poniedziałek, 9 lutego 2026

Roztoczańska Mordęga – powrót do długich tras na orientację


Piękną mamy zimę w tym roku. Tak - wiem, że się powtarzam i wiem, że zupełnie inną opinię mają na ten temat kierowcy, zwyczajni spacerowicze, osoby, którym brakuje na opał i SUP-erzy. Ale dla biegaczy, zwłaszcza tych terenowych zima jest bajkowa. Po lekko górskim biegu w Kielcach postanowiłem przeprosić się z kompasem. Niestety problemem dla orientalistów ze Wschodu jest brak długodystansowych imprez w bliskiej okolicy. Piesze maratony na orientację na 50 km i 100 km rozgrywane są w centrum lub na zachodzie Polski. Przeglądając kalendarz trafiłem na zapowiedź „Roztoczańskiej Mordęgi”. Pod Zamościem czyli niezbyt daleko. Co prawda najdłuższa trasa tylko 25 km ale za to na Roztoczu, w piękniej zimowej scenerii. Od razu przypomniałem sobie niezapomniane roztoczańskie „Skorpiony”, na których przed laty tyle razy walczyłem z różnym skutkiem. Może tu będzie podobnie? 25 km z dużą ilością punktów, w trudnych warunkach też potrafi porządnie sponiewierać. Zapisałem się. Na liście było niewiele osób, około 20 na trasę 25 km, nieco więcej na trasę 10 km i krótkie trasy dziecięco-familijne. Cóż, będzie kameralnie.

Do Zamościa dojechałem w przeddzień startu. Wieczorem mała pizza na starym mieście, nocleg w Hostelu „Starówka”. Rano wyjazd do miejsca startu – wsi Wierzchowiny. Po wpisaniu w Google okazało się, że to miejscowość z tragiczną historią. Blisko 200 jej ukraińskich mieszkańców zostało latem 1945 roku zabitych przez oddział NSZ pod dowództwem Mieczysława Pazderskiego pseudonim „Szary”. Podobno mieszkańcy ci mieli wyjątkowo antypolskie nastawienie: w czasie wojny kolaborowali z Niemcami a tuż po niej zasilili szeregi milicjantów i „uzbrojonych bandytów” (UB). Wśród „Eneszetowców”, którzy brali udział w akcji w Wierzchowinach około 1/3 pochodziło z Wołynia co w pewnym stopniu tłumaczy ich wrogość wobec osób narodowości ukraińskiej. Po akcji narodowi partyzanci byli tropieni przez silną grupę pościgową sowieckiego NKWD i zostali wystrzelani. Krew za krew, wendetta za wendettę - takie były smutne realia w okupowanej i powojennej Polsce. Czytając takie historie człowiek bardziej docenia, że żyje w czasach współczesnych. Przyjemniejsze konteksty historyczno-przyrodnicze zostały nam przekazane na odprawie. Otóż teren naszych przyszłych zmagań to dawne lasy ordynacji Zamoyskich, dziś przylegające do Roztoczańskiego Parku Narodowego. Mieliśmy w nich spotkać m.in. dawne nasypy kolejowe. Mapa w nietypowej skali 1:17500 (jeden centymetr to 175 metrów), z północą zorientowaną ukośnie miała dwie strefy. Cześć bliżej bazy to zwykła mapa do BnO z zaznaczoną przebieżnością lasów, drogami i dróżkami. Część dalsza to Lidar – mapa pokazywała głównie rzeźbę. Nie miałem pojęcia jak będzie mi się po tym biegało. 22 PK do zebrania w limicie 360 minut zapowiadało, że będzie co robić. Ubrałem sprawdzony sprzęt, ten sam co od lat. Plecak Camelbak z jedną butelką sprawdzonego Kubutka, jeden żel (nie zjedzony), spodnie zimowe Dobsomy, buty INOV-8 ze stuptutami, u góry dwie warstwy i czapka. Rękawiczki zabrałem ale niepotrzebnie. Całą drogę przesiedziały zatknięte za pasem. W plecaku obowiązkowa apteczka pierwszej pomocy, telefon, kamera sportowa, na ręku dwa zegarki: Garmin do zapisu tracka i zwykły Timex ze stoperem do nawigacji. Po raz pierwszy w życiu założyłem okulary i całą drogę w nich biegłem. Niestety w moim wieku, z moim wzrokiem bez okularów nie widziałbym na mapie poziomic ani dróg.


Przebieg trasy (symulacja wyścigu n Livelox)

Kilka minut przed 9 rano dostajemy mapy. Jakiś życzliwy zawodnik z krótszej trasy pożycza mi zakreślacz, którym planuję wariant na mapie. Uwijam się szybko bo i sygnał do startu już był, znowu jestem spóźniony minutę lub dwie. Po wyjściu z bazy od razu skręcam w prawo, do PK 23. Optymalnie by było, gdyby wszyscy robili trasę w odwrotnym kierunku, wtedy nie czułbym presji ścigania. Coś takiego może niepotrzebnie wyeksploatować siły, daleko przed metą. Niestety, przed sobą widzę dwóch chłopaków. Wybrali ten sam wariant, co ja. Trudno. Równocześnie dobiegamy do PK 23 ustawionego za przydrożną kapliczką. Punkt łatwy - podbijamy kartę i lecimy dalej. Wychodzę na prowadzenie ale chłopaki są niedaleko za mną.



Kolejny na mapie PK 13 wchodzi łatwo, podobnie następny PK 16. Punkty mają charakter zawieszanych, szmacianych lampionów  z perforatorem - nie biało czerwonych kartek przybijanych na drzewie. Nie są jakoś szczególnie poukrywane. Brak liści na drzewach oraz kontrastujący z bielą i szarością czerwony kolor sprawiają, że często widać je z odległości 100 metrów. Pod względem nawigacyjnym początek trudny nie jest. Co innego teren. Wyjeżdżona droga dawno się skończyła. Teraz brniemy przez mokry, ciężki śnieg powyżej kostki. Temperatura około zera stopni. Biegać od biedy się da, ale nawet trucht pochłania dużo energii. Już widzę, że zawody będą bardzo wytrzymałościowo-siłowe, nie szybkościowe. Wygra ten, który będzie dobrze nawigował i da radę jak najdłużej utrzymać się w biegu.

PK 17 już jest nieco trudniejszy bo położony przy mało uczęszczanej dróżce, blisko granicy Parku. Udaje się go jednak podbić bez pudła. Dalej długi przelot do PK 35. Wiem, że jestem na dobrej drodze bo są parkowe tabliczki, jest też oznaczenie biało zielonego szlaku, który pokazywano nam na odprawie. Drogi nadal ciężko przebieżne, nic tędy nie jeździło, nie ma nawet wąskich kolein. Wobec powyższego tnę na przełaj. Za 35 podbitą sprawnie myślałem, że jest droga. A guzik – to rów. Trochę nim biegnę, a trochę idę do PK 24 położonego na skraju wysoczyzny. Do tej pory jest płasko i z ciekawością czekam na bardziej urozmaicony teren. To już strefa lidarowa. W końcu widać pagórki, odbijam w prawo i zaraz na cyplu jest punkt. Lecę dalej, do PK 28 czymś co miałem nadzieję będzie drogą. Figa – znowu rów. Nic to, dobrze, że jest w terenie coś, o co można się nawigacyjnie zahaczyć. Długi przelot do PK 28 - jak zwykle w śniegu za kostkę - kończy się sprawnym podbiciem punktu. Teraz PK 31. Stoi w środku lasu, daleko od jakichś charakterystycznych miejsc, potencjalnych punktów ataku. Czuję, że może sprawić problemy. Idę, biegnę po rzeźbie, wzdłuż wysoczyzny. Trzeba się wbić w dróżkę w lewo. Tylko która to będzie? Wbijam się myśląc że to ta. Mija 200 metrów, patrzę w lewo. Nic nie ma. Chyba przestrzeliłem. Dobra, to wracam do wysoczyzny, chcę namierzyć zakręt, w którym wyniesienie skręca na południe. To będzie punkt ataku. Tak robię i znajduję punkt. Trochę tu straciłem ale nie za dużo, może 10 minut. 

Kolejny obiekt do zdobycia to PK 31. Położony przy narożniku pola a zatem łatwy. Potem długi przelot do PK 33, położonego niedaleko gospodarstw. W końcu pojawiają się wyjeżdżone drogi. Dawno ich nie widziałem, aż dziwnie lekko się biegnie. Punkt wchodzi łatwo. Teraz dalej - o nieba - wyjeżdżoną drogą, na czternastkę. Punkt 14 położony na skraju lasu, niedaleko budynku. Powinien być łatwy, tylko te gęstwinki w pobliżu niepokoją. Niepotrzebnie, punkt problemów nie sprawił. Wracając od niego spotykam chłopaków, dawnych znajomych. Wygląda na to, że są kilkaset metrów za mną - o ile robią ten sam wariant. Zatem muszę biec, nie dać się wyprzedzić. Wracam trochę dookolnym wariantem do wyjeżdżonej drogi i z niej wbiegam na PK 26, uczepiony przy jakiejś kapliczce. Znowu długi przelot, do PK 25. Wygląda łatwo bo przy jakimś gospodarstwie (leśniczówka?). Droga jest ujeżdżona, nic tylko biec. Łatwo napisać. To brniecie w śniegu nieźle mnie już wymęczyło. Nogi są jakieś ciężkie, buty się ślizgają. Walczę z sobą by biec, jakkolwiek. 

Po łatwym i szybkim podbiciu PK 25 namierzam się na PK 32 – punkt, którego najbardziej się obawiałem. Położony w samym środku lasu, daleko od potencjalnych punktów ataku. „Jak tu wylecę w kosmos to będę się namierzał drugi raz przez kolejne pół godziny” - pomyślałem. Od gospodarstwa wracam kawałek i skręcam w prawo. Droga? Nie, znowu rów. Ledwie widoczny w lesie, ale jest. Brnę wzdłuż. Dobra nasza, jest drugi rów dochodzący z lewej, potem jest też zakręt. Teraz 100  metrów i powinna być ścieżka prowadząca na punkt. Oto i jest, nawet coś nią jeździło. Może quad? Wkrótce jest i PK 32. Uff.., udało się.

Z PK 32 do PK 18. Tu może być ciężko ale pomagają mi tropy innych biegaczy. Z ich pomocą docieram na PK 18, potem bez problemów PK 27. PK 34 położony jest na skraju lasu, przy myśliwskiej ambonie. Bieg ostatkiem sił, skrajem pola, gdzie nierówne bruzdy wykręcają stopy na wszystkie strony, to istna mordęga. Tak, „Mordęga” to dobra nazwa na te zimowe zawody. Znowu trochę idąc, trochę truchtając docieram do narożnika pola i stamtąd atakuję PK 15. Skutecznie. Kolejny, PK 29 położony jest na skraju lasu, niedaleko narożnika. Namierzenie go to tylko formalność, aby tylko utrzymać bieg. Jakikolwiek bieg. Na szczęście sporo ludzi tu już było, pod nogami widzę coś, co przy odrobinie dobrej woli nazwać można wydeptaną w śniegu ścieżką. Jest coraz lepiej, coraz łatwiej, coraz bliżej bazy.


Podbijając PK 29 zauważyłem zgubioną kartę startową uczestnika trasy TP 10. Zabieram ze sobą z myślą, że przekażę sędziemu. Tymczasem konstatuję, że mam już 19 podbitych PK, zostały ostatnie trzy. Wyglądają na łatwe. Wszystko to uskrzydla, skłania do wykorzystania resztki sił. Dopijam ostatnie łyki z Kubutka. Żelu nie ruszam, już zbyt blisko mety. PK 20 położony jest wśród pagórków, blisko głównej drogi. Nie ma problemów aby tam trafić, tym bardziej, że jest to niego wydeptana autostrada. Biegnąc dalej, do PK 12 widzę po prawej bazę – cóż za piękny, wytęskniony widok. Zostały ostatnie setki metrów. Dwunastka bez problemów, na deser PK 11 – ładnie położony punkt w podmokłym terenie, nad jakimś lokalnym ciekiem. Mijam się tu z uczestnikami krótszych tras, bliskość mety uskrzydla.

Dobiegam do bazy - szkoły w Wierzchowinach po 4 godzinach i 12 minutach od startu. Po oddaniu karty jest jeszcze chwila niepewności bo sędzia nie może się u mnie dopatrzyć podbitego PK 23. Zaniepokojony sprawdzam kartę, niemożliwe, przecież to ten pierwszy punkt, za kapliczką, pamiętam jak go podbijałem w towarzystwie dwóch kolegów. Wszystko się wyjaśnia pozytywnie. Jestem... pierwszy! Myślałem, że będę wysoko bo większość trasy przebiegłem i nie zrobiłem większych nawigacyjnych błędów. Jednak pierwsze miejsce mile zaskakuje. Kolejny zawodnik, Karol Galicz z Warszawy (Bielański Klub Sportowy „Wataha”) przybiegł ok 20 minut później. Opublikowana przez organizatora lista wyników błędnie podaje, że różnica pomiędzy nami wyniosła 5 minut a mój wynik to 13:30. Zarówno Garmin jak i GPS na Livelox podaje czas mojej aktywności: od 9:00 do 13:12. Wbiegając na metę nagrywałem film i wchodząc w drzwi szkoły zapisałem go o czasie 13:14:08 (dane z pliku filmowego). Tak więc mój czas jest około 16 minut lepszy niż podany w oficjalnych wynikach. Organizator sam może to sprawdzić bo przybiegających na metę, przed drzwiami szkoły, łapał na zdjęciach fotograf. Zrobił zdjęcie także mi i wystarczy sprawdzić we właściwościach pliku, kiedy dokładnie zostało zrobione. W sumie trasę 25 km ukończyło 14 osób, z których kompletem 22 punktów może się pochwalić 9 osób.


Wrażenia

Było dobrze, nadspodziewanie. Jadąc myślałem, że będzie krócej i łatwiej. Tymczasem nasyciłem się w pełni szukaniem tych 22 punktów i porządnie sponiewierałem w mokrym śniegu. Spodziewałem się też pagórków, jarów i wąwozów jak na „Skorpionach” w Krasnobrodzie, w Batorzu. Tu było jednak płasko. Fajnie, że oprócz przedstawiciela „starej gwardii” – Hiubiego, który kiedyś organizował Rajdy Dolnego Sanu i z którym przyjemnie było znowu porozmawiać po latach – nikt mnie tu nie znał. Nie miałem ciśnienia na nic. Nie jechałem tu jako faworyt. Ostatnie moje zawody na orientację były 5-6 lat temu. Cieszę się, że nadal radzę sobie z mapą i kompasem, tylko siły już nie te. Już orienterskiej setki nie przebiegłbym na pewno. Sprawdziły się okulary na nosie. Zawody w Wierzchowinach okazały się bardzo i przyjemne i dla mnie szczęśliwe. Organizacja w porządku, mapy porządne, ciekawe, zaktualizowane. Atmosfera miła. Warto tu przyjeżdżać częściej.

[LINK] do Livelox

[LINK] do krótkiego filmu na YT

[LINK] do listy wyników

[LINK] do strony organizatora


Brak komentarzy: