Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 100 km na orientację. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 100 km na orientację. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 grudnia 2017

„Harp” H-54 – zapis porażki

Pojechałem bez przekonania. A jak jadę gdzieś bez przekonania, bez świadomości, że jestem przygotowany i mogę powalczyć to wtedy wystarczy byle pretekst abym odpuścił ściganie, bo mi nie zależy. Tak było i na UTMB i na opisanym poniżej 6 w życiu Harpaganie - jak się później okazało -trzecim nieukończonym.

Na początek trochę suchych danych. 20 października 2017, start w piątek wieczorem, o 21. Baza w kaszubskiej miejscowości Szemud koło Trójmiasta. Trasa 100 km podzielona na dwie pętle po 50 km. Teren zawodów to pagórkowaty, Trójmiejski Park Krajobrazowy. Do podbicia 20 PK zaznaczonych na mapie 1:50:000. Limit 24h. Startujących na wszystkich trasach 1332, na trasie 100 km pieszo 162 uczestników. Pogoda wredna: zimno, wilgotno, w nocy deszcz, miejscami intensywny. Nowością były rozświetlenia punktów w skali 1:15.000 i punkty bezobsługowe.

Na czym poległem? Biegowo czułem się byle jak ale to nie wydolność biegowa była główną przyczyną porażki. Trochę pogoda a przede wszystkim nawigacja.



Słabo czułem mapę. Pierwszy PK jak widać na ilustracjach był łatwy i wszedł szybko. Do PK 2 zrobiłem dookolny wariant, dalece różny od przebiegu optymalnego, ale szybki. Na dwójkę wszedłem bez problemu. Potem już zaczęły się kłopoty. Przeloty jakoś wykonywałem ale gdy byłem w okolicy punktów, nie mogłem ich odnaleźć. Track GPS naniesiony na mapę pięknie pokazuje moje nawigacyjne wygibasy, np. przy PK 3, PK 8, PK 9 i PK 10.

Wygibasy nawigacyjne Pawła P., czerwona linia wariant optymalny organizatora

Dlaczego tak? Po pierwsze błędnie odczytywałem mapę. Może się to wydać dziwne u kogoś dysponującego ponad 10-cioletnim stażem w orientacji sportowej ale tak właśnie było. Nie wiedzieć czemu ubzdurałem sobie, że biało-czerwona linia to kolej. Tory. Tymczasem była to droga, coś pomiędzy asfaltem a gruntówką. Druga rzecz: tereny rezerwatów, na które nie było wejścia. Nie zauważyłem, że teren zakreskowany oznaczający rezerwat czasem nie pokrywa drogi biegnącej przez tenże rezerwat. Jeśli tak jest, to można przezeń śmiało drałować, byle drogą. 

I ten fakt, i błędna interpretacja biało-czerwonej drogi wpływały na warianty, które wybierałem. A te były wyjątkowo dookolne. Niektóre wybierałem z pełną świadomością nadłożenia kilometrów, tylko dla towarzystwa. Tak było w okolicy PK 6, który odnalazłem przypadkowo, dzięki spotkaniu z kolegą, Marcinem Miśkiewiczem. On pierwszy punkt znalazł i mnie naprowadził. Widziałem, że mi nie idzie, już wtedy przestało mi zależeć więc jak się dowiedziałem, że Marcin chce do PK 7 obiegać szerokim łukiem przez Rumię, to pobiegłem z nim. Dla dobrego towarzystwa. Ostatecznie przez te nadkładanie to tu, to tam, przez to kręcenie się wokół punktów wyszło mi zamiast 50 kilometrów, 76.


Problemy w okolicach punktów miałem dlatego, że prawie nie korzystałem z zamieszczonych na mapie rozświetleń punktów. Nie korzystałem bo dla mnie były bardzo nieczytelne. Drogi były zaznaczone cienką linią i zlewały się z poziomicami. Teraz na monitorze są niezbyt dobrze widoczne a wyobraź sobie czytelniku nocą, w świetle latarki-czołówki, przy padającym deszczu, gdy mapa była w foliowej koszulce. Ja tam niewiele widziałem. Być może zwyczajnie psuje mi się wzrok i powinienem zacząć nosić okulary. Poniżej przykład takiego kwadracika z rozświetleniem. W oryginale ma on wielkość 4x4 cm.


Dobiła mnie też pogoda. Deszcz nocny wymoczył dokumentnie. Ze spodniami było OK. ale przez górę mnie wyziębiło. Znając prognozę pogody powinienem był zabrać drugi komplet ubrań bo przecież mam taki w domu. Nie zabrałem i była to zła decyzja. 

Gdy nad ranem dotarłem do bazy byłem cały przemoczony i zziębnięty. Wkurzałem się nie znając rozplanowania bazy i szukając, gdzie mam się odmeldować po pierwszej połowie setki. Skąd wziąć drugą mapę. Chodziłem „od Kajfasza do Annasza” i tak poleciało kolejne 15 minut. To znowu mój błąd, powinienem poznać dobrze to rozplanowanie jeszcze przed startem.


W końcu podbiłem mając w dorobku żałosny czas ukończenia pierwszej połowy: 10 godzin i 54 minuty. Byłem jakieś 2,5 godziny za prowadzącym i późniejszym zwycięzcą Marcinem Hippnerem. Nie chciało mi się już wychodzić. Dodatkowo jak na złość organizatorzy do obsługi nagłośnienia w bazie zatrudnili kogoś, znającego się na muzyce. Niestety, bo jak usłyszałem fajne kawałki jakie ten ktoś puszczał, to tym bardziej nie chciało mi się wychodzić do lasu. Wolałem zostać i posłuchać muzyki.

I zszedłem. Za ukończenie pierwszej połowy w niecałe 11 godzin zostałem sklasyfikowany na 46 miejscu na 162. Cały dystans ukończyło 18 „Harpaganów”. Wygrał Marcin Hippner z czasem 16:33:25.

Serdecznie gratuluję dla Marcina i wszystkich „finisherów”. Nie było łatwo a Wy daliście radę. Szacunek.

środa, 26 października 2016

Harp H-52 – relacja

Czasem, gdy z nowymi miłościami z jakichś względów nie wychodzi to się z kwiatami i przeprosinami wraca do tej pierwszej.

I ja tak zrobiłem, w rozumieniu biegowym oczywiście. W górach nie bardzo, na ulicy nie bardzo to zatęskniłem do imprez, od których zaczynałem. Do pieszych maratonów na orientację. Dawniej, w czasach pierwszych „Rzeźników” były jednymi z nielicznych wyzwań dla ultrasów. Dziś namnożyło się najróżniejszych imprez w górach i większość mocnych zawodników tam właśnie przeszła. Orienterskie setki niby ciągle funkcjonują, rozwijają się szybsze i bardziej przystępne pięćdziesiątki, ale wszystko jakoś ciągle tkwi w niszy.

Szkoda, bo długie bieganie w terenie z mapą i kompasem to naprawdę świetna frajda, wymagająca także intelektualnie, z wielowariantowym przebiegiem trasy. Nie widzę powodów, dla których miałyby mieć mniej fanów niż kuszące pięknymi widokami biegi górskie, które nota bene też bardzo lubię.
 

Z mojego ostatniego startu tradycyjnie napisałem relację. Przybiegłem piąty na ponad 150 startujących i jestem z tego wyniku zadowolony. Bywało, że ktoś mówił: „jesteś faworytem”. Zapewne dlatego, że kilka setek już w życiu wygrałem. Miło mi, że przez niektórych jestem za takiego uważany, ale trzeba pamiętać, że to nie nazwisko biega i związana z nim historia startów, tylko aktualna forma plus doświadczenie zawodnika. Doświadczenia trochę zostało zaś forma ostatnio podupadła stąd osiągnięty wynik odzwierciedla mniej więcej poprawnie moje aktualne możliwości. Piąte miejsce w niezbyt mocno obsadzonym biegu w niszowej dyscyplinie – na tyle mnie aktualnie stać.

Relacja z Harpagana H-52 obłożona dodatkowo ogólnymi informacjami o orienterskich setkach ukazała się na portalu festiwalbiegowy.pl. Zapraszam.

[LINK] do relacji

sobota, 25 kwietnia 2015

„Nie zwykłem wygrywać Harpaganów” – wywiad ze zwycięzcą trasy pieszej 100 km


Paweł redaktor: Witaj. Podobno wygrałeś 49 edycję pieszego rajdu na orientację HARPAGAN na trasie 100 km. Powiedz mi, jak to jest, że taki leszcz z Wisznic jak ty wygrał Harpa?

Paweł zwycięzca: Wypraszam sobie, proszę mnie tu nie obrażać. Rzeczywiście zwyciężyłem na trasie 100 km pokonując blisko 300 konkurentów. Przebiegłem dystans w 12 godzin i 11 minut. Ten rozgrywany na Pomorzu rajd ma długą tradycję i w środowisku uchodzi za prestiżowy, więc należy mi się szacunek.

Paweł redaktor: Dobrze, już dobrze „Panie Wielki Zwycięzco”. Żartowałem i już nie będę. Powiedz mi w takim razie, jak to było. Wygrywałeś już kiedyś setki, jechałeś jako murowany zwycięzca?

Paweł zwycięzca: Fakt, parę razy byłem już na pudle. Wygrałem kiedyś Nocną Masakrę, innym razem Ełckie Roztopy, parę razy byłem drugi, parę razy trzeci. Na ostatniego Harpa nie jechałem jako faworyt, bo na liście startowej było kilku co najmniej równie mocnych zawodników. Był Krzysztof Nowak, zwycięzca ostatnich setkowych Harpaganów, był Andrzej Buchajewicz wielokrotny „wygrywacz” orienterskich setek, zdobywca Pucharu Polski w Pieszych Maratonach na Orientację w 2014 roku, byli też mocni koledzy Andrzeja: Robert Kędziora i Witek Noga. Było z kim się ścigać.

Paweł redaktor: To jaki miałeś plan: teraz przyjeżdżam i wygrywam? Biegnę takim i takim tempem na taki i taki czas?

Paweł zwycięzca: Nie. Plan przedstartowy w biegu ultra mam zwykle bardzo ogólny i najczęściej sprowadza się do kilku słów: „biegnę najlepiej jak potrafię, mocno, ale dostosowując tempo do warunków, samopoczucia i sytuacji”. W tym przypadku postanowiłem pobiec trochę inaczej niż zwykle. Na większym luzie. Na wiosennego Harpa przyjechałem po część także dlatego, że chciałem odebrać statuetkę za III miejsce w Pucharze Polski w Pieszych Maratonach na Orientację na trasach 100 km za 2014 rok. Mile łechtającą moją próżność dekorację na pudle miałem zapewnioną już przed startem. W Pucharze w tym roku walczyć nie zamierzam i nie zależało mi na punktach. Startując mogłem zaryzykować, więc postanowiłem złamać pewne asekuracyjne zwyczaje, które stosowałem do tej pory. Po pierwsze: nie zostawać w bazie 15 minut dłużej i nie rysować markerem wariantów na mapie. Zwykle to robię, i efekt jest taki, że z jednej strony pomaga mi to w nawigacji, ale z drugiej na mecie często do zwycięzców brakuje mi od 15 minut do pół godziny. Tak było na ostatnich Mistrzostwach Polski w setkach na Masakrze. Druga sprawa: zamierzałem teraz wyjątkowo zacząć szybko, biec od początku poniżej 5 minut na kilometr i spróbować utrzymać to tempo najdłużej jak się da. Określonego czasu na mecie nie zakładałem, bo na orienterskich setkach trudno to przewidzieć. Prawie wszystko zależy od trudności nawigacji, od terenu, od warunków, od szczęścia.

Paweł redaktor: I jak poszło wcielanie tego planu w życie?

Paweł zwycięzca: Tak sobie, średnio na jeża. Wystartowałem z wszystkimi o 21 wieczorem i na samym początku ciężko się nawigowało. Stawałem na skrzyżowaniach, zastanawiałem się którędy teraz, popełniałem babole biegnąc w złym kierunku. Aż paru znajomych, biegnących w dosyć zwartej grupie miało ze mnie ubaw. Wybierając w pośpiechu drogę z PK 1 na PK 2 pokonałem ją wariantem zachodnim, dłuższym. Pamiętam, że pomyślałem wtedy, że trzeba było jednak zostać w bazie i rysować te warianty, bo co zyskałem wybiegając równo w momencie startu to stracę stając na skrzyżowaniach i rozważając optymalną drogę. Albo biegnąc nieoptymalnymi wariantami. W zasadzie wyjdzie na to samo.

Druga część planu, szybki bieg od początku w zasadzie od razu upadła. Trochę pobiegłem żwawo na początku, parę pierwszych kilometrów. Z resztą tak jak wielu innych. Aż się dziwiłem, iluż to wymiataczy przyjechało dziś na Harpa, że tak ostro zaczynają. Poniżej 5 minut na kilometr, 100 km na orientację. Z wypchanym plecakiem. Ho, ho. Po kilku kilometrach, po kilku pierwszych nawigacyjnych babolach odpuściłem mocne tempo. Zacząłem biec jak zwykle. Spokojnie. Na samopoczucie. Powyżej 5 minut na kilometr.

Paweł redaktor: Czyli nawigacyjnie jak było? Łatwo, trudno? Gdzie najwięcej wtopiłeś?

Paweł zwycięzca: Nawigacyjnie było stosunkowo łatwo w porównaniu do innych Harpaganów. Przecinki w lesie najczęściej istniały fizycznie a nie tylko na mapie i były dobrze widoczne. Punkty nie były jakoś przemyślnie poukrywane. Ich odnalezienie w bezpośredniej bliskości, nocą, często ułatwiało tlące się ognisko. W porównaniu do innych Harpów było łatwo. Jak sobie przypomnę pierwszy punkt na pamiętnej edycji w Elblągu przed paru laty… Brrr.., Tu było inaczej.

Paweł redaktor: A, pamiętam, dałeś wtedy ciała, szukałeś punktu oddalonego od bazy o 4 km blisko półtorej godziny. Po kilku kolejnych punktach zszedłeś z trasy. Ale wracając do tegorocznego Harpa: wtopiłeś gdzieś mocno?


Paweł zwycięzca: Nie. Żadnego punktu nie szukałem długo. Na wszystkie z wyjątkiem ostatniego wchodziłem w zasadzie z biegu. Na ostatnim straciłem może ze 3 minuty. Główny mankament mojej nawigacji polegał na wybieraniu nieoptymalnych wariantów. Na trasie, która powinna liczyć 100 km zrobiłem według GPS Ambita 112 km. Czyli 12 km ekstra. Sporo niepotrzebnie nadłożyłem. Ale poza tym nawigacja szła dobrze.

Paweł redaktor: A jak warunki? Jak pogoda, jak teren? Dobrze ci się biegło?

Paweł zwycięzca: Teren na Pomorzu, młodoglacjalny, ale stosunkowo mało pagórkowaty. Było trochę tych pagórków, ale chyba na innych Harpach krajobraz był bardziej pofałdowany. W sumie zrobiłem około 800 metrów podejść. Dane oczywiście z Ambita. Teren w przeważającej większości był lesisty, z licznymi jeziorami i jedną rzeczką, której na szczęście nie było potrzeby forsować.

Pogoda trafiła się fajna. Było chłodno, co mi zawsze pomaga. Poza tym trochę wietrznie, ale w lesie to nie przeszkadzało. Czasem przelotnie popadało, ale drogi były wyjątkowo suche. Od czasu do czasu nieco przeszkadzał sypki piach. Generalnie teren bardzo dobrze nadawał się do biegania: długie przeloty przecinkami jak autostrady, sucho, niezbyt pagórkowato, chłodno, raczej łatwo nawigacyjnie. Na tym Harpie można było wykręcić naprawdę dobry czas.

Paweł redaktor: Jak dobry? Myślisz, że można tu było złamać rekord setek wszechczasów, zejść poniżej 10 godzin?

Paweł zwycięzca: Nie wiem czy zejść poniżej 10 godzin, ale myślę, że moi koledzy, wielokrotni zwycięzcy pieszych setek, Maciek i Michał [Maciej Więcek i Michał Jędroszkowiak – red.] gdyby byli w szczytowej formie i przyjechali na tego Harpa wykręciliby tu jakieś 10-11 godzin z hakiem. Chłopcy jednak nie przyjechali, wieść niesie, że leczą kontuzje. Życzę im zdrowia.

Paweł redaktor: Jednak nie przyjechali i także dzięki temu mogłeś wygrać. Ciesz się chłopie. Opowiedz jeszcze jak wyglądało to ścigańsko, ponoć końcówka była ostra.

Paweł zwycięzca: Końcówka była rzeczywiście emocjonująca. Ale zanim o końcówce to jeszcze trochę powiem o początku. Ten był spokojny. Na pierwszej połowie byłem sporo za prowadzącymi, biegłem sobie gdzieś na 20, potem 10 pozycji. A to sobie biegłem na punkt dookoła, a to coś podjadałem. Na półmetek wbiegłem po 6 godzinach, nie pamiętam który: szósty czy dziesiąty. Jakoś tak. Można to sprawdzić analizując tabelę wyników. Do prowadzącego miałem z pół godziny straty. Niewiele.

Paweł redaktor: A końcówka?

Paweł zwycięzca: Końcówka wyglądała tak. Na drugiej pętli przesuwałem się konsekwentnie o kolejne pozycje do przodu. Na PK 12 obsługa powiedziała mi, że prowadzę. Wow! To się miło zdziwiłem. Na kolejnych punktach słyszałem dwie wersje: albo, że prowadzę, albo, że jestem drugi i mam 20 minut straty do prowadzącego. Jak to możliwe? Zapyta ktoś.

Cóż, też byłem trochę zdezorientowany. Ale zanim zrozumiałem o co chodzi zdarzyła mi się komiczna historia. Otóż, gdy wbiegłem na PK 12 byłem gdzieś blisko 70 kilometra trasy. Zaczynało świtać. Skanuję chipa i podchodzę do samochodu. Obsługa smacznie śpi. „Heeellooooł!!!” Pukam w okno. Budzą się chłopaki. Mówią, że jestem pierwszy. Super! Trochę się podjarałem tym prowadzeniem, bo nie zwykłem wygrywać Harpaganów.

To w tym podnieceniu chwytam za mapę i jazda, po kolejne punkty, do mety, po zwycięstwo. Juhuuu!! Szarżuję dumny i zadowolony, biegnę z 6 minut, jedna przecinka, druga, trzecia. Tu powinienem skręcić. Ale zaraz, zaraz: coś mi tu nie pasuje, w mordę jeża. Chyba… źle trzymam mapę! Odwrotnie!! Kurna, pobiegłem 180 stopni w odwrotnym kierunku, na zachód zamiast na wschód. Ale obciach.

PK 12 i PK 13

Pluję sobie w brodę. Biegnę z powrotem, niedługo później przebiegam znowu obok tych samych zaspanych chłopaków w samochodzie przy PK 12. Jeden chyba jeszcze nie do końca obudzony krzyczy: „jesteś drugi!”. To ja  mu na to: „Nie, ja jestem ten pierwszy co tu był 12 minut temu, tylko pomyliłem drogę i pobiegłem w przeciwnym kierunku”. Sytuacja rodem z Charliego Chaplin’a. Trochę się z siebie śmieję, trochę jestem zły. Na szczęście w międzyczasie nikogo nie było, czyli nadal prowadzę.

W rzeczywistości nie prowadziłem. Na kolejnym punkcie powiedziano mi, że jestem 2-gi i mam dwadzieścia parę minut do pierwszego. I wtedy zrozumiałem, że prowadzący zawodnik na niektóre punkty wbiega, podbija chipa i nie budząc niczego nieświadomej obsługi biegnie dalej. Dlatego czasem mówili mi, że jestem pierwszy a czasem, że jestem drugi.

Paweł redaktor: A kto prowadził, wiedziałeś, kto biegł przed tobą?

Paweł zwycięzca: Nie. Mówiono mi: „ktoś z numerem 60”. Obsługa nie zapisuje nazwisk, tylko numery startowe. Na którymś wcześniejszym punkcie poinformowano mnie, że najpierw wbiegł jeden prowadzący, a potem jakaś grupa, która znała tego prowadzącego, i gonią go, bo im uciekł. Wiedziałem, że nie mógł to być Krzysiek Nowak bo spotkałem go chyba za PK 6. Rajd mu nie szedł, gdzieś wtopił na początku, coś narzekał na stopę. Wyprzedziłem go, więc to nie on prowadził.

Wytłumaczyłem sobie, że to pewnie Andrzej Buchajewicz biegnie na czele. Często pokonuje trasę z Robertem i Witkiem, ale tym razem postanowił uciec chłopakom podlec jeden, i samemu spić śmietankę na mecie. Tak sobie to wszystko wyjaśniłem biegnąc na drugiej pętli.

Paweł redaktor: To kiedy uświadomiłeś sobie, że jest inaczej?

Paweł zwycięzca: Dopiero na przedostatnim punkcie, PK 16 niespodzianka wyszła na jaw. Dobiegam do punktu, a tu, jakieś 100 m od niego spotykam wybiegającego z niego gościa w czarnym stroju. Myślałem, że z pięćdziesiątki [trasa 50 km – red.] a on mówi, że jest z setki. To się dopiero zdziwiłem. Nie znałem go. Jak się potem okazało, był to Artur Fankidejski, lokals, człowiek, który startuje raczej na krótszych dystansach, podobno organizuje na Pomorzu trudne nawigacyjnie ale fajne imprezy na orientację z jakimiś pokręconymi mapami: lustrzane odbicia, itp. Ale wtedy tego nie wiedziałem. Podbiłem punkt i zacząłem biec za prowadzącym. Do mety zostało jakieś 8 km a ja byłem tuż za czołowym zawodnikiem. Mogłem walczyć o zwycięstwo.

Końcówka wyścigu

Jeszcze bardziej emocjonująco zrobiło się, gdy kilkaset metrów za punktem spotkałem kolejnego zawodnika: Roberta Kędziorę. Biegnie do punktu i już z daleka krzyczy: „Pakuła, skąd ty się tu wziąłeś!? Jak to możliwe, ze mnie wyprzedziłeś? Kiedy? Masz wszystkie punkty?” No mam, odpowiadam, ale już zakiełkowało we mnie ziarno wątpliwości, czy aby mam wszystkie.

Teraz sytuacja już się ostatecznie podgrzała. Kilka kilometrów do mety, przed sobą mam prowadzącego Artura. Za sobą, również kilkaset metrów – goniącego nas Roberta. Jeszcze przed PK 16 biegłem spokojnie, już nawet myślałem, że przejdę sobie w spacerek. A co. Prowadzący i tak ma blisko pół godziny przewagi. Nie dogonię go. Miałem w końcu 100 km w nogach, miałem prawo być zmęczony. No, ale po PK 16 sytuacja się rozkręciła. Już nie było mowy o spacerku. Trzeba było walczyć do końca. Była szansa zarówno na zwycięstwo jak i na trzecie miejsce. Gdybym się zaczął obijać i przeszedł w marsz to Robert niechybnie by mnie dogonił. Trzeba było biec.

To zacisnąłem zęby i biegłem. Na którymś kolejnym skrzyżowaniu zobaczyłem prowadzącego Artura. Wcale nie uciekał co sił w nogach. Przystawał na skrzyżowaniu, analizował mapę. Odniosłem wrażenie, że jest już zmęczony. Sprawiło to, że jeszcze bardziej poczułem zapach zwycięstwa. Biegłem coraz szybciej nie zatrzymując się. Droga do ostatniego punktu - PK 17 - a potem do mety wydawała się prosta i oczywista. Przed PK 17 przeleciałem ulicę, i wyprzedziłem Artura. Nie oglądałem się za siebie. Pobiegłem jeszcze kawałek przez las i… wyleciałem w kosmos. No rzesz w mordę jeża, w takim momencie! Wtopić na ostatnim punkcie, gdy była szansa wygrać. Ja się pochlastam.

No nic, w głowie trochę panika, ale staram się nie tracić zimnej krwi. Staję. Analizuję mapę. Tu przez drzewa prześwieca się jakieś pole. Chyba wyrzuciło mnie trochę za bardzo na zachód. Punkt powinien być tuż, trochę bardziej na wschód. Biegnę tam, gdzie powinien być. Jest namiot, jest ognisko. Zdyszany dobiegam i pytam, czy był już ktoś z setki. Nie. Czyli jednak mam jeszcze szanse! Straciłem tu ze 2-3 minuty, ale na moje szczęście Artur widocznie też coś pokręcił.

Podbijam kartę i biegnę do mety. Cztery kilometry, przelot do bazy prosty jak drut. Gdy tylko wybiegłem z ostatniego punktu oglądam się za siebie i… z 50 metrów za mną biegnie Artur. O w mordę! Przypominam sobie pamiętne Ełckie Roztopy 2009 gdzie walczyłem o zwycięstwo z Maćkiem Więckiem ścigając się na końcówce, także w drodze z ostatniego punktu do mety. Ajajaj - jak ja nie lubię takich sytuacji. Teraz już nie mam wyjścia. Muszę walczyć do końca, dać z siebie wszystko.

Artur podbił mi trochę tętno na końcówce..

Biegnę coraz mocniejszym tempem nie oglądając się. Patrzę na Ambita – tempo 4:10-4:15. W lesie Artur jest jeszcze za mną. Wybiegam z lasu na drogę wyłożoną betonowymi płytami, oglądam się. Artura już nie ma. Pomimo to nie zwalniam. Biegnę mocnym tempem już do samej mety. Nic mnie nie boli, adrenalina i emocje uśpiły ból i zmęczenie. Wbiegam na metę jednak pierwszy. Czas 12 godzin, 11 minut, 30 sekund. Artur dobiega 5 minut później, czas 12:17:23. Trzeci jest Robert Kędziora: 12:21:59. Cała pierwsza trójka wbiegła na metę w ciągu 10 minut.

Wyniki czołówki TP 100

Paweł redaktor: Ufff…, rzeczywiście ostro było. Ale jedna sprawa nie jest dla mnie do końca jasna: Jak to było, że Artur cały czas miał przewagę 20 minut a na przedostatnim punkcie go dogoniłeś?

Paweł zwycięzca: Artur powiedział mi na mecie, że wtopił na przelocie z PK 15 na PK 16. W zmęczeniu nie zauważył mostku na rzeczce Wda i obiegł Jezioro Niedackie od północy. Dołożył sobie parę kilometrów i stracił całą przewagę. Dla niego cholerny pech, dla mnie szczęście.

Paweł redaktor: oj tam, szczęście, szczęście, przyznaj po prostu, że byłeś dobry. Byłeś dobrze przygotowany, masz dużo doświadczenia i wygrałeś.

Paweł zwycięzca: Wiesz, to nie jest do końca tak. Fakt, że fizycznie byłem nieźle przygotowany. W ostatnich miesiącach mocno trenowałem, kontuzje mnie omijały. Doświadczenie w setkach też mam duże, już dziewięcioletnie. Ale to nie wszystko, co składa się na zwycięstwo w pieszej setce. Tu jest więcej przypadkowości niż w zawodach liniowych. Moim zdaniem rezultat na mecie setki to w 40-45% przygotowanie fizyczne, w kolejnych 40-45% to umiejętności nawigacyjne. Pozostałe 20-10% to… to zwykły fart. Czasem jest tak, że wylecisz w kosmos, nie wiesz gdzie jesteś, myślisz, że już nieźle umoczyłeś, że będziesz próbował się odnaleźć przez następną godzinę a tymczasem obracasz się na pięcie i.. widzisz punkt. Czasem ścisła czołówka i murowani faworyci gdzieś wtopią na godzinę. Trójka moich konkurentów, których się obawiałem, Andrzej, Witek i Robert wtopiła w drodze na PK 11. Ja przelot na ten punkt robiłem jakieś 40 minut, chłopaki godzinę i 40 minut. Dzięki temu mogłem ich wyprzedzić. Artur, który prowadził większość trasy Harpa też wtopił na końcówce i stracił zwycięstwo. Jest bardzo doświadczony, ale zabrakło mu szczęścia a mi ono dopisało. Takie rzeczy zdarzają się też najlepszym. W orienterskich setkach trudno przewidzieć ostateczny wynik.

Paweł redaktor: A trasę biegłeś sam czy z kimś? Czarowałeś się muzyką?

Paweł zwycięzca: trasę pokonałem w olbrzymiej większości samemu. W którymś momencie na pierwszej pętli spotkałem jakiegoś chłopaka, Mariusz miał na imię. Fajnie mi się z nim biegło, zaliczyliśmy razem ze trzy PK. Potem Mariusz postanowił zwolnić, bo mówił, że mało ostatnio trenował. I zostałem sam. Przez moment biegłem z Krzykiem Nowakiem, ale tylko chwilę.

Muzyką wyjątkowo się nie czarowałem. Przesłuchałem na początku 2 albumów z Kill Bill’a ale później zawiesił mi się odtwarzacz i już go nie używałem.

Paweł redaktor: Coś mi się ten twój wynik wydaje podejrzany. Pewnie miałeś super wypasiony sprzęt, który sam biega a twoja rola polega tylko na tym, by mu nie przeszkadzać.


Paweł zwycięzca: Sprzęt, jak to sprzęt. Był niezły i w większości sprawdzony. Ciuchy: legginsy i bluza Columbia, podkoszulka na długi rękaw RMD. Na górze dwie warstwy. Biegam w tym od lat, sprawdza się, więc tu nic nie zmieniam. Plecak i buty od INOV-8.

Paweł redaktor: biegłeś w X-Talonach? Ponoć są trwałe?


Paweł zwycięzca: Tak, X-Talonów używam od zeszłego roku, są wygodne, dosyć lekkie i trwałe. Nic mi się w nich nie rwie a zaliczyłem w nich już kilka startów ultra. Gdybym miał Bare-Gripy, te w nowej wersji to pewnie w nich bym pobiegł, bo są lżejsze i ponoć trwalsze niż te pierwsze. Ale nie miałem, więc zostały X-Talony.

Paweł redaktor: A plecak, jak się spisał?

Paweł zwycięzca: Plecak INOV-8 Race Elite „cośtam”. Taki czarny. Kupiłem ostatnio u napierajów. Fajne wzornictwo, lekki, wygodny. Wkurza trochę konieczność upierdliwego zakładania pętelki na szyjkę od butelki za każdym razem, gdy się ją wkłada do kieszeni. W plecaku Kalenji tego problemu nie miałem. Ale generalnie dobrze się biegło. Fajny sprzęt.

Paweł redaktor: A jedzenie? Przyznaj, czym się szprycowałeś, że wygrałeś. Jakieś tajemnicze tabletki? EPO w żyłę? Magiczne czopki dające dodatkowe przyśpieszenie?


Paweł zwycięzca: dementuję wszelkie plotki - żadnych czopków nie było. Jedzenie zwyczajne: na każdą pętlę litr napoju „Kubuś”, dwa batony i kanapka. Ot, cała filozofia.

Paweł redaktor: No dobra, wygrałeś, to pewnie teraz pójdziesz za ciosem i przyjedziesz na kolejną setkową imprezę, by potwierdzić, że wygrany Harp to nie był przypadek? To gdzie teraz?

Paweł zwycięzca: Nie, na setki w tym roku nie pojeżdżę. Ten Harpagan to był jedyny w tym roku pieszy maraton na orientację, jaki zaplanowałem. Jak już napisałem na blogu…

Paweł redaktor: Blogu? Tym, na którym zamieszczasz jakieś wywrotowe treści; tym, którego nikt nie czyta?


Paweł zwycięzca: Jak to nikt - ja czytam! No więc jak już napisałem na blogu, w tym roku setki trochę odpuszczam. Lubię te imprezy i nie obraziłem się na nie. Po prostu w zeszłym roku startowałem w nich dużo i teraz chcę odpocząć. W najbliższym czasie chciałbym pojeździć w góry i spróbować powalczyć w Mistrzostwach Świata w biegu na 100 km w Winshoten w Holandii. To mój plan. A co wyjdzie to zobaczymy.

Paweł redaktor: dobra, kończmy już, długi ten wywiad wyszedł. Trochę przynudziłeś, trochę zaciekawiłeś. Może kogoś to zainteresuję. Dzięki wielkie za rozmowę.

Paweł zwycięzca: Nie ma sprawy, wisisz mi stówę.

Paweł redaktor: Wypchaj się.


[LINK] do strony zawodów. Tam znajdziesz pełne wyniki i mapy.
[LINK] do mapy z moim przebiegiem – I pętla
[LINK] do mapy z moim przebiegiem – II pętla
[LINK] do mojej fotorelacji dla portalu festiwalbiegowy.pl
[LINK] do filmu Michała Kopczewskiego. Zaplątałem się i ja na końcu filmu.
[LINK] do relacji Krzyśka Nowak
[LINK] do filmowej relacji organizatora.


poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Harpagan H-49 - fotorelacja


Harpagan H-49 zakończył się w ostatnią sobotę. Wystartowałem w nim na trasie pieszej 100 km, już czwarty raz w mojej biegowej „karierze”. Jak było? „Przyjechałem, wystartowałem i wygrałem” jak by lakonicznie powiedział pewien rzymski wódz. Rzeczywiście, faktem jest, że niespodziewanie udało mi się wygrać. Przyjechałem odebrać statuetkę za III miejsce w Pucharze Polski w Pieszych Maratonach na Orientację za 2014 rok i tym razem pobiec tego Harpa trochę eksperymentalnie, inaczej niż zwykle. Nie nastawiałem się na zwycięstwo, bo na tej samej trasie startowało kilku co najmniej równie mocnych zawodników. A jednak wygrałem, co mnie niezmiernie zaskoczyło i ucieszyło.

O tym jak mi się biegło i jakie miałem przygody napiszę obszerniej za kilka dni. Tymczasem podaję link do mojej fotorelacji dla portalu festiwalbiegowy.pl. Zdjęcia mogłyby być lepsze, wiem, ale szczerze mówiąc gdy dobiegłem do mety miałem w nogach ponad 110 km i nie za bardzo miałem siły by jeszcze wałęsać się po lesie w poszukiwaniu ciekawych ujęć. Coś tam jednak popstrykałem. Kto ciekaw – zapraszam do fotorelacji.


[Ekstremalny HARPAGAN już po raz 49. na Pomorzu]

sobota, 10 stycznia 2015

Nocna Masakra 2014 – relacja

Pierwszy start po październikowej kontuzji i ostatni start w 2014 roku zaliczony. XIII Ekstremalny Rajd na Orientację „Nocna Masakra” w wersji 100 km pieszo na orientację. Po drodze 20 Punktów Kontrolnych do zebrania w dowolnej kolejności. Wyszło nieźle. Nawigacyjnie jako tako, pogoda była niezła, fizycznie trochę pod koniec kulałem, ale jakoś do mety dobiegłem w czasie 12 godzin i 41 minut. Byłem 4 zawodnikiem na 38 startujących. Ostatecznie wskoczyłem oczko wyżej, bo drugi i trzeci biegli razem, więc zostali sklasyfikowani ex aequo na 2 miejscu. Rajd ten miał rangę Mistrzostw Polski w pieszych setkach, więc tym bardziej się cieszę. Kiedyś, w 2012 roku w Ełku także startowałem w Mistrzostwach Polski w pieszych setkach i też byłem trzeci. Teraz sytuacja się powtórzyła. Przyjemny był to wyścig. Z wyniku się cieszę, ale jeszcze bardziej się cieszę z tego, ze Achilles już nie boli, że mogę biegać i myśleć o startach w 2015 roku.

Dokładniejsza relacja z wyścigu ukazała się na portalu napieraj.pl [LINK]

Przegapiłem trochę życzenia świąteczne z okazji Świąt Bożego Narodzenia, ale mogę choć złożyć spóźnione życzenia noworoczne:

Czytelnikom bloga „Długi dystans” życzę niesłabnącej radości z pokonywania setek kilometrów, coraz lepszych i bardziej satysfakcjonujących wyników sportowych, oraz zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia.

Wszystkiego najlepszego i powodzenia na trasach w 2015 roku!



niedziela, 5 października 2014

Trudy 2014 – RAJ(d) dla nawigatorów

Prolog

Przed startem. Od lewej: K. Borowiec, A. Buchajewicz i ja.
zdjęcie R. Kędziora
Setka na orientację w limicie 24 godzin. Dwie pętle po 50 kilometrów. Kolejność podbijania punktów obowiązkowa na I pętli, na drugiej nie. VIII edycja rajdu a mnie tu jeszcze nie było. To wrzesień a we wrześniu kalendarz biegowy kusi licznymi i ciekawymi zawodami. Ponadto to zachodniopomorskie, od Wisznic trochę daleko. W tym roku jadę po raz pierwszy i z nadzieją na dobry czas. Start jest o 9 rano, więc większość trasy powinienem pokonać za dnia. Pamiętam, że setka ta w pierwszych latach uchodziła za szybką i stosunkowo łatwą nawigacyjnie. Liczę, że tegoroczna edycja będzie podobna. Będzie lekko, łatwo i przyjemnie. 

Bazą rajdu jest miasto Borne Sulinowo położone w województwie zachodniopomorskim. Dawna baza wojsk radzieckich, ponoć tak tajna, że nie było jej na mapach. Do bazy dojeżdżamy z Krzyśkiem Lisakiem o 1 w nocy. Rzeczywiście, wszędzie widać ślady militarnego charakteru okolicy. A to jakieś poniemieckie bunkry, a to czołg i artyleria ustawiona na pomnikach w mieście, a to napisy w języku rosyjskim lub niemieckim, a to wreszcie tabliczki w lesie ostrzegające przed niewybuchami. Dookoła lasy i jeziora. Sceneria na rajd niewątpliwie ciekawa. 

Sobota, 27 września, ciepły i słoneczny poranek. Zbieramy się przed bazą. Wszystkich uczestników jest całkiem dużo, ale setkowiczów garstka – 9 osób. Większość - 74 osoby - startuje w pieszym maratonie na orientację na 50 km. Frekwencja spora bo w tym roku to Mistrzostwa Polski w PMnO na 50 km. Chętnych do zdobycia prestiżowego tytułu mistrza jest wielu. Ponadto 35 osób startuje na trasie rowerowej 200 km. Uczestników wszystkich tras jest ponad stu.

Fryzjer z Wisznic

[LINK] do mapy I pętli z naniesionym trackiem

Ruszyliśmy, choć lepiej napisać ruszyli. Setka na swoją I pętlę, pięćdziesiątka na te same punkty tylko w odwrotnej kolejności. Ja jeszcze siedzę nad mapą i kreślę przeloty. Ależ pokręcona mapa: główna w skali 1:50.000, dodatkowo 3 małe mapki w skali 1:25.000 i jedno zdjęcie lotnicze w skali 1:10.000. Trzeba bardzo często przeskakiwać z jednej mapy na drugą i przestawiać się na inną skalę. Na niektóre, małe mapki trzeba wejść dwukrotnie. Punkty nie wyglądają na łatwo ustawione i jest ich dużo. Aż 24 PK na samej I pętli. Oj, to chyba nie będzie szybki rajd. Ruszam jakieś 15 minut po starcie.

Na rozgrzewkę jedynka (Punkt Kontrolny 1) i już pierwsza wtopa. Punkt ustawiony łatwo, ale przebiegłem za daleko i muszę się cofnąć. Kilka minut w plecy. PK 2 – kolejna wtopa, już znacznie większa. Punkt ustawiony w chaszczach, przy skrzyżowaniu dróg. Pierwotnie planuję na niego wejść od północnego wschodu, ale mam problemy i się wycofuję. Myślałem, że jestem w niewłaściwym miejscu a wszystko szło dobrze tylko punktu szukałem zbyt wcześnie. Jakoś nie mogę się przestawić na nawigowanie w skali 1:25.000. Ostatecznie dwójkę podbijam z pomocą jakiejś pary, która też się tu pojawiła (Przemysław i Małgorzata Stefańczykowie), ale strata jest konkretna. Trójka – kolejny punkt z problemami. Rozwidlenie rowu. Znowu tak jak poprzednio: jestem w pobliżu punktu, ale punktu znaleźć nie mogę. Zaczyna się czesanie. Spotykam tę samą parę. Znowu znajduję lampion z ich pomocą. No rzesz jasny gwint, ile będę wtapiał. Biegnę do czwórki licząc, że limit błędów już wyczerpałem. Przy PK 4 – to samo. Jestem w pobliżu, ale punktu szukam gdzieś na północy. Mylą mnie zaznaczone na mapie tory kolejowe, których w rzeczywistości nie ma. Tory i podkłady ktoś zwinął, została tylko piaszczysta droga. Gdy podbijam czwórkę jest 10:36. Czołówka – Andrzej Buchajewicz i Robert Kędziora - dokłada mi już godzinę.

..i jego podbijanie. Zdjęcie: Marcin Barttee
PK 9.... Zdjęcie: Marcin Barttee
Kolejne punkty z tej samej, małej mapy – PK 5 – PK 8 – wchodzą jako tako. Zmieniam w mp3 muzykę z Italo Disco na folkowo-popowo brzmiącą Austrę. Jakoś chyba dicho mi przy nawigacji nie służy. Dobiegam do PK 9 i znowu czeszę. Po jednej stronie drogi stoją jakieś ciężarówki pompujące wodę z dziwnych służb, których logo nic mi nie mówi. Później dowiem się, że to niemieccy strażacy prowadzący u nas jakieś ćwiczenia. W ich pobliżu szukam punktu w dziurze. Ma być w lesie, przy drodze. Nie ma. Zastanawiam się, dlaczego przy opisie punktu dopisano „zachowaj ostrożność”. Co w tej dziurze takiego niebezpiecznego? Taki stromy ten dołek? Pewnie jakiś duży jest, głęboki. Lecą minuty, już się zastanawiam czy ktoś punktu nie zwinął, gdy gdzieś po kwadransie znowu dochodzą mnie Stefańczykowie. Po raz kolejny znajduję punkt z ich pomocą. Okazuje się, że to słabo widoczna betonowa studzienka w lesie z lampionem przymocowanym do jej wewnętrznego brzegu. Już wiem, dlaczego mieliśmy być ostrożni. W drodze na dziesiątkę po raz może piąty i ostatni tego dnia wyprzedzam Stefańczyków. Czuję się jak nawigacyjny nieudacznik. Przemek chyba mnie nie zna i niczym „wujek dobra rada” sugeruje bym mniej biegał a więcej myślał. Zaprasza też bym dołączył do ich kompanii. Grzecznie odmawiam, przecież mam gonić czołówkę. Poza tym nie chcę robić tej setki w 20 godzin. Jeszcze się nie poddaję.

PK 10 – PK 13 wchodzą w miarę lekko. Już się trochę uspokoiłem, cieszę się słonecznym dniem, muzyką, piękną, wczesnojesienną przyrodą. Jest sucho. W krótkim rękawku przyjemnie się biegnie. Przy drogach rosną grzyby; widziałem już prawdziwki, podgrzybki, maślaki i zielonki. Często mijam grzybiarzy, który – co nie dziwne - w tę piękną sobotę wybrali się do lasu. Przy PK 14 spotykam czołówkę pięćdziesiątki: Krzyśka Lisaka i będących tuż za nim Michała Jędroszkowiaka i Stasia Karczmarka. Chłopaki ostrzegają mnie przed „czujną” piętnastką, ja ich przed punktem w betonowej studzience. PK 15 – rzeczywiście punkt jest czujny. Trzeba na niego precyzyjnie wejść po ledwie widocznej ścieżce. Oczywiście ja jak to ja nie wchodzę za pierwszym razem tylko kręcę się po okolicy czesząc krzaki. Znowu kwadrans w plecy. 

Przebiegam na kolejną mapę gdzie są punkty PK 16 i PK 17. Droga w okolice punktów OK., a w pobliżu znowu zabawa we fryzjera: czesanie, czesanie i jeszcze raz czesanie. Już mnie to przestało wkurzać. Godzę się ze swoim losem. PK 17 – bunkier w chaszczach znajduję w miarę szybko, ale i tu musiałem się wahnąć. Drogę na PK 18 – punkt na zdjęciu lotniczym robię trochę inaczej niż zaplanowałem, gdyż w okolicach są ogrodzone szkółki leśne. Na szczęście na osiemnastce tracę nie więcej niż 5 minut. Na PK 19 też podobnie – wszedłem na pobliską górkę myśląc, że to wierzchołek. Punkt był obok, nieco wyżej i dalej w lesie. Straty spowodowane błędami nawigacyjnymi są, ale na szczęście są niewielkie. Dwudziestka wchodzi z marszu. PK 21 – drzewo przy bagienku. Jestem pewien, że jestem we właściwym miejscu, ale punktu nie widzę. Muszę się znowu pokręcić kilka minut, by znaleźć lampion z drugiej strony drzewa. Standard.

Wybiegam z PK 21 na długi przelot do ostatniej mapy w mniejszej skali. Początkowo trochę mylę drogę i w ten sposób nadkładam nieco drogi. Na swojej ścieżce spotykam małą żmiję – tyle biegam po lasach a chyba pierwszy raz widzę żmiję w naturze. Ma wyraźny zygzak na grzbiecie. Groźnie syczy, gdy mapą spycham ją delikatnie z drogi na pobocze, by nikt jej nie rozjechał lub nie rozdeptał. Do PK 22 biegnę długim, asfaltowym wariantem zahaczając o południowe obrzeża Bornego Sulinowa. Na trasę zabrałem tylko litr napojów. Za mało. Gdzieś przy PK 20 wysączyłem ostatnie krople z butelki; teraz nieźle mnie suszy i coraz bardziej łakomym wzrokiem spoglądam na kałuże i rowy z wodą. Liczę, że w mieście trafię na jakiś sklep i rzeczywiście – jest stacja benzynowa. Jakże to wspaniały przybytek, gdy z lasu wybiega zmęczony i spragniony człowiek. Tankuję litr napojów, większość na miejscu. Zostały jeszcze ostatnie punkty i półmetek.

PK 22 wszedł sprawnie, ale przy PK 23 znowu musiałem wyczesać krzaki. Jeszcze sprawnie podbijam PK 24 i lecę do bazy. Wbiegam do niej o 17:31, po ponad 8 godzinach od startu. W środku jest już Krzysiek Borowiec, który przybiegł kilka minut wcześniej. Mam godzinę i 16 minut straty do Andrzeja Buchajewicza, Roberta Kędziory i Witka Nogi – czołowej trójki, która pokonuje trasę razem. Niestety, dużo traciłem czasu na błędnym wchodzeniu na punkty. Dołożyłem sobie też sporo kilometrów. Oficjalnie I pętla miała mieć 53,5 km natomiast mój Ambit pokazuje na półmetku 67 km. Nadprogramowe, „drobne” kilkanaście kilometrów. Pięknie.

II pętla – prostsza i szybsza

[LINK] do mapy II pętli z naniesionym trackiem

Po blisko 70 kilometrach w nogach średnio mam ochotę wychodzić na II pętlę, ale to taki moment, gdy trzeba się przełamać, zmusić. W bazie spędzam wyjątkowo dużo czasu, coś podjadam, pakuję picie i jedzenie do plecaka. Nie wiem jak daleko jest czołówka, ale po tych wszystkich wtopach niezbyt wierzę, że ją dogonię. Rysując przeloty na mapie II pętli z radością zauważam, że jest na niej tylko jedna mała mapka w skali 1:20:000 a większość to długie i proste przeloty. Powinno być dużo łatwiej. Krzysiek Borowiec wyszedł już z bazy, lecę go gonić. 

Spotykamy się przy PK 2, pierwszym punkcie II pętli. Nie ma tu obowiązkowej kolejności, więc jedynkę chcę podbić później. Z Krzyśkiem biegnie Michał Kopczewski. Po podbiciu punktu mijam chłopaków mając nieco większą prędkość przelotową. Teraz jedynka. Wchodzi w zasadzie z marszu. Połamane drzewo stało kilkadziesiąt metrów na lewo od przecinki, którą się na punkt wbiega. Niektórzy powiedzą później, że ten punkt nie był ustawiony precyzyjnie. Nie wiem, ja go podbijam szybko. Zaczyna zapadać zmrok, gdy biegnę brzegiem Jeziora Pile do PK 3. Rozkoszuję się nawigowaniem na mapie 1:50.000. Starczy już tych ledwie widocznych ścieżek, chaszczy i punktów w dołkach, których nie znajdziesz, jeśli do nich nie wpadniesz. 

Trójka o dziwo sprawia mi problem i to duży. Sytuacja się powtarza jak przy punktach z I pętli. Jestem w okolicy, ale punktu znaleźć nie mogę. Czeszę las z 10 minut. Nic. W końcu nadbiegają Krzysiek z Michałem i… bez pudła znajdują lampion. No rzesz cholera jasna, jak oni to robią? Znowu czuję się jak oferma. Dopiero później dowiem się, że na mapie była okolica punktu przedstawiona w skali 1:25.000. Nie zauważyłem jej. 

Kolejne punkty – PK 4 – PK 9 – stanowią większość dystansu II pętli. Podbijam je tak jak lubię, z marszu. Przeloty są długie i raczej proste. Obywa się bez większych problemów nawigacyjnych. Biegnę z latarką czołówką po asfalcie i głównych drogach leśnych unikając niepewnych, wąskich przecinek. Cieszę się, że całkiem dobrze znoszę ten wysiłek biegowo pomimo blisko 100 km w nogach. Na PK 5 tylko spisuję kod z drzewa gdyż ktoś ukradł perforator. Przy wieży na PK 9 w pierwszej chwili szukam lampionu, którego nie ma. Trzeba policzyć schodki. Liczę 3 razy, dla pewności. Jest godzina 22:38, prowadząca trójka była tu 50 minut wcześniej.

Za dziewiątką padł mi Ambit. Do bazy jest już bardzo blisko, ale zostało jeszcze 7 punktów (PK 10 – PK 16) rozmieszczonych na mapie 1:20.000. Już podświadomie czuję kłopoty i los nie sprawia mi zawodu. Na pierwszy ogień idzie dziesiątka. Punkt niby łatwo położony przy drodze. W opisie są „rozsypane kamienie”. Nauczony doświadczeniem nie nawiguję „na zegarek”, ale odmierzam kroki. Wchodzę w las. Jakiś dół, do niego nie zaglądam. Szukam kamieni, ale jest parę tylko na drodze. Szukam kawałek dalej, nic. Kręcę się znowu po okolicznych krzakach, czeszę w te i we w te. W końcu przypadkowo wchodzę do wspomnianego wcześniej dołu. Jest lampion, kamieni nie ma. Co jest? Opis następnego punktu to „dół”, więc zaraz domyślam się, co się stało. Ktoś pomylił opisy. Podbijam punkt w dole i biegnę do PK 11. Rzeczywiście, to tu jest kupka kamieni zamiast dołu. Pluję sobie w brodę, że już na początku nie zajrzałem do owej dziury. Ale skąd mogłem wiedzieć. 

Spośród pozostałych 5 punktów większość była przy ogrodzeniach, na które bez kłopotu wchodziłem. Tylko PK 13 napsuł mi krwi. Kręciłem się w jego okolicy chyba kilkanaście lub dwadzieścia minut zanim odmierzając precyzyjnie kroki od ambony i trzymając azymut znalazłem drzewko z lampionem. Kląłem na czym świat stoi. Na szczęście to był pożegnalny akord tego trudnego dla mnie rajdu.

Finisz

Wbiegłem na metę 46 minut po północy. Czas pokonania trasy, której oficjalny dystans wynosił 100.4 km – 15 godzin, 46 minut. Ambit padł mi w drodze na PK 10. Myślę, że zrobiłem jakieś 112-115 km. Zająłem 4 miejsce na 9 startujących. Zawody wygrał Andrzej Buchajewicz, Robert Kędziora i Witold Noga osiągając wynik 14 godzin i 41 minut. Chłopcy prawie całą trasę biegli razem i ostatecznie dołożyli mi godzinę i 5 minut. W II połowie trasy miałem cichą nadzieję, że z prowadzącej trójki tempa Andrzeja nie wytrzyma Witek Noga i przejdzie w marsz. Wtedy miałbym szansę go dogonić. Tak się jednak nie stało, Witek okazał się mocniejszy, niż przypuszczałem. Obronił trzecie miejsce. 

Ciekawie przebiegała rywalizacja w dużo liczniej i silniej obsadzonych Mistrzostwach Polski w PMnO na 50 km. Część czołowych zawodników już w drodze na pierwszy punkt (PK 24 na mojej mapie do I pętli) wybrała odważny wariant na przełaj przez las przez co tuż po starcie „wyleciała w kosmos” i straciła mnóstwo czasu. Ostatecznie zaciętą walkę wygrał Michał Jędroszkowiak (6:27), przed Krzyśkiem Lisakiem (7:10) i Marcinem Krasoniem (7:27). Wśród kobiet pierwsza była Joanna Owczarz (9:05), druga Katarzyna Karpa (9:15), trzecia Dorota Duszak (10:34).

Rajd był fajny. Przy ładnej pogodzie, w ciekawym, prawie wyłącznie lesistym i lekko pagórkowatym terenie, z małą ilością asfaltu, skomplikowany nawigacyjnie i generalnie dużo trudniejszy niż się spodziewałem. Punktów kontrolnych było dużo (40), często ustawionych w dołkach, krzakach. Bardziej w stylu klasycznych biegów na orientację niż jak w typowym pieszym maratonie na orientację. To z pewnością nie jest impreza szybka, na rekordowy czas w setkach. Z powodu rozbudowanego elementu nawigacyjnego faworyzuje raczej dobrych nawigatorów niż biegaczy-łydkowców. Na pewno warto tu przyjechać w następnych latach.

[LINK] do całej mapy I pętli bez naniesionego śladu GPS
[LINK] do całej mapy II pętli bez naniesionego śladu GPS
[LINK] do strony zawodów
[LINK] do galerii zdjęć Marcina Barttee
[LINK] do filmu Michała Kopczewskiego z Szagi i Trudów

Użyty sprzęt:

Buty INOV-8 X-Talon 212 (nowy model)
Skarpety sportowe Motive
Spodnie Dobsom R-90
Koszulka Columbia Trail Pro II Crew
Oddychająca bluza z długim rękawem RMD Rockommended
Rękawiczki treningowe Nike
Plecak biegowy Kalenji 12L
Pulsometr Suunto Ambit Silver HR
Zegarek Timex Ironman Sleek 150-Lap
Kompas kciukowy Moskwa
Czołówka Petzl Myo RXP
MP3 Player Sandisk Sansa Clip 8GB
Buff

niedziela, 20 kwietnia 2014

Harpagan H-47 – relacja z trasy pieszej 100 km


Powrót

Namyśliłem się. Z pewnym wahaniem opłaciłem podwyższone wpisowe za udział w wiosennej edycji popularnego Harpagana. Trasa piesza, 100 kilometrów, start o 21 wieczorem, dwie pętle, limit – 24 godziny. Klasyka rock’n rolla. Choć w pieszych setkach żółtodziobem nie jestem to trochę się tego Harpa obawiałem: do jego ukończenia podchodziłem już dwukrotnie i zawsze bez powodzenia. Wspomnienie pierwszego startu było niczym wspomnienie masochistycznej sesji (znanej mi tylko z teorii), gdyż łączyło w sobie dwa, skrajnie różne odczucia: bólu i zadowolenia. Zerknąłem do swojej relacji z Harpagana H-31 z 2006 roku dostępnej nadal w archiwum na stronie zawodów:

(Początek)

„[…] Na początku próbowałem iść całkowicie samodzielnie wierząc tylko busoli i mapie. Jednak mijałem mnóstwo dróg i ścieżek, których na mapie nie było. Wiedząc "mniej więcej" gdzie jestem szedłem za innymi, na tzw. "przylepca". Jest to może i dobra metoda pod warunkiem, że ci inni wiedzą gdzie idą. Pech chciał, że przykleiłem się do ludzi, którzy podobnie jak ja nie byli przekonani, w którym kierunku podążać. Byłem całkowicie zdezorientowany (od jakiegoś czasu przestałem kontrolować mapę) i zacząłem panikować. Miałem przed oczami wizję, że nawet do pierwszego punktu kontrolnego nie dotrę i zejdę z trasy. Co ja powiem znajomym, którym już obwieściłem, że jadę na "Harpagana". Taki wstyd. [...] 

(Po 30 kilometrach)

"Po drodze przeżyłem największy kryzys rajdu. Wlokłem się jakoś, ale zastanawiałem się czy nie zostać już na "szóstce" jak do niej dojdę, nie prosić by mnie ktoś odwiózł, czy nie wezwać jakiejś taksówki. Moja super kurtka przemokła całkowicie, przemokła też bluza, którą miałem pod nią i a także następna. Ręce mi zgrabiały i ledwo dałem radę zacisnąć palce na długopisie by wpisać na karcie godzinę dotarcia na punkt. Zziębniętych rąk nie miałem gdzie ogrzać, bo kieszenie, wszystkie, jakie miałem były całkowicie mokre. Z trudem schylałem się by zawiązać sznurówki. Nogawki spodni były mokre. Stuptutów w porę nie założyłem a zanim się obejrzałem nie było już sensu. Przemokła mi też przednia część spodni na udach wraz z kieszeniami. Tylko tyłek pozostawał jeszcze suchy, więc do tylnej kieszeni włożyłem wilgotną już komórkę. Niewiele lepiej miał się mój plecak. To, co było w zewnętrznych kieszeniach i klapie przemokło. Na szczęście miałem drugie buty i cieszyłem się bardzo, że je zabrałem. Ponieważ moje "Sprandi" były mokre (jeden z butów umoczyłem w bagienku przed "czwórką") przebrałem je na zapasową parę "HD" (Heavy Duty). Niestety ubrałem do tego tanie skarpetki z "CCC" (Cena Czyni Cuda) i czułem jak przy każdym kroku noga przesuwa się w bucie. Wiedziałem, że powstanie otarcia lub odcisku będzie tylko kwestią czasu. Trasę jeszcze kontrolowałem, ale byłem tak zmęczony i nieprzytomny, że gdy jeden z moich towarzyszy twierdził, że jesteśmy zupełnie gdzie indziej niż sądzę łatwo mu uwierzyłem. Potem okazało się, że on też pobłądził i w końcu wylądowaliśmy w PGR w Chynowie. Gdzie jesteśmy dowiedzieliśmy się od zdziwionych i przyglądających się nam z zainteresowaniem mieszkańców owej wsi. Około piątej rano odebrałem telefon od koleżanki z Irlandii, która prosiła mnie bym w końcu zablokował klawiaturę w komórce, bo już piąty raz dzwonię do niej w środku nocy."

Przez 8 lat w oprawie zawodów dużo się zmieniło
To były moje pierwsze w życiu zawody sportowe i pierwsza napisana relacja. Bazą zawodów była kaszubska miejscowość… Bożepole Wielkie. Przeszedłem wtedy 50 kilometrów i skasowałem się strasznie, ale jednocześnie załapałem rajdowego bakcyla. W następnych latach nabrałem doświadczenia, wzmocniłem łydkę, ukończyłem parę setek, ale tytułem Harpagana nadal nie mogłem się pochwalić. W 2011 roku pojechałem po raz wtóry na Harpagana (H-42 w Elblągu), ale i tego nie ukończyłem. „Do trzech razy sztuka” – pomyślałem zapisując się na tegoroczną edycję. Chciałem w końcu ukończyć te popularne zawody. Raz, że w tym roku inaczej niż w roku poprzednim planowałem trochę postartować w setkach a nawet liczyć się w Pucharze PMnO. Dwa, że tegoroczna wiosenna edycja miała zostać rozegrana właśnie w Bożympolu Wielkim – miejscowości, w której zaczęła się moja ultra - przygoda. Zdecydowałem po ośmiu latach wrócić do źródła; wszystko zrobić lepiej, szybciej i z sukcesem. Zdobyć tytuł Harpagana.

Szaleństwa piątkowej nocy

(Poniższą relację najlepiej czytać mając pod ręką mapy z zawodów. Na mapach – wzorcówkach (ślad wrzosowy) dostarczonych przez organizatora zamieściłem swój ślad GPS z Suunto Ambit (ślad zielony). Niestety zegarek mi padł po14 godzinach, gdy byłem przy PK 16. Końcówkę przebiegu wytyczyłem zielonymi kropkami)

[LINK] do zdjęcia mapy 1 pętli

 Lista startowa obsadzona była całkiem mocnymi nazwiskami. Z czołowego tercetu wygrywającego zawody w ostatnich latach zabrakło Macieja Więcka ale był Michał Jędroszkowiak i Andrzej Buchajewicz. Przyjechał też bardzo mocny Piotrek Szaciłowski oraz całkiem szybki Robert Kędziora. Wśród ponad trzystu zawodników wybierających się na trasę 100 kilometrów było jeszcze kilka znanych nazwisk plasujących się zwykle w pierwszej dziesiątce. Mogły się także trafić jakieś mało znane wschodzące gwiazdy, „młode setkowe wilki” gotowe w sprzyjających okolicznościach wygryźć „starą gwardię”, która przecież nie będzie dominowała wiecznie. Przy takim składzie walka o pudło zapowiadała się ciężko.

Rozważania o szansach na takie czy inne miejsce przestały mi zaprzątać głowę, gdy dostałem do ręki mapę. O ja cię kręcę – 8 punktów na pierwszej pętli, wszystkie w wielkim lesie na południe od miejscowości, w terenie bogato upstrzonym pagórkami, drogami, dróżkami, przecinkami i ścieżkami niczym ludowy haft z Cepelii. Będzie ciężko, prawie na wszystkich przelotach trzeba zachować czujność. Pełno pagórków, pełno skrzyżowań. Chwila nieuwagi i fruwam w przestworzach. Mocno pagórkowatego terenu byłem świadomy, ale od wymagającej nawigacji zdążyłem się już odzwyczaić. Gdy organizatorzy dali sygnał do startu wróciłem spokojnie do bazy i przez 15 minut rysowałem przeloty. Kwadrans w plecy na dzień dobry, ale gdy już zaczynam biec to nie lubię za dużo myśleć po drodze. Teren zapowiadał się trudny, więc postanowiłem nie ryzykować biegania po dróżkach i przecinkach, które ktoś tu gdzieś podobno widział przed trzydziestu laty i jak najwięcej biegać po większych, pewniejszych drogach. Sprawiło to rzecz jasna, że dokładałem sobie kilometrów: troszkę tu, troszkę tam i na mecie wyszło 120 kilometrów zamiast 100. Karne kilometry to typowa cena, za bezpieczniejsze i wygodniejsze warianty.

W końcu i ja wyszedłem z bazy, założyłem na uszy mp3 i nieśpiesznie potruchtałem do pierwszego punktu. Warunki do biegania wydawały się bardzo dobre: noc umiarkowanie chłodna, sucho, niezbyt wietrznie. Trochę mżyło, ale do porządnego deszczu było daleko. Po 2 kilometrach dogoniłem pierwszego piechura, potem cały sznur światełek ciągnących się w mroku lasu w stronę PK 1. Punkty kontrolne na pierwszej pętli wchodziły dobrze. Może dlatego, że przy tej mapie, w tym terenie i nocą zachowałem szczególną czujność. Nie wchodziłem na nie optymalnym wariantem, czasem przez moment pobiegłem nie tą ścieżką tracąc 3 minuty, ale jakichś wielkich wtop na szczęście uniknąłem. W drodze na trójkę minąłem wracających z punktu trzech biegaczy. Mieli nade mną kilka kilometrów przewagi. Sporo, ale nie byłem tym zdziwiony, w końcu zabawiłem w bazie kilkanaście minut smarując markerem po mapie. Obstawiałem, że nadbiegający to moi koledzy – faworyci. Może Michał, może Andrzej, może Piotrek a najpewniej wszyscy trzej. Byłem zaskoczony, gdy się okazało, że nie znam nikogo z tych pędzących szybko przecinaków. Gdzie w takim razie jest utytułowana czołówka? Przed nimi? Za nimi? Gdzieś wtopiła? Na trójce miłym zaskoczeniem była informacja, że jestem czwarty. Czyli prowadzi widziana wcześniej trzyosobowa grupa, a sporo za nimi jestem ja. Zastanawiałem się, gdzie zaginęli faworyci i kiedy mnie dogonią. Stało się to wkrótce. Gdy biegłem do następnego punktu dogoniło mnie trzyosobowe komando z Piotrkiem Szaciłowskim, Robertem Kędziorą i dowodzącym Michałem. Biegli w trójkę, tempem szybszym od mojego. Musieli gdzieś wtopić, a teraz w bojowym nastroju odrabiali straty. Sprawnie mnie wyprzedzili i popędzili do przodu. Przy czwórce spotkałem kolejnego faworyta, Andrzeja Buchajewicza. Ten biegł sam. Wystartował dobrze, ale także solidnie wtopił lecąc na PK 3. Czwórkę podbiliśmy razem.

Początek rajdu przybrał jak widać dosyć nieoczekiwany obrót. Murowani kandydaci do pudła popełniali błędy, tracili czas i siły. Prowadziła trzyosobowa grupa „nieznanych sprawców”. Problemy nie ominęły także i mnie. W drodze na PK 5, po chwili nieuwagi skończyła mi się droga. Poszedłem na azymut, wyszedłem na jakąś inną drogę, ale już nie byłem pewien, na którą dokładnie. Moim prywatnym, nawigacyjnym mesjaszem okazał się Krzysiek Borowiec – zawodnik pokonujący setki z dwiema latarkami. Cicha woda, rzadko go widać biegnącego szybko, ale wystarczy przystanąć na skrzyżowaniu, rozejrzeć się dookoła, potem za siebie i już Krzysiek jest z tyłu. Tym razem także się pojawił i to w dobrym momencie. Bezwstydnie przyznałem, że wyleciałem w kosmos i nie wiem, gdzie jestem, on zaś sprowadził mnie z powrotem na ziemię pokazując palcem na mapie – „tu”. Biegnąc samotnie na PK 6 znowu straciłem na chwilę orientację, pobiegłem drogą inną niż planowaną, ale, że przed sobą miałem rzeczkę Łebę to szybko się odnalazłem. Biegnąc jej brzegiem tuż za Bartkiem Karabinem i Kubą Molskim podbiłem szóstkę ustawioną na skarpie, nad rzeką. W drodze na siódemkę, znowu spotkałem trzyosobową grupę kolegów: Michała, Piotrka i Roberta. Stali na skrzyżowaniu i nad czymś debatowali. Chłopakom, zwykle znakomitym biegaczom i bardzo dobrym orientalistom tego akurat dnia jakoś wyjątkowo pechowo nie szła nawigacja. Ponownie wylecieli w kosmos. Powiedziałem gdzie moim zdaniem jesteśmy i szybko się oddaliłem. Bywam czasem łatwowierny i bałem się, że zaraz mnie przekonają do swojej wersji, czyli, że jestem gdzie indziej niż rzeczywiście jestem. 

Została końcówka pierwszej pętli. Punkt PK 7 wszedł gładko. Przy PK 8, ostatnim punkcie pierwszej pętli znowu się zakręciłem i szukałem lampionu o jedno wzgórze za wcześnie. Szczęśliwie szybko się odnalazłem i za drugim razem wspiąłem na właściwą górkę, z której pobiegłem prosto do bazy. Osiągnąłem ją o 5:19 jako czwarty zawodnik. Prowadzący Krzysiek Nowak dokładał mi w tym momencie prawie dwie godziny, ale biegnący na trzeciej pozycji Andrzej Buchajewicz podbił kartę niecałe pół godziny wcześniej. Nie było źle, byłem wysoko, mogłem dalej walczyć, ale pomimo tego zastanawiałem się, czy wyjść na drugą pętlę. Moje Bare Gripy (buty INOV-8 Bare-Grip 200), nadgryzione już na wcześniejszych rajdach teraz rozerwane przez gałąź otworzyły szeroko „paszczę” wystawiając na widok publiczny trzy największe palce lewej stopy. Z tak wielką dziurą dało się jeszcze biec, choć nie było to ani wygodne ani bezpieczne. Poważniejszym problemem niż buty był jednak Achilles. Ścięgno zaczęło mnie boleć przed ostatnim punktem pierwszej pętli. Znałem już to uczucie, bo miałem podobną kontuzję już kilka razy. To był początek zapalenia ścięgna Achillesa. Można z tym jeszcze chwilę biegać, ale to ryzykowne i bolesne. Zastanawiałem się więc, czy wychodzić na drugą pętlę, bo mógłbym nie dać rady i dodatkowo pogorszyć kontuzję co wyeliminowało by mnie ze startów w najbliższych miesiącach. Zmęczenia wielkiego nie czułem, byłem dobrze odżywiony, pogoda była fajna, wstał świt. Zaryzykowałem i wyszedłem na drugie 50 kilometrów.

Druga pętla

[LINK] do zdjęcia mapy 2 pętli

Na dziesiątkę pobiegłem głupim, zbyt dookolnym wariantem asfaltowym przez wieś Strzebielino. Biegnąc poboczem obok ruchliwej drogi starałem się wsłuchać w muzykę by nie myśleć o bolącym Achillesie. Na punkcie ustawionym na wyniesieniu obok wysokiego masztu dowiedziałem się, że jestem piąty. Niedługo przede mną był tu Michał Jędroszkowiak. Spotkaliśmy się chwilę później i razem pobiegliśmy do dwóch następnych punktów. Po drodze widywałem miejsca, które wydawały mi się znajome; chyba pamiętałem je z rajdu sprzed ośmiu lat. Ten pierwszy rajd, pierwsza setka jakoś szczególnie zapada w pamięć.

Do PK 12 wszystko szło dobrze, problemem było szybkie wejście na trzynastkę. Najpierw utknęliśmy z Michałem na jakichś leśnych podmokłościach, potem każdy już na własną rękę próbował dotrzeć do ulicy. Znalazłem w końcu tę długą przecinkę prowadzącą prosto na punkt, ale była to przecinka pod linię wysokiego napięcia. Wyglądała ładnie tylko na mapie. Poruszanie wzdłuż niej nie wyglądało ani na wygodne, ani na szybkie. Dobiegłem do drogi biegnącej mniej więcej równolegle do przecinki i pobiegłem nią mając ciągle na oku tę linię wysokiego napięcia. Nie zauważyłem, że linia w międzyczasie skręciła na zachód a ja wraz z nią. Gdy w końcu znalazłem się nad brzegiem Jeziora Czarne okazało się, że jestem kilometr od punktu. Podbiłem go kilka minut przed Michałem, który także miał problem ze znalezieniem właściwej drogi, więc zwyczajnie przeszedł las na rypał, na azymut.

Kolejne punkty: PK 14, PK 15 i PK 16 weszły bez większych kłopotów nawigacyjnych. Po drodze, w odpowiedzi na zapytanie tubylców „a pan to tu tak od wojny lata?” musiałem krótko scharakteryzować Harpagana. W okolicach najbardziej na północ wysuniętego punktu PK 15 zacząłem spotykać uczestników trasy rowerowej. Minąłem się także z Andrzejem Buchajewiczem, który wyrobił sobie nade mną już 50 minut przewagi. Niedawno podbił piętnastkę i awansował na drugą pozycję gdyż biegnący do tej pory na drugim miejscu Paweł Ćwidak podobno osłabł. Niedługo później spotkałem maszerującego Pawła, który tak jak Andrzej wracał już z punktu.

Do tej pory, pomimo bolącego Achillesa i wielgachnej dziury w bucie wszystko szło jako tako. Moja dobra passa skończyła się w połowie drogi do szesnastki będącej przedostatnim punktem kontrolnym. Zaczęło się od tego, że odcięło mi prąd. Minęło właśnie 105 kilometrów i nie miałem już siły podbiegać. Wystarczyło coś zjeść, wiedziałem o tym, ale nie miałem już nic. Na trasę zabrałem wystarczającą ilość jedzenia, ale po drodze jedna z kanapek wypadła mi na ziemię i już jej nie podniosłem. Teraz właśnie tej jednej kanapki mi zabrakło. Nogi zrobiły się ciężkie a myśli zaczęły krążyć wokół tego, czego to ja nie zjem, gdy tylko dotrę na metę. Oglądałem się nerwowo za siebie wypatrując Michała i biegnącego obok niego Roberta Kędziorę. Na szczęście żadnego z nich nie było. 

Do szesnastki dotarłem marszobiegiem dookolnym, ale pewnym wariantem i sprawnie podbiłem kartę. Został ostatni punkt, PK 17. Za nim już meta. Już po rajdzie analizując czasy zawodników zdałem sobie sprawę, że był to decydujący moment, w którym mogłem jeszcze zawalczyć o trzeci stopień podium. Poprzedzający mnie Paweł Ćwidak podbił szesnastkę ledwie 11 minut wcześniej. Do mety pozostawało 8 kilometrów a on tylko i wyłącznie szedł. Miałem szansę go dogonić, ale schrzaniłem sprawę koncertowo. Wyszedłem na siedemnastkę i gdzieś w połowie drogi wyleciałem w kosmos. OK., większość, z którymi rozmawiałem potem w bazie mówiła, że w okolicach PK 17 wyrzucało, ale owa większość po 20 - 40 minutach znajdowała punkt. Ja straciłem tam cholerne półtorej godziny. Niczym nawigacyjny gołowąs stałem na skrzyżowaniach usiłując dopasować drogi i odnaleźć się na mapie tracąc w ten sposób czas. W desperacji zapytałem nawet jednego z rowerzystów, gdzie jesteśmy, ale albo on sam nie wiedział albo ja nie do końca go zrozumiałem. Dopiero po godzinie zrobiłem to, co powinienem był zrobić od razu: poszedłem na południe, znalazłem charakterystyczne miejsce, które pomogło mi się odnaleźć (w tym przypadku był to zbiornik czerpania wody) i wtedy odnalazłem feralną siedemnastkę. Cztery kilometry dzielące PK 16 od PK 17 Paweł Ćwidak zrobił w 42 minuty a ja w godzinę i 54 minuty. Niech to szlag.



Meta

Do mety dotarłem o godzinie 13:41 w sobotę. Z czasem 16 godzin i 41 minut zająłem 4 miejsce. Spośród 344 osób startujących na setkę tytuł „Harpagana” uzyskało 82 uczestników. Wygrał Krzysiek Nowak ze znakomitym jak na te warunki czasem (12:56). Drugi był Andrzej Buchajewicz (14:39), trzeci Paweł Ćwidak (15:18). Pierwszą wśród kobiet była Małgorzata Stefańczyk (19:51), drugą Małgorzata Szwaracka (22:49).

Wyniki najlepszych zawodników tegorocznego Harpagana wielu wprawiły w zdumienie. Spośród czołowej trójki (Jędroszkowiak – Buchajewicz – Szaciłowski), którą śledzący zmagania na setkach obstawiali jako przyszłe podium ostatecznie tylko jeden stanął na pudle i to nie na najwyższym stopniu. Utytułowanych zawodników rozpędziło dwóch chłopaków z Gdańska zajmując pierwsze i trzecie miejsce. Kim oni są? – zastanawiali się ci, którzy tak jak ja usłyszeli o nich pierwszy raz. Podobno mają na Pomorzu opinię znakomitych nawigatorów. Obaj startują na setkach tylko w Harpaganie, po Polsce raczej nie jeżdżą. Krzysiek wystartował w obu zeszłorocznych Harpaganach zajmując za każdym razem czwarte miejsce. Zimy jak widać nie przespał tylko przytrenował bieganie co dało mu zwycięstwo w tegorocznej edycji zawodów. Paweł Ćwidak jak się wydaje biega znacznie mniej. Dla mnie szokująca była informacja, że całą drugą połowę wyłącznie szedł a pomimo to, ja nie byłem w stanie go dogonić. Zaznaczyć trzeba, że nie był to luźny spacer a szybki marsz 8 minut na kilometr, niewiele wolniejszy niż mój trucht. Na sukces obu chłopaków z Trójmiasta na pewno wpłynęła słabsza niż zazwyczaj dyspozycja utytułowanych zawodników. Z pewnością pomogło im też to, że obaj znają okolice Bożepola Wielkiego. Ledwie tydzień przed Harpaganem w miejscowości tej rozegrany został Wiosenny Tułacz – inne zawody na orientację. I Paweł i Krzysiek w nich startowali. Po Harpaganie rozegranym w tym samym miejscu tydzień później w czubie setek zrobiło się ciekawie. Fajnie by było, gdyby teraz obaj bohaterowie z Gdańska zaczęli jeździć także na inne piesze setki, nie tylko na Harpagany. Rywalizacja stała by się przez to ciekawsza. Wiem, że zachęcając Krzyśka i Pawła do częstszych startów kręcę bat na własny tyłek, bo miejsce poza podium nie jest tym, co tygrysy lubią najbardziej. Niemniej piszę o tym świadomie, bo cenię sobie udział w mocno obsadzonym wyścigu, którego wynik jest trudny do przewidzenia.

Użyty sprzęt:

Buty INOV-8 Bare-Grip 200
Skarpety sportowe Motive
Leginsy Columbia Speed Trek II Tight
Oddychająca koszula z długim rękawem RMD Rockommended
Koszulka biegowa New Balance
Pulsometr Suunto Ambit Silver HR
Zegarek Timex Ironman Sleek 150-Lap
Rękawiczki treningowe Nike
Plecak biegowy Kalenji 12 L
MP3 Player Sandisk Sansa Clip 8GB
Kompas kciukowy Moskwa
Czołówka Petzl Myo XP
Buff