![]() |
| Na mecie |
![]() |
| Aleksander Doba. Autor zdjęcia: Jarosław Roland Kruk |
Do Warszawskiego Klubu Wodniaków (WKW) przy Wale Miedzeszyńskim 295 dojechałem bez problemów. Była sobota ósma rano, 3 października 2026. Nim jeszcze z wnętrza małej a pojemnej Pandy wytargałem rower i SUP-a (tak! zmieściły się!) na parking dojechał Darek Komorowski. Z ciekawością przyglądałem się, jak rozkłada dmuchany kajak, który – podobnie jak mój SUP – wchodzi do plecaka. Jest tylko kilka kilogramów cięższy (całość waży ok. 20 kg). Z rozmowy wniosłem, że Darek będzie jednym z faworytów w swojej kategorii i nie pomyliłem się. Wśród kajakarzy nas trasie długiej zajął dobre, 2 miejsce. OPEN był czwarty.
No właśnie – trasy. Organizator oferował 2 trasy do wyboru. Trasa pełna składała się z 2 dyscyplin: rower 32 km na orientację a następnie wiosłowanie (SUP, kajak 1 i 2 osobowy) – również 32 km na orientację. Trasa krótka (rekreacyjna) obejmowała te same dyscypliny i na tych samych warunkach tylko po 20 kilometrów. Teren zawodów rozciągał się nad Wisłą, po obu jej brzegach. Na trasie pełnej startowało się z Warszawy na rowerach, jechało w kierunku południowym do Góry Kalwarii 32 kilometry, tam przesiadło się na SUP i wracało do WKW, oczywiście z nurtem rzeki. Czas startu 10:30, meta do 17:00. Limit czasu: 6,5 godziny. Trasa rekreacyjna startowała godzinę później. Zawodników wypuszczano interwałowo, co minutę. Organizator zapisał w regulaminie, że zawody będą na orientację, że trzeba będzie znaleźć określone punkty kontrolne (PK) lub rozpoznać charakterystyczne miejsca. Nie wiedzieć czemu zupełnie zlekceważyłem nawigacyjną stronę wyścigu. Pomyślałem pochopnie, że może będzie kilka-kilkanaście punktów do odnalezienia na jakiejś jednej kartce i raczej prostych. Okazało się potem, że orientacja była elementem decydującym. Punktów na trasie pełnej rozmieszczono aż 45 (26 na odcinku rowerowym i 19 na wodnym). Zawodnik dostawał kolorową mapę z zaznaczonymi PK, ale bez skali i bez poziomic. Miał spisać kod pisakiem wodoodpornym, który miał ze sobą (dostał od organizatora). Przy punktach nie było perforatorów, nie wisiało nic do pisania. By jeszcze sprawę utrudnić na kartce z punktem było około dziesięciu kodów i trzeba było spisać ten właściwy, pasujący do swojego numeru startowego (jeśli mój numer startowy wynosił 5 to spisywałem kod piąty z tabelki na kartce z PK). W terenie było też kilka mylnych PK. W niektórych przypadkach – nie napisane których – we właściwym miejscu nie było lampionu. Trzeba było odnotować, które z 13 zdjęć zostało tu zrobione. Co również ważne – kompas według organizatora nie był potrzebny a można było korzystać z urządzeń GPS. Element zbierania punktów nie tylko absorbował dużo czasu ale był kluczowy gdyż każdy poprawnie odbity punkt odejmował 10 minut od czasu. Łatwo policzyć, że zbierając wszystko można było odjąć sobie ponad 400 minut od końcowego wyniku. Przy limicie 6,5 godziny liczba podbitych punktów decydowała właściwie o wszystkim. Oczywiście zabronione było korzystanie z jakichkolwiek urządzeń z silnikiem (rowery elektryczne, SUP-y z silnikiem, itp.)
Gdy po odprawie dostałem pisak, dwie obustronnie drukowane, kolorowe mapy, dwustronnie zadrukowaną kartkę z 13-stoma zdjęciami, niektórymi rozmazanymi i kartę startową – wszystko w A4 mina trochę mi zrzedła. Zdałem sobie sprawę, że do takiej orientacji – ambitnej lecz widać, że szytej wyraźnie po amatorsku - nie przygotowałem się zupełnie sprzętowo. Nie zabrałem mocowania do telefonu na kierownicę, tylko torbę na ramę, do której mogę włożyć telefon, lecz niewygodną w obsłudze. Ścieżki na mapie były ledwie widoczne. Okulary miałem, ale nie bardzo miałem je gdzie włożyć. W ręku 4 duże kartki a nie zabrałem mapnika. Do tego pisak, łatwy do zgubienia. Oj – już czułem, że będą problemy. Niestety nie pomyliłem się. Jedyne co cieszyło to pogoda. Plus kilkanaście stopni, po południu nawet dwadzieścia. Sucho, słonecznie, z niewielkim wiaterkiem. Na zawody wręcz idealnie.
Na trasie rowerowej
Startujemy zgodnie z numerami startowymi, ja z numerem 5 czyli piąty. Wsiadam, jadę. Rulon z mapami, zdjęciami, kartą startową trzymam niezgrabnie zwinięty w garści. Pisak w kieszonce z softflaskiem. Niewygodnie się tak jedzie ale cóż robić. Zaraz za przystanią polna droga biegnie wzdłuż Wisły. Czasem prosto, czasem kręci się, są pagórki. Fajna jest, ciekawa technicznie, ale nie bardzo trudna. Tylko te punkty – ni groma nie mogę ich namierzyć, bo jak gdy nie ma skali a ja nie mam linijki? Nigdy tu nie byłem. Jedyne co mogę robić, to porównywać mapę z kształtem linii brzegowej i GPS w telefonie. Zajmuje mi to dużo czasu, a czasu nie ma bo limit jest dosyć ambitny. Wkrótce dojeżdżają mnie inne osoby, szukamy punktu wspólnie. Udaje się znaleźć PK A. PK B nie bo przestrzeliliśmy. Skoro tracimy na nim 10 minut to nie opłaca się wracać bo i na powrocie stracimy czas. Podbijamy więc PK C, potem D i E. Na jeden z tych ostatnich życzliwie naprowadził mnie Tomek z SUP Academy, który potem zajął 2-gie miejsce. No fajnie, mam kolejny punkt tylko co z tego. Głupio mi tak jeździć w „tramwaju” podążając na ślepo za „motorniczym”, tak jakbym był początkującym orientalistą. Próbuję nawigować sam a to sprawia, że jadę wolniej. Moja grupa odjeżdża, zostaję sam. Wlepiam wzrok w tę mapę z zamazanymi ścieżkami, usiłuje dopasować do otoczenia. Idzie beznadziejnie. Do tego zrobiło się gorąco więc ściągam bluzę i jadę na krótki rękaw. Chwilę później, jeszcze przed mostem Anny Jagiellonki orientuję się, że zgubiłem pisak. Co ciekawe nawet mnie to nie zmartwiło. Nawigacja w takich warunkach była zwyczajnie frustrująca więc nawet się ucieszyłem, że z czystym sumieniem nie będę musiał dalej tego robić. Postanowiłem zrobić trasę ale bez szukania i podbijania punktów. Będę przez to ostatni? Trudno. Przy takiej pogodzie, w tym terenie i tak zabawa powinna być fajna.
Dojeżdżając do mostu objechałem kopalnię piasku „Piaskarz”, mijając jakąś wycieczkę. Wjazd na most, przejazd na drugą stronę i dalej byle szybciej do Góry Kalwarii. Przez Oborki, Ciszycę, Gassy, Dębówkę, Podłęcze dojechałem do celu. Trasa dosyć wygodna, głównie asfaltowa prowadząca wzdłuż Wisły. Często jeździli nimi kolarze amatorzy, którzy widać chętnie tu trenują indywidualnie i grupowo, zwłaszcza w dzień taki jak ten - słoneczną i ciepłą sobotę. Zdarzało się, że widziałem lampiony PK ale nie spisywałem ich nie mając czym. Nie robiłem też zdjęć. Mapy, zdjęcia i kartę startową włożyłem do tyłu do plecaka. Spotykałem innych zawodników, zamienialiśmy parę słów, czasem jechaliśmy kawałek razem. Gdy za Mostem Nadwiślańskiego Urzecza w Górze Kalwarii dojeżdżaliśmy do cypla na lewym brzegu Wisły – tam, gdzie miał być przepak na SUP-a, akurat wjeżdżał samochód z naszym sprzętem. Czyli trafiliśmy idealnie w czas. Na miejscu było już kilka osób. Pstryknąłem na Garminie wyłączenie jazdy rowerem. Zegarek pokazał mi dystans 38 km, czas 2 godziny 28 minut, średnia prędkość 15,5 km/h, średnie tętno 110 bpm. Temperatura 17 stopni, wiatr z prędkością 7 km/h, południowy.
Na części wioślarskiej
Przepak powinien być szybki lecz u mnie nie był. Trzeba było znaleźć swoje manele, rower zawiesić na przyczepce, coś tam zostawić do zwiezienia, aby nie targać tego na desce. Coś zjeść, napić się. Wahałem się, czy płynąć w stroju z roweru (Dobsomy, krótki rękaw), czy w krótkiej i cienkiej piance. Wybrałem tę drugą opcję gdyż bałem się wpadki i zimnej wody. To był błąd. Gdy w końcu, po jakichś 15-20 minutach zwlokłem się na wodę byłem 4 zawodnikiem na desce, który wyruszył, nie licząc jednego kajakarza (wspomnianego powyżej Darka Komorowskiego). Już na pierwszym kilometrze, gdy przepłynąłem pod mostem czułem, że w piance, z założoną kamizelką asekuracyjną i plecakiem zwyczajnie się gotuję. – No nie wytrzymam – uznałem. Dopłynąłem do pierwszej z brzegu piaszczystej plaży, przebrałem z powrotem w Dobsomy i białą koszulkę. Ufff.., co za ulga.
Co było dalej? W miarę sprawne wiosłowanie przerywane nagrywaniem filmów na kamerze zamocowanej na głowie. Nie było trudno minąć pierwszego, samotnego SUP-iarza, potem Tomka z dziewczyną. Wszyscy oni zbierali punkty z trasy przypięte to na brzegach, to na wystających ponad taflę wody konarach drzew. Ja ciąłem wprost do przodu starając się dogonić widoczny w oddali dmuchany kajak Darka - zielony z charakterystyczną, pomarańczową rufą. Wolno mi szło bo jak się potem okazało Darek myślał, że z nim rywalizuję i starał się uciec. Nie wiedział, że ja nie zbieram PK.
Krajobrazy były w miarę interesujące. Tu i ówdzie leżały porwane niegdyś przez żywioł drzewa. Nierzadko spotykaliśmy piaszczyste łachy i płycizny, które trzeba było omijać. Przejrzystość wody – niewielka. Podobnie jak w Bugu, może jedynie ciut lepiej. Tafla wody przy tak niewielkim wietrze była spokojna lecz zdarzały się miejsca budzące obawy – tam, gdzie powstawały niewielkie wiry, gdzie wybijała woda z dna. Tam deska zachowywała się mniej stabilnie, trzeba było podwoić uwagę, aby nie fiknąć. Na szczęście ani razu nie wpadłem. Nagrywałem ludzi, którzy wyszli na plażę na piknik i opalanie (październik!), wędkarzy, którzy w woderach weszli daleko w głąb rzeki, motorówki wędkarskie i pływające maszyny, zapewne do wydobycia piasku, latające nam nad głowami samoloty i śmigłowce, piaszczyste pionowe brzegi oraz lampiony PK które byłbym spisał, gdybym miał czym. Spotykanych kajakarzy, zapewne z trasy rekreacyjnej, bez problemów wyprzedzałem. Na kilka kilometrów przed końcem dogoniłem i wyprzedziłem Darka w kajaku. W ten sposób, gdy wieczorne słońce dawało długi cień wysunąłem się na prowadzenie na głównym dystansie. Płynąłem pierwszy ale cóż z tego, skoro miałem podbite ledwie 4 punkty. W finalnej klasyfikacji będę na końcu.
Miejsce docelowe – przystań na prawym brzegu rzeki łatwo było znaleźć gdyż było to tuż przed Mostem Siekierkowskim. Nie dało się przegapić tym bardziej, że u wejścia do przystani stała charakterystyczna piramidka, o której wspomniano na odprawie. Trafiłem bez problemów. Kończyłem wyścig niezbyt nawet zmęczony. Wyłączony Garmin podsumował część wioślarską: dystans 29,57 km, czas 3 godziny 17 minut, średnie tempo 6,41 na kilometr, suma kalorii 1976. Pogoda 21 stopni, wiatr 9 km na godzinę, południowy. Wytaszczywszy SUP-a odebrałem medal i smaczny posiłek. Co ciekawe pomimo że nie traciłem czasu na podbijanie punktów wcale tak dużo nie zyskałem nad innymi zawodnikami. Ci najlepsi przypływali kilkanaście – dwadzieścia minut za mną.
![]() |
| Najlepsi na SUP - trasa pełna |
No więc jak było?
W sumie było fajnie choć w końcowej klasyfikacji zająłem ostatnie, siódme miejsce wśród zawodników w kategorii SUP na pełnym dystansie oraz 13 na 15 OPEN na pełnym dystansie. Znalazło się dwóch kajakarzy gorszych ode mnie. Wygrał znajomy Patryk Saulus z czasem cokolwiek dziwnym: -00:33. Złapał poprawnie 40 PK i przez to, że każdy odejmował mu 10 minut czasu to z czasu 06:07 nic nie zostało. Co ciekawe Patryk wyprzedził nie tylko wszystkich SU-perów ale też kajakarzy. Drugi był Tomek Pająk (-00:23, miał również 40 PK), trzecia była towarzyszka Tomka Justyna Lewandowska (-00:12, 40 PK). Mój wynik to 05:57, minus 4 PK każdy po 10 minut wyszło finalnie 05:17. Gdybym podbił nawet 10 PK to i tak nadal byłbym ostatni w swojej kategorii. Według danych podanych przez organizatora w całym tegorocznym Memoriale, na wszystkich trasach, udział wzięło 65 osób, 47 osad (były jednostki pływające 2-osobowe).
Spodobały mi się te zawody, przede wszystkim ze względu na długi dystans na SUP. Mało jest takich w Polsce. Rzeka ładna, nadbrzeżne lasy, ścieżki pieszo-rowerowe też ładne. Podobało mi się nietypowe połączenie dwóch dyscyplin na jednych zawodach. Podobało mi się wprowadzenie elementu nawigacyjnego. To, że mi nie wyszło to wina głównie moja, nie organizatora. Powinienem był się lepiej przygotować na nawigację. Podobała mi się niska opłata startowa (60zł), tak jak za dawnych czasów. Pewnie nie udało by się jej zrobić po taniości, gdyby nie wspomniane w regulaminie dofinansowanie przez Biuro Sportu i Rekreacji (Brawo!). Element do poprawy to brak picia na mecie. Ogólnie uważam, że to bardzo fajna, oryginalna impreza lecz chyba słabo rozreklamowana. Po powrocie z ciekawości sprawdziłem, czy widnieje np. w kalendarzu imprez na orientację na stronie orienteering.waw.pl. Guzik, a szkoda bo gdyby była to może przyjechaliby ludzie od imprez na orientację. Organizator powinien jednak zastrzec w uwagach, że tu na mapie nie ma skali ani poziomic i że można używać GPS.
Chętnie tu przyjadę za rok, tym razem już lepiej wyposażony. Chyba, że nie będę już biegał i nie będę startował w zawodach. W tym roku minęło 20 lat moich startów, przyszłym roku - jak dożyję - będę miał 50 lat. Często myślę, że czas już przejść na sportową emeryturę. Porzucić blogowanie, porzucić starty. Ciągle jednak kusi, aby pojechać tu, pojechać tam. Czy w związku z tym będę na Memoriale za rok? Chciałbym być. A jeśli mnie nie będzie to i tak polecam. Fajnie jest, tylko trzeba się przygotować na plik papierów i nieoczywistą nawigację.
Film z zawodów zamieściłem na portalu YT [LINK]

.jpg)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz