Miasto
Przyjeżdżając do Rudy Śląskiej nie zdawałem sobie sprawy, że miasto to ma zaledwie kilkadziesiąt lat. Powstało w 1959 roku z połączenia miast Nowy Bytom i Ruda. Oczywiście osadnictwo kwitło tu od bardzo dawna. W średniowieczu istniała wieś Ruda; w epoce nowożytnej i w XIX wieku region położony w centrum Górnego Śląska rozwijał się głównie w oparciu o wydobycie rudy żelaza i kopalnie węgla kamiennego. Na mnie, jako osobie z lesistego i bagnistego Polesia, gdzie przemysłu jest jak na lekarstwo taki industrialny krajobraz robi spore wrażenie. Patrząc na tę całą przemysłową infrastrukturę, na te charakterystyczne robotnicze osiedla złożone ze starych domów z czerwonej cegły zwane familokami miałem zaraz przed oczami podręcznikowe historie z II połowy XIX wieku opowiadające o dzieciach pracujących w kopalniach po kilkanaście godzin. I jeszcze „Łysek z pokładu Idy”. Brrrr.., ja jestem „chłop z lasu”. Takie krajobrazy mnie przygnębiają. Lubię mieszkańców Śląska; cenię to, że w plebiscycie z 1921 roku większość ówczesnych mieszkańców Rudy opowiedziała się za przynależnością do Polski, ale na pewno nie chciałbym tu mieszkać. Wolę drewniane chałupy, lasy pełne grzybów oraz pola z przydrożnymi kapliczkami i wiatrakami.
Bieg
W tym roku przypadła jubileuszowa, piętnasta edycja biegu 12h w Rudzie Śląskiej. Pętla, po której miało biegać 72 biegaczy miała długość 1309 metrów (atest PZLA). Wytyczona została w dzielnicy Nowy Bytom, z licznymi zakrętami pomiędzy Urzędem Miasta a Miejskim Ośrodkiem Sportu i Rekreacji, gdzie mieściło się biuro zawodów. Podłożem był w większości asfalt, czasem miejski chodnik. Teren lekko pofałdowany. Start przewidziany został na sobotę o 7 rano. Przed rozpoczęciem biegu organizator imprezy, doświadczony ultramaratończyk August Jakubik powitał zebranych i przedstawił faworytów. Wymienił między innymi dwukrotnego zwycięzcę biegu 12h w Rudzie Śląskiej Ireneusza Czapigę, mistrza Polski w biegu 24h z 2010 roku Adama Jagiełę, oraz rekordzistkę Polski w biegu 12h i 24h Aleksandrę Niwińską.
Wystartowaliśmy tuż po 7 rano. Było pochmurno, ale ciepło i dosyć parno. Trasa poprowadzona w otoczeniu budynków zapewniała osłonę od wiatru. Silniejsze powiewy można było zwykle odczuć przebiegając przez rynek naprzeciw kościoła (boski wiatr?). Pierwsze dwa okrążenia zrobiłem z aparatem bardzo lekkim truchtem. Pagórkowata trasa z dwoma wyraźnymi podbiegami na ulicy Objazdowej i Markowej początkowo trochę mnie przestraszyła, ale potem postanowiłem pomimo wszystko trzymać się założonego tempa w okolicach 5 minut na kilometr. Lekko przyśpieszyłem i robiłem pętelki po 6:30-6:45, w porywach po 6:15. Na podbiegach profilaktycznie lekko zwalniałem. Szybko zauważyłem zaletę biegu czasowego na niewielkiej pętli: dobrze widać, jak szybko biegnie konkurencja i w jakiej jest formie. W pierwszych godzinach widziałem wyraźnie, że czołówka trzyma tempo podobne do mojego, w okolicach 6:30 na pętelce. Po 2 godzinach miałem nabieganie 23 kilometry i plasowałem się na 5 miejscu. Prowadzący wyprzedzali mnie o kilkaset metrów. Nieraz straciłem trochę więcej czasu w punkcie odżywczym na Hallera gdzie można było poczęstować się jedzeniem (kanapki z dżemem lub wędliną, banany, czekolada, ciastka, suszone morele, plastry wędliny, pomarańcze) i napojami (woda, isostar, herbata, cola, sok, kawa). Muszę przyznać, że punkt odżywiania był bardzo dobrze zaopatrzony. Zaraz za punktem stały dwie miski z gąbkami i chłodną wodą oraz dwa stoły do masażu z młodymi, niebrzydkimi i chętnymi do masowania studentkami (czynne zdaje się od 5 godziny biegu). Po przeciwnej stronie, pod namiotem każdy z biegaczy miał swoje krzesełko, przy którym mógł zostawić potrzebne rzeczy: buty i ubranie na zmianę, własną żywność, napoje itp. Wybiegając z punktu odżywczego mijaliśmy jeszcze dwa niezbędne, niebieskie przybytki (toalety) i wybiegaliśmy w stronę rynku. Tam znajdowała się taśma pomiarowa licząca każdemu pokonane okrążenia, monitor, na którym każdy mógł zobaczyć, jaki dystans przebiegł oraz stanowisko komentatora. Organizacyjnie wszystko wyglądało na dobrze dopracowane.![]() |
| Plan trasy |
Niestety dopracowane nie było moje przygotowanie. Nie wiem, co się stało, ale gdzieś przed końcem trzeciej godziny biegu zacząłem słabnąć. Pojawił się jakiś płytki oddech, lekkie bóle w okolicach klatki piersiowej, przepony. Kurka wodna, co się dzieje?! Niecałe trzy godziny, lajtowe tempo a ja już wymiękam? Jest to jeden z pierwszych gorących dni (około 20ºC), parno, duszno. Może to przez to? A może przesilenie wiosenne? Przed startem obżarłem się naleśnikami z dżemem i ze śmietaną. Zawsze mi służyły, ale może tym razem zadziałały odwrotnie? Może coś z tego, co pochwyciłem ze stołu z punktu odżywczego mi nie posłużyło? A może jestem niedotrenowany? Ostatni raz przekroczyłem 400 km miesięcznego wybiegania w sierpniu 2012. Od jakiegoś czasu zmagam się z lekkimi kontuzjami, które rozbijają mi plany treningowe. Może tu jest przyczyna? A może odwrotnie - może przetrenowanie? W niedzielę i poniedziałek (6 i 5 dni przed startem) pocisnąłem dwa mocniejsze treningi. Może się nie zregenerowałem? A może po prostu to ciężkie, śląskie powietrze mi nie służy? Nie wiem. W każdym razie efekt był taki, że zacząłem przechodzić w marsz. Początkowo tylko na podbiegach i przy punkcie odżywczym, później też na płaskim. Widziałem jak ucieka mi czołówka, zaczęły się duble. Słabłem przez kolejne dwie godziny. Na uszy wrzuciłem odtwarzacz mp3 z audiobookiem o czarnych dziurach. W takiej „czarnej dziurze” właśnie się znajdowałem. Po 4 godzinach z wynikiem 41 km spadłem na 19 miejsce. Czołówka wyprzedzała mnie w tym momencie o 7 kilometrów. Jeden z kolegów zauważył mój kryzys i litościwie poczęstował mnie aspiryną, która ponoć rozrzedza krew. Rzeczywiście trochę jakby pomogło, wróciłem do biegania, włączyłem piosenkowe techno z ostatniej składanki Kompaktu. Dobry efekt był niestety krótkotrwały. Po jakiejś godzinie znowu osłabłem i znowu zacząłem maszerować. Po 7 godzinach z wynikiem 68 km byłem 26. Czołówka miała już 82 km, czternaście kilometrów przewagi. Walka w czubie była już dla mnie zakończona. Zastanawiałem się czy nie zejść z trasy, ale stwierdziłem, że muszę skończyć z tym schodzeniem i przynajmniej ukończyć zawody. Trzeba było mieć minimum 80 km by być sklasyfikowanym, więc przeszedłem jeszcze 10 kilometrów poczym po około 9 godzinach, gdy miałem nakręcone 81 km udałem się na masaż i przysiadłem na swoim krzesełku czytając książkę.
Zakończenie
Ostatnie kilkanaście minut biegu było żywe i emocjonujące. Ci, co niezagrożeni prowadzili już teraz wiwatowali podnosząc w biegu ręce do góry. Inni, którzy kręcili życiówki także cieszyli się i walczyli do ostatnich metrów. Ci, którzy jak ja przestali już biegać oraz nieliczni kibice zaczęli raźniej oklaskiwać biegających od prawie 12 godzin zawodników. Minęły ostatnie minuty, rozległ się gwizdek sędziów i biegnący zatrzymali się. Część bardzo wyczerpanych zaraz położyła się na asfalcie. Należało poczekać aż sędziowie każdemu zawodnikowi domierzą dodatkowe metry z ostatniej pętli. Zwycięzcą już po raz trzeci na tej imprezie został górnik z Kopalni Węgla Kamiennego „Wujek” Ireneusz Czapiga. Osiągnął wynik 135 km. Drugi przybiegł Adam Jagieła (134 km), trzeci był filigranowy Przemysław Basa (129 km). Wśród kobiet triumfowała faworytka: Aleksandra Niwińska. Przebiegła 125 km i była na 5 miejscu open. Sam z wynikiem 81 km 885 m byłem 55 zawodnikiem na 72 startujących. Na marginesie dodam, że cała czołówka to ludzie ze Śląska a rekord Polski w biegu 12h należy do Macieja Cieplaka, który w 2004 roku pobiegł 144 km. Po zakończeniu udaliśmy się pod prysznice w MOSIRze a następnie na posiłek połączony z wręczeniem nagród. Finałowa ceremonia była zorganizowana bardzo wystawnie. Stoły na hali MOSIRu ustawione w podkowę wokół podium nakryte były białym obrusem. Jakieś panie zaraz przynosiły nam obiad a potem nawet piwo się znalazło. Tak to wszystko elegancko zorganizowano, prawie jak na skromnym weselu. Aż się dziwnie czułem nie będąc w garniturze. Po posiłku, w obecności przedstawicieli miejscowych władz nastąpiła dekoracja najlepszych oraz wręczenie medali i dyplomów wszystkim, którzy ukończyli.
Bieg był bardzo dobrze zorganizowany, ale ze swojego rezultatu zadowolony nie jestem. Nie tak miało być. Planowałem przebiec jeden raz taki bieg 12-godzinny, zobaczyć jak to jest i zaliczyć przyzwoity wynik (minimum 120 km). Bieganie po krótkich, asfaltowych pętlach w środku miasta mnie nie ekscytuje. Wydaje się zwyczajnie nudne. Planowałem zrobić to tylko jeden raz. Teraz jednak, gdy mi tak sromotnie nie wyszło pałam chęcią rewanżu i kto wie, może jeszcze kiedyś skuszę się na podobne zawody.
Za rok bieg 12-godzinny w Rudzie Śląskiej ma mieć ponownie rangę mistrzostw Polski w biegu 12h.
Buty Hoka One One Stinson Evo B
Skarpety sportowe Motive
Bokserki Craft Zero Extreme Boxer
Legginsy ¾ Columbia Speed Trek Capri
Koszulka Columbia Trail Pro II Crew
Zegarek Timex Ironman Sleek 150-Lap

5 komentarzy:
Podziwiam taki dystans. Paweł to Ty z plecakiem biegasz przez Studziankę?rozgrzewałem się to ktoś biegł koło mnie tak po 18 od Dokudowa polną drogą do Studzianki. Zdecydowałem się na I Maraton Lubelski
ŁUKAs
Hej Łukasz, tak, to ja - akurat kończyłem długie wybieganie. Maraton w Lublinie? Świetnie! Ja chyba pobiegnę półmaraton Świdnik-Lublin tydzień wcześniej. Nie wiesz jaka tam jest trasa? Pagórki? Bo profilu na stronie nie ma..
Nie wiem, nie biegałem i nie znam tej trasy.
Przebiegałeś koło mnie-przed lasem od strony Dokudowa.
Próbuję się budować na maraton lubelski. Przesadziłem trochę bo zrobiłem 26 km a po dniu przerwy 22 km i nie mogę się zregenerować.
ŁUKas
Na samą myśl o takim bieganiu pętelek przez choćby i 3 godziny człowiek już czuję się zmęczony... i to jeszcze w tak przemysłowym mieście (sama nazwa miasta powoduje, że mam przed oczami kominy i fabryki). Stąd chyba tak zaszaleli z tym poczęstunkiem etc, by ludzie za rok przyjechali (to trochę tak jak z pielgrzymkami - zawsze sobie człowiek obiecuje, że za rok nie pójdzie, bo że to droga przez męke to mało powiedziane, a po roku już się nie pamięta tych pęcherzy, braku mycia, tylko dobrze wspomina postoje i poczęstunki w każdej wsi dla biednych strudzonych pielgrzymów i idzie znowu pełen zapału z pieśnią na ustach... ;)) I jeszcze ten "boski wiatr" pod kościołem... Nieźle się uśmiałam. :P Pozdrawiam.
Cześć Emila,
Jedzenie trochę umila katorgę ale to nie ono przyciąga. Są ludzie, którzy lubią dreptać godzinami w kółko. Dla mnie to też ciężkie, bez mp3 i jakiegoś wciągającego audiobooka chyba nie dałbym rady tego przebiec. A może? W każdym razie może jeszcze kiedyś spróbuję.
Prześlij komentarz