalisz, współorganizatorami miejscowe władze. Zasadniczy dystans biegu wynosi 100 kilometrów, limit 13 godzin. Start ma miejsce o 6 rano na rynku w Stawiszynie. Po 10 kilometrach uczestnicy trafiają do Blizanowa w okolicach którego należy pobiec 6 pętli po 15 km. Biegacze o słabszej kondycji mogą zakończyć rywalizację na 55, 70 i 85 kilometrze. Wcześniejsze zejście z trasy równa się nieukończeniu zawodów. Bieg posiada licencję International Association of Ultra Runners i jest notowany w międzynarodowym kalendarzu imprez tej organizacji. Z tegorocznych zmian należy wymienić wprowadzenie dodatkowych klasyfikacji. Jubileuszowej edycji supermaratonu towarzyszyły Mistrzostwa Polski Kobiet i Mężczyzn w Biegu na 100 km, oraz Mistrzostwa Polski Weteranów na 100 km. Do startu zgłosiło się wyjątkowo liczne grono 170 biegaczy.

Do Kalisza dojechałem późnym wieczorem w przeddzień zawodów. Po szybkiej rejestracji, odebraniu pakietu startowego pojechaliśmy podstawionym autobusem do podkaliskiego Blizanowa. Tam, w zespole szkół zorganizowano bazę zawodów. Na miejscu czekała już część uczestników, którzy następnego dnia, jeszcze przed świtem wyruszą w bardzo długą drogę. Część po raz kolejny, podobno połowa po raz pierwszy. Dało się zauważyć zarówno dobry humor jak i przedstartowe napięcie. Nie dziwiła stosunkowo wysoka średnia wieku uczestników supermaratonu.

Obudziłem się przed piątą rano, już lekko obolały. Odwykłem od snu na karimacie. Za oknem ciemna noc. Śniło mi się, że zawody były łatwe, dobiegłem w dobrej formie zdziwiony, że to już koniec. Proroczy sen czy żart króla snów mający zwiastować coś zupełnie przeciwnego? Nie było sensu zastanawiać się dłużej, czas pokaże. Niepokoiła pogoda, prognozy zapowiadały lekki deszcz. Z obawą wyjrzałem za zewnątrz. Bardzo wilgotno, sporo kałuż, ale na szczęście nie padało. Byłoby świetnie gdyby taka pogoda wytrzymała do wieczora. Po posiłku, przygotowaniu stroju na start i na zapas, wysmarowaniu wrażliwych miejsc sudocremem byłem gotowy do drogi. Zrobiłem jeszcze zdjęcie stóp na pamiątkę. Któż wie, jak będą wyglądać na mecie. Po piątej rano autobus wywiózł nas do oddalonego o 10 kilometrów Stawiszyna. Na tamtejszym rynku rozgrzewka, ostatnie przygotowania, przedstartowe zdjęcia. Dominowali Polacy, ale był też biegacz z Ukrainy, był Hiszpan. Kibiców prawie żadnych, co nie dziwi zważywszy na bardzo wczesną godzinę. Tuż przed szóstą wysłuchaliśmy ostatnich uwag organizatora. Strzał z rewolweru dał sygnał do startu. Ruszyliśmy. Przed nami 100 kilometrów po asfalcie.

Taktykę na pokonanie tego dystansu przyjąłem bardzo ostrożną. Niewiele ostatnio trenowałem, co z jednej strony martwiło gdyż mogło oznaczać niedotrenowanie. Z drugiej strony przynajmniej miałem pewność, że wypocząłem należycie. Już od początku przyjąłem taktykę Gallowaya, polegającą na regularnym przerywaniu biegu marszem. Taki sposób pokonania trasy jest bardzo ekonomiczny i polecany zwłaszcza słabiej wytrenowanym zawodnikom. Rozpocząłem bardzo wolnym truchtem i już od pierwszego kilometra, co jakiś czas na krótko przechodziłem w marsz. Chciałem bardzo powoli i łagodnie wprowadzić organizm w stan wzmożonego wysiłku. Trzeba dodać, że okoliczności także nie zachęcały do szybkiego tempa. Biegliśmy wąską, mało uczęszczaną asfaltową drogą. Wokół jeszcze ciemna noc, dodatkowo mgła. Przy szybkim biegu mógłbym z łatwością wpaść w jedną z wielu kałuż a przemoczenie butów już na początku wyścigu to ostatnie, na co miałem ochotę. Truchtałem, zatem spokojnie ślimaczym tempem i szybko znalazłem się w ogonie stawki.

Po dobiegnięciu do Blizanowa wkroczyliśmy na zasadniczą część trasy: piętnastokilometrową pętlę pomiędzy miejscowościami Blizanów – Jarantów – Brudzew. Do pokonania sześć razy. W każdej z wymienionych miejscowości oddalonych mniej więcej o pięć kilometrów znajdował się punkt z napojami i żywnością. Zaopatrzenie było dobre. Dzieci z miejscowych szkół podawały ciepłą herbatę (świetnie się sprawdzała w ten chłodny, październikowy dzień), wodę, izotonik, słodycze, kanapki. Ponadto kibicowały i umilały zawodnikom bieg puszczając muzykę disco polo. Na skrzyżowaniach dróg stali strażacy. Klimat był specyficzny, nawet we mgle nie sposób było się zgubić.

Jak wyglądała trasa? Muszę przyznać, że nie była zbyt atrakcyjna turystycznie ale dobrze pasowała do długodystansowego biegu. Tylko kilkukilometrowy fragment przy Blizanowie pokonywaliśmy przy większym ruchu, w okolicach Godziątkowa skręcaliśmy w lewo, w mniej uczęszczaną i trochę ubłoconą asfaltową drogę. Następnie bieg wśród pól, dookoła mgła, w oddali widać i słychać Jarantów. „... ♫ ... Chciałbym ci powiedzieć, że ja lubię często kłamać, chciałbym ci powiedzieć, że ja serca lubię łamać ... ♪... ” param, param (Boys - Chciałbym). Za wsią biegliśmy znowu kilka kilometrów do niewielkiej miejscowości Lipe. Zapamiętałem ją z łagodnego podbiegu kończącego się w centrum wsi, tuż przed drewnianym kościółkiem z połowy XVIII wieku. Gdzieniegdzie w podwórkach stały dzieci wytrwale machające biegnącym. Ogólnie kibiców wielu nie było. Dalej po lewej stronie mijaliśmy jakiś zbiornik wodny, potem przez niewielki las, obok współczesnego cmentarza i wbiegaliśmy do Brudzewa. Tu także dzieci jak tylko mogły pomagały biegającym. Były gorące powitania, była herbata, były kanapki. Była oczywiście i muzyka. „... ♫ .. Rzeki przepłynąłem, góry pokonałem, wielkim lasem szedłem, nocy nie przespałem, żeby ciebie spotkać... ♪... ” tralalalala (Fanatic - Rzeki przepłynąłem). Wąsaty strażak pilnował pętelki gdzie trzeba wykonać nawrót i skierować do Blizanowa. Ten fragment także prowadził mało uczęszczaną drogą przez wśród uprawnych pól, łąk, zabudowań (Janków). Był tam jeden większy podbieg na którym zwykle przechodziłem w marsz. W Blizanowie meldowaliśmy się sędziom i rozpoczynaliśmy kolejną pętlę.

Po pierwszych kilku kilometrach, jeszcze przed Blizanowem, mięła nas czołówka. Prowadził młody zawodnik z Ukrainy biegnący bardzo mocnym tempem (ponoć zaczął tempem 3:50 na km). Z dużą stratą podążali za nim Polacy. Gdy w końcu po dziesięciu kilometrach dotarłem do Blizanowa miałem, czas 1:04. Pierwszą dziesiątkę pobiegłem więc bardzo wolno. Stwierdziłem wówczas, że rozgrzewkę czas zakończyć. Miałem jeszcze dużo energii po nienaturalnie wolnym początku, nogi rwały się do walki. Wstał świt, biegło się wygodniej bez strachu o nieoczekiwaną kąpiel w kałuży. Na pierwszej pętli spokojnie przyśpieszyłem do tempa normalnego truchtu. Powoli i systematycznie wyprzedzałem kolejnych uczestników. O Gallowayu oczywiście nie zapominałem. Co pięć kilometrów, przy punktach odżywiania robiłem krótkie przerwy na marsz i posiłek. Tym sposobem pierwszą pętlę, pokonałem w 1:19 zaś drugą w 1:15. Po czterdziestu kilometrach byłem co najwyżej lekko znużony. Dyskomfortu w butach nie czułem, stopy miały się dobrze, nastrój psychiczny także.

Trudniej zrobiło się po półmetku. Okrążenie trzecie i czwarte także przebiegłem ale już w większym trudem (trzecia pętla 1:15, czwarta 1:22). Tak jak poprzednio robiłem przerwy przy punktach odżywiania, oraz na większych podbiegach. Na czterdziestym drugim kilometrze zdublował mnie Evgenij Glyva. Ukrainiec ciągle prowadził, ale widziałem wyraźnie, że tempo miał wolniejsze. Był widoczny przez następne kilka kilometrów, oddalał się zatem dosyć powoli.

Ostatnie dwie pętle to już była walka i zaciskanie zębów. Miałem za sobą ponad sześć godzin biegu. Stopy, choć obute w dobrze amortyzowane buty o małym przebiegu (150 km) zaczęły protestować. Twardy asfalt dawał się we znaki, czułem też odciski powstałe na dużych palcach. Widoki oglądane na trasie były przyjemne przez pierwsze dwie pętle. Widząc je po raz piąty i szósty czułem obojętność. Bieg dawno utracił charakter przyjemnej przebieżki, jedyne co mnie interesowało to utrzymanie się w biegu. Tempo nie było istotne. Truchtałem wolno (piąta pętla 1:26, szósta około 1:30) robiąc przerwy coraz częściej, zwłaszcza na ostatniej pętli. W krótkich chwilach marszu szybko dawało o sobie znać przenikliwe zimno co mobilizowało do ponownego biegu. Wcześniej zostałem zdublowany kilku kolejnych zawodników z czołówki, na ostatnich kilku kilometrach i ja wyprzedzałem kolejne osoby. Tuż przed metą sprawnie minąłem jeszcze pięć truchtających osób, myśląc że poprawię swoją pozycję. Okazało się że byli dopiero na piątym okrążeniu czego ja nie wiedziałem. Nieświadomie pomogli mi w mobilizacji na końcówce i uzyskaniu lepszego wyniku. Wbiegłem na metę o 15:11, po 9 godzinach i 11 minutach od startu. Zająłem szesnaste miejsce na około 170 osób które wystartowały. Zaskoczeniem było drugie miejsce w kategorii wiekowej M30 (30 – 35 lat, wyższe roczniki to już kategorie weterańskie) i miejsce na pudle. Organizator witający biegaczy na mecie z uśmiechem zaproponował mi strzelenie jeszcze jednego okrążenia ekstra ale stanowczo odmówiłem. Obolały i wygłodniały ale w dobrym humorze pokusztykałem na posiłek, masaż oraz ciepły prysznic.

Z wszystkich startujących pełen dystans 100 km pokonało 110 osób. Przez lwią cześć wyścigu prowadził Evgenij Glyva ale nie wygrał. Kilka kilometrów przed metą doszedł go polski amator Paweł Szymandera z Torunia i na mecie wyprzedził o ponad minutę. Wynik zwycięzcy 7:17:24, wynik gościa z Ukrainy 7:18:40. Evgenij pewnie nie oddałby łatwo prowadzenia ale nie był świadomy, że przegrywa. Myślał, że mijający go Szymandera ma do pokonania jeszcze jedno okrążenie. Cóż, taki urok wyścigów na pętlach. Czasem nie wiadomo kto przed nami a kto za. Trzecie miejsce zajął startujący w ramach mistrzostw Polski Andrzej Baran (7:27:31). Pierwsza wśród kobiet Iwona Żukowska zeszła poniżej dziesięciu godzin (9:36:46).

Zwykle po zawodach publicznie besztam siebie za błędy takie czy owakie. Tym razem jakoś nie znajduję powodów. Jestem zadowolony z debiutu i mam wrażenie, że nie popełniłem większych błędów. Świadomy swojej niezbyt mocnej formy wybrałem ostrożną taktykę. Rozpocząłem bardzo spokojnie, regularnie przerywałem bieg krótkimi odcinkami marszu. Pilnowałem by regularnie jeść i uzupełniać płyny. Ubrałem się stosownie do pogody, nie było za gorąco, w końcówce nawet lekko chłodno. Buty przyprawiły mnie o odciski dopiero na końcówce. Myślę, że z taką formą jaką miałem uzyskałem niezły wynik. Być może była szansa na złamanie dziewięciu godzin ale teraz nie ma co gdybać. Także same zawody były w porządku. Co prawda w mojej opinii liniowe ultra po asfalcie jest wyraźnie nudniejsze niż orienterskie setki w których startowałem i odbiega od wymarzonego ideału (bieg bez powtarzania okrążeń, po urozmaiconej, ciekawej turystycznie trasie) ale nie ma co narzekać. Taki bieg – ideał kosztowałby z pewnością dużo więcej a impreza w okolicach Kalisza to najbardziej znany klasyczny bieg na 100 km w Polsce. Świetnie, że nasz sztandarowy supermaraton zyskał niedawno bardziej światową rangę a wyniki na nim uzyskane są notowane w międzynarodowym rankingu biegów ultradystansowych [DUV - Ultramarathon Statistik]. Kto wie, czy za rok nie wystartuję ponownie. Kończąc dziękuję organizatorom za świetną zabawę, sprawną organizację i życzliwą atmosferę. Szczególne podziękowania należą się uczniom miejscowych szkół oraz strażakom którzy w ten chłodny dzień wytrwale sterczeli od świtu do zmierzchu kibicując i pomagając biegaczom.

p.s. Autorami dwóch pierwszych zdjęć od góry są Mateusz Tęcza i Marek Wiewiórski. Dziękuję! Pozostałe są moje.