piątek, 17 lipca 2026

X Bieg Pamięci Dywizjonu 303 – relacja


"Dziubek"

Przezywaliśmy go „Dziubkiem” ale przyznam uczciwie, że nie mam pojęcia skąd się wzięło to przezwisko. Może powodem był jego zwyczaj wydymania warg w dzióbek, może była jakaś inna przyczyna, nie wiem.  Był wątłej budowy, średniego wzrostu, aż trudno zrozumieć, jak przeszedł szczęśliwie przeróżne komisje lekarskie którym każdy lotnik wielokrotnie musi się poddać. Twarz miał chudą, włosy czarne i gęste zaczesane w górę, ale stale opadające na czoło w niesfornych kosmykach. […] „Dziubek” Eugeniusz Horbaczewski był pilotem w słynnym Dywizjonie 303 a nieco później w równie słynnej afrykańskiej eskadrze Skalskiego. W tej właśnie eskadrze operującej nad pustyniami i górami Tunezji Horbaczewski pokazał, co naprawdę potrafi zdziałać w powietrzu. A potrafił rzeczywiście dużo. Nie raz i nie dwa dziwili się jego koledzy, sami wyborowi myśliwcy, nie raz i nie dwa o lotach jego i zwycięstwach rozprawiała wielojęzyczna rzesza lotników zgrupowana w alianckim skrzydle myśliwskim zachodniej pustyni. Dość powiedzieć że w okresie od 17 marca 1943 do 10 maja tegoż roku Horbaczewski zestrzelił na pewno 5 samolotów nieprzyjaciela. O tym jak wysoko wtedy już ceniono „Dziubka” świadczy fakt, że natychmiast po zakończeniu kampanii w Afryce i po rozwiązaniu polskiej eskadry Brytyjczycy ofiarowali mu dowództwo jednego ze swych dywizjonów. Rzecz niemal bez precedensu do w lotnictwie RAF-u rzadko powierzano cudzoziemcom stanowiska dowódcze. […]

Zdjęcie:Wikipedia


Działo się to dnia 18 sierpnia 1944 roku. Kapitan Eugeniusz Horbaczewski prowadził swój dywizjon na lot bojowy, na wymiatanie myśliwskie nad Francją […]. Daleko obok rozłożystego lotniska szły obce samoloty o dobrze znanych sylwetkach: niemieckie Focke-wulfy. Wielka formacja 60 maszyn startująca właśnie z lotniska, zapewne wybierająca się na jakąś wyprawę. W podobnych chwilach trzeba działać błyskawicznie, sekundy znaczą bardzo wiele. Wycofać się? Zmienić kierunek? Przecież stosunek sił był tak nierówny. 12-tu na 60-ciu. Można uniknąć walki i odejść, nikt w takich warunkach nie postawi zarzutów, nikt nie potępi. Jeden na pięciu to za wiele. „Dziubek” nie namyślał się, zareagował momentalnie a jego decyzją było krótkie słowo rzucone w mikrofon „atakujemy”. […] Trzeci Focke-wulf zniszczony ręką „Dziubka” kręci śmiertelny korkociąg. Wystarczy na jedną, najwyżej na dwie serie. Może więc jeszcze jeden nieprzyjaciel znajdzie się na koncie Horbaczewskiego? Nachodzi na ogon wroga, naciska na spust działek. I wtedy z tyłu, niespodziewanie pojawia się wydłużona sylwetka a po skrzydłach samolotu polskiego dowódcy twardo dudnią pociski. Nie wiedział „Dziubek”, kiedy go trafiono. Nie wiedział, kto mu zaszedł od ogona. W momencie gdy naciskał spust broni pokładowej by ostatniego przeciwnika posłać w dół stracił przytomność a maszyna jego zwaliła się w morzu płomieni. Zakończyła się powietrzna walka. Polski dywizjon 315 wracał z lotu. Uczucie rozładowania i słusznej satysfakcji pilotów mącił głęboki żal. 16 samolotów nieprzyjacielskich zestrzelonych w jednym spotkaniu to sukces niezwykły, wyczyn zakrojony na miarę gigantów. Jedyny w historii polskiego lotnictwa. Szesnaście zestrzeleń. Straty własne – Jeden. […] Tak walczyli ongiś polscy myśliwcy. Dwunastu na sześćdziesięciu. Tak walczył i zginał pułkownik Eugeniusz Horbaczewski, którego przezywaliśmy „Dziubkiem”

(Bogdan Arct, Rycerze biało-czerwonej szachownicy (audiobook), Storybox.pl, 2019, czyta Sławomir Holland. Rozdział 14: "Dziubek", fragmenty)


Bieg

Nie jest to łatwy bieg uliczny bo w środku wakacji i pagórki. Tak go zapamiętałem w zeszłym roku, gdy wystartowałem po raz pierwszy. Upał, odparzenia na stopach od startówek INOV-8, ale dotarłem do mety na 11 miejscu na 88, z czasem 00:49:20. Nie było źle, w kategorii wiekowej wskoczyłem nawet na pudło.

W tym roku postanowiłem powalczyć ponownie. Dalej biegam: niezbyt intensywnie, ale w miarę regularnie. Niepokoiła waga (81,5 kg) wyższa o kilogram od zeszłorocznej, pozytywem miała być pogoda: 20 stopni, pochmurno, niezbyt wietrznie. Na miejscu dziewczyny z biura zawodów siedziały przy stolikach w kurtkach. Niebywałe, warunki dużo lepsze niż na wcześniejszej edycji. Na bieg pojechałem z Wisznic ze swoim bratankiem Mikołajem, który przyjechał z Wielkopolski do nas na wakacje. Też biega, choć nie tak intensywnie, miał pobiec swoje luźnym tempem, wycieczkowym.

Trasa biegu Dywizjonu 303

Start był o 11:00. 5-minutowe opóźnienie i już stoimy na linii startu. Ja, gdzieś w 2-3 rzędzie biegaczy. Znam swoje miejsce, obstawiam drugą dziesiątkę. Na nosie eksperymentalnie przeciwsłoneczne okulary, na nogach też lekkie INOV-8, ale nie szosówki tylko lekkie, minimalistyczne trailówki.

Start i od razu wybieg ze stadionu prosto pod niewielką górkę. Tu biegnę wolno, aby się nie zajechać „na dzień dobry”, nie potknąć o czyjeś nogi. O nieszczęście w tłoku nie trudno. Skręcamy w główną ulicę w prawo, teraz długa prosta z podbiegiem. Biegnę gdzieś na 13-14 miejscu. Fajnie się biegnie to ryzykuję. Pierwszy kilometr, na górce i pod lekki wiatr – 4:05. W głowie dzwoni alarm „Paweł zwolnij”. Nie słucham bo tak fajnie się biegnie, niby lekko. Drugi kilometr, dalej wyprzedzam, wyszło po 4:08. Trzeci kilometr to samo. Przed wsią widzę ostrzegawczy prędkościomierz, który nie mając samochodów jakimś cudem zmierzył prędkość grupie biegowej i pokazał 15/km na godzinę. Zielona buźka się uśmiecha i dziękuje. Pięknie!


Trasa jest lekko pagórkowata, wiatr średni a ja czuję, że zaraz zacznę płacić za ułańską fantazję. Na 4 kilometrze znowu podbieg więc sumarycznie wychodzi po 4:32. Piąty znowu szybciej bo co prawda nie szarżuję już niczym nosorożec, ale trzymam się koło 4:20. Myślę, że nawet nieźle bo w zeszłym roku miałem średnią prędkość 4:23. Jest duża szansa na poprawienie się. Stawka się rozciągnęła. Wody nie piję, tylko polewam po głowie. Minął mnie znajomy Jacek z Białej i popędził do przodu. Ciekawe, gdzie jest Kasia, która z nim jeździ? Chyba za mną.

No i przychodzi ten 7 kilometr, czas załamania - czas, gdy się wszystko posypało. Co się stało? Kolka. Łapie, trzyma, nie puszcza dziadyga. To robię to, co wiem, że zrobić trzeba: zwalniam i w biegu skłony: to na jeden to na drugi bok. Nie przechodzi. Mija mnie 2 biegaczy, w tym jeden z mojej kategorii wiekowej. Coś mówi w przelocie, aby cisnąć. „Kolka” – tłumaczę. Dopóki się jej nie pozbędę, nie da rady. Tak biegnę i schylam się przez kilkaset metrów, odpoczywam w tempie 5:00. Głowa chce biec szybciej, ale cóż, gdy nogi i brzuch nie dają rady?

Ósmy kilometr – wracam do życia. Kolka puściła, znowu biegnę po 4:20. Tych dwóch ciągle przede mną. Biegniemy mniej więcej równym tempem. Młodego nawet doganiam i wyprzedzam. Zostały ostatnie kilometry. Pagórki są dalej, a wydawało mi się, że w II połowie ich nie ma. Źle zapamiętałem. Odwracam się za siebie i pytam zdyszany „Jaka kategoria?” Ten, że M30, czyli spokojnie, nie walczymy ze sobą. Chyba, że w OPEN. Kolejny kilometr, chłopak wyprzedza mnie mówiąc, że „jednak spróbuję (powalczyć)”. OK, powodzenia mu życzę. Ja biegnę swoje. Tempo 4:14-4:25, zależnie od warunków. Jedenasty kilometr ładnie: 4:08. Na metę wbiegam z wynikiem 00:48:57 brutto. O 23 sekundy lepiej, niż rok temu, pomimo wyższej wagi. Średnie tempo też lepsze: 4:19. Niestety w lepszych warunkach to inni pobiegli lepiej. OPEN byłem 18 na 88 a w kategorii M40 siódmy na 25.


Już z Mikołajem nie czekaliśmy do zakończenia, do losowania nagród. Po wciągnięciu smacznej zupy przebraliśmy się i do domu. Bieg był dla mnie nierówny bardzo, ale jako trening bardzo dobry. Widzę, że nie mogę szarżować z tempem 4:05 na dychę. Nie utrzymam tego. Może na piątkę, ale nie dalej. Stopy niestety znowu trochę odparzyłem, trochę obtarłem. Cóż, takie ryzyko biegów.

Pełne wyniki na Time2Go.pl

Brak komentarzy: